Pewnej zimowej nocy - Simon Sebag Montefiore

Pewnej zimowej nocy

0,0

Najnowsza książka autora bestsellerów Stalin. Dwór czerwonego cara, Jerozolima, Katarzyna Wielka i Potiomkin i powieści Saszeńka.

W czerwcu 1945 roku, kiedy Moskwa świętuje zwycięstwo nad Niemcami, na Moście Kamiennym w pobliżu Kremla dwoje nastolatków ginie od kul wystrzelonych z pistoletu. Byli dziećmi wysokich sowieckich dygnitarzy, uczniami najbardziej elitarnej szkoły w Moskwie.

Morderstwo? Podwójne samobójstwo? Spisek przeciwko Stalinowi?

Koledzy ofiar są aresztowani, rusza śledztwo kierowane przez samego Stalina, które ujawnia starannie skrywane tajemnice ich rodziców i innych osób z kremlowskich elit władzy.

W tej opartej na faktach powieści występuje szereg postaci historycznych: sowieckich polityków, generałów, oficerów tajnej policji.

Niektórzy bohaterowie Pewnej zimowej nocy pojawili się już na kartach Saszeńki.

Opierając się na prawdziwej historii, Montefiore napisał błyskotliwą powieść o namiętności, spisku, nadziei, rozpaczy i cierpieniu. "Pewnej zimowej nocy" przekracza granice gatunku, bo jest zarazem thrillerem i dramatem politycznym, powieścią grozy i romansem…

Najnowsza książka Montefiorego to pasjonująca lektura, jedna z najlepszych powieści 2013 roku.

Steve Emmet, "The New York Journal of Books"

"Pewnej zimowej nocy" wypada uznać za świetnie napisany i do głębi przejmujący melodramat.

Oliver Bullough, "The DailyTelegraph"

"Pewnej zimowej nocy" to powieść o misternie skomponowanej, wielowątkowej fabule, którą czyta się jednym tchem.

Adam Lee Davies, portal "Time Out"

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału

ONE NIGHT IN WINTER

 

Przekład

Władysław Jeżewski

 

Ilustracje na okładce

Angela McKay (budynki) i Richard Ogle

 

Copyright © Simon Sebag Montefiore 2013

Simon Sebag Montefiore has asserted his right under the Copyright, Designs and Patents Act 1988 to be identified as the author of this work.

 

Niniejsza książka jest powieścią. Nazwiska i postaci są wytworem wyobraźni autora i wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

 

Copyright © 2013 for the Polish edition by Wydawnictwo Magnum Ltd.

Copyright © 2013 for the Polish translation by Wydawnictwo Magnum Ltd.

 

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, zapisywana czy przekazywana w sposób mechaniczny, elektroniczny, fotograficzny lub w jakiejkolwiek innej formie bez uprzedniej zgody właściciela praw.

 
 

Wydawnictwo MAGNUM sp. z o.o.

02-536 Warszawa, ul. Narbutta 25a

tel./fax (22) 848-55-05, tel. (22) 646-00-85

magnum@it.com.pl
magnum@magnum1.pl

 
 

Księgarnia internetowa MAGNUM

www.wydawnictwo-magnum.com.pl

 
 
 

(EPUB) 978-83-63986-46-9

(MOBI) 978-83-63986-47-6

(PDF) 978-83-63986-48-3

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

publio.pl
 
Spis treści

Osoby

Dedykacja

Podziękowania

Prolog

CZĘŚĆ I. Klub niepoprawnych romantyków

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

CZĘŚĆ II. Sprawa dzieci

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

CZĘŚĆ III. Czworo kochanków

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

CZĘŚĆ IV. Gra Stalina

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

CZĘŚĆ V. Serafima

56

57

EPILOG

Historia: fakty i fikcja

Przypisy

 
 

Żywa dusza o tym nie wie i pewno nigdy się nie dowie. Wiódł podwójne życie: jedno jawne, które widzieli i znali wszyscy, którzy powinni, pełne umownej prawdy i umownych pozorów, idealnie podobne do życia jego znajomych i przyjaciół, i drugie – potajemne. A przez jakiś dziwny zbieg okoliczności, może przypadkowy, wszystko, co było dlań ważne, ciekawe, konieczne, w czym był szczery i sam siebie nie oszukiwał, co stanowiło sedno jego życia, działo się potajemnie.

 

Antoni Czechow, Dama z pieskiem

 

(przeł. Adam Pomorski)

 
Osoby

Imiona i nazwiska głównych postaci zostały podkreślone.

Postaci historyczne oznaczono asteryskiem.

DZIECI I ICH RODZICE

Rodzina Romaszkinów

Konstantin Romaszkin, scenarzysta i poeta

Sofia „Mouche” Gideonowna Zeitlin, jego żona, gwiazda filmowa

Serafima Romaszkina, lat 18, ich jedyne dziecko

Saszeńka Zeitlin, kuzynka Sofii, aresztowana w 1939, los nieznany

 

Rodzina i domownicy Satinowów

Herkules (Iraklij) Satinow, członek Politbiura, sekretarz Komitetu Centralnego, zastępca przewodniczącego Rady Ministrów

Tamara „Tamriko” Satinowa, jego żona, nauczycielka języka angielskiego w szkole nr 801

Mariko Satinowa, lat 6, ich córka

Synowie Satinowa z pierwszego małżeństwa w Gruzji:

Iwan „Wania” Satinow, pilot, zginął w 1943

Dawid Satinow, lat 23, pilot

Gieorgij „George” Satinow, lat 18

Marlen Satinow, lat 17, działacz szkolnej organizacji komsomolskiej

Pułkownik Losza Babanawa, szef ochrony towarzysza Satinowa

Walerian Czubin, sekretarz towarzysza Satinowa

 

Rodzina Dorowów

Gienrich Dorow, przewodniczący Centralnej Komisji Kontroli i minister kontroli państwowej

Doktor Daria „Daszka” Dorowa, jego żona, minister zdrowia, kardiolog

Ich dzieci:

Siergiej Dorow, lat 20, oficer

Marina „Minka” Dorowa, lat 18, koleżanka szkolna Serafimy

Demian Dorow, „Padalec”, lat 17, działacz organizacji pionierskiej

Siemion „Sieńka” Dorow, „Mały Profesor”, lat 10

 

Rodzina Błagowów

Nikołaj „Nikołasza” Błagow, lat 18

Ambasador Wadim Błagow, jego ojciec, dyplomata

Ludmiła Błagowa, jego matka

 

Rodzina Szako

Roza Szako, lat 18, koleżanka szkolna Serafimy

Marszałek Boris Szako, jej ojciec, dowódca sowieckiego lotnictwa

Jelena Szako, jej matka

 

Rodzina Titorenko

Władimir „Wład” Titorenko, lat 17

Iwan Titorenko, jego ojciec, minister przemysłu lotniczego

Irina Titorenko, jego matka

 

Rodzina Kurbskich

Andriej Kurbski, lat 18, nowy uczeń w szkole nr 801

Piotr Kurbski, jego ojciec, wróg ludu, aresztowany w 1938, skazany na dwadzieścia pięć lat „bez prawa do korespondencji”

Inessa Kurbska, jego matka

NAUCZYCIELE SZKOŁY KOMUNALNEJ NR 801 IMIENIA IOSIFA STALINA

Kapitolina Miedwiediewa, dyrektorka i nauczycielka historii

Doktor Innokientij Rimm, wicedyrektor, nauczyciel nauk politycznych/etyki komunistycznej

Benia Golden, nauczyciel literatury rosyjskiej

Tamara Satinowa, nauczycielka języka angielskiego (zob. wyżej Rodzina Satinowów)

Apostołłon Szuba, nauczyciel wychowania fizycznego

Agrippina Biegbułatowa, nauczycielka muzyki

PRZYWÓDCY

Iosif Stalin*, marszałek, sekretarz generalny (gensek) Komitetu Centralnego partii komunistycznej, przewodniczący Rady Ministrów, naczelny wódz sił zbrojnych, Gospodarz, Instancja

Wasilij „Waśka” Iosifowicz Stalin*, lat 24, jego syn, oficer lotnictwa, „Następca tronu”

Swietłana Stalina*, lat 19, jego córka, studentka

 

Wiaczesław Mołotow*, minister spraw zagranicznych, członek Politbiura

Ławrientij Beria*, funkcjonariusz tajnej policji, minister spraw wewnętrznych (NKWD/MWD) 1938–1945, wiceprzewodniczący Rady Ministrów, członek Politbiura

Gieorgij Malenkow*, członek Politbiura

Andriej Wyszynski*, wiceminister spraw zagranicznych

Aleksander „Sasza” Poskriebyszow*, szef gabinetu Stalina

Wsiewołod Mierkułow*, minister bezpieczeństwa państwowego

Wiktor Abakumow*, szef kontrwywiadu wojskowego (Smiersz: smiert′ szpionom), potem minister bezpieczeństwa państwowego

MARSZAŁKOWIE

Marszałek Gieorgij Żukow*, zastępca naczelnego wodza

Marszałek Iwan Koniew*

Marszałek Konstantin Rokossowski*

FUNKCJONARIUSZE TAJNEJ POLICJI

Generał Bogdan Kobułow*, „Byk”, MGB

Pułkownik Władimir Komarow*, śledczy, Smiersz/MGB

Pułkownik Michaił Lichaczow*, śledczy, Smiersz/MGB

Pułkownik Paweł Mogilczuk, śledczy, MGB

CUDZOZIEMCY

Averell Harriman*, amerykański ambasador w Moskwie

Kapitan Frank Belman, dyplomata, zastępca attaché wojskowego, tłumacz

 
 

Moim rodzicom, April i Stephenowi,

oraz

mojemu synowi Sashy,

najstarszym i najmłodszemu

 
Podziękowania

Chciałbym podziękować moim drogim przyjaciołom, których cenne informacje i opowieści wlały w tę książkę eliksir pasji i autentyczności. Są to: Hugh Lunghi, Gela Czarkwiani, Nestan Czarkwiani, generał Stiepan Mikojan i jego córka Aschen Mikojan, Sergo Mikojan, Stanisław Redens, Galina Babkowa, Rachel i Marc Polonsky oraz Sophie Shulman.

Zacznę od Hugha Lunghiego. Zaprzyjaźniłem się z Hughiem podczas pracy nad moimi książkami o Stalinie – Hugh pracował jako tłumacz Churchilla podczas jego rozmów ze Stalinem na konferencjach Wielkiej Trójki. Był tak miły, że opowiedział mi historię swojego rosyjskiego romansu, która stała się inspiracją dla powieściowych losów Serafimy. Bez Hugha książka ta nigdy by nie powstała.

Gela Czarkwiani, syn Kandida Czarkwianiego, pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Gruzji w latach 1939–1952, a więc za czasów Stalina, napisał eleganckie pamiętniki z życia gruzińskiej elity, Memoirs of a Provincial Communist Prince. Z kolei Sophie Shulman udostępniła mi swoje fascynujące wspomnienia, Life Journey of a Secular Humanist. Gela Czarkwiani i Sophie Shulman odpowiedzieli też na moje pytania o ich dzieciństwo w stalinowskiej Rosji. Synowie członka Politbiura Anastasa Mikojana: generał Stiepan Mikojan, pilot lotnictwa wojskowego, i Sergo Mikojan zostali aresztowani w prawdziwej „sprawie dzieci” (Sergo miał wtedy czternaście lat). Obaj opowiedzieli mi o tym, podobnie jak Stanisław Redens, siostrzeniec Stalina, aresztowany w tej samej sprawie.

Dziękuję Rachel i Marcowi Polonskim, którzy zapoznali mnie z dawnym mieszkaniem Mołotowa w kamienicy przy ulicy Granowskiego.

Serdeczne wyrazy podziękowania składam mojej genialnej, niestrudzonej i skrupulatnej redaktorce i wydawcy Selinie Walker oraz zawsze wspaniałej Georginie Capel, najlepszej agentce literackiej pod słońcem. Dziękuję rodzicom za udział w redakcji tej książki.

Przede wszystkim jednak pragnę podziękować żonie, Sancie, za to, że obdarzyła mnie miłością, przyjaźnią i pogodą ducha, a podczas pisania tej książki udzielała mi mądrych rad. Wreszcie – moim ukochanym dzieciom, Lily i Sashy, które stały się pierwowzorami postaci dziecięcych w obu moich powieściach o Rosji.

 

Simon Sebag Montefiore

 
Prolog
Czerwiec 1945

Już chwilę po umilknięciu strzałów, kiedy Serafima patrzy na zwłoki kolegów, ich zwiotczałe ciała pokrywa biały puch. Przypomina on śnieg, ale jest przecież lato i Serafima uświadamia sobie, że to pyłek kwiatowy. W powietrzu, podskakując bezładnie, unoszą się nasiona topoli – wygląda to jak inwazja malutkich statków kosmicznych obcej cywilizacji. Moskwianie nazywają je „letnim śniegiem”. Jest parny wieczór i Serafima z trudem chwyta powietrze, oczy zachodzą jej mgłą.

Później, składając zeznania, żałuje, że tak dużo widziała i tak dużo wie.

– To przecież nie są zwyczajne dzieci – bełkocze jeden z podpitych milicjantów. Milicjanci sprawdzają dowody osobiste ofiar oraz ich kolegów i aż sztywnieją z przerażenia – a potem jak najszybciej przekazują sprawę Organom. Dlatego to nie milicja, ale właśnie funkcjonariusze tajnej policji prowadzą dochodzenie.

– To morderstwo, samobójstwo czy spisek? – będą pytać.

Co mówić, a czego nie? Błąd można przypłacić życiem. I nie tylko własnym, ale także rodziny i przyjaciół, każdego, kogo znasz. Tak jak podczas górskiej wspinaczki: kiedy jeden odpada od skały, w przepaść spadają wszyscy.

Ale dla Serafimy stawka jest jeszcze większa niż życie: ma osiemnaście lat i jest zakochana. Wpatrując się w ciała kolegów, którzy przed chwilą jeszcze żyli, przeczuwa, że całe jej życie będzie odtąd dzieliło się na dwie części: tę przed strzałami i tę po nich.

Kiedy patrzy na zabitych, widzi jakby w powiększeniu, z niezwykłą wyrazistością, wszystkie wydarzenia tego dnia, 24 czerwca 1945 roku, dnia defilady zwycięstwa na placu Czerwonym. Tak, to jeden z tych ważnych dni w dziejach Rosji – wszyscy Rosjanie pamiętają, gdzie byli i co robili tego dnia, tak samo jak 22 czerwca 1941 roku, gdy hitlerowcy zaatakowali Związek Sowiecki. Wojna się skończyła, ulice pełne są pijanych, śpiewających ludzi. Wszyscy w Rosji wierzą, że po wojnie będzie się żyć lepiej, łatwiej. Ale to zależy od jednego człowieka, którego imię ludzie roztropni zawsze wymawiają z należytą czcią.

Serafimy nic to nie obchodzi. Myśli tylko o miłości, chociaż starannie ukrywa swoje uczucie, i nie bez powodu. Uczennice zwykle zwierzają się koleżankom z sercowych sekretów. Ale to nie leży w naturze Serafimy, która wie od rodziców, że w tych czasach, czasach polowań na czarownice i tropienia spisków, plotki mogą być śmiertelnie niebezpieczne. Wie też, że jest inna, choć nie potrafi powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że dorasta w cieniu matki, a może po prostu taka już jest. Żyje w przekonaniu, że w całej historii ludzkości nikt nie kochał tak mocno jak ona.

Tego dnia rano budzi ją warkot czołgowych silników, stukot podków kawaleryjskich koni i dźwięki orkiestry wojskowej, ćwiczącej na ulicy pieśń patriotyczną Glinki. Wstaje z łóżka ociężała, z przykrym uczuciem, że przez całą noc prawie nie zmrużyła oka.

Jej ojciec, Konstantin Romaszkin, puka do drzwi.

– Wstałaś już? Cieszysz się na defiladę?

Serafima podchodzi do okna.

– Ojej, deszcz pada.

– Jak się zacznie defilada, przestanie. Obudzimy mamę?

Serafima idzie do pokoju rodziców przez wykładany parkietem przedpokój z pięknym żyrandolem. Po drodze mija oprawiony w ramy plakat filmu Katiusza, na którym posągowa kobieta w wojskowym mundurze trzyma w rękach pistolet maszynowy. Ma kruczoczarne włosy, a jej policzki są umazane smarem – przypomina indiańskiego wojownika. Wielki napis głosi, że w filmie występuje SOFIA ZEITLIN (matka Serafimy), a scenariusz napisał KONSTANTIN ROMASZKIN (ojciec Serafimy). Katiusza to ulubiony film sowieckich żołnierzy. Serafima przypuszcza, że jej ojciec, czołowy stalinowski scenarzysta, uwiódł jej mamę dzięki takim scenariuszom – a na pewno dzięki nim zatrzymał ją przy sobie.

Sypialnia. Sterta jedwabnej pościeli. Tu leży Katiusza we własnej osobie. Długie czarne włosy, nagie pulchne ramię. Serafima czuje znajomy zapach: francuskie perfumy, francuskie papierosy, francuski krem do twarzy.

– Mamo, wstawaj!

– Boże! Która godzina? Muszę dziś dobrze wyglądać – codziennie muszę dobrze wyglądać. Przypal mi papierosa, Serafimoczka.

Sofia siada na łóżku; jest naga, widać jej pełne piersi. Jakimś cudem jednak trzyma już papierosa w cygarniczce z kości słoniowej. Konstantin, nerwowy i pedantyczny, chodzi tam i z powrotem.

ON: Nie możemy się spóźnić.

ONA: Daj mi spokój!

ON: Zawsze się spóźniasz. Tym razem nie możemy się spóźnić.

ONA: Jak ci się nie podoba, to się ze mną rozwiedź!

W końcu są ubrani i gotowi do wyjścia. Serafima otwiera drzwi frontowe. W tej samej chwili otwierają się drzwi we wszystkich wykładanych klepką, wysokich i przestronnych mieszkaniach w różowej, przypominającej tort weselny kamienicy przy ulicy Granowskiego (zwanej też Piątym Domem Rad). Inni członkowie sowieckiej elity też idą na defiladę.

Na schodach: drżące z podniecenia dziecięce głosy, skrzypienie dobrze wyprawionej skóry, stuk obcasów, brzęk medali, podzwanianie pistoletów uderzających o ozdobione gwiazdą sprzączki pasów. Najpierw rodzice Serafimy witają zadowolonych z siebie Mołotowów – on ma na sobie czarny garnitur, niczym burżuazyjny przedsiębiorca pogrzebowy, i binokle na okrągłej twarzy; ona, Polina, z długim nosem, ubrała się w futro z norek. Tuż przed nimi marszałek Budionny, z napomadowanymi wąsami, wielkimi jak kierownica roweru, nuci pod nosem kozacką piosenkę (podchmielony? O ósmej rano?), a jego ładna nowa żona kroczy za nim z dumną miną.

Na pierwszym piętrze: Herkules Satinow w generalskim mundurze galowym, ze szkarłatnymi naramiennikami, na których skrzą się złote gwiazdki, i spodniach z czerwonymi lampasami. Matka Serafimy obejmuje Herkulesa, przyjaciela rodziny od czasów rewolucji. Dzieci Satinowa porozumiewawczo kiwają głowami Serafimie, jak przystało na młodych konspiratorów.

– Co słychać? – pyta z przejęciem Gieorgij Satinow. Zawsze to mówi. Serafima widziała się z nimi wczoraj wieczorem w restauracji Aragwi, a po południu umówili się na to, co zawsze. Organizują Grę.

– Z komunistycznym pozdrowieniem, Serafimoczka – mówi towarzysz Satinow. Serafima odkłania się. Uważa Satinowa za zimny, beznamiętny posąg – wszyscy przywódcy są tacy. Granit, lód i pomada do włosów. Serafima wie, że wkrótce Satinow będzie stać obok Stalina na trybunie Mauzoleum Lenina.

– Myślę, że dla towarzysza Stalina deszcz przestanie padać – mówi Mariko, sześcioletnia córka Satinowów. Ma warkoczyki, a pod pachą niesie pluszowego pieska.

– Zapewne – śmieje się Tamara, żona towarzysza Satinowa.

Na parkingu: pada ciepły letni deszcz. W powietrzu czuje się bliskość burzy, duszący zapach bzów i kwiatów jabłoni. Serafima martwi się, że w tej wilgoci jej włosy pozwijają się w ciasne loki, a jasnobłękitna sukienka z białym kołnierzykiem straci kształt. Mimo całej elegancji – panie są na wysokich obcasach i w wielkich kapeluszach, panowie w czapkach z daszkiem i szkarłatnym otokiem – Serafima czuje duszny zapach potu i przemoczonej satyny.

Ochroniarze w mundurach już czekają, trzymając w rękach otwarte parasole. Opancerzone limuzyny, z reflektorami wielkimi jak planety, jadą jedna za drugą, aby dowieźć ich do Wielkiego Pałacu Kremlowskiego. Zator jest tak długi, że zawija się prawie dwukrotnie wokół ceglanych murów gmachu.

SERAFIMA: Czemu jedziemy samochodem?

TATA: To tylko sto metrów.

MAMA: Spróbujcie chodzić na takich wysokich obcasach! Nie masz pojęcia o kobietach, Konstantinie!

Serafima myśli o ukochanym: „Tęsknię, kocham, pragnę” – szepcze. Jest pewnie gdzieś niedaleko, czy mówi to samo, co ona?

Wysiadają z samochodu przed Wielkim Pałacem Kremlowskim. Czerwone mury zwieńczone blankami, złote cebulaste kopuły, pałace w kolorze bieli i ochry są jej tak dobrze znane, że prawie ich nie zauważa.

Kiedy idzie przez Kreml, widzi cały swój świat. Mauzoleum przypomina aztecką świątynię. Zbudowane z czerwonego marmuru, cętkowanego jak skóra starej kobiety, jest znacznie niższe niż na kinowym ekranie. Za linią barierek i wartowników wznosi się drewniana trybuna przeznaczona dla bolszewickiej arystokracji. Serafima wie, że wszystko w życiu tych ludzi jest tajemnicą, ale nic nie jest ich prywatną sprawą. Jej środowisko to sowiecka złota młodzież, która chodzi do tych samych szkół, spędza wakacje w tych samych miejscowościach wypoczynkowych, a kiedy osiągnie wiek dorosły, żeni się między sobą. Wszyscy znają swoje miejsce, a każde słowo ma kilka znaczeń.

Jej najlepsza przyjaciółka, Minka Dorowa, całuje ją na powitanie. Towarzyszy jej młodszy brat, dziesięcioletni Sieńka. Ich ojciec, Gienrich, również wystrojony w mundur, uśmiecha się do Serafimy i podaje jej lepką dłoń. Jest wyrocznią w sprawach związanych z tym, co przystoi, a co nie przystoi bolszewikowi. Minka zwierzyła się jej kiedyś, że gdy była niemowlęciem, ojciec włożył jej do kołyski portret Stalina.

Są też inni jej koledzy ze szkoły i praktycznie wszyscy komisarze, marszałkowie, badacze polarni, kompozytorzy i aktorki, o których kiedykolwiek słyszała. I ich dzieci, w większości uczniowie szkoły nr 801. Jeden z generałów kłania się komuś. Serafima rozgląda się dokoła i widzi Swietłanę, krępą, piegowatą i rudą córkę Stalina, niewiele starszą od niej. Stoi obok brata, który ma na sobie mundur generała lotnictwa i popija z piersiówki. Wasilij Stalin uśmiecha się lekko do Serafimy i nawet gdy Serafima odwraca głowę, czuje na sobie jego natarczywe spojrzenie.

Na długo przed dziesiątą Serafima, jej rodzice i ich przyjaciele zajmują miejsca na widowni obok Mauzoleum. Tłum widzów i wyprężone na baczność pułki żołnierzy pogrążają się w zupełnej ciszy, gdy starszy człowiek o pałąkowatych nogach, ubrany w marszałkowski mundur, wchodzi po schodach na trybunę Mauzoleum. Za nim idą jego towarzysze broni: Mołotow, Beria i tak, jej sąsiad, Satinow. Chociaż Serafima stoi tak blisko, że widzi, jak deszcz kapie z daszka czapki na twarz marszałka Stalina, i jak towarzysz Satinow rozmawia z nim, nie obchodzi jej, o czym mówią. Z całej defilady nie pamięta prawie nic. Marzy o spotkaniu z ukochanym, o całowaniu go. Wie, że jest on gdzieś obok, i czuje radość tak wielką, że aż bolesną.

 

Defilada skończona. Pora na Grę. Serafima wymyka się rodzicom, przeciska przez zbity tłum tańczących żołnierzy i spacerujących cywilów i biegnie na spotkanie z kolegami. Umówili się na Wielkim Moście Kamiennym nieopodal Kremla. Wypatruje kolegów – i dostrzega ich. Niektórzy mają już na sobie kostiumy. Dla części z nich Gra nie jest zwyczajną grą, stała się obsesją, czymś prawdziwszym niż rzeczywistość.

Deszcz nagle przestaje padać, powietrze pełne jest pyłków topoli. Serafima, popychana przez świętujący tłum, traci kolegów z oczu. Zapach wódki i kwiatów, grzmot i snujące się w powietrzu dymy kanonady armatniej, sto improwizowanych chórów ulicznych śpiewających wojenne pieśni wśród salw z pięćdziesięciu dział oszołamiają ją. A potem ostry trzask dwóch strzałów, gdzieś bardzo blisko.

Zanim jeszcze echo strzałów odbiło się od murów kremlowskich, Serafima wie, że jej kolegom przydarzyło się coś złego. Kiedy tłum się cofa, Serafima idzie, a potem biegnie w kierunku, z którego dobiegły straszne odgłosy. Wpada na ludzi, odpycha ich. Widzi, jak Minka Dorowa przytula do siebie młodszego brata i jak sparaliżowana patrzy w ziemię. Wokół niej, w dziwnie oficjalnym półkolu, stoi grupka jej kolegów szkolnych. Wszyscy zastygli bez ruchu i w milczeniu wpatrują się w coś, co leży na ziemi.

Minka podnosi rękę do twarzy.

– Nie patrz, Sieńka – mówi do brata. – Nie patrz!

Niewypowiedziana groza tego, co widzi, sprawia, że Serafima w jednej chwili drętwieje. Bliżej niej jest dziewczyna. Leży nieruchomo, ale cała jej pierś, okryta fałdami kostiumu, błyszczy od szkarłatnej krwi, która rozlewa się niczym strumień po skale. Nie żyje, Serafima wie o tym, ale nie żyje dopiero od kilku sekund i plama krwi na jej ciele wciąż się powiększa, wsiąka w ubranie, krzepnie. Wzrok Serafimy zaraz podąża dalej, do ciała chłopca leżącego obok. Jedna część jego twarzy jest nienaruszona, ale w drugiej, zdruzgotanej przez kulę, zieje otwarta rana. Serafima dostrzega kawałki czaszki, płaty różowego mięsa i białej materii, która lśni jak wilgotne ciasto. Jedno oko wypłynęło na policzek.

Serafima widzi, że ciało chłopca drga konwulsyjnie.

– O Boże! O Jezu! – krzyczy. – Patrzcie! On żyje!

Podbiega i klęka przy nim, bierze go za rękę. Krew plami jej kolana, sukienkę, jest między jej palcami. Jego pierś, fular i aksamit jego teatralnego surduta wyglądają wciąż nieskazitelnie, bo mają kolor bordo – zauważa niedorzecznie Serafima. Ranny oddycha ciężko i bardzo szybko, pojękuje, a potem, czego Serafima nigdy nie zapomni, wzdycha – jest to długie, bulgoczące westchnienie, które zdaje się dobywać prosto z gardła. Ciałem wstrząsają drgawki, a potem jego pierś zastyga nieruchomo. Nie jest już chłopcem, kolegą, którego tak dobrze znała. W tym stanie wydaje się nie do uwierzenia, że kiedykolwiek nim był.

Minka wymiotuje. Ktoś teraz głośno szlocha, ktoś inny zemdlał i leży na ziemi. Jacyś obcy ludzie podbiegają i równie szybko uciekają w popłochu. A Serafima słyszy bardzo blisko najgłośniejszy i najbardziej przenikliwy krzyk. To jej własny krzyk. Wstaje i cofa się, lecz czuje pod stopą coś ostrego, jakby kolec. Kiedy podnosi to z ziemi, trzyma w ręku dwa okrwawione zęby.

Jacyś żołnierze i jeden marynarz zobaczyli, co się stało, i obejmują uczniów z szorstką czułością właściwą chłopom, którzy walczyli na wojnie. Odprowadzają ich, osłaniają swoimi ciałami. Jeden daje Serafimie łyk wódki, a ona chwyta manierkę i pije z niej, aż robi jej się niedobrze. Ale ogień, który pali jej żołądek, uspokaja ją. Potem przyjeżdża milicja. Funkcjonariusze o czerwonych twarzach, którym przerwano toasty i śpiewy, mają mętny wzrok i są ordynarni, ale przynajmniej zaprowadzają jaki taki porządek i odciągają Serafimę od zwłok, od których nie może oderwać wzroku.

Serafima podchodzi do kolegów, którzy zbili się w gromadkę. Ale jest umazana krwią, więc cofają się przed nią.

– O, Boże, Serafimo, masz krew na sobie! Jesteś cała we krwi!

Serafima podnosi ręce i widzi, że są czerwone od krwi.

Kiedy patrzy przez ramię na martwe ciała, przed oczami wirują jej srebrne iskierki. Potem spogląda do góry, na czerwone gwiazdy świecące na kremlowskich basztach. Tam na Kremlu Stalin już wkrótce dowie się, że dwoje uczniów ze szkoły nr 801 zginęło gwałtowną śmiercią. I ten nie znający spokoju, przebiegły, brutalny człowiek będzie się dopatrywał w tej śmierci ukrytego znaczenia, odpowiadającego jego ambitnym i tajemniczym celom.

Różowawe niebo ciemnieje. Serafima wie już na pewno, że to ostatni wieczór ich dzieciństwa – i pewność ta jest dla niej nie do zniesienia. Strzały na moście wywrócą ich życie do góry nogami i ujawnią tajemnice, które bez tego nigdy nie wyszłyby na jaw – zwłaszcza tajemnica Serafimy.

CZĘŚĆ III
Czworo kochanków
[fragment]
 
 

Czarodziejka mnie z miłości

Obdarzyła talizmanem.

Czule pieszcząc mnie, mówiła:

„Strzeż mojego talizmanu –

W nim jest tajemnicza siła,

Bo z miłości tobie dany!”.

 

Aleksander Puszkin, Talizman

 

(przeł. Mieczysław Jastrun)

33

Trzy uczennice siedziały w loży Teatru Wielkiego, podniecone wypitym szampanem i widokiem z loży – nigdy dotąd nie widziały sceny tak dobrze. Ale Roza była już lekko wstawiona. Bąbelki szybko uderzyły jej do głowy, bo była bardzo drobna. Ledwie usiadły, zamknęła oczy i przyłożyła ręce do skroni.

– O, Boże, kręci mi się w głowie, niedobrze mi!

– Nie możesz tutaj wymiotować! – syknęła Minka.

– Wyobraź sobie, co by było, gdyby tak zwymiotowała przez poręcz na orkiestrę! – odpowiedziała Serafima. – Odprowadzę ją do domu.

– Nie – zaoponowała Minka. – Ja ją odprowadzę. Pokazałam się w sukience, zadałam szyku, napiłam się szampana. Naprawdę nie muszę kolejny raz oglądać tego baletu.

– Dziwna rzecz, ale ja chciałabym go jeszcze raz obejrzeć – odparła Serafima, żegnając przyjaciółki.

Serafima została sama we wspaniałej loży i oglądała spektakl, rozkoszując się swoim odosobnieniem. Szczęście skończyło się nagle w połowie drugiego aktu, bo do loży wszedł młody mężczyzna w amerykańskim mundurze. Wydawał się zdziwiony, widząc ją tutaj, i nie usiadł obok Serafimy, ale dwa fotele dalej. Na jednym położył czapkę.

Serafima ukradkiem zerkała w jego stronę. Wydawał się zupełnie inny niż jego rodacy, barczyści i prostaccy, których spotykała wcześniej. Był wysoki, szczupły i niewątpliwie kulturalny, oglądał bowiem balet w skupieniu, a jego delikatne usta układały się w uśmiech, kiedy tancerze wykonywali najtrudniejsze kroki. Czasami też palcem odmierzał tempo i kiwał w zamyśleniu głową, jakby zgadzał się z interpretacją muzyki, którą najwyraźniej znał.

Po zakończeniu drugiego aktu wstał i wyszedł na korytarz, nie patrząc na Serafimę. Dziewczyna została w loży, zastanawiając się, co robić. Była zbyt nieśmiała, żeby iść do bufetu bez Minki i Rozy, ale czuła się nieco samotna, bo wszyscy widzowie wyszli zapalić albo napić się czegoś. Dlatego po minucie postanowiła wyjść na korytarz wyłożony czerwonym dywanem, żeby rozprostować nogi. Zaraz za drzwiami loży ujrzała swojego towarzysza z loży: stał i palił papierosa. Wszyscy widzowie chyba pobiegli do bufetu, bo byli w kuluarach sami.

– Wspaniała inscenizacja – powiedział płynnie po rosyjsku. – Lepieszynska jest dziś najlepszą tancerką na świecie.

– Czy chodzi pan na balet... w Ameryce? – zapytała po angielsku.

Uśmiechnął się do niej.

– Twój angielski jest lepszy niż mój rosyjski.

Poczęstował ją papierosem ze srebrnej papierośnicy i Serafima nie odmówiła.

– Myślę, że Lepieszynska wciąż się rozwija – powiedziała.

– Nie zgadzam się – zaoponował, podając jej ogień. – Moim zdaniem jest już doskonała. Zastanawiam się tylko, jak długo potrwa taka doskonałość?

– Czy to ważne, skoro jest ponadczasowa?

Wyglądało, że ucieszył się z tego pytania. Zerkając na schody (przypuszczała, że obliczał, kiedy tłum zacznie wracać; jej zdaniem była to kwestia sekund), spytał niepewnie:

– Zazwyczaj nie pytam o to, ale... myślałem... Czy uznałaby mnie pani...

– Nie uznałabym – przerwała mu, zdumiona własną śmiałością, i nagle zaczerwieniła się (jakże nie cierpiała tej idiotycznej skłonności do rumienienia się). Zepsuła wszystko, zanim cokolwiek się zaczęło.

– Nie wybrałaby się pani na spacer po przedstawieniu? – zapytał nieśmiało. Serafima ucieszyła się, że nie zaprosił jej na drinka.

– Chętnie.

– Spotkajmy się kwadrans po spektaklu w uliczce na tyłach teatru. – Zatrzymał się niepewnie; jakby sam się zaczerwienił, pomyślała Serafima. – Czy mogę wiedzieć, jak się pani nazywa?

Powiedziała mu.

– Romaszkina? Tak jak ten pisarz?

– To mój ojciec – odparła, spodziewając się, że powie, jak wszyscy: „A więc jest pani córką tej gwiazdy filmowej”, ale on nic już nie powiedział. Ta taktowność spodobała się jej.

– A pan?

– Frank Belman.

 

[...]

34

Frank Belman. Kapitan Frank Belman z Armii Stanów Zjednoczonych. Wyglądał za młodo na kapitana. Czekając w małej uliczce na tyłach Teatru Wielkiego, w pobliżu wejść do garderob, Serafima podziwiała jego dyskrecję. Nie powiedział do niej ani słowa w obecności osób trzecich, a po ich krótkiej rozmowie w ogóle na nią nie patrzył, tak jak wcześniej. Teraz zobaczyła, że chociaż przez dziesięć minut po przedstawieniu w uliczce tłoczyli się ludzie, w tej chwili była ona zupełnie pusta. Belman, w przeciwieństwie do hałaśliwych Amerykanów przy bufecie, wydawał się znać i rozumieć sowieckie stosunki. Była wojna i wiele dziewcząt wyskakiwało ze skóry, żeby złapać Amerykanina, ale Serafima wiedziała z komentarzy wysoko postawionych przyjaciół swoich rodziców, że władze już teraz uważają to za zgorszenie, którego nie zamierzają dłużej tolerować.

Podniosła wzrok i zobaczyła go. Miał już na sobie cywilne ubranie: kaszkiet, granatowy płaszcz, papieros w ustach. Był jeszcze wyższy niż ona, ale z tymi gładkimi różowymi policzkami i szeroko otwartymi oczami przypominał prowincjonalnego studenta literatury. Uśmiechnął się i żartobliwie zasalutował dwoma palcami: oto jestem, fajnie, prawda?!

Wziął ją za rękę i ruszyli ulicą, tak jakby robili to od dawna. Najpierw rozmawiali dość poważnie o balecie, aż w końcu Frank powiedział:

– Trochę się zgrywam. Naprawdę kocham balet, ale nie jestem żadnym znawcą. Zacząłem go oglądać dopiero tu, w Moskwie. Wiesz o nim dużo więcej ode mnie.

– Chodzę regularnie – przyznała Serafima. – Ale nie tyle dla samego baletu. Dla nas to jest...

– Powiew starego świata? – domyślił się.

– Właśnie. Lata trzydzieste były bardzo ciężkie, wojna straszna, ale teraz zwyciężamy i Moskwa odzyskuje trochę dawnego blasku. Nie za dużo...

– Ale wystarczy?

– No cóż, wszystko jest względne, dla moskwianki...

– Teatr Wielki to jak bal z Wojny i pokoju?

– Wiesz, co chcę powiedzieć, Frank.

– A może to ty odgadujesz moje myśli, Serafimo?

Roześmieli się.

– Ile masz lat? – zapytała.

– Dwadzieścia dwa.

– A ja jeszcze chodzę do szkoły. Ale w tym roku kończę.

– Wiem – rzekł, patrząc jej pierwszy raz prosto w oczy. – To widać.

W czasie ich spaceru rozpętała się zamieć. Śnieg padał tak gęsto, że dalej niż na dziesięć metrów nic nie było widać.

Serafima wiedziała, że wojna przyspieszyła tempo życia: ludzie żyli, kochali się i umierali szybciej niż przed wojną. Ale duchowe pokrewieństwo między nią a Frankiem zaniepokoiło ją i wzbudziło jej podejrzliwość. Nigdy dotąd nie była w takiej sytuacji, nie spotkała takiego mężczyzny, nie prowadziła podobnej rozmowy. Pytała się więc w duchu: czy Frank Belman należy do mężczyzn, którzy mają zwyczaj umawiać się na randkę z rosyjską dziewczyną po dwuminutowej rozmowie? Jak to możliwe, żeby tak szybko przebrał się w cywilne ubranie? Może i wygląda na szczerego intelektualistę, ale skąd wiadomo, że nie jest cynicznym uwodzicielem, który przyjechał do ponurej Moskwy, aby zawracać w głowie biednym dziewczętom pragnącym choćby otrzeć się o wielki świat? A może jest amerykańskim szpiegiem? Albo szykuje jakiś podstęp? Skąd można mieć pewność? A jednak postanowiła się dowiedzieć.

– Jak to się stało? – zapytała, zatrzymując się nagle i odwracając twarzą do niego.

– Nie rozumiem.

– No, jak to się stało, że jesteśmy razem? Wybrałeś mnie z rozmysłem, czy to czysty przypadek?

Frank wybuchnął śmiechem i Serafima zauważyła, że na jego długich ciemnych rzęsach (jeszcze dłuższych od moich, pomyślała z zazdrością) osiadły płatki śniegu.

– To ty mnie wybrałaś. Po pierwsze, siedziałaś sama w loży, mojej loży. Po drugie, patrzyłaś na balet, a nie na mnie. Po trzecie, nie pobiegłaś do bufetu jak wszystkie dziewczyny, ale czekałaś na następny akt. Wiedziałem więc, że nie jesteś taka jak inne.

– A skąd ja mam wiedzieć, że ty nie jesteś taki jak inni?

– Wyglądam na takiego?

– Nie, ale właściwie znam niewielu mężczyzn.

Położył jej rękę na ramieniu.

– Posłuchaj, wiem, o co ci chodzi. Rzeczywiście bardzo szybko zaprosiłem cię na randkę. Ale wiedziałem, że mam tylko minutę i nigdy więcej cię nie zobaczę. Pewnie się zastanawiasz, czy nie jestem agentem kapitalistycznego mocarstwa. Przyznaję, że też się zastanawiałem, jakim cudem taka piękna dziewczyna znalazła się w mojej loży, sama, akurat tego dnia, kiedy postanowiłem wybrać się do teatru.

Uśmiechnęła się niepewnie. Nie przyszło jej to do głowy.

– A więc zastanawiałeś się, czy nie jestem szpiegiem? – zapytała i po chwili milczenia dodała: – Nie jestem, chyba że można być szpiegiem, nie wiedząc o tym.

– To bardzo rosyjski pomysł – odpowiedział. – Muszę ci więc powiedzieć, że jestem attaché, dyplomatą w mundurze, w ambasadzie amerykańskiej. Pracuję jako tłumacz pana ambasadora. Ale ty powiedziałabyś pewnie, że jestem prawdziwym, cholernym kapitalistą.

– Pochodzisz z bogatej rodziny?

– Tak.

– Mieszkasz w wielkiej willi?

– Moi rodzice mieszkają.

– Masz murzyńskich służących w białych rękawiczkach?

– Bez rękawiczek, ale nasz lokaj jest Murzynem.

– Nosi białą marynarkę, jak na filmach?

– Tak.

– A więc, jako komunistka, oświadczam, że jesteś moim wrogiem. Wygląda na to, że jesteś krwiopijcą klasy robotniczej, jak my to nazywamy.

Powiedział jej, że należy do tych Amerykanów, którzy czują się równie dobrze w angielskich dworach, jak w willach na Long Island. Jego ojcem był Honorius Belman, prezes Southern-Eastern Union Railway Corporation, Teksańczyk urodzony w chacie z bali. Ale Frank kształcił się w Groton i na Harvardzie, gdzie studiował filologię rosyjską. Grywał w polo z plutokratami w rodzaju Rockefellerów, a jego ojciec łożył pieniądze na kampanie wyborcze Roosevelta. Któregoś roku podczas wakacji Frank pracował nawet w Białym Domu. Serafima zrozumiała, dlaczego nazwiska jej sławnych rodziców nie zrobiły na nim wrażenia.

Po kilkugodzinnej włóczędze moskiewskimi ulicami wrócili do miejsca, z którego rozpoczęli swoją wędrówkę. Znaleźli się pod hotelem Metropol, po drugiej stronie placu, przy którym stał Teatr Wielki. Hotel? Nie bardzo to do niego pasowało. Ale może wszyscy mężczyźni są podobni do siebie, pomyślała Serafima. Szwajcar w zielonym szamerowanym mundurze ukłonił się im i przez obrotowe drzwi weszli do szkarłatnego holu.

 

W bufecie Frank postawił jej dwie wódki, ale na szczęście nie wspomniał nic o wynajęciu pokoju. Orkiestra jazzowa grała fokstrota, na parkiecie widać było mundury kilkunastu armii. Połyskiwały naramienniki i wyglansowane oficerki mężczyzn, nagie ramiona i trwałe ondulacje dziewcząt o szkarłatnych ustach. Stali, przyglądając się przez chwilę tańczącym, a tymczasem wódka rozgrzewała skostniałe ciało Serafimy. Bała się, że Frank poprosi ją do tańca. Nie cierpiała fokstrota. Nie miała poczucia rytmu i jej niezdarność mogła wszystko zepsuć.

– Chcesz... za-zatańczyć? – zapytał Frank, przekrzykując jazgot orkiestry.

Kiedy poznała go bliżej, przekonała się, że kiedy jest zdenerwowany, trochę się jąka.

– Jeśli chcesz – odpowiedziała bez entuzjazmu.

– Widzę, że jesteś niezadowolona. Boczysz się, odkąd tu przyszliśmy. Kiedy jesteś zła, marszczysz brwi i wyglądasz jak wściekły łabędź. Piękniej niż kiedykolwiek, ale bardzo groźnie!

– Wściekły łabędź przeprasza. To dlatego, że... Chyba nie lubię tego miejsca.

– Myślałem, że wszystkie dziewczęta lubią tańczyć – powiedział ze zmartwioną miną.

– Większość, ale nie wszystkie.

Cicho odchrząknął.

– Muszę ci się do czegoś przyznać. Podobno wszyscy mężczyźni muszą umieć tańczyć fokstrota, ale ja w ogóle nie tańczę. Nie cierpię tego... przepraszam. Kiepski ze mnie partner na randkę, co?

– Och, Frank, ja też nie znoszę tańca. I nie umiem tańczyć fokstrota ani niczego. Umiem tylko mówić i spacerować.

Wyszli więc z hotelu i znów spowiła ich noc. Frank cytował wiersze poetów, których nazwiska znało niewielu cudzoziemców: Achmatowej, Pasternaka, Puszkina, Błoka. Szli Kamiennym Mostem łączącym brzegi rzeki Moskwy naprzeciwko Kremla. Padający śnieg zasłaniał jego baszty, bramy i gwiazdy osłonięte siatką maskującą.

Serafima czuła, jak lodowate płatki osiadają na jej ciepłej skórze i topią się – było to rozkoszne uczucie. Przystanęła, gdy Frank zdjął rękawiczki i poczęstował ją papierosem ze srebrnej papierośnicy. Błękitny dym z ich ust unosił się w kręgu szarego światła latarń, płatki śniegu błyszczały jak klejnoty. Milczeli.

Frank myślał nad czymś intensywnie. W końcu odchrząknął i powiedział:

– Nie jestem podrywaczem. Właściwie nie rozmawiałem o tych rzeczach z nikim przed tobą. Czy mógłbym... m-mógłbym... potrzymać cię za rękę?

Wyciągnęła do niego dłonie. Kiedy odpinał jej rękawiczki, noc zrobiła się cicha i Serafima widziała, że ręce Franka lekko drżą. Zupełnie jak za dawnych czasów, pomyślała, odległych romantycznych czasów.

Kiedy trzymał jej dłonie w swoich, obróciła je i wsunęła palce pomiędzy jego, a gdy je ścisnęła, odpowiedział podobnym uściskiem. I stali tak w padającym śniegu, zwróceni ku sobie twarzami, ogarnięci zachwytem i radością, że znaleźli siebie. Śnieg otulił całe miasto, niczego nie słyszeli ani nie widzieli. Minęły zaledwie godziny, odkąd się poznali, a przecież zdawało im się, że ich znajomość, trwająca nie dłużej niż ten leżący na ulicach śnieg, jest już bardzo, bardzo dawna. Serafima nie całowała się dotąd z żadnym mężczyzną i nigdy tego nie pragnęła. Teraz jednak chciała, by ją pocałował.

– Serafimo, czy mogę...

Lecz ona podniosła już twarz ku jego twarzy i poczuła jego wargi na swoich. Wokół nich gęsto i bezgłośnie padał śnieg.


[...]

CZĘŚĆ IV
Gra Stalina
[fragment]
 

Prawdziwy bolszewik nie powinien i nie może mieć rodziny, bo musi całkowicie poświęcić się partii.

 

Iosif Stalin

50

Serafima, jak wszyscy uczniowie zamieszani w sprawę dzieci, spędziła miesiąc na zesłaniu w Azji Środkowej. Mieszkała razem z Minką i Sieńką, a sąsiednie mieszkanie zajmowali Satinowowie (Andriej, mający skromniejsze możliwości finansowe, wynajmował pokój w innej części miasta). Rodzice przydzielili im rodzinną pokojówkę, więc pomijając piekielny skwar, młodym zesłańcom podobało się w Ałma-Acie. Serafima i Frank pisywali do siebie co drugi dzień, a czasami udawało im się nawet zamówić na poczcie rozmowę telefoniczną. Mimo trzasków na linii Serafima mogła więc usłyszeć głos Franka i porozmawiać z nim o wspólnej przyszłości.

W dniu jej powrotu do Moskwy rodziców nie było w domu.

– Twoja mama jest na planie – wyjaśnił kierowca, jadąc rolls-royce’em do wytwórni Mosfilm na Worobiowych Wzgórzach. Kiedy Serafima minęła muskularny posąg Robotnika i Kołchoźnicy, skierowano ją do studia numer jeden.

Wszystkie alejki w miasteczku filmowym zdawały się prowadzić do jej matki.

– Jest tam – krzyknął pracownik obsługi planu, pokazując Serafimie drogę do wielkiego budynku studia, przypominającego hangar lotniczy.

– Tędy – powiedział strażnik.

– Kończy właśnie ujęcie na planie bitwy – szepnął aktor w hitlerowskim mundurze i z krwawiącą twarzą. – Widzisz?

Sofia Zeitlin, grająca w Katiuszy: część druga, stała obok szarego działa na pomalowanej na kolor błota makiecie okopu. Światło reflektorów filmowych mimo całej jaskrawości nie mogło przyćmić blasku jej czarnych oczu i pełnych ust. Miała na sobie niepotrzebnie obcisłą zieloną bluzę i krótszą niż zwykle oliwkową spódnicę (a przynajmniej tak wydawało się Serafimie). W ręku trzymała pepeszę, a stopę postawiła na „trupie” nazistowskiego żołnierza (jednych Niemców imitowały kukły, innych grali młodzi rosyjscy aktorzy w mundurach Wehrmachtu).

Zgodnie ze scenariuszem (napisanym, tak jak pierwsza część Katiuszy, przez jej męża i zatwierdzonym osobiście przez towarzysza Stalina) grała sanitariuszkę, której oddział chwilowo znajduje się w odwrocie. Ale Sofia walczy dalej, zabijając niemal całą armię niemiecką; strzela także z haubicy i udaje jej się zniszczyć czołg Tygrys. (W pierwszym filmie, w którym działo się mniej więcej to samo, wystrzeliła całą wyrzutnię rakiet Katiusza – stąd pochodził tytuł filmu). Jej kochający mąż, szeregowy żołnierz, dzwoni na Kreml, aby poskarżyć się na biurokratów, którzy chcą przeszkodzić żonie, zwykłej sanitariuszce, w przejęciu dowodzenia. I teraz bohaterka dowiaduje się, że towarzysz Stalina wstawił się za nią...

– Cięcie! – krzyknął reżyser przez tubę. – Brawo, wspaniała robota, Sofio. Pierwszorzędny materiał. Dziękuję wszystkim! Koniec na dzisiaj.

Klaps i spocony pracownik obsługi planu pomógł Sofii przejść przez „trupy” leżące na ziemi. Drugi odebrał od niej pepeszę.

– Córka do was przyszła! – zawołał reżyser przez tubę.

Wszyscy spojrzeli na Serafimę, która cofnęła się. Sofia podniosła rękę do oczu i przez blask reflektorów usiłowała dojrzeć córkę.

– Jesteś tam, Serafimoczka?

– Tak.

– Przyjdź do garderoby! – krzyknęła Sofia. W ogromnym studiu głos odbił się donośnym echem. Jej tuba niepotrzebna, pomyślała Serafima.

W garderobie, w której pachniało tulipanami, pudrem i szminką aktorską, jej matkę otaczał zastęp asystentek – a każda zajmowała się czym innym. Jedna usuwała makijaż, wacikiem wycierając Sofii twarz; druga zdejmowała jej buty; trzecia układała kwiaty w wazonach. Sofia siedziała tymczasem w fotelu, paląc papierosa w cygarniczce.

– Wróciłaś, Serafimo! Jak tam było w Turkiestanie? Sama widzisz, że jak zwykle wyciskają ze mnie siódme poty, a aktorce w moim wieku nie jest łatwo. Zawsze są debiutantki, gotowe na wszystko, żeby dostać rolę, a każda ma „patrona”, czyli jakąś szychę, która ją proteguje...

– Mamo, muszę porozmawiać z tobą w cztery oczy.

– Czy to coś ważnego?

– Tak.

– Możesz chyba zaufać moim damom dworu, prawda, dziewczyny?

– Oczywiście! – zaświergotały asystentki.

– Nie, to prywatna sprawa. I bardzo pilna. Możesz?

– No dobra. Zostawcie nas, dziewczęta.

Kiedy garderoba opustoszała, Serafima powiedziała matce, że poznała Amerykanina, zaręczyła się i zamierza wyjść za mąż.

Sofia była zaszokowana.

– Chyba nie musisz wychodzić za niego za mąż?

– Kochamy się, mamo, i zamierzamy wyjechać do Ameryki.

– Co? – Sofia nie wierzyła własnym uszom. – Chcesz zostawić mnie i ojca? Nie możesz tego zrobić.

Serafima uśmiechnęła się.

– Przecież tyle razy sama mi powtarzałaś, żebym szła za głosem serca, mamo. To właśnie chcę zrobić.

– I jesteś zaręczona? Nie widzę pierścionka. Jest z brylantem?

– Przymierzałam go przed wyjazdem i pasuje idealnie. Ale jest taki duży, że zwróciłam mu go. Włożę w Ameryce.

– Zwróciłaś go? Ja nigdy w życiu nie zwróciłam pierścionka. Och, Serafimoczka! Dlaczego akurat Amerykanin? Twój tata i ja nigdy cię już nie zobaczymy.

Sofia zaczęła płakać. Ale Serafimie nawet jej łzy wydawały się pozą i grą.

Nagle Sofia otarła oczy, rozmazując makijaż po policzkach.

– Gratulacje, kochanie. Ale... kiedy zamierzasz wyjechać? Chyba najpierw go poznamy?

– Nie mogę odwlekać wyjazdu, mamo.

Sofia odłożyła papierosa i wzięła Serafimę za ręce.

– Proszę cię, odłóż ten wyjazd. Zrób to dla mnie.

– Nie mogę. On na mnie czeka. Chce mnie zabrać do Ameryki natychmiast. Chcę z nim być i kiedy byłam w więzieniu...

– Ale teraz jesteś w domu. Możesz z nim wyjechać w każdej chwili. Znam aktorkę, która wyszła za angielskiego dziennikarza i zaledwie kilka tygodni temu wyjechała z nim do Londynu. Co za różnica, czy poczekasz jeszcze parę tygodni?

Serafima zmarszczyła brwi.

– Ale dlaczego?

– Ponieważ to najważniejszy okres w moim życiu. Tata napisał dla mnie specjalną rolę carycy w drugiej części Iwana Groźnego i twój związek z cudzoziemcem, Amerykaninem, mógłby wszystko zepsuć. Jak by to wyglądało w oczach... – Nawet Sofia nie wymawiała imienia Stalina nadaremno – Komitetu Centralnego?

Serafima przeklinała w duchu matkę – jej samolubstwo, egocentryzm – ale mimo wszystko kochała ją i pragnęła jej szczęścia. Zresztą chodziło też o ojca. Czy jej małżeństwo miało się zacząć od unieszczęśliwienia matki? Czyż mogła budować przyszłość na rozczarowaniu ukochanych osób?

– Zrób to dla mnie, proszę – nalegała Sofia. – Moje życie też nie jest usłane różami. Myślisz, że między mną a twoim ojcem wszystko się układa? Każdy dzień to Golgota! Twoje zabawy w Klub Niepoprawnych Romantyków napsuły nam krwi, a ja czuję się taka samotna. Proszę cię tylko, żebyś poczekała jeszcze kilka tygodni, zanim powiesz ludziom, co zamierzasz.

– Ile czasu ci potrzeba?

– W ciągu trzech tygodni obsada będzie znana. Powiedzmy miesiąc.

Co mogło się zmienić w ciągu miesiąca? Serafima jednak czuła przytłaczający niepokój. Było prawdą, że sprawa dzieci postawiła jej matkę w kłopotliwej sytuacji. Właściwie mogła zwichnąć jej karierę, a mimo to Sofia nigdy się nie skarżyła. Serafima odpędziła obawy, odwróciła się i objęła matkę.

– Tylko miesiąc, mamo. Za miesiąc wyjeżdżamy z Frankiem do Ameryki.

55

Pociąg jechał wśród falistych szmaragdowych łąk i spustoszonych pól bitewnych Białorusi. Serafima siedziała w swoim luksusowym przedziale i patrzyła na srebrną defiladę smukłych brzóz, na zburzone wsie, sczerniałe czołgi i szeregi ciężarówek ze spalonymi plandekami. Od czasu do czasu wygłodniałe kobiety o obłąkanych oczach, bardziej strachy na wróble niż ludzie, biegły wzdłuż pociągu, wyciągając żółte palce po okruchy chleba.

Serafima wyobrażała sobie, jak Frank wita ją na peronie Gare de l’Est w Paryżu, podnosząc dwa palce do czapki tym swoim zawadiackim gestem salutowania, od którego zawsze topniało jej serce. Czy przyniesie kwiaty? Co mówi sobie dwoje ludzi, którzy właśnie rozpoczynają nowe życie? Wszystko to nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, że się kochali.

Nie potrafiła wyobrazić sobie Nowego Jorku. Wiedziała, że za kilka miesięcy, po konferencji ministrów spraw zagranicznych w Paryżu, zamieszkają z Frankiem w jego domu na Manhattanie. Zamknęła oczy i próbowała przypomnieć sobie sceny z amerykańskich filmów, ale szybko zrezygnowała. Chciała tylko zobaczyć Franka, pocałować go, trzymać w ramionach, być jego żoną. Wróciła myślami do chwili, gdy poznali się w Teatrze Wielkim, gdy pierwszy raz się kochali, do palców Franka dotykających jej blizny i jego słów, że to najpiękniejszy talizman miłości, jaki znał świat. Przypominała sobie strzały na moście, które wydały jej się wtedy końcem ich romansu; aresztowanie przez Abakumowa; celę więzienną na Łubiance; nalegania matki na odłożenie wyjazdu i jej własny niepokój, gdy się na to zgodziła; straszną chwilę, gdy odmówiono jej zgody na wyjazd; i wreszcie cud: Stalin zgodził się, żeby Serafima i Frank połączyli się ze sobą.

– Za kwadrans będziemy w Mińsku – poinformował konduktor. – Co mam podać: herbatę, lemoniadę, sok, wino, szampan?

– Poproszę herbatę.

Pociąg wytracał już prędkość przed Mińskiem. Konduktor przyniósł herbatę w chińskim dzbanku i podał ją, trzymając na przedramieniu białą serwetę. Herbata była w filiżance ze spodeczkiem, jakby Serafima siedziała w salonie jakiegoś angielskiego księcia.

Spojrzała przez okno. Popijała herbatę, przyglądając się zburzonym przedmieściom Mińska. Jej uwagę zwrócił dom, w którym nie było żadnej ściany, ale pozostały w nim wszystkie łóżka i stoły, zabawki i książki jego mieszkańców. Gdzie oni teraz są? Była to jej ostatnia myśl. Świat nagle zaczął wirować coraz szybciej, ręce i nogi zrobiły się jak z waty. Jak przez mgłę usłyszała brzęk rozbijającej się filiżanki, poczuła, że głowa opada jej bezwładnie i pogrążyła się w mroku, jakby nakryta czarnym aksamitnym kapturem.


[...]