Poklask - Halina Grochowska

Poklask

0,0

Poklask" to obrazki z życia ludzi żyjących w rzeczywistości PRL. Niczym kadry na czarno-białej kliszy autorka uchwyciła zdarzenia naznaczone piętnem tamtych trudnych i szarych lat. Te większe i poważne, jak walka z reżimem, propagandą i indoktrynacją, powojenna partyzantka, nieuczciwe procesy i masowe aresztowania, ale też te mniejsze, codzienne: prace chałupnicze, paczki z Ameryki, szkolne wybryki, pierwsze miłości, małe sukcesy.

Książka ma wielu bohaterów: grono pedagogiczne szkoły, uczniów działających w ZMP i ZMS, organizujących apele „ku czci”, pracowników nowo wybudowanego kombinatu, junaków z SP walczących o przodownictwo pracy, matki i ojców próbujących zapewnić lepszy byt rodzinie. Wszyscy oni jednym głosem zaświadczają o tych okruchach prawdy na temat Polski lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Ani i Przemka B.

Wstęp

Już po napisaniu powieści Pokłon zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele spraw z mojej młodości przydałoby się spróbować wyjaśnić. O co chodziło z takimi pojęciami jak:

– wierność swoim poglądom,

– indoktrynacja młodzieży,

– świetlana droga, do której prowadzi nowy ustrój, w którą jedni wierzyli, a inni tylko udawali, że wierzą,

– spaskudzenie się tych, którzy zapisali się do ZMSP, PZPR, ZMS,

– mrok stalinizmu[1],

– porównywanie go do terroru wojennego i do Świętej Inkwizycji,

– powojenna partyzantka,

– parodie rozpraw sądowych skazujących bohaterów na śmierć i szkalujących ich określeniami: wyrzutki społeczeństwa, mordercy,

– trzecia wojna światowa, która miała nadejść. Nie wiadomo dokładnie kiedy, ale stronami miały być Rosja Sowiecka – Anglia, Związek Radziecki – Ameryka, Rosja – Anglia i Turcja – tak ludzie mówili. Pokolenie powojenne wciąż jeszcze jej się obawiało.

Według tytułu zbioru reportaży historycznych z lat 1939–1989 autorstwa Mateusza Wyrwicha Trzecia wojna światowa już była[2], wojna rozgrywała się w lasach, w więziennych katowniach i w gmachach sądów, w których dokonywały się sądowe zbrodnie.

Próby wyjaśnienia powyższych kwestii rodzą kolejne zaskakujące pytania.

Nad wyjaśnianiem zagadnień związanych z tamtymi czasami pracuje między innymi Instytut Pamięci Narodowej i każdy, kto może i zechce jakąś prawdę ujawnić. Wszyscy z mojego pokolenia mają wspomnienia i poglądy związane z tamtą epoką. Zawarte w Poklasku obrazki też niosą jakieś okruchy prawdy o epoce lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Ludzie z pierwszych powojennych dziesięcioleci niekoniecznie zdawali sobie sprawę z tego, co działo się wokół. Czasem nie chcieli wiedzieć, co w polityce. Słyszeli przede wszystkim to, co było słychać: słowa nauczycieli na lekcjach, nadawane przez megafony przemówienia, propagandowe pogadanki, na których obowiązkowo trzeba było być, i wykłady z marksizmu-leninizmu, które należało zaliczyć, żeby awansować na dyrektora. Ciekawi świata dowiadywali się w prywatnych rozmowach i z zabronionych źródeł czegoś, co zaprzeczało oficjalnej propagandzie, wprowadzało mętlik w głowie i nie poprawiało samopoczucia.

Bywało, że najwięcej kłamstw wypowiadali świadomie albo i nieświadomie ci, którzy mówili ładnie i przekonująco. Właśnie oni najczęściej przemawiali do młodzieży, łatwo przyjmującej każdą rewolucyjną ideologię.

Wydarzenia polityczne tuż po zakończeniu wojny wielu ludziom sprawiły głęboki zawód, bo wynik postrzegano jako wygraną wojnę, ale przegraną Polskę, i trzeba było jakoś się w tej sytuacji odnaleźć.

Przytaczam tutaj słowa Hanny Świdy-Ziemby:

Istnieje prawo przyrody, które jest walką życia z unicestwieniem. Często na terenach zniszczonych rozrasta się bujna roślinność. Polacy także byli podporządkowani temu prawu i mimo wewnętrznego doświadczenia klęski – zachowywali się po wojnie tak, jakby ową klęskę i wrogość wobec nowej władzy brali w nawias, dążąc właśnie do odrodzenia życia. […] Życie miało dać świadectwo, że istnieje i że się rozprzestrzenia[3].


[1] Stalinizm «okres w historii Związku Radzieckiego i większości państw komunistycznych, charakteryzujący się oficjalnym kultem J. Stalina, kontrolą aparatu partyjno-państwowego nad życiem społecznym i gospodarką, terrorem policyjnym i izolacją od świata zewnętrznego» • stalinowski. [Definicja za:] Słownik Języka Polskiego PWN; http://sjp.pwn.pl/slownik/2576125/stalinizm, dostęp 30 kwietnia 2015 r.

[2] Oficyna Wydawnicza RYTM, Fundacja Historia i Kultura, Warszawa 2007.

[3] Hanna Świda-Ziemba, Urwany lot, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2003, str. 62–63.

ROZDZIAŁ I
Szachy

 

Królowa Wojciecha

Pierwsze przezwisko Wojciecha Zwolińskiego – Upiór, bo później został Dwumianem – wzięło się z tego, że miał połowę twarzy sparaliżowanej. Tak go po wojnie nazwali uczniowie wiejskiego powszechniaka. Najprawdopodobniej ze strachu. Wojciech wyglądał strasznie, a do tego jeszcze w tej szkółce od dziesięcioleci był obyczaj, że nauczyciel miał prawo przylać linijką po łapie albo skierować do kąta na klęczenie na grochu.

Zdeformowanie twarzy wzięło się podobno wskutek potraktowania przez gestapo w czasie wojny. Mężczyzna mógłby z niewielką pomocą charakteryzatora grać tytułowego bohatera dzwonnika z Notre Dame.

Niski, szczupły, jeszcze przed wojną miał w tamtej szkole przezwisko Szczurek. Pasowało ono do Wojciecha Zwolińskiego ze względu na jego spostrzegawczość – wszystko zauważył, wszędzie dotarł, niczym nie dał się zwieść.

Sparaliżowana część twarzy utrudniała odczytanie mimiki, a więc i intencji. Ściąganie na pracach pisemnych i podpowiadanie stawało się dla uczniów trudniejsze niż u innych nauczycieli, bo jedno dziwnie nieruchome oko powodowało, że nie dało się odgadnąć, w którą stronę spogląda. W czasie sprawdzianów, kartkówek i klasówek Wojciech miał zwyczaj wyłapywania odpisujących uczniów, obserwując ich w jakiejś szybie. Stawał przed oknem i obserwował poczynania piszących w odbiciu gładkiego szkła. Najsprytniejszym było trudno odgadnąć, którego z nich w danej chwili Upiór obserwuje.

Przezwisko Dwumian pojawiło się dopiero wtedy, gdy podjął pracę w liceum. Kojarzyło się ono z nauczanym na lekcjach algebry pojęciem i podwójną fizjonomią, bo pomiędzy prawym i lewym profilem nauczyciela była bardzo wyraźna różnica.

Tak go ochrzcili uczniowie, oswajając w sobie niechęć do jakże trudnego, choć dla niektórych przepięknego i fascynującego przedmiotu. Wojciech uważał, że matematyki, od wieków nazwanej królową nauk, bo określającej porządek świata, nie można lekceważyć. Od czasu do czasu wypowiadał się na temat rozumienia słowa „matematyka”. Można byłoby je podsumować w następujący sposób:

Matematyka – utrapienie dla uczniów, którym wydaje się trudno przyswajalna, nudna i zupełnie niepotrzebna wtedy, kiedy opanowało się biegłość w dokonywaniu podstawowych, potrzebnych w codziennym życiu rachunków.

Matematyka – powód uczniowskich niegodnych wykrętów stosowanych, by uciec od przebrzydłej i znienawidzonej lekcji, albo po to, żeby nauczyciel zlitował się i odpuścił.

Matematyka – potrzeba niesamowitych wynalazków i wyrafinowanych metod na odpisywanie. Przyczyna uzbrajania marynarek na maturę w specjalne kieszonki i zakładania podwiązek z gumką dobrze trzymającą ściągawki.

Matematyka – błogosławieństwo dla uzdolnionego w jej kierunku i chętnego, żeby ją polubić, dziecka. Takiego z biednej rodziny, której nie stać na korepetycje z języków obcych, muzyki albo na płatne zajęcia sportowe. Wykazany i rozwinięty pracą talent wyprowadzi daleko od rodzinnej nędzy, bo nawet do elit przemysłowo-gospodarczych świata.

Matematyka – umiejętności mniej i bardziej rozwinięte, pozwalające na prowadzenie gospodarstwa domowego, banków i międzynarodowych rozliczeń finansowych.

Matematyka – mocna strona Polaków, którzy złamali szyfr Enigmy, co znacznie przyśpieszyło zakończenie drugiej wojny światowej.

Matematyka – metody pozwalające przewidzieć i wytłumaczyć nawet takie wydarzenia losowe i przyrodnicze, o których dotychczas sądzono, że to kara boska, bo „człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi”.

Matematyka – nauka pozwalająca pokonać przestrzeń geograficzną, kosmiczną i podobno w przyszłości też czasową.

Matematyka – dziedzina wiedzy przybliżająca takie pojęcia jak nieskończoność, nicość (piekło?), inne byty (niebo?) i wymiary (może czyściec?).

Matematyka – droga prowadząca do zrozumienia… Stwórcy?

Ta ostatnia myśl powodowała, że skromny, sponiewierany przez wojenny los nauczyciel przypisywał nauczanemu przez siebie przedmiotowi znaczenie boskie.

Uczniowie uzdolnieni szybko stawali się jego pupilami, pod warunkiem, że podzielali jego pasję. Sam miał jej tyle, że w każdym roczniku zamiłowanie do przedmiotu przejmowało zaskakująco wielu kończących później politechniki i zasilających najlepsze kadry specjalistów. Takie, które przyczyniły się do rozwoju gospodarczego zrujnowanego przez wojnę i rozszabrowanie kraju.

Zakończenie wojny dla Wojciecha

Podobno był więziony i torturowany za tajne nauczanie. Ta wersja jego wojennych przejść nie była do końca prawdziwa.

Zabrany z łapanki, jako jeden z dziesięciu miał być stracony w odwecie za jakąś „akcję” chłopaków. Szkop, ot, tak sobie, dla przykładu wlepił mu kilka razów batogiem po głowie. Było to wtedy, gdy ładowali ich na pakę ciężarówki. Oberwał mu się przy tym kawałek ucha. Zalany niespodziewanie krwią, Wojciech stracił na kilka minut przytomność. Ocucony (nie zdołał zapamiętać przez kogo) długo odczuwał ból głowy i zakłócenia widzenia. Widział ciemne rozedrgane plamy. Później na betonie przykrytym gazetą przespał prawie dobę. Wzrok wrócił prawie do normy. Kilkudniowy pobyt w zimnicy przeziębił Wojciechowi pęcherz i już na zawsze musiał wychodzić za potrzebą co najmniej co godzinę.

W zakresie ducha też nabawił się dolegliwości. W momentach wzburzenia nie panował nad napadami jednoczesnego jąkania się i silnego drżenia rąk. Jeszcze do tego miał kłopoty z zasypianiem i budził go byle szmer.

Od śmierci wykupiła go żona. Wysprzedała wszystkie cenne rzeczy, jakie były w domu. Jego życie kosztowało więcej niż kosztowności. Liczba straconych musiała się zgadzać. Zamiast niego, czterdziestoparolatka, poszedł na śmierć młody chłopak. Wojciech odczekał, nie wychodząc z domu kilka dni, aż dokonało się publiczne powieszenie całej dziesiątki niewinnych osób. Później odnalazł słup z obwieszczeniem o straconych. Skojarzył sobie znajome nazwisko. Za niego zginął bardzo sympatyczny i pracowity chłopak.

Jeszcze jedna osoba zapłaciła za życie wykupionego Wojciecha. Zwykłe przeziębienie jego żony Danuśki przeszło w zapalenie płuc. Trudno było bez funduszy kupić lekarstwa, ogrzać mieszkanie, podać treściwe jedzenie. Żona zmarła. Swoim analitycznym umysłem ocalony doszedł do wniosku, że za jego życie zapłacono ostatecznie zbyt drogo. Niewielką pociechą było to, że nie miał na to wpływu. Nie błagał przecież żony o wybawienie od egzekucji. Nie potrafił znieść świadomości, że zachowanie jego życia kosztowało w efekcie dwa inne istnienia. Uznał, że Bóg nie może istnieć, jeśli tak nielogicznie szafuje ludzkim życiem.

Po okupacyjnym zredukowaniu szkolnictwa kuzyn pozwolił mu pomagać w zakładzie stolarskim: przede wszystkim prowadzić księgowość i techniczne obliczenia – kubaturę drewna, powierzchnię boazerii, ciężar dostawy. Stolarnia dobrze prosperowała, bo przyszło wykonywać więcej trumien. Po wyzwoleniu Wojciech wcale nie chciał zmieniać swojego okupacyjnego zajęcia rachmistrza od rozliczeń technologicznych i gotówkowych.

Uważał, że powodu ułomności, których się nabawił po pobycie w areszcie, nie ma sensu wracać do dawnego zawodu – nauczyciela matematyki. Właściciel stolarni wcale nie chciał tracić uczciwego i bardzo koleżeńskiego pracownika. Minęły dwa lata, zanim Wojciech znowu zaczął uczyć.

Zmierzenie się z tym, co działo się wokół, nie było łatwe. Wojciech był typem wrażliwca, a nawet nadwrażliwca. Jako nauczyciel gimnazjum miał wpojony altruizm i ugruntowaną postawę służenia innym. Uważał, że cała dzieciarnia powinna chodzić do szkół, że powinny znaleźć się środki na wyżywienie i leczenie dzieci, że zbyt mało zdolnych uczniów otrzymuje stypendia pozwalające na edukację. Wojciech jeszcze przed wojną miał poglądy lewicowe. Z sympatią traktował komunistów, bo w pracy nauczyciela przekonał się, jak wiele utalentowanej młodzieży nie ma szans na właściwy rozwój. Jego wzorem do naśladowania był Janusz Korczak i Tadeusz Boy-Żeleński. Bywał kiedyś na ich odczytach. Posiadał wszystkie książki jednego i drugiego. Zajęły one całą półkę niewielkiej etażerki. Wojciech, wykształcony, przyjmowany niegdyś w kręgach intelektualnej elity, miał nawyk rozumienia wszystkiego, co się wokół działo. Właśnie takim najtrudniej było się pozbierać po tym wszystkim, co przyniosły powojenne lata.

Po wojnie stolarnię, w której pracował, najpierw przejęło dla potrzeb frontu wojsko. Nie wszystkie maszyny zostały zniszczone. Dwie maszyny napędzane silnikami elektrycznymi – piłę i strugarkę – w ostatniej chwili przed wkroczeniem wyzwolicieli udało się owinąć w stare pierzyny i schować w gruzach. Podobnie ukryto gdzieś głęboko część zapasu drewna. Te deski i deszczułki, których nie zdołali ukryć i zostały w magazynie zakładu, żołnierze spalili na ognisku przy skwerze z fontanną. Przy okazji urządzili sobie zawody strzelania do latarni i do niczemu niewinnych, bo nawet niemówiących po niemiecku łabędzi w stawie. To, co zostało z zakładu stolarskiego, i tak już po dwóch latach po wojnie przepadło.

Domiar wyznaczony późnej przez młodziutką władzę w ramach „bitwy o handel”[1] miał taką wysokość, że spowodował zwinięcie interesu.

– Za Niemca były kontrybucje, ale pozwolono jako tako żyć i pracować – złorzeczył zniszczony przedsiębiorca-bankrut.

– Teraz rządzą nieroby, pijusy i złodzieje! – wtórowali koledzy, jeszcze nie zdając sobie sprawy, że z takimi poglądami lepiej się nie afiszować i cieszyć się z tego, że zostało się na wolności, bo wypowiadanie się przeciwko władzy też mogłoby ściągnąć kłopoty.

Przybywali repatrianci z Kresów i powracający z niewoli. Dwupokojowe mieszkanie Wojciecha zostało przez kwaterunek zagęszczone. Wprowadzili się dwaj młodzi sympatyczni chłopcy, zecerzy – pracujący na zmianę w miejscowej drukarni. Zajęli pokój obok i nie robili ani głośnych libacji, ani nie awanturowali się, ale dla nadwrażliwego Wojciecha byli i tak za głośni. W biurze do spraw kwaterunku dowiedział się, że ma szczęście, bo nie dokwaterowali mu rodziny z dziećmi albo agresywnych, wiecznie pijanych typów. Dla niego było to ponad miarę, bo na jakikolwiek hałas od razu reagował. Nocą budził go każdy szmerek, więc dniem bardzo często wpadał w chorobliwą irytację. Wybrał się więc do owdowiałej, obrabowanej przez Sowietów siostry. Jedynej, która z kilkuosobowej rodziny przetrwała wojnę. Wolał nieznaną wieś niż obecność współlokatorów.

Wieczorne smutki bez Danusi i bez partnerów do gry, bo jeden zginął Katyniu, drugi w Oświęcimiu, przeganiał rozwiązywaniem zadań szachowych z wymiętoszonej książeczki. Unikalną książkę o szachach dostał podobno od jakiegoś Rosjanina z grupy uwolnionych jeńców, ofiar nazizmu, pędzonych pod lufami karabinów na Wschód. Czyli tych, który przeszli od jednego obozu do drugiego. Ten Rosjanin, uwięziony przez kacapów, powycierał ręce kamieniem, żeby nie narazić się jako inteligencik na stracenie, i wyrzucił za druty książkę, po to, by ledwo piśmienni komuniści nie potraktowali oznaczenia pozycji pionków jako szyfrów, a jego samego nie wzięli za szpiega i nie poddali nieludzkim „przesłuchaniom”.

Zbiór zadań to była pierwsza w życiu okazja do bardziej profesjonalnego podejścia do „zabawy w przestawianie pionków”. Wojciech z radością zgłębiał się w rozwiązywanie zadań szachowych, a więc zadań matematycznych, bo z zakresu logiki. Odsuwał natrętnie przychodzące myśli o niewesołej rzeczywistości i skupiał się na rozwoju swojego analitycznego umysłu.

Spotkanie z siostrą (rok 1947)

Kilkumiesięczne czekanie coraz częściej było urozmaicane popijaniem samogonu w towarzystwie skrzywdzonych stolarzy z zakładu, a czasem wypijanym i bez towarzystwa. Gdyby wtedy nie wyratowała go siostra, to by o mało co nie zapił się na śmierć. Sama owdowiała, osierocona utratą syna, wyrzucona z pałacyku, skrzywdzona odebraniem majątku – była na skraju obłędu. Ratowała zbolałą duszę, opowiadając każdemu, nawet temu, co nie chciał wcale słuchać i uciekał, o swojej krzywdzie i co dzień maszerowała szybkim krokiem po pobliskim lesie, niby czegoś szukając. Nigdy jednak nie przyszło jej do głowy „wypić na zapomnienie”. Prędzej skończyłaby ze sobą.

Potrzebowała męskiej pomocy przy gospodarce. Przysłała bratu list z wezwaniem, by przyjechał. Wojciech wymeldował się więc z zagęszczonego mieszkanka w mieście i ruszył do siostry.

Po drodze z dworca kolejowego dowiedział się, co się stało z mieszkanką pałacyku Zwolińskich. Bywał co roku w majątku siostry i zawsze przysyłano po niego na dworzec kolejowy bryczkę. Tym razem bryczki nie było, bo wyzwoliciele odebrali. Zofia opisała w liście, jak to było, kiedy wyzwoliciele popili i urządzili z przejażdżki tak dziką zabawę, że konie zgonili i powystrzelali, a rozwalony pojazd posłużył na opał.

Jeszcze kilka lat temu mijani ludzie poznawali pana Wojciecha i kłaniali się pierwsi. Nisko się kłaniali. Tym razem z trudem poznawali. To on ich zagadywał i tłumaczył, kim jest. Właśnie napotkał trzy osoby i każda to opowiedziała. O tym, że jego siostra teraz mieszka w służbówce własnego pałacyku i po przeprowadzonym wywłaszczeniu z ponad stuhektarowego folwarku przydzielono jej piaszczysty płachetek.

Droga do dworku wydłużyła się, bo najbliższego mostu nad rzeką już nie było. Ludzie po drodze zdążyli naopowiadać a naopowiadać: że Polacy nie chcą wracać z Zachodu, bo nie chcą dostać się pod władzę sierpa i młota; że za Niemca było lepiej, bo był porządek. Na wsiach tak nie rabowali i nie gwałcili jak po przyjściu kacapów; że Anglia już niedługo wypowie wojnę Ruskim. Od kogoś innego usłyszał, że Turcja będzie przeciwko Anglii i Ruskim; że rząd z Londynu wygoni rząd od Stalina gdzie pierz rośnie; że wojna musi być, bo za godło jest goły ptak a na urzędach panoszą się byłe parobki; że jak były wybory (czerwiec 1946 r.), to czerwoni razem z milicją doprowadzili do oszukaństwa.

Pojawił się na progu jej od niedawna przydzielonej jako mieszkanie izby. Był blady jak ściana, przyprószony kurzem. Wypisz, wymaluj – strudzony, wycieńczony wędrowiec. Minęło kilkanaście sekund, zanim siostra go poznała i wybuchła szczerym płaczem. On też. Te łzy były bardzo potrzebne. Tak jej, jak i jemu.

„Oto stanęłam twarzą w twarz z rozpaczą nie mniejszą niż moja” – tak pomyślała, nie mogąc powstrzymać się od długiego szlochu. Zanim braciszek się przywitał i cokolwiek powiedział, obydwoje już byli spłakani jak skrzywdzone dzieci.

Tak jak Wojciech uznał, że musi podjąć się ratowania siostry, bo popadnie w obłęd, tak i ona zdała sobie sprawę z tego, że tylko w jej mocy jest spowodować, by jej brat przestał pić! W ten sposób każde z nich pomyślało, że jest potrzebne drugiemu i musi, póki co, przestać użalać się nad sobą.

Teraz każde z nich na swój sposób musiało ratować jedno drugiego i postarać się, by było co jeść.

Proste prace przy gospodarce i zagospodarowanie przydzielonej w wyniku reformy rolnej ziemi częściowo dały zapomnienie i wyleczenie. Akurat była wiosna. Trzeba było szybko zasiać, zasadzić, posadzić na jajkach.

Coś się zazieleniło. Coś zaćwierkało. Raz i drugi przyszło się uśmiechnąć… Jeśli już pojawi się uśmiech – to jak iskra rozpala ogień innych radości i roznieca chęć do życia. Chęć do życia – to również chęć do pracy. Rodzeństwo Zwolińskich tak jak inni wokół, po prostu wzięło się do roboty. Tak jak miliony innych w najróżniejszy sposób okaleczonych przez wojnę.

Prawie co wieczór ktoś do nich zachodził. Podowiadywali się, że we wsi mieszka przedwojenny nauczyciel – więc ktoś, kto pomoże rozeznać się w nowych, zawiłych urzędowych sprawach. Trzeba było wytłumaczyć, na czym polega, i pomóc napisać na przykład podanie o otwarcie postępowania spadkowego albo o wszczęcie postępowania o uznanie za zmarłego (obowiązywało półroczne czekanie na wiadomość o zaginionym, przy rozwieszonych na tablicach informacyjnych obwieszczeniach z prośbą o wiadomość na jego temat).

Zdarzyło się Wojciechowi też pomagać folksdojczom pojąć starania o weryfikację w celu otrzymania zaświadczenia o narodowości polskiej. Chodziło tu czasem o dzieci tych rodziców, którzy z najróżniejszych powodów podpisali folkslistę[2].

To, czego się dowiedział od odwiedzających o sposobie wprowadzania zasad socjalistycznego państwa, zupełnie nie zgadzało się z jego wyobrażeniami o postępowaniu z młodzieżą i o sprawiedliwości. Entuzjazm wobec „nowej, przyniesionej na ostrzach radzieckich bagnetów rzeczywistości” dla tak pojmowanego komunizmu i socjalizmu ostygł na zawsze. Wieści o sposobach postępowania nowej władzy wobec zagubionej i zdezorientowanej młodzieży mroziły krew w żyłach.

Pisał w imieniu zrozpaczonych rodziców prośbę o ułaskawienie do samego Bieruta. Ich dwaj dwudziestoletni synowie zostali jeszcze po wojnie w lesie, bo chcieli dalej bić się o Polskę. Skazano ich na śmierć za wrogą i niebezpieczną postawę wobec państwa i narodu polskiego. Złapano ich przy obrabowywaniu sklepu. Kilka lat spędzonych w partyzantce mogło przyczynić się do wytworzenia bandyckich nawyków. „Leśni” jedzenie i ubranie dostawali, wyłudzali albo wykradali. Podanie o łaskę zostało odrzucone.

Przyszła spłakana matka piętnastoletniego chłopaka aresztowanego za zabawę w harcerską konspirację. Wymyślili sobie w grupie kilkunastu kolegów, wzorem okupacyjnych bojowników podziemia, system zbiórek i drukowania ulotek o treściach antypaństwowych. Widzieli spustoszenie, jakie na wsi zrobili Sowieci, posłuchali rozważań dorosłych o tym, że wojna wcale się nie skończyła, bo Anglicy z Polakami wygonią Ruskich, i na swój dziecinny sposób zaczęli działać… Skatowani niemiłosiernie w areszcie, czekali na wyrok, który według słów prokuratora mógł być tak surowy jak za przestępczość przeciwko ustrojowi, więc mieli być wsadzeni do więzienia na więcej lat, niż sami do tej pory przeżyli[3].

Wiejska szkoła (rok 1948)

Miastowy brat przy swojej siostrze wydobrzał – jąkanie się i nieskoordynowanie ruchów minęły. Kilka miesięcy zdrowego snu bez odgłosów krzątających się lokatorów przywróciły Wojciechowi równowagę.

Po wiosennych i letnich miesiącach zbrzydło mu już bardzo ubogie życie i najmowanie się do pracy u innych tylko po to, żeby zjeść.

Dostał pracę w wiejskiej szkole. Brakowało kogoś, kto byłby w stanie nauczyć dzieciarnię chociażby alfabetu, pisania, czytania i rachunków. Urząd gminy wystawił odpowiednią decyzję bez żadnych trudności. Okazało się, że uszkodzony nerw twarzy i napadowe jąkanie się od czasu do czasu to drobiazg w porównaniu z wyczynami byłego więźnia obozu zatrudnionego jako nauczyciel.

Poprzedni też był wykształcony i chętny do pracy, ale po obozowych przeżyciach miał chorą głowę. Nie przywiązano wagi do tego, że wrócił do rodzinnego domu z dalekiej Belgii, taszcząc ze sobą walizkę suchego chleba. Bardzo często właśnie taki bywał bagaż powracających. Pan Józef przechowywał swoje suchary w szkolnym kaflowym piecu i nie pozwalał w nim palić do momentu najsroższych mrozów. Dzieciaki, które przychodziły do niedogrzanej szkoły, były świadkami przezabawnych scen: nauczyciel wyrywał woźnemu pogrzebacz i usiłował go raz na zawsze z terenu szkoły przegonić. Bywało, że ku uciesze dzieciaków nagle chował się za tym piecem i nie chciał stamtąd wyjść. Jeśli po paru minutach wychodził, to demonstrował na obnażonej ręce numer obozowy. Uczniowie byli raz rozbawieni, raz przerażeni, bo zezłoszczony nauczyciel potrafił bezlitośnie pobić. Kiedyś zauważył, że uczniowie pozorują śpiewanie i tylko poruszają ustami. Wywołał wtedy małego chłopca na środek klasy i włożył mu do ust brudną szmatę do ścierania tablicy.

W końcu kwietnia szkoła opustoszała. Rodzice w większości zdecydowali się nie narażać dzieci na przeziębienia i pozwolili pozostać w domu. Dla władz oświatowych to był ostatni sygnał ostrzegawczy, że nauczyciel powinien być od dzieci odsunięty.

Wojciech przesiedział w domu wiele miesięcy, zanim dał się namówić na prowadzenie szkoły i lekcji, bo gminę stać było tylko na jednoetatowe stanowisko kierownika szkoły i nauczyciela zarazem.

To nie było to, co w przedwojennym gimnazjum! Gdzie jednakowe mundurki, gdzie białe czyste kołnierzyki, gdzie eleganckie powstanie uczniów obok ławek na powitanie nauczyciela, gdzie starta do czysta ściereczką tablica z przygotowaną kredą, gdzie rząd ławek i kałamarze z atramentem?

Nowy nauczyciel stanął przed śmierdzącą, obdartą hałastrą bez określonego wieku. Zapanowała cisza, bo tak zadziałała upiorna fizjonomia Wojciecha. Przywitał uczniów, powiedział, po co jest szkoła i czego będzie ich uczyć. O razu zapowiedział, co wolno, a czego nie. Wzbudzał respekt samym wyglądem. Zniżył głos, aby dzieciarnia mogła go usłyszeć tylko wtedy, gdy panowała idealna jak w kościele cisza. Przerywał lekcję przy lada szmerku. Najmłodsze dzieci płakały ze strachu, jeśli przy którymś zatrzymał się i popatrzył dłużej swoim zdrowym okiem.

Między najstarszym a najmłodszym uczniem mogła być różnica nawet pięciu lat. W klasie śmierdziało. Wojciech zauważył, że niektórzy przeczesują włosy grzebieniem po to, aby z niego coś brudnymi palcami wyjmować. Wiedział co. Obznajomił się z tymi stworzonkami podczas krótkiego pobytu w areszcie. Tam też pchły wyłaziły z jedynego brudnego koca. Nie tyko pchły. Jeszcze wszy i pluskwy. Zatem w pierwszym dniu szkoły wyznaczył dzieciakom jako zadanie domowe dokładne umycie się.

Problemem okazało się ubogie i bardzo różne słownictwo. W kilku przypadkach nauczyciel zupełnie nie zrozumiał, co dziecko mówi, bo słyszał mieszaninę niemiecko-ukraińską. Z innymi też ciężko, bo posługiwali się tylko kilkoma monosylabami. Niektórzy malcy umieli wypowiedzieć tylko kilka słów: „jo”, „hań”, „haw”, „ni”, „tukaj”. Jedne umiały coś przeczytać, inne wcale.

Zapytał uczniów, kiedy zakończyła się wojna – dowiedział się, że jeszcze trwa, bo się nie skończyła. Zapytał, który mamy rok – żadne z dzieci, nawet z tych starszych, nie wiedziało.

Wytrzymał jeden miesiąc. Często dostawał silnych i nie do wytrzymania bólów głowy.

Szkołę, a właściwie klasę, bo była tylko jedna izba, prowadziła dziewiętnastoletnia Zosia z ukończonymi jeszcze przed wojną dwiema klasami gimnazjum. Wystarczająco, żeby nauczyć pisania, czytania, rachunków i przekazywać to, czego się na bieżąco uczyła. Na lekcjach zjawiała się jedna trzecia uczniów. Później władze oświatowe wezwały Wojciecha i uprosiły, by przyjął chociaż połowę etatu i nauczył starsze dzieci pisemnego mnożenia, dzielenia i podstaw geometrii.

Ktoś z sąsiadów, mocno przekręcając, opowiadał wszystkim wokół o tym, że Wojciech ma zdrowie zrujnowane przez gestapowców i jest przedwojennym nauczycielem. Wiadomość doszła do władz w mieście. Wezwany przed oblicze bezpieki, już w czasie przejazdu do miasta wymyślił logiczną bajeczkę o aresztowaniu za tajne nauczanie, torturach, ucieczce z transportu podczas przejazdu ciężarówki z więźniami przez las i skryciu się u siostry na wsi. Rzeczywiście udzielił swoim byłym uczniom kilku lekcji matematyki. W sposób co prawda spontaniczny i mało zorganizowany, ale już ryzykując obozem koncentracyjnym. Zeznania żyjących jeszcze uczniów wystarczyłyby do uprawdopodobnienia wpadki.

Przesłuchanie i tortury były prawdopodobne, bo była blizna i częściowy paraliż części twarzy. Ktoś uratowany cudem z katowni zaświadczył o pobycie Wojciecha w gestapowskim areszcie. Ucieczkę z transportu na miejsce straceń wytłumaczył chwilą nieuwagi żandarma. Zataił fakt, że za udawane roztargnienie konwojującego słono zapłacono. Tak jak i to, że zabrano z innej celi chłopaka też z łapanki, ale według dokumentów więziennego biura przeznaczonego do wywózki na roboty, a nie na śmierć. Wszystko opowiedział z logiką wyćwiczoną myśleniem szachowo-matematycznym. Wyraz twarzy miał zupełnie nieodgadniony. To uszkodzony nerw sprawiał, że jakakolwiek emocja Wojciecha dla patrzącego mu w twarz była nie do odczytania.

Wezwany drugi raz do urzędu i poproszony o ponowne napisanie życiorysu nie pomylił się w żadnym szczególe. Po trzecim wezwaniu i napisaniu życiorysu zdobył zaufanie ubeka. Dostał skierowanie do władz oświatowych z sugestią znalezienia dla „bohatera tajnego krzewienia oświaty” odpowiedniego miejsca pracy i mieszkania. Stosownie dla jego zasług i umiejętności znaleziono dla niego odpowiednie miejsce w społeczeństwie. Wystawiono mu nakaz pracy w zawodzie i polecenie do Miejskiej Rady Narodowej. Starostwo, któremu podlegało jego ostatnie miejsce zamieszkania, wydało świadectwo moralności, za które trzeba było uiścić miejską opłatę administracyjną w wysokości 50 zł.

Dokument miał półroczny termin ważności i czerwoną, więc trudną do podrobienia okrągłą pieczątkę urzędu. Ciekawa okazała się druga strona dokumentu. Była drukiem z gestapo. Nie przeszkadzało to jednak w używaniu takich kartek do sporządzania dokumentów, jeżeli papierów chronicznie brakowało.

Wojciechowi przypomniała się wtedy opowieść o kimś niewygodnym dla Służb Bezpieczeństwa Publicznego i wrobionym w kolaborację z okupantem. Zdał sobie sprawę z tego, że coś takiego było możliwe. Przy dostępności oryginalnych formularzy można przecież spreparować dowody na wszystko.

Urząd Miejskiej Rady Narodowej przydzielił Wojciechowi odpowiednie lokum. Dla nauczyciela przysługiwał dodatkowy pokój i dużo lepsze kartki żywnościowe. Został nauczycielem matematyki w liceum.

Tuż po wojnie dziwne sytuacje wynikały z wprowadzania regulaminu szkoły i z usiłowań wychowania ułożonej młodzieży. Dwie doświadczone w pracy pedagogicznej jeszcze przed wojną nauczycielki w latach powojennych wpadały do pokoju nauczycielskiego mocno zdruzgotane tym, co właśnie usłyszały od bezczelnych łobuzów.

Przypomnienie o wymogu, żeby po godzinie dwudziestej nie włóczyć się poza domem, spotkało się z pełnymi politowania uśmieszkami. Uczeń poproszony o wypowiedź, co w tym punkcie uczniowskiego regulaminu jest zabawnego, odpowiedział:

– Właśnie w ten sposób uratowałem życie dziadkowi i kilku innym, bo zaryzykowałem wyjście w czasie godziny policyjnej. Teraz już nie ma wojny. Więc po co godzina policyjna?

Podobny brak zrozumienia wywołał zakaz chodzenia na nieodpowiednie dla młodzieży filmy.

– Myśmy już wszystko, co nieodpowiednie, widzieli w czasie wojny – odpowiedziała rezolutna uczennica.

– Może opowiedzieć?

– Ciekawe, czy w kinie zobaczymy coś bardziej gorszącego niż to, co widzieliśmy. Na przykład o tym, co się działo w dzień po wyzwoleniu?

– Jesteście za młodzi, żeby chodzić po kawiarniach i włóczyć się nie wiadomo gdzie!

– Już nie jesteśmy za młodzi. Jak nas we wojnę wygonili z domu i trzeba było ratować życie, to wtedy nikt nie myślał, o której godzinie niepełnoletni mają być w łóżkach.

Szachy (rok 1965)

– Ciekawie rozegrana partia dowodzi, jak cudownym tworem jest ludzki umysł – mawiał czasem Wojciech Zwoliński, nauczyciel matematyki w liceum. – Trzeba go rozwijać – przekonywał – bo jego możliwości są nieograniczone i niezbadane.

Uważał, że najszlachetniejsza z rozrywek umysłowych – gra w szachy – wywodzi się z matematyki, królowej nauk, i należy ją traktować poważnie.

Niestety rodzice młodych geniuszy, jeśli się tacy ujawnili, nie zawsze zdawali sobie sprawę z tego, że czasochłonna zabawa pionkami w ogóle ma jakiś sens. Zdarzyło się, że trzeba było przekonać rodziców do uznania talentu dziecka. Lepiej było, jeśli on, nauczyciel, złożył niespodziewaną wizytę (wszystkie takie wizyty były niespodziewane – telefonów w całym mieście było kilka) w domu ucznia, niż wzywał rodziców. Rodzice poproszeni w sprawie dziecka do szkoły mogli spodziewać się złych wiadomości i profilaktycznie dotkliwie przylać. Niełatwo rozmawiało się z dorosłymi o psychice dziecka.

– Źle się gówniarz uczy albo nie chce słuchać, to trzeba dać takie smary, żeby popamiętał – ot i cała pedagogika.

Wojciech zaproponował wprowadzenie do rozgrywek dziewcząt. Uważał, że ich towarzystwo zmobilizuje chłopaków. Tak bardzo czasem któryś się rumienił, gdy przegrał z koleżanką. W takich momentach okazywało się, czy chłopiec umie z godnością przegrać, czy nie.

Niewiele uczennic utrzymało się w kółku dłużej. Zazwyczaj do czasu, kiedy rodzice dowiadywali się, jak ich córka spędza popołudnia.

– Bo to niekobiece. Dla dziewczyny to duża strata czasu – mówili zazwyczaj.

– Lepiej niech uczy się gotować, sprzątać. Jeśli już ma zajmować się czymś poza szkołą i pomaganiem w domu, to niech to będzie przynajmniej taniec. Już coś bardziej pożytecznego.

– Bo to wcale nie pomoże znaleźć jej narzeczonego. Chłopcy nie lubią dziewczyn mądrzejszych od siebie.

– Kobieta nie powinna ujawniać swojego rozumu, tylko go używać.

– Po zamążpójściu nie będzie przecież mogła wychodzić z domu albo wyjeżdżać na jakieś turnieje szachowe. Żaden ślubny na nic takiego się nie zgodzi.

Jakiś czas chodziła na zajęcia Zuzia. Okazało się, że ma talent. Genialnie grała na zwykłych spotkaniach, ale nie potrafiła skoncentrować się na turniejach ani wytrzymać dłuższego napięcia nerwowego. Po prostu była znerwicowana. Dwumian nie miał najmniejszych wątpliwości. Poprosił o pozostanie dłużej panią Dąbrowską, matkę dziewczyny, i podzielił się spostrzeżeniem.

– System nerwowy dziecka? Co to jest? Dziecko nie ma nerwów. Bo to przecież tylko dziecko – te słowa, jakie wypowiedziała mama uzdolnionej uczennicy, zdarzało się słyszeć również od innych rodziców uczniów, bitych bezlitośnie za byle co.

Zapytał matkę Zuzi, czy jej córka nie jest bita.

– Nie jest. Nakrzyczeć to się nakrzyczy, ale ojca nigdy nie ma w domu, to i nie ma kto przylać.

Piętnastoletni Kuba Konieczyński z ulicy Wyzwolonej przestawiał pionki po obu stronach szachownicy według zaleceń z książki. Była to dziwna książka, podobno z zadaniami szachowymi. Coś o otwarciach, rozwinięciach, obronach, z mnóstwem symboli takich jak A1, F5 i małych rysuneczków z szachownicami i pionkami. Zdaniem ojca chłopak bawił się jak kilkulatek żołnierzykami.

Wywiązała się straszna awantura, bo Kubuś na uwagę ojca, że za długo zabawia nad szachownicą, odpowiedział opryskliwie, że to nie zabawa, tylko poważny sport i dużo matematycznego myślenia. Ojcem aż zatrzęsło ze złości.

– Jaki sport!? Dla kogo? To przecież jest rozrywka dla pasożytów żyjących z pracy innych. Czegóż się to paniczykowi zachciewa! – zadrwił.

– Wyrobić w sobie matematyczne myślenie.

– Patrzcie go, smarkacza. Ja w twoim wieku w piekarni nosiłem worki z mąką i machałem łopatą przy piecu od świtu.

– A ja nie będę machał łopatą. Będę się uczył na inżyniera.

– Za co?

– Za stypendium. Jeśli będę miał wysokie oceny w szkole, powygrywane zawody i napiszą mi dobrą opinię, to mogę mieć stypendium.

– Na razie nie masz wysokich ocen.

– Mam czwórki, bo się nie uczę. Gdybym chciał, to byłbym najlepszy.

To Henryka zadziwiło. Zrezygnował z wyciągania paska od spodni, którym zamierzał wbić smarkaczowi okrężną drogą rozum do głowy.

Henryk Konieczyński wiedział, co to jest gra w szachy, ale nigdy nie miał czasu się nią zainteresować. Wiedział, że czymś takim zabijali czas oficerowie. Tak ruscy, jak i niemieccy. Podobno mistrzami w tej grze bywali znienawidzeni Żydzi.

Za co tak znienawidzeni? No właśnie za to, że potrafili wygrać wszędzie tam, gdzie wygrywał pomyślunek.

Talent dziecka do tej gry zdaniem Dwumiana ujawnił się bardzo szybko. Już na drugim, trzecim spotkaniu nad szachownicą widać szybkość myślenia, umiejętność koncentrowania się i zamiłowanie do umysłowego wysiłku. Podczas gry umysły przeciwników dokonują niezliczonych permutacji i kombinacji matematycznych.

Wojciech i część uczniów uznało, że najlepiej byłoby rozwinąć się w takim kierunku, żeby władzom albo ogłupiałym aroganckim działaczom społeczno-politycznym było nic do tego. Mylili się w tym, że da się chwycić wiatr w żagle i obrać dla siebie zupełnie bezpieczny kurs, bo nawet metoda uzyskania koniecznego przy królewskiej grze wyciszenia duszy mogła zostać przez władze uznana za szkodliwe wstecznictwo.

W czasie gry w szachy myśli nie mogą się kłębić. Mają być spokojne jak wody jeziora w bezwietrzną pogodę. Bez jednej fałdki. Cudowny twór, jakim jest umysł, może wtedy ujawniać swoje największe możliwości, a przywołane w chwili medytacji siły przyjdą z pomocą.

Zdaniem Wojciecha sposobem na uzyskanie takiego uspokojenia się jest… modlitwa. Do tego Boga, w którego się wierzy. W jakimkolwiek obrządku. Ważne, by była szczera, żarliwa i pomogła uzyskać przychylność sił nadprzyrodzonych albo i innych, jeszcze nieznanych, nieokreślonych, ale pomocnych dla uzyskania koniecznej równowagi. Poglądów na temat dobrodziejstwa modlitwy albo medytacji nie mógł jednak wygłosić ani w świetlicy, w której prowadził zajęcia, ani w klasie na lekcji. Przynajmniej w czasie nauczania roczników przypadającym na okres stalinizmu, bowiem uczeń, zezłoszczony oceną niedostateczną z matematyki, mógłby przekręcić słowa i donieść, gdzie trzeba. Skołowani materializmem dialektycznym aktywiści oskarżyliby o sianie zabobonów i sprzyjanie „wszetecznym działaniom klerykalizmu”. Nic to, że Wojciech wcale nie był religijny, bo wojenne przeżycia zrodziły w nim wątpliwości co do nieomylności boskich decyzji.

Publicznie miał prawo powiedzieć o psychicznym komforcie i równowadze systemu nerwowego – pojęciach dla przedstawicieli aktywu niekoniecznie znanych i rozumianych, a broń Boże nie uchodziło snuć rozważań o metafizyce albo religiach. Nie udało się Wojciechowi uciec od brudów polityki do harmonijnego świata pielęgnowania talentów z matematyki i szachów. Nawet nauczycielowi matematyki w liceum. Nauczyciele z przedmiotów ścisłych we wstępie do podręcznika chemii, matematyki, fizyki i w ogóle przedmiotów zawodowych czytali najróżniej sformułowane słowa o tym, że mają wykorzystywać treści nauczania do ujmowania aktualnej problematyki społecznej i do wyrabiania odpowiedniej postawy ideologicznej.

Mniej więcej podobne wskazówki podawano przy każdym zebraniu nauczycieli i każdej konferencji, bez względu na jej charakter. Walne zebranie czy szkolenie metodyczne miało zawsze w programie punkt o tym, że nauczyciel ma obowiązek wyrabiania w młodych ludziach postawy odpowiedniej do nowych lepszych czasów, pełnej zaangażowania w budowę socjalistycznej rzeczywistości.

Propozycję na zapisanie się do partii Wojciech zbywał dyplomatycznie, zasłaniając się niedostatkami na urodzie.

– Z tak wstrętną twarzą nie mogę się publicznie pokazywać tam, gdzie ma być młodość, optymizm i radość. Po co straszyć z trybuny albo mównicy fizjonomią upiora.

Nie zapisał się do partii i od czasu do czasu wygłaszał komentarze, które na kogoś innego sprowadziłyby kłopoty. Mówiono o nim, że fascynat, niegroźny dziwak, nawiedzony, materiał na świętego.

Było coś na rzeczy. Niezachwiane przekonanie Wojciecha o tym, że życie okupione innymi istnieniami należy poświęcić czemuś dobremu. Choćby dzieciakom, które zasługują na to, by ich zdolności rozwinąć. Bardzo często stawał mu przed oczami chłopaczek, który zginął za niego w egzekucji. Kiedyś go znał. Teraz nie umiał sobie już przypomnieć jego rysów, ale jego przywoływany, czasem zamazany wizerunek kazał mu pracować, pracować, pracować i nie pytać, „ile z tego będę miał”.

Wszelkie medale, odznaczenia, dyplomy jako bezpartyjnego go omijały. Ale nigdy nikt nie słyszał od Dwumiana komentarza na temat tego, jak krzywdzące jest milczenie na temat jego dokonań.

Koleżeństwo ze szkoły inaczej tłumaczyło bezmiar czasu poświęconego uczniom.

– Nie ma rodziny i w domu by się nudził – mówili.


[1] Komisja Nadzwyczajna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym w pierwszych miesiącach 1947 roku wysłała około 24 tysięcy rzekomych „spekulantów” do obozów pracy przymusowej. [Za:] Antoni Dudek, Zdzisław Zblewski, Utopia nad Wisłą. Historia Peerelu, ParkEdukacja, Bielsko-Biała 2008.

[2] Jeśli nikt nie zgłaszał wątpliwości do osób wymienionych na listach w gazetach albo na urzędowych tablicach do uczciwego postępowania wobec Polaków, wtedy po złożeniu przysięgi na to, że jest się dobrym Polakiem, a nie dobrym Niemcem – mogło być uznane obywatelstwo polskie, a więc prawo do normalnych kartek żywnościowych i zdjęcie chociażby takiego zakazu jak kupowanie na targu przed godziną jedenastą albo zakazu zamieszkania poza strychem lub sutereną – na podstawie książki Anny K. Kłys, Brudne serca. Jak zafałszowaliśmy historię chłopców z lasu i Ubeków, Wielka Litera, Warszawa 2014, str. 235.

[3] Jeden z takich wielu, bardzo wielu przykładów jest opisany książce Anny K. Kłys Brudne serca. Jak zafałszowaliśmy historię chłopców z lasu i Ubeków (Wielka Litera, Warszawa 2014, s. 286–287). Brzmi następująco:

W Bełchatowie w 1949 roku jedenastu chłopców przepisywało ulotki (było tego koło 3000 sztuk) i plakaty. Nazywali się „Drużyna Piłkarska”. Udało im się rozwiesić dwa plakaty. Narysowali kredkami twarz Stalina za kratkami i hasło: „Stalin walczy z Kościołem ze złością, lecz ta walka mu stanie w gardle kością”. Kiedy aresztowano wszystkich dorosłych mieszkańców domów położonych w okolicy płotów, na których ponaklejane były plakaty, chłopcy sami zgłosili się na UB. Aresztowano ich rodziny, ale chłopcy mieli jakiś kodeks honorowy, nie bali się przyznać do winy. Banalne, banalne – ale dorośli faceci, którzy ich tłukli w areszcie, do dziś nie mogą się przyznać do tego.

Poklask

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-7942-832-8

 

© Halina Grochowska i Novae Res s.c. 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Barbara Kaszubowska

KOREKTA: Dagmara Silwanowicz

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.