Po śniadaniu - Eustachy Rylski

Po śniadaniu

0,0

Literackie fascynacje

Zamieniam w ciemno siebie, jakim jestem, na tego, który upalnego, długiego lata 1963 roku poznał pannę Holly Golithly. Zamieniam pisarzy, których podziwiam, w których znalazłem oparcie, z którymi łączy mnie powinowactwo dusz, z którymi, jak sądzę, zaprzyjaźniłem się, na Trumana Capote'a, jakim był wtedy, gdy napisał historię Holly i jej kompanów. Zamieniam jedno i drugie po to chociażby, żeby być znowu przed śniadaniem. Za każdą cenę przed śniadaniem. U Tiffany'ego czy gdziekolwiek indziej.

Eustachy Rylski, Po śniadaniu, fragment

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Po śniadaniu

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
OD AUTORA
BIAŁY LANSON
1
2
3
4
5
ARINA TIMOFIEJEWNA
1
2
3
4
5
DOKTOR RIEUX
1
2
3
4
5
6
7
8
9
„ŚWIĘTE DNI”
1
2
3
4
5
MÓJ IWASZKIEWICZ
1
2
3
4
ANTYPISARZ
1
2
3
4
5
6
7
8
PO ŚNIADANIU
1
2
3
Karta redakcyjna
titlepage
OD AUTORA

Co łączy tę siódemkę? Gdybym powiedział, że nic – niezasłużenie bym sobie naurągał, gdybym powiedział, że wszystko – nie obroniłbym własnej przesady. Stanę więc w pół drogi między nic a wszystko i przyznam, że łączy ją nie byle jaki czytelnik, za jakiego się uważam.

Każdy z przedstawionych autorów był lub jest nadal ważnym dla mnie człowiekiem jak Malraux, ważnym człowiekiem i pisarzem jak Turgieniew i Camus, wyłącznie pisarzem albo poetą jak Iwaszkiewicz i Błok, wielkim idolem mojej młodości jak Hemingway lub – jak Capote – twórcą postaci, bez których moja młodość niewarta by była wspomnień, a starość uwagi. Pisarze, jak wszystko, przychodzą i odchodzą. Niektórych zatrzymujemy na chwilę, innych na całe życie.

Ale ponieważ całe życie jest chwilą, to czas trwania naszych literackich przyjaźni lub znajomości przestaje być ważny wobec powodów, dla których się zdarzyły. Moje powody są takie, mniej więcej, jakie w książce Po śniadaniu przedstawiam.

BIAŁY LANSON

1

Moją młodzieńczą fascynację literaturą, pisarzami, pisarskim życiem, możliwościami, które ono przedkłada, jego łatwością, dobrobytem, jaki gwarantuje, kobietami zwabianymi przez talent, burzliwymi wieczorami spędzanymi w modnych knajpach, literackimi podróżami, pensjonatami na Lazurowym Wybrzeżu, polowaniami w Afryce, prostym jedzeniem w oberżach Camarque i wystawnym w paryskich hotelach, korridami w Hiszpanii, śródziemnomorską opalenizną, połowem pstrągów w górskich potokach, nartami w Kolorado, trampingiem w Montanie, perrierem z haigiem, perrierem z ginem Gordona, zimnym wermutem Noilly Prat, białym reńskim, czerwonym francuskim, idąc krok dalej, udziałem, od czasu do czasu, w jakiejś wojnie, ma się rozumieć w najlepszej sprawie, ale na stanowisku dalekim od ognia, moją całą fascynację tą nieustającą fiestą, w której moc, młodość, zdrowie, wszelkie spełnione pożądania miksują się z sublimacją tworzenia, która, sądząc po doświadczeniach innych, nie jest nieosiągalna, znajduje się pod ręką, między ósmą rano a południem, to znaczy w świętym czasie owocującym naszymi opowiadaniami, porywanymi natychmiast przez wydawców i gazety, tę gorączkową, radosną fascynację, dobrze, jak myślałem, ukrytą, inżynier Jan kwitował bezlitośnie:

– To nie jest zajęcie dla dżentelmena.

– Literatura?

– Owszem, panie Stachu, literatura to nie jest zajęcie dla dżentelmena.

Rozumiem to teraz i w części popieram, wtedy nie rozumiałem.

Bo wtedy, na początku lat sześćdziesiątych, osaczony przez ciasnotę kanciapy nad wulkanizatornią i smród rozgrzanych opon, wyprawiałem mniej lub bardziej zdezelowane dżemsy z amerykańskiego demobilu lub niezłe czeskie tatry i pragi na śmiertelny bój z dłużycami albo papierówką w zachodnie Sudety.

Bywało, nie mówię, że często, ale bywało, że szoferowie tych potężnych ciężarówek, ich pomocnicy i ładowacze, gwałtowni na ogół, nieokrzesani, odważni, czasami desperacko oddani sobie i naprawdę niezłomni, wyjeżdżali z bazy o świcie w kwiecie własnej męskości i zadzierżystego chamstwa, by wieczorami spoczywać już w trumnach.

Śmierć i kalectwo nie były w firmie czymś powszednim, jednak ich stała możliwość czyniła je oczywistymi, a fakt, że w każdym z tych przypadków miałem swój pośredni udział, czynił mój stosunek do ryzyka, jak na mnie, ryzykownym.

Firma była jednak miłosierna.

Śmierć auta, śmierć człowieka to sprawa do wewnątrz, a nie na zewnątrz.

Wymagano starań, karano za każdą nonszalancję, nieuwagę, powierzchowność, to wiedziano, że lina pęka, rozwora się rozchyla, mosty się rozsypują, resory wypadają, hamulce zawodzą, a drzewo jest nieustannie oczekiwane, dlatego odwiedziny śledczych, młodych asesorów lub rezydentów Służby Bezpieczeństwa nie były uporczywe.

To firma wiedziała, kto nawalił, a nie przypadkowy prokurator czy sędzia.

Pomocnik montera, który nie wyolejował stalowej liny od rozwory, musiał się mieć na baczności, a i tak tracił. Tu w zasadzie nie było wybacz.

Firma miłosierna była i bezlitosna zarazem, bo tacy byli jej trzej szefowie, a wśród nich mój bezpośredni przełożony, inżynier Jan.

Hemingwayowski człowiek uporczywie nieprzekonany, mimo wielu moich prób, do Hemingwaya.

Bo trzeba wam wiedzieć, że należałem w tym czasie do wpływowego klanu młodych cymbałów oddanych Hemingwayowi, jak każdemu z nas się wydawało, na zawsze.

Niepodważalną zasługą pisarza było przekonanie do literatury tych, którzy, gdyby nie on, nigdy by po nią nie sięgnęli.

Myślę o ostrych, wysportowanych gościach, którzy nauczyli się niektórych jego opowiadań na pamięć, rozmawiali ze sobą i ze swoimi kobietami jego dialogami, znali temperaturę morza w delcie Rodanu, rozumieli mechanikę półtorametrowej strzelby na słonie, wiedzieli coś o kalibrze powtarzalnego springfielda, odstawiali wszechobecną wódkę na rzecz karykatury hemingwayowskich drinków, aranżowali się fizycznie na pisarza, a nie omijało to nawet skrofulicznych chudzielców z natury przeciwnych hemingwayowskiej zwalistości, którzy zasmakowali w byciu kandydatem na pisarza, bo pisarz od czasu Hemingwaya to nie był jajogłowy intelektualista w rogowych okularach na pół twarzy, uniwersytecki gawędziarz czy, nie daj Bóg, romantyczny gruźlik, tylko mężczyzna na sześć stóp z okładem, z ramionami gladiatora, z kwadratową, jankeską szczęką, nieobywający się bez alkoholu i kobiet, który raz w tygodniu musiał komuś dołożyć, a jednocześnie zdolny był do najwrażliwszych uczuć, najdelikatniejszej przyjaźni, najczulszych względów, a półlegendy Hłaski, Brychta, Iredyńskiego i kilku innych jeszcze to potwierdzały.

Doprawdy, jeżeli szukało się wzoru męskości do bezwarunkowej aprobaty, to w literaturze tego czasu i jej autorach.

Nikt ze znanych mi ludzi nie przystawał tak do klanu wyznawców Hemingwaya jak inżynier Jan.

Wszystko go do tego predysponowało, wiek, powierzchowność, odwaga, chłodna uprzejmość, udokumentowana partyzancka przeszłość, sarkazm, nieobliczalność i męska charyzma.

A jednak grzecznie odmawiał.

Hemingway? Nie, dziękuję.

2

– Wie pan, kim jest matador po najważniejszej w sezonie korridzie? – zapytał inżynier, siedząc w głębi otwartej na przestrzał werandy w naszym poniemieckim domu. Był wrześniowy, lodowaty wieczór, para dymiła nam z ust, zjedliśmy makaron z serem i ze skwarkami podany nam przez moją babkę i zabieraliśmy się we trójkę do herbaty. – Otumanionym Bogiem, panie Stachu. Matador po najważniejszej w sezonie korridzie to otumaniony Bóg. I nieważne, czy jest nim plebejski Ordonez, czy nieco bardziej wyszukany Dominguin, wielki Villalta czy starzejący się Cagancho, długonogi de Triana, korpulentny Todo czy każdy inny, o którym pan nic nie wie.

On po walce podejdzie do hodowcy byka z Nawarry, Andaluzji czy Estremadury, którego zaszlachtował, do lokalnego hidalga, jeżeli go szanuje, do przodownika Guardia Civil, którego się boi, do seniora jednej z tych wielkich hiszpańskich rodzin, dzięki którym Hiszpania jest Hiszpanią, a korrida korridą, do swego ojca, stryja lub wuja, którzy go na to zajęcie namówili, do właściciela hotelu, w jakim się zatrzymał, a nawet do kelnera, który w tym hotelu podaje mu popołudniową kawę z kieliszkiem ziołowego likieru, wreszcie do każdego wyznawcy wspólnej religii i wspólnego Kościoła, ale nie do turysty z Ameryki, nawet jeżeli jest pisarzem. Bo dla Ordoneza, Dominguina czy tego trzeciego, o którym nic nie wiemy, pański pisarz nie jest partnerem do uniesienia. A on jest cholernie uniesiony.

Pański pisarz to mitoman, konfabulator, łgarz.

Opar za oparem sunął ku nam w zapadających ciemnościach. Ogarniał nas chłód, jak w zimie.

– To jak z naszymi chłopcami. Uda mu się po raz któryś umknąć przed szarżującą dłużycą, to nie podejdzie do pana, żeby rozprowadzić swoją emocję. Ani do mnie.

Nie miałem jeszcze wtedy dwudziestu lat i tykano mnie niemiłosiernie, ale nie pamiętam, by inżynier zwrócił się do mnie kiedykolwiek per „ty”, i nie pamiętam, by wobec kogokolwiek innego mu się to przytrafiło. I nie miało to żadnego związku z szacunkiem wobec innych, raczej wobec siebie.

Bo, mam wrażenie, że siebie inżynier bezwarunkowo, dogłębnie i ostentacyjnie szanował.

Do tego stopnia, że podczas jednej z knajpianych awantur, nieliczne zresztą odbyły się bez jego udziału, kładąc uderzeniem z byka jednego z rozdokazywanych ładowaczy, zauważył: widzi pan, młody człowieku, jak to bywa w restauracjach, kiedy trafi się na człowieka nieprzejednanego.

Nie kultywował żadnych obrzędów czy rytuałów, nie kreował się na nikogo, kogo mógłbym rozpoznać, nie służył żadnej idei, religii i, jak sądzę, nie miał żadnych pasji.

A mimo to w niemożliwym do ukrycia pochodzeniu ziemiańskim dostrzegałem nieznajomość tajemnych kodów i rytuałów, którymi ta sfera się po wojnie bezbłędnie rozpoznawała. Jakby jej nie zażył.

Nie wspominał nigdy rodziców, to jego pobyt w elitarnym chyrowskim kolegium jezuickim i tam złożona matura przywodziły na myśl, że jego ojciec mógł być szlachcicem od kilku pokoleń wysadzonym z siodła, utrzymującym się, jak wielu innych, z jakichś rolniczych administracji lub dzierżaw.

Chyrów, chciał inżynier czy nie chciał, dał mu nieosiągalne dla obecnych uniwersyteckich absolwentów przygotowanie humanistyczne, więc przy całej niechęci do literatury poruszał się po niej pewnie.

Na niegodziwość czasów impregnowały go pochodzenie, życiorys, słowiańska powierzchowność, nieukrywana antyrosyjskość.

Szykowany był, jak teraz myślę, na egzekutora, tak jak mój znakomity nauczyciel matematyki Poniatowski, Żyd absurdalnie zamotany w naszą miejscowość, szykowany był na ofiarę.

Wszystko w inżynierze musiało nacjonałom cholernie pasować, nawet ten Chyrów. Naturalnie gnoju tego jeszcze nie porozwożono, ale zapach już musiał dochodzić.

Bogu dzięki, nie miałem okazji tego sprawdzić w trzy lata później, ale bezkarność, z jakiej korzystał inżynier podczas swoich swawoli, nie brała się, jestem tego pewien, z jakiegokolwiek porozumienia z reżimem, ale z przekonania, że dobrze go będzie mieć po swojej stronie, gdy przyjdzie czas dintojry, a po nim ekumenicznych, partyzanckich ognisk, na które dowożono jałowcową spoza rozdzielnika, niepowtarzalną dewizową extra żytnią i radomskie sporty w dziesiątkach, o które w naszych stronach było trudno, a wraz z ich dymem po śródleśnych polanach snuła się długo wyczekiwana polskość.

Wiedząc to i tamto o jego konspiracyjnej przeszłości, której nie wspominał nawet po wódce, ale którą potwierdzali inni, wojny nie dzieliło nawet jedno pełne pokolenie, wspomniałem mu kiedyś o flagowej powieści Hemingwaya Komu bije dzwon, jak by ją oceniać, partyzanckiej.

Oddał mi książkę po miesiącu, mówiąc, że podobała mu się tylko inskrypcja Johna Donne’a: Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon, bije on tobie.

Powiedział, że nie jest w stanie wyobrazić sobie żadnej partyzantki polskiej, hiszpańskiej, francuskiej, bałkańskiej, w której tak dużo i tak głupio by się gadało, zadawałoby się tyle pytań i uzyskiwało na nie tak wyczerpujące odpowiedzi, w której tak dobrze by się jadło, tak odpowiednio piło, byłoby się takim ogarniętym, schludnym i zachęcająco zdrowym i zażyło by się romansu jak z powieści.

Powiedział, że partyzanckie romanse nie trwały kwadransa, kobiety w oddziałach gwałcone były raczej niż miłowane, że długich tygodni bezczynności nie rozjaśniały rozmowy, że ponure milczenie, nieuprzejma dyskrecja, to była muzyka tych oddziałów, że pięści, wrzasku, podstępu i wszelkiej innej energii używało się do nieustannego ujarzmiania młodych mężczyzn, których skłonność do deprawacji zdumiewała nawet ostatecznie zdeprawowanych.

Że partyzantka, gdzie by nie wojowała, to przemoc nie wobec nieprzyjaciół, lecz wobec swoich, by zatrzymać ich przed granicą ostatecznego rozpasania i lepiej nie wspominać metod, po jakie w związku z tym sięgano.

Że w tej sytuacji wspominanie brudu, niemożliwego do zapomnienia odoru szałasów, odosobnionych chałup czy ziemianek, wszy, mend, reumatyzmów, tuberkułów, niekończących się przeziębień już nie ma sensu.

Powiedział, że zamknął powieść w jednej trzeciej, gdy doczołgał się do którejś tam rozmowy jankesa z Marią, której on nie poprowadziłby nawet w wiktoriańskim salonie, tak jest upozowana i wyprana z jakiegokolwiek erotycznego pomysłu.

Nie lepiej potraktowana została debiutancka powieść pisarza Słońce też wschodzi.

– Czym oni są tacy przygnębieni? – warknął inżynier. – W Ameryce, w Hiszpanii, w Paryżu, na Lazurowym Wybrzeżu? Czego im brakuje?

– Lost generation – odpowiedziałem.

– Co takiego?

– Stracone pokolenie.

Inżynier huknął drzwiami od kanciapy, aż się tynk posypał.

W kilka dni później, ciemnego jak noc, zadeszczonego, grudniowego poranka, wskazując świat za oknem, to pobojowisko po wszystkich nadziejach i oczekiwaniach, dodał:

– A my jesteśmy kontenci.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

ARINA TIMOFIEJEWNA
1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

DOKTOR RIEUX
1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

„ŚWIĘTE DNI”
1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

MÓJ IWASZKIEWICZ
1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

ANTYPISARZ
1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

PO ŚNIADANIU
1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej