Perfekcyjna niedoskonałość - Jacek Dukaj

Perfekcyjna niedoskonałość

0,0

PIERWSZY TOM TRYLOGII JACKA DUKAJA

O CZŁOWIEKU PRZEKRACZAJĄCYM CZŁOWIECZEŃSTWO,

MANIPULUJĄCYM BIOLOGIĄ I KULTURĄ,

CZASEM, PRZESTRZENIĄ I SAMĄ FIZYKĄ

Jest XXIX wiek. Adam Zamoyski, tajemniczy zmartwychwstaniec, tkwi w środku rozgrywki między cywilizacjami, ludźmi, nieludźmi i istotami postludzkimi. Konkurencja stanowi motor ewolucji – konkurują ze sobą rośliny, zwierzęta, ludzie, kultury, gospodarki. Zwycięża, kto lepiej wykorzystuje naturalne środowisko, zasoby planety, ostatecznie – prawa fizyki.

Zamoyski nie wie, jakim cudem znalazł się w świecie późniejszym od jego czasów o kilkaset lat, ma problemy z pamięcią i tożsamością – lecz najwyraźniej stanowi klucz do zwycięstwa w owej ewolucji. Kim tak naprawdę jest? Kim są ci, którzy go otaczają? Jaką tajemnicę kryje Narwa, gdzie rozbił się statek Adama?

Książka, którą po odwróceniu ostatniej kartki ma się ochotę natychmiast przeczytać jeszcze raz. A potem jeszcze raz.

Dukaj jak demiurg powołuje światy do istnienia, nadając im przy tym cywilizacyjną pełnię. Wymyśla edukację, stosunki rodzinne, modę, a nawet język. Przede wszystkim jednak pokazuje skutki genetycznego udoskonalania człowieka – nową hierarchię społeczną i nowe kłopoty z płcią. Z tych względów książkę czyta się świetnie – im dalej, tym lepiej. Kto wie, może będzie to powieść kultowa?

Przemysław Czapliński

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Dodaj komentarz


Uwielbiam tę książkę. Jest to kolejna książka jednego z lepszych polskich pisarzy zajmujących się fantastyką. Co prawda czasami książki te nie są takie łatwe, warto się jednak nie zniechęcać, bo są to naprawdę dobre pozycje w polskiej literaturze. Można się naprawdę wciągnąć czytając tę książkę, fabuła jest naprawdę dobra, sam pomysł na książkę był moim zdaniem oryginalny. Najważniejsze to wejść w świat przedstawiony, a potem idzie już łatwo. Oczywiście jeśli ktoś za fantastyką nie przepada to może nie spodobać mu się książka, ale reszcie na pewno przypadnie ona do gustu.


W księgarniach i bibliotek napotkamy mnóstwo „dzieł”, które tak naprawdę nadają się tylko na makulaturę. Na szczęście są jeszcze pisarze, którzy proponują czytelnikowi prawdziwą ucztę intelektualną ale nie pozbawioną przyjemności. Dukaj należy do tych autorów, a jego kolejna książka tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Daleka przyszłość i zderzenie kulturowe człowieka z XXI wieku z realiami XXIX wieku. Twarda s-f i do tego inteligentna. Nie dla wszystkich.


Dobrze, że wśród całego tego chłamu, jaki starają się serwować czytelnikom wydawnictwa, można znaleźć takie perełki jak Jacek Dukaj. Kolejne z jego dzieł, które zachwyca. Jest oryginalnie, nieszablonowo i nieschematycznie. Bogata wyobraźnia autora jest czymś, czego można pozazdrościć. Świat, który wykreował, choć pochodzący z odległej nam przyszłości, jest niezwykle realny. „Perfekcyjna niedoskonałość” to rasowe science fiction, które zadowoli każdego fana tego gatunku.


Daleka przyszłość (XXIX wiek) a w niej człowiek z przeszłości (z XXI wieku). Trudno jest wniknąć w świat opisywany przez autora. Głownie za sprawą dość twardej science fiction i specyficznego języka (skoro przyszłość, to język zmienił się na pewno). Jeśli jednak tylko zmusimy swoje zwoje mózgowe do pracy roztoczy się przed nami niezwykle inteligentna historia. Warto przeczytać aby poddać próbie własną wyobraźnię. Książka ma tez jeszcze inna właściwość, chce się do niej wracać niejednokrotnie.


Jacek Dukaj po raz kolejny częstuje nas niesamowitą i wymagającą książką. Historia Adama Zamoyskiego - wskrzeszeńca, człowieka pochodzącego z XXI wieku, dziwnym zrządzeniem losu rzuconego w wiek XXIX. Czuje się on zagubiony, nie wie kim jest, gdzie jest i skąd się tu wziął. Świetny pomysł na powieść uhonorowany nagrodą im. Janusza A. Zajdla. Książkę czyta się szybko, ale jak zwykle u Dukaja, trzeba być całym sobą skupionym na jej treści, by zrozumieć co autor chciał przekazać. Można czytać ją na okrągło.


Dukaj jak zwykle pisze perfekcyjne książki. Pierwsze przeczytanie pozostawia czytelnika w kompletnym niezrozumieniu, dopiero kolejne pozwalają poznać piękno tej książki.


Świat u schyłku trzeciego tysiąclecia. W ten świat wrzucony człowiek z XXI w. Intrygująca i wiarygodna antyutopia. Język książki jest trudny. Dukaj nawiązuje tutaj do dobrych wzorców stworzonych przez Stanisława Lema. Bawi się językiem. Intelektualna jazda nie dla wszystkich.


Oj, panie Dukaj, kolejna świetna książka. Oby tak dalej!


Czytało się naprawdę dobrze, Dukaj ma wyobraźnię, że hoho. Rzeczywiście, książkę ma się ochotę przeczytać po raz drugi, w nadziei, że więcej się zrozumie niż przy pierwszym czytaniu. I jeszcze pytanie - kiedy, do licha, następna część? Historia urwana, tak się nie robi!

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2004

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja

Pa­weł Ciem­niew­ski

Ko­rek­ta

Wie­sła­wa Otto-We­is­so­wa, Anna Rud­nic­ka, Etel­ka Ka­moc­ki

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

To­masz Ba­giń­ski

Re­dak­tor tech­nicz­ny

Bo­że­na Kor­but

Wy­da­nie dru­gie

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków bez­płat­na li­nia in­for­ma­cyj­na: 0 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: In­fo­mar­ket

ISBN 978-83-08-04277-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Na­ko­necz­ny, Vir­tu­alo Sp. z o.o.

I

 

Wszyst­ko, co ist­nie­je, zmie­nia się w cza­sie. Każ­da zmia­na pro­wa­dzi do for­my le­piej, go­rzej lub tak samo do­brze przy­sto­so­wa­nej do wa­run­ków oto­cze­nia. Sto­pień przy­sto­so­wa­nia okre­śla szan­sę prze­trwa­nia da­nej for­my.

In­te­li­gen­cja po­zwa­la świa­do­mie wy­bie­rać zmia­ny ku więk­sze­mu przy­sto­so­wa­niu.

To, co le­piej wy­ko­rzy­stu­je wa­run­ki oto­cze­nia, zwy­cię­ża i wy­pie­ra to, co wy­ko­rzy­stu­je je go­rzej. Ży­cie in­te­li­gent­ne zwy­cię­ża i wy­pie­ra ma­te­rię mar­twą i ży­cie nie­in­te­li­gent­ne.

1. Farstone

 

CYWI­LI­ZA­CJA

Ogół re­guł i za­cho­wań wy­wie­dzio­nych z da­nej kul­tu­ry, któ­rych sto­so­wa­nie słu­ży utrzy­ma­niu sta­tus quo owej kul­tu­ry.

Po­tocz­nie: spo­łecz­no­ści – oraz zbio­ry ich ma­te­rial­nych ma­ni­fe­sta­cji i dóbr – przy­pi­sa­ne do da­ne­go miej­sca w Pro­gre­sie.

FREN

(gr.) „otocz­ka wą­tro­by lub ser­ca”, ośro­dek ży­cia psy­chicz­ne­go.

Ce­cha/struk­tu­ra cha­rak­te­ry­stycz­na dla sys­te­mów prze­twa­rza­nia in­for­ma­cji ob­da­rzo­nych sa­mo­świa­do­mo­ścią.

→ Uwa­ga: „Mul­ti­te­zau­rus” nie dys­po­nu­je de­fi­ni­cją „sa­mo­świa­do­mo­ści”.

 

„Mul­ti­te­zau­rus” (Sub­kod HS)

 

Pią­te­go lip­ca, w dniu ślu­bu swej cór­ki – a była to nie­dzie­la i słoń­ce grzmia­ło z bez­chmur­ne­go błę­ki­tu, sło­ny wiatr szar­pał pur­pu­ro­wy­mi sztan­da­ra­mi na wie­żach zam­ku, krzy­cza­ły pta­ki – Ju­das McPher­son, pan na wło­ściach, stahs Pierw­szej Tra­dy­cji, za­sia­da­ją­cy w obu Lo­żach, wła­ści­ciel po­nad dwu­stu hek­ta­rów° Pla­te­au HS, ho­no­ro­wy czło­nek Rady Pi­lo­tów Sol-Por­tu, pre­zy­dent Gno­sis In­cor­po­ra­ted, zo­stał dwu­krot­nie za­mor­do­wa­ny.

Czar­ny frak, czar­ne la­kier­ki, czar­ne oku­la­ry, ka­mi­zel­ka jak oce­an o zmierz­chu – scho­dząc z ta­ra­su na traw­nik pe­łen go­ści we­sel­nych, Ju­das uśmie­chał się pro­mien­nie.

Pho­ebe Ma­xi­mil­lian de la Ro­che przy­glą­da­łu się temu uśmie­cho­wi przez pry­zmat czer­wo­ne­go Pe­squé, rocz­nik 2378, ob­ra­ca­ją­ce­go się w krysz­ta­ło­wym pu­cha­rze w rytm de­li­kat­nych za­ko­le­bań jenu dło­ni. Krysz­tał był cię­ty w herb McPher­so­nów: za­ka­za­ne­go smo­ka zwi­nię­te­go dwu­krot­nie do­ko­ła wiel­kie­go bry­lan­tu. Wino nada­wa­ło her­bo­wi wła­ści­wą bar­wę, czer­wień omal tak głę­bo­ką, jak na tych cho­rą­gwiach. Wszyst­kie kie­li­chy we­sel­nej za­sta­wy były cię­te po­dług owe­go wzo­ru.

Pho­ebe zer­k­nę­łu na ce­sar­skie­go man­da­ry­na. Stał on w grup­ce ro­ze­śmia­nych dys­ku­tan­tów dwa na­mio­ty da­lej. Mon­go­lo­idal­na twarz ni­skie­go męż­czy­zny po­zo­sta­wa­ła jak zwy­kle nie­ru­cho­ma, pu­sta: Ce­sarz nie re­ago­wał ani na ten śmiech, ani na smo­ka, któ­rym McPher­son od wie­ków bez­czel­nie ła­mie Umo­wę Fun­da­cyj­ną.

Ce­sarz w ogó­le na nie­wie­le re­agu­je, po­my­śla­łu pho­ebe. Uśmiech­nię­ty McPher­son wy­mie­niał uwa­gi z za­afe­ro­wa­nym zię­ciem. Śmiej się, śmiej, czło­wie­ku.

Ma­xi­mil­lian śle­dzi­łu ich wzro­kiem przez wino, przez smo­ka, przez krysz­tał. Za­gę­ści­łu się te­raz na Pla­te­au omal punk­to­wo, po­rzu­ciw­szy inne swo­je ma­ni­fe­sta­cje; ma­ni­fe­sto­wa­łu się tyl­ko w Far­sto­ne. To przy­ję­cie jest na­zbyt waż­ne, tu ważą się losy Pro­gre­su. Umrzesz, Ju­das, umrzesz śmier­cią osta­tecz­ną.

De la Ro­che nie prze­su­wa­łu się też po Pla­te­au, nie wy­sy­ła­łu sen­sy­nów na Pola Gno­sis i McPher­so­na, bo wie­dzia­łu, że po­tem, w ra­mach śledz­twa, Ce­sarz spraw­dzi naj­drob­niej­sze drgnię­cia bło­ny. Cze­ka­łu więc cier­pli­wie, mru­ży­łu oczy od słoń­ca, piłu Pe­squé i od­kła­nia­łu się uprzej­mie go­ściom.

– Po­więk­sza się klan McPher­so­nów.

De la Ro­che obej­rza­łu się i roz­po­zna­łu ma­ni­fe­sta­cję Tu­ten­cha­mo­nu, otwar­tej nie­pod­le­głej in­klu­zji sta­re­go ob­rząd­ku: czar­no­wło­sa, czar­no­oka dziew­czy­na w je­dwab­nym sari, z mnó­stwem zło­tych bran­so­let na przed­ra­mio­nach, ze szma­rag­do­wym słoń­cem w le­wym noz­drzu, boso.

– Oby była płod­na i uro­dzi­ła mu wie­le dzie­ci – rze­kłu Ma­xi­mil­lian, chy­ląc gło­wę.

– Tak, nie wąt­pię, że ni­cze­go in­ne­go im nie ży­czysz – uśmiech­nę­ła się zza wa­chla­rza dziew­czy­na.

– Och, po­tra­fię prze­cież od­dzie­lić po­li­ty­kę od ży­cia oso­bi­ste­go.

– Ży­cia oso­bi­ste­go, pho­ebe? Ty masz ja­kieś ży­cie oso­bi­ste?

– Mó­wi­łum o ich ży­ciu, osca.

Ro­ze­śmie­li się oby­dwo­je. De la Ro­che nie spusz­cza­łu oczu z twa­rzy pry­mar­nej ma­ni­fe­sta­cji in­klu­zji. Co ośmie­li się onu oka­zać? Czy da ja­kiś znak? Co wie, a o czym ma­rzy?

Z in­klu­zja­mi nig­dy nic nie wia­do­mo. Moż­na pró­bo­wać się do­my­ślać, ale ja­kie to wy­obra­że­nia mo­ty­wów prze­cho­dzą­ce­go nad nią czło­wie­ka wy­pra­cu­je w so­bie mrów­ka? Sy­mu­la­cje Tu­ten­cha­mo­no­we­go fre­nu roz­ra­sta­ły się na Po­lach de la Ro­che’u w po­stę­pie geo­me­trycz­nym, chło­nąc każ­dą in­for­ma­cję o za­cho­wa­niu ma­ni­fe­sta­cji in­klu­zji. Po­nie­waż jed­nak była to wła­śnie in­klu­zja – U gra­nic pho­ebe’u bły­snął na Ce­sar­skim Trak­cie lau­fer pro­to­ko­łu. De la Ro­che wpu­ści­łu go. Lau­fer przy­niósł za­pro­sze­nie od Tu­ten­cha­mo­nu do Ogro­dów Ce­sar­skich. De la Ro­che po­twier­dzi­łu i roz­wi­nę­łu dru­gi ze­staw zmy­słów – dru­gie per­cep­to­rium – i sprzę­żo­ną z nim dru­gą ma­ni­fe­sta­cję, rów­nie bez­ma­te­rial­ną, co cała Ar­ti­fi­cial Re­ali­ty Ogro­dów.

AR-owe Ogro­dy Ce­sar­skie pod­le Umo­wy Fun­da­cyj­nej sta­no­wi­ły część Ziem Ce­sar­skich i – po­dob­nie jak sam Dom, Trak­ty oraz Wy­spy Dzier­żaw­ne – zo­sta­ły na trwa­łe wy­tra­wio­ne w Pla­te­au. Obo­wią­zy­wał tu pro­to­kół luź­niej­szy od pro­to­ko­łu Pierw­szej Tra­dy­cji, jed­nak in­klu­zja tak­tow­nie za­ma­ni­fe­sto­wa­ła się iden­tycz­ną po­sta­cią, co na we­se­lu McPher­son.

= Pla­te­au śpie­wa ostat­nio o dziw­nych rze­czach = mruk­nę­łu Tu­ten­cha­mon, uno­sząc wzrok ku pła­skiej ciem­no­ści bez­wy­mia­ro­we­go nie­ba.

Po­ło­że­nie jenu rąk wzglę­dem tu­ło­wia, dys­tyn­go­wa­ny gest wa­chla­rzem – wszyst­ko mie­ści­ło się w bez­piecz­nym bia­łym szu­mie ko­mu­ni­ka­cji po­za­wer­bal­nej. De la Ro­che przy­kry­wa­łu się iden­tycz­ny­mi ste­row­ni­ka­mi be­ha­wio­ru i nie spo­dzie­wa­łu się ze­rwa­nia kon­wen­cji ze stro­ny in­klu­zji hoł­du­ją­cej naj­star­szym tra­dy­cjom. In­klu­zje mniej kon­ser­wa­tyw­ne, za­miast za­pra­szać pho­ebe’u do Ogro­dów pod pro­to­ko­łem HS, do­ko­na­ły­by po pro­stu osmo­zy in­for­ma­cyj­nej. Poza pierw­szą ter­cją jest to spo­sób naj­bar­dziej na­tu­ral­ny; roz­mo­wa na­to­miast – to mę­czą­cy, po­wol­ny ry­tu­ał.

Lecz Tu­ten­cha­mon na­wet te­raz kul­ty­wu­je czło­wie­czeń­stwo, jesz­cze je­den nie­wol­nik Cy­wi­li­za­cji. To wszyst­ko musi się za­wa­lić, prę­dzej czy póź­niej. In­te­li­gen­cja nie­spę­ta­na za­wsze w koń­cu wy­gra z in­te­li­gen­cją spę­ta­ną.

= Słu­chasz jego pie­śni, pho­ebe? = do­py­ty­wa­ła się in­klu­zja, prze­chy­la­jąc dziew­czę­co gło­wę. = Wsłu­chuj się uważ­nie.

= Od­wiecz­ne li­ta­nie: UI, UI, UI, in­no­ga­lak­tycz­ne Pro­gre­sy, be­stie z Ot­chła­ni…

= Słu­chaj uważ­nie.

= A ty – usły­sza­łuś coś cie­ka­we­go, osca? = za­py­tał se­cun­dus de la Ro­che’u.

Rów­nież sta­no­wił od­bi­cie ma­ni­fe­sta­cji pry­mar­nej i rów­nież nie wy­kra­czał poza kon­wen­cjo­nal­ne pro­gra­my mowy i cia­ła.

Ten pro­to­kół, my­śla­łu zgryź­li­wie Ma­xi­mil­lian, na­zy­wa się Uprzej­mość i ża­den hac­ker nie zła­mie go za nas.

= Stahs Mo­etle McPher­son… = za­wie­si­ła głos in­klu­zja.

= Tak?

= Nic nie mąci spo­ko­ju zmar­łych. = Tu­ten­cha­mon de­mon­stra­cyj­nie od­pro­wa­dzi­łu spoj­rze­niem bia­łe fe­nik­sy. = Po­wierzch­nia je­zio­ra jest gład­ka.

Le­d­wo wy­mie­nio­ne zo­sta­ło imię pra­pra­wnu­ka Ju­da­sa McPher­so­na, Ma­xi­mil­lian wy­da­li­łu ar­mię sen­sy­nów. Ce­sar­ski­mi Trak­ta­mi po­mknę­ły przez Pla­te­au; inne jęły prze­cze­sy­wać ze­wnętrz­ne Pola Ma­xi­mil­lia­nu.

Z czym wró­ci­ły: kil­ka ty­go­dni temu Mo­etle za­brał trzy kor­po­ra­cyj­ne Kły i znik­nął gdzieś w ga­lak­ty­ce; żad­nych ofi­cjal­nych ko­mu­ni­ka­tów; cel nie­zna­ny.

De la Ro­che za­py­tu­je samu sie­bie: co ekra­nu­je od Pla­te­au?

Od­po­wia­da: śmierć lub kie­szeń tem­po­ral­na czar­nej dziu­ry.

Za­py­tu­je: jak McPher­son za­re­agu­je na am­pu­to­wa­nie fre­nu swe­go po­tom­ka?

Od­po­wia­da (w śmie­chu): nie zdą­ży za­re­ago­wać.

= Śmierć wnu­ka stah­sa Ju­da­sa – to by­ło­by nie­for­tun­ne = mruk­nę­łu de la Ro­che.

= Na­wet bar­dzo.

De la Ro­che za­py­tu­je samu sie­bie:

Czy to moż­li­we, iż Tu­ten­cha­mon po­dej­rze­wa o to nas? I czy wo­bec tego na­le­ży wy­pro­wa­dzać nu z błę­du? Co Ho­ry­zon­ta­li­ści zy­ska­li­by na prze­ko­na­niu jed­nej z po­tęż­niej­szych in­klu­zji, że po­sia­da­ją siłę i de­ter­mi­na­cję dla pro­wa­dze­nia otwar­tych dzia­łań ofen­syw­nych? Pla­te­au ostat­nio śpie­wa­ło tak­że o na­szej pry­wat­nej Woj­nie, ukry­tej gdzieś za siód­mym ho­ry­zon­tem… Czy to praw­da? Czy rze­czy­wi­ście ją po­sia­da­my?

Ma­xi­mil­lian py­ta­łu się ze szcze­rą cie­ka­wo­ścią. Przy­pusz­cza­łu, że przed przy­by­ciem do Far­sto­ne pod­da­łu się sil­ne­mu for­ma­to­wa­niu, wy­ci­na­jąc so­bie z użyt­ko­wej pa­mię­ci wszel­kie nie­ko­niecz­ne a kom­pro­mi­tu­ją­ce dane. Ma­xi­mil­lian samu więc już nie wie­dzia­łu, cze­go nie pa­mię­ta i cze­go nig­dy nie pa­mię­ta­łu. Za­pew­ne w roz­ma­itych po­za­cy­wi­li­za­cyj­nych Pla­te­au mia­łu po­ukry­wa­ne me­try i me­try sfe­rycz­ne pa­mię­ci wy­cię­tej z rdze­nia swe­go fre­nu – tego się po so­bie spo­dzie­wa­łu, na­wet bę­dąc tym, kim w owej chwi­li byłu. Nie wy­cię­łu bo­wiem z sie­bie ma­kia­we­licz­nej po­dejrz­li­wo­ści.

A może wła­śnie tę po­dejrz­li­wość do­dat­ko­wo so­bie za­pro­gra­mo­wa­łu na wi­zy­tę w Far­sto­ne.

Rze­kłu:

= Miej­my na­dzie­ję, że wszyst­ko szyb­ko się wy­ja­śni i żad­na zła wia­do­mość nie ze­psu­je tak pięk­ne­go dnia.

In­klu­zja spa­li­ła swą pla­te­au’ową ma­ni­fe­sta­cję i wy­co­fa­ła się z Ogro­dów. De la Ro­che ska­so­wa­łu se­cun­du­so­we per­cep­to­rium planck póź­niej.

Z po­wro­tem sku­pi­łu się na traw­ni­ku przed zam­kiem McPher­so­nów. Całe spo­tka­nie w Ogro­dach nie trwa­ło wię­cej jak dwa Gplanc­ki a-cza­su.

Pry­mar­na ma­ni­fe­sta­cja Tu­ten­cha­mo­nu za­grze­cho­ta­ła bran­so­le­ta­mi w krót­kim ukło­nie i ode­szła.

Ma­xi­mil­lian od­szu­ka­łu wzro­kiem Ju­da­sa McPher­so­na, zi­ry­to­wa­nu, że pod obo­wią­zu­ją­cym na przy­ję­ciu pro­to­ko­łem musi się ogra­ni­czać do jed­ne­go kie­run­ku spoj­rze­nia. Taak, Tra­dy­cja jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo wy­god­na dla stah­sów. Jak ro­zu­mu­ją nasi ko­cha­ni stah­so­wie? „Sko­ro my nie mo­że­my – nie chce­my – pod­nieść się na ich po­ziom, niech oni zej­dą na nasz”. Ty­ra­nia wy­cho­dzi na jaw w każ­dym szcze­gó­le, du­ma­łu de la Ro­che. Ży­je­my w jarz­mach ne­an­der­tal­czy­ków.

We­szłu do na­mio­tu, skry­łu się w chłod­nym cie­niu ko­lo­ro­we­go płót­na. Od­sta­wi­łu kie­lich z nie­do­pi­tym wi­nem i na­ło­ży­łu so­bie na ta­le­rzyk lo­do­we cia­sto. Z po­ukry­wa­nych prze­myśl­nie gło­śni­ków są­czy­ła się mu­zy­ka, kwar­tet smycz­ko­wy, ja­kaś im­pro­wi­za­cja, bo nie sko­ja­rzy­łu jej z ni­czym już pły­wa­ją­cym w mo­rzach da­nych.

Spod sto­łu zer­k­nął zło­wro­go na de la Ro­che’u pies, wiel­ki ber­nar­dyn. Za­war­czał z głę­bi gar­dła, uno­sząc łeb. Zwie­rzę­ta nie lu­bią na­no­ma­tycz­nych re­pre­zen­tan­tów, nie­po­koi je cał­ko­wi­ty brak za­pa­chu więk­szo­ści użyt­ko­wych ma­ni­fe­sta­cji, inf jest wszak tak gru­bo­ziar­ni­sty… Ma­xi­mil­lian od­su­nę­łu swe­go pri­mu­sa od sto­łu.

Lo­do­we cia­sto było mdlą­co słod­kie. De la Ro­che nie chcia­łu psuć so­bie hu­mo­ru i po­sta­no­wi­łu lu­bić cie­kłą sło­dycz. Po­sta­no­wi­łu – lu­bi­łu. Ob­li­zu­jąc war­gi, na­ło­ży­łu so­bie dru­gą por­cję.

Przy wej­ściu do na­mio­tu na­tknę­łu się na am­ba­sa­do­ra ra­ha­bów. Am­ba­sa­dor przy­wdzia­łu ma­ni­fe­sta­cję sta­re­go Mar­lo­na Bran­do. Prze­ko­ma­rza­łu się wła­śnie z trój­ką stah­so­wych dzie­ci, w ra­mach pro­to­ko­łu pe­dan­tycz­nie sy­mu­lu­jąc pot na czo­le i cięż­ki od­dech.

– Ależ nie, ależ nie! – wo­ła­łu, wy­ma­chu­jąc pu­stym ku­flem. – To nie my zja­da­my ga­zo­we ol­brzy­my, to usza!

– Usza in­wer­tu­ją ob­ło­ki wo­do­ro­we – upie­ra­ła się kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka w ró­żo­wej su­kien­ce, bia­łych pod­ko­la­nów­kach i błę­kit­nych ko­kar­dach wpię­tych w blond wło­sy. Się­ga­ła pry­mar­nej ma­ni­fe­sta­cji am­ba­sa­do­ra do pasa.

– Nie­praw­da! – uniósł się chłop­czyk o buzi uma­za­nej cze­ko­la­dą. – Oni są z me­ta­no­wych mórz!

– No ja chy­ba wiem le­piej – wes­tchnę­łu am­ba­sa­dor.

– Więc któ­rzy są krze­mow­ca­mi? – włą­czył się dru­gi chłop­czyk, do­tąd za­ję­ty roz­sma­ro­wy­wa­niem po ma­ry­nar­ce pla­my żół­te­go sosu.

– An­ta­ri – od­parł mu ten cze­ko­la­do­wy.

– A kto to?

– No krze­mow­ce!

Am­ba­sa­dor, prze­wra­ca­jąc ocza­mi, po­drep­ta­łu do usta­wio­nej na krzy­ża­kach wiel­kiej becz­ki i na­peł­ni­łu ku­fel.

Ma­xi­mil­lian uśmiech­nę­łu się po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Dzie­ci.

– Dzie­ci – sap­nę­łu ra­hab.

– Nie prze­czę, jest w tym pe­wien urok, prah­be.

Am­ba­sa­dor wes­tchnę­łu wie­lo­ry­bio.

– Ech, po­li­tycz­ne z cie­bie zwie­rzę, na­wet tu mi nie da­ru­jesz.

Mach­nę­łu wiel­ką ręką i, wy­mi­nąw­szy brzdą­ce mo­le­stu­ją­ce fleg­ma­tycz­ne­go ber­nar­dy­na, wy­szłu z na­mio­tu.

Ma­xi­mil­lian spo­koj­nie do­koń­czy­łu cia­sto, odło­ży­łu ta­le­rzyk, otar­łu usta. Już nie tra­ci­łu ner­wów tak ła­two, jak na po­cząt­ku we­se­la. Mapa jenu Pól emo­cjo­nal­nych znów przy­po­mi­na­ła Man­del­bro­ta, z do­brze wy­kształ­co­nym rdze­niem i pe­ry­fe­ryj­ny­mi od­bi­cia­mi; nowy pro­to­kół uczu­cio­wy był bar­dziej ela­stycz­ny.

Mru­żąc oczy sta­nę­łu na gra­ni­cy słoń­ca i cie­nia, pod fał­dą za­wi­nię­te­go płót­na na­mio­tu.

Ob­lusz­czo­ne mury zam­ku wzno­si­ły się wy­so­ko nad roz­sło­necz­nio­nym traw­ni­kiem, ka­mien­ne płasz­czy­zny chro­po­wa­te­go cie­nia. Po­nad bry­łą zam­ku że­glo­wał wiel­ki czer­wo­ny ba­lon z wy­pi­sa­ny­mi na po­wło­ce ży­cze­nia­mi dla no­wo­żeń­ców. Wiatr od mo­rza ko­ły­sał ba­lo­nem, szar­pał go w dół i w górę. Nie­ba, tak czy­ste­go, tak błę­kit­ne­go, nie zna­czy­ły naj­drob­niej­sze strzę­py ob­ło­ków, na­wet pta­ków nie doj­rza­łu, upał przy­gniótł je do zie­mi. Cie­nie zam­ku i na­mio­tów wy­ci­na­ły w traw­ni­ku ko­śla­we for­my, we­wnątrz nich gro­ma­dzi­li się go­ście. Pod naj­więk­szym, śnież­no­bia­łym na­mio­tem szy­ko­wa­ła się na owal­nym po­dium or­kie­stra; Ma­xi­mil­lian wi­dzia­łu mu­zy­ków stro­ją­cych in­stru­men­ty, dzie­ci cho­wa­ją­ce się za de­ska­mi es­tra­dy. W ką­cie, gdzie cień naj­głęb­szy, ja­kiś męż­czy­zna zdjąw­szy ma­ry­nar­kę żon­glo­wał czte­re­ma kie­lisz­ka­mi. Mu­siał być już lek­ko wsta­wio­ny. Żona da­wa­ła mu dys­kret­ne zna­ki. Ale żon­glo­wał jesz­cze za­ma­szy­ściej. Dzie­cia­ki sta­ły z otwar­ty­mi bu­zia­mi. Kil­ka osób za­kła­da­ło się, czy fa­cet upu­ści szkło. Za­bu­cza­ła stro­jo­na gi­ta­ra i kie­lisz­ki spa­dły na zie­mię. Wszy­scy się śmia­li, łącz­nie z nie­for­tun­nym żon­gle­rem.

Ma­xi­mil­lian łyk­nę­łu z Pla­te­au nie­co głę­biej. Męż­czy­zna na­zy­wał się Adam Za­moy­ski, lecz w ety­kiet­ce pla­te­au’owej uj­mo­wa­no to na­zwi­sko w cu­dzy­słów. Nie był stah­sem. Nie był też nie­pod­le­głą ma­ni­fe­sta­cją pho­ebe’u sta­re­go ob­rząd­ku. Był wła­sno­ścią McPher­so­na.

Ma­te­rial­ne szcząt­ki Za­moy­skie­go od­zy­ska­no z „Wolsz­cza­na”, na któ­re­go wrak, idą­cy dzi­kim kur­sem ostro od eklip­ty­ki, na­tra­fił trój­zę­bo­wiec Gno­sis. Zna­le­zio­no tam jesz­cze kil­ka in­nych tru­pów, ale mó­zgu żad­ne­go z nich nie uda­ło się od­bu­do­wać. Na­to­miast ten tu po­ła­ta­niec – we­dług da­nych z pu­blicz­nych Pól Pla­te­au – po­sia­dał ory­gi­nal­ne wspo­mnie­nia i ory­gi­nal­ny fren. Ak­tu­al­nie znaj­do­wał się pod nad­zo­rem SI z Pla­te­au – owa se­min­klu­zja fil­tro­wa­ła mu rze­czy­wi­stość, sy­mu­lu­jąc jego współ­cze­sność i sty­mu­lu­jąc re­kon­struk­cję pa­mię­ci. W niej bo­wiem za­mknię­ta była ta­jem­ni­ca lo­sów „Wolsz­cza­na”.

Gno­sis nie in­for­mo­wa­ła, dla­cze­go po pro­stu nie wło­żo­no Za­moy­skie­go do te­ra­peu­tycz­nej AR.

W pu­blicz­nych za­so­bach Pla­te­au znaj­do­wa­ły się do­syć bo­ga­te dane na te­mat mi­sji stat­ku. Zbu­do­wa­ny w oko­łok­się­ży­co­wej stocz­ni ALMA w 2091 roku, wy­ru­szył w dro­gę 2 grud­nia 2092. Cel: ano­ma­lia cza­so­prze­strzen­na pół roku świetl­ne­go od ε Eri­da­ni.

Ach, to była pierw­sza eks­pe­dy­cja do Zła­ma­ne­go Por­tu! Po te in­for­ma­cje nie mu­sia­łu de la Ro­che się­gać do ze­wnętrz­nych Pól, to był ka­mień mi­lo­wy Pro­gre­su Homo Sa­piens.

Port De­for­man­tów z nie­zna­nych przy­czyn roz­pruł się, gdy mi­jał ε Eri­da­ni. Nie prze­ży­łu żad­nu De­for­mant. Po ka­ta­stro­fie po­zo­sta­ło tam nie­re­gu­lar­ne ugię­cie cza­so­prze­strze­ni, sie­ją­ce lo­so­wo wiąz­ka­mi dłu­gich kra­ft­fal. Obiek­ty zła­pa­ne w sio­dło ta­kiej fali ze­śli­zgi­wa­ły się poza za­sięg ziem­skich te­le­sko­pów z pręd­ko­ścią po­nad­świetl­ną.

W koń­cu parę państw z Zie­mi wy­sła­ło eks­pe­dy­cje dla zba­da­nia fe­no­me­nu. Pierw­sze trzy szlag tra­fił, Zła­ma­ny Port po­łknął je bez śla­du. Była to oczy­wi­ście wiel­ka nie­ostroż­ność ze stro­ny na­ukow­ców, że pcha­li się tak pro­sto w pasz­czę wul­ka­nu, ale wte­dy wła­śnie Homo sa­piens jesz­cze się zu­peł­nie nie zna­li na kra­ftun­ku. Wie­dza, tech­no­lo­gia przy­szły do­pie­ro po­tem; na Zła­ma­nym Por­cie lu­dzie na­uczy­li się pod­sta­wo­wych praw, dzię­ki nie­mu zbu­do­wa­li swo­je pierw­sze Kły, dzię­ki nie­mu prze­kro­czy­li Dru­gi Próg Pro­gre­su.

Zwa­żyw­szy na wie­ki dry­fu, „Wolsz­czan” zo­stał zna­le­zio­ny we wca­le nie­złym sta­nie. Mu­siał jed­nak prze­cho­dzić przez ja­kiś sys­te­mo­wy śmiet­nik, bo po­dziu­ra­wi­ło go mniej­szy­mi i więk­szy­mi me­te­ora­mi nie­mal na wy­lot. Wszyst­kich sze­ścio­ro człon­ków za­ło­gi zna­le­zio­no w ana­bio­ze­rach. Dwo­je nie żyło już przed ich za­mknię­ciem, resz­ta zmar­ła w efek­cie po­stę­pu­ją­cej de­gra­da­cji sprzę­tu.

Te­raz de la Ro­che do­ce­nia­łu zna­cze­nie Ada­ma Za­moy­skie­go, któ­ry w rze­czy­wi­sto­ści mógł na­zy­wać się in­a­czej, lecz nikt nie wie­dział jak, bo jego DNA nie od­po­wia­da­ło żad­ne­mu z sze­ściu DNA za­cho­wa­nych w Pla­te­au jako DNA człon­ków za­ło­gi fe­ral­ne­go stat­ku. To samo do­ty­czy­ło zresz­tą dwóch in­nych tru­pów.

Czyż­by ktoś pod­mie­nił w głę­bo­kim ko­smo­sie tro­je lu­dzi? Zmie­nił DNA i RNA każ­dej ich ko­mór­ki, wszyst­kich mi­to­chon­driów? To ewi­dent­nie wska­zy­wa­ło na in­ter­wen­cję tech­no­lo­gii z wyż­szych re­jo­nów Krzy­wej. Czyż­by Pią­ty Pro­gres? To by­ło­by coś! Czy Gno­sis kon­sul­to­wa­ła spra­wę z an­ta­ri, ra­ha­ba­mi i usza? Trze­ba by wy­sto­so­wać ofi­cjal­ne za­py­ta­nie. De la Ro­che uzna­łu, że nie po­win­no ono wzbu­dzić żad­nych po­dej­rzeń: zwy­kła cie­ka­wo ść. Wy­sła­łu za­tem Trak­tem lau­fra do Pól kor­po­ra­cji. Kil­ka Kplanc­ków póź­niej lau­fer przy­niósł od­po­wiedź spro­wa­dza­ją­cą się do jed­no­myśl­ne­go de­men­ti wszyst­kich trzech Cy­wi­li­za­cji.

Może więc ja­cyś De­for­man­ci. Mhm. Trud­no po­wie­dzieć.

Nie­mniej wskrze­sze­niec re­ago­wa ł na na­zwi­sko Ada­ma Za­moy­skie­go, Ada­mem Za­moy­skim się pa­mię­tał – Gno­sis tym­cza­so­wo za­ak­cep­to­wa­ła tę toż­sa­mość.

Ma­xi­mil­lian po­desz łu do Za­moy­skie­go, któ­ry zbie­rał wła­śnie odłam­ki szkła z zie­mi. (Tyl­ko je­den kie­li­szek się roz­bił).

– Dzień do­bry.

– A tak, tak. Wy­grał pan, czy prze­grał?

– Ja się nie za­kła­da­łum.

– Kie­dyś żon­glo­wa­łem pię­cio­ma.

– Na­praw­dę?

Za­moy­ski wy­pro­sto­wał się, za­wi­nął szkło w ser­wet­kę, ro­zej­rzał się i wrzu­cił je do naj­bliż­sze­go ko­sza.

Pry­mar­na Ma­xi­mil­lia­nu przy­glą­da­ła mu się spo­koj­nie, z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi za ple­ca­mi. Ana­li­za an­giel­skie­go, ja­kim po­słu­gi­wał się Za­moy­ski, wska­zy­wa­ła, iż nie sta­no­wił on jego ję­zy­ka oj­czy­ste­go.

Cie­ka­we, jak szczel­ny jest ten filtr re­tro.

– To po­dob­nie jak Wiel­ka Loża – rze­kłu pry­mar­nym de la Ro­che. – Trzy na­raz i wszyst­ko spa­da, roz­pry­sku­je się w drob­ny mak.

Za­moy­ski zi­gno­ro­wał sło­wa Ma­xi­mil­lia­nu, spo­glą­dał obo­jęt­nie, gło­wa ani drgnę­ła, nie po­ru­szy­ły się oczy.

Ana­li­zer be­ha­wio­ru nie miał wąt­pli­wo­ści: Za­moy­ski nie usły­szał nic ze słów Ma­xi­mil­lia­nu, SI ocen­zu­ro­wa­ła.

Bied­ny pół­trup, żyje w XXI wie­ku.

– Po­noć jest pan ko­smo­nau­tą.

– A tak, tak. – Tym ra­zem za­re­ago­wał. – Ko­smo­nau­tą. By­łem. – Wy­krzy­wił się do­bro­dusz­nie. – Mi­siu za­ko­piań­ski. Chce się pan sfo­to­gra­fo­wać?

– Nie, dzię­ku­ję. Miał pan ja­kieś cie­ka­we przy­go­dy?

– Słu­cham? – mruk­nął roz­tar­gnio­ny Za­moy­ski.

Już bo­wiem na czym in­nym sku­piał swą uwa­gę – za­wie­sił wzrok po­nad ra­mie­niem pry­mar­nej de la Ro­che’u, na wy­so­ko­ści zam­ko­wych blan­ków.

– W ko­smo­sie – cią­gnę­łu pho­ebe gład­kim, ni­skim gło­sem, ob­ra­ca­jąc ku męż­czyź­nie tu­łów i prze­chy­la­jąc gło­wę. – Przy­da­rzy­ło się panu coś cie­ka­we­go? Wie pan, lu­dzie róż­ne rze­czy opo­wia­da­ją…

– A tak, tak. Coś cie­ka­we­go. Na pew­no.

Po­cie­rał o sie­bie ner­wo­wo wnę­trza wiel­kich dło­ni. Czy to jest jego ory­gi­nal­ny fe­no­typ, czy też prze­ska­lo­wa­no go do współ­cze­snych wa­run­ków? Zresz­tą czy na­praw­dę był Ada­mem Za­moy­skim? Wszyst­ko spro­wa­dza­ło się do ar­bi­tral­nych de­cy­zji. Wy­bra­no mu za­tem cia­ło o wy­so­ko­ści me­tra i dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu cen­ty­me­trów i dzię­ki temu był te­raz wzro­stu śred­nie­go.

Pry­mar­na Ma­xi­mil­lia­nu mia­ła jego spo­co­ną twarz na wy­cią­gnię­cie ręki. Ja­sno­błę­kit­ne oczy Za­moy­skie­go ce­lo­wa­ły tuż obok.

Na Po­lach pho­ebe’u py­ta­nia mno­ży­ły się ni­czym go­rą­ca kul­tu­ra bak­te­ryj­na. Czy do­bór wie­ku i rzeź­ba fe­no­ty­pu wskrze­szeń­ca były przy­pad­ko­we, czy też wy­ni­ka­ły ze ska­nu jego mó­zgu sprzed re­kon­struk­cji? Czy Gno­sis dys­po­nu­je do­dat­ko­wy­mi, nie­ujaw­nia­ny­mi in­for­ma­cja­mi o wy­pra­wie „Wolsz­cza­na”? W ja­kim celu Ju­das wpu­ścił tę ofia­rę mię­dzy go­ści we­sel­nych?

Ob­li­cze miał Za­moy­ski po­bruż­dżo­ne głę­bo­ki­mi zmarszcz­ka­mi, brwi zgo­ła na­stro­szo­ne, wąs gę­sty, usta jak pęk­nię­cie ka­mie­nia. Bar­dzo bar­czy­sty, po­chy­lał gło­wę do przo­du.

Na pe­ry­fe­ryj­nych Po­lach Ma­xi­mil­lia­nu wy­bu­cha­ły szyb­kie atrak­to­ry sko­ja­rzeń wi­zu­al­nych: bok­ser – byk – bul­do­żer – ta­ran.

– Co ta­kie­go? Ja­kaś przy­go­da w ko­smo­sie? Ha, może i tra­fi­li­ście na ślad ży­cia po­za­ziem­skie­go! Wie pan, ja­kie plot­ki się bez prze­rwy sły­szy? – do­py­ty­wa­łu się de la Ro­che, cier­pli­wie son­du­ją­cu pre­cy­zję fil­tra nad­zor­czej se­min­klu­zji.

Ale on, Za­moy­ski – nie usły­szał? zi­gno­ro­wał? był zbyt pi­ja­ny? na­my­ślał się tak dłu­go? Bo zno­wu nie od­po­wie­dział.

Z głę­bi na­mio­tu wró­ci­ła jego żona, szczu­pła bru­net­ka w prze­wiew­nej ba­weł­nie.

Żona? Pla­te­au na­świe­tla inny ob­raz: na­no­ma­tycz­na ku­kła straż­ni­czej SI. Skrom­na wi­zy­tów­ka pla­te­au’owa in­for­mu­je o sta­tu­sie ma­ni­fe­sta­cji: le­asing Gno­sis Inc… – ce­sar­ska li­cen­cja bez­ter­mi­no­wa – funk­cja te­ra­peu­tycz­na.

– Ile pa­mię­ta? – zwró­ci­łu się do niej de la Ro­che, pew­nu, że se­min­klu­zja to wy­tnie i Za­moy­ski nie usły­szy słów, nie spo­strze­że na­wet ru­chu warg.

– Z pa­mię­ci krót­ko­ter­mi­no­wej nie­wie­le oca­la­ło – od­par­ła SI, wy­gła­dza­jąc bia­łą su­kien­kę.

Mi­nę­ła ma­ni­fe­sta­cję pho­ebe’u, ob­da­rza­jąc ją ko­sym spoj­rze­niem, i uję­ła Za­moy­skie­go pod ra­mię. Adam nie uczy­nił ru­chu, by się wy­rwać, nie uczy­nił ru­chu, by przy­gar­nąć ją bli­żej, nie zmie­nił też wy­ra­zu twa­rzy. Wy­da­wał się być już dość moc­no odu­rzo­ny – choć przed chwi­lą żon­glo­wał czte­re­ma kie­lisz­ka­mi. Czyż­by se­min­klu­zja była w sta­nie na­kła­dać nań tak bru­tal­ne blo­ka­dy?

– Prze­nie­śli­ście go na Pla­te­au, czy ma tyl­ko siat­kę na ko­rze?

– Tyl­ko wsz­czep­kę na­no­ma­tycz­ną – od­par­ła SI, pro­wa­dząc po­wo­li „męża” na słoń­ce. – Roz­sze­rzo­ną ko­nek­cyj­kę Czwar­tej Tra­dy­cji. Stahs Ju­das ma na­dzie­ję w koń­cu ją usu­nąć.

– Kupi mu oby­wa­tel­stwo? – De la Ro­che po­stę­po­wa­łu za nimi.

– Może. – Se­min­klu­zja uśmiech­nę­ła się dwu­znacz­nie. – To za­le­ży. Pro­szę go zresz­tą samu za­py­tać, pho­ebe.

Oby­dwie ma­ni­fe­sta­cje na­no­ma­tycz­ne obej­rza­ły się rów­no­cze­śnie na McPher­so­na. (Na bio­lo­gicz­ną ma­ni­fe­sta­cję McPher­so­na, my­śla­łu Ma­xi­mil­lian). Ju­das McPher­son su­nął w swym fra­ku przez gęst­nie­ją­cy wo­ko­ło tłu­mek go­ści, w stro­nę mło­dej pary, skry­tej w cie­niu pierw­szych drzew par­ku, za sto­ła­mi z pre­zen­ta­mi. Na war­gach: mo­nar­szy pół­u­śmiech. W oczach: zło­śli­wa iro­nia i po­gar­da. Jego oczu Ma­xi­mil­lian nie wi­dzia­łu przez czar­ne szkła oku­la­rów Ju­da­sa, lecz taki wy­raz mia­ły one w 99% mo­de­li fre­nu stah­sa Ju­da­sa McPher­so­na ho­do­wa­nych na Po­lach de la Ro­che’u.

– No wła­śnie – wes­tchnę­ła zza ich ple­ców – Kto? Bły­sk­planc­ko­wa ana­li­za gło­su i Ma­xi­mil­lian już wie, że to – An­ge­li­ka, naj­młod­sza cór­ka McPher­so­na, sie­dem­na­ste jego dziec­ko we­dług sta­rej Tra­dy­cji – prze­cią­ga­jąc wes­tchnie­nie, mówi na wy­de­chu:

– Przy­pusz­czam, że tak to wy­glą­da na wszyst­kich we­se­lach, na któ­re go za­pra­sza­ją: on jest za­wsze głów­ną atrak­cją, cen­trum uwa­gi.

Od­wró­ci­li się do niej, pry­mar­na SI się ukło­ni­ła, Za­moy­ski uca­ło­wał dłoń.

An­ge­li­ka uśmiech­nę­ła się do nie­go ser­decz­nie.

– Pa­nie Za­moy­ski, pa­nie Za­moy­ski… zno­wu pan prze­sa­dził? Może jed­nak ja­kieś ła­god­niej­sze trun­ki. Nie sma­ku­ją?

– Sma­ku­ją – od­rzekł męż­czy­zna, ostroż­nie ar­ty­ku­łu­jąc gło­ski. – Wszyst­ko tu sma­ku­je. Ale są zbyt… po­wol­ne.

– Tak?

– Nie­ste­ty – po­ki­wał gło­wą. – Je­stem al­ko­ho­li­kiem – rzekł i po­rwał z tacy prze­cho­dzą­ce­go obok kel­ne­ra ko­lej­ny kie­li­szek.

– O? A cze­muż to?

De la Ro­che za­chi­cho­ta­łu w du­chu. Cóż za dia­log przez stu­le­cia…!

Bo wła­ści­wie na ile sub­tel­ne mogą być in­ge­ren­cje nad­zor­czej SI? Czy po­win­na ona na przy­kład prze­re­da­go­wać ostat­nie py­ta­nie An­ge­li­ki? McPher­son za­py­ta­ła jak o wy­bór, lecz Za­moy­ski po­cho­dzi z epo­ki fa­ta­li­zmu, z epo­ki pre­de­sty­na­cji cia­ła i umy­słu. Pili, bo mu­sie­li. Cho­ro­wa­li, bo mu­sie­li. Umie­ra­li, bo mu­sie­li. Nie było wy­bo­ru.