Podróżniczka - Diana Gabaldon

Podróżniczka

0,0

Doskonałe połączenie powieści przygodowej, historycznej, fantastyki i romansu. Opowieść o wielkiej miłości, rozgrywająca się w dwóch planach czasowych: współcześnie i w XVIII wieku.

Wspaniała zabawa... fantastyczne przygody... romans... seks... Idealna lektura, by oderwać się od rzeczywistości!

„San Francisco Chronicle”

Soczysta, obrazowa, zmysłowa proza, pełna szczegółów historycznych i humoru.

„Library Jorunal”

Nie przegapcie żadnej części sagi Diany Gabaldon. W tych bestsellerowych książkach ożywa fascynująca opowieść o podróżniczce w czasie Claire Randall i osiemnastowiecznym Szkocie Jamiem Fraserze.

Jest rok 1746. 16 kwietnia armia króla Jerzego II rozgromiła wojska Karola Edwarda Stuarta w bitwie pod Culloden w Szkocji. Po walce Anglicy przeczesali pole bitwy, dobijając rannych. Większość tych, którzy przeżyli, stracono w Anglii, a tysiąc jeńców sprzedano jako niewolników do pracy na amerykańskich plantacjach bawełny.

Rok 1968. Claire, zagłębiając się w dokumenty z epoki i drżąc o Jamiego, usiłuje odgadnąć koleje jego losu. Czy „Czerwony Jamie” przeżył masakrę pod Culloden? A jeśli znalazł się wśród ocalonych, czy odwzajemnia jej tęsknotę? Jak ułożyło się jego życie? Czy kiedykolwiek zdołają się odnaleźć? Czy nawet najgorętsza miłość może pokonać dzielące ich wieki?

Diana Gabaldon - biolog, ekolog, wykładowca uniwersytecki. Oszałamiającą karierę literacką rozpoczęła przygodowo-historyczną powieścią „Obca”. Następne części sagi o podróżującej w czasie Claire Randall, nagradzane i tłumaczone na wiele języków, zajmowały najwyższe miejsca na listach bestsellerów całego świata.

W cyklu:

„Obca”

„Uwięziona w bursztynie”

„Podróżniczka”

„Jesienne werble”

„Ognisty krzyż”

„Tchnienie śniegu i popiołu”

„Kość z kości”

 

Dodaj komentarz


Trzeci tom serii "Obca". Połączenie powieści przygodowej i fantastyki. Wątki romantyczne mało przekonujące. Lekkie. Dobre dla młodzieży. Dojrzali czytelnicy wymagający od literatury fantastycznej tego "czegoś" lepiej niech omijają tą pozycję.


Czytając opis książki dochodzę do wniosku, że komuś się coś pomyliło. Seks i książka dla młodzieży? Bez jaj!

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Podróżniczka

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
Prolog
I. Bitwa i dług wdzięczności
1. Uczta kruków
2. Początek polowania
3. Szczere wyznanie
II. Lallybroch
4. Dunbonnet
5. Dar życia
6. Krwawy pretekst
III. Jako twój więzień
7. Zaufanie do dokumentów
8. Więzień honoru
9. Wędrowiec
10. Przekleństwo Białej Czarownicy
11. Gambit Torremolinosa
12. Poświęcenie
13. Półmetek
IV. Lake District
14. Geneva
15. Nieszczęśliwy wypadek
16. Willie
17. Potwór
V. Nie możesz wrócić do domu
18. Korzenie
19. Wywołać ducha
20. Diagnoza
21. Q.E.D.
22. Wigilia Wszystkich Świętych
23. Craigh na Dun
VI. Edynburg
24. A. Malcolm, drukarz
25. Dom uciech
26. Śniadanie z dziwkami
27. W płomieniach
28. Strażnik cnót
29. Ostatnia ofiara Culloden
30. Spotkanie
31. Księżyc przemytników
VII. Znowu w domu
32. Powrót syna marnotrawnego
33. Zakopany skarb
34. Tata
35. Odlot z Edenu
36. Czarownica działa
37. Co znaczy imię?
38. Spotkanie z prawnikiem
39. Zagubieni i opłakiwani przez wiatr
VIII. Płyniemy
40. Przygotowania do rejsu
41. Wypływamy
42. Człowiek na Księżycu
43. Duch ręki
44. Siły natury
45. Opowieść Chińczyka
46. Spotkanie z „Morświnem”
47. Zaraza na statku
48. Chwila łaski
49. Ląd na horyzoncie!
50. Spotkanie z księdzem
51. Psi węch Jamiego
52. Ślub
IX. Nieznane światy
53. Guano nietoperzy
54. Pirat
55. Ismael
56. Zupa żółwiowa
57. Ziemia obiecana
58. Maska czerwonej śmierci
59. Rozdział, w którym wiele się wyjaśnia
60. Zapach klejnotów
61. Płomień krokodyla
62. Abandawe
63. Z otchłani
Podziękowania
Karta redakcyjna
Diana Gabaldon
Podróżniczka
Fragment
Przekład
Justyna Kotlicka
Ewa Pankiewicz
Agata Puciłowska
Małgorzata Tougri
 

Podróżniczka

Moim dzieciom:

Laurze Juliet, Samuelowi Gordonowi i Jennifer Rose,

którym ta książka zawdzięcza duszę, serce i kształt

Prolog

Kiedy byłam mała, nie bawiło mnie włażenie w kałuże. Nie bałam się utopionych robaków ani zamoczenia skarpet; ogólnie rzecz biorąc, należałam do dzieci wiecznie upapranych, których radości życia nie mącił żaden brud.

Przyczyną niechęci do chlapania się w kałużach było niezbite przekonanie, że pod idealnie gładką taflą kryje się coś więcej niż tylko woda. Święcie wierzyłam, że każda kałuża wiedzie do tajemniczej, niezgłębionej przestrzeni. Gdy obserwowałam drobniutkie zmarszczki na wodzie, wywołane moim zbliżeniem się, wyobrażałam sobie kałużę jako coś niewiarygodnie głębokiego. Myślałam, że w bezdennej otchłani cichych głębin kryje się potwór, którego zwinięte, okryte błyszczącą łuską, ogromne cielsko i ostre zęby stanowią nie lada zagrożenie.

Kiedy jednak widziałam odbicie własnej okrągłej, okolonej lokami twarzy na tle błękitnej kopuły, przychodziło mi do głowy, że kałuża jest wejściem do jakiegoś innego nieba. Jeden nieopatrzny krok, a wpadłabym tam i leciała coraz dalej i dalej w niebieskiej przestrzeni.

Tylko w jednej sytuacji odważałam się postawić nogę w kałuży – o zmierzchu, gdy na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Bez żadnych obaw mogłam wejść do wody usianej światełkami, bo gdybym wpadła w jakąś nieznaną przestrzeń, zawsze istniała szansa, że po drodze przytrzymam się gwiazd, a to nie byle jaka gwarancja bezpieczeństwa.

Jeszcze dzisiaj, po latach, gdy trafiam na kałużę, w myślach przed nią przystaję – chociaż nogi nie zwalniają tempa – po czym przyśpieszam kroku, aby czym prędzej uciec od echa dawnych wspomnień.

No, bo gdybym tak wpadła...

Część I. Bitwa i dług wdzięczności
1. Uczta kruków

Wielu wodzów górskich klanów poszło w bój,

wielu wspaniałych mężczyzn zginęło.

Drogo okupili swoją śmierć, stając w obronie

prawa i królów Szkocji.

Czy już nigdy nie wrócisz?

16 kwietnia 1746 roku

Nie żył. W nosie czuł jednak bolesne pulsowanie. Uznał to za bardzo dziwne. Ufał w wyrozumiałość i łaskę Stwórcy, ale w duszy kołatały mu resztki pierwotnego poczucia winy, które sprawia, że w każdym człowieku tkwi obawa przed trafieniem do piekła. Biorąc jednak pod uwagę dotychczasową wiedzę o siedzibie dusz potępionych, ani rusz nie mógł uwierzyć, że męki piekielne, przeznaczone dla nieszczęsnych mieszkańców otchłani, ograniczają się do bólu nosa.

Z drugiej strony był przekonany, że nie trafił też do nieba. Z kilku przyczyn. Po pierwsze, zupełnie na to nie zasługiwał. Po drugie, nic na to nie wskazywało. A po trzecie, złamany nos nie mógł być nagrodą dla błogosławionych ani karą dla potępionych.

Zawsze wyobrażał sobie czyściec jako miejsce bezbarwne, ale teraz uznał, iż czerwonawa poświata, kryjąca wszystko wokół, jest odpowiednia na czyśćcową aurę. Bardzo powoli umysł mu się przejaśniał i wracała zdolność logicznego rozumowania. Ktoś, pomyślał z irytacją, powinien tu przyjść i powiedzieć, jaki zapadł wyrok, jak długo przyjdzie mu cierpieć czyśćcowe męki, zanim stanie się godny Królestwa Niebieskiego. Sam nie był do końca pewien, czy oczekuje przybycia demona, czy anioła. Nie miał pojęcia, jakie wymagania stawia się pracownikom czyśćca; w szkole nauczyciele i księża pomijali ten temat.

Zaczął robić przegląd całego ciała i zastanawiać się, co jeszcze przyjdzie mu wycierpieć. Zobaczył liczne drobne skaleczenia, nieco głębsze rany oraz mnóstwo siniaków. Znów złamał czwarty palec prawej ręki – trudno go było osłonić, bo sterczał sztywny i zmarznięty. Wszystkie obrażenia nie wyglądały jednak na zbyt poważne. Co jeszcze?

Claire. To imię przeszyło mu serce, a wywołany ból był trudniejszy do zniesienia niż wszystkie dotychczasowe cielesne cierpienia.

Nie wątpił, że gdyby istniał jeszcze w realnym świecie, dźwięk tego imienia podwoiłby męki. Wiedział, że tak będzie, gdy odsyłał ją do kamiennego kręgu. Jeżeli cierpienia duchowe są w czyśćcu podstawą, to dla niego wyznaczono karę w postaci przeżywania bólu rozstania. To wystarczyło, jego zdaniem, do odkupienia wszelkich grzechów, łącznie z morderstwem i zdradą.

Nie miał pojęcia, czy w czyśćcu wolno się modlić. Postanowił spróbować. Panie, spraw, aby ona była bezpieczna. Ona i dziecko. Był pewien, że Claire da sobie radę i dojdzie do samego kręgu; była w ciąży zaledwie od dwóch miesięcy, nadal poruszała się lekko i szybko jak błyskawica. Poza tym to najbardziej uparta i stanowcza kobieta, jaką w życiu spotkał. Czy zdoła jednak przebyć niebezpieczną drogę do miejsca, z którego wyszła? Przemknąć się przez tajemnicze obszary oddzielające przyszłość od teraźniejszości, bezsilna wśród skał? On nigdy nie pozna odpowiedzi, ale na samą myśl o tym zapomniał nawet o swym bolącym nosie.

Podjął przerwaną na chwilę inwentaryzację cielesnych niedomagań. Ogromnie przygnębiło go odkrycie, że najwyraźniej brakuje mu lewej nogi. Wszelkie odczucia kończyły się kłującym mrowieniem w biodrze, dalej nie było nic. Przypuszczalnie odzyska kończynę, kiedy nadejdzie właściwa pora; może wtedy, gdy już wreszcie dostanie się do nieba, a przynajmniej w dniu sądu ostatecznego. W końcu jego szwagier, Ian, zupełnie nieźle radził sobie z drewnianym kikutem, którym zastąpił utraconą nogę.

Jego próżność została jednak urażona. No tak, rzeczywiście; taka kara musiała mieć na celu wyleczenie go z tego grzechu. Zacisnął zęby. Postanowił zaakceptować wszystko mężnie i z taką pokorą, na jaką tylko będzie mógł się zdobyć. Nie zdołał jednak powstrzymać badającej dłoni (czy tego, co mu za dłoń służyło) i sięgnął w dół, by się przekonać, w którym dokładnie miejscu kończy się noga.

Trafił na coś twardego, palce zaplątały się w mokre, zmierzwione włosy. Usiadł gwałtownie i z wysiłkiem rozkruszył warstwę zaschniętej krwi zlepiającej mu powieki. James Fraser przypomniał sobie wszystko i głośno jęknął. Tak bardzo się mylił. Naprawdę był w piekle. Tyle tylko, że niestety wcale nie umarł.

Na nim leżały w poprzek zwłoki jakiegoś mężczyzny. Pod ich ciężarem jego noga całkowicie zdrętwiała, dlatego jej nie czuł. Głowa zmarłego, ciężka niczym kula armatnia, zwrócona twarzą w dół, wciskała mu się w brzuch. Wilgotne, splątane włosy tworzyły ciemną plamę na jego mokrej koszuli. Fraser wstrząsnął się w nagłej panice; głowa zsunęła się na kolana i przekręciła na bok, spoza osłony loków na wpół otwarte, niewidzące oczy patrzyły w niebo.

Jack Randall. Elegancki, czerwony mundur kapitana tak pociemniał od wilgoci, że wydawał się niemal czarny. Jamie niezdarnie usiłował zepchnąć z siebie trupa. Ze zdumieniem szybko się przekonał, jak bardzo brak mu sił. Jego ręka zsunęła się po plecach zabitego, druga ugięła się znienacka, gdy spróbował się podeprzeć. Znowu leżał płasko na wznak. W górze wirowało szare niebo. Padał śnieg z deszczem. Z każdym oddechem głowa Jacka Randalla nieprzyzwoicie poruszała mu się na brzuchu; wędrowała to w górę, to w dół.

Fraser z całej siły przycisnął dłonie do bagnistego gruntu. Między palcami przeciekła zimna woda, koszulę na plecach miał przemoczoną do suchej nitki. Przewrócił się na bok. Przekonał się, że zmarły zapewniał mu swoim ciałem odrobinę ciepła. Gdy bezwładne zwłoki Randalla powoli osunęły się na ziemię, lodowata woda zaatakowała świeżo odsłonięte fragmenty ciała Jamiego. Przeżył szok. Nagły chłód wywołał gwałtowne dreszcze.

W lepkiej mazi wykonywał niezborne ruchy. Usiłował wydobyć spod siebie zmięty, oblepiony błotem pled. Do jego uszu dochodziły dźwięki, których nie zdołało zagłuszyć zawodzenie kwietniowego wiatru. Słyszał odległe okrzyki, płacz, jęki przywodzące na myśl nawołujące się duchy. A ponad wszystko wybijały się ochrypłe głosy kruków i wron. Z intensywności krakania wynikało, że ptaków były dziesiątki.

Dziwne, myślał Jamie. Podczas burzy ptaki nie powinny latać. Jeszcze jeden ruch i już mógł otulić się wydobytym spod siebie pledem. Wyciągnął rękę, żeby okryć nogi. Zauważył, że jego lewa kończyna i kilt umazane są krwią. Widok ten nie wywołał większego wrażenia, wydał się Fraserowi nawet dość interesujący: ciemnoczerwone plamy ostro kontrastowały z szarozieloną barwą roślin wrzosowiska. Echa bitwy cichły, aż wreszcie nad pobojowiskiem pod Culloden dało się słyszeć wyłącznie krakanie kruków i wron.

***

Ocknął się znacznie później. Ktoś wykrzykiwał jego imię i nazwisko.

– Fraser! Jamie Fraser! Jesteś tu?

Nie, pomyślał, nie ma mnie. Gdziekolwiek przebywał podczas utraty świadomości, było to lepsze miejsce niż obecne. Leżał w niewielkim zagłębieniu do połowy wypełnionym wodą. Przestało padać, ale wiatr ani trochę nie osłabł; zawodził nad wrzosowiskiem i przeszywał chłodem do szpiku kości. Niebo zrobiło się niemal czarne. Nadszedł już wieczór.

– Mówię ci, gdzieś go tu widziałem. Obok tej dużej kępy kolcolistu. – Głos, z początku donośny, powoli się oddalał.

Jamie usłyszał jakiś szelest. Odwrócił głowę i zobaczył wronę. Stała w trawie niecałe pół metra od niego, z ciemnymi piórami nastroszonymi przez wiatr. Przyglądała mu się okrągłymi, błyszczącymi oczyma. Po chwili uznała, że Jamie nie przedstawia żadnego niebezpieczeństwa. Obojętnie przekrzywiła szyję i wbiła mocny, ostry dziób w oko Jacka Randalla.

Jamie poderwał się gwałtownie z okrzykiem obrzydzenia, który spłoszył padlinożercę. Ptak odleciał, skrzecząc głośno na alarm.

– Patrz, jest tam!

Na mokrym gruncie rozległy się chlupoczące kroki. Przed oczyma rannego zamajaczyła czyjaś twarz, a na ramieniu spoczęła dłoń.

– On żyje! Ruszaj się, MacDonald! Podtrzymaj go, bo sam nie da rady ustać. – Było ich czterech. Podnieśli go z niemałym trudem. Fraser oparł się na ramionach Ewana Camerona i Jana MacKinnona.

Chciał im powiedzieć, żeby go zostawili. Przypomniał sobie, że przecież zamierzał umrzeć. Lecz ich towarzystwo było czymś tak cudownym, że nie miał siły się go wyrzec. Do zdrętwiałej nogi powracało życie. Dopiero teraz Fraser w pełni zdał sobie sprawę, jak poważnie został ranny. I tak niedługo umrze, a dzięki Bogu nie będzie musiał tkwić samotnie w ciemnościach.

– Wody? – Poczuł na wargach krawędź kubka. Ostrożnie uniósł się na łokciu, żeby się nie oblać. Ktoś dotknął jego czoła i cofnął rękę bez słowa.

Cały płonął. Pod powiekami czuł płomienie, bolały go wargi, spękane od gorączki. Ale z dwojga złego wolał to niż chłód i dreszcze. Gdy oblewało go gorąco, mógł przynajmniej leżeć spokojnie, dreszcze natomiast wyrywały ze snu demony drzemiące w jego ciele.

Murtagh. Gdy myślał o ojcu chrzestnym, prześladowało go straszne uczucie, ale pamięć nie podsuwała żadnych konkretnych obrazów. Murtagh nie żył; Fraser był tego pewien, ale nie miał pojęcia, skąd to wie. Ponad połowa armii szkockich górali poległa na wrzosowisku – tyle się domyślił z rozmów mężczyzn zgromadzonych w wiejskim domu. Samej bitwy jednak w ogóle sobie nie przypominał.

Już wcześniej brał udział w walkach i orientował się, że utrata pamięci nie jest u żołnierza niczym dziwnym. Widywał podobne przypadki, ale sam nigdy dotąd czegoś podobnego nie doświadczył. Wiedział, że wspomnienia powrócą, miał jednak nadzieję, że uda mu się wcześniej umrzeć. Na myśl o śmierci drgnął. Ruch wywołał falę ostrego bólu, jakby ktoś przejechał po nodze rozpalonym do białości żelazem. Jęknął.

– Jak tam, Jamie? – Leżący obok Ewan podniósł się na łokciu. Jego zmartwiona twarz bielała w półmroku. Zaczynało dopiero świtać. Głowę miał owiniętą zakrwawionym bandażem, również na kołnierzu widać było rdzawe plamy. Krew wyciekała z drobnej rany przy uchu.

– Jakoś wytrzymam – odpowiedział Fraser i z wdzięcznością dotknął ramienia Ewana. Kompan poklepał go po ręce i z powrotem się położył.

Znów pojawiły się czarne jak noc ptaszyska. Gdy zapadł zmierzch, odleciały do gniazd, ale wróciły wraz z nastaniem poranka: kruki i wrony, ptaki wojny, stawiły się na ucztę z mięsa poległych. Równie dobrze mogło się zdarzyć, że teraz okrutnymi dziobami rozszarpywałyby i jego ciało. Pod powiekami wyczuwał kształt gałek ocznych. Okrągłe i gorące kąski smakowitej galarety obracały się bezustannie, na próżno wypatrując zapomnienia. Wstające słońce zabarwiało powieki na ciemnokrwisty kolor.

Czterech mężczyzn zebranych pod jedynym oknem wiejskiego domu rozmawiało przyciszonymi głosami.

– Z tego powodu pobiec? – odezwał się jeden z nich i wskazał głową za okno. – Chryste, człowieku, najzdrowszy z nas ledwie kuśtyka, a sześciu jest kompletnie unieruchomionych.

– Jeśli możesz chodzić, to idź – mruknął ktoś z podłogi. Skrzywił się na widok własnej nogi owiniętej strzępkami kołdry. – Dinna zostanie z nami.

Duncan MacDonald odwrócił się od okna, potrząsając głową. Uśmiechał się ponuro. Światło słoneczne uwydatniło ostre rysy twarzy, pogłębiło bruzdy wywołane zmęczeniem.

– Nie, zaczekamy – oświadczył. – Przede wszystkim dlatego, że Anglików jest więcej niż pcheł na wiejskim kundlu; widać, jak się tam kłębią. Nikt w tej chwili nie zdoła się wydostać z Drumossie.

– Nawet ci, którzy już wczoraj drapnęli z pola, nie zajdą daleko – wtrącił łagodnie MacKinnon. – Nie słyszeliście w nocy, jak angielskie oddziały szybkim marszem przechodziły w pobliżu? Sądzicie, że wyłapanie tych wszystkich nieboraków sprawi im trudność?

Pytanie nie wymagało odpowiedzi, obecni znali ją aż za dobrze. Wielu górali jeszcze przed bitwą ledwo trzymało się na nogach, tak byli osłabieni zimnem, trudami i głodem.

Jamie odwrócił twarz do ściany. Modlił się, aby jego ludzie wyruszyli dość wcześnie. Do Lallybroch było bardzo daleko. Jeśli tylko uda im się wystarczająco oddalić od Culloden, z pewnością nie zostaną złapani. A przecież Claire ostrzegła, że złaknione odwetu oddziały Cumberlanda dotrą daleko i spustoszą góry Szkocji.

Tym razem myśl o żonie wywołała jedynie falę straszliwej tęsknoty. Boże, żeby tak mieć Claire przy sobie, poczuć dotyk jej rąk; żeby tak opatrzyła rany i przytuliła do piersi. Ale odeszła – o całe dwieście lat – i dzięki Bogu! Spod przymkniętych powiek z wolna pociekły łzy. Nie bacząc na ból, przewrócił się na bok, aby je ukryć.

Boże, spraw, żeby była bezpieczna, modlił się. Ona i dziecko.

Wczesnym popołudniem powietrze wpadające przez rozbite okno przyniosło woń spalenizny. Intensywniejszą, ostrzejszą niż zapach czarnego od sadzy dymu; przywodziła na myśl pieczone mięso.

– Palą zwłoki – powiedział MacDonald. Odkąd przybyli do chaty, prawie nie opuszczał miejsca przy oknie. Jego twarz przypominała trupią czaszkę: czarne jak węgiel, matowe z brudu włosy były mocno ściągnięte do tyłu i uwidoczniały wszystkie kości twarzy.

Co jakiś czas od strony wrzosowisk dochodziły suche trzaski. Strzały. Coups de grâce były łaskawie rozdzielane przez angielskich oficerów, zanim odziani w tartan nieszczęśnicy mogli spocząć na stosie u boku poległych w boju pobratymców. Gdy Jamie znowu spojrzał w górę, Duncan MacDonald nadal tkwił przy oknie, ale oczy miał zamknięte.

Siedzący tuż obok Ewan Cameron przeżegnał się.

– Żeby tylko okazano nam tyle samo łaski – wyszeptał.

***

Okazano. Następnego dnia ledwie minęło południe przed domem dały się słyszeć kroki obutych stóp. Drzwi na skórzanych zawiasach otworzyły się bezszelestnie.

– O, Chryste! – rozległy się stłumione okrzyki.

Przeciąg poruszył cuchnące wyziewy, które unosiły się nad ponurymi, obszarpanymi, zakrwawionymi ciałami leżącymi lub siedzącymi na brudnej podłodze.

Myśl o walce nie zaświtała w niczyjej głowie. Jakobici stracili do niej serce, w zbrojnym oporze nie widzieli zresztą najmniejszego sensu. Siedzieli po prostu bez ruchu. Czekali na to, co ich gościom sprawi mnóstwo przyjemności.

Był w randze majora. W mundurze bez jednej zmarszczki i w wypolerowanych butach wyglądał jak spod igły. Przez chwilę się wahał. Obserwował z progu zebranych w domu mężczyzn, po czym wszedł do środka. Adiutant zamknął za nim drzwi.

– Jestem lord Melton – oznajmił. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu przywódcy, do którego najwyraźniej kierował słowa.

Duncan MacDonald rzucił na przybysza okiem, wstał powoli i skłonił głowę.

– Duncan MacDonald z Glen Richie – powiedział. – A pozostali – machnął ręką – byli żołnierzami w służbie Najjaśniejszego Pana, króla Jakuba.

– Domyślam się – odparł sucho Anglik. Był jeszcze młody, miał niewiele ponad trzydziestkę, ale emanowała z niego pewność siebie doświadczonego wojaka. Ostentacyjnie przenosił spojrzenie z jednego mężczyzny na drugiego, potem sięgnął pod kurtkę i wyjął złożoną kartkę.

– Mam tutaj rozkaz podpisany przez Jego Wysokość księcia Cumberlandu – oświadczył. – Uprawnia mnie do natychmiastowej egzekucji każdego, kto brał udział w zdradzieckiej rebelii, która właśnie została stłumiona. – Ponownie omiótł wzrokiem pomieszczenie. – Czy któryś z was uważa, że nie jest winny zdrady?

Wśród Szkotów rozległ się cichutki śmiech. O jakiej to niewinności można było mówić, skoro znajdowali się o krok od pobojowiska, a ich twarze jeszcze czerniały od bitewnego pyłu?

– Nie, mój panie – odparł MacDonald z nikłym uśmiechem. – Sami zdrajcy. Zostaniemy powieszeni?

Melton skrzywił się z niesmakiem, ale zaraz jego twarz ponownie przybrała wyraz całkowitej obojętności. Major był niewysoki i drobny, lecz jego powaga i autorytet nie budziły wątpliwości.

– Zostaniecie rozstrzelani – oznajmił. – Macie godzinę na przygotowanie się. – Zawahał się, zerknął na towarzyszącego mu porucznika, jakby się obawiał okazać nadmierną łaskę w obecności podwładnego. – Jeśli któryś z was chciałby napisać list, pisarz pułkowy dostarczy papier i pióro. – Skinął głową MacDonaldowi, zakręcił się na pięcie i wyszedł.

Była to ponura godzina. Kilku mężczyzn rzeczywiście poprosiło o materiały do pisania. Nabazgrali po parę słów na papierze rozpostartym na ukośnie biegnącym kominie.

MacDonald błagał o litość dla Gilesa McMartina i Fredericka Murraya. Argumentował, iż obaj mieli zaledwie po siedemnaście lat i powinni być traktowani łagodniej niż dorośli. Prośbę odrzucono. Chłopcy siedzieli pod ścianą z pobladłymi twarzami, trzymając się za ręce.

Jamie mocno bolał nad ich losem. Żal mu było również pozostałych – dobrych przyjaciół i dzielnych żołnierzy. A co do siebie, to odczuwał wyłącznie ulgę. Nic już nie będzie musiał robić, o nic się martwić. Dla swoich ludzi, żony, nienarodzonego dziecka zrobił, co tylko mógł. Niech już wreszcie męka się skończy, niech nadejdzie upragniony spokój.

Bardziej dla dobra innych niż z wewnętrznej potrzeby zamknął oczy i zaczął odmawiać akt skruchy, jak zwykle po francusku. Mon Dieu, je regrette... Tyle że nie odczuwał żalu, na to było już o wiele za późno.

Zastanawiał się, czy od razu po śmierci odnajdzie Claire. Czy też, jak podejrzewał, zostanie skazany na czasową separację? W każdym razie zobaczy ją znowu; to przekonanie tkwiło w nim o wiele silniej niż wszelkie nauki Kościoła. Sam Bóg mu podarował tę kobietę, więc kiedyś z pewnością ją zwróci.

Zapominając o modlitwie, przywołał w myśli obraz ukochanej: zarys policzków i skroni, szerokie gęste brwi, które zawsze zachęcały go do pocałunków, niewielką, gładką płaszczyznę u nasady nosa, między przejrzystymi, bursztynowymi oczyma. Całą uwagę skupił na kształcie ust. W najdrobniejszych szczegółach wyobrażał sobie słodycz pełnych warg, ich smak i własne uczucie radości. Przestał słyszeć słowa modlitwy, skrzypienie piór czy zdławiony płacz Gilesa McMartina.

Było już dobrze po południu, gdy Melton wrócił w asyście sześciu żołnierzy, porucznika i pisarza wojskowego. Oficer ponownie zatrzymał się w progu, lecz zanim zdążył coś powiedzieć, MacDonald wstał i oświadczył:

– Idę pierwszy.

Miarowym krokiem przemierzył izbę. Gdy już schylał głowę w drzwiach, lord położył mu dłoń na ramieniu.

– Proszę podać pisarzowi swoje imię i nazwisko, sir.

MacDonald zerknął na urzędnika. Gorzki uśmiech rozciągnął mu kąciki warg.

– Lista trofeów, co? Nie ma sprawy. – Wzruszył ramionami i wyprostował się. – Duncan William MacLeod MacDonald z Glen Richie. – Ukłonił się dwornie lordowi Meltonowi. – Do usług, sir. – Przeszedł przez drzwi i wkrótce rozległ się odgłos pojedynczego strzału oddanego w pobliżu.

Chłopcom pozwolono iść razem. Przekroczyli próg. Nadal kurczowo trzymali się za ręce. Resztę brano pojedynczo. Każdego pytano o pełne imię i nazwisko. Pisarz siedział na stołku przy samych drzwiach, z głową pochyloną nad papierami, które trzymał na kolanach, i notował. Nawet nie rzucił okiem na przechodzących mężczyzn.

Gdy nadeszła kolej Ewana, Jamie z wysiłkiem podniósł się na łokciu i z całej siły chwycił dłoń przyjaciela.

– Wkrótce znowu się zobaczymy – szepnął.

Cameronowi drżała ręka, ale tylko się uśmiechnął. Nagle pochylił się, ucałował w usta Jamiego i znowu się wyprostował.

Szóstkę niezdolnych do chodzenia rannych zostawiono na koniec.

– James Aleksander Malcolm MacKenzie Fraser – wyrecytował powoli Jamie, żeby urzędnik miał czas wszystko zapisać. – Pan na Broch Tuarach. – Cierpliwie przeliterował nazwę i zerknął na Meltona. – Muszę prosić o przysługę, sir. Bez pomocy nie dam rady wstać.

Major nie odpowiedział. Wpatrywał się w leżącego, a wyraz lekkiego niesmaku na jego twarzy zmienił się nagle w zdumienie i jednocześnie przerażenie.

– Fraser? – zapytał. – Z Broch Tuarach?

– Zgadza się – odparł cierpliwie Jamie, choć wolał, żeby lord się pospieszył. Czym innym jest poddanie się własnemu losowi, a czym innym słuchanie odgłosów egzekucji dokonywanej na przyjaciołach. Ramiona trzęsły się Jamiemu z wysiłku, bo cały czas na nich się wspierał. Jelita natomiast nie podzielały rezygnacji rannego i głośnym burczeniem zdradzały jego strach.

– A żeby to piekło pochłonęło! – wymruczał Anglik. Pochylił się i przez chwilę wpatrywał w Jamiego, który leżał w cieniu pod ścianą. Odwrócił się i skinął na adiutanta. – Pomóż mi przenieść go do światła – rozkazał. Nie zrobili tego zbyt delikatnie. Ranny jęknął głośno. Ostry ból przeszył ciało od okaleczonej nogi aż po sam czubek głowy. Zamroczony nie dosłyszał ostatnich słów Meltona.

– Czy to pana nazywają „Czerwonym Jamiem”? – dopytywał się niecierpliwie Anglik.

Frasera przeniknął dreszcz strachu. Jeśli tylko się dowiedzą, że to on jest osławionym „Czerwonym Jamiem”, z pewnością nie zadowolą się zastrzeleniem zdobyczy. W łańcuchach zawloką do Londynu, aby go tam osądzić. Był przecież bardzo cennym trofeum. A potem go podduszą i położą na platformie szubienicy. Oprawcy rozetną ciało i wywloką wnętrzności. W brzuchu głośno mu zaburczało. Najbliższa przyszłość, wyraziście odmalowana w duchu, najwyraźniej nie spotkała się z aprobatą jelit.

– Nie – odparł tak stanowczo, jak tylko zdołał. – Kończcie już, dobrze?

Lord Melton zignorował jego słowa. Opadł na kolana i rozerwał rannemu koszulę na piersi. Chwycił Jamiego za włosy i odciągnął mu głowę do tyłu.

– Niech to diabli! – zaklął. Palce oficera dźgały Frasera w gardło, tuż nad obojczykiem. Ranny miał tam niewielką, trójkątną bliznę i właśnie ona wzbudziła zainteresowanie Anglika.

– James Fraser z Broch Tuarach. Rude włosy i trójkątna blizna na gardle. – Melton puścił włosy ofiary i przysiadł na piętach. W zamyśleniu potarł dłonią podbródek, po czym wskazał na pięciu pozostałych rannych.

– Weźcie resztę – polecił porucznikowi. Jasne brwi zbiegły mu się nad nosem, na czole pojawiła się głęboka zmarszczka. Z marsem na twarzy stał nad rudowłosym Szkotem, podczas gdy innych wynoszono z chałupy.

– Muszę pomyśleć – wymamrotał. – Niech to cholera, muszę pomyśleć!

– Jasne, jeśli jest pan do tego zdolny – odparł Jamie. – Ale ja muszę się położyć. – Z pomocą żołnierzy usiadł. Oparł się o ścianę i wyciągnął przed siebie nogę. Po dwóch dniach bezustannego leżenia utrzymanie pozycji siedzącej okazało się jednak ponad jego siły; przed oczyma pojawiły mu się mroczki, całe pomieszczenie wirowało. Przechylił się na jedną stronę i opadł na podłogę. Z zamkniętymi oczyma czekał, aż minie zawrót głowy.

Melton mruczał coś pod nosem, ale Jamie nie rozróżniał poszczególnych słów. Prawdę mówiąc, nie bardzo go to obchodziło. Wcześniejsza pozycja i jasne światło słoneczne umożliwiły mu dokładne obejrzenie rannej nogi. Doszedł do wniosku, że nie zdążą go powiesić, bo nie pożyje dostatecznie długo.

Od połowy uda ku górze wędrowała intensywna czerwień ostrego zapalenia, przy której blakły plamy zaschniętej krwi. Z rany sączyła się ropa. Gdy tylko zmniejszył się odór bijący od innych rannych, dało się wyczuć słaby słodko-mdlący smród wydzieliny. Ciągle jednak strzał w głowę wydawał się Szkotowi bardziej pociągający niż śmierć na skutek zakażenia, wraz z towarzyszącym jej bólem i wysoką gorączką. Słyszałeś huk, zdążył pomyśleć i odpłynął w nicość. Chłodna, brudna podłoga pod rozpalonym policzkiem wydała się miła i delikatna jak matczyna pierś.

Ranny powędrował w świat wywołanych gorączką majaków; ostry głos Meltona tylko częściowo przywołał Jamiego do stanu świadomości.

– Grey – mówił głos. – John William Grey! Zna pan to nazwisko?

– Nie – odparł Fraser, nadal oszołomiony wysiłkiem i gorączką. – Posłuchaj no, człowieku, albo mnie zastrzel, albo idź sobie stąd. Jestem chory.

– W pobliżu Carryarrick. – Melton niecierpliwie drążył temat. – Pytam o chłopca, jasnowłosego, około szesnastu lat. Spotkał go pan w lesie.

Jamie spojrzał na dręczyciela. Wizerunek, jaki miał przed oczyma, był zniekształcony przez gorączkę, ale w pochylonej twarzy o delikatnych rysach i wielkich, niemal dziewczęcych oczach Fraser dostrzegł coś znajomego.

– Och – mruknął, gdy wychwycił jedną, konkretną podobiznę z powodzi obrazów chaotycznie przepływających przez jego mózg. – Drobny chłopaczek, który usiłował mnie zabić. Owszem, pamiętam. – Znowu przymknął oczy. Dziwny, gorączkowy stan, w jakim się znajdował, sprawiał, że jedno odczucie całkowicie wypierało poprzednie. Złamał Johnowi Williamowi Greyowi rękę; wspomnienie szczupłego ramienia chłopca w jego własnych dłoniach przesłonił obraz przedramion Claire, kiedy uwalniał ją z kamiennej pułapki. Chłodny, wilgotny powiew musnął mu twarz, gdy dotknęły jej palce dziewczyny.

– Obudź się, do cholery! – Głowa Frasera poleciała do tyłu, gdy major potrząsnął nim niecierpliwie. – Proszę mnie posłuchać!

Jamie z trudem uniósł powieki.

– Tak?

– John William Grey jest moim bratem – wysapał Melton. – Opowiedział mi o swoim spotkaniu z panem. Darował mu pan życie, a on złożył obietnicę. To prawda?

Jamie z wielkim wysiłkiem skierował myśli ku tamtemu zdarzeniu. Spotkał chłopca na dwa dni przed pierwszą bitwą powstańców, przed potyczką pod Preston, zakończoną zwycięstwem Szkotów. Od tamtej chwili upłynęło sześć miesięcy, a wydawało się, że minęło całe stulecie, tak wiele się w tym czasie wydarzyło.

– Jasne, przypominam sobie. Obiecał, że mnie zabije. Nie będę miał jednak nic przeciwko temu, jeśli pan to uczyni za niego. – Powieki znowu mu opadły. Czyżby musiał być przytomny, żeby go mogli zastrzelić?

– Powiedział, że ma wobec pana dług wdzięczności. – Melton wstał, otrzepał spodnie i zwrócił się do adiutanta, który obserwował przesłuchanie z narastającym zdziwieniem.

– Niezły bigos, Wallace. Ten... ten jakobita jest bardzo znany. Słyszałeś o „Czerwonym Jamiem”? Tym z ogłoszeń? – Porucznik skinął głową. Z zainteresowaniem spoglądał w dół, na obszarpany kształt leżący w brudzie u jego stóp. Melton uśmiechnął się gorzko.

– Nie, teraz nie wygląda aż tak niebezpiecznie. Nadal jednak jest „Czerwonym Jamiem” Fraserem. Jego Wysokość będzie więcej niż zadowolony, gdy się dowie, kogo wzięliśmy do niewoli. Nie znaleziono jeszcze Karola Stuarta, ale jego popularni poplecznicy równie dobrze zabawią gawiedź pod Tower Hill.

– Powiadomić króla? – Porucznik sięgnął po przybory do pisania.

– Nie! – Lord wbił wzrok w więźnia. – W tym cały problem! Ten plugawy urzędnik jest pierwszym kandydatem na szubienicę, ale oprócz tego jest także człowiekiem, który koło Preston wziął do niewoli mojego najmłodszego brata. I zamiast go zastrzelić, na co smarkacz w pełni zasługiwał, darował mu życie i pozwolił odejść do swoich. I tym sposobem – wycedził przez zęby major – nałożył na moją rodzinę cholernie duży dług wdzięczności!

– O Jezu – westchnął porucznik. – A więc nie może pan podarować „Czerwonego Jamiego” Jego Wysokości.

– Nie, do licha! Nie wolno mi nawet zastrzelić tego łotra, jeśli chcę ocalić honor brata!

Fraser otworzył jedno oko.

– Jeśli mnie pan zabije, to przecież nie powiem nikomu ani słowa – rzucił i ponownie opuścił powiekę.

– Zamknij się! – Melton stracił panowanie nad sobą i ze złości kopnął więźnia. Ranny jęknął z bólu.

– Może należałoby go zastrzelić pod przybranym nazwiskiem – podsunął usłużnie porucznik.

Lord rzucił podwładnemu pogardliwe spojrzenie, potem zerknął w okno.

– Za jakieś trzy godziny się ściemni. Będę nadzorować pogrzeb pozostałych skazańców. Zdobądź w tym czasie wózek i napełnij go sianem. Trzeba też znaleźć woźnicę. Niech się tu stawi zaraz po zmroku. Tylko uwaga, Wallace, chcę kogoś dyskretnego, a to oznacza łasego na pieniądze.

– Tak, sir. Sir? Aaa... co z więźniem? – Porucznik wskazał ciało leżące na podłodze.

– Nic. Jest za słaby, aby się czołgać, a co dopiero chodzić. Sam nigdzie się nie wybierze – odparł szorstko Melton.

– Wóz? – Ranny dał znak życia. Pod wpływem nagłego wzburzenia zdołał nawet podnieść się na jednym ramieniu. Szeroko rozwarte, nabiegłe krwią oczy lśniły czujnie spod brudnych rudych włosów. – Dokąd mnie wysyłacie?

Melton odwrócił się od drzwi i spojrzał na niego z niechęcią.

– Jest pan właścicielem Broch Tuarach, prawda? Cóż, tam właśnie pana poślę.

– Nie chcę wracać do domu! Zastrzelcie mnie!

Anglicy wymienili spojrzenia.

– Bredzi – rzucił znacząco porucznik. Oficer potwierdził skinieniem głowy.

– Wątpię, czy przeżyje podróż, ale na szczęście jego śmierć nie spadnie na moje sumienie.

Drzwi zatrzasnęły się za Anglikami. W środku został Jamie Fraser, całkiem sam i ciągle żywy.

2. Początek polowania

Inverness, 2 maja 1968 roku

– Oczywiście, że nie żyje! – Podniecenie sprawiło, że słowa Claire zabrzmiały ostro; głośno rozległy się w na pół opustoszałym pokoju, echem odbiły się od opróżnionych półek. Na tle wykładanych korkiem ścian Claire wyglądała jak więzień oczekujący plutonu egzekucyjnego. Jej spojrzenie przenosiło się z córki na Rogera Wakefielda i z powrotem.

– Myślę, że nie masz racji. – Roger czuł się straszliwie zmęczony. Potarł dłonią twarz, po czym wziął z biurka teczkę. Zawierała wyniki badań, jakie podjął z chwilą, gdy Claire wraz z córką po raz pierwszy przyszły do niego i poprosiły o pomoc. Było to trzy tygodnie temu.

Otworzył teczkę i przekartkował jej zawartość. Jakobici z Culloden. Powstanie z czterdziestego piątego roku. Dzielni górale, skupieni wokół sztandarów pięknego księcia Karola, jak błyskawica przeszli całą Szkocję po to tylko, aby ponieść druzgocącą klęskę z ręki księcia Cumberlandu na szarych wrzosowiskach pod Culloden.

– Proszę. – Wyciągnął kilka spiętych ze sobą kartek. Archaiczne litery wyglądały dziwnie na kserokopiach. – Oto spis oficerów i żołnierzy pułku Lovata.

Popchnął kartki w stronę Claire, ale to jej córka, Brianna, wzięła je i zaczęła przeglądać. Między rudawymi brwiami dziewczyny pojawiła się niewielka zmarszczka.

– Wystarczy, jak przeczytasz pierwszą – rzucił Roger. – Pod nagłówkiem: „Oficerowie”.

– Zgoda. „Oficerowie” – odczytała na głos. – Szymon, pan na Lovat...

– Młody Lis – wpadł jej w słowo Roger. – Syn Lovata. I jeszcze pięć nazwisk, zgadza się?

Brianna uniosła brew, lecz nie przerwała czytania.

– William Chisholm Fraser, porucznik; George D’Amerd Fraser Shaw, kapitan; Duncan Joseph Fraser, porucznik; Bayard Murray Fraser, major... – przerwała, żeby przełknąć ślinę przed odczytaniem ostatniego nazwiska – ... James Aleksander Malcolm MacKenzie Fraser, kapitan. – Opuściła papiery, twarz jej lekko pobladła. – Mój ojciec.

Claire szybko podeszła do Brianny i ścisnęła ją za ramię. Była równie blada jak córka.

– Tak – zwróciła się do Rogera. – Wiem, że poszedł pod Culloden. Kiedy mnie zostawił... tam, przy kamiennym kręgu... miał zamiar wrócić pod Culloden, żeby ratować swoich ludzi w szeregach Karola Stuarta. I wiemy, że to zrobił... – Głową wskazała teczkę leżącą na biurku. W świetle lampy powierzchnia kartonu wyglądała na dziewiczo czystą. – Znalazłeś ich nazwiska. Ale... ale... Jamie... – Dźwięk tego imienia wywołał w niej burzę. Mocno zacisnęła wargi.

Teraz Brianna musiała podtrzymać matkę.

– Powiedziałaś, że zamierzał tam iść. – Pełne zachęty, ciemnoniebieskie oczy dziewczyny intensywnie wpatrywały się w twarz matki. – Chciał skrzyknąć swoich ludzi z pól i wziąć udział w bitwie.

Claire przytaknęła. Odzyskała panowanie nad sobą.

– Wiedział, że jego szanse na wyjście z tego cało były niewielkie. Gdyby Anglicy go złapali... Mówił, że już woli zginąć z bronią w ręku. I właśnie to zamierzał zrobić. – Zwróciła się ku Rogerowi, jej bursztynowe oczy połyskiwały niespokojnie. Młodemu mężczyźnie kojarzyły się z oczami jastrzębia. Odnosił wrażenie, że stojąca przed nim kobieta widziała znacznie dalej niż inni ludzie. – Nie mogę uwierzyć, że tam nie zginął. Tylu ich przecież poległo... W dodatku on pragnął śmierci!

Niemal połowa szkockiej armii wyginęła pod Culloden, zmasakrowana pociskami artyleryjskimi i kulami z muszkietów. Ale nie Jamie Fraser.

– Nie – powtórzył z uporem Roger. – Pamiętasz fragment, który ci odczytałem z książki Linklatera? – Sięgnął po biało oprawiony tom zatytułowany Książę we wrzosach.

„Po bitwie – czytał – osiemnastu oficerów jakobickich schroniło się w wiejskiej chałupie w pobliżu wrzosowisk. Przez dwa dni leżeli z nieopatrzonymi ranami, znosząc ból. Na koniec zostali wyprowadzeni i rozstrzelani. Jeden z mężczyzn, Fraser z pułku Lovata, uniknął rzezi. Reszta została pochowana na skraju ogrodu za domem”.

– Widzicie? – Odłożył książkę i patrzył z powagą na obie kobiety. – Oficer z pułku Lovata. – Chwycił kartki z wykazem ofiar. – O, tu mamy nazwiska rozstrzelanych. Było ich sześciu. No, i tak: wiemy, że wymienionym mężczyzną nie mógł być Młody Szymon; jest to postać historykom dobrze znana i wiadomo, co się z nim stało. Z grupą swoich ludzi wycofał się z pola bitwy, gdzie nie odniósł żadnych ran, i szpadą utorował sobie drogę na północ. W końcu doszedł z powrotem aż do zamku Beaufort, niedaleko stąd. – Roger machnął ręką w stronę okna, przez które było widać mrugające nocne światła Inverness.

– Ocalałym mężczyzną nie mógł być także żaden z pozostałych czterech oficerów: William, George, Duncan czy Bayard – stwierdził Roger. – Dlaczego? – Młody historyk wyjął z teczki kolejny dokument i potrząsnął nim triumfalnie. – Ponieważ cała czwórka zginęła pod Culloden! Wszyscy czterej polegli w czasie walki. Znalazłem ich nazwiska na tablicy pamiątkowej w kościele w Beauly.

Claire dłuższą chwilę wypuszczała powietrze z płuc. Opadła na stary, skórzany fotel stojący za biurkiem.

– Jezu Chryste! – jęknęła i przymknęła powieki. Siedziała z rękoma opartymi na biurku, z twarzą ukrytą w dłoniach, za zasłoną z gęstych, kręconych, brązowych włosów. Brianna, na której twarzy malowało się silne wzruszenie, pochyliła się nad matką i położyła rękę na jej plecach. Dziewczyna była wysoka i szczupła; długa ruda grzywa Brianny ciepło połyskiwała w świetle stojącej na biurku lampy.

– Jeżeli nie zginął... – zaczęła nieśmiało.

Claire poderwała głowę.

– Ale przecież on nie żyje! – krzyknęła. Jej twarz zdradzała napięcie, wokół oczu uwidoczniły się drobne zmarszczki. – Na miłość boską! Minęło już dwieście lat. Zginął pod Culloden czy nie, teraz z pewnością nie żyje!

Brianna aż się cofnęła przed gwałtownością matki. Nisko pochyliła głowę. Rude włosy, identyczne jak u ojca, opadły wzdłuż policzków.

– Pewnie masz rację – szepnęła. Roger zauważył, że dziewczyna z trudem opanowuje łzy. I nic dziwnego, pomyślał. W krótkim czasie dowiedziała się, że, po pierwsze, mężczyzna kochany i przez całe życie zwany „ojcem” wcale nim nie był; po drugie, prawdziwy ojciec, szkocki góral, żył przed dwustu laty; a po trzecie, najprawdopodobniej zginął jakąś straszliwą śmiercią, gdy, na zawsze rozdzielony z żoną i dzieckiem, poświęcił siebie dla ich uratowania... To by każdego zwaliło z nóg.

Podszedł do Brianny i dotknął jej ramienia. Zerknęła na niego bez zainteresowania, ale spróbowała się uśmiechnąć. Roger otoczył ją ramieniem. Mimo współczucia, jakie miał dla dziewczyny w tej trudnej chwili, nie mógł się powstrzymać od myśli, jak cudowne w dotyku jest jej ciało, tak miękkie i ciepłe, a przy tym bardzo sprężyste.

Claire nadal siedziała przy biurku w całkowitym bezruchu. Pod wpływem wspomnień żółte oczy jastrzębia nabrały nieco cieplejszej barwy. Kobieta niewidzącym wzrokiem wpatrywała się we wschodnią ścianę gabinetu, od podłogi po sufit upstrzoną notatkami, pozostawionymi przez świętej pamięci wielebnego Wakefielda.

Roger podążył za spojrzeniem Claire i dostrzegł zawiadomienie o dorocznym spotkaniu Towarzystwa Białej Róży, skupiającego rozmaitych ekscentryków i entuzjastów, gotowych dalej walczyć o niepodległość Szkocji. Spotykali się co roku, by złożyć hołd Karolowi Stuartowi i góralom, którzy bohatersko wytrwali u boku Pięknego Księcia.

Młody historyk cicho odchrząknął.

– Jeżeli Jamie Fraser nie zginął pod Culloden... – zagadnął.

– To najprawdopodobniej zmarł wkrótce potem. – Claire spojrzała młodzieńcowi prosto w oczy. W jej wzroku czaił się dawny chłód. – Nie masz pojęcia, jak przed dwustu laty wyglądało życie – oświadczyła. – W górach Szkocji panował głód. Już na wiele dni przed bitwą żołnierze musieli się obywać bez większości posiłków. Wiemy, że Jamie był ranny. Nawet jeśli uciekł... to nie miał przy sobie nikogo, kto by o niego zadbał. – Przy tych słowach głos nieznacznie się jej załamał. Obecnie miała dyplom lekarza, ale uzdrawianiem zajmowała się zawsze, także wtedy, gdy dwadzieścia lat temu wkroczyła do kamiennego kręgu i spotkała Jamesa Aleksandra Malcolma MacKenzie Frasera, swoje przeznaczenie.

Roger zdawał sobie sprawę ze swojego trudnego położenia. Znalazł się w towarzystwie dwóch ciężko doświadczonych przez życie kobiet: jedna rozdygotana wtulała się w jego ramiona; druga siedziała przy biurku, spokojna i zrównoważona. Claire, która wkroczyła w kamienny krąg i odbyła podróż w czasie, była podejrzana o szpiegostwo i aresztowana jako czarownica, przez nieprawdopodobny splot okoliczności została wyrwana z ramion pierwszego męża, Franka Randalla. A w trzy lata później drugi mąż, James Fraser, odesłał ją przez kamienny krąg z powrotem, w desperackim wysiłku uratowania żony i nienarodzonego dziecka przed nadchodzącym nieszczęściem, które jego samego miało niebawem pochłonąć.

Szkoda gadać, pomyślał, sporo przeżyła. Tyle tylko, że Roger był historykiem. Miał w sobie typową dla wszystkich uczonych, nigdy nienasyconą, amoralną ciekawość, której żadne współczucie nie mogło do końca stłumić. Co więcej, Roger w pełni uświadamiał sobie istnienie trzeciego bohatera rodzinnej tragedii: Jamiego Frasera.

– Jeżeli nie zginął pod Culloden – zaczął znowu, tym razem bardziej stanowczo – to może zdołam stwierdzić, co się z nim stało. Chcesz, żebym spróbował? – Z zapartym tchem czekał na odpowiedź. Przez koszulę czuł ciepły oddech Brianny.

Jamie Fraser przeżył swoje życie i umarł. Roger pragnął odkryć całą prawdę. Uważał, że obie kobiety zasługiwały na to, by wiedzieć jak najwięcej o losach zmarłego. Dla Brianny wiedza ta byłaby wszystkim, co pozostanie jej po prawdziwym, nigdy niepoznanym ojcu. A co do Claire... Za postawionym pytaniem krył się pomysł, który w umyśle wstrząśniętej kobiety jeszcze do końca się nie wykrystalizował: skoro dwukrotnie przekroczyła granicę czasu, to niewykluczone, że uda jej się zrobić to ponownie. A jeżeli Jamie Fraser nie zginął pod Culloden...

W zamglonych, bursztynowych oczach Roger dostrzegł migoczące światełko, oznakę uświadomienia sobie szansy. Zwykle blada twarz Claire przybrała kolor kości słoniowej, identyczny, jaki miała rękojeść leżącego przed nią noża do otwierania listów. Palce lekarki zacisnęły się na nim z taką siłą, że zbielałe kostki mocno się uwydatniły.

Długi czas nie odezwała się ani słowem. Jej spojrzenie powędrowało ku Briannie, po chwili powróciło na twarz Rogera.

– Tak – odparła ledwie słyszalnym szeptem. – Tak. Dowiedz się dla mnie wszystkiego. Bardzo o to proszę.

3. Szczere wyznanie

Inverness, 9 maja 1968 roku

Na chodnikach mostu łączącego brzegi rzeki Ness panował duży ruch, wszyscy spieszyli do domu na podwieczorek. Tuż przede mną szedł Roger. Dzięki jego szerokim ramionom nie byłam szturchana przez tłoczących się wokół ludzi.

Moje serce tłukło w sztywne okładki książki, którą mocno przyciskałam do piersi za każdym razem, gdy przystawałam, żeby się zastanowić, co my tak naprawdę robimy. Sama już nie wiedziałam, która z dwóch możliwości wydawała mi się gorsza: czy ta, że Jamie zginął pod Culloden, czy że przeżył wojnę.

Byliśmy coraz bliżej plebanii. Każdy kolejny krok dudnił głucho na moście. Pod naszymi stopami rozwierała się próżnia. Ramiona rozbolały mnie od ciężaru niesionych tomów; co chwila przesuwałam je z jednej strony na drugą.

– Psiakrew! Uważaj, jak jedziesz, człowieku! – wrzasnął Roger i zręcznie odsunął mnie na bok, gdy jakiś robotnik na rowerze, torując sobie drogę wśród tłumu przechodniów, omal nie wypchnął mnie za poręcz mostu.

– Przepraszam! – odkrzyknął rowerzysta ze skruchą i dał nura między wracające ze szkoły dzieciaki. Obejrzałam się, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie pojawiła się Brianna, ale nigdzie nie było jej widać.

Roger i ja spędziliśmy całe popołudnie w Towarzystwie Opieki nad Zabytkami. Brianna poszła do biura przechowującego dokumenty dotyczące górskich klanów, aby odebrać kserokopie materiałów wyszperanych przez Rogera.

– To miło z twojej strony, że zadałeś sobie tyle trudu, Rogerze – powiedziałam podniesionym głosem, żeby przekrzyczeć dudnienie mostu i szum rzeki.

– Nie zrobiłem przecież nic takiego – odparł nieco zakłopotany i przystanął, żebym mogła zrównać z nim krok. – A wszystko z ciekawości – dodał z uśmiechem. – Znasz historyków: nie potrafią zostawić niewyjaśnionej zagadki. – Potrząsnął głową. Usiłował odrzucić do tyłu włosy, które wiatr zwiał mu na oczy.

Owszem, znałam historyków. Nawet żyłam z jednym przez dwadzieścia lat. Frank też nie chciał zostawić tej konkretnej zagadki bez wyjaśnienia. Tyle tylko, że nie miał również ochoty na jej zgłębianie. Ale od dwóch lat nie żył, nadeszła więc moja kolej – i Brianny.

– Czy doktor Linklater już się odezwał? – spytałam, gdy mijaliśmy filar mostu. Było późne popołudnie, lecz słońce stało jeszcze wysoko na niebie. Spoza liści lip rosnących na brzegu rzeki oświetlało różowym blaskiem pusty granitowy grobowiec usytuowany tuż pod mostem.

Roger potrząsnął głową i zmrużył oczy przed wiatrem.

– Jeszcze nie, ale to dopiero tydzień, gdy do niego napisałem. Jeśli nie odezwie się do poniedziałku, zatelefonuję. Nic się nie martw – uśmiechnął się do mnie krzywo – wyrażałem się bardzo oględnie. Stwierdziłem tylko, że potrzebuję listy jakobickich oficerów, którzy zaraz po bitwie pod Culloden znaleźli się w posiadłości Leanach. I spytałem, czy dysponujemy informacjami na temat mężczyzny ocalonego przed egzekucją. Prosiłem, żeby mi podał oryginalne źródła.

– Znasz Linklatera? – spytałam. Znów przesunęłam ciężar niesionych książek bardziej na biodro, aby odciążyć lewą rękę.

– Nie, ale użyłem papieru firmowego Balliol College i wspomniałem o moim opiekunie ze studiów, panu Cheesewright, który zna Linklatera osobiście. – Roger mrugnął uspokajająco, a ja się roześmiałam.

Jego oczy, lśniące przejrzystą zielenią, kontrastowały ze śniadą cerą. Chęć pomocy w odtworzeniu losów Jamiego Roger tłumaczył ciekawością historyka, ale w pełni zdawałam sobie sprawę, że jego zainteresowanie sięgało znacznie głębiej, w kierunku Brianny. Wiedziałam, że mojej córce on również nie jest obojętny. Pytanie tylko, czy on zdawał sobie z tego sprawę.

Gdy już znaleźliśmy się w gabinecie świętej pamięci wielebnego Wakefielda, z ulgą rzuciłam książki na stół. Sama padłam na bujany fotel stojący przed kominkiem. Roger przyniósł mi z kuchni szklankę lemoniady.

Oddech się wyrównał, gdy piłam cierpko-słodki napój, tętno natomiast znacznie przyspieszyło, gdy spojrzałam na imponujący stos przytaszczonych tomów. Czy nazwisko Jamiego figurowało na jednej z setek stron? Jeśli tak... dłonie trzymające zimną szklankę raptem zwilgotniały. Zdławiłam tę myśl w zarodku. Nie wybiegaj zbyt daleko w przyszłość, ostrzegłam się w duchu. Lepiej poczekać i zobaczyć, na czym stoimy.

Roger przeglądał książki na półkach w gabinecie. Wielebny Wakefield był całkiem dobrym historykiem amatorem, a poza tym nigdy niczego nie wyrzucał. Listy, czasopisma, broszury, periodyki fachowe, stare wydania i współczesne edycje, upchnięte byle jak, zalegały wszystkie półki.

Roger zawahał się. Po chwili jego ręka zawisła nad stosem książek ułożonych na pobliskim stoliku. Były autorstwa Franka. Niezłe osiągnięcie, sądząc z pochwał drukowanych na zakurzonych obwolutach.

– Czytałaś to? – spytał Roger. Podniósł tom zatytułowany Jakobici.

– Nie – odparłam. Wlałam do ust ostatni łyk lemoniady i zakrztusiłam się. – Nie – powtórzyłam. – Nie mogłam. – Po powrocie do współczesności stanowczo odmówiłam zajmowania się materiałami dotyczącymi historii Szkocji, mimo że Frank specjalizował się w badaniach osiemnastego wieku. Przekonana o śmierci Jamiego, zmuszona do życia bez niego, unikałam wszystkiego, co mogłoby mi go przypominać. Próżny wysiłek, nie było sposobu usunięcia z myśli rudowłosego Szkota, skoro samo istnienie Brianny budziło o nim wspomnienia. Mimo to nie mogłam czytać książek o niewiele wartym Pięknym Księciu i jego zwolennikach.

– Rozumiem. Myślałem tylko, że może się orientujesz, czy jest sens szukać w tej monografii... czy mamy szanse natknąć się tutaj na jakąś użyteczną wskazówkę. – Urwał, jego twarz pokryła się ciemnym rumieńcem. – Czy... czy twój mąż... mam na myśli Franka – dodał pospiesznie... – czy powiedziałaś mu... o... – Głos ścichł zdławiony zakłopotaniem.

– Oczywiście, że tak – odparłam odrobinę za ostro. – A co sobie wyobrażasz? Że po trzech latach nieobecności weszłam tak po prostu do jego biura i spokojnie oświadczyłam: „Cześć, kochanie, co byś zjadł dzisiaj na kolację”?

– Nie, oczywiście, że nie – wymamrotał. Odwrócił się do mnie tyłem. Wzrok wciąż miał utkwiony w półkach z książkami.

– Przepraszam – powiedziałam i zrobiłam głęboki wdech. – Miałeś prawo zapytać. Chodzi tylko o to, że... ta rana jest wciąż świeża. – Sama byłam zdumiona i przerażona, gdy się przekonałam, jak bardzo jeszcze krwawiła. Postawiłam szklankę na stole, tuż przy łokciu. Jeśli nadal będziemy drążyć ten temat, z pewnością przyda mi się coś mocniejszego od lemoniady.

– Tak, powiedziałam mu o wszystkim. O kamiennym kręgu... o Jamiem... Wszystko.

Przez chwilę Roger milczał. Potem zrobił pół obrotu, tak że uwidoczniły się tylko linie jego profilu. Nie patrzył na mnie, lecz w dół, na stos książek, na zamieszczoną na obwolucie fotografię Franka: szczupłego, ciemnowłosego i przystojnego, uśmiechającego się dla potomności.

– Uwierzył? – spytał cicho. Wargi lepiły mi się od lemoniady. Oblizałam je starannie, zanim odpowiedziałam.

– Nie. Początkowo nie. Myślał, że oszalałam. Odesłał mnie nawet do psychiatry. – Roześmiałam się krótko. Na samo wspomnienie jeszcze dzisiaj pięści same zaciskały mi się z wściekłości.

– No, a potem? – Roger zwrócił się twarzą do mnie. Rumieniec zniknął już niemal zupełnie, tylko w oczach pozostał błysk ciekawości. – Co myślał?

Zaczerpnęłam powietrza i zamknęłam oczy.

– Nie mam pojęcia.

Malutki szpitalik w Inverness rozsiewał obce zapachy, głównie kwasu karbolowego jako środka dezynfekcyjnego oraz krochmalu.

Nie mogłam myśleć i starałam się nic nie czuć. Powrót okazał się znacznie bardziej przerażający niż wyprawa w przeszłość. Wtedy otaczała mnie ochronna warstwa wątpliwości i niewiary w to, gdzie się znajdowałam i czego doświadczałam. Ponadto żyła we mnie niegasnąca nadzieja ucieczki. Teraz aż zbyt dobrze się orientowałam, gdzie jestem, i wiedziałam, że nie mam dokąd uciekać. Jamie nie żył.

Lekarze i pielęgniarki przemawiali do mnie łagodnie, karmili i poili, ale ja byłam wypełniona rozpaczą i przerażeniem; na nic innego nie starczało już miejsca.

Powiedziałam im, jak się nazywam, gdy o to zapytali, ale potem nie odezwałam się ani słowem.

Z zamkniętymi oczyma leżałam w czystym, białym łóżku i osłaniałam dłońmi brzuch. Wciąż na nowo przywoływałam z pamięci obrazy, które widziałam tuż przed wstąpieniem w kamienny krąg: tonące w deszczu wrzosowiska i twarz Jamiego. Wiedziałam, że gdy zbyt długo będę się przyglądać obecnemu otoczeniu, wywołane obrazy zblakną i zaczną zanikać, zostaną wyparte przez scenki zaczerpnięte z rzeczywistości: krzątające się pielęgniarki, wazon z kwiatami przy łóżku. W tajemnicy przed innymi przyciskałam palcem nasadę kciuka. Czerpałam pociechę z dotykania niewielkiej ranki, nacięcia w kształcie litery J. Zrobił je Jamie na moją prośbę: wtedy po raz ostatni mnie dotykał.

Czasami śniłam o kilku ostatnich dniach powstania jakobitów. Wciąż na nowo stawał mi przed oczami mężczyzna w lesie – spał snem wiecznym pod przykryciem z niebieskawej pleśni. Albo Donald MacKenzie – umierał na gołych deskach strychu w Culloden. Widziałam obszarpanych żołnierzy z armii górali. Odpoczywali w błotnistych rowach: po raz ostatni przed rzezią.

Budziłam się z krzykiem, a wtedy w nozdrza uderzał zapach środków dezynfekcyjnych, ktoś wypowiadał uspokajające słowa. Nic nie rozumiał, bo w moich uszach rozbrzmiewały gaelickie okrzyki z majaków. Po chwili znów ściskałam malutką rankę u nasady kciuka i zapadłam w sen.

W pewnym momencie otworzyłam oczy i ujrzałam przed sobą Franka. Stał w drzwiach, jedną ręką przygładzał włosy. Nie bardzo wiedział, co ma ze sobą zrobić. Trudno się biedakowi dziwić.

Leżałam oparta o poduszki i bez słowa go obserwowałam. Miał delikatne, czyste, arystokratyczne rysy i kształtną głowę z masą prostych, ciemnych włosów. Był bardzo podobny do swoich przodków, Jacka i Aleksa Randallów. A jednak się od nich różnił, czymś nieokreślonym, co wykraczało poza różnice w uformowaniu nosa czy ust. W jego rysach nie znalazłam śladu lęku i bezwzględności, uduchowienia Aleksa czy lodowatej arogancji Jacka. Szczupła twarz Franka była inteligentna i miła, trochę zmęczona, z lekkim zarostem i ciemnymi kręgami pod oczyma. Bez wątpienia jechał całą noc, żeby się tutaj dostać.

– Claire? – Podszedł do łóżka. Odezwał się z wahaniem, jakby nie był pewien, czy to naprawdę ja.

Sama nie byłam tego pewna, ale kiwnęłam twierdząco głową.

– Cześć, Frank – powiedziałam szorstko i chrypliwie, jakbym odwykła od mówienia.

Ujął moją dłoń, a ja mu na to pozwoliłam.

– Czy wszystko... w porządku? – spytał po chwili. Patrzył na mnie, marszcząc czoło.

– Spodziewam się dziecka. – W moim wzburzonym umyśle ta kwestia miała pierwszorzędne znaczenie. Nie zastanawiałam się, co powiem Frankowi, gdy go znów zobaczę, lecz słowa same się pojawiły. Poinformuję go o ciąży, on odejdzie, a ja zostanę z ostatnim wspomnieniem Jamiego oraz jego palącego dotyku na moim ciele.

Frank ściągnął lekko twarz, ale nie wypuścił mojej dłoni z uścisku.

– Wiem. Już słyszałem. – Nabrał powietrza, zrobił długi wydech. – Claire... czy możesz mi powiedzieć, co się z tobą działo?

W głowie miałam kompletną pustkę. Wzruszyłam ramionami.

– Myślę, że tak – odparłam. Z trudem zbierałam myśli. Nie chciałam o niczym mówić, ale czułam, że siedzący obok mnie mężczyzna ma prawo znać prawdę. Nie kierowało mną poczucie winy, przynajmniej na razie, jednak sumienie podpowiadało, że ciąży na mnie obowiązek wyjaśnień. Ostatecznie byłam jego żoną.

– No więc... – zaczęłam – zakochałam się w kimś innym i... poślubiłam tego mężczyznę. Przykro mi – dodałam, gdy na twarzy męża pojawił się wyraz zaskoczenia i szoku. – Nic nie mogłam na to poradzić.

Tego się nie spodziewał. Otwierał i zamykał usta, a rękę ściskał mi tak mocno, że z jękim wyszarpnęłam ją z jego dłoni.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał ostrym głosem. – Gdzie byłaś, Claire? – Poderwał się na nogi i patrzył na mnie z góry.

– Nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, wybierałam się do kamiennego kręgu na Craigh na Dun.

– Tak? – Wyraz jego twarzy oscylował między gniewem a podejrzliwością.

– No więc – oblizałam wargi, które zrobiły się całkiem suche – szczeliną przedostałam się do kamiennego kręgu i raptem znalazłam się w tysiąc siedemset czterdziestym trzecim roku.

– Nie żartuj sobie, Claire!

– Uważasz, że się wygłupiam? – Ta myśl wydała mi się tak absurdalna, że zaczęłam się śmiać, chociaż do dobrego humoru było mi bardzo daleko.

– Przestań!

Umilkłam. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w progu pojawiły się dwie pielęgniarki. Musiały się kręcić po korytarzu w pobliżu drzwi. Frank chwycił mnie za ramię.

– Posłuchaj – wycedził przez zęby. – Jeszcze mi powiesz, gdzie byłaś i co robiłaś! Przekonasz się!

– Właśnie ci mówię! Puść! – Usiadłam i wyszarpnęłam rękę z jego uścisku. – Przeszłam przez kamienie i cofnęłam się o dwieście lat. Nawet spotkałam twojego krwawego przodka, Jacka Randalla!

Frank zamrugał, całkowicie zaskoczony.

– Kogo?

– Czarnego Jacka Randalla. Był żądnym krwi, obrzydliwym, plugawym zboczeńcem!

Frank i pielęgniarki patrzyli na mnie z otwartymi ustami. W korytarzu dał się słyszeć odgłos kroków i ożywionych rozmów.

– Musiałam poślubić Jamiego Frasera, żeby uciec Jackowi Randallowi, ale potem... pokochałam Jamiego i zostałabym tam z nim, gdybym tylko mogła. On jednak odesłał mnie z powrotem z powodu Culloden i dziecka, i... – urwałam, gdy mężczyzna w lekarskim fartuchu przepchnął się obok pielęgniarek przez drzwi.

– Frank, przykro mi – dodałam zmęczonym głosem. – Nie chciałam, żeby tak się stało. Próbowałam wrócić. Naprawdę. Ale nie zdołałam. A teraz jest za późno.

Wbrew mojej woli łzy zaczęły mi się zbierać pod powiekami i powoli ściekać po policzkach. Płakałam trochę nad Jamiem i nad sobą, trochę nad dzieckiem, ale część łez poświęciłam także Frankowi. Pociągałam nosem, zaciskałam zęby, byle tylko nie wybuchnąć płaczem.

– Posłuchaj – odezwałam się. – Wiem, że teraz nie będziesz chciał mieć ze mną nic wspólnego, i wcale cię za to nie winię. Tylko... tylko idź już sobie, dobrze?

Zmienił się na twarzy. Cały gniew wyparował, zostało przygnębienie i trochę ciekawości. Przysiadł na brzegu łóżka, ignorując lekarza, który mierzył mi puls.

– Nigdzie się nie wybieram – oświadczył łagodnie. Znów wziął mnie za rękę, chociaż usiłowałam temu przeszkodzić. – Kim był ten... Jamie?

Zrobiłam głęboki, spazmatyczny wdech. Lekarz delikatnie trzymał mnie za nadgarstek drugiej ręki. Nadal próbował zmierzyć mi puls, a ja czułam się absurdalnie przerażona, jakby mnie właśnie brano do niewoli. Zdławiłam to uczucie i postarałam się mówić spokojnie.

– James Aleksander Malcolm MacKenzie Fraser – oznajmiłam formalnie, oddzielając od siebie poszczególne wyrazy. W taki właśnie sposób Jamie po raz pierwszy w dniu naszego ślubu oficjalnie mi się przedstawił pełnym imieniem i nazwiskiem. Wspomnienie wywołało nowy strumień łez. Otarłam je ramieniem, bo obie ręce miałam zajęte.

– Był góralem, zginął pod Culloden. – Nic nie pomagało, znowu płakałam. Łzy nie uśmierzały poczucia dojmującej straty i nie tłumiły rozpaczy, ale po prostu stanowiły jedyną dostępną mi reakcję na ból, którego w przeciwnym razie bym nie zniosła. Pochyliłam się lekko. Próbowałam choć trochę wyciszyć cierpienie. Z całej siły skoncentrowałam się na życiu, które niepostrzeżenie rozwijało się w moim brzuchu: jedyna spuścizna po Jamiem Fraserze.

Frank i lekarz wymienili spojrzenia. Oczywiście dla nich bitwa pod Culloden to jedynie fragment dość odległej przeszłości. Dla mnie – wydarzenie zaledwie sprzed dwóch dni.

– Chyba powinniśmy dać pani Randall chwilę odpoczynku – zasugerował doktor. – Wydaje się mocno przygnębiona.

Frank przeniósł niepewne spojrzenie z lekarza na mnie.

– Cóż, z całą pewnością. Ale ja naprawdę chcę wiedzieć... o co tu chodzi, Claire. – Głaszcząc mnie po ręku, natknął się na srebrną obrączkę na palcu serdecznym prawej ręki. Schylił głowę, żeby ją dokładnie obejrzeć. Był to klejnocik ofiarowany mi przez Jamiego w prezencie ślubnym: szeroka srebrna wstążka utworzona ze splecionych w szkocki wzór pasm, z delikatnie grawerowanymi, stylizowanymi kwiatami ostu na łączeniach.

– Nie! – krzyknęłam w panice, gdy Frank spróbował zdjąć mi obrączkę. Wyrwałam rękę i zwiniętą pięść przytuliłam do brzucha poniżej biustu. Osłoniłam pierścień lewą dłonią, na której wciąż widniał złoty krążek ofiarowany mi przez Franka w dniu ślubu. – Nie, nie możesz mi jej zabrać, nie pozwolę! To moja ślubna obrączka!

– Ale posłuchaj, Claire... – wtrącił się lekarz. Przeszedł na drugą stronę łóżka i pochylony szeptał coś do ucha mojemu pierwszemu mężowi. Wychwyciłam tylko kilka słów: „...nie niepokoić żony akurat teraz. Szok...”. Raptem Frank zerwał się na równe nogi i na bardzo stanowcze żądanie lekarza opuścił pokój. Jednocześnie doktor dał głową sygnał jednej z pielęgniarek.

Ledwie poczułam ukłucie igły. Byłam tak pogrążona w świeżej fali rozpaczy, że na nic nie zwracałam uwagi. Jak przez mgłę doszły mnie pożegnalne słowa Franka:

– W porządku... ale, pamiętaj, Claire, i tak się wszystkiego dowiem!

Potem otoczyła mnie błogosławiona ciemność. Spałam bardzo długo, bez snów.

Roger przechylił karafkę i szczodrą ręką nalał trunku do szklanki. Z półuśmiechem wręczył naczynie Claire.

– Babcia Fiony zawsze twierdziła, że whisky jest dobra na wszystko.

– Widywałam gorsze środki. – Claire wzięła szklaneczkę i odpowiedziała mu również lekkim uśmiechem.

Roger nalał także sobie. Usiadł obok Claire i powoli sączył alkohol.

– Próbowałam się go pozbyć – oświadczyła znienacka. – To znaczy Franka. Powiedziałam, że nigdy nie zrozumie moich odczuć, bez względu na to, co w jego mniemaniu naprawdę się zdarzyło. Oświadczyłam, że dam mu rozwód, że musi odejść i zapomnieć o mnie... że powinien kontynuować życie, które zaczął budować beze mnie.

– Jednak tego nie zrobił – zauważył Roger. Pochylił się, żeby zapalić stary elektryczny kominek. Teraz, gdy słońce już zaszło, w pokoju robiło się coraz chłodniej. – Z powodu twojej ciąży? – domyślił się.

Claire przez moment patrzyła na niego ostrym wzrokiem, potem uśmiechnęła się trochę krzywo.

– Tak, właśnie dlatego. Oznajmił mi, że tylko ostatni łajdak porzuciłby ciężarną kobietę pozbawioną środków do życia. A zwłaszcza taką, której władze umysłowe pozostawiają wiele do życzenia – dodała ironicznie. – Nie byłam tak zupełnie pozbawiona materialnych zasobów, wujek Lamb pozostawił mi drobną sumkę, ale też trzeba przyznać, że Frank w żadnym razie nie należał do łajdaków. – Omiotła spojrzeniem półki, gdzie stały prace historyczne jej męża. Grzbiety tomów połyskiwały w świetle lampy.

– Był bardzo przyzwoitym człowiekiem – stwierdziła miękko. Pociągnęła kolejny łyk i przymknęła oczy. – Ale też... wiedział albo podejrzewał, że sam nie mógłby mieć dzieci. Mocny cios dla człowieka tak żywo zainteresowanego genealogią. Snuł rozważania dynastyczne.

– Tak, rozumiem – powiedział wolno Roger. – Ale chyba nie czułby się dobrze w roli ojca dziecka poczętego przez innego mężczyznę?

Znów spoczęło na nim spojrzenie orzechowych oczu, ale tym razem łagodniejsze pod wpływem whisky i wspomnień.

– W zaistniałej sytuacji ojciec dziecka pozostawał nieznany, bo Frank w nic nie uwierzył, co mówiłam o Jamiem. No, a skoro nie wiedział, kim był tamten mężczyzna, a co gorsza uważał, że ja także tego nie wiedziałam, tylko pod wpływem szoku wymyśliłam sobie całą bajkę... więc, cóż, nikt na tym świecie nie mógłby mu rzucić w twarz, że to nie jego dziecko. A już z pewnością nie ja – dodała z prawie nieuchwytną nutką goryczy.

Claire przełknęła kolejny łyk, na tyle duży, że oczy lekko zaszły jej łzami. Dobrą chwilę poświęciła na ich wytarcie.

– Zresztą, aby już nie mieć co do tego żadnych wątpliwości, wywiózł mnie stąd. Do Bostonu – ciągnęła. – Zaproponowano mu dobre stanowisko w Harvardzie, gdzie nikt nas nie znał. I tam urodziła się Brianna.

***

Rozpaczliwy płacz obudził mnie po raz kolejny. Poszłam do łóżka o szóstej trzydzieści. Przedtem już pięciokrotnie wstawałam w nocy do dziecka. Rzuciłam półprzytomne spojrzenie na zegar. Była dopiero siódma. Z łazienki dobiegał radosny śpiew. Głos Franka przy słowach „Panuj, Brytanio” wzniósł się ponad szum wody.

Leżałam w łóżku i zastanawiałam się, czy zdołam wytrzymać ten płacz do czasu, gdy Frank wyjdzie spod prysznica i przyniesie mi Briannę. Ręce i nogi miałam z wyczerpania ciężkie jak ołów. Dziecko jakby się domyślało, co mi przyszło do głowy, i rozkrzyczało się jeszcze głośniej. Płacz małej okresowo przechodził w ostry wrzask, od czasu do czasu przerywany gwałtownym wdechem powietrza. Odrzuciłam okrycie i zerwałam się na nogi, poganiana taką samą paniką, z jaką podczas drugiej wojny światowej witałam naloty Luftwaffe.

Poczłapałam wzdłuż chłodnego korytarza do pokoju dziecinnego. Trzymiesięczna Brianna leżała na wznak z buzią czerwoną od krzyku. Byłam tak otępiała z braku snu, iż długo docierało do mojej świadomości, że przecież przed swoim odejściem położyłam córeczkę na brzuszku.

– Najdroższa moja! Obróciłaś się! Zupełnie sama! – Przerażona swoim wyczynem Brianna wymachiwała różowymi piąstkami i wrzeszczała coraz głośniej. Powieki miała mocno zaciśnięte.

Wzięłam maleństwo na ręce, poklepałam po plecach i zamruczałam w czubek główki pokrytej rudawym meszkiem.

– Och, mój najdroższy skarbie! Jesteś taką mądrą dziewczynką!

– A to co? – Frank stanął w progu pokoju, wycierając ręcznikiem głowę, drugim owinął sobie biodra. – Czy Briannie coś się stało?

Podszedł do nas, wyglądał na zmartwionego. Im bardziej zbliżał się termin porodu, tym gwałtowniej kończyła się nasza wytrzymałość nerwowa. Frank był ciągle podenerwowany, a ja przerażona: żadne z nas nie miało pojęcia, jak ułożą się między nami stosunki, gdy na świecie pojawi się dziecko Jamiego Frasera. Kiedy pielęgniarka wyjęła Briannę z łóżeczka i podała ją domniemanemu ojcu ze słowami: „A oto pańska córeczka”, twarz Franka przypominała maskę bez wyrazu. Dopiero po chwili, gdy spojrzał na malutką buzię, równie doskonałą jak pączek róży, jego rysy zmiękły, pojawił się w nich zachwyt. W ciągu tygodnia mała zawładnęła nim całkowicie, należał do niej duszą i ciałem.

Zwróciłam się do Franka z uśmiechem:

– Przekręciła się na brzuszek! Sama!

– Naprawdę? – Zarośniętą twarz męża rozjaśnił zachwyt. – Dość wcześnie jak na taki wyczyn, prawda?

– Owszem. Doktor Spock twierdził, że dziecko ma na to jeszcze co najmniej miesiąc!

– A co on tam wie! Chodź tutaj, ślicznotko. Daj tatusiowi całusa za to, że jesteś przedwcześnie rozwinięta. – Podniósł miękkie ciałko w wygodnych różowych śpioszkach i ucałował nosek w kształcie guziczka. Brianna kichnęła. Oboje się roześmialiśmy.

Gwałtownie przestałam. Nagle uświadomiłam sobie, że śmiałam się po raz pierwszy od roku, a poza tym po raz pierwszy śmiałam się razem z Frankiem.

Mojemu mężowi przyszła do głowy ta sama myśl. Nasze spojrzenia się spotkały nad głową Brianny. W orzechowych oczach Franka pojawiła się czułość. Uśmiechnęłam się do niego, chociaż byłam lekko rozdygotana, bo stał przede mną prawie nagi. Kropelki wody ściekały po szczupłych ramionach i lśniły na gładkiej, smagłej skórze piersi.

Naszą idyllę niespodziewanie przerwała ostra woń spalenizny.

– Kawa! – Frank bezceremonialnie wcisnął Briannę w moje ramiona i rzucił się w stronę kuchni. Oba ręczniki zostały u moich stóp. Uśmiechnęłam się na widok gołych, świecących bielą pośladków. Poszłam za mężem statecznym krokiem, z dzieckiem na ręku.

Stał przy zlewie, nagi, wśród niemile pachnących oparów, które unosiły się z przypalonego dzbanka do parzenia kawy. Oparłam sobie Briannę na biodrze i drugą ręką zaczęłam przeszukiwać szafkę.

– Niestety nie ma już herbaty pomarańczowej, została tylko zwykła, w torebkach.

Frank skrzywił się z obrzydzeniem. Jako pełnokrwisty Anglik wolałby chłeptać wodę wprost z sedesu, niż napić się torebkowej herbaty. Opakowanie Liptona zostawiła pani Grossman, nasza dochodząca raz w tygodniu sprzątaczka. Ona z kolei uważała parzenie herbaty z liści za coś wyjątkowo brudnego i obrzydliwego.

– Nie, kupię sobie kawę po drodze na uniwersytet. Och, ¡ propos, pamiętasz, że zaprosiliśmy na dzisiejszy obiad dziekana z żoną? Pani Hinchcliffe ma przynieść prezent dla Brianny.

– A, prawda – odparłam bez entuzjazmu. Zdążyłam już poznać Hinchcliffe’ów i wcale nie paliłam się do kolejnego spotkania. Wypadało jednak zdobyć się na wysiłek. Westchnęłam w duchu, przełożyłam dziecko na drugą stronę i sięgnęłam do szuflady po ołówek, żeby zrobić listę zakupów.

Brianna wtuliła buzię w mój czerwony, zdobiony aksamitem szlafrok. Mlaskała przy tym i pochrząkiwała głośno. Najwyraźniej szukała sutka.

– Chyba nie jesteś znowu głodna? – powiedziałam do czubka maleńkiej głowy. – Nie minęły jeszcze dwie godziny od ostatniego karmienia. – Jednak w odpowiedzi na zachowanie niemowlęcia z piersi zaczęło mi się sączyć mleko. Po chwili więc siedziałam i szykowałam się do karmienia.

– Pani Hinchcliffe twierdzi, że nie należy dawać dziecku piersi za każdym razem, kiedy zapłacze – zauważył Frank. – W ten sposób tylko się je rozpieszcza. Należy się trzymać ścisłych godzin karmienia.

Nie po raz pierwszy mój mąż przytaczał opinie pani Hinchcliffe odnoszące się do wychowania dzieci.

– No to ją rozpieszczę – odparłam chłodno, nie patrząc na Franka. Małe usteczka zacisnęły się gwałtownie i Brianna zaczęła ssać z ogromnym apetytem. Wiedziałam też, że w opinii pani Hinchcliffe karmienie piersią jest i wulgarne, i niehigieniczne. Byłam innego zdania, zwłaszcza że w pamięci miałam mnóstwo osiemnastowiecznych niemowlaków z zadowoleniem ssących matczyną pierś.

Frank westchnął, jednak nie powiedział już ani słowa. Po chwili odłożył uchwyt do garnków i ruszył w kierunku drzwi.

– A zatem – odezwał się speszony – widzimy się około szóstej. Czy ci coś przynieść, żebyś nie musiała wychodzić z domu?

Uśmiechnęłam się do niego przelotnie:

– Dziękuję, dam sobie radę.

– To dobrze. – Przez chwilę stał niezdecydowany, podczas gdy ja układałam Bree wygodniej na kolanach, tak że w zgięciu ramienia spoczęła główka dziecka. Krągłość małego łebka harmonizowała z krzywizną pełnych piersi. Podniosłam wzrok. Frank z napięciem obserwował mój na pół obnażony biust.

Zerknęłam w dół i dostrzegłam początki erekcji. Szybko pochyliłam się nad dzieckiem, żeby ukryć wypieki na twarzy.

– Do widzenia – wymamrotałam z ustami przy główce małej.

Przez chwilę stał nieporuszony, potem pocałował mnie w policzek. Jego ciepłe ciało znalazło się niepokojąco blisko.

– Do widzenia, Claire – odparł miękko. – Zobaczymy się wieczorem.

Nie zajrzał już do kuchni przed wyjściem, miałam więc możliwość nakarmienia Brianny i doprowadzenia emocji do stanu równowagi.

Od powrotu z przeszłości ani razu nie widziałam męża nagiego, zawsze ubierał się w łazience albo w garderobie. Nigdy też, aż do dzisiejszego ostrożnego cmoknięcia, nie próbował mnie całować. Moja ciąża była mocno zagrożona, co wykluczało dzielenie z Frankiem łóżka, nawet gdybym miała na to ochotę. A nie miałam.

Powinnam zauważyć, że to nadchodzi, ale niczego nie spostrzegłam. Pogrążona najpierw w absolutnej rozpaczy, potem w apatii i odrętwieniu związanym z nadchodzącym macierzyństwem usuwałam ze świadomości wszystko, co nie wiązało się z rosnącym brzuchem. Po przyjściu Brianny na świat żyłam od jednego karmienia do drugiego, a te krótkie momenty, kiedy mogłam trzymać jej miękkie ciałko tuż przy piersi, przynosiły chwilowe wytchnienie od myśli i wspomnień, płynące z czysto zmysłowej przyjemności dotykania i przytulania córki.

Frank również pieścił małą i chętnie się z nią bawił. Nieraz zasypiał w ulubionym głębokim fotelu z dzieckiem wyciągniętym na swym długim i chudym ciele. W cichej zgodzie chrapali oboje w najlepsze, a delikatny różowy policzek wtulał się w męską pierś. My dwoje natomiast nie dotykaliśmy się wzajemnie, a nawet o niczym ważnym nie rozmawialiśmy. Ograniczaliśmy się wyłącznie do wymiany podstawowych, codziennych informacji. Jedynym wspólnym tematem była oczywiście Brianna.

Moje maleństwo znalazło się w centrum zainteresowania nas obojga. W tym jednym punkcie osiągaliśmy natychmiastowe porozumienie i mogliśmy zbliżyć się do siebie na odległość ramienia. A teraz nagle się okazało, że taką odległość Frank przestał uważać za bliską.

Mogłam to zrobić, przynajmniej fizycznie. Tydzień wcześniej wypadła mi kontrolna wizyta u lekarza. Pan doktor przymrużył oko, po ojcowsku klepnął mnie w tyłek i zapewnił, że w każdej chwili mogę podjąć „relacje” ze swoim mężem.

Wiedziałam, że podczas mojej nieobecności Frank nie żył w celibacie. Miał blisko pięćdziesiąt lat, ale nadal był bardzo przystojny: szczupły i muskularny, z ciemną lśniącą czupryną. Na wszystkich przyjęciach kobiety kręciły się wokół niego niczym pszczoły wokół słoika z miodem i wydawały z siebie pomruki seksualnego podniecenia.

Zwłaszcza jedna dziewczyna o brązowych włosach zwróciła na siebie moją uwagę. Pojawiła się na przyjęciu dla pracowników wydziału. Przez długi czas tkwiła w kącie i znad kieliszka spoglądała na Franka smutnymi oczyma. Potem po pijanemu zaczęła się mazać i została odstawiona do domu przez dwie przyjaciółki, które kolejno rzucały na Franka i na mnie złe spojrzenia. Stałam u jego boku, w ciążowej sukience w kwiatki.

Trzeba jednak Frankowi przyznać, że w tych sprawach zachowywał dyskrecję. Na noc zawsze wracał do domu i zadawał sobie wiele trudu, żeby na kołnierzyku koszuli nie pozostawały ślady szminki. A teraz najwyraźniej zamierzał powrócić na łono rodziny. Miał do tego prawo: ostatecznie znów byłam jego żoną.

Na przeszkodzie stał tylko jeden problem. To nie do Franka wyciągałam ręce, gdy budziłam się w środku nocy. To nie jego gładkie, gibkie ciało widziałam we śnie i podniecało mnie tak, że byłam mokra i z trudem łapałam powietrze, a moje serce waliło głucho od wspomnień tych częściowo zapomnianych pieszczot. Ale już nigdy nie będzie mi dane dotknąć upragnionego mężczyzny.

– Jamie – szeptałam. – Och, Jamie. – Rankami płakałam, a moje łzy zdobiły rudy meszek na główce Brianny. W dziennym świetle błyszczały niczym perły i brylanty.

Nie był to dobry dzień. Brianna odparzyła sobie pupę i była rozdrażniona. Niemal bez przerwy domagała się, żeby ją brać na ręce. Naprzemiennie ssała i grymasiła, co chwilę pluła, brudząc i mocząc mi ubranie. Przed jedenastą aż trzy razy musiałam zmieniać bluzkę.

Ciężki stanik, przeznaczony dla karmiących matek, otarł mi skórę pod pachami. Bolały mnie sutki. Gdy pracowicie porządkowałam dom, spod podłogi rozległ się brzęk i regulator ogrzewania podłogowego z cichym westchnieniem wyzionął ducha.

– Nie, następny tydzień mi nie odpowiada – powiedziałam przez telefon majstrowi. Rzuciłam okiem w stronę okna. Zimna lutowa mgła groziła wdarciem się przez szpary i otoczeniem nas ze wszystkich stron. – W domu jest zaledwie pięć stopni, a ja mam trzymiesięczne niemowlę! – Wspomniane maleństwo siedziało w swym foteliku, opatulone we wszystkie możliwe koce, i darło się na całe gardło. Ignorując wypowiedź rozmówcy, przez dobrych kilka sekund trzymałam słuchawkę tuż koło szeroko rozwartej buzi Brianny.

– Przekonał się pan? – spytałam, gdy znów przyłożyłam słuchawkę do ucha.

– W porządku, proszę pani – odparł zrezygnowany głos. – Zajrzę dziś po południu, między dwunastą a szóstą.

– Między dwunastą a szóstą? Nie może pan dokładniej określić czasu? Muszę wyjść po zakupy – zaprotestowałam.

– Nie pani jedna ma awarię ogrzewania w domu – warknął i przerwał połączenie. Spojrzałam na zegar: wpół do dwunastej. Nie miałam cienia szans, żeby kupić wszystko w trzydzieści minut. Zakupy w towarzystwie niemowlęcia stanowiły dwugodzinną ekspedycję, wymagającą bogatego wyposażenia i olbrzymich nakładów energii.

Zgrzytając zębami, zadzwoniłam do bardzo drogiego supermarketu. Zamówiłam niezbędne produkty i poprosiłam o dostawę do domu. W końcu zajęłam się dzieckiem, które kolorem przypominało już bakłażan i rozsiewało wokół siebie niemiłą woń.

– Ojej, kochanie. Zaraz ci będzie znacznie milej – przemawiałam kojąco podczas ścierania brązowej mazi z mocno zaczerwienionej pupki. Mała wygięła się w łuk, byle jak najdalej odsunąć pośladki od lepkiej myjki, i rozkrzyczała się jeszcze głośniej. Rozsmarowałam grubą warstwę wazeliny i założyłam Briannie dziesiątą już tego dnia pieluchę; dostawy czystych pieluch spodziewano się dopiero nazajutrz. W całym domu cuchnęło amoniakiem.

– No już, najdroższa, spokojnie. – Kołysałam ją na ręku, poklepywałam, ale córeczka ignorowała moje wysiłki i dalej krzyczała ile sił w płucach. Nie mogłam jej za to winić: biedna pupka wyglądała jak piwonia. Należałoby położyć dziecko nago na jakimś ręczniku, ale przy braku ogrzewania było to niemożliwe. Obie miałyśmy na sobie grube swetry i ciężkie zimowe kurtki, co sprawiało, że częste karmienie stało się jeszcze większą udręką niż zwykle; dokopywanie się do piersi zajmowało długie minuty, a w tym czasie dziecko krzyczało wniebogłosy.

Brianna nie zmrużyła oka na dłużej niż dziesięć minut, w konsekwencji czuwałam i ja. Kiedy wreszcie o czwartej obu nam jednocześnie udało się zdrzemnąć, już po piętnastu minutach zostałyśmy brutalnie wyrwane ze snu przez hałaśliwe przybycie montera. Głośno dobijał się do drzwi. Wcześniej nie zadał sobie trudu odłożenia wielkiego, metalowego klucza do rur.

Jedną ręką tuliłam dziecko do piersi, drugą zabrałam się do przyrządzania obiadu. Z piwnicy dochodziły zgrzyty i gwałtowne walenia.

– Niczego nie obiecuję, ale na razie ma pani ciepło. – Monter pojawił się znienacka. Wytarł smugę smaru z pomarszczonego czoła i pochylił się nad Brianną. Dziecko w miarę spokojnie leżało na moim ramieniu i głośno ssało własny kciuk.

– No, i jak ci ten palec smakuje, skarbie? – spytał. – Wie pani, mówią, że nie należy pozwalać dziecku na ssanie kciuka – poinformował mnie, prostując się. – Wykrzywia zęby, a potem trzeba je prostować.

– Naprawdę? – wycedziłam. – Ile jestem panu winna?

Pół godziny później kurczak leżał już w brytfannie: nafaszerowany, zszyty, obłożony rozdrobnionym czosnkiem, gałązkami rozmarynu i skórką cytryny. Jeszcze parę kropel soku cytrynowego na wysmarowane masłem mięso i mogłam wsadzić ptaka do pieca, i zabrać się do przebierania Brianny i siebie. Kuchnia wyglądała tak, jakby buszował po niej niedoświadczony złodziej: wszystkie szafki były otwarte, na blatach poniewierały się rozmaite narzędzia kuchenne. Po drodze zasunęłam kilka szuflad. Zamknęłam też drzwi do kuchni. Miałam nadzieję, że powstrzyma to panią Hinchcliffe od zaglądania do środka, bo na jej dobre wychowanie nie można było liczyć.

Frank kupił dla Brianny piękną różową sukienkę. Koronki wokół dekoltu budziły moje zastrzeżenia, ale mimo wszystko sprawiały wrażenie delikatnych.

– Cóż, spróbujemy – oświadczyłam córce. – Tatuś chciałby, żebyś ładnie wyglądała. Postaraj się tego nie zapluć!

Brianna zamknęła oczy, wyprężyła się parę razy, chrząknęła i zrobiła kupę.

– Och, znakomicie! – powiedziałam szczerze. Oznaczało to zmianę prześcieradła w łóżeczku, ale przynajmniej pupie nie groziło mocniejsze odparzenie. Po uprzątnięciu kupy i założeniu świeżej pieluchy starannie wytarłam małej nos i buzię, strzepnęłam różową sukienkę i ostrożnie przełożyłam ją przez główkę córki. Brianna mrugnęła do mnie, zagulgotała z zachwytu i pomachała piąstkami.

Opuściłam głowę i zrobiłam „Pufff!” prosto w jej pępek, co wywołało szaloną radość dziecka. Powtórzyłyśmy tę zabawę jeszcze parę razy, zanim zabrałam się do uciążliwej pracy, czyli wkładania sukienki.

Brianna nie polubiła nowego stroju. Gdy próbowałam wcisnąć jej pulchne łapki w bufiaste rękawy, rozpłakała się rozdzierająco.

– Co się stało? – spytałam zaskoczona. Znałam już wszystkie rodzaje jej płaczu, w większości przypadków wiedziałam także, co chciała nimi wyrazić, lecz tym razem krzyk był inny: brzmiał w nim lęk i ból. – O co chodzi, kochanie?

Wrzeszczała zajadle, po policzkach ciekły łzy. Gorączkowo odwróciłam ją na brzuszek. Sądziłam, że dostała nagłego ataku kolki, ale nie podciągała kolan po sobie w górę. Walczyła zaciekle. Dopiero gdy przewróciłam ją ponownie, żeby wziąć na ręce, zauważyłam długą czerwoną pręgę na wewnętrznej stronie machającego ramienia. W materiale sukienki została szpilka, która zadrapała skórę, gdy naciągałam rękaw na pulchną łapkę.

– Och, dziecinko! Przepraszam! Mamusi jest bardzo przykro! – Pociekły mi łzy, gdy usuwałam szpilkę. Przytuliłam dziecko i pogłaskałam uspokajająco. Usiłowałam wyciszyć także własne przerażenie i poczucie winy. Oczywiście, że nie miałam zamiaru jej skaleczyć, ale przecież ona tego nie wiedziała.

– Moja najdroższa – wymruczałam. – Już dobrze. Tak, mamusia cię kocha, wszystko w porządku. – Dlaczego nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić, czy w materiale nie ma szpilek? A w ogóle co za idiota pakuje niemowlęce ubranka, posługując się szpilkami? Targana naprzemiennie wściekłością i poczuciem winy ubrałam Briannę, otarłam jej buzię i zaniosłam do sypialni. Położyłam ją na łóżku, a sama pospiesznie przebrałam się w przyzwoitą spódnicę i świeżą bluzkę.

Dzwonek odezwał się, gdy naciągałam rajstopy. Na jednej stopie zauważyłam dziurę, ale nie miałam już czasu, żeby temu zaradzić. Wepchnęłam nogi w przyciasne pantofelki ze skóry aligatora, porwałam Briannę i pospieszyłam do drzwi.

Za progiem stał Frank, zbyt obładowany pakunkami, żeby posłużyć się kluczem. W wolną rękę wzięłam od niego wszystko i położyłam na stole w holu.

– Obiad gotowy, skarbie? Przyniosłem nowy obrus i serwetki. Nasze są już podniszczone. No i wino, rzecz jasna. – Uniósł butelkę, uśmiechnął się, potem zmierzył mnie wzrokiem i spoważniał. Z dezaprobatą przenosił spojrzenie z moich rozczochranych włosów na bluzkę przed sekundą ubrudzoną ulanym mlekiem.

– Claire, na Boga – powiedział. – Powinnaś się trochę wyszykować! Nie masz przecież nic innego do roboty. Całe dnie spędzasz w domu. Nie mogłaś poświęcić kilku minut na...

– Nie – odparłam głośno. Całkowicie wyczerpana wepchnęłam mu Briannę w ramiona. Dziecko znowu marudziło. – Nie – powtórzyłam. Wyjęłam z jego rąk butelkę wina. Nie stawiał oporu. – Nie! – wrzasnęłam i tupnęłam nogą. Machnęłam butelką. Frank zdołał odskoczyć. Trafiłam prosto we framugę. Czerwone bryzgi beaujolais przeleciały przez próg, na podłogę posypały się odłamki szkła. Połyskiwały w świetle wpadającym przez otwór wejściowy.

Część butelki, która mi pozostała w ręku, rzuciłam w azalie i tak jak stałam, bez płaszcza, pobiegłam ścieżką prosto w lodowatą mgłę. Koło furtki minęłam zaskoczonych Hinchcliffe’ów, którzy pojawili się pół godziny przed czasem. Prawdopodobnie chcieli przyłapać mnie na domowych niedociągnięciach. Miałam nadzieję, że obiad sprawi im przyjemność.

Ciepły nawiew w samochodzie skierowałam na stopy. Jechałam zupełnie bez celu, dopóki się nie okazało, że bak jest niemal pusty. Nie zamierzałam wracać do domu, przynajmniej na razie. Jakaś całonocna kawiarnia? W tym momencie uświadomiłam sobie, że jest piątek i dochodzi północ. Mimo wszystko było takie miejsce, do którego mogłam pojechać. Zawróciłam w kierunku przedmieścia, gdzie mieszkaliśmy, i ruszyłam do kościoła Świętego Finbara.

O tak późnej porze kaplica była już zamknięta. Obawiano się kradzieży albo aktów wandalizmu. Dla spóźnionych adoratorów tuż pod klamką zainstalowano elektroniczny zamek. Przyciśnięcie trzech guzików w odpowiedniej kombinacji zwalniało zapadkę i umożliwiało wejście do środka.

Wolnym krokiem przeszłam na tyły kaplicy. Musiałam wpisać swoje nazwisko do książki wejść, umieszczonej u stóp figury świętego Finbara.

– Finbar? – powtórzył z niedowierzaniem Frank, gdy pierwszy raz o nim usłyszał. – Przecież nie ma takiego świętego.

– A właśnie, że jest – upierałam się z satysfakcją. – Był biskupem w Irlandii, żył w dwunastym wieku.

– Aaa, Irlandczyk – skwitował lekceważąco Frank. – To wszystko wyjaśnia. Ale w żaden sposób nie potrafię zrozumieć... – urwał, najwyraźniej szukał odpowiednich słów, żeby pytanie zabrzmiało taktownie. – Eee... no, cóż... dlaczego?

– Co dlaczego?

– Dlaczego bierzesz udział w Nieustającej Adoracji. Nigdy przedtem nie zdradzałaś żadnych zapędów do dewocji, podobnie zresztą jak ja. I nie chodzisz na msze. Ojciec Beggs co tydzień dopytuje się o ciebie.

Potrząsnęłam głową.

– Naprawdę nie wiem, jak to wyjaśnić, Frank. Po prostu odczuwam potrzebę... takiego postępowania. – Zerknęłam na niego bezradnie. – Tam jest... tak spokojnie – zakończyłam.

Otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale tylko odwrócił się i potrząsnął głową.

Wokół panował spokój. O tej godzinie przykościelny parking był prawie pusty. Tylko jeden samochód połyskiwał tajemniczą czernią pod latarnią łukową. Należał do dyżurnego adoratora. Wpisałam się do książki i przeszłam dalej. Zakasłałam cicho, żeby taktownie zwrócić uwagę dyżurnego na swoją obecność, bez zwracania się do niego bezpośrednio. Był to potężnie zbudowany mężczyzna w obcisłej, żółtej wiatrówce. Uklękłam za nim. Po chwili podniósł się, przyklęknął przed ołtarzem i ruszył w stronę drzwi. Po drodze kiwnął mi głową.

Drzwi zatrzasnęły się i zostałam sama, jeśli nie liczyć Sakramentu ustawionego na ołtarzu w wielkiej, złotej, lśniącej niczym słońce monstrancji. Obok stały dwie wysokie świece. Białe i gładkie paliły się równym płomieniem w nieruchomym powietrzu. Przymknęłam oczy. Wsłuchałam się w ciszę.

Wydarzenia całego dnia tłukły mi się po głowie, tworzyły chaos myśli i uczuć. Spacer bez płaszcza spowodował, że cała trzęsłam się z zimna. Powoli zaczęłam się rozgrzewać. Dłonie, zaciśnięte w pięści, rozluźniły się i swobodnie spoczęły na kolanach.

Na koniec, jak zwykle w tym miejscu, przestałam myśleć. Sama nie wiedziałam, czy był to rezultat stanięcia w obliczu wieczności, czy też zwyczajnego poddania się krańcowemu wyczerpaniu, ale moje poczucie winy wobec Franka zelżało. Osłabł także dojmujący żal, przycichła tęsknota za Jamiem. Nawet ustawiczny wpływ macierzyństwa na moje uczucia zmalał do poziomu szumów, nie głośniejszych niż bicie serca, regularne i kojące w ciemnej kaplicy.

– Och, Boże – wyszeptałam. – Polecam Twojej łasce duszę sługi Twego, Jamiego. – I moją, dodałam w duchu.

Siedziałam nieruchomo i obserwowałam odblask płomyków świec, pełgający po złotej powierzchni monstrancji, póki nie dosłyszałam w przejściu za moimi plecami cichych kroków następnego adoratora. Po chwili nowo przybyły ciężko przyklęknął. Przez całą dobę, godzina po godzinie, trwały te jednoosobowe dyżury. Błogosławiony Sakrament nigdy nie pozostawał sam.

Po kilku minutach podniosłam się z kolan i wyślizgnęłam z ławki. Pochyliłam przed ołtarzem głowę. W drodze na tyły kaplicy dojrzałam jakąś postać siedzącą w ostatnim rzędzie, w cieniu posągu świętego Antoniego. Gdy podeszłam bliżej, mężczyzna wstał. Między ławkami ruszył ku przejściu, żeby wyjść mi naprzeciw.

– Co ty tu robisz? – spytałam szeptem.

Frank wskazał głową nowego adoratora, pogrążonego już w kontemplacji. Ujął mnie za łokieć i lekko pociągnął w stronę wyjścia.

Z awanturą zaczekałam, aż zamkną się za nami drzwi kaplicy. Dopiero wtedy wyrwałam się i stanęłam twarzą w twarz z mężem.

– Co jest? – rzuciłam gniewnie. – Dlaczego za mną przyszedłeś?

– Martwiłem się o ciebie. – Wskazał ręką na parking, gdzie jego wielki buick roztaczał opiekę nad moim małym fordem. – Poruszanie się o tej porze jest dość niebezpieczne dla kobiety. Przyszedłem, żeby cię zabrać do domu. To wszystko.

Nawet słowem nie wspomniał o Hinchcliffe’ach czy o proszonym obiedzie. Moja irytacja częściowo się rozpłynęła.

– Och, a co zrobiłeś z Brianną?

– Poprosiłem naszą sąsiadkę, starą panią Munsing, żeby nastawiała uszu, czy dziecko nie płacze. Ale mała spała jak suseł i nie sądzę, żeby się obudziła. A teraz chodź, bo zimno.

Faktycznie; lodowaty wiatr znad zatoki tworzył białe wiry wokół latarni łukowych. Ubrana tylko w cienką bluzkę trzęsłam się jak galareta.

– Spotkamy się w domu – powiedziałam.

Gdy weszłam do pokoju dziecinnego, by upewnić się, że z Brianną wszystko w porządku, przyjemnie otuliło mnie ciepło. Córeczka wciąż jeszcze spała, ale dość niespokojnie kręciła rudą główką, otwierając i zamykając buzię niczym ryba wyciągnięta z wody.

– Robi się głodna – szepnęłam do Franka. Wszedł do pokoju w ślad za mną i ponad moim ramieniem z upodobaniem przyglądał się dziecku. – Lepiej ją nakarmię, zanim pójdę do łóżka. Będzie dłużej spała rano.

– Zrobię ci coś ciepłego do picia – powiedział i wymknął się do kuchni, gdy ja brałam na ręce śpiący, ciepły tobołek.

Wyssała pokarm tylko z jednej piersi, ale było widać, że jest najedzona. Miękkie usta, jeszcze pełne mleka, oderwały się od sutka, główka ciężko spoczęła na moim ramieniu. Ani łagodne potrząsanie, ani ciche wołanie nie zdołały nakłonić maleństwa do ssania z drugiej strony. W końcu dałam za wygraną. Delikatnie poklepałam Briannę. Rozległo się słabe, ale pełne kontentacji beknięcie, po którym dał się słyszeć miarowy oddech absolutnego zaspokojenia. Położyłam swoją pociechę do łóżeczka.

– Zasnęła? – Frank naciągnął na Briannę kocyk ozdobiony żółtymi wiewiórkami.

– Tak. – Siedziałam w biurowym fotelu, zbyt wyczerpana fizycznie i psychicznie, żeby się podnieść. Frank stanął za mną i lekko położył rękę na moim ramieniu.

– A więc on nie żyje? – spytał łagodnie.

Na końcu języka miałam uwagę, że przecież już mu to mówiłam, ale powstrzymałam się. Zamknęłam usta i tylko skinęłam głową. Kołysałam się powoli i wpatrywałam w ciemne łóżeczko z jego malutką mieszkanką.

Prawa pierś boleśnie mi obrzmiała. Bez względu na to, jak bardzo byłabym zmęczona, i tak nie zdołałabym zasnąć bez uprzedniego ściągnięcia nadmiaru pokarmu. Westchnęłam z rezygnacją i sięgnęłam po odciągacz do mleka, niezgrabne, śmiesznie wyglądające gumowe urządzenie. Używanie go nie przydawało godności i było nieporęczne, ale wolałam to od przemoczenia pościeli mlekiem i ostrego bólu, który obudziłby mnie za godzinę.

Machnęłam na Franka, żeby wyszedł.

– Kładź się spać. To mi zajmie tylko parę minut, ale muszę...

Zamiast wyjść czy odpowiedzieć, wyjął mi odciągacz z ręki i położył na stole. Zupełnie jakby poruszane niezależnie, bez udziału Franka, jego ręce wolno uniosły się w ciepłej ciemności pokoju dziecięcego i łagodnie objęły powiększoną pierś.

Jego głowa opadła niżej. Wargi delikatnie zamknęły się na sutku. Jęknęłam. Czułam niemal bolesne kłucie, gdy mleko przepływało wąskimi przewodami. Położyłam dłoń na głowie Franka i przyciągnęłam ją bliżej ku sobie.

– Mocniej – szepnęłam. Jego usta były miękkie, ich nacisk bardzo łagodny. Nie do porównania z bezwzględnym chwytem twardych, bezzębnych dziąseł niemowlęcia, które wczepiały się bezlitośnie i domagały się pokarmu, a swą łapczywością z miejsca uruchamiały obfitą fontannę.

Frank ukląkł. Zastanawiałam się, czy tak właśnie czuje się Bóg, patrząc na tłumy czcicieli u swych stóp, czy Jego też ogarnia łagodność i współczucie? Otępienie wywołane zmęczeniem sprawiło, że w moich oczach wszystko działo się w zwolnionym tempie, jakbyśmy oboje poruszali się pod wodą. Ręce Franka przesuwały się powoli niczym kołyszące się wodorosty, dotykały mojego ciała tak łagodnie jak pęk morskiej trawy, unosząc mnie z siłą przypływu i kładąc na brzegu niewielkiego dywanika. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by ten potężny prąd uniósł mnie ze sobą.

Frontowe drzwi starej plebanii otworzyły się ze zgrzytem zardzewiałych zawiasów, obwieszczając powrót Brianny Randall. Roger poderwał się na nogi i pognał do holu, przyciągnięty dźwiękiem dziewczęcych głosów.

– Pół kilograma najlepszego masła... Kazałaś mi to kupić, no więc kupiłam, ale cały czas zastanawiałam się, czy istnieje masło drugiego gatunku albo jeszcze gorsze... – Brianna wręczała sprawunki Fionie, śmiejąc się i mówiąc jednocześnie.

– No, jeżeli będziesz robić zakupy u tego starego drania, Wicklowa, to masz ogromną szansę trafić na to gorsze – przerwała jej Fiona. – Och, przyniosłaś cynamon, świetnie! Zaraz upiekę cynamonowe bułeczki. Chcesz popatrzeć, jak się je robi?

– Tak, ale najpierw kolacja. Umieram z głodu! – Brianna wspięła się na palce. Z nadzieją wyławiała zapachy płynące z kuchni. – Co będziemy jeść? Podroby jagnięce?

– O Boże, prawdziwa z ciebie Angielka, szkoda słów! Przecież tego nie jada się wiosną! Owce bije się dopiero jesienią.

– Czy ja jestem Angielka? – Brianna była zachwycona pomysłem.

– Jasne, głupolu. Ale i tak cię lubię.

Dziewiętnastoletnia, nieco pulchna i czarująca Fiona śmiała się radośnie do Brianny, która o głowę przerastała szkocką koleżankę. Od córki Jamiego biła siła i powaga, co upodabniało ją do średniowiecznej rzeźby. Z długim, prostym nosem oraz długimi włosami, połyskującymi czerwienią i złotem pod szklaną kulą sufitowego oświetlenia wyglądała tak, jakby właśnie zeszła ze stron iluminowanego manuskryptu, o barwach dostatecznie żywych, by bez większej szkody przetrwać tysiąc lat.

Roger nagle uświadomił sobie, że tuż obok niego stoi Claire Randall. Patrzyła na córkę, a w jej spojrzeniu mieszały się ze sobą: miłość, duma i jeszcze coś... może wspomnienia? Z lekka zaszokowany młody historyk uzmysłowił sobie, że Jamie Fraser również musiał odznaczać się nie tylko odziedziczonymi po wikingach cechami zewnętrznymi, uderzającym wzrostem i rudymi włosami, ale prawdopodobnie tym samym charyzmatycznym sposobem bycia.

To coś zupełnie niebywałego, myślał Roger. Przecież Brianna nie robiła ani nie mówiła niczego niezwykłego, a nie dawało się zaprzeczyć, iż przyciągała do siebie ludzi. Było w tej dziewczynie coś pociągającego, niemal magnetycznego, co kazało wszystkim krążyć wokół niej i pławić się w jej blasku.

Z pewnością to coś wpływało też na niego, Rogera. Brianna odwróciła się do młodego gospodarza i uśmiechnęła. To wystarczyło, żeby zupełnie nieświadomie podszedł do niej tak blisko, że mógł dostrzec piegi na jej policzkach i zwietrzyć delikatną woń tytoniu fajkowego, którą przyniosła z wyprawy po sklepach.

– Witaj – rzucił z uśmiechem. – Dopisało ci szczęście u Clansa czy może byłaś zbyt zajęta usługiwaniem Fionie?

– Usługiwaniem? – Z rozbawienia oczy dziewczyny przybrały kształt trójkątów. – Patrzcie państwo! Najpierw nazywają mnie Angielką, potem sługą i podnóżkiem. Jak wy, Szkoci, zwracacie się do ludzi, gdy usiłujecie być dla nich mili?

– Skarrrrbie – odparł, przesadnie podkreślając „r”, co rozśmieszyło obie dziewczyny.

– To brzmi jak warczenie niezadowolonego szkockiego teriera – zauważyła Claire.

– Znalazłaś coś ciekawego w bibliotece, Bree?

– Mnóstwo rzeczy – odparła dziewczyna i zaczęła grzebać w stosie kserokopii rzuconych w holu na stół. – Prawie wszystko zdążyłam przeczytać, gdy robili dla mnie odbitki; to okazało się najciekawsze. – Brianna wyciągnęła jakąś kartkę i podała ją Rogerowi.

Tekst był fragmentem książki zawierającej zbiór szkockich legend; pierwsza nosiła tytuł Spadający Antałek.

– Legendy? – spytała Claire, zaglądając mu przez ramię. – Czy o nie nam właśnie chodzi?

– Niczego nie można wykluczyć. – Skupiony na tekście Roger odpowiadał tak, jakby duchem był zupełnie nieobecny. – Aż do połowy dziewiętnastego wieku większość opowieści szkockich górali żyła wyłącznie w tradycji ustnej. A to oznacza, że ściśle nie rozgraniczano legend o postaciach historycznych, baśni o istotach nadprzyrodzonych czy też opowieści o heroicznych czynach dawnych bohaterów. Uczeni, którzy spisywali te historie, często sami nie wiedzieli do końca, z czym mają do czynienia. Czasami była to mieszanina faktów i mitów, zdarzały się jednak opisy autentycznych zdarzeń.

– Ta legenda, na przykład – podał papier Claire – brzmi dość autentycznie. Opisuje historię, która dała nazwę określonej formacji skalnej w górach Szkocji.

Claire założyła kosmyk włosów za ucho i schyliła głowę, żeby odczytać tekst w przyćmionym górnym świetle. Fiona, zbyt przyzwyczajona do zatęchłych dokumentów i nudnych wywodów historycznych, aby się tym akurat zainteresować, poszła do kuchni dopilnować obiadu.

– „Spadający Antałek – czytała Claire. – Ta niezwykła formacja skalna, położona nad niewielką rzeczułką, lecz w pewnym od niej oddaleniu, nazwana została w ten sposób, aby upamiętnić historię jakobickiego właściciela ziemskiego i jego służącego. Ów pan, jeden z nielicznych szczęśliwców, którym udało się uniknąć masakry pod Culloden, z trudem dotarł do domu. Musiał ukrywać się przez siedem lat w jaskini na swoich gruntach, bo Anglicy przeczesywali góry w poszukiwaniu zwolenników Karola Stuarta. Dzierżawcy właściciela ziemskiego lojalnie dotrzymywali sekretu, dostarczali do kryjówki jedzenie i wszystko, co było potrzebne. Mówiąc o swoim panu, używali nazwiska Dunbonnet, tak by pod żadnym pozorem, nawet przypadkowo, nie zdradzić jego obecności Anglikom, którzy dość często pojawiali się w okolicy.

Któregoś dnia chłopiec niosący panu do jego pieczary beczułkę piwa natknął się na szlaku na grupę angielskich dragonów. Dzielnie odmówił żołnierzom odpowiedzi na pytania. Nie chciał im również oddać niesionego przez siebie ciężaru. Jeden z żołdaków zaatakował chłopaka, antałek upadł na ziemię, potoczył się po zboczu i wpadł do płynącej w dole rzeczki”.

Claire spojrzała na córkę i uniosła brew.

– Dlaczego wybrałeś właśnie tę legendę? – spytała Rogera. – Wiemy, a przynajmniej sądzimy, że wiemy – poprawiła się – że Jamie uciekł spod Culloden. Ale wielu innym też udało się zbiec. Na jakiej podstawie przypuszczasz, że ten właściciel ziemski mógł być Jamiem?

– Z uwagi na fragment o Dunbonnecie, oczywiście – odparła Brianna, jakby zdziwiona, że takie pytanie w ogóle padło.

– Co takiego? – Roger zaskoczony spojrzał na Bree. – Nie rozumiem.

W odpowiedzi dziewczyna chwyciła grube pasmo swych gęstych rudych włosów i pomachała mu tym „pędzelkiem” przed nosem.

– Dunbonnet, czyli ciemnobrązowa szkocka czapka, zgadza się? – zaczęła niecierpliwie. – Jamie Fraser zawsze nosił nakrycie głowy, ponieważ po rudych włosach był łatwo rozpoznawalny! Sama przecież mówiłaś, że Anglicy nazywali go „Czerwonym Jamiem”. Musiał więc zakrywać głowę!

Roger wpatrywał się w nią bez słowa. Włosy swobodnie rozsypały się jej po plecach i utworzyły kaskadę połyskującą w świetle lampy.

– Niewykluczone, że masz rację – stwierdziła Claire. Podniecenie rozjaśniło jej oczy, gdy spoglądała na córkę. – Włosy Jamiego były zupełnie takie jak twoje, Bree. – Wyciągnęła rękę i łagodnie pogładziła córkę po głowie. Brianna z czułością spojrzała na matkę.

– Wiem – odparła. – Przemyślałam to sobie podczas czytania... usiłowałam go sobie wyobrazić. – Urwała i odchrząknęła, jakby coś utkwiło jej w gardle. – Zobaczyłam go, jak ukrywa się na wrzosowisku, jego włosy połyskiwały w słońcu. Mówiłaś, że już wcześniej był wyjęty spod prawa. Pomyślałam więc, że musiał już mieć dużą wprawę... w ukrywaniu się – zakończyła miękko.

– Racja – poparł ją z ożywieniem Roger, aby odpędzić cień, który zasnuł oczy dziewczyny. – Oto znakomity przykład budowania hipotezy na podstawie domysłów, ale kto wie, jeszcze odrobina wysiłku i może uda nam się dowiedzieć czegoś pewnego. Jeżeli zdołamy znaleźć Spadający Antałek na mapie...

– Uważasz mnie za niespełna rozumu? – spytała pogardliwie Brianna. – Już o tym pomyślałam. – Cień zniknął, na jego miejscu pojawiło się samozadowolenie. – To dlatego wróciłam tak późno. Uparłam się, żeby mi wyciągnęli dawne mapy szkockich gór, wszystkie, jakimi dysponują. – Wydobyła ze stosu kolejną odbitkę i z triumfem wskazała palcem miejsce położone niedaleko górnej krawędzi kartki.

– Widzicie, jakie to małe? Nie figuruje na większości map, ale na tej się znalazło. O, dokładnie tutaj jest wieś Broch Mordha, która leżała w pobliżu majątku Lallybroch, a tu... – palec przesunął się o kilka milimetrów i wskazał napis mikroskopijnej wielkości. – No, widzicie? – powtórzyła. – Wrócił do majątku Lallybroch i tam się ukrył.

– Bez lupy mogę ci tylko uwierzyć na słowo, że faktycznie napisano tam „Spadający Antałek” – zauważył Roger, prostując się. Uśmiechnął się do Brianny. – Gratuluję – dodał. – Myślę, że udało ci się znaleźć Jamiego Frasera, a przynajmniej wyśledzić jego kryjówkę.

Dziewczyna uśmiechnęła się, lecz oczy jej podejrzanie błyszczały.

– Mhmm – odparła miękko. Łagodnie dotknęła palcami dwóch kartek papieru. – Przecież to mój ojciec.

Claire ścisnęła rękę córki.

– Skoro już masz włosy po ojcu, miło wiedzieć, że po matce odziedziczyłaś rozum – zauważyła z uśmiechem. – Chodźmy uczcić twoje odkrycie obiadem Fiony.

– Dobra robota – pochwalił Roger, gdy oboje w ślad za Claire ruszyli do jadalni. Lekko objął dziewczynę w talii. – Możesz być z siebie dumna.

– Dzięki – odparła z uśmiechem, ale wyraz zadumy niemal natychmiast znów wykrzywił jej usta.

– O co chodzi? – spytał miękko Roger, zatrzymując się w holu. – Coś cię martwi?

– Tak naprawdę to nie. – Odwróciła się do niego twarzą. Pomiędzy rudymi brwiami widniała zmarszczka. – Tak tylko, próbowałam sobie wyobrazić... jak, twoim zdaniem, wyglądało jego życie? Te siedem lat spędzonych w jaskini? I co się z nim potem stało?

Wiedziony impulsem Roger pochylił się i pocałował ją lekko między brwi.

– Nie wiem, najdroższa – odparł. – Ale może uda nam się tego dowiedzieć.

Część II. Lallybroch
4. Dunbonnet

Lallybroch, listopad 1752

Raz na miesiąc zachodził do domu, żeby się ogolić. Zawsze czekał, aż któryś z chłopców da mu znać, że można przemknąć się bezpiecznie. Wtedy cicho jak lis skradał się w ciemnościach nocy. Ten niewielki ukłon w stronę cywilizacji wydawał mu się jednak ogromnie potrzebny.

Niczym duch pojawił się w kuchennych drzwiach, gdzie Ian witał go uśmiechem, a siostra pocałunkiem. Czekała już na niego balia z gorącą wodą, świeżo naostrzona brzytwa oraz środek służący za mydło do golenia. Niekiedy było to prawdziwe mydło, gdy kuzyn Jared podesłał im trochę towaru z Francji. Częściej jednak musiał się zadowalać na wpół przetworzonym łojem, gryzącym w oczy od nadmiaru ługu.

Od razu zaczynał czuć się inaczej, gdy w jego nozdrza uderzała woń dochodząca z kuchni, ogromnie intensywna i złożona, zwłaszcza po niesionych z wiatrem słabych zapachach jeziora, wrzosowiska i lasu. Ale mógł się znowu poczuć w pełni człowiekiem dopiero, gdy zakończył rytuał golenia twarzy.

Domownicy już się nauczyli, że nie zacznie opowiadać, póki się nie ogoli; po miesiącu samotności z trudem dobierał słowa. I rzecz nie w tym, że nic mu nie przychodziło do głowy. Przeciwnie: słowa, sformułowane gdzieś w głębinach duszy, tworzyły w jego gardle zator, toczyły ze sobą zaciekłe boje, żeby wydostać się na zewnątrz w krótkim czasie, jaki był do dyspozycji. Kilka minut starannej toalety pozwalało na poukładanie wszystkiego w głowie i na podjęcie decyzji, co należy powiedzieć najpierw, a co potem.

Były również informacje, których należało wysłuchać, o to i owo zapytać: o Anglików patrolujących okolice, o politykę, o ostatnie aresztowania i procesy w Londynie i Edynburgu. Tyle że te sprawy mogły trochę poczekać. Wolał porozmawiać z Ianem o gospodarstwie, z Jenny o dzieciach. Gdy sytuacja wydawała się całkiem bezpieczna, przyprowadzano na dół dzieciaki, żeby pozdrowiły wuja, ucałowały i uściskały przed snem.

– Już niedługo stanie się mężczyzną – zagadnął Jamie, gdy pojawił się we wrześniu. Kiwnął w kierunku pierworodnego syna siostry. Dziesięcioletni imiennik Jamiego siedział przy stole trochę skrępowany, w pełni świadom zaszczytu, jaki na niego spłynął wraz z chwilowo zajmowaną pozycją pana domu.

– Owszem. W ten sposób przybędzie mi jeszcze jedna osoba, o którą będę musiała się martwić, bo tylko tego mi do szczęścia brakuje – odparła cierpko Jenny, ale dotknęła ramienia syna z dumą, która przeczyła jej słowom.

– Miałaś jakąś wiadomość od Iana? – Szwagier Jamiego został przed trzema tygodniami po raz czwarty aresztowany i przewieziony do Inverness pod zarzutem sympatyzowania z jakobitami.

Jenny potrząsnęła głową. Postawiła na stole przykryty półmisek. Unosząca się z niego ciepła, cudowna woń kuropatwy zapieczonej w cieście sprawiła, że ślinka napłynęła Jamiemu do ust. Musiał przełknąć, żeby móc wymówić choć słowo.

– Nie ma się czego bać – powiedziała Jenny, nakładając mu na talerz. Jej głos nie zdradzał niepokoju, ale pionowa zmarszczka pomiędzy brwiami pogłębiła się. – Posłałam Fergusa, żeby pokazał im akt własności oraz zwolnienie Iana z wojska. Odeślą mi męża do domu, jak tylko się zorientują, że nie on jest panem na Lallybroch i że prześladując go, niczego nie uzyskają. – Zerknęła na syna i sięgnęła po dzban z piwem. – Nadarza się im teraz wspaniała okazja wykazania, iż zdrady dopuściło się małe dziecko.

Kobieta mówiła ponuro, ale na samą myśl o konsternacji, jaka zaistnieje w angielskim sądzie, w jej głosie zabrzmiała nuta satysfakcji. Na mocy aktu własności tytuł pana Lallybroch przechodził ze starszego Jamesa na młodszego. Dokument był już wcześniej pokazywany w sądzie. Niweczył wysiłki Korony zmierzające do przechwycenia majątku jako własności jakobickiego zdrajcy.

Gdy Jamie znalazł się za progiem, czuł, jak kropla po kropli spływa z niego cieniutka warstewka człowieczeństwa; ubywało jej z każdym krokiem, w miarę oddalania się od domu. Czasami udawało mu się zatrzymać tę iluzję rodzinnego ciepła przez całą drogę aż do pieczary, w której się ukrywał. W innych przypadkach znikała niemal natychmiast, porywana lodowatym wiatrem, gwałtownym i przenikliwym, niosącym ze sobą woń spalenizny.

Anglicy puścili z dymem trzy małe gospodarstwa położone wyżej w górach. Wyciągnęli z domów Hugha Kirby’ego oraz Geoffa Murraya i obu zastrzelili tuż za progiem. Nie zadawali im żadnego pytania. Nie przedstawili formalnych zarzutów. Młody Joe Fraser uciekł, ostrzeżony przez żonę, która w porę dostrzegła nadejście Anglików. Schronił się wówczas w pieczarze u Jamiego i spędził tam trzy tygodnie, póki żołnierze nie opuścili okolicy, zabierając ze sobą Iana.

W październiku Jamie spotkał się też z dwoma starszymi chłopcami. Byli to: Fergus, młody Francuz przywieziony z paryskiego burdelu, oraz jego serdeczny przyjaciel, Rabbie MacNab, syn dziewczyny kuchennej.

Jamie powoli przeciągnął brzytwą po policzku, potem w dół, przez krzywiznę żuchwy, i otarł ostrze o brzeg miski. Kątem oka dostrzegł na twarzy Rabbiego MacNaba błysk fascynacji przemieszanej z zazdrością. Zauważył, że wszyscy trzej chłopcy, to znaczy Rabbie, Fergus i młodszy Jamie, siedzą z otwartymi ustami i nie odrywają od niego wzroku.

– Nigdy przedtem nie widzieliście golącego się mężczyzny? – spytał, unosząc brew.

Rabbie i Fergus spojrzeli po sobie, lecz odpowiedź pozostawili młodszemu Jamiemu, jako tytularnemu właścicielowi majątku.

– No, cóż... owszem, wujku – wykrztusił chłopak, rumieniąc się. – Ale... to znaczy... – zająknął się i zaczerwienił jeszcze mocniej. – Teraz, jak taty nie ma, a nawet jak jest w domu, nieczęsto widzimy, jak ktoś się goli. A ty po miesiącu masz takie mnóstwo włosów na twarzy... Chodzi o to, że się cieszymy, gdy znów nas odwiedzasz, i...

Jamiemu zaświtało nagle w głowie, że w oczach całej trójki pewnie uchodzi za postać ogromnie romantyczną. Żył samotnie w pieczarze, wieczorem wychodził na polowania, a czasami nocą wyłaniał się z mgły, brudny i zarośnięty, ze skołtunionymi włosami i brodą w strąkach. O tak, życie człowieka wyjętego spod prawa, ukrywającego się na wrzosowisku w ciasnej, wilgotnej jaskini musiało się chłopcom w tym wieku wydawać najwspanialszą przygodą. Piętnastolatek czy szesnastolatek, nie mówiąc już o dziesięciolatku, nie mają jeszcze pojęcia o winie czy gorzkiej samotności. Ani o ciężarze odpowiedzialności, od której żadne bohaterskie czyny nie zdołają uwolnić.

Może umieliby zrozumieć lęk, przynajmniej w pewnym stopniu. Strach przed śmiercią, obawę przed wpadnięciem w ręce nieprzyjaciół. Ale nie lęk przed samotnością, własną naturą czy szaleństwem. Nie ten ustawiczny niepokój o to, jak wielkie ryzyko dla całej rodziny, także dla tych niedorostków, niosła ze sobą jego obecność. Gdyby w ogóle przyszła im taka myśl do głowy, odepchnęliby ją od siebie, przekonani, jak wszyscy chłopcy, o własnej nieśmiertelności.

– No cóż, tak – odparł obojętnie, gdy młodszy Jamie zamilkł. Znów odwrócił się do lustra. – Przeznaczeniem mężczyzny są kłopoty i... bokobrody. To jedna z plag Adama.

– Adama? – Fergus nie ukrywał zaskoczenia. Pozostała dwójka udawała, iż z grubsza rozumie, o czym ich bohater mówi. No, ale Fergus był przecież tylko Francuzem.

Jamie wyciągnął górną wargę jak najdalej w dół i zaczął się delikatnie golić pod nosem.

– Na samym początku, gdy Bóg stworzył człowieka, na twarzy Adama nie było więcej włosów niż na twarzy Ewy. Całe ciała oboje mieli tak gładkie jak noworodek – dodał, gdy zauważył, jak wzrok siostrzeńca podąża szybko ku kroczu Rabbiego. Na twarzy chłopaka nie było jeszcze zarostu, ale nieznaczny, ciemny cień na górnej wardze świadczył o pojawieniu się owłosienia również w innych miejscach.

– Dopiero gdy anioł z ognistym mieczem wyrzucił ich z Edenu, gdy przekroczyli bramę ogrodu, na podbródku Adama pojawiły się włosy i zaczęły go swędzieć. Od tamtej pory niczym klątwa ciąży na mężczyznach konieczność usuwania z twarzy zarostu. – Z zamachem zakończył golenie podbródka i złożył teatralny ukłon przed swoją widownią.

– A inne włosy? – dopytywał się Rabbie. – Tam też powinno się ogolić! – Młodszy Jamie zachichotał i ponownie się zaczerwienił.

– Cholernie dobra myśl – zauważył Jamie. – Do tego trzeba by diabelnie pewnej ręki. No i spokojnie można się obejść bez lustra – dorzucił przy wtórze chichotów.

– A co z kobietami? – spytał Fergus. Przy słowie „kobiety” jego głos przeszedł w żabie skrzeczenie, co pobudziło pozostałych chłopców do jeszcze głośniejszego śmiechu. – Z pewnością les filles też tam mają włosy, ale ich nie golą. W każdym razie, zazwyczaj – dodał. Najwyraźniej przypomniał sobie rzeczy, które widywał w burdelu we wcześniejszym okresie swojego życia.

Jamie dosłyszał kroki siostry w korytarzu.

– No cóż, to nie jest przekleństwo – oświadczył zachwyconej widowni. Chwycił miednicę i zgrabnie wylał jej zawartość przez otwarte okno. – Pan Bóg dał to na pociechę mężczyźnie. Jeśli tylko dostąpicie zaszczytu patrzenia na nagą kobietę, panowie... – obejrzał się i zniżył tajemniczo głos – przekonacie się, że włosy tworzą tam rysunek strzały, która wskazuje właściwy kierunek, tak by nawet kompletny ignorant umiał trafić do celu.

Odwrócił się z godnością od ryczących ze śmiechu i nieprzyzwoicie chichoczących chłopców. Nagle na widok siostry opanował go wstyd. Jenny szła ciężkim krokiem kobiety w zaawansowanej ciąży. Na rozdętym brzuchu trzymała tacę z kolacją. Jak mógł ją tak poniżyć niewybrednymi żartami w imię chwilowego zbratania się ze słuchaczami?

– Cicho bądźcie! – warknął na chłopców. Natychmiast przestali chichotać i spojrzeli na niego ze zdumieniem. Jamie rzucił się naprzód, żeby odebrać tacę od Jenny.

Postawił na stole to smakowite danie przyrządzone z koziego mięsa i boczku. Sam zapach sprawił, że wystające jabłko Adama na szyi Fergusa poruszyło się gwałtownie. Jamie wiedział, że dostaje najlepsze kąski. Wystarczyło spojrzeć na napięte twarze zgromadzonych wokół stołu, żeby się o tym przekonać. Zawsze gdy przychodził z wizytą, przynosił wszystko, co mógł: złapane w sidła zające czy głuszce, czasami gniazdo z jajami siewki. Ale mięsa nigdy nie było dosyć w domu, gdzie żywiła się nie tylko rodzina i służba. Posiłek dostawali tu także domownicy pomordowanych dzierżawców: Kirby’ego i Murraya. Wdowy i osierocone dzieci musiały mieszkać w dworku co najmniej do wiosny, a on, James Fraser, powinien starać się ich wykarmić.

– Usiądź koło mnie – zwrócił się do siostry. Ujął ją za ramię i łagodnie podprowadził do ławki, na której zwykł siadać. Spojrzała na niego zaskoczona. To do niej należało obsługiwanie brata, gdy przychodził, ale zadowolona usiadła bez protestów. Pora była późna, a ona bardzo zmęczona. Miała ciemne sińce pod oczyma.

Z wielką stanowczością odkroił pokaźny kawał mięsa i postawił przed nią talerz.

– Przecież to wszystko dla ciebie! – zaprotestowała Jenny. – Ja już jadłam.

– Ale za mało – skwitował. – Potrzebujesz więcej, również dla dziecka – dodał stanowczo. Nawet gdyby nie chciała nic jeść ze względu na siebie, dla dobra dziecka zgodzi się przekąsić. Przez chwilę wyraźnie się wahała, ale potem uśmiechnęła się, chwyciła sztućce i zabrała się do jedzenia.

Nastał listopad. Chłód przenikał cienką koszulę i spodnie, które Jamie miał na sobie. Ledwie to jednak zauważał, tak był pochłonięty tropieniem. Noc była pochmurna, ale przez cienką warstwę obłoków okrągła tarcza księżyca rzucała dostateczną ilość światła.

Dzięki Bogu nie padało. Szelest kropli głuszył każdy dźwięk, a przenikliwy zapach wilgotnej roślinności maskował woń zwierzyny. Długie miesiące życia na dworze wyostrzyły mu węch niemal do bólu; aromaty domu niekiedy zwalały go z nóg, gdy wchodził do środka.

Nigdy nie udało mu się podejść dostatecznie blisko, żeby wyczuć piżmowy zapach jelenia. Czasami jednak słyszał charakterystyczny szelest, gdy rogacz zrywał się do biegu po tym, jak zwęszył woń człowieka. Teraz Jamie miał szansę: listopadowe chłody zmrożą wszelkie zapachy i zostaną tylko cienie przemykające po wzgórzach pod zachmurzonym niebem.

Wolniutko odwrócił się do miejsca, gdzie, jak mu słuch podpowiadał, stał jeleń. Z łukiem w dłoniach i strzałą na cięciwie myśliwy był gotów do działania. W najlepszym razie zdoła posłać tylko jedną strzałę, potem zwierzę zerwie się do biegu.

Tam! Jest! Na widok ciemnego zarysu rogów ponad krzewem kolcolistu serce niemal podeszło Jamiemu do gardła. Zmusił się do spokoju, nabrał w płuca powietrza i zrobił jeszcze jeden krok.

Trzask gałęzi wywołany ucieczką jelenia zawsze brzmiał zaskakująco głośno i budził w myśliwym lęk. Tym razem jednak łowca był na to przygotowany. Nie czuł się zaskoczony, nie starał się również gonić zwierzyny. Stał nieruchomo. Mierzył z łuku, wzrokiem podążał za spłoszonym jeleniem i usiłował uchwycić ten najwłaściwszy do strzału moment. Po chwili poczuł na nadgarstku parzące uderzenie zwolnionej cięciwy.

Strzał był czysty. Zwierzę zostało trafione tuż za łopatką. Na szczęście. Myśliwy wątpił, czy znalazłby siłę, by ścigać po wzgórzach dorosłego byka. Rogacz padł tuż za kępą kolcolistów, z nogami sztywno wyciągniętymi; miał w sobie dziwną bezradność wszystkich kopytnych, z których właśnie ulatuje życie. Księżyc oświetlił zachodzące bielmem oko. Z tęczówki zniknął ciepły brąz, a tajemnicę śmierci zwierzęcia skryła srebrzysta poświata.

Łowca wyjął zza pasa sztylet, klęknął przy martwym jeleniu i pospiesznie odmówił prastarą modlitwę. Nauczył się jej od Johna Murraya, dziadka Iana. Gdy ojciec Jamiego usłyszał kiedyś te słowa, usta lekko mu zadrżały. Jamie domyślił się, iż modlitwa pewnie nie jest adresowana do tego samego Boga, do którego zwracał się co niedziela w kościele. Ojciec zachował wtedy milczenie. Teraz on, Jamie, niemal wymamrotał zapamiętany tekst. Odniósł wrażenie, że dłoń starego Johna dotyka jego ręki. To podniecające uczucie pobudziło go do wbicia ostrza w dymiące mięso ukryte pod owłosioną skórą.

Pewnie i z dużą wprawą chwycił jedną ręką lepki pysk zwierzęcia, drugą przeciął mu gardło.

Z otwartej rany bluznęła krew, po chwili trysnęła jeszcze dwa razy, po czym już ciągłym strumieniem opuszczała kadłub zwierzęcia przez wielkie naczynia szyjne. Mogłoby mu się nie powieść, gdyby zaczął się zastanawiać, ale głód, wyczerpanie i odurzenie chłodem nocy doprowadziły go do stanu, w którym działa się instynktownie. Jamie podłożył stulone dłonie pod ciemny strumień i parującą jeszcze posokę poniósł do ust.

Księżyc oświetlił złożone dłonie, z których kroplami wyciekał czerwonobrązowy płyn. Wszystko razem sprawiało wrażenie, jakby myśliwy wchłaniał w siebie samą substancję jelenia, a nie po prostu pił jego krew: słoną, o posmaku srebra i temperaturze jego własnego ciała. Zwycięski łowca nie odbierał przy połykaniu wrażenia ciepła czy zimna krwi, czuł jedynie jej smak, odurzający zapach rozgrzanego metalu i nagły skurcz w brzuchu, stanowiący reakcję na bliskość pożywienia.

Jamie przymknął oczy i głęboko odetchnął. Wilgotne, zimne powietrze wdarło się pomiędzy ociekające krwią ścierwo a jego zmysły. Przełknął, otarł twarz wierzchem dłoni, wytarł ręce o trawę i zabrał się do roboty.

Dużo trudu musiał włożyć w poruszenie bezwładnego, ciężkiego ciała, ale potem, jakby pod wpływem starodawnej modlitwy, doznał przypływu siły. Rozciął skórę między nogami zwierzęcia, lecz nie otwierał jeszcze worka otrzewnego. Wymacał go tylko, gdy z oporem wsunął obie ręce w jamę brzuszną. I znowu trzeba było ogromnego wysiłku, by wyciągnąć worek na zewnątrz, gładki i lśniący. Dwa cięcia, jedno u góry, drugie u dołu otrzewnej całkowicie uwolniły masę wnętrzności – nastąpił przejaw czarnej magii, przeistaczającej jelenia w mięso.

Jak na byka zwierzę było stosunkowo niewielkie, chociaż poroże miało zupełnie niczego sobie. Przy odrobinie szczęścia może uda się odtransportować zdobycz bez niczyjej pomocy. Jamie wolał nie zostawiać ścierwa na łasce lisów i borsuków. Podłożył ramię pod jedno udo zwierzęcia i powoli zaczął wstawać. Postękiwał z wysiłku przy przesuwaniu brzemienia w dogodniejszą pozycję w poprzek pleców.

Ciężkim krokiem szedł w dół, a jego cień rzucany na skały przez światło księżyca przypominał garbatego potwora z baśni. Rogi jelenia kołysały mu się nad ramieniem, co nadawało jego sylwetce podobieństwo do rogatego człowieka. Na tę myśl Jamie zadrżał lekko. Przypominał sobie opowieści o sabatach czarownic, na których pojawiał się Rogaty, aby napić się krwi z poświęconych mu kóz czy kogutów.

Trochę go mdliło. Miał zawroty głowy. W miarę upływu kolejnych miesięcy czuł się coraz bardziej zdezorientowany, rozdwojony pomiędzy swoją „osobowością” dzienną i nocną. W ciągu dnia żył wyłącznie umysłem. Z uporem szukał ucieczki od obezwładniającego bezruchu, czy to na stronach powieści, czy na trudnych szlakach rozważań i medytacji. Z chwilą jednak pojawienia się księżyca wszelki rozsądek zanikał, z miejsca ustępował instynktowi łowcy. Jamie wychodził na świeże powietrze niczym drapieżnik ze swojej nory. W głowie miał tylko polowanie, przebieganie ciemnych wzgórz w poszukiwaniu łupu pod rozgwieżdżonym niebem. Głód, żądza krwi, upojenie światłem księżyca – w nocy jedynie to nim kierowało.

Wpatrywał się w grunt pod nogami. Widział na tyle dobrze, by pomimo ciężaru nie potykać się. Cielsko byka było bezwładne i chłodne w dotyku; krótka sierść ocierała się o kark myśliwego, a jego własny pot ziębił w porywach wiatru, zupełnie jakby łowcę i jego łup dosięgnął wspólny los.

Dopiero na widok świateł dworku w Lallybroch Jamie poczuł, iż znów opadła na niego peleryna człowieczeństwa. Umysł i ciało połączyły się w jedność, gdy przygotowywał się na spotkanie z rodziną.

5. Dar życia

Trzy tygodnie później nadal nie było mowy o powrocie Iana do domu. Prawdę mówiąc, w jego sprawie zapadła kompletna cisza. Przez szereg dni Fergus nie zaglądał do pieczary. Jamie szalał z niepokoju, bo nie wiedział, co się dzieje w domu. Poza wszystkim trzeba było dostarczyć pożywienie. Przy tylu dodatkowych gębach do wykarmienia mięso z jelenia na pewno już dawno się skończyło, a o tej porze roku ogród warzywny nie miał nic do zaoferowania.

Zdesperowany do granic wytrzymałości Jamie zaryzykował wczesną wizytę. Sprawdzając po drodze sidła, schodził z gór tuż przed zachodem słońca. Sam jego wzrost wzbudziłby co najwyżej podejrzenia, ale kolor włosów na pewno by go zdradził. Starannie naciągnął na głowę wełnianą czapkę, zrobioną na drutach z szorstkiej burej przędzy. Taka ochrona była niezbędna, bo wszyscy okoliczni plotkarze niewątpliwie wylegli na dwór, żeby nacieszyć się ostatnimi promieniami słońca. W razie nieoczekiwanego zetknięcia z angielskim patrolem Jamie zdawał się na własne nogi. Nigdy nie przestawał wątpić, iż zdołają go wybawić z niebezpieczeństwa. James Fraser, w porę ostrzeżony, śmiało mógł iść w zawody z zającami na wrzosowisku.

W domu panowała zadziwiająca cisza. Nie słychać było hałasu, jaki zawsze robiły dzieciaki: piątka urodzona przez Jenny i szóstka należąca do dzierżawców, nie wspominając już o Fergusie i Rabbiem MacNabie, którzy wciąż jeszcze potrafili gonić się wokół zabudowań gospodarczych, wrzeszcząc przy tym, ile sił w płucach.

Jamie przystanął w drzwiach kuchni. Odniósł wrażenie, iż otacza go jakaś dziwna pustka. Przeszedł do tylnego korytarza. Po jednej stronie miał spiżarnię, po drugiej zmywalnię, a tuż za sobą kuchnię. Stał bez ruchu. Wytężał wszystkie zmysły, nadsłuchiwał i analizował zapachy charakterystyczne dla tego domu. Nie, jednak ktoś tu był: słaby odgłos drapania, poprzedzający ciche, regularne pobrzękiwanie, dochodził zza obitych materiałem drzwi, które zatrzymywały ciepło z kuchni przed wydostaniem się do zimnej spiżarni.

Dźwięk wydawał się kojąco domowy. Przybysz pchnął więc drzwi, ostrożnie, ale bez przesadnej obawy. Przy stole stała Jenny w bardzo już zaawansowanej ciąży. Mieszała coś w żółtej misce.

– Co tu robisz? Gdzie pani Coker?

Z okrzykiem nagłego przestrachu Jenny upuściła łyżkę.

– Jamie! – Z pobladłą twarzą przyłożyła rękę do piersi i przymknęła oczy. – Boże! Śmiertelnie mnie przeraziłeś. – Uniosła powieki. Ciemnoniebieskie oczy, podobne do jego własnych, popatrzyły na niego przenikliwie. – Na Matkę Przenajświętszą, powiedz raczej, co ty tu robisz? Nie spodziewałam się ciebie jeszcze przynajmniej przez tydzień.

– Fergus przestał ostatnio zaglądać do jaskini. Zaczęło mnie to martwić – odparł po prostu.

– Jesteś kochany, Jamie. – Twarz kobiety z wolna zaczęła przybierać zdrowy kolor. Jenny uśmiechnęła się do brata, podeszła bliżej i mocno go uściskała. Było to bardzo miłe, chociaż wcale niełatwe, bo sterczący brzuch mocno jej w tym przeszkadzał. Jamie na moment przytulił policzek do ciemnowłosej głowy siostry i wdychał bijące od niej aromaty: wosku, cynamonu, wełny i łoju do robienia mydła. Tego wieczoru wyczuł w jej zapachu dodatkowy element. Wydawało mu się, że zaczęła pachnieć mlekiem.

– Gdzie są wszyscy? – spytał i niechętnie wypuścił siostrę z objęć.

– No cóż, pani Coker umarła – odparła Jenny, a delikatna zmarszczka między brwiami pogłębiła się.

– Tak? Bardzo mi przykro. – Jamie przeżegnał się. Pani Coker, najpierw jako służąca, potem gospodyni, pracowała dla rodziny przeszło czterdzieści lat od dnia ślubu jego rodziców. – Kiedy?

– Wczoraj przed południem. Można się było tego spodziewać, ale, na szczęście, biedaczka miała cichą śmierć. Umarła we własnym łóżku, tak jak zawsze tego pragnęła. Modlił się za nią ojciec McMurtry.

Jamie odruchowo spojrzał na boczne drzwi do pokoju służącej.

– Czy ona wciąż tam jest?

Jenny pokręciła głową.

– Nie. Mówiłam jej synowi, że wypadałoby czuwać w tym domu, lecz Cokerowie uznali, że w obecnej sytuacji... – grymas na jej twarzy wskazywał, iż miała na myśli zarówno nieobecność Iana, powtarzające się naloty Czerwonych Kubraków, konieczność utrzymywania dzierżawców, brak żywności, jak i kłopotliwą obecność jego, Jamesa Frasera, w niedalekiej grocie – że lepiej będzie, jeśli zorganizują czuwanie nad zmarłą w Broch Mordha, w domu jej siostry. Tam więc wszyscy poszli. Powiedziałam im, że droga jest zbyt daleka, a ja nie za dobrze się czuję – dodała, uśmiechnęła się przewrotnie i uniosła brew. – Ale tak naprawdę marzyłam tylko o tym, żeby w końcu się wynieśli. Miałabym kilka godzin ciszy i spokoju.

– I jak na złość ja się zjawiłem – wtrącił ze skruchą Jamie. – Mam sobie pójść?

– Ależ nie, ty ośle – odparła ciepło. – Siadaj, zajmę się kolacją.

– A co jest do jedzenia? – spytał i z nadzieją pociągnął nosem.

– To zależy, co przyniosłeś – odpowiedziała. Ciężko poruszała się po kuchni. Wyjmowała rozmaite rzeczy z szafy i z koszy. Co rusz przystawała, by zamieszać zawartość wielkiego, wiszącego nad paleniskiem kotła, z którego unosiło się cienkie pasemko pary.

– Jeżeli przyniosłeś mięso, będziemy je jedli, jeśli nie, to mamy kaszę jęczmienną i nóżki.

Skrzywił się. Perspektywa jedzenia gotowanego jęczmienia i pręgi, ostatniej pozostałości po zasolonej tuszy wołowej, którą kupili przed dwoma miesiącami, nie wydawała mu się zachęcająca.

– A więc mam dużo szczęścia – oświadczył, wywracając torbę myśliwską do góry dnem. Wypadły z niej trzy króliki, które utworzyły na stole miękki kłąb szarego futra i zmiętoszonych uszu. – Jest też trochę owoców tarniny. – Wyrzucił zawartość swej włóczkowej czapki, zaplamionej w środku czerwonym sokiem.

Na ten widok oczy Jenny rozjaśniły się.

– Zrobię pasztet – oznajmiła. – Porzeczki się skończyły, ale tarnina będzie nawet lepsza. I masła wystarczy, dzięki Bogu. – Dostrzegała nieznaczne poruszenie w szarym futrze, klapnęła ręką w stół i zgrabnie unicestwiła miniaturowego intruza.

– Zabierz je na dwór i tam obedrzyj ze skóry, Jamie, bo inaczej całą kuchnię będę miała w pchłach.

Gdy Jamie wrócił z czystymi tuszami, przygotowania do przyrządzenia pasztetu były już mocno zaawansowane. Na sukni Jenny dostrzegł ślady mąki.

– Pokrój je na plastry i połam kości, dobrze? – poprosiła, marszcząc brwi nad książką kucharską Gotowanie i pieczenie autorstwa pani McClintock, otwartą na stronie dotyczącej pasztetu z zająca.

– Z pewnością potrafisz upiec taki pasztet bez zaglądania do książki – zauważył. Posłusznie sięgnął do kosza po drewniany młotek do miażdżenia kości. Skrzywił się. Przypomniał sobie młot, którym złamano mu prawą rękę, gdy kilka lat temu przebywał w angielskim więzieniu. Oczyma duszy ujrzał nagle pasztet zajęczy z roztrzaskanymi kawałkami kości, z których w głąb farszu wyciekają słona krew i słodkawy szpik.

– Owszem, potrafię – potwierdziła Jenny z roztargnieniem, kartkując książkę. – Tylko gdy brakuje połowy potrzebnych składników, muszę skorzystać z rady, czego użyć w zastępstwie. – Zmarszczyła czoło i zatopiła się w lekturze. – Zwykle do sosu dodaję trochę klaretu, ale nie mamy w domu ani kropli, poza zapasem od Jareda, ale nie chcę tego na razie napoczynać. Jeszcze się przyda.

Nie trzeba mu było mówić do czego. Antałkiem klaretu można by kogoś przekupić i uwolnić Iana z więzienia, a przynajmniej uzyskać jakieś informacje. Jamie zerknął ukradkiem na wzdęty brzuch siostry. Niewiele się na tym znał, ale na jego rozeznanie czas rozwiązania już się zbliżał. Z roztargnieniem zanurzył sztylet we wrzątku i poruszył nim kilkakrotnie. Po chwili wyjął nóż i wytarł do czysta.

– Dlaczego to zrobiłeś, Jamie? – Odwrócił się i napotkał zdziwiony wzrok siostry. Wśród opadających w nieładzie ciemnych loków ciężarnej kobiety dostrzegł lśnienie jednego siwego włosa.

– Och... – westchnął i podniósł pierwszą tuszę. – Claire zawsze powtarzała, że należy umyć ostrze we wrzątku, zanim dotknie się nim jedzenia.

Raczej wyczuł, niż zobaczył, że brwi Jenny unoszą się wysoko. Siostra pytała go o Claire tylko raz, gdy wrócił spod Culloden, półprzytomny i półżywy od gorączki.

– Odeszła – powiedział wtedy i odwrócił twarz. – Nigdy nie wymawiaj przy mnie jej imienia. – Lojalna jak zwykle Jenny ani razu nie wspomniała bratowej. Jamie również nie mówił na ten temat. Nie umiałby wytłumaczyć, co skłoniło go do napomknięcia o żonie właśnie dziś. Może marzenia.

Często widywał ją we śnie, w różnych sytuacjach, i zawsze następnego dnia wprawiało go to w niepokój, jakby Claire przez chwilę rzeczywiście była na tyle blisko, iż można jej było dotknąć. Potem znów się oddalała. Jamie mógł nawet przysiąc, że niejednokrotnie po obudzeniu wyczuwał jej zapach na swojej skórze: ciężką woń piżma przemieszaną z ostrym, świeżym aromatem liści i ziół. Nieraz podczas takich snów dochodziło do wytrysku nasienia, co zwykle pozostawiało po sobie niezbyt silne uczucie wstydu i duchowego niepokoju.

– Ile czasu ci jeszcze zostało? – Głową wskazał na jej brzuch. – Wyglądasz jak purchawka: wystarczy nacisnąć i puff! – Ruchem palców zilustrował sytuację.

– Naprawdę? Hmm, chciałabym, żeby to było takie proste jak puff. – Wygięła plecy w łuk, pocierając przy tym krzyż i wypinając brzuch w sposób wręcz alarmujący. Jamie musiał przycisnąć się do ściany, żeby zrobić jej miejsce. – A co do czasu, to myślę, że w każdej chwili. Nie jestem pewna. – Wzięła do ręki filiżankę i odmierzyła mąkę. Ponuro zauważył, że z cennej zawartości worka zostało już bardzo niewiele.

– Poślij po mnie do groty, kiedy się zacznie – poprosił znienacka. – Zejdę tu, pal sześć Czerwone Kubraki.

Kobieta przerwała wyrabianie ciasta i uważnie przyjrzała się bratu.

– Ty? Dlaczego?

– Cóż, nie ma Iana – zauważył. Wziął drugą tuszę. Sprawnie odciął udo i oddzielił je od kości. Trzy szybkie uderzenia drewnianego młotka i mięso było gotowe.

– Przecież w niczym nie mógłby mi pomóc, nawet gdyby był – skwitowała Jenny. – On już zrobił, co do niego należało, dziewięć miesięcy temu. – Zmarszczyła nos w stronę brata i sięgnęła po talerz z masłem.

– Mhm. – Jamie zasiadł do dalszej pracy. Brzuch siostry znalazł się teraz na poziomie jego oczu. Zawartość brzucha, ożywiona i bardzo aktywna, poruszała się bez chwili ustanku, marszcząc i wybrzuszając fartuch w coraz to innym miejscu. Jamie nie zdołał opanować chęci dotknięcia monstrualnej krzywizny; wyczuł zaskakująco mocne ruchy i kopnięcia małego mieszkańca, zniecierpliwionego ciasnotą pomieszczenia.

– Przyślij po mnie Fergusa, gdy nadejdzie czas – powtórzył.

Rozdrażniona kobieta pacnęła go łyżką po ręku.

– Mówiłam już, że nie będziesz mi do niczego potrzebny. Na miłość boską, człowieku, czy twoim zdaniem dom pełen ludzi, trudności z ich wyżywieniem, Ian w więzieniu w Inverness, Czerwone Kubraki kręcące się pod oknami to jeszcze nie dosyć zmartwień? Czy muszę się też denerwować, że i ciebie zabiorą?

– O mnie się nie martw, sam potrafię zadbać o siebie. – Nie patrzył na nią, zajęty krojeniem przedniej części tuszy.

– Więc zadbaj o siebie, ale tam, na wzgórzach. – Spojrzała na Jamiego ponad brzegiem miski. – Mam już sześcioro dzieci. Nie sądzisz, że i z tym sobie sama poradzę?

– Nic nie zdoła cię przekonać, prawda? – zapytał.

– Nie – ucięła. – Zostań u siebie.

– Przyjdę.

Jenny zmrużyła oczy i bardzo uważnie przyjrzała się bratu.

– Jesteś chyba najbardziej upartym durniem w całej Szkocji.

Jamie popatrzył na siostrę, a szeroki uśmiech rozlał się po jego twarzy.

– Może i tak – zgodził się. Czule poklepał wystający brzuch. – A może nie. Ale przyjdę. Przyślij po mnie Fergusa, gdy nadejdzie czas.

Trzy dni później, tuż przed świtem Fergus, ciężko dysząc, pokonywał zbocze w drodze do groty. W ciemności przeoczył szlak i teraz, gdy się przedzierał przez zarośla, robił tyle hałasu, że Jamie dosłyszał chłopaka znacznie wcześniej, niż posłaniec dotarł do polany.

– Milordzie... – zaczął bez tchu, lecz Jamie już go mijał, w biegu naciągając na ramiona okrycie. Pospiesznie ruszył w dół, ku domowi.

– Ależ milordzie... – dobiegł go z tyłu głos Fergusa, zasapany i przerażony. – Żołnierze...

– Żołnierze? – Jamie stanął jak wryty. Czekał niecierpliwie, aby młody Francuz zszedł ku niemu po zboczu. – Jacy żołnierze? – spytał, gdy Fergus poślizgiem pokonał ostatnie kilka kroków.

– Angielscy dragoni, milordzie. Milady kazała powiedzieć, żeby pan pod żadnym pozorem nie opuszczał groty. Ktoś widział ich wczoraj, jak obozowali w pobliżu Dunmaglas.

– A niech to wszyscy diabli!

– Tak, panie. – Chłopak usiadł na kamieniu i wachlował się zamaszyście. Wąska pierś unosiła się gwałtownie, gdy z trudem łapał powietrze.

Jamie wahał się, nie umiał podjąć decyzji. Jego instynkt protestował przeciwko powrotowi do groty, krew gotowała mu się z podniecenia wywołanego pojawieniem się Fergusa, w duszy wszystko buntowało się przeciwko potulnemu wpełznięciu do kryjówki, wzorem robaka chowającego się pod kamieniem.

– Hmmm... – mruknął. Zerknął na Fergusa. W świetle wstającego dnia szczupła sylwetka chłopca ledwie się rysowała na ciemnym tle krzewów kolcolistu zachodniego. Twarz przypominała bladą plamę z parą ciemniejszych plamek w miejscu oczu. W Jamiem zaczęło narastać podejrzenie. Dlaczego siostra przysłała Fergusa o tak dziwnej godzinie?

Gdyby istotnie zachodziła konieczność natychmiastowego ostrzeżenia przed dragonami, byłoby znacznie bezpieczniej posłać chłopaka w nocy. A jeśli nie zachodziła tak pilna potrzeba, to dlaczego nie poczekać do następnej nocy? Odpowiedź nasuwała się sama: ponieważ Jenny uważała, że następnej nocy nie zdoła już przysłać mu wiadomości.

– Jak się ma moja siostra? – zapytał Fergusa.

– Och, dobrze, milordzie, całkiem dobrze! – Entuzjastyczny ton zapewnienia utwierdził Jamiego w podejrzeniach.

– Właśnie rodzi, prawda? – dopytywał się.

– Ależ nie, milordzie! Z całą pewnością nie!

Jamie zacisnął dłoń na ramieniu chłopaka. Wyczuwalne pod palcami kości wydawały mu się cienkie i kruche. Przypominały zajęcze gnatki, które połamał kilka dni temu. Mimo to Jamie wzmocnił chwyt. Fergus szarpnął się, żeby się uwolnić.

– Gadaj prawdę, chłopcze.

– Nie, milordzie! Pani czuje się świetnie!

Palce na ramieniu młodego Francuza zacisnęły się jeszcze boleśniej.

– Czy ona ci poleciła, żebyś mi nic nie mówił?

Zakaz Jenny musiał być odczytany dosłownie, bo na to pytanie Fergus odpowiedział z widoczną ulgą.

– Tak, panie!

– Aha. – Jamie zwolnił uchwyt. Chłopak z miejsca poderwał się na nogi. Teraz mówił bez zahamowań, rozcierając chude ramię.

– Zapowiedziała, że nie wolno mi wspomnieć o niczym z wyjątkiem tego o żołnierzach, bo inaczej obedrze mnie żywcem ze skóry i przerobi na kiełbasę!

Słysząc te groźby, Jamie nie mógł powściągnąć uśmiechu.

– Owszem, brakuje nam żywności, ale nie aż do tego stopnia – uspokoił swojego protegowanego. Spojrzał w dal. Na horyzoncie zobaczył cienką różową linię, jasną i żywą za ciemnymi sylwetkami sosen.

– Idziemy. Za pół godziny będzie już całkiem jasno.

Tym razem nie chodziło już o ciszę i pustkę wokół domu. Tego dnia o świcie nawet ślepy zdołałby zauważyć, że rzeczy nie układają się w Lallybroch tak jak zwykle. Kocioł do prania, pełen namoczonych ubrań, stał na swoim miejscu na podwórzu, ale ogień pod nim dość dawno wygasł; rozdzierające ryki, które dochodziły z obory, mówiły wyraźnie, że jedyna krowa w tym gospodarstwie pilnie domaga się dojenia. Gniewne beczenie dolatujące z komórki dla kóz powiedziało, że jej mieszkanki z najmilszą chęcią poddałyby się podobnemu zabiegowi.

W momencie, gdy Jamie wkroczył na podwórze, trzy kurczaki z wrzaskiem przemknęły mu pod stopami, w panicznej ucieczce przed Jehu, miejscowym terierem. Jamie poderwał się błyskawicznie, skoczył i kopnął psa tuż pod żebra. Zwierzę, na którego pysku malowało się bezbrzeżne zdumienie, wyleciało w powietrze, opadło z głośnym skowytem, podkuliło ogon pod siebie i czym prędzej zwiało.

Jamie zastał dzieci, starszych chłopców, Mary MacNab i drugą służącą, Sukie, stłoczonych razem w bawialni, pod czujnym okiem pani Kirby, bardzo zasadniczej i wymagającej wdowy, pochylonych nad modlitewnikiem:

– „I Adam nie dał się zwieść, ale zwiedziona kobieta pogwałciła prawo...” – czytała pani Kirby. Z góry dobiegł głośny, przeciągły krzyk. Zebranym wydawało się, że nigdy się nie skończy. Matrona przerwała na chwilę, żeby każdy mógł docenić wagę tego krzyku, po czym podjęła lekturę. Jej oczy, jasnoszare i wilgotne, wyglądem przywodzące na myśl surowe ostrygi, co jakiś czas zerkały na sufit, by po chwili z satysfakcją spocząć na twarzach słuchaczy, zdradzających silne napięcie.

– „Pomimo to jednak oszczędzona zostanie przy porodzie, jeśli zachowa wiarę, miłosierdzie, świętość i wstrzemięźliwość...” – kontynuowała pani Kirby. Kitty wybuchnęła nagle histerycznym szlochem i ukryła twarz w ramieniu siostry. Maggie Ellen miała na piegowatej buzi coraz silniejsze rumieńce, natomiast jej starszy brat pobladł jak prześcieradło.

– Pani Kirby – odezwał się Jamie. – Proszę o ciszę.

Słowa brzmiały dość uprzejmie, ale wyraz oczu z pewnością przypominał błysk, jaki ujrzał Jehu tuż przed swoją podróżą w powietrze, bo lektorka sapnęła tylko i wypuściła modlitewnik z ręki. Książka z głośnym plaśnięciem uderzyła o podłogę.

Jamie schylił się, podniósł modlitewnik i wyszczerzył do pani Kirby zęby. Grymas, mimo iż stanowił kiepską namiastkę uśmiechu, przyniósł jednak pewien efekt. Kobieta pobladła i przycisnęła rękę do swego dość wydatnego biustu.

– Może poszłyby panie do kuchni i zajęły się jakąś pożyteczną pracą – zaproponował Jamie. Ruchem głowy wskazał drzwi. Sukie, dziewczynę kuchenną, natychmiast wymiotło z pokoju niczym zeschły, niesiony z wiatrem liść. W ślad za nią ruszyła pani Kirby, bez cienia wahania, chociaż znacznie dostojniejszym krokiem.

Jamie, podniesiony na duchu tym drobnym zwycięstwem, w krótkim czasie pozbył się wszystkich zebranych. Wdowie Murray i jej córkom zlecił zajęcie się kotłem do prania; mniejsze dzieci, pod nadzorem Mary MacNab, dostały polecenie złapania wszystkich kurcząt; starsi chłopcy z wyraźną ulgą opuścili bawialnię, by zająć się inwentarzem.

Jamie pozostał przez chwilę w pustym pokoju. Nie bardzo wiedział, co ma dalej robić. Niejasno czuł, że powinien być w domu i wszystkiego dopilnować. Ale też świetnie zdawał sobie sprawę, iż, jak to ujęła Jenny, bez względu na rozwój sytuacji w niczym nie może siostrze pomóc. Na frontowym dziedzińcu rozległ się stukot kopyt nieznajomego muła; rodzącej przypuszczalnie towarzyszyła akuszerka i do niej należało zwierzę.

Jamie nie mógł usiedzieć w miejscu. Przechadzał się niespokojnie po całej bawialni. W jednej ręce trzymał modlitewnik, drugą bezustannie czegoś dotykał. Półka na książki, zniszczona i porysowana podczas ostatniego najścia Czerwonych Kubraków przed trzema miesiącami. Ozdobny srebrny półmisek, wielki i ciężki. Został lekko pogięty, ale nie zmieścił się do żołnierskiego plecaka, więc nie podzielił losu drobniejszych przedmiotów, które bez ceremonii po prostu ukradziono. Anglicy wcale się przy tym nie obłowili; kilka naprawdę wartościowych rzeczy, wraz z niewielkim zapasem złota, jaki jeszcze rodzinie pozostał, było bezpiecznie schowanych razem z winem Jareda.

Słysząc z góry przeciągły jęk, Jamie odruchowo spojrzał w dół, na trzymany w dłoni modlitewnik. Książka jakby sama się otworzyła na pierwszej stronie, gdzie odnotowywano śluby, narodziny i zgony poszczególnych członków rodziny.

Listę zaczynał wpis o ślubie rodziców Jamiego. Brian Fraser i Ellen MacKenzie. Ich imiona i datę zawarcia związku małżeńskiego zapisała matka drobnym, okrągłym pismem. Poniżej widniał dopisek: „Pobrali się z miłości”, zanotowany zdecydowanym charakterem pisma ojca. Była to wiele mówiąca uwaga, zważywszy na następny wpis, z którego jasno wynikało, iż Willy przyszedł na świat zaledwie po dwóch miesiącach od daty ślubu.

Na widok tych słów Jamie jak zwykle się uśmiechnął. Zerknął na obraz przedstawiający jego samego jako dwulatka i Williego w towarzystwie ogromnego charta szkockiego imieniem Bran. Tylko tyle pozostało po starszym bracie, który zmarł na ospę w wieku jedenastu lat. W poprzek płótna biegła rysa – ślad po bagnecie. Jamie przypuszczał, że w ten sposób jakiś żołnierz rozładował męczącą go frustrację.

– A co by było, gdybyś wtedy nie umarł, braciszku? – przemówił miękko do obrazu.

Właśnie, co? Przed zamknięciem książki dojrzał jeszcze ostatni wpis: „Caitlin Maisri Murray, urodzona 3 grudnia 1749 roku, zmarła 3 grudnia 1749 roku”. No tak, co by było, gdyby... Gdyby Czerwone Kubraki nie przyszły drugiego grudnia. Czy jego siostra i tak urodziłaby wtedy wcześniaka? A gdyby mieli wówczas wystarczającą ilość jedzenia, czy coś by to pomogło?

– Na takie pytania nie ma odpowiedzi, prawda? – przemówił znów do obrazu. Malowana ręka Williego spoczywała na ramieniu malutkiego Jamiego. Zawsze czuł się bezpiecznie z takim obrońcą za plecami.

Z góry dobiegł kolejny krzyk. Pod wpływem nagłego strachu Jamie kurczowo zacisnął dłoń na modlitewniku.

– Módl się za nas, starszy bracie – wyszeptał. Przeżegnał się, odłożył książkę i wyszedł, żeby pomóc w oporządzeniu inwentarza.

Niewiele miał do roboty. Rabbie i Fergus znakomicie dawali sobie radę z nielicznymi zwierzętami, jakie rodzina jeszcze posiadała. A dziesięcioletni młodszy Jamie był dostatecznie duży, by im w razie potrzeby pomóc. Jamie rozejrzał się za jakimś zajęciem. Zebrał rozrzucone siano i zaniósł całe naręcze mułowi akuszerki. Gdy pasza się skończy, krowę trzeba będzie zabić. W przeciwieństwie do kóz nie była w stanie wyżywić się zimową porą na wzgórzach, mimo iż młodsze dzieci znosiły jej trawę i chwasty. Przy odrobinie szczęścia zasolona tusza pozwoli im przetrwać aż do wiosny.

Gdy Jamie wszedł do obory, Fergus spojrzał na niego znad wideł do przerzucania gnoju.

– Czy ta położna jest dobra? Ma doświadczenie? – dopytywał się natarczywie młody Francuz. Długi podbródek chłopaka wysunął się agresywnie. – Nie można przecież byle komu powierzyć opieki nad przyzwoitą wieśniaczką!

– A skąd mam wiedzieć? – odpowiedział Jamie, jakby odpierał atak. – Myślisz, że się znam na położnych? – Pani Martin, dawna akuszerka, która odbierała dotąd dzieci Murrayów, umarła, jak wielu innych, podczas głodu panującego na rok przed Culloden. Jej następczyni, pani Innes, była znacznie młodsza. Jamie miał tylko nadzieję, iż kobieta ma wystarczająco dużą praktykę i wie, co trzeba robić.

Wyglądało na to, że Rabbie podziela ten pogląd, bo naskoczył na Fergusa:

– A co ty sobie myślisz, mówiąc „wieśniaczka”? Sam jesteś wieśniakiem! Może już zapomniałeś?

Fergus z godnością popatrzył na Rabbiego, chociaż musiał zadrzeć głowę, bo był o ładnych kilkanaście centymetrów niższy od przyjaciela.

– Moje pochodzenie nie ma żadnego znaczenia – odparł wyniośle. – Ale na pewno nie jestem położną!

– W żadnym razie, palancie! – Rabbie dał przyjacielowi potężną sójkę w bok. Fergus z okrzykiem zaskoczenia wylądował na klepisku plecami do ziemi. Poderwał się w mgnieniu oka. Skoczył ku Rabbiemu, który przysiadł na krawędzi żłobu i zaśmiewał się do rozpuku, ale Jamie chwycił młodego Francuza za kołnierz i pociągnął do tyłu.

– Nic z tego – oświadczył tonem pracodawcy. – Nie chcę, żebyście zniszczyli tę resztkę siana. – Puścił Fergusa i aby odwrócić jego uwagę, zapytał: – A co ty właściwie wiesz o akuszerkach?

– Bardzo dużo, milordzie. – Chłopak otrzepywał się z kurzu dystyngowanymi ruchami. – Wiele dam u madame Elizy znalazło się w łóżku, gdy ja tam mieszkałem...

– Nie ma co do tego żadnych wątpliwości – przerwał mu sucho Jamie. – A może chciałeś powiedzieć, że wiele z nich rodziło?

– A jakże! W końcu sam tam przyszedłem na świat! – Młody Francuz z dumą wypiął wątłą pierś.

– Tak, faktycznie. – Usta Jamiego nieznacznie drgnęły. – A więc wszystko uważnie obserwowałeś i teraz umiesz nam wyjaśnić, jak sprawy powinny wyglądać?

Fergus zignorował nutę sarkazmu.

– No, oczywiście – stwierdził rzeczowo. – Przede wszystkim akuszerka musi położyć pod łóżkiem nóż, żeby zlikwidować ból.

– Nie jestem przekonany, czy to zrobiła – wymruczał Rabbie. – Pewno nie, jeśli wierzyć własnym uszom. – W oborze słychać było tylko najgłośniejsze krzyki, większość jednak nie docierała aż tak daleko.

– A w nogi łóżka trzeba włożyć jajko pokropione święconą wodą, żeby kobieta bez trudu urodziła dziecko – kontynuował Fergus, zatopiony we wspomnieniach. Zmarszczył brwi. – Osobiście wręczyłem tej położnej jajko, ale wyglądało na to, że ona nie ma pojęcia, co z nim robić. Cały miesiąc przechowywałem je w tym celu, bo kury ostatnio kiepsko się niosą, a ja chciałem mieć pewność, że choć jedno będzie pod ręką, gdy już przyjdzie co do czego – dodał żałośnie.

– No, a po porodzie – ciągnął z zapałem wykład – akuszerka musi zrobić napar z łożyska i dać położnicy do wypicia, żeby przyspieszyć wydzielanie mleka.

Rabbie lekko pozieleniał na twarzy.

– Masz na myśli to, co się rodzi po dziecku? – spytał niedowierzająco. – O Boże!

Prezentacja nowoczesnej wiedzy medycznej również w Jamiem wzbudziła mdłości.

– No, cóż – zwrócił się do Rabbiego z udawaną obojętnością. – Oni jedzą żaby i ślimaki. Więc może napój z łożyska też nie jest dla nich niczym dziwnym? – W głębi duszy zastanawiał się, jak długi czas dzieli ich wszystkich od zjadania żab i ślimaków, ale uznał, że tego rodzaju myśli lepiej na razie zachować dla siebie.

Rabbie udawał, że wymiotuje.

– Jezu Chryste, no i kto chciałby być Francuzem?!

Stojący blisko niego Fergus obrócił się na pięcie i wymierzył szybki jak błyskawica cios. Drobny i szczupły jak na swoje lata, był jednak zaskakująco silny i aż za dobrze zorientowany w położeniu słabych punktów człowieka. Wiedzy tej nabył na ulicach Paryża, praktykując jako młodociany kieszonkowiec. Cios trafił prosto w dołek. Rabbie zgiął się we dwoje i zapiszczał niczym pęcherz wieprzowy, na który ktoś nieopacznie nadepnął.

– Odzywaj się z szacunkiem, gdy mówisz o lepszych od siebie – pouczył go wyniośle Fergus. Twarz ofiary ataku przybrała rozmaite odcienie czerwieni, a usta otwierały się i zamykały jak u ryby, gdy Rabbie walczył o odzyskanie oddechu. Oczy niemal wyszły mu z orbit ze zdumienia. Wyglądał tak śmiesznie, że Jamie z wielkim trudem powstrzymał się od śmiechu, mimo troski o Jenny i irytacji z powodu ustawicznych utarczek między urwisami.

– Posłuchajcie, chłopaki, jeżeli nie będziecie trzymać łap przy sobie... – zaczął, ale przeszkodził mu okrzyk młodszego Jamiego. Bratanek dotychczas siedział cicho, zafascynowany rozmową.

– Co? – Jamie odwrócił się. Automatycznie sięgnął po pistolet, który miał przy sobie zawsze, ilekroć opuszczał jaskinię. Spodziewał się, iż na dziedzińcu ujrzy angielski patrol, ale nie było tam nikogo.

– O co chodzi, do cholery? – zażądał odpowiedzi. Podążył wzrokiem za wskazującym palcem dzieciaka i wtedy je dostrzegł. Trzy niewielkie, czarne punkty wolno przesuwały się nad zeschłymi łodygami w poprzek kartofliska.

– Kruki – rzekł cicho i poczuł, jak wszystkie włoski na karku stają mu dęba. Pojawienie się w trakcie porodu ptaków wojny i śmierci zwiastowało największe nieszczęścia. Jedno z czarnych monstrów sadowiło się właśnie na dachu.

Jamie niemal instynktownie wyjął pistolet zza pasa, oparł lufę o zgięty łokieć i starannie wymierzył. Daleki strzał; odległość od drzwi obory do dachu budynku była całkiem duża. Poza tym należało celować w górę. Jednak...

Pistolet szarpnął mu się w ręku, a kruk zamienił się w obłok czarnych piór. Pozostałe dwa ptaki wystrzeliły w powietrze jak z procy i odleciały, bijąc zaciekle skrzydłami. Ich ochrypłe głosy szybko ucichły w zimowym powietrzu.

Mon Dieu! – wykrzyknął Fergus. – C’est bien ça!

– Znakomity strzał, sir – Rabbie, wciąż jeszcze czerwony na twarzy i mocno zasapany, odzyskał siły na tyle, by obserwować poczynania Jamiego. Podbródkiem wskazał dom: – Proszę spojrzeć, sir, czy to nie akuszerka?

Rzeczywiście. Pani Innes wystawiła głowę z okna pierwszego piętra. Włosy opadły jej swobodnie, gdy z góry spoglądała na dziedziniec. Może przyciągnął ją odgłos wystrzału, może obawiała się kłopotów. Jamie wyszedł na dwór i pomachał ręką, aby dodać kobiecie otuchy.

– W porządku – krzyknął. – To tylko przypadkowy strzał. – Nie zamierzał wspominać kruków, żeby wieść o nich nie dotarła do uszu Jenny.

– Proszę na górę – odkrzyknęła położna, ignorując jego słowa. – Dziecko już przyszło na świat i siostra pana potrzebuje!

Jenny otworzyła jedno oko, niebieskie i lekko skośne, jak jego własne.

– Jednak przyszedłeś?

– Uznałem, że ktoś powinien tu być. Już choćby po to, żeby się modlić za ciebie – skwitował opryskliwie.

Zamknęła oczy. Słaby uśmiech wykrzywił jej wargi. Wyglądała jak obraz, który kiedyś Jamie widział we Francji, namalowany przez jakiegoś Włocha dawno temu, ale całkiem dobry.

– Jesteś głupi jak but, ale bardzo się cieszę – powiedziała miękko położnica. Otworzyła oczy i spojrzała na zawiniątko spoczywające w zagłębieniu jej ramienia. – Chcesz go zobaczyć?

– Aaa, więc to on? – Delikatnie, z wprawą doświadczonego wujka podniósł tłumoczek, przytulił do siebie i odchylił brzeg kocyka.

Oczy noworodka były szczelnie zamknięte. Rzęsy całkowicie się schowały w głębokich fałdach powiek, które tworzyły dużą wypukłość nad czerwonymi, gładkimi, okrągłymi policzkami. Zapowiadało to podobieństwo do matki, przynajmniej pod względem tej jednej, godnej uznania cechy.

Głowa maleństwa, dziwnie niezgrabna, wręcz koślawa, skojarzyła się Jamiemu ze zdeformowanym melonem. Tłuste usteczka wydawały się całkowicie spokojne, a wilgotna różowa dolna warga drżała lekko z każdym chrapnięciem noworodka – widomym znakiem wyczerpania ogromnym wysiłkiem, jakim jest przychodzenie na świat.

– Ciężka praca, co? – odezwał się Jamie do dziecka, ale odpowiedź nadeszła od Jenny.

– Oj, prawda. W kredensie jest trochę whisky. Mógłbyś mi przynieść szklaneczkę? – Głos siostry brzmiał chrapliwie. Musiała odchrząknąć, żeby skończyć prośbę.

– Whisky? Czy nie powinnaś raczej dostać piwa z jajkami? – spytał Jamie. Starał się odsunąć od siebie wizję właściwego napoju dla położnic, tak niedawno przedstawioną przez Fergusa.

– Whisky – potwierdziła zdecydowanie. – Kiedy leżałeś na dole i nie byłeś w stanie utrzymać się na nogach, czy dawałam ci piwo z jajkami?

– Karmiłaś mnie jeszcze gorszymi paskudztwami – odparował z uśmiechem. – Ale masz rację, przynosiłaś mi również whisky. – Ostrożnie położył dziecko na posłaniu i poszedł po karafkę.

– Czy on ma już imię? – Kiwnął głową w stronę maleństwa i szczodrą ręką nalał pokaźną porcję bursztynowego płynu.

– Nazwę go Ian, po jego tacie. – Przez chwilę dłoń Jenny spoczywała miękko na okrągłej główce, pokrytej drobnym złotobrązowym meszkiem. Na miękkim ciemieniu widać było pulsowanie tętna. Noworodek wydawał się Jamiemu nieprawdopodobnie kruchy, ale akuszerka zapewniła wuja, że dziecko jest zdrowe i krzepkie. Pod wpływem niezrozumiałego impulsu, który kazał chronić nagie i wrażliwe ciemię, Jamie podniósł chłopczyka raz jeszcze i naciągnął mu na głowę brzeg kocyka.

– Mary MacNab opowiedziała mi o tobie i pani Kirby – zauważyła Jenny, popijając alkohol. – Jaka szkoda, że tego nie widziałam. Dziewczyna twierdziła, że biedna stara omal nie udławiła się własnym językiem, gdy się do niej odezwałeś.

Jamie uśmiechnął się w odpowiedzi. Łagodnie poklepał noworodka spoczywającego w jego ramionach. Głęboko uśpione drobne ciałko leżało bez ruchu niczym szynka bez kości. Miękki, kojący ciężar.

– Szkoda, że się nie udławiła. Jak ty możesz znieść tę babę we własnym domu? Gdybym mieszkał tu na stałe, chybabym ją udusił.

Siostra prychnęła i zamknęła oczy. Odchyliła głowę, żeby whisky swobodnie wpłynęła w głąb gardła.

– No, cóż, ludzie będą ci przeszkadzać na tyle, na ile im na to pozwolisz. Ja jej nie pozwoliłam, a przynajmniej nie bardzo. Jednak – dodała, otwierając oczy – nie mogę powiedzieć, że zmartwiłoby mnie, gdybym się jej pozbyła. Myślałam już o tym, żeby podesłać ją staremu Kettrickowi do Broch Mordha. W zeszłym roku stracił jednocześnie i żonę, i córkę, potrzebuje więc kogoś do opieki i prowadzenia gospodarstwa.

– Zgoda. Tyle tylko, że gdybym ja był Samuelem Kettrickiem, to wziąłbym wdowę Murray, a nie wdowę Kirby – zauważył Jamie.

– Peggy Murray ma już zapewnioną przyszłość – oświadczyła siostra. – Na wiosnę poślubi Duncana Gibbonsa.

– Widzę, że Duncan szybko się uwinął – zauważył, lekko zaskoczony. Po chwili przyszło mu coś do głowy i aż się uśmiechnął na tę myśl. – Czy któreś z nich wie już o ożenku?

– Nie – odparła, odwzajemniając rozbawienie brata. Po chwili jej uśmiech zniknął, a na jego miejsce pojawiło się głębokie zamyślenie.

– A może ty sam o niej pomyślałeś?

– Ja? – Jamie był tak zaskoczony, jakby siostra zaproponowała mu wyskakiwanie oknem z drugiego piętra.

– Ma dopiero dwadzieścia pięć lat – ciągnęła Jenny. – Dobra z niej matka i jest jeszcze dość młoda, by rodzić dzieci.

– Ile ty wypiłaś whisky?

Pochylił się i zaczął udawać, że sprawdza poziom płynu w karafce. Dłonią podtrzymywał główkę niemowlęcia, aby się za mocno nie odchyliła. Wyprostował się i spojrzał na siostrę mocno zirytowany.

– Żyję jak zwierzę w jaskini, a ty chcesz, żebym wziął sobie żonę? – Nagle poczuł się pusty w środku. Nie chcąc pokazać Jenny, jak bardzo przygnębiła go jej propozycja, wstał i zaczął przechadzać się po pokoju, cichutko pomrukując do tłumoczka.

– Kiedy ostatni raz spałeś z kobietą, Jamie? – spytała siostra takim tonem, jakby prowadziła towarzyską pogawędkę. Wstrząśnięty odwrócił się na pięcie i zmierzył Jenny wzrokiem.

– A cóż to, u diabła, za pytanie!

– Nie spotykałeś się z żadną dziewczyną między Lallybroch a Broch Mordha – kontynuowała bezceremonialnie. – Na pewno bym o tym słyszała. Ani z żadną wdową...

– Cholernie dobrze wiesz, że nie – uciął. Czuł, jak policzki czerwienieją mu ze złości.

– Dlaczego nie? – spytała spokojnie Jenny.

– Dlaczego nie? – Wpatrywał się w nią z lekko rozchylonymi ustami. – Czy ty całkiem oszalałaś? Co ty sobie wyobrażasz? Że będę przekradał się z jednego domu do drugiego i sypiał z każdą kobietą, która mnie nie przegoni?

– Ani mi to w głowie. Nie, Jamie, uważam, że jesteś porządnym człowiekiem. – Uśmiechnęła się smutno. – Nigdy w życiu nie wykorzystałbyś kobiety. Najpierw byś się z nią ożenił, prawda?

– Nie! – zaprzeczył gwałtownie. Niemowlę poruszyło się i zamruczało przez sen. Automatycznie przełożył je na drugie ramię i lekko poklepał po plecach. Nie odrywał oczu od twarzy siostry. – Nie zamierzam się żenić, wybij sobie z głowy wszelkie swaty, Jenny Murray! Nie godzę się na to, słyszysz?

– Słyszę, słyszę – potwierdziła niezrażona. Podciągnęła się na poduszce, żeby móc patrzeć mu w oczy. – Chcesz żyć jak mnich do końca swoich dni? Umrzeć bez syna, który by ci zamknął oczy i błogosławił twoje imię?

– Zajmij się własnymi sprawami! – Serce waliło mu jak młotem. Odwrócił się do siostry plecami i wielkimi krokami podszedł do okna. Przez dłuższy czas bezmyślnie gapił się na dziedziniec przed stajnią.

– Wiem, że w sercu nosisz jeszcze żałobę po Claire. – Dobiegł go miękki głos siostry. – Myślisz, że zdołam zapomnieć Iana, jeżeli nie wróci? Ale czas, żebyś wykonał następny ruch, Jamie. Claire na pewno nie chciałaby, żebyś do końca życia był samotny i nie miał nikogo, kto by cię pocieszał i kto urodziłby ci dzieci.

Długo milczał. Nadal stał bez ruchu. Z boku szyi czuł delikatne ciepło bijące od pokrytej meszkiem główki noworodka. W zamglonej szybie dostrzegł własne, niewyraźne odbicie. Widział wysokiego, silnego i brudnego mężczyznę, z zupełnie niepasującym do niego białym tobołkiem poniżej ponurej twarzy.

– Ona była brzemienna – odezwał się wreszcie cicho. – Kiedy... ją straciłem – dodał. Nie widział innego sposobu wytłumaczenia siostrze, gdzie właściwie przebywała Claire. Jak miał wyjaśnić Jenny, że to niegasnąca nadzieja, iż Claire nadal żyje, odbierała mu wszelką ochotę na myślenie o innej kobiecie. Nawet świadomość, że dla niego żona jest już stracona na wieki, niczego właściwie nie zmieniała.

Zapadła cisza. Po dłuższej chwili Jenny odezwała się cicho:

– Czy dlatego dzisiaj przyszedłeś?

Westchnął, odwrócił się do niej bokiem i oparł skroń o chłodną szybę. Jenny leżała na plecach, ciemne włosy rozsypały się po poduszce. Wzrok jej złagodniał, gdy patrzyła na brata.

– Chyba tak – odparł. – Nie mogłem pomóc swojej żonie; chyba wyobrażałem sobie, że w zamian za to pomogę tobie. Tyle że nie umiałem – dodał z goryczą w głosie. – Dla ciebie jestem równie bezużyteczny jak dla Claire.

Jenny wyciągnęła ku niemu rękę, na jej twarzy odbiło się cierpienie.

– Jamie, mo chridhe... – zaczęła, ale nagle urwała. Niebieskie oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy z dołu dobiegły głośne krzyki i rozległ się łoskot.

– Święta Mario! – jęknęła, blednąc jeszcze bardziej. – To Anglicy!

– Chryste! – krzyknął z błaganiem i zaskoczeniem w głosie. Szybko przeniósł spojrzenie od łóżka do okna. Naprędce ocenił, jakie miałby szanse ukrycia się, a jakie ucieczki. Tupot obutych nóg dochodził już ze schodów.

– Szafa, Jamie! – szepnęła nagląco Jenny i wskazała palcem mebel. Ukrył się tam bez wahania.

Chwilę później drzwi sypialni otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wtargnęła postać w czerwonym kubraku, w przekrzywionym kapeluszu, ze szpadą w dłoni. Kapitan dragonów przystanął, omiótł spojrzeniem pomieszczenie, wreszcie utkwił wzrok w drobnej postaci leżącej w łóżku.

– Pani Murray? – spytał.

Jenny z wysiłkiem podciągnęła się wyżej.

– To ja. A co, u diabła, robi pan w moim domu? – zapytała. Twarz miała bladą i lśniącą od potu. Ręce jej się trzęsły, ale głowę trzymała wysoko. Nie spuszczała wzroku z intruza. – Proszę wyjść!

Nie zwracając na nią uwagi, mężczyzna podszedł do okna. Ze swojego punktu obserwacyjnego Jamie widział niewyraźną figurę, która zniknęła za rogiem garderoby, a po chwili pojawiła się znowu, zwrócona do niego plecami. Dragon przemówił do Jenny:

– Jeden z moich zwiadowców doniósł, iż parę godzin temu usłyszał strzał w okolicy tego domu. Gdzie się podziali wszyscy mężczyźni?

– Nie ma tu żadnych mężczyzn. – Nie dała rady dłużej opierać się na ramionach, zbyt silnie drżały. Opadła z powrotem na poduszki. – Wzięliście już mojego męża, a najstarszy syn ma zaledwie dziesięć lat. – Słowem nie wspomniała o Rabbiem i Fergusie. Chłopców w ich wieku można już było skazać jak dorosłych. Przy odrobinie szczęścia mogli zwiać na widok Anglików.

Oficer dowodzący był twardym mężczyzną w średnim wieku. Z pewnością nie należał do łatwowiernych.

– Trzymanie broni w górach Szkocji jest ciężkim przestępstwem – stwierdził. – Przeszukać cały dom, Jenkins – zwrócił się do towarzyszącego mu żołnierza.

Wydając rozkaz, musiał podnieść głos, bo ze schodów dochodziła narastająca wrzawa. Gdy Jenkins się odwrócił, do pokoju siłą wdarła się pani Innes, położna.

– Zostawcie tę biedną kobietę w spokoju! – krzyknęła, stając twarzą w twarz z oficerem. Dłonie trzymała zaciśnięte w pięści. Głos jej drżał, ale nie ustąpiła nawet na krok. – Wynoście się stąd, łotry!

– Nic nie robię twojej pani – odezwał się lekko zirytowany kapitan, najwyraźniej biorąc ją za jedną ze służących. – Ja tylko...

– Zaledwie przed godziną urodziła dziecko! To nieprzyzwoite, żebyście choćby na nią patrzyli, a co dopiero...

– Ach, tak? – Głos oficera stał się ostrzejszy. Dragon z nagłym zainteresowaniem przeniósł wzrok z akuszerki na łóżko położnicy. – Urodziła pani dziecko, pani Murray? A gdzie ono jest?

Tymczasem noworodek wiercił się w powijakach, bo uścisk przerażonego wujka był zbyt silny.

Z głębi garderoby Jamie dostrzegł twarz siostry. Była blada jak ściana, ale nie wyrażała żadnych uczuć.

– Umarło – oświadczyła.

Zaskoczona akuszerka otworzyła szeroko buzię. Na szczęście uwaga kapitana była zwrócona na Jenny.

– Och? – powiedział wolno. – Czy to...

– Mama! – Od drzwi rozległ się głos przerażenia. Młodszy Jamie wyrwał się z rąk żołnierza i rzucił w ramiona matki. – Mamo, dziecko nie żyje? Nie, nie! – Ze szlochem padł na kolana i ukrył twarz w pościeli.

Jakby chcąc zaprzeczyć wszystkiemu, co zostało o nim powiedziane, malutki Ian zaczął dawać dowody swojej żywotności. Z dużą energią wierzgał nóżkami, kopiąc wuja po żebrach. Maleństwo prychało przy tym i postękiwało, czego na szczęście w ogólnym harmidrze nikt nie usłyszał.

Jenny usiłowała pocieszyć młodszego Jamiego, pani Innes bezskutecznie próbowała odciągnąć go od łóżka, ale chłopiec kurczowo uchwycił się rękawa matki. Kapitan przekrzykiwał zawodzenia zrozpaczonego dziesięciolatka, a ponad wszystko wybijał się głuchy tupot nóg i wrzask, który wstrząsał całym domem.

Jamie oczekiwał teraz, iż kapitan zacznie się dopytywać o miejsce pochówku noworodka. Przytulał ciałko do piersi i kołysał je, aby tylko odsunąć od maleństwa wszelką chęć do płaczu. Drugą ręką sięgnął do rękojeści swojego noża, ale był to tylko próżny gest. Nawet poderżnięcie gardła kapitanowi przypuszczalnie niewiele by pomogło, gdyby drzwi od garderoby zostały otwarte.

Malutki Ian wydał z siebie pełen irytacji pomruk, dając do zrozumienia, iż kołysanie nie bardzo mu odpowiada. W uszach wuja dźwięk ten zabrzmiał równie donośnie jak rozpaczliwe zawodzenia starszego siostrzeńca. Przerażenie Jamiego potęgowała wizja domu stającego w płomieniach oraz trupów wszystkich jego mieszkańców.

– To przez ciebie! – Młodszy Jamie, z twarzą zapuchniętą od płaczu i gniewu, poderwał się na nogi i ruszył na kapitana. Głowa w ciemnych lokach była opuszczona jak u szarżującego tryka. – Zabiłeś mojego brata, ty angielski sukinsynu!

Oficer zaskoczony nagłym atakiem postąpił krok do tyłu i ze zdziwieniem spoglądał na dziesięciolatka.

– Ależ nie, chłopcze, całkowicie się mylisz. Ja tylko...

– Sukinsyn! Kastrowany palant! A mhic an diabhoil! – Młodszy Jamie zupełnie stracił nad sobą panowanie. Sztywnym krokiem zbliżał się do kapitana, obrzucając go wszystkimi wulgaryzmami, jakie kiedykolwiek obiły mu się o uszy, naprzemiennie angielskimi i gaelickimi.

– Eee – stęknął noworodek prosto do ucha starszego Jamiego. – Eee, eee! – Brzmiało to jak wstęp do najprawdziwszego wrzasku. Ogarnięty paniką wuj puścił nóż i wsunął kciuk w miękki, wilgotny otwór, z którego wydobywały się złowieszcze dźwięki. Bezzębne dziąsła noworodka chwyciły palec z taką zajadłością, że niewiele brakowało, a mimowolny opiekun krzyknąłby z bólu.

– Zjeżdżajcie stąd! Wynocha albo was pozabijam! – wrzeszczał chłopak z twarzą wykrzywioną z gniewu. Oficer bezradnie spojrzał na łóżko, jakby chciał prosić Jenny, żeby przywołała syna, tak nieprzejednanego wobec wrogów. Położnica leżała jednak jak martwa, z zamkniętymi oczyma.

– Poczekam na swoich ludzi na dole – oświadczył kapitan tak godnie, jak tylko zdołał, i pospiesznie się wycofał. Pozbawiony wroga chłopiec osunął się na podłogę i pogrążył w rozpaczy.

Przez szparę w drzwiach Jamie widział, jak pani Innes dziwnie patrzy na swoją podopieczną i otwiera buzię, by zadać pytanie. Z palcem na ustach, z groźną miną nakazującą milczenie, Jenny poderwała się w pościeli na podobieństwo Łazarza. Młodziutki Ian wściekle ssał kciuk, coraz bardziej niezadowolony, że nie udaje mu się wyciągnąć z palca żadnego pożywienia.

Położnica przesunęła się na sam brzeg łóżka i przysiadła w oczekiwaniu. Z dołu dochodziły dźwięki świadczące o tym, że żołnierze kręcą się po całym domu. Jenny, trzęsąc się z wysiłku, wyciągnęła rękę w kierunku garderoby.

Jamie zaczerpnął powietrza i opanował się. Musiał zaryzykować; jego dłoń i nadgarstek ociekały śliną, a pomruki niezadowolonego maleństwa stawały się coraz głośniejsze.

Mokry od potu, chwiejnym krokiem wyszedł z ukrycia i włożył dziecko w ramiona matki. Jenny jednym ruchem odsłoniła pierś, przycisnęła główkę dziecka do sutka i pochyliła się nad małym zawiniątkiem, jakby chciała je chronić.

Pierwsze piski rozpłynęły się w stłumionych odgłosach energicznego ssania. Jamie osunął się na podłogę; miał takie uczucie, jakby ktoś przejechał mu szpadą pod kolanami.

Dźwięk otwierających się drzwi garderoby poderwał młodszego Jamiego do siadu. Chłopak, z wyrazem całkowitego osłupienia na twarzy, przenosił wzrok z matki na wuja i z powrotem. Tuż obok dziesięciolatka klęczała pani Innes. Szeptała mu coś gorączkowo do ucha, ale na zalanej łzami buzi nie było widać najmniejszych oznak zrozumienia.

Zanim okrzyki i skrzypienie uprzęży na dziedzińcu ogłosiły wycofanie się angielskich żołnierzy, malutki Ian, najedzony i zadowolony, pochrapywał już smacznie w ramionach matki. Jamie stał przy oknie, ale tak, by go z dołu nie było widać, i wzrokiem śledził odejście wrogów.

W sypialni zapadła cisza. Przerywały ją jedynie odgłosy bulgotania, wydawane przez panią Innes popijającą whisky. Młodszy Jamie siedział tuż przy matce z policzkiem przytulonym do jej ramienia. Nie podniosła oczu ani razu od momentu wzięcia dziecka w ramiona. Nadal tkwiła z głową opuszczoną, a długie włosy zasłaniały twarz.

Jamie zrobił krok do przodu i dotknął ramienia siostry.

– Gdy się ściemni, wrócę do jaskini – powiedział cicho.

Jenny tylko kiwnęła głową. W gęstwinie jej ciemnych włosów Jamie dostrzegł połyskujące tu i ówdzie srebrne nitki.

– Chyba... nie powinienem tu więcej przychodzić – wykrztusił wreszcie. – Przynajmniej przez jakiś czas.

Jenny w milczeniu znów skinęła głową.

6. Krwawy pretekst

Jednak okoliczności wymusiły na nim ponowne zejście do domu. Przez dwa miesiące nieprzerwanie tkwił w jaskini. Rzadko odważał się wychodzić na polowanie, nawet nocą, bo wojska angielskie, zakwaterowane w Comarze, nadal kręciły się po okolicy. Kilkuosobowe patrole przeczesywały teren. Zabierały przy tym resztki, których jeszcze nie zagrabiano, i niszczyły to, czego nie dało się wziąć ze sobą. Towarzyszyło im błogosławieństwo udzielone przez Koronę.

Ścieżka biegła niedaleko wzgórza, w którym mieściła się jego pieczara. Właściwie nawet nie ścieżka, ale jeleni szlak. Nadal przede wszystkim służył on zwierzętom, chociaż tylko pozbawiony rozumu rogacz przeszedłby tędy, czując zapachy jaskini. Tak czy inaczej, gdy wiatr wiał we właściwym kierunku, Jamie wciąż widywał niewielkie stadka jeleni na szlaku lub następnego dnia natykał się na świeży trop odciśnięty w błotnistym podłożu.

Ze ścieżki korzystali również ci nieliczni, którzy mieli jakieś interesy na zboczu wzgórza. Wiatr tego dnia wiał od pieczary, więc Jamie nie liczył na to, iż ujrzy jelenia. Odpoczywał w trawie u samego wejścia do jaskini. Przy ładnej pogodzie przez gęstą zasłonę z gałęzi kolcolistu i jesionów górskich docierało tu dość światła, by dawało się czytać. Książek było niewiele, ale Jaredowi wciąż jeszcze udawało się przemycać pojedyncze tytuły jako podarunek z Francji.

„Tak gwałtowna ulewa zmusiła mnie do całkiem odmiennej pracy: do wycięcia dziury w nowej fortyfikacji, czegoś w rodzaju zlewu, którym mogłaby wyciekać woda. W przeciwnym razie zalałaby moją jaskinię. Po pewnym czasie, gdy wstrząsy ustały, trochę przyszedłem do siebie. Ażeby bardziej podnieść się na duchu, co było mi ogromnie potrzebne, sięgnąłem do malutkiego magazynu i pociągnąłem łyczek rumu. Za każdym razem wydzielałem sobie alkohol bardzo oszczędnie. Wiedziałem, że mój skromny zapasik nigdy nie zostanie odnowiony.

Deszcz padał nieprzerwanie przez całą noc, jak również przez większą część następnego dnia, tak że nawet nosa nie wysunąłem na zewnątrz. Ale gdy osiągnąłem już względny spokój ducha, zacząłem myśleć...”.

Cień padający na książkę przesunął się, gdy drgnęły krzewy nad głową czytającego. Mając wszystkie zmysły postawione „na baczność”, Jamie zdołał pochwycić szum wiatru, a wraz z nim echo ludzkich głosów.

Poderwał się na równe nogi, rękę położył na rękojeści noża, z którym nigdy się nie rozstawał. Przystanął tylko na tyle, by starannie odłożyć książkę na ukrytą półkę skalną, po czym chwycił za granitowy występ, podciągnął się na nim i wskoczył w wąską szczelinę wiodącą do jaskini.

Czerwień i metaliczne refleksy widoczne na ścieżce wywołały w nim jednocześnie szok i irytację. A żeby to szlag trafił! Nie obawiał się zbytnio, że któryś z żołnierzy zejdzie ze ścieżki (byli zbyt źle wyekwipowani nawet na pokonanie rozległych otwartych terenów, pokrytych wrzosem lub gąbczastym torfem, co tu więc mówić o przedzieraniu się przez gęste, cierniste zarośla porastające „jego” zbocze). Ale mając ich tuż pod bokiem, nie odważy się opuścić jaskini przed zmrokiem, nawet po to, żeby sobie ulżyć czy przynieść wody do picia. Zerknął na słój, w którym przechowywał wodę, choć z góry widział, że naczynie jest prawie puste.

Nagły okrzyk przyciągnął jego uwagę ku ścieżce. Z wrażenia omal nie stracił równowagi i nie spadł ze skalnego występu. Żołnierze otoczyli drobną postać, ugiętą pod ciężarem niewielkiego antałka niesionego na ramieniu. Był to Fergus z dostawą świeżo warzonego piwa ale. A niech to wszystko piekło pochłonie! Trochę dobrego piwa przydałoby się Jamiemu, miesiące upłynęły, odkąd miał je ostatni raz w ustach.

Wiatr znów zmienił kierunek. Teraz do uszu Jamiego dochodziły tylko fragmenty rozmowy, lecz na jego oczach filigranowy chłopiec najwyraźniej wykłócał się z żołnierzami i gwałtownie gestykulował wolną ręką.

– Ty idioto! – mruczał pod wąsem Jamie. – Oddaj im to i już cię tu nie ma, patentowany ośle!

Jeden z żołnierzy wyciągnął ręce po beczułkę, ale nie trafił, bo szczupły ciemnowłosy dzieciak zgrabnie uskoczył na bok. Doprowadzony do ostateczności Jamie palnął się ręką w czoło. Fergus zawsze robił się bezczelny w obliczu władzy, zwłaszcza jeśli reprezentowali ją Anglicy.

Drobna figurka uskakiwała do tyłu, wykrzykując coś pod adresem goniących.

– Dureń! – parsknął Jamie. – Rzuć to i zwiewaj!

Zamiast jednak to zrobić, Fergus, pewny szybkości swoich nóg, odwrócił się plecami do Czerwonych Kubraków i wykonał kilka obraźliwych ruchów zadkiem. Rozwścieczyło to żołnierzy do tego stopnia, że paru z nich ruszyło na przełaj przez mokre chaszcze.

Jamie widział, jak dowódca oddziału podniósł ramię i krzyknął ostrzegawczo. Pewnie doszedł do wniosku, że Fergus został wysłany specjalnie po to, aby cały oddział zwabić w pułapkę. Chłopak również coś krzyczał, a żołnierze najwyraźniej znali rynsztokowy francuski na tyle dobrze, by zrozumieć, co młody żabojad usiłował im powiedzieć. Skończyło się na tym, że część dragonów zatrzymała się na rozkaz dowódcy, czterej natomiast pognali za chłopcem.

Było jeszcze dużo krzyku, gdy Fergus kluczył, jak piskorz wymykając się z rąk żołnierzy. W całym tym zamieszaniu i przy górnym wietrze Jamie nie mógł słyszeć świstu szpady wyciąganej z pochwy, ale na zawsze już pozostało mu przekonanie, że faktycznie go dosłyszał, jakby ów cichy świst i brzęk metalu uderzającego o metal były pierwszymi zwiastunami nieszczęścia. Jamie odnosił wrażenie, że dźwięki te zawsze dzwoniły mu w uszach, ilekroć wspominał obserwowaną scenę, a wracała do niego przez długie lata.

Może dostrzegł coś w postawie żołnierzy, jakąś irytację czy wściekłość. Może przyczyna leżała wyłącznie w jego poczuciu przegranej, które nie opuszczało go od Culloden, jakby wszystko w okolicy było nim skażone, już choćby poprzez fakt, iż on, James Fraser, tutaj zamieszkał. Nieważne, czy naprawdę usłyszał świst szabli, czy nie, jego ciało naprężyło się do skoku, zanim ujrzał srebrny łuk, jaki ostrze zatoczyło w powietrzu.

Ruch broni był powolny, wręcz leniwy. Mózg Jamiego mógł spokojnie zarejestrować jego tor, domyślić się celu i bezgłośnie wykrzyczeć: nieee!!! Z całą pewnością ostrze poruszało się na tyle wolno, że Jamie zdążyłby wyskoczyć z kryjówki, wedrzeć się pomiędzy żołnierzy, chwycić rękę trzymającą szpadę i wykręcić ją tak silnie, by wypuściła śmiercionośny kawałek metalu.

Świadoma część umysłu podszeptywała jednak, iż byłoby to nonsensem, i „przymocowała” jego dłonie do granitowego występu, przeciwstawiając się przemożnemu impulsowi, który nakazywał Jamiemu skoczyć chłopakowi na ratunek.

Nie wolno ci, szeptała cichutko, z trudem przebijając się przez wściekłość i przerażenie. On to zrobił dla ciebie, nie pozbawiaj tego sensu. Nie możesz, powtarzała świadomość, zimna jak sama śmierć, pod zalewającym go, gorącym jak ogień poczuciem próżności wszelkich wysiłków. Nic nie zdołasz zrobić.

Tak, mógł tylko patrzeć, jak ostrze zakończyło swój powolny ruch i dotarło do celu z cichym, niewinnym plaśnięciem. Spory antałek, wypuszczony z rąk, zaczął się toczyć po zboczu, coraz niżej i niżej, aż do rzeczki. W końcu rozległ się plusk i wesoły bulgot brązowawej wody daleko w dole.

W jednej chwili wrzaski ustały i zapadła głęboka cisza. Jamie ledwie zauważył tę przemianę, w uszach dudniło mu coraz głośniej. Kolana ugięły się pod nim i jak przez mgłę uświadomił sobie, że zaraz zemdleje. W oczach mu pociemniało, widział tylko jakieś jasne punkty i smugi światła na czerwonym, przechodzącym w czerń tle. Ale nawet gdyby otoczyła go całkowita ciemność, nie zdołałby wymazać ostatniego obrazu ręki Fergusa, tej drobnej, zręcznej, sprytnej ręki kieszonkowca, która teraz leżała nieruchomo na błotnistej ścieżce, z dłonią zwróconą ku górze w błagalnym geście.

Czekał długich czterdzieści osiem godzin, zanim na szlaku poniżej jaskini dosłyszał pogwizdywanie Rabbiego MacNaba.

– Co z nim? – spytał bez wstępów.

– Pani Jenny twierdzi, że mały się wyliże – odparł Rabbie. Jego młoda twarz była blada i ściągnięta; najwyraźniej nie otrząsnął się jeszcze z szoku wywołanego wypadkiem przyjaciela. – Powiedziała, że Fergus nie ma gorączki i nie widać śladów gnicia w... – przełknął głośno – w... kikucie.

– Więc żołnierze znieśli go do domu? – Nie czekając na odpowiedź, Jamie schodził już po zboczu.

– Tak. I myślę, że czuli się bardzo nieswojo. – Rabbie przerwał, żeby odczepić koszulę od krzaka dzikiej róży. Potem musiał dobrze wyciągać nogi, żeby dogonić swego pracodawcę. – Wydaje mi się, że było im przykro z tego powodu. Przynajmniej kapitan powiedział coś w tym sensie. I dał pani Jenny złotego suwerena dla Fergusa.

– Ach, tak? Co za wielkoduszność – sarknął Jamie i zamilkł. Już więcej się nie odezwał, póki nie dotarli na miejsce.

***

Fergusa ułożono w pokoju dziecięcym pod samym oknem. Stan rannego był bardzo ciężki. Gdy Jamie wszedł do pokoju, chłopak leżał z zamkniętymi oczyma, a jego długie rzęsy miękko układały się na wystających kościach policzkowych. Twarz małego Francuza, bez typowego dla niej ożywienia, bez całej gamy min i grymasów, wydawała się Jamiemu całkowicie obca. Lekko orli nos nad szerokimi ruchliwymi wargami nadawał chłopcu nieco arystokratyczny wygląd, a wyraziste rysy niosły obietnicę, iż pewnego dnia twarz chłopaka straci swój młodzieńczy czar i stanie się zdecydowanie przystojna.

Gdy Jamie podszedł do łóżka, ciemne rzęsy natychmiast się uniosły.

– Milordzie – odezwał się ranny, a ślad uśmiechu przywrócił twarzy dawny znajomy wygląd. – Czy jesteś tutaj bezpieczny?

– Boże drogi, chłopcze, tak mi przykro. – Jamie ukląkł koło łóżka. Nie mógł znieść widoku spoczywającego na kołdrze, zabandażowanego kikuta. Zmusił się do uściśnięcia na powitanie ramion Fergusa i pogłaskania dłonią burzy ciemnych włosów.

– Bardzo boli? – zapytał.

– Nie, milordzie – odparł chłopak. Nagle po jego twarzy przemknął skurcz bólu. Uśmiechnął się z zażenowaniem. – No, może trochę, ale nie bardzo. A madame nie żałowała mi whisky.

Na podręcznym stoliku stała pełna szklanka. Upity był z niej zaledwie mały łyk. Fergus, od małego przyzwyczajony do francuskich win, nie bardzo lubił mocny alkohol.

– Tak mi przykro – powtórzył Jamie. Niczego więcej nie mógł powiedzieć. Gardło zacisnęło mu się ze wzruszenia. Szybko odwrócił oczy. Zdawał sobie sprawę, że jego łzy tylko zasmucą rannego.

– Ach, milordzie, proszę nie zaprzątać sobie tym głowy. – W głosie chłopca zabrzmiała nuta dawnej figlarności. – I tak miałem mnóstwo szczęścia.

Jamie musiał przełknąć, zanim zdobył się na odpowiedź.

– Jasne, żyjesz... i dzięki Bogu!

– Och, poza tym, milordzie! – Na bladej twarzy pojawił się uśmiech. – Pamięta pan naszą umowę?

– Umowę?

– Tak. Zawarliśmy ją, gdy pan przyjął mnie w Paryżu. Powiedział pan wtedy, że gdyby mnie aresztowano i skazano, przez cały rok zamawiałby pan msze za moją duszę. – Zdrowa ręka podążyła do szyi, na której wisiał pogięty medalik z wizerunkiem świętego Dyzmy, patrona złodziei. – Lecz gdybym stracił ucho lub rękę podczas służby u pana...

– Przez resztę życia będę cię utrzymywał – dokończył Jamie. Sam nie wiedział, czy ma płakać, czy śmiać się, więc tylko poklepał rękę, która teraz spokojnie leżała na kołdrze. – Tak, pamiętam. Możesz mi zaufać, z pewnością dotrzymam słowa.

– Och, zawsze panu ufałem, milordzie – zapewnił Fergus. Wyraźnie ogarniało go zmęczenie: blade policzki stały się jeszcze bledsze, a głowa z ciemną czupryną bezsilnie opadła na poduszkę. – Tak, miałem dużo szczęścia – wymamrotał, nadal się uśmiechając. – Za jednym zamachem stałem się dżentelmenem, który nie musi pracować, non?

Gdy wyszedł z pokoju Fergusa, Jenny już na niego czekała.

– Zejdź ze mną do księżej norki – powiedział, ujmując siostrę za łokieć. – Muszę z tobą pogadać, a nie powinienem stać na widoku.

W milczeniu podążyła za nim wzdłuż wyłożonego kamieniami tylnego korytarza, oddzielającego spiżarnię od kuchni. Pomiędzy płytami podłogi, w zaprawie murarskiej osadzono drewnianą klapę z wyborowanymi dziurkami. Teoretycznie zapewniały one dopływ powietrza do leżącej niżej piwnicy, a na wypadek, gdyby ktoś podejrzliwy zechciał zbadać rzecz dokładniej, piwnica dla niepoznaki wyposażona była w podobną klapę wmurowaną w suficie. W rzeczywistości jednak do księżej norki wchodziło się przez podziemne przejście na tyłach domu.

Podziurkowana płyta zapewniała księżej norce dostęp nie tylko powietrza, ale i światła. Było to ciasne pomieszczenie usytuowane na tyłach piwnicy, do którego schodziło się po drabinie po usunięciu drewnianej płyty razem z ramą osadzoną w zaprawie murarskiej.

Schowek nie miał więcej niż pół metra kwadratowego, a jego umeblowanie było nader skromne: zbita z desek ławka, koc i nocnik. Wielki dzban z wodą i małe pudełko sucharów dopełniały wyposażenia. Pomieszczenie zostało dobudowane w ciągu ostatnich kilku lat, więc na dobrą sprawę niesłusznie nazywało się księżą norką, bo żaden ksiądz nigdy w nim nie mieszkał i zupełnie się na to nie zanosiło. W każdym razie jednak zasługiwało na miano norki.

Dwoje ludzi mogło się wewnątrz pomieścić tylko wtedy, gdy siedzieli na ławce obok siebie. Jamie umocował na dawnym miejscu podziurkowaną płytę, zszedł po drabinie i zajął miejsce u boku siostry. Przez chwilę siedział bez ruchu, potem nabrał powietrza w płuca i zaczął mówić.

– Nie zniosę tego dłużej – oznajmił tak cicho, że Jenny musiała pochylić ku niemu głowę niczym ksiądz wysłuchujący spowiedzi. – Już nie wytrzymuję. Muszę stąd odejść.

Siedzieli tak blisko siebie, że czuł wznoszenie się i opadanie biustu siostry przy każdym jej oddechu. Po chwili ujęła jego dłoń. Poczuł mocny uścisk drobnych palców.

– Znowu będziesz próbował dostać się do Francji? – Jamie już dwukrotnie usiłował zbiec do Francji i za każdym razem zostało to udaremnione przez Anglików, którzy czujnie obserwowali port. Dla tak charakterystycznego mężczyzny, jakim był Jamie, nie istniało skuteczne przebranie.

Potrząsnął głową.

– Nie. Po prostu pozwolę się złapać.

– Jamie! – W podnieceniu podniosła głos, ale w odpowiedzi na ostrzegawczy uścisk ręki natychmiast zniżyła ton. – Jamie, nie możesz tego zrobić! Przecież cię powieszą!

Siedział nieruchomo, jakby pogrążony w myślach, ale słuchał uważnie, bo od razu pokręcił głową.

– Myślę, że nie. – Zerknął na siostrę, potem szybko odwrócił wzrok. – Claire... miała kiedyś widzenie. – Wyjaśnienie równie dobre jak każde inne, pomyślał, nawet jeśli nie całkiem prawdziwe. – Zobaczyła, co się stanie pod Culloden... wiedziała. Powiedziała mi również, co będzie potem.

– Aaa – odparła cicho Jenny. – To dlatego kazała mi zasadzić kartofle i zbudować schowek?

– Zgadza się. – Uścisnął rękę siostry i puścił. Obrócił się nieznacznie na wąskiej ławce, tak by siedzieć twarzą do Jenny.

– Mówiła, że Korona będzie ścigać jakobickich zdrajców przez jakiś czas... no i ściga – dodał cierpko. – Ale po pierwszych kilku latach przestaną wieszać aresztantów, tylko będą ich trzymać w więzieniach.

– Tylko! – powtórzyła niczym echo. – Jeśli już musisz stąd odejść, Jamie, to wybierz przynajmniej wrzosowiska. Ale żeby tak iść prosto do angielskiego więzienia...

– Poczekaj – przerwał Jamie, dotykając jej ramienia. – Jeszcze ci nie powiedziałem wszystkiego. Wcale nie zamierzam tak po prostu oddać się w ręce Anglików. Za moją głowę wyznaczono przecież całkiem dobrą cenę, no nie? Szkoda by było zmarnować nagrodę. – Dołożył starań, żeby w jego głosie zabrzmiał śmiech; Jenny dosłyszała wesoły ton i ostro spojrzała na brata.

– Matko Przenajświętsza – wyszeptała. – Chcesz, żeby ktoś cię zdradził?

– No, coś w tym rodzaju. – Podczas samotnych godzin w jaskini opracował plan, ale aż do tej pory pomysł nie wydawał mu się realny. – Doszedłem do wniosku, że najlepiej nadawałby się Joe Fraser.

Jenny potarła pięścią wargi. Umiała myśleć szybko. Jamie zorientował się, że od razu uchwyciła istotę pomysłu wraz ze wszystkimi ewentualnymi konsekwencjami.

– Jamie... – szepnęła. – Nawet jeśli cię nie powieszą, chociaż to wcale nie takie pewne i cholernie ryzykujesz, możesz przecież zginąć, gdy cię będą brali!

Ramiona opadły mu ciężko, jakby rozpacz i wyczerpanie przytłoczyły go niemal do ziemi.

– Mój Boże, Jenny. Naprawdę sądzisz, że zależy mi na życiu?

Zapadło milczenie. Dopiero po dłuższej chwili kobieta odpowiedziała.

– Nie, sądzę, że nie. I nie mam ci tego za złe. – Urwała, żeby opanować drżenie głosu. – Ale mnie na twoim życiu zależy. – Pogłaskała go po głowie. – Dlatego dbaj o siebie, głuptasku, dobrze?

Drewniana klapa nad ich głowami pociemniała, dały się słyszeć czyjeś kroki. Prawdopodobnie jedna z dziewczyn kuchennych szła do spiżarni. Po chwili mrok się rozjaśnił. Jamie znowu widział twarz siostry

– Dobrze – wyszeptał wreszcie. – Będę o siebie dbał.

Przygotowania zajęły im ponad dwa miesiące. Gdy nareszcie przyszła oczekiwana wiadomość, wiosna już była w rozkwicie.

Siedział na swej ulubionej skałce, w pobliżu wejścia do jaskini, i obserwował gwiazdy pojawiające się na niebie. Nawet w najtrudniejszym czasie, w ciągu roku, który nastąpił zaraz po Culloden, zawsze o tej właśnie porze dnia udawało mu się znaleźć moment ciszy. Gdy zapadał wczesny zmierzch, odnosiło się wrażenie, że wszystkie przedmioty zostają lekko podświetlone od środka, tak że odcinały się ostro na tle nieba czy ziemi i wyraźnie, w najdrobniejszych szczegółach było je widać. W tym dziwnym oświetleniu Jamie mógł dostrzec zarys ćmy, zupełnie niewidocznej w dziennym świetle, a teraz, w zapadającym zmroku, zarysowującej się jako trójkąt gęstniejącego cienia, ostro odcinającego się od pnia, który dotąd służył jej za kryjówkę. Jeszcze chwila, a nocny motyl rozwinie skrzydła.

Jamie popatrzył na drugi koniec doliny, aż po linię sosen znaczących odległy klif. Potem przeniósł spojrzenie w górę, na gwiazdy. Orion kroczył statecznie tuż nad horyzontem. Plejady wyłaniały się na ciemniejącym niebie. Rozkoszował się tym widokiem. Może to ostatni raz, a potem długo nie będzie miał okazji napawania się pięknem gwiazd. Pomyślał o więzieniu, o kratach, solidnych zamkach i grubych murach. Przypomniał mu się Fort William. Więzienie w Wentworth. Bastylia. Kamienne mury, grube na metr, nie dopuszczały ani światła, ani powietrza. Brud, smród, głód, człowiek jak żywcem pogrzebany...

Odegnał ponure myśli. Wybrał swój los i był zadowolony z podjętej decyzji. Wpatrywał się w niebo w poszukiwaniu Byka. Wprawdzie nie najpiękniejsza konstelacja, ale za to jego własna. Urodzeni pod tym znakiem odznaczali się siłą i uporem. Jamie miał nadzieję, że okaże się dość silny, by zrealizować swój plan.

Wśród coraz intensywniejszych nocnych odgłosów rozległo się ostre, przenikliwe pogwizdywanie. Mógł to być śpiew kulika przyzywający do gniazda nad jeziorem, ale Jamie rozpoznał sygnał. Ktoś szedł w górę ścieżki; przyjaciel.

Była to Mary MacNab. Gdy owdowiała, została dziewczyną kuchenną w Lallybroch. Zwykle jej syn, Rabbie, bądź Fergus przychodzili do kryjówki z nowinami. Jednak ona również zdążyła już kilkakrotnie odwiedzić Jemiego.

Przyniosła koszyk z zapasami. Tym razem wyjątkowo dobrze zaopatrzony: pieczona kuropatwa, świeży chleb, trochę zielonej cebuli, garść wczesnych czereśni i płaska flaszka ale. Jamie przejrzał tę obfitość i z krzywym uśmiechem spojrzał na kobietę.

– Uczta pożegnalna, co?

W milczeniu skinęła głową. Była drobnej budowy, mocno już szpakowata, a bruzdy na jej twarzy świadczyły o trudach życia. Ale piwne oczy nadal ciepło patrzyły na świat, a pełne wargi pozostały łagodnie wygięte.

Jamie uświadomił sobie, że gapi się na jej usta, i czym prędzej odwrócił wzrok.

– O Boże, tak się napcham, że zupełnie nie będę mógł się ruszać. Proszę, nawet ciasto tu jest! Jak wam się udało to wszystko przygotować?

Mary MacNab wzruszyła ramionami. Nie należała do rozmownych. Wyjęła zawartość kosza i położyła wszystko na drewnianym blacie ustawionym na kamieniach. Nakryła dla obojga. W tym również nie było nic nadzwyczajnego, jadała już z Jamiem kolacje i w trakcie posiłku opowiadała nowiny z całej okolicy. Tyle tylko, dziwił się Jamie, że jeśli miał to być jego ostatni posiłek w Lallybroch, to dlaczego nie przybyła tu ani siostra, ani chłopcy, aby wspólnie z nim zasiąść do stołu. Może w domu byli goście, którzy uniemożliwili mieszkańcom dyskretne wymknięcie się w góry.

Uprzejmym gestem zaprosił ją do stołu, sam zajął miejsce dopiero wtedy, gdy ona już siedziała. Nogi trzymali skrzyżowane na brudnej podłodze.

– Rozmawiałaś z Joem Fraserem? Kiedy to ma nastąpić? – spytał, odgryzając kęs zimnej kuropatwy.

Przekazała mu szczegóły planu: koń zostanie przyprowadzony jeszcze przed świtem, a on ma opuścić wąską dolinę tą ścieżką. Potem musi skręcić, przeciąć skaliste podnóże i znów zjechać do doliny koło Feesyhant’s Burn, tak jakby właśnie zmierzał ku domowi. Anglicy będą na niego czekali między Struy i Eskadale, najprawdopodobniej w Midmains. To miejsce świetnie nadawało się na zasadzkę, bo wąski jar stromo wznosił się po obu stronach, a przy strumieniu rosło dostatecznie dużo drzew, by kilku mężczyzn mogło się wśród nich ukryć.

Po skończonym posiłku kobieta spakowała koszyk. Zostawiła Jamiemu niewielką porcję jedzenia, żeby miał na śniadanie, zanim wyruszy w drogę. Jamie oczekiwał, że Mary MacNab już odejdzie, ale została. Pokręciła się po jaskini, starannie rozłożyła pościel na podłodze, przykryła kocami i przyklękła tuż obok siennika z rękoma złożonymi na podołku.

Jamie założył ręce na piersi i oparł się o ścianę. Patrzył na jej pochyloną głowę i sam nie wiedział, co robić.

– Och, tak po prostu? – spytał. – Można wiedzieć, czyj to pomysł? Twój czy mojej siostry?

– A czy to ma jakieś znaczenie? – odparła spokojnie.

Potrząsnął głową i pochylił się, żeby pomóc jej wstać.

– Nie, ponieważ do niczego nie dojdzie. Doceniam to, co chciałaś zrobić, ale...

Przerwała mu pocałunkiem. Jej wargi faktycznie były tak miękkie, na jakie wyglądały. Stanowczo ujął szczupłe nadgarstki i odepchnął ją od siebie.

– Nie! – powiedział. – To nie jest konieczne, a ja nie chcę tego zrobić. – Miał niepokojącą świadomość, że jego ciało niezupełnie zgadza się z nim w ocenie tego, co konieczne, a jeszcze bardziej przeszkadzała mu myśl, że przyciasne i przetarte bryczesy w najmniejszym stopniu nie ukrywały rozmiarów tej niezgody, widocznych dla każdego, kto rzuciłby tam okiem. Delikatny uśmiech błąkający się na jej pełnych słodkich wargach sugerował, że ona akurat spojrzała.

Odwrócił kobietę i pchnął lekko w stronę wyjścia. Zrobiła krok w bok i sięgnęła po wiązadła spódnicy.

– Nie rób tego! – krzyknął.

– A jak zamierzasz mnie powstrzymać? – spytała. Zdjęła spódnicę i starannie ułożyła ją na jedynym stołku. Szczupłe palce spoczęły na koronkach stanika.

– Jeśli ty stąd nie wyjdziesz, ja to zrobię – oświadczył zdecydowanie. Okręcił się na pięcie i ruszył do wyjścia.

– Mój panie! – zawołała.

Przystanął, ale nie odwrócił głowy.

– Nie powinnaś używać tego tytułu – rzucił przez ramię.

– Lallybroch należy do pana – odparła. – I będzie należało, jak długo pan żyje. Więc ja nie zamierzam zwracać się inaczej.

– Majątek nie jest mój, tylko młodszego Jamiego.

– To nie młodszy Jamie wypełnia obowiązki właściciela – odparła stanowczo. – I to nie pańska siostra prosiła mnie, by zrobić to, co zrobiłam. Proszę się odwrócić.

Spełnił jej prośbę z ociąganiem. Stała boso w samej koszuli, włosy swobodnie opadały jej na ramiona. Była chuda, jak wszyscy w tych czasach, ale piersi miała większe, niż przypuszczał, a brodawki wyraźnie wypychały do przodu cienki materiał. Koszula była równie znoszona jak reszta jej ubrania; na ramiączkach i u dołu mocno postrzępiona, miejscami niemal przezroczysta. Zamknął oczy.

Poczuł na ramieniu lekkie dotknięcie. Zmusił się, by stać spokojnie.

– Ja wszystko rozumiem – powiedziała. – Widziałam pana z żoną i wiem, co was łączyło. Nigdy tego nie doświadczyłam – dodała łagodniejszym głosem – z żadnym z moich dwóch mężów. Ale umiem rozpoznać prawdziwą miłość i nie zamierzam zrobić nic takiego, żeby pan czuł, iż ją zdradził.

Leciutko dotknęła jego policzka, potem spracowany kciuk przesunął się po bruździe biegnącej od nosa do ust.

– Chcę dać panu coś innego – mówiła dalej cicho. – Może nie tak wielkiego, ale z pewnością potrzebnego. Coś, co pozwoli panu przetrwać. Siostra ani dzieci nie mogą panu tego ofiarować.

Wciągnęła głęboko powietrze i zabrała rękę z jego twarzy.

– Przygarnął pan mnie i mojego syna. Czy pozwoli pan, bym dała ten drobiazg w dowód wdzięczności?

Łzy zapiekły go pod powiekami. Poczuł, jak kobieta najdelikatniejszymi muśnięciami zbiera wilgoć z jego oczu, wygładza zmierzwione włosy. Bardzo powoli wyciągnął ku niej ramiona.

Zrobiła krok do przodu i wtuliła się w jego objęcia równie zgrabnie i naturalnie, jak przedtem nakrywała do stołu czy słała łóżko.

– Ja... nie robiłem tego od bardzo dawna – powiedział, nagle onieśmielony.

– Ja też – odparła z półuśmiechem. – Ale przypomnimy sobie wszystko, co trzeba.

Część III. Jako twój więzień
7. Zaufanie do dokumentów

Inverness, 25 maja 1968

Przesyłka od Linklatera nadeszła z poranną pocztą.

– Spójrz, jaka gruba! – krzyknęła Brianna. – Na pewno przysłał dokumenty! – Czubek nosa zaróżowił się jej z przejęcia.

– Na to wygląda – odparł Roger. Sprawiał wrażenie zupełnie spokojnego, ale w zagłębieniu jego szyi zauważyłam mocno pulsujące tętno. Przez chwilę ważył w dłoni brunatną kopertę. Potem niecierpliwie rozerwał ją kciukiem i wyjął plik kserokopii.

Pismo przewodnie, na papierze firmowym uniwersytetu, sfrunęło na podłogę. Podniosłam je i odczytałam lekko drżącym głosem.

Drogi panie Wakefield!

W odpowiedzi na Pańskie pytanie dotyczące egzekucji dokonanej przez podkomendnych księcia Cumberlandu na oficerach jakobickich po bitwie pod Culloden informuję, że głównym źródłem moich cytatów, przytoczonych w książce, do której Pan nawiązuje, jest prywatny dziennik lorda Meltona, oficera dowodzącego pułkiem piechoty w czasie starcia pod Culloden. Załączam kserokopie odnośnych stron dziennika. Przekona się Pan, że historia jakobity, jednego z tych, którzy przeżyli, niejakiego Jamesa Frasera, jest nietypowa i wzruszająca. Fraser nie należy do postaci istotnych z punktu widzenia historii i nie mieści się w zakresie moich własnych zainteresowań zawodowych, ale zawsze miałem ochotę pogłębić badania i dowiedzieć się czegoś więcej o jego dalszych losach. Jeśli uda się Panu znaleźć odpowiedź na pytanie, czy przeżył drogę do swojego majątku, będę ogromnie wdzięczny za przekazanie mi tej informacji. Do dziś mam nadzieję, że zdołał dotrzeć do celu, chociaż w jego sytuacji, tak jak opisał ją Melton, szanse na pomyślne zakończenie były raczej niewielkie.

Z poważaniem

Eric Linklater

Papier szeleścił w moich palcach. Ostrożnie odłożyłam list na biurko.

– Niewielkie szanse, co? – powiedziała Brianna. Stanęła na palcach, żeby patrzeć ponad ramieniem Rogera. – Ha! My wiemy, że wrócił!

– Przypuszczamy – poprawił ją Roger, wiedziony odruchem uczonego. Uśmiech na jego twarzy był równie szeroki jak u mojej córki.

– Czy napijecie się państwo herbaty lub kakao na drugie śniadanie? – Fiona wetknęła swoją ciemną, kędzierzawą głowę w drzwi gabinetu. Nasze podniecenie opadło. – Mam świeże imbirowe ciasteczka z orzechami, prosto z pieca. – Wniosła ze sobą woń ciepłego imbiru. Zapach rozchodził się kusząco z jej fartuszka.

– Herbatę proszę – odparł Roger.

W tym samym momencie Brianna wykrzyknęła:

– Kakao! Znakomity pomysł!

Z zadowoloną miną dziewczyna wtoczyła do gabinetu stolik na kółkach zarówno z herbatą, jak i kakao oraz z talerzem pełnym świeżych imbirowych ciasteczek z orzechami.

Z filiżanką herbaty i z odbitkami z dziennika Meltona usadowiłam się w fotelu. Osiemnastowieczny rękopis był zaskakująco czytelny pomimo archaicznej pisowni. W ciągu kilku minut przeniosłam się do wiejskiego domu w Leanach. W duchu odmalowałam sobie wszystkie szczegóły: bzyczenie much, poruszenie wśród ciasno upchanych ciał i ostry zapach krwi wsiąkającej w brudną podłogę.

...aby spłacić dług wdzięczności mojego brata, nie mogłem postąpić inaczej, niż zachować Frasera przy życiu. Dlatego pominąłem jego nazwisko na liście zdrajców skazanych na śmierć w wiejskim domu oraz poczyniłem starania, żeby odtransportować go do jego własnego majątku. Nie czuję się ani szczególnie miłosierny w stosunku do Frasera, ani szczególnie winny zaniedbania obowiązków w stosunku do księcia, bo prawdopodobieństwo, że zdrajca przeżyje podróż do domu, jest znikomo małe, a to z powodu wielkiej rany na nodze, rozjątrzonej i zaropiałej. Honor jednak nie pozwalał mi postąpić inaczej. Muszę wyznać, że ulżyło mi na duszy, gdy ujrzałem, jak zabierano tego mężczyznę, wciąż jeszcze żywego. Ja w tym czasie poświęciłem swoją uwagę akcji pozbywania się ciał jego towarzyszy. Przygnębia mnie wspomnienie tak wielu zabitych, ilu widziałem w ciągu ostatnich dwóch dni...

Złożyłam kartki na kolanach, z trudem przełknęłam. „Wielka rana... rozjątrzona i zaropiała...”. W przeciwieństwie do Rogera i Brianny zdawałam sobie sprawę, jak poważnym zagrożeniem dla życia mogła się ona okazać, bez antybiotyków, bez fachowej opieki lekarskiej, a choćby nawet bez prymitywnych gorących okładów, stosowanych wtedy przez zielarki szkockie. Ile czasu trzeba było się trząść na wozie, żeby dotrzeć z Culloden do Broch Tuarach? Dwa dni? Trzy? Czy udało mu się przeżyć w takim stanie, z raną już zaniedbaną?

– A jednak mu się udało. – Głos Brianny wtargnął w moje myśli. Córka najwyraźniej odpowiedziała na podobne wątpliwości wyrażone przez Rogera. Mówiła z wielkim przekonaniem, jakby na własne oczy widziała to, co opisywał Melton, i doskonale wiedziała, co z tego wynikło. – Wrócił do domu. Przecież to on był Dunbonnetem, nie ma co do tego wątpliwości.

– Dunbonnet? – rzuciła przez ramię zaskoczona Fiona. Z dezaprobatą popatrzyła na moją nietkniętą, już wystygłą herbatę. – Słyszeliście o Dunbonnecie?

– A ty? – Roger ze zdumieniem spojrzał na młodą gospodynię.

Skinęła głową. Wylała niewypitą herbatę do doniczki z aspidistrą, stojącą tuż obok kominka, i napełniła filiżankę świeżym, gorącym naparem.

– Owszem. Babcia wielokrotnie opowiadała mi tę historię.

– To teraz ty ją nam opowiedz! – Brianna, mocno przejęta, pochyliła się do przodu. W obu dłoniach ściskała kubeczek z kakao. – Proszę cię, Fiono! Co to za historia?

Młoda Szkotka wydawała się trochę zaskoczona faktem, że tak nagle znalazła się w centrum zainteresowania, ale się zgodziła. Lekko wzruszyła ramionami.

– Och, to taka opowieść o zwolenniku Pięknego Księcia, z czasów wielkiej klęski pod Culloden, kiedy wielu zginęło, a tylko nielicznym udało się pozostać przy życiu. No cóż, jeden z nich uciekł z pobojowiska i nawet przepłynął rzekę, byle tylko ujść pogoni, ale Czerwone Kubraki deptały mu po piętach. Po drodze trafił na kościół, w którym akurat odprawiano mszę. Wpadł do środka i błagał o miłosierdzie. Duchowny i wierni zlitowali się nad nim i przebrali go za kapłana. Gdy chwilę później Czerwone Kubraki wpadły do kościoła, uciekinier stał już na ambonie i wygłaszał kazanie, a woda z ubrania i brody utworzyła kałużę u jego stóp. Angielscy żołnierze doszli do wniosku, że się pomylili, i ruszyli dalej. W ten sposób jemu udało się umknąć pogoni, a wszyscy zgromadzeni wówczas w kościele twierdzili, że lepszego kazania w życiu nie słyszeli! – Fiona roześmiała się z całego serca. Brianna zmarszczyła brwi. Roger wyglądał na zaskoczonego.

– To był Dunbonnet? – spytał. – A ja myślałem...

– Ależ nie! – zaprzeczyła gorąco jego gospodyni. – To wcale nie był Dunbonnet, tylko jakiś inny, cudem ocalały jakobita. Dunbonnet wrócił do własnego majątku, ale przez siedem lat musiał się ukrywać w grocie, bo Anglicy urządzali w górach polowania na ludzi.

Brianna wcisnęła się w fotel i głośno westchnęła z ulgą.

– A okoliczni dzierżawcy nazwali go Dunbonnet, żeby nie wymieniać jego prawdziwego nazwiska i nawet przypadkiem go nie zdradzić – wymruczał.

– Znasz tę historię? – spytała zaskoczona Fiona.

– A czy babcia ci mówiła, co się z nim dalej działo? – ponaglił Roger.

– No pewnie! – Oczy dziewczyny były okrągłe niczym mleczne dropsy. – To najlepsza część całej historii. Widzicie, po Culloden nastał wielki głód. W wąskich górskich dolinach ludzie niedojadali, zimą bywali wyrzucani z domów, strzelano do nich, a domostwa podpalano. Dzierżawcom Dunbonneta powodziło się trochę lepiej niż innym, ale i tak nadszedł dzień, kiedy żywność się skończyła. Od rana do nocy kiszki im marsza grały. Nie było w lasach zwierzyny, zboża na polach, a niemowlęta umierały, bo matki nie miały pokarmu.

Zimny dreszcz przeszedł mi po krzyżu. Nagle zobaczyłam naznaczone zimnem i głodem twarze mieszkańców Lallybroch, ludzi, których znałam i kochałam. Ogarnęło mnie nie tylko przerażenie, ale także poczucie winy. Postąpiłam zgodnie z wolą Jamiego, lecz tym samym ich opuściłam. Żyłam sobie bezpiecznie, miałam ciepły dom i jedzenia pod dostatkiem. Zerknęłam na Briannę. Siedziała zasłuchana, z lekko pochyloną rudą głową. Ból, który ścisnął mi piersi, trochę zelżał. Moja córka również cieszyła się bezpieczeństwem, dobrobytem i miłością, właśnie dlatego że nie sprzeciwiłam się Jamiemu.

– Dunbonnet opracował więc śmiały plan – kontynuowała Fiona. Jej krągła twarz ożywiła się dramatyzmem opowieści. – Wymyślił, że jeden z jego dzierżawców pójdzie do Anglików i obieca oddać uciekiniera w ich ręce. Za głowę Dunbonneta wyznaczono wysoką nagrodę, bo był dzielnym żołnierzem i zwolennikiem Pięknego Księcia. Dzierżawca miał wziąć nagrodę w złocie, żeby wydać ją, rzecz jasna, na ludzi w majątku. W zamian powie Czerwonym Kubrakom, gdzie będą mogli złapać Dunbonneta.

Ręce mimowolnie zacisnęły mi się w pięści z taką siłą, że odłamałam filigranowe uszko porcelanowej filiżanki.

– Złapać? – wykrakałam głosem chrapliwym z przerażenia. – Czy go powiesili?

Fiona zamrugała ze zdumienia.

– Nie, dlaczego? – odparła. – Co prawda babcia mówiła, że chcieli. Wytoczyli mu nawet proces o zdradę, ale w końcu został tylko zamknięty w więzieniu. Za to złoto pozwoliło wszystkim jego ludziom przetrzymać głód – dorzuciła radośnie. Wyraźnie traktowała to jako szczęśliwe zakończenie.

– O, Jezu! – sapnął Roger. Ostrożnie odstawił filiżankę. Jak zahipnotyzowany siedział i wpatrywał się w przestrzeń. – Więzienie – westchnął z ulgą.

– Mówisz tak, jakbyś uważał to za coś dobrego – zaprotestowała Brianna. Kąciki jej ust zacisnęły się boleśnie, a oczy zrobiły się lekko szkliste.

– Bo tak jest – odparł Roger, dostrzegając poruszenie dziewczyny. – Niewiele było więzień, w których Anglicy przetrzymywali jakobickich zdrajców, a we wszystkich prowadzono urzędowe rejestry. Rozumiecie? – wodził spojrzeniem od zaskoczonej Fiony do wyraźnie zmartwionej Brianny. W końcu utkwił wzrok we mnie z nadzieją, iż w tym przypadku spotka się ze zrozumieniem. – Jeśli trafił do więzienia, zdołam go odnaleźć. – Odwrócił się i spojrzał na półki z książkami, zasłaniające trzy ściany gabinetu od podłogi aż po sufit. Zawierały kolekcję druków i dokumentów świętej pamięci wielebnego Wakefielda, a w nich znajdowały się wszelkie tajemnice jakobitów.

– Z pewnością tu jest – oświadczył cicho Roger. – Figuruje na liście więźniów, a taki dokument stanowi niewątpliwy dowód! Nie rozumiecie? – powtórzył pytanie. – Z chwilą pójścia do więzienia znów stał się postacią historyczną! I gdzieś tutaj na pewno znajdziemy o nim informacje.

– A co potem? – Brianna westchnęła głęboko. – Co się stało, gdy już został zwolniony z więzienia?

Roger mocno zacisnął wargi, jakby chciał odciąć się od ewentualności, która mu przyszła do głowy: „pod warunkiem, że wcześniej nie umarł”.

– Tak, dobre pytanie – powiedział, ujmując Briannę za rękę. Jego zielone oczy, z których nie dawało się nic wyczytać, napotkały moje spojrzenie.

Po tygodniu wiara Rogera w dokumenty wciąż pozostawała niezachwiana. Mniej stabilny stał się za to osiemnastowieczny stolik w gabinecie Wakefielda. Cienkie nóżki uginały się i trzeszczały alarmująco, przytłoczone niecodziennym ciężarem.

Mebelek dźwigał zazwyczaj małą lampkę i kolekcję bibelotów zmarłego. Obecnie został zmuszony do służby tylko dlatego, że już na wszystkich pozostałych poziomych powierzchniach w gabinecie piętrzyły się stosy papierów, czasopism, książek oraz wypchanych brązowych kopert z kserokopiami dokumentów nadesłanych przez towarzystwa historyczne, uniwersytety i biblioteki naukowe na terenie Anglii, Szkocji i Irlandii.

– Jeśli położysz tu jeszcze jedną kartkę, cała piramida się zawali – zauważyła Claire, gdy Roger beztrosko wyciągnął rękę, by dorzucić na stolik kartonową teczkę.

– Tak? Rzeczywiście, chyba masz rację. – Obrzucił wzrokiem pokój w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca dla teczki. Wreszcie uznał, że najlepiej będzie położyć ją na podłodze.

– Prawie skończyłam z Wenworth – oświadczyła Claire. Palcami u nogi wskazała niestabilny stos u swoich stóp. – Nie przekopałeś się jeszcze przez dokumenty z Berwick?

– Owszem, dziś rano. Tylko co ja z nimi zrobiłem? – Roger rozejrzał się bezmyślnie po pokoju, który mocno upodobnił się do Biblioteki Aleksandryjskiej podczas włamania, zanim jeszcze rabusie zapalili pierwszą pochodnię. Roger potarł czoło, usiłując się skoncentrować. Poszukiwania oficjalnego śladu po Jamesie Fraserze dawały mu się we znaki. Po tygodniu niemal bezustannego przeglądania ręcznie pisanych rejestrów brytyjskich placówek penitencjarnych, a także listów, prasy fachowej oraz dzienników prowadzonych przez gubernatorów więzień odnosił wrażenie, że ma piasek pod powiekami.

– Była niebieska – powiedział wreszcie. – Tak, na pewno. Dostałem ją od McAllistera, wykładowcy historii w Trinity College w Cambridge, a oni używają dużych błękitnych kopert z herbem uczelni. Może Fiona ją gdzieś widziała. Fiona! – zawołał.

Pomimo późnej godziny w kuchni nadal świeciło się światło, a w powietrzu unosił się rozgrzewający serce zapach kakao i świeżo pieczonego ciasta migdałowego. O ile istniała choćby najmniejsza szansa, że ktoś z jej otoczenia zażąda jedzenia, Fiona z całą pewnością nie zeszłaby z posterunku.

– Tak? – Kędzierzawa brązowa głowa dziewczyny wyjrzała zza kuchennych drzwi. – Za chwilę będzie kakao – zapewniła. – Czekam tylko, żeby wyjąć ciasto z pieca.

Roger uśmiechnął się do niej ciepło. Fiona nie brała udziału w badaniach historycznych, ale nigdy nie kwestionowała zajęć pracodawcy i cierpliwie odkurzała stosy książek i papierów, dla niej zupełnie bezużytecznych.

– Dzięki, Fiono – odparł. – A przy okazji, czy przypadkiem nie widziałaś dużej niebieskiej koperty, dość solidnie wypchanej? – Pokazał rozmiary przesyłki. – Przyszła z dzisiejszą pocztą, ale gdzieś mi się zapodziała.

– Zostawił ją pan w łazience na górze – odpowiedziała dziewczyna bez namysłu. – Razem z taką grubą książką ze złotymi napisami i wizerunkiem Pięknego Księcia na okładce oraz trzema listami, ledwie otwartymi, i rachunkiem za gaz. O tym nie wolno panu zapomnieć. Trzeba zapłacić do czternastego. Wszystko razem położyłam na bojlerze, żeby się nie plątało. – Z kuchni dobiegł ostry gong minutnika w kuchence gazowej. Młoda gosposia z okrzykiem przerażenia zniknęła za drzwiami.

Roger pognał na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Uśmiechał się radośnie. Przy innych zainteresowaniach i skłonnościach znakomita pamięć Fiony zapewniłaby dziewczynie miejsce wśród śmietanki intelektualistów. Niestety, gosposia w najmniejszym stopniu nie nadawała się do pracy badawczej, nawet w charakterze pomocy. Zawsze wiedziała, gdzie co leży, pod warunkiem jednak, że dana książka czy dokument zostały jej opisane pod kątem ich wyglądu, nie zaś tytułu czy treści.

– Och, to drobiazg – zapewniła żywo Rogera, gdy usiłował przepraszać za bałagan, jaki robił w domu. – Gdy papiery zalegają we wszystkich kątach, mam wrażenie, że wielebny nadal żyje. Jest prawie tak jak za dawnych lat.

Znacznie wolniej Roger schodził do gabinetu. Niebieską kopertę trzymał w dłoni, ale głowę zaprzątała mu myśl, co też jego przybrany ojciec sądziłby o obecnych poszukiwaniach.

– Bez wątpienia włączyłby się w to bez reszty – wymruczał do siebie. Jak żywy stanął mu przed oczyma obraz łysej głowy wielebnego. Skóra na czaszce mocno lśniła pod staroświeckim, kulistym żyrandolem, gdy leciwy duszpasterz oddawał się swojemu historycznemu hobby. W kuchni stara pani Graham, babcia Fiony, kręciła się koło pieca. Dbała o potrzeby cielesne starszego pana podczas długich godzin jego nocnej pracy, podobnie jak wnuczka obecnie troszczyła się o Rogera.

W drodze do gabinetu myśli Rogera zaczęły krążyć wokół ciekawego zagadnienia, jakim jest wybór drogi życiowej. Zastanawiał się, jak to było w dawnych czasach, gdy synowie zazwyczaj szli w ślady ojców. Czy wybór tego samego zawodu był podyktowany wyłącznie wygodnictwem i chęcią zachowania firmy w rękach rodziny, czy też wynikał może z genetycznie uwarunkowanej predyspozycji do wykonywania określonego rodzaju pracy? Czy rzeczywiście niektórzy ludzie czuli powołanie do kowalstwa, kupiectwa albo kariery kucharza? Czy o wyborze zawodu decydowały wrodzone zainteresowania i skłonności, czy tylko sprzyjające okoliczności zewnętrzne?

Ciąg dalszy w wersji pełnej

8. Więzień honoru

Dostępne w wersji pełnej

9. Wędrowiec

Dostępne w wersji pełnej

10. Przekleństwo Białej Czarownicy

Dostępne w wersji pełnej

11. Gambit Torremolinosa

Dostępne w wersji pełnej

12. Poświęcenie

Dostępne w wersji pełnej

13. Półmetek

Dostępne w wersji pełnej

Część IV. Lake District
14. Geneva

Dostępne w wersji pełnej

15. Nieszczęśliwy wypadek

Dostępne w wersji pełnej

16. Willie

Dostępne w wersji pełnej

17. Potwór

Dostępne w wersji pełnej

Część V. Nie możesz wrócić do domu
18. Korzenie

Dostępne w wersji pełnej

19. Wywołać ducha

Dostępne w wersji pełnej

20. Diagnoza

Dostępne w wersji pełnej

21. Q.E.D.

Dostępne w wersji pełnej

22. Wigilia Wszystkich Świętych

Dostępne w wersji pełnej

23. Craigh na Dun

Dostępne w wersji pełnej

Część VI. Edynburg
24. A. Malcolm, drukarz

Dostępne w wersji pełnej

25. Dom uciech

Dostępne w wersji pełnej

26. Śniadanie z dziwkami

Dostępne w wersji pełnej

27. W płomieniach

Dostępne w wersji pełnej

28. Strażnik cnót

Dostępne w wersji pełnej

29. Ostatnia ofiara Culloden

Dostępne w wersji pełnej

30. Spotkanie

Dostępne w wersji pełnej

31. Księżyc przemytników

Dostępne w wersji pełnej

Część VII. Znowu w domu
32. Powrót syna marnotrawnego

Dostępne w wersji pełnej

33. Zakopany skarb

Dostępne w wersji pełnej

34. Tata

Dostępne w wersji pełnej

35. Odlot z Edenu

Dostępne w wersji pełnej

36. Czarownica działa

Dostępne w wersji pełnej

37. Co znaczy imię?

Dostępne w wersji pełnej

38. Spotkanie z prawnikiem

Dostępne w wersji pełnej

39. Zagubieni i opłakiwani przez wiatr

Dostępne w wersji pełnej

Część VIII. Płyniemy
40. Przygotowania do rejsu

Dostępne w wersji pełnej

41. Wypływamy

Dostępne w wersji pełnej

42. Człowiek na Księżycu

Dostępne w wersji pełnej

43. Duch ręki

Dostępne w wersji pełnej

44. Siły natury

Dostępne w wersji pełnej

45. Opowieść Chińczyka

Dostępne w wersji pełnej

46. Spotkanie z „Morświnem”

Dostępne w wersji pełnej

47. Zaraza na statku

Dostępne w wersji pełnej

48. Chwila łaski

Dostępne w wersji pełnej

49. Ląd na horyzoncie!

Dostępne w wersji pełnej

50. Spotkanie z księdzem

Dostępne w wersji pełnej

51. Psi węch Jamiego

Dostępne w wersji pełnej

52. Ślub

Dostępne w wersji pełnej

Część IX. Nieznane światy
53. Guano nietoperzy

Dostępne w wersji pełnej

54. Pirat

Dostępne w wersji pełnej

55. Ismael

Dostępne w wersji pełnej

56. Zupa żółwiowa

Dostępne w wersji pełnej

57. Ziemia obiecana

Dostępne w wersji pełnej

58. Maska czerwonej śmierci

Dostępne w wersji pełnej

59. Rozdział, w którym wiele się wyjaśnia

Dostępne w wersji pełnej

60. Zapach klejnotów

Dostępne w wersji pełnej

61. Płomień krokodyla

Dostępne w wersji pełnej

62. Abandawe

Dostępne w wersji pełnej

63. Z otchłani

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej