Piętno Midasa - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Piętno Midasa

0,0

Brudne podwórka wrocławskiego Trójkąta Bermudzkiego...

Chłopak, który urodził się w niewłaściwej rodzinie i człowiek, który dał mu szansę. Tylko… na co?

 

Jakub Rojalski, zabójczo przystojny pasjonat fotografii, podczas przyjęcia weselnego poznaje inspektor Karolinę Linde, szefową wydziału śledczego wrocławskiej policji. Kobieta jest sfrustrowana i przemęczona, ponieważ dochodzenie w sprawie płatnego zabójcy utknęło w martwym punkcie, tymczasem Midas uśmierca kolejne ofiary. Wbrew woli obojga jednorazowy incydent powoli zamienia się w romans, a Jakub uświadamia sobie, że nie potrafi dłużej żyć, tłumiąc w sobie wszelkie emocje. Jednocześnie w jego życiu pojawia się Anka, magister farmacji i maltretowana żona gangstera, marząca o zemście na mężu. Któregoś dnia okazuje się, że Jakub potrafi jej pomóc…

Jestem Midas.

Do widzenia. Karma to suka.

 

TA KSIĄŻKA MA DWA ALTERNATYWNE ZAKOŃCZENIA. WYBIERZ SWOJE!

 

„Piętno Midasa” stanowi doskonale wyważoną, odpowiednio zbilansowaną mieszankę emocji, pasji, napięcia i dramatyzmu. Zaskakuje nieszablonowym pomysłem na fabułę, a przy tym sprawia wrażenie historii tak bliskiej i znajomej, jakbyśmy sami byli obecni na kartach powieści. To niebanalny, szalenie intensywny romans, pełen psychologicznej głębi, okraszony ogromną dawką sensacji w najlepszym gatunku. A to wszystko podane zostało w klasycznym, przesyconym emocjami stylu pisarki.

Angelika Zdunkiewicz-Kaczor

http://www.lustrorzeczywistosci.pl

 

Niebezpieczna, fascynująca, szalenie emocjonująca i niejednoznaczna w ocenie to historia. Niełatwo będzie można o niej zapomnieć. We mnie tkwi głęboko. Myślę, że Midasa można porównać do postaci równie tragicznej, która pojawiła się w trylogii „Zakręty losu”-do Lukasa. Obu bohaterów pokochają czytelniczki i wielbicielki twórczości pisarki. Jestem tego pewna! Polecam „Piętno Midasa” zdecydowanie, bo książka ta chwyta za serce mocno i na zawsze.

Anna Grzyb

http://asymaka.blogspot.com

 

,,Piętno Midasa’’ przypomina balansowanie na krawędzi. W jednej chwili zalewa nas falą cierpienia, gniewu i ukrytej nienawiści, a za moment przepełnia wzruszeniem, radością i nadzieją na lepsze jutro. Bo świat nie jest wyłącznie czarny ani biały, a ludzie nie są jednoznaczni. Każdy skrywa jakieś tajemnice, ma jakiegoś „trupa w szafie”. Ale karma nie śpi. Prędzej czy później upomni się o swoje. Polecam! Ta książka zmąci twoje myśli, przysłoni zdrowy rozsądek i zszarga twoje nerwy. Sprawdź, czy jesteś na to gotów.

Krystyna Meszka

http://cyrysia.blogspot.com

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska - wrocławianka, pisząca książki łączące sensację z romansem, kochająca zwierzaki, Within Temptation i jeszcze kilka ostrzejszych dźwięków. Autorka książek: „Bez przebaczenia”, „Zakład o miłość”, „Szósty”, „W zapomnieniu”, „W szpilkach od Manolo”, „Obrońca nocy”, „Brudny świat”, „Skazani na ból”, "Jesteś moja dzikusko" oraz trylogii „Zakręty losu”, „Łatwopalni” i „Szukaj mnie wśród lawendy”. Laureatka konkursu na kryminalne opowiadanie z Dolnym Śląskiem w tle. Ma także na swoim koncie udział w antologiach literackich: „Książki Moja Miłość” i „31.10 Halloween po polsku” oraz „Zatrute pióra”. Tworzy w internecie stronę Czytajmy Polskich Autorów, która ma na celu propagowanie polskiej prozy, prowadzi blog z recenzjami, organizuje cykliczne konkursy, w których można wygrać książki polskich autorów.

Strona autorki: www.agnesscorpio.pl

Blog autorki: www.agnesscorpio.blogspot.com

E-mail autorki: agnieszka.loniewska@gmail.com

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakubowi – mojemu Synowi

OD AUTORKI

Przekazuję w Wasze ręce powieść, której pomysł narodził się w mojej głowie w lutym 2013 roku. Wówczas powstały pierwsze rozdziały tej historii. Potem wielokrotnie przerywałam pisanie i wracałam do tekstu, niczym do swędzącej rany, której nie można zostawić, chociaż wiadomo, że będzie bolało. Jedne historie powstają szybko, piszą się same, inne dojrzewają powoli i gnębią, przypominając, że jeśli coś się zaczęło, trzeba to skończyć.

Ta powieść to kolejna fabuła, która wyczerpała mnie emocjonalnie. Przeprowadziłam do niej pokaźny research, dziękuję moim policjantom (Dorci i Krzyśkowi) za pomoc merytoryczną, Sylwii za pomysł dotyczący dwóch alternatywnych zakończeń, a mojej córce Magdzie za świetną muzykę Meg Myers, dzięki której łatwiej mi się pisało dwa trudne epilogi.

Dziewczynom i nielicznym chłopakom z Sekty Agnes wielkie ukłony za wiarę i przekonanie, że dam radę.

Ponieważ biłam się z myślami, jak mam skończyć dwie historie – Jakuba i Midasa – za namową Sylwii przygotowałam dwa alternatywne zakończenia. Niech każdy z Was wybierze sobie to, które mu bardziej odpowiada.

Chyba nie muszę Wam pisać, które zakończenie jest mi bliższe? Tak, tak, wiem, mam zapędy szekspirowskie…

Życzę wam wielu emocji, łez, nerwów i nie przeklinajcie zbyt mocno autorki.

Bo przecież „książka musi powodować obrażenia”. Mam nadzieję, że „Piętno Midasa” spowoduje niejedno.

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Karma to suka.

Midas

ROZDZIAŁ 1

Roberta Flack „Killing me softly”

 

Strumming my pain with his fingers

Singing my life with his words

Killing me softly with his song,

Killing me softly with his songs

Telling my whole life with his words

Killing me softly with his song[1]

 

 

 

Ciemnowłosy mężczyzna idzie alejką wśród zasypanych śniegiem grobów. W zmarzniętej dłoni ściska szklany znicz. Jego twarz przypomina maskę, usta ma mocno zaciśnięte, oczy patrzą przed siebie… Można by rzec, że w człowieku tym nie ma ani grama uczuć. Że to beznamiętna kukła, w której nie tli się już nic. Jednak, gdy podchodzi do jednego z grobów, coś się zmienia. Szczęka zaciska się jeszcze bardziej, a oczy… Oczy płoną blaskiem nienawiści, okrucieństwa i bezkresnego żalu. Ciemnowłosy pochyla się nad nagrobkiem, gładzi wyryty w granicie napis.

 

ONA.

ON.

 

Mężczyzna zapala znicz i stawia na nagrobku. Patrzy na pokrytą świeżym śniegiem płytę. I już nie wiadomo, czy to padający śnieg osadza się na jego pokrytych ciemnym zarostem policzkach i zamienia w przeźroczyste krople, czy z rozpalonych niebieskich oczu mężczyzny lecą łzy. Który teraz dopiero… przypomina żywą istotę. Człowieka, który wie, co znaczy cierpieć. I nienawidzić. I kochać.

Kontakt odebrałem tak jak zwykle. Kupiłem wtorkową „Gazetę Codzienną”. Tam, w dziale ogłoszeń drobnych, zamieszczona była informacja: Sprzedawca poszukiwany. Praca dwuzmianowa. Zadzwoń: 54585266. Wyciągnąłem jedną z kart prepaid, w które wcześniej się zaopatrzyłem, i wybrałem podany w ogłoszeniu numer. Usłyszałem krótką informację, zapamiętałem ją bez zapisywania. Zawsze bazowałem na mojej pamięci. To, co zapamiętane, istniało tylko w mojej głowie, nie miało szans wydostać się na zewnątrz i wpaść w niepowołane ręce.

Przygotowania nie zajęły mi dużo czasu. Zlecenie było banalne. Brat jednego ważniaka, od którego zależało, którędy pójdzie nitka autostrady. Nie interesowały mnie pobudki, liczyła się tylko terminowa wpłata. Gdy połowa wynagrodzenia znalazła się na moim koncie, wysłałem krótkiego SMS-a o nader wymownej treści: „Jutro”. Minimum przekazu to podstawa. To nie czas i miejsce na nadmierną retorykę. Wówczas otrzymałem resztę należności. Kolejna zasada: bierz kasę przed odpałem.

Nazajutrz zjadłem lekkie śniadanie, nie należało nadwerężać żołądka przed wykonaniem zadania, lepiej nie zostawiać po sobie jakichkolwiek śladów DNA.

Szczegółowo zaplanowałem każdy krok. Wiedziałem, co zrobię w kolejnych minutach najbliższej godziny. Mój cel miał w miarę dokładnie opracowany harmonogram dni tygodnia, dzisiaj biegał wzdłuż Odry. Nie było tutaj zbyt wielu spacerowiczów, gęsto padający śnieg skutecznie odstręczał od spacerów w pobliżu zamarzniętej rzeki. Poza tym o tej porze porządni obywatele pracowali, emeryci przesiadywali w przychodniach, dzieci były w szkołach, a młodzież włóczyła się po centrach handlowych. Zresztą nic nie pozostawiłem przypadkowi, odpowiednio wcześniej przeprowadziłem research, wszystko dokładnie sprawdziłem.

Tak więc byliśmy tylko my dwaj. Ja i on. W oddali dostrzegłem samotną postać z psem na smyczy, ale widoczność była zbyt mała, aby ktokolwiek mógł coś więcej powiedzieć na temat wyglądu dwóch mężczyzn biegnących naprzeciwko siebie. Gdy już zbliżałem się do niego, złapałem za pistolet ukryty pod termoaktywną bluzą.

– Andrzej Milewicz? – spytałem cicho, ale na tyle głośno, aby mnie usłyszał. Zerwał słuchawkę od ipoda z ucha i popatrzył na mnie zaniepokojony.

– Słucham?

– Andrzej Milewicz? – powtórzyłem cierpliwie.

– Znamy się?

– Jestem Midas. Teraz się znamy. Do widzenia.

Dwa strzały w głowę, jeden w serce. Tłumik wydał lekkie pyknięcia, czarne wrony okupujące pobliskie drzewo pozbawione liści nawet nie zareagowały. Objąłem szybkim spojrzeniem okolicę, postaci z psem już nie było. Cisza, spokój, słyszałem tylko miarowe bicie mojego serca. Schowałem broń i pobiegłem w dół, w stronę pobliskiego parku. Kolejny dzień pracy za mną. Teraz miałem trochę wolnego. Ile? Tego nie wiedziałem nigdy.

Jakub odebrał kolejne odbitki, których wywołanie zlecił w ulubionym zakładzie fotograficznym. Nie lubił sieciówek w centrach handlowych. Nad każdym zdjęciem spędzał odpowiednio dużo czasu, zbyt dużo, aby potem powierzyć taką wypieszczoną fotografię jakiemuś bedusznemu automatowi.

Pan Stefan prowadził zakład fotograficzny od czterdziestu lat. Tylko on potrafił każdemu ujęciu oddać trochę duszy i zostawić ślad minionej epoki. Jakub od lat zlecał mu wywoływanie swoich negatywów i nigdy się nie zawiódł.

Fotografowanie było jego pasją. Właściwie nie samo robienie zdjęć, ale zwiedzanie zamków, pałaców i ich uwiecznianie. Potem umieszczanie w specjalnie opisanych albumach, których miał już około dwudziestu. Wieczorami włączał płytę z cudownym głosem Roberty Flack, do szklanki z ciosanego szkła nalewał chivasa i oglądał fotografie – znaki miejsc, które odwiedził, w których czuł się swobodnie i choć przez chwilę mógł być sobą.

Jakub Rojalski dawno temu sięgnął dna. Własnej duszy, człowieczeństwa, pragnień, odczuć. Od tamtej pory na nowo budował swoje życie, pielęgnując każdą chwilę, każdy moment, kiedy zastanawiał się nad tym, czy będzie jeszcze potrafił odciąć się od przeszłości. Lecz podświadomie wiedział, że to właśnie przeszłość zadecydowała o jego obecnym życiu, o losie, przeznaczeniu. Jasne, sam był kreatorem tego ostatniego, ale to przeszłość zaprojektowała jego przyszłość. Pogodził się z tym, lecz nie z wydarzeniami sprzed lat. One tkwiły w nim głęboko, codziennie zaznaczając swoją obecność. Bo czasami zdarzy się coś, o czym niełatwo zapomnieć, ba! czego zapomnieć się nie da, nie można tego zrobić, jest to niemożliwe. Teraz Jakub miał czterdzieści trzy lata, od dwudziestu był sam, a jednak ciągle coś mu towarzyszyło. Widmo przeszłości? Na pewno też. Lecz także przeświadczenie, że to jeszcze nie koniec. Tak jakby tkwił w oczekiwaniu na coś potężnego, co miało dopiero nastąpić.

Musiał mieć taką nadzieję, bo bez tego mógłby już zakończyć swoje życie. Bo po co dalej męczyć się na tym łez padole? – jakby powiedziała pani Janina, sąsiadka z parteru.

Odkąd tu zamieszkał, czyli od jakichś pięciu lat, przyjaźnił się z tą starszą panią. Gdy wrócił do kraju, przyjechał do miasta, w którym się urodził i w którym wszystko się zaczęło. Ponieważ był w nim ktoś, względem kogo Jakub czuł się ciągle zobowiązany.

Zamieszkał na Sołtysowicach, w zwykłym czteropiętrowym bloku, i od razu znalazł wspólny język z Janiną. Była samotna, tak samo jak on. Miała wprawdzie córkę, ale ta wyjechała do USA i przyjeżdżała raz na pięć lat. Czyli tak, jakby wcale, biorąc pod uwagę, że jej matka kończyła wkrótce siedemdziesiąt lat. Dla człowieka w tym wieku tydzień to jakby dekada. Jakub pomagał Janinie, spędzali razem święta i byli sobie bardzo bliscy. Sam bardzo wcześnie stracił matkę, o ojcu nawet nie wspominał. Sąsiadka dawała mu namiastkę rodziny, której przecież nigdy nie miał. Tak naprawdę zawsze był sam. Kiedyś… dawno temu… Nie, to nie czas na takie wspomnienia.

Dzisiaj obiecał zawieźć starszą panią do lekarza, ostatnio narzekała na kolana, ciężko jej było nawet schodzić po schodach. Dlatego zaproponował podwiezienie. I tak na popołudnie niczego nie planował.

Gdy wracali od lekarza, podjechali jeszcze do Biedronki i Kuba zrobił tam dla sąsiadki zakupy.

– Jakubie, dziękuję ci. Jesteś bardzo dobrym człowiekiem. – Pani Janina zawsze zwracała się do niego pełnym imieniem.

Jego twarz czasami zasępiała się, przybierała taki twardy, nieprzystępny wyraz, że nie potrafiła do niego mówić zdrobniale. A przecież znała go już tak długo. Wiedziała, że pracuje w domu, że zajmuje się fotografią, nie sądziła, aby dużo na takich zleceniach zarabiał, ale nie wyglądało, że czegoś mu brakuje. Często zastanawiała się, dlaczego tak przystojny i inteligentny mężczyzna jest sam. Kiedyś nawet próbowała go o to zapytać, ale zgrabnie zmienił temat i już nigdy nie ponowiła tej próby. Coś lub ktoś skrzywdził go dawno temu albo był inny powód, ale Janina wolała nie pytać, aby nie uznał ją za wścibską starą babę. Zależało jej na przyjaźni z tym często milczącym sąsiadem i tylko przed sobą przyznawała się, że traktuje go jak syna.

– Na kiedy masz termin tych zabiegów? – spytał Jakub, ruszając ze sklepowego parkingu.

– W przyszłym miesiącu. I tak udało się w miarę szybko, bo ktoś zrezygnował… – Starsza pani westchnęła.

– Powiedziałem ci, że zapłacę za prywatne zabiegi. Miałabyś je już jutro.

– Jakubie, a z czego bym ci oddała?

– Nie musisz mi oddawać.

– Na to nigdy nie pozwolę! – Janina energicznie pokręciła głową. – Zresztą tobie też się nie przelewa. Poczekam ten miesiąc, nie umrę. – Uśmiechnęła się.

– Nie waż się – mruknął Jakub, parkując nieopodal ich czteropiętrowego bloku. Dostrzegł ciężarówkę z napisem „Przeprowadzki”.

– To do nas? – Starsza pani patrzyła zaciekawiona.

– Na to wygląda.

Gdy podeszli bliżej, zobaczyli pracowników w kombinezonach wnoszących meble na piętro. Jakub odprowadził sąsiadkę do mieszkania i poszedł na górę. Na jego piętrze drzwi naprzeciwko stały otworem i wszystko wskazywało na to, że będzie miał nowych sąsiadów. Pomyślał, że nawet nie zauważył, że ktoś się stamtąd wyprowadził. Faktycznie, długo nikogo nie widział, ale że nigdy – albo prawie nigdy – nie interesowało go życie innych, nie zwracał na to większej uwagi.

Nagle doszedł do niego męski krzyk:

– Uważaj, kurwa!

Za chwilę usłyszał odgłos tłuczonego szkła, a chwilę potem trzask, jaki wydaje policzek w zderzeniu z dłonią. Gdy otwierał drzwi, dostrzegł zwalistego łysego mężczyznę, podciągającego opadające spodnie, wiszące pod opasłym brzuchem, i szczupłą blondynkę, która z zaczerwienioną twarzą przemierzała pośpiesznie przedpokój, trzymając w rękach szufelkę i zmiotkę. Przez ułamek sekundy ich spojrzenia się skrzyżowały i to, co Jakub ujrzał w jej wzroku, sprawiło, że czym prędzej otworzył drzwi i zniknął w czeluściach swojego mieszkania.

– Niedobrze, bardzo niedobrze – szepnął, a dłonie zacisnął w pięści tak mocno, iż miał wrażenie, że zaraz popękają mu knykcie.

W nocy długo nie mógł zasnąć, a gdy w końcu to zrobił… znowu miał ten sen, co zwykle.

Mężczyzna wybiega z odrapanej bramy, pomalowanej czerwoną farbą w sprayu.

 

HWDP.

Tylko Śląsk.

Bura ciągnie.

Jebać czarnych!

 

Nie zwraca uwagi na chcących go przywitać dresiarzy, których zna od dziecka. Biegnie. Wie, że musi zdążyć. Nie może pozwolić, aby oni tam wsiedli. Gdy przemierza podwórko, gdy już dostrzega wylot na ulicę, dobiega go odgłos odpalanego silnika. I kiedy zdyszany wbiega na ulicę, podmuch wybuchu jest tak silny, że pęd powietrza wbija go z powrotem w ciemną czeluść tunelu prowadzącego do podwórka-studni, z którego właśnie wybiegł. Przewraca się, czuje uderzenie w lewe biodro, nie zdaje sobie sprawy, że wbił mu się tam kawałek metalu. Z niczego nie zdaje sobie sprawy. Wie tylko, że… jego życie właśnie się skończyło.

Przez długi czas nie widział nowych sąsiadów. Zdążył się zorientować, że para mieszka sama, nie dostrzegł ani dzieci, ani innych osób wychodzących z mieszkania. Facet miał chyba swój własny biznes, często wychodził o dziwnych godzinach, jeździł czarną beemką, często też pojawiał się z podejrzanie wyglądającymi typkami, którzy mieli na twarzy wypisane wiele, ale na pewno nie inteligencję. Za to ta kobieta… Zupełnie nie rozumiał, co taka dziewczyna robiła z takim mężczyzną. Często słyszał krzyki. Najczęściej wieczorami, kiedy wszyscy w bloku zasiadali przed swoimi telewizorami, śledząc losy bohaterów seriali, w których wszystko było takie proste, oczywiste i przewidywalne. I wówczas się zaczynało. Jakieś stuki, szurania i krzyki. Słyszał tylko jego. Jak grubym głosem, często zachrypniętym wyzywał ją.

 

Ty głupia szmato!

Chodź tutaj!

A co ja ci, kurwa, kazałem?

 

Potem rozlegały się trzaski, jakby ktoś czymś rzucał, po czym zalegała cisza. Kiedyś, siedząc w łazience, usłyszał cichy szloch. Jego łazienka sąsiadowała z tym samym pomieszczeniem w mieszkaniu naprzeciwko. Domyślał się, że ten spaślak urządza sobie prywatny sparing z własną kobietą. Czy żoną. Nieistotne. Jakub nie chciał się tym przejmować. Nie chciał o tym myśleć. I był zły, tak cholernie zły, że ci ludzie się tutaj sprowadzili. A jednocześnie… miał ochotę zrobić coś, na co absolutnie nie mógł sobie pozwolić. Bo przeżył wiele, widział jeszcze więcej, ale nigdy w życiu nie podniósł dłoni na kobietę. Nigdy. Ani w tym życiu, ani… w tamtym.

A teraz po raz pierwszy w swojej nowej egzystencji miał ochotę złamać wszelkie zasady, którymi się kierował, i w sposób oczywisty przekazać swojemu nowemu sąsiadowi, co myśli o gównianych damskich bokserach. Lecz wiedział, że w żadnym wypadku nie będzie mógł tego zrobić. To byłoby nie tylko złamaniem zasad, których przestrzegał z pedantyczną dokładnością. To mogłoby po prostu stać się bardzo… niebezpieczne. Dlatego, gdy grubas z naprzeciwka zaczynał rzucać Anką (Anka, kurwa, piwo miałaś kupić!) po ścianach, Jakub wyciągał ipoda, zakładał słuchawki na uszy i włączał muzykę Hansa Zimmera, starając się nie myśleć o tym, co działo się za ścianą.

Inspektor Karolina Linde skończyła odprawę swojego zespołu, teraz huśtała się swoim zwyczajem na skrzypiącym krześle i oglądała zdjęcia z ostatniego morderstwa. Ofiarą padł niejaki Andrzej Milewicz, biznesmen, a także brat jednego z ministrów. Dlatego tej sprawie nadano najwyższy priorytet.

– Komendant urwie nam dupy, jeśli mu czegoś nie damy. Bo jego dupa też jest zagrożona – powiedziała, patrząc na swoich ludzi.

– Przecież wiadomo, dlaczego go odpalili. – Komisarz Rafał Czarnowski siedział przy biurku i wpatrywał się w swoją szefową. – Nie liczmy na jakiekolwiek ślady. Jeśli to był Midas, możemy zapomnieć o karabinach.

– Tego jeszcze nie wiemy – mruknęła Karolina, czując narastającą irytację.

– Stary się boi, że go wyślą na jakąś zasraną prowincję… – Andrzej Czarnowski nie odrywał wzroku od komputera, na którym pisał raport z ostatniej sprawy.

Był starszym bratem Rafała, pracowali w Policji od piętnastu lat, a od pięciu byli w jednej sekcji. Pod inspektor Linde. A Rafał to nawet w pełnym tego słowa znaczeniu.

– Nie gdybajcie, tylko bierzcie się do roboty – warknęła Linde, rzucając na biurko młodszego Czarnowskiego raport z sekcji. – Nie mamy czasu. Jadę do domu, jutro od rana widzę was w firmie!

– Odwieźć cię? – Rafał zerwał się jak oparzony.

– Nie.

– Karola, daj spokój – powiedział cicho, zerkając na brata, który udawał, że jest bardzo zajęty czymś w swoim komputerze.

– Powiedziałam: nie. – Karolina złapała torebkę i skórzaną kurtkę, po czym ruszyła w stronę drzwi.

Rafał siedział przez chwilę nieruchomo, nagle zerwał się, zgarnął z biurka raport i wybiegł za ciemnowłosą kobietą.

Andrzej przez chwilę wpatrywał się w drzwi. Westchnął, pokręcił głową i odchylił się na krześle, obserwując parking przed firmą. No tak. Mógł się tego spodziewać. Rafał biegł za Karoliną, wyprzedził ją, szedł tyłem, coś do niej mówiąc i śmiejąc się tym swoim zawadiackim uśmiechem. Chyba musiał powiedzieć coś naprawdę zabawnego, bo ich szefowa w końcu odrzuciła głowę do tyłu i wybuchnęła głośnym śmiechem. Wówczas Rafał objął ją i poprowadził w stronę swojego auta. Tak… Andrzej zamyślił się. Jego młodszy brat miał świetne poczucie humoru. Babki to uwielbiały. Szalały za tym. Tak samo jak Iwona. Żona Rafała.


[1] Brzdąkając palcami, uderzał w mój ból.

Śpiewając o moim życiu jego słowami.

Zabijając mnie powoli swoją piosenką.

Zabijając mnie powoli swoją piosenką.

Opowiadał całe moje życie

Własnymi słowami.

Zabijając mnie powoli swoją piosenką.

 

Roberta Flack, album Killing me softly”, 1973 r.

ROZDZIAŁ 2

Varius Manx „Zabij mnie”

 

W powietrzu zawisł mętny mrok.

Zamyślam się po samo dno,

A żadna myśl nie cieszy mnie,

Znów czarno-biało robi się.

Tęsknota to jest takie zło,

Co atakuje z czterech stron,

Zabiera wszystko to, co mam,

Nie daje szans[1].

 

 

 

Jakub wracał z obiadu, na który raz w miesiącu jeździł do ulubionej restauracji w rynku. Najczęściej jadał w domu, czasami u Janiny, ale raz w miesiącu stołował się w tej właśnie knajpie. Obiad tam był nie tylko ważnym posiłkiem, stanowił także swego rodzaju obrządek, któremu musiał się poddać.

Dziś ponownie spotykał się z pewnym mężczyzną, którego przez wiele lat nie miał okazji zobaczyć na własne oczy. Wcześniej tylko o nim słyszał, jedynie dostawał od niego informacje, pomimo że pracował dla niego od momentu, gdy skończył piętnaście lat. Jeśli te początki można nazwać pracą. Raczej się uczył, pod jego opieką, skrzydłami. Grabarz był jego mentorem, jego wskazówką, pytaniem i odpowiedzią na wszystko, co trapiło młodego, skażonego przez świat i ludzi chłopca. Jednak zanim dopuszczono go przed jego oblicze, upłynęło trochę czasu. Wcześniej spotykał się tylko z jego współpracownikiem, prawą ręką, o zupełnie nieadekwatnej ksywce Wolny. Bo wcale wolny nie był. Teraz dla obu mężczyzn comiesięczne spotkania były formą nie tylko współpracy, ale także znakiem najwyższego zaufania i przyjaźni. Czasami nie mówili nic, tylko jedli w milczeniu, innym razem rozmawiali na neutralne tematy, nigdy nie poruszając niczego, co mogłoby kogokolwiek zaniepokoić. Bądź zostawić jakiś ślad. Tego należało się wystrzegać. Zostawianie śladów było bardzo… było złe. Jakub o tym wiedział i nigdy nie pozwalał sobie na fuszerkę. Poza tym Grabarz był dla niego ojcem. Prawdziwym. Jedynym.

Po obiedzie pojechał prosto do osiedlowej apteki, bo Janina prosiła go, aby wykupił jej leki. Oczywiście dała mu pieniądze, on jak zwykle się wzbraniał, ale starsza pani nawet nie chciała słyszeć o jakiejkolwiek darowiźnie. Jakub pomagał jej w inny sposób. To wykupił jakieś witaminy, to syrop, tłumacząc potem, że w aptece była promocja i wszystko kosztowało jedynie złotówkę. Czasami Janina dawała się nabrać, a czasami… obydwoje wiedzieli, jak jest naprawdę, ale w końcu kobieta zgadzała się na takie… dodatkowe zakupy.

Gdy tylko wszedł do apteki, miał wrażenie, że ktoś mu się przypatruje. Stanął w ogonku, starannie obserwując wszystkich kolejkowiczów. Nie dostrzegł nikogo podejrzanego – dwóch emerytów, młody chłopak i matka z dzieckiem. Jednak gdy zbliżył się do kasy, już wiedział, skąd to dziwne uczucie, które nie opuszczało go od momentu wejścia do pomieszczenia. Gdy znalazł się na wysokości okienka, rzucił okiem na plakietkę na jej fartuchu. Anna Szymańska. Magister farmacji.

Teraz… już nic z tego nie rozumiał. Podał receptę, patrząc na twarz swojej nowej sąsiadki. Dostrzegł umiejętnie zapudrowany siniak na brodzie. Zbyt wiele w życiu widział, aby nie poznać efektów mocnego strzału w szczękę. Zacisnął dłonie w pięści i nie spuszczał wzroku ze szczupłej postaci, która teraz starała się unikać kontaktu wzrokowego. Podała mu leki, zapisała dawkowanie i wówczas dopiero spojrzała na niego.

Boże…

Miała takie piękne i smutne oczy. Niebieskie, wręcz lazurowe. I przepełnione bezbrzeżnym smutkiem, żalem, który wylewał się z tych cudownych tęczówek, który zdawał się dotykać najczulszych strun w jego sercu, co przecież było zupełnie nierealne. A jednak się zdarzyło i teraz zupełnie nie wiedział, co ma dalej robić i jak to sobie wytłumaczyć. Zapłacił, zgarnął resztę, wymamrotał pożegnanie i poszedł do samochodu. Tam uruchomił silnik i siedział w ciszy, wpatrując się w szczupłą postać w aptece, która obsługiwała kolejnych klientów. Jak to możliwe, żeby taka kobieta była z takim sadystycznym gnojem? Jasny gwint! Co go to w ogóle obchodziło? Nie mogło go to obchodzić! Nie miało prawa! Miał czterdzieści trzy lata. Od dwudziestu był sam. Nie licząc krótkich spotkań z kobietami dla zachowania zdrowia fizycznego. Nawet nie wiedziały, z kim sypiały. Zawsze znikał bezszelestnie, płacąc z nawiązką. Nie lubił zostawiać niedokończonych spraw i tak samo nie chciał robić sobie niepotrzebnych wrogów. A teraz… Och, Boże… Pojawił się ten opasły gnój i jedyne, na co miał ochotę, to wyciągnąć swojego smitha&wessona i odstrzelić mu ten pierdolony łeb.

Anna wracała do domu, gdy było już po dwudziestej drugiej. Aptekę zamykała o dwudziestej, ale zanim wszystko rozliczyła, sprawdziła, zrobiła konspekt zamówień na następny dzień, zostawiając wszystko w sejfie dla szefowej, zrobiło się późno. Zresztą nie śpieszyła się do domu. Do domu! Jak to brzmiało! Do tego mieszkania, tak, już lepiej. Nie mogła zrozumieć, jak dała się wmanewrować w taki układ. Chory układ bez przyszłości.

Mariusza poznała, gdy miała szesnaście lat. Cztery lata starszy, wysoki, dobrze zbudowany, już wtedy miał samochód, szastał forsą. Ona mieszkała w dwóch pokojach z rodzicami i trzema braćmi. Ojciec pił, matka pracowała w szpitalu jako położna. Żyli z tego, co zarobiła w szpitalu i z lewizny, którą dostawała za obecność i opiekę nad rodzącą. Bracia dość szybko się usamodzielnili, to znaczy zaczęli ostro mieszać na dzielni, jak to nazywali. Gdy Wojtek przyprowadził kumpla, wiedziała, że to będzie jej pierwszy facet. I był. Straciła z nim dziewictwo niedługo przed siedemnastymi urodzinami na tylnym siedzeniu jego czarnej audicy.

Wojtek coraz mocniej wchodził w złudny świat nielegalnych interesów i szybkiej kasy. Młodszy się zaćpał. Ojciec nadal chlał na umór i któregoś letniego wieczoru próbował zadusić matkę. Potem uciekł i rzucił się pod pociąg. Wówczas Mariusz był przy niej, chociaż już wtedy musiała uważać na jego zbyt szybkie ręce. Łatwo wpadał w złość i w takich chwilach wolała schodzić mu z drogi.

Gdy zdała maturę, oświadczył się. Nie wiedziała… naprawdę nie wiedziała, co robić. Chyba go nie kochała. Ale chciała normalnego życia, chciała studiować. A on miał kasę. Naprawdę dużo kasy. Otworzył wówczas dwa warsztaty samochodowe, potem hurtownię opon. A także stację kontroli pojazdów. Miał łeb do interesów. Poza tym znał odpowiednich ludzi i podejrzewała, że wielu jego kumpli miało już niejedno na sumieniu. Ale ciągle się zastanawiała. Wówczas przyjechał do jej matki, powiedział, że opłaci jej studia, że ma małe mieszkanie, że ją kocha i będzie się nią opiekował. Matka błagała ją, aby przyjęła te oświadczyny. „Nie masz czego szukać. On ci da przyszłość, zabezpieczy cię finansowo. Sama wiesz, jak jest” – przekonywała.

Wiedziała… Dostała się na farmację i w grudniu tego samego roku wyszła za mąż za Mariusza. Uczyła się, była nawet przez moment szczęśliwa. Ale na trzecim roku zaszła w ciążę. Nie cieszył się, był wściekły. A gdy poroniła, kupił jej złotą bransoletkę. „Nie czas teraz na bachora, zrobimy sobie drugiego, nie rycz!” – przywołał ją do porządku.

Za to ona modliła się, aby okres studiów minął jak najszybciej, chciała wówczas go zostawić, wyjechać gdzieś, wiedziała, że znajdzie sobie pracę. Wierzyła, że sobie poradzi. I wtedy… jej brat, Wojtek, którego naprawdę kochała… wziął udział w napadzie na konwój. Zastrzelił strażnika. Złapali go, nie chciał wsypać mocodawców, został skazany na piętnaście lat więzienia.

Gdy oznajmiła Mariuszowi, że chce rozwodu, ten najpierw uświadomił ją, że to dzięki jego kontaktom i pieniądzom jej braciszek jeszcze dycha, a potem pobił ją tak, że przez miesiąc leżała w domu, leczona przez lekarza, którego przyprowadził małżonek. Lekarza, który brał takie pieniądze za domowe wizyty, że przez głowę mu nie przeszło, aby gdziekolwiek zgłaszać przemoc domową.

Od tej pory wiedziała, że pieniądze to władza, moc. Szanowała je, oszczędzała, ukrywała przez Mariuszem, mając nadzieję, że kiedyś nadejdzie ten moment, kiedy Wojtek zakończy swoją karę i ona wówczas będzie mogła uwolnić się od swojego oprawcy, zabrać torebkę, oszczędności i zniknąć z miasta. Uciec. W końcu zacząć żyć.

Jednak od momentu, gdy Mariusz kupił większe mieszkanie w tym starym bloku, od chwili, gdy ujrzała tego mężczyznę w mieszkaniu naprzeciwko… coś się zmieniło. A dzisiaj zobaczyła go w aptece. Najpierw poczuła olbrzymią radość, szczerą i prostą, taką, jakiej nie czuła od lat. Jakby nagle zaświeciło słońce, inaczej nie potrafiła nazwać tego, co działo się w jej głowie, gdy tylko go widziała. Coś było w tym mężczyźnie, nie potrafiła tego określić, zrozumieć, ale czuła, że przy nim mogłaby być bezpieczna, chociaż przez chwilę, przez małą chwilę poczuć tę swobodę, odetchnąć pełną piersią i na sekundę przestać się bać. Gdy na nią spojrzał, dostrzegła w jego wzroku nieme pytanie. Bardzo się speszyła. Było jej wstyd. Wiedziała, o co chciał zapytać. Domyślała się, że niejednokrotnie słyszał, jak płakała ukradkiem w łazience. Może nawet słyszał, jak Mariusz rzucał nią, jak ją bił, może nawet jak gwałcił?

Nie mogła o tym myśleć. Wytarła płynące po policzku łzy i weszła do bramy. Widziała, że czarne auto męża stoi zaparkowane na miejscu dla niepełnosprawnych. Miała nadzieję, że dzisiaj uda się jej w spokoju zjeść późną kolację i położyć do łóżka.

Jakub rozłożył nowe fotografie zamku Książ, które zrobił w ubiegłym tygodniu. Starannie wklejał je do albumu, opisywał, umieszczał daty. W mieszkaniu było cicho, grała tylko delikatna muzyka. Wtem z klatki schodowej doszedł go jakiś hałas. Domyślił się, że to do nowych sąsiadów, a raczej sąsiada, przyjechali koledzy. Typowe karki, stali bywalcy siłowni, których mózgi raczej nie skalały się myśleniem. Ten facet, Mariusz (słyszał, jak koledzy wołali: Mario, kurwa, czekamy na ciebie!) nie wyglądał na takiego debila, raczej był typem cwaniaczka, przekonanego, że wszyscy są idiotami, a on został stworzony do wyższych celów.

Nagle usłyszał płacz. Drgnął, siłą trzymając się blatu, aby nie pobiec, aby nie widzieć, aby…

– Gości mamy! Po co ci te studia były, jak jesteś taka głupia!

Drzwi trzasnęły i teraz dobiegały go tylko stłumione głosy, śmiech, za chwilę rozległa się muzyka, której dudnienie było słychać chyba w całym bloku.

Jakub zamknął oczy i próbował usunąć sprzed nich obraz kobiety o niebieskim spojrzeniu, które pałało żalem i wstydem, i czymś jeszcze, czego nie chciał zdefiniować.

– To nie twoja sprawa – wycedził przez zęby, założył słuchawki od iPoda i zamknął się w swoim świecie, do którego nie zamierzał nikogo wpuścić.

Kolejne zlecenie wymagało ode mnie kilkudniowego wyjazdu na drugi koniec Polski. Nie lubiłem tego, byłem raczej domatorem, który najchętniej uprawiałby home office. No tak, ale nie w każdej profesji jest to możliwe. W mojej na pewno nie. Z drugiej strony zawsze lubiłem Mazury. Gdy przez krótki czas mieszkałem w Warszawie, często ze znajomymi jeździliśmy na weekendy do Mikołajek i balowaliśmy za nasz łatwy szmal.

Znajomi. O tak, miałem ich kilku. Przyjaciele? Nie, tych nie posiadałem. To było jeszcze zanim… zanim się zakochałem. Skąd w ogóle te myśli? Przecież starałem się trzymać wspomnienia głęboko ukryte i nie dopuszczać do wycieczek w przeszłość. Rozpamiętywanie przeszłości mogło mi tylko zaszkodzić, musiałem być skupiony. Zdarzyło się i koniec.

Tak więc zlecenie należało raczej do prostszych. Właściciel hurtowni mięsnej trochę podpadł Litwińcom. Jakieś nieoddane długi, jakiś przegrany przetarg, za wygranie którego wziął w łapę. Co mnie to obchodziło w sumie? Niestety, miałem głupi nawyk sprawdzania zasadności zlecenia. Pomagał mi w tym kolejny znajomy z Gdańska, z którym łączyło mnie coś na kształt ograniczonego zaufania. W tej branży nie było miejsca na bezkresną przyjaźń i równie głębokie zaufanie. Ja o tym wiedziałem, on też, i może dlatego działaliśmy razem tak długo.

Na Mazury przyjechałem po części przygotowany. Mój kumpel miał naprawdę szerokie kontakty, nie, inaczej, on po prostu miał nieograniczone możliwości. Część tak zwanego rozpoznania robiłem sam, ale często mi pomagał, załatwiając tym samym połowę zadania i znacznie skracając czas wykonania zlecenia. Oczywiście, nie robił tego z sympatii do mnie. Dostawał grzeczną prośbę o przyśpieszenie i wówczas zajmował się zbieraniem danych, abym mógł praktycznie w ciągu jednego dnia wszystko załatwić.

Dzisiaj wieczorem mój cel miał imprezę z okazji osiemnastych urodzin córki. Przygotował dla niej party w klubie. Wiedziałem, że rodzice planowali bawić się do około dwudziestej, potem młodzież miała zostać sama, a facet i jego żona chcieli wyjechać do domku nad jeziorem. Postanowiłem tam na nich, a właściwie na niego, zaczekać.

Tym razem musiałem działać w ukryciu. Wolałbym, aby pani hurtowniczka nie zobaczyła mojej twarzy, bo zlecenie miałem tylko na jedną osobę, a bardzo nie lubiłem wątków pobocznych. Liczyłem się też z tym, że koleś zdaje sobie sprawę z kłopotów, jakie na niego spadły w związku z sąsiadami zza wschodniej granicy. Dlatego domyślałem się, że przyjedzie z gorylem, o którym wiedziałem wszystko. Ale miałem także informację, że goryl sprawdzi, czy domek jest bezpieczny, i zostawi swojego pracodawcę. Potem będzie się tłumaczył, że ktoś do niego zadzwonił i kazał mu jechać skontrolować, co się dzieje w klubie. O tym też wiedziałem.

Faktycznie, przyjechali we trójkę. Ochroniarz sprawdził wszystko, tak jak miał przykazane, i gdy gruby facet oraz jego ładna żona weszli do środka, bezkarkowiec posiedział jeszcze chwilę w samochodzie i po jakichś piętnastu minutach cicho odjechał. Mimo braku szyi nie był takim idiotą, na jakiego wyglądał, i wiedział, że jak nie on, to inny, a głowę ma się jedną.

Założyłem kominiarkę i wszedłem do środka od strony kuchni. Oczywiście byłem tu wcześniej, rano, sprawdziłem rozkład pomieszczeń. Wprawdzie miałem plan domku, ale zawsze trzeba było się liczyć z przebudową, przemeblowaniem… Wolałem sprawdzić, niż potem natknąć się na zamurowane drzwi albo ścianę w miejscu, gdzie na planie widniało wejście do któregoś z pokoi.

Przeszedłem przez kuchnię, widziałem poświatę telewizora dochodzącą z salonu. Wyciągnąłem broń, przykręciłem tłumik. Zawsze nosiłem buty na gumowej podeszwie, żeby poruszać się bezszelestnie. Całe szczęście podłoga była wyłożona grubą wykładziną, więc nie obawiałem się skrzypiących desek i innych tego typu niespodzianek. Mój cel siedział na niskiej sofie, pstrykał pilotem i pił koniak. Jego żony nie było, po odgłosach dobiegających z łazienki domyśliłem się, że brała prysznic.

– Jan Kaliciak?

Mężczyzna drgnął przestraszony, z dłoni wyleciał mu kieliszek, a brunatny płyn wyciekł na jasną miękką wykładzinę.

– Co… – Broda mu się trzęsła, a na spodniach wykwitła ciemna plama.

– Jan Kaliciak? – powtórzyłem cierpliwie.

– Ttak… Ale, poczekaj, dogadajmy się, błagam… – Trząsł się jak galareta, upadł przede mną na kolana, wszystko w nim się trzęsło, drżało. Poczułem niesmak.

– Jestem Midas. Do widzenia.

Trzy strzały były cichsze niż odkorkowanie butelki szampana. Gdy wychodziłem, dostrzegłem, że w wejściu do salonu stoi żona hurtownika. Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się skrzyżowały. Już w drodze do Wrocławia zastanawiałem się, czy dobrze odczytałem to, co ujrzałem w jej oczach. Ten świat był jednak strasznie porąbany… Tak, ona patrzyła na mnie… z wdzięcznością.

Karolina leżała w łóżku i spoglądała na śpiącego obok mężczyznę. Ciemne włosy lekko zakręcały mu się na końcach, co sprawiało, że twarz miała nieco młodzieńczy wygląd. W ogóle sprawiał wrażenie takiego wiecznego chłopca, przypominał jej trochę Hugh Granta, który w dodatku miał jeszcze spojrzenie zagubionego szczeniaczka. Rafał za to patrzył zawsze radośnie, nieco psotnie, i to chyba sprawiło, że tak łatwo uległa jego urokowi.

Ich romans trwał od półtora roku, sama nie wiedziała, jak dała się wmanewrować w coś takiego. Miał żonę, pięcioletnią córkę, widziała ich kiedyś, cholera, normalna rodzina. Żona, Iwona, była malarką, artystyczną duszą. Ubierała się z fantazją, miała długie rude włosy, nosiła szerokie, malowane ręcznie chusty. Tak bardzo różniła się od niej, Karoliny, która ceniła minimalizm. Jasne, krótkie włosy, szczupła i wysportowana sylwetka, długie nogi. Całkowite przeciwieństwo pani Czarnowskiej. Może dlatego Rafał zwrócił na nią uwagę?

Czasami, gdy zostawała sama, zastanawiała się nad tym, rozmyślała, analizowała. A może wcale nie kierował się niczym innym, tylko wygodą? Miał w końcu dwie kobiety. Które go kochały, zaspokajały, wielbiły. Mój Boże. Była taka głupia.

– Nie patrz tak na mnie, bo uduszę się we śnie! – Rafał rozciągnął swoje długie ciało i uśmiechnął się szeroko.

– Tak się zamyśliłam…

– A o czym?

– O nas.

Widziała, że się spiął. Na moment. Za chwilę znowu patrzył na nią spojrzeniem niegrzecznego chłopca.

– Widzę, że muszę zająć się tymi myślami. Za chwilę – pochylił się i zaczął ssać jej sutek – zaczniesz myśleć o czymś innym. Karola…


[1] Varius Manx, album „Elf”, 1995 r.

Piętno Midasa

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-212-1

 

© Agnieszka Lingas-Łoniewska i Wydawnictwo Novae Res 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Anna Gajda

KOREKTA: Monika Pruska

OKŁADKA: Katarzyna Gołąb

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

WYDAWNICTWO NOVAE RES

al. Zwycięstwa 96 / 98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.