Pejzaż retro - Bożena Szlucha

Pejzaż retro

0,0

Dlaczego powstała ta książka? Jak pisze autorka we wstępie: „Po pierwsze chcę, aby moje dzieci i wnukowie nie musieli zastanawiać się, skąd pochodzą i dlaczego są tacy, a nie inni. Po wtóre, myślę, że winna jestem coś osobom, które w swoim życiu kochałam, a także kocham najbardziej na świecie. Po trzecie, z egoizmu, bo nie chcę po swojej śmierci, tak po prostu, całkowicie zniknąć. Chcę zostawić potomnym cząstkę siebie i świata, który wiele lat temu istniał. Piszę więc w takiej formie, która pozwala na to, abym mogła od czasu do czasu wyzierać spoza opowiadanych historii. Piszę też dla przyjemności, bo miło jest wracać myślami do dzieciństwa, świata, który już dawno nie istnieje. To tak, jakbym wsiadała do wehikułu czasu! Pstryk i już jestem gdzie indziej. Dzieje moich rodziców, dziadków, pradziadków, wplecione w losy kraju, są też maleńką lekcją historii”.
Poznajmy zatem kolejne pokolenia, przede wszystkim kobiet – począwszy od tych z początku XX wieku, których jedynym „zadaniem” było wyjść dobrze za mąż, aż po współczesne: aktywne, samodzielne, sprawnie posługujące się najnowszymi osiągnięciami techniki.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Bożena Szlucha
Pejzaż retro

* darmowy fragment *
© Copyright by Bozena Szlucha 2009
Obraz na okładce: Leon Chrapko
ISBN 978-83-7564-210-0
Wydawnictwo My Book
www.mybook.pl
logo
Podziękowania

Chciałam serdecznie podziękować wszystkim, którzy zachęcali mnie do napisania tej książki i jej wydania. Każdy w inny sposób ma swój udział w tym, że „Pejzaż retro” wykluł się, urósł i rozwinął skrzydła, czym sprawił mi ogromną radość.

I tak dziękuję:

Moim dawno zmarłym krewnym za to, że istnieli, w ciekawych czasach wiedli barwne życie i po nich odziedziczyłam, oprócz genów, wspomnienia, które są kanwą tej książki.

Mojej babci Mani i dziadkowi Szymkowi za akceptację, bezgraniczną miłość oraz podwaliny pod ukształtowanie mnie takiej, jaką jestem.

Dzięki ich ciekawemu życiu było o czym pisać.

Babcia była dla mnie najwspanialszą babcio-mamą, mimo iż przez dwadzieścia cztery lata słyszała „ty i ta twoja Dzidziusia”.

Odkryłaś we mnie, Babciu, wrażliwego człowieka i wiernego słuchacza!

Moim rodzicom chciałam podziękować za miłość i rozsądek. Dzięki Wam babcia Mania nie do końca mnie rozpaskudziła. Dziękuję też za wspomnienia, których nasłuchałam się przez całe życie.

Moim siostrom za to, że są niepowtarzalne i wraz ze mną przeżywały rodzinne wzloty i upadki.

Szczególnie dziękuję Lucynie, która przez wiele lat była moją najlepszą przyjaciółką.

Mojemu mężowi Jędrkowi jestem wdzięczna za odwagę i chęć wejścia na moją drogę. Za wszystkie wspólne chwile i wytrwałość w podążaniu ze mną. Za wyrozumiałość, wsparcie oraz wiarę w moje siły.

Jędrusiu! Dzięki Twojemu uczuciu tradycja rodzinna „małżeństw z miłości aż po grób”, jest nadal kultywowana.

Moim dzieciom i wnukom dziękuję za miłość.

Szczególnie mojej córce Stelli za to, że jest dla mnie zarazem krytykiem, jak i korektorem.

Dzięki Wam zaczęłam spisywać historię rodziny.

Mojemu zięciowi i mojej synowej za dar miłości i wejście do naszej rodziny. Za wartości, które wnieśli w wianie.

Mojej przyjaciółce Eli chciałabym podziękować za przyjaźń.

To Ty odkryłaś we mnie poetkę oraz pisarkę i wspierałaś mnie, będąc pierwszą czytelniczką książki.

A teraz będą specjalne podziękowania dla moich przyjaciół;

Wspólnie Grażynce i Leonowi za to, że w ich cudownym domu odkryłam raj i zakochałam się w Bieszczadach.

Grażynko, dzięki za przyjaźń, atmosferę, której jesteś mistrzem, wiele wspaniałych, artystycznych przeżyć oraz za nakłanianie do pisania i wydania książki.

Leonie, wdzięczna jestem Tobie za cierpliwość, przyjaźń, wsparcie, wszelkie uwagi pomocne przy napisaniu i wydaniu książki oraz za zgodę na wykorzystanie zdjęcia Twojego obrazu na okładkę.


Wstęp

Dlaczego napisałam tę książkę? Trudno odpowiedzieć jednym zdaniem. Po pierwsze chcę, aby moje dzieci i wnukowie nie musieli zastanawiać się, skąd pochodzą i dlaczego są tacy, a nie inni.

Po wtóre, myślę, że winna jestem coś osobom, które w swoim życiu kochałam, a także kocham najbardziej na świecie. Po trzecie, z egoizmu, bo nie chcę po swojej śmierci, tak po prostu, całkowicie zniknąć. Chcę zostawić potomnym cząstkę siebie i świata, który wiele lat temu istniał. Piszę więc w takiej formie, która pozwala na to, abym mogła od czasu do czasu wyzierać spoza opowiadanych historii.

Piszę też dla przyjemności, bo miło jest wracać myślami do dzieciństwa, świata, który już dawno nie istnieje. To tak, jakbym wsiadała do wehikułu czasu! Pstryk i już jestem gdzie indziej. Dzieje moich rodziców, dziadków, pradziadków, wplecione w losy kraju, są też maleńką lekcją historii. Parę lat temu w książce Ewy Foley „Zakochaj się w życiu” przeczytałam piękną opowieść o pewnym starym człowieku. Nie jestem pewna, czy dokładnie ją pamiętam, ale myślę, że najważniejsze jej przesłanie przypowieści. A więc opowiem, co pamiętam.

Był sobie stary, biedny człowiek. Kupił pięknego, białego konia. Wszyscy sąsiedzi z zazdrością patrzyli na zakup. Koń był tak urodziwy i tak wyjątkowej maści, że cesarz chciał go odkupić. Dawał wiele sztuk złota. Jednak starzec postanowił go nie sprzedawać i dalej klepał biedę. Sąsiedzi odwiedzili starca i powiedzieli:

Starcze, dlaczego jesteś takim głupcem? Miałbyś pieniądze i skończyłyby się twoje kłopoty.

Starzec się tylko uśmiechnął i nic nie odpowiedział.

Po jakimś czasie koń uciekł. I znowu stary człowiek usłyszał od sąsiadów:

A widzisz, gdybyś sprzedał konia, przynajmniej miałbyś pieniądze, a tak zostałeś z niczym.

Tym razem staruszek powiedział:

Wstrzymajcie się z sądami, albowiem w życiu nic nie jest ani dobre, ani złe, bo nie wiemy, co dalej się wydarzy.

I rzeczywiście, po paru dniach koń wrócił i przyprowadził ze sobą całe stado dzikich koni.

Sąsiedzi pokiwali głowami i powiedzieli:

Miałeś rację. Teraz jesteś bogatym człowiekiem.

Na to starzec znowu odezwał się:

Po raz kolejny mówię, wstrzymajcie się z sądami, albowiem nie wiadomo, co z tego wyniknie. Przecież nie znamy całości obrazu.

I rzeczywiście, syn starca zaczął ujeżdżać dzikie konie, spadł z jednego z nich i połamał obydwie nogi.

I znowu miałeś rację – powiedzieli sąsiedzi. – Z tego wynikło wielkie nieszczęście.

Nie wiadomo, jak będzie dalej! – odpowiedział staruszek.

Wybuchła wojna. Wszyscy dorośli synowie sąsiadów musieli iść do wojska. Wielu z nich nie wróciło. Syn starca uniknął pewnej śmierci.

Ale z ciebie mądry człowiek. Przewidziałeś to nieszczęście – zazdrościli sąsiedzi

Historia starca nigdy się nie kończy. Pokazuje, że w życiu nic nie jest ani dobre, ani złe, bo nie znamy całości obrazu. Życie przeplata dobro ze złem. Są lata chude i lata tłuste.

Nigdy nie wiadomo, czy tragedia, którą przeżywamy, nie okaże się za parę lat jedynym dobrym wyjściem z sytuacji lub odwrotnie. Cieszymy się wielkim sukcesem, a tu wynikają z niego tragiczne konsekwencje.

W każdym człowieku istnieje dobro i zło. Anioł walczy z diabłem. Nikt nie jest do końca dobry i nikt nie jest do końca zły. Wszystko wynika z okoliczności. Po prostu takie jest życie


Zatopione w sepii

gdy byłam dzieckiem

kochałam kolor nieba i wody

w słoneczny dzień

barwę marzeń i przestworzy

spadały kartki z kalendarza

żółkły fotografie

błękit zmieniał się w sepię

dorosłam do jesieni

teraz tylko wnuk

przypomina o błękicie

kiedy mówi

niebieski to mój ulubiony kolor

i zawiązuje mi na szyi

apaszkę lazurowych ramion

Zaczęłam nietypowo, bo naszła mnie melancholia. Może to wiosna, gdyż słoneczko rozświetliło świat i niebo wreszcie nabrało tej właściwej, lazurowej barwy, a może ciągnie mnie do zagłębiania się w familijne odmęty. W pewnym wieku chyba tak jest, że coraz mocniej czuje się więzi rodzinne. I to zarówno ze zstępnymi, jak i wstępnymi. Więź z wnukami podobno jest czymś nieuniknionym i naturalnym.

Myślę, że kontynuuję jedynie uczucie, którym obdarzyła mnie babcia. Dzięki jej miłości nauczyłam się, iż pomiędzy babcią a wnukami może być szczególne porozumienie i więź niepodobna do żadnej innej. Niewątpliwie w dużej mierze właśnie jej zawdzięczam to, kim teraz jestem… Żałuję, że nie znaliście mojej babci. Była najpiękniejszą na świecie starszą damą, z pomarszczoną jak jabłko twarzą. Miękką, różową i ciepłą. Przypominała mi złotą renetę zapomnianą na półce, w sianie, przed Bożym Narodzeniem. Jej wnętrze było młode i świeże. Miała w sobie też mnóstwo dystansu i powagi. Na świat patrzyła z lekkim przymrużeniem oka, gotowa zażartować, gdy absurdalność ówczesnego życia była nie do zniesienia. Do końca życia pozostała młodą, bardzo mądrą kobietą, choć… Dzisiaj chciałabym zacząć Wam ją przedstawiać. Swoje dzieciństwo wspominam jako pasmo radości, przetykanej barwnymi opowieściami o przodkach. Pamiętam, że uwielbiałam wieczory, kiedy siadałyśmy z babcią w kuchni przy szklance herbaty. Takiej gotującej się jeszcze w brzuchu. Tylko taką babcia Mania tolerowała. Pod węglową kuchnią trzaskał ogień, a w duchówce piekły się bałabuchy. Całe mieszkanie wypełniał zapach konfitury z róży i drożdżowego ciasta. Pod piecem, na wytartej farbie podłogi, przy metalowej płycie, na której stała stara węglarka, tańczyły pomarańczowe cienie płomieni. Jeszcze do dziś pamiętam morski odcień kafli i mosiężną rurkę okalającą rozgrzaną płytę, na której wisiały ścierki. Gdy ktoś przechodził obok, falowały. Często wyobrażałam sobie, że są to żagle na powierzchni morza. Za oknem wieczór otulał ogród, a ja z otwartą buzią słuchałam i słuchałam… Czasem babcia spowita była w żółty szlafrok z błękitnymi różami. Ten, który szyła podobno przez dziesięć lat i dopiero moja mama go skończyła. Na głowie miała srebrne ślimaczki rzadkich włosów, spięte na krzyż wsuwkami, aby rano pięknie prezentować się w pobliskiej mleczarni. Na ślimaczkach rozpięta była biała siateczka. To zabezpieczenie przed ich ewentualną niesubordynacją. Na półce cicho szumiało radio z zielonym oczkiem. Może to był koncert życzeń, a może wiadomości. Kociołek z wodą wzdychał małymi chmurkami pary. Uf, uf… Ciepło, cicho, tajemniczo. I płynęły opowieści


Mania, Maniusia

Maniusia była o trzy lata starsza od Alberta. Oboje z czarnymi włosami, po ojcu Walterze Rosmanyi, urzędniku, a może nawet zawiadowcy z dworca kolejowego we Lwowie, i jasną, świetlistą cerą, po matce Annie lub Zofii. Jedna z sióstr bliźniaczek zmarła w czasie zarazy i została pochowana na Łyczakowie. Nikt z rodziny nie wiedział, która z bliźniaczek pozostała przy życiu.

Szli ulicami Lwowa i szukali ojca. Mania miała już dość chorującej mamy i Antosi, która pełniła rolę opiekunki, służącej, pokojówki oraz gospodyni. Ciągle jej coś kazała, ciągle na nic nie pozwalała i twierdziła, że „to panience nie wypada”. Zazdrościła innym dzieciom, że mają ojca. Mania niewiele pamiętała swojego. Zmarł niedługo po przyjściu na świat Alberta. A mama od tamtej pory rzadko podnosiła się z łóżka. Po kwadransie doszli do skrzyżowania. Wreszcie dotarli do celu wyprawy!

Był! Siedział na białym koniu, w ciemnym mundurze, ze złotymi guzikami. Kandydat do ręki Anny! Tak sobie obmyśliła. Lubiła konie i mundury.

– Taki ważny człowiek. Wszyscy przed nim czują respekt! – pomyślała.

– Chodź, nie bój się! – Nieśmiało pociągnęła brata

Mężczyzna, zajęty swoimi myślami, nie zauważył dzieci. Dopiero nieśmiałe pociągnięcie za rękaw uzmysłowiło mu, że podeszła do niego dwójka malców.

– Gdzie wasza matka? Z kim jesteście? Zejdźcie z jezdni, bo może was przejechać dorożka! – zaniepokoił się zachowaniem Alberta i Maniusi.

– Zgubiliśmy się. Proszę nas odprowadzić do domu. Mieszkamy na Szeptyckich! – nieśmiało realizowała długo obmyślany plan.

Za kwadrans z dumą jechała na białym koniu, mocno obejmując brata, aby nie spadł. Bała się wysokości i tego, co powie mama. Od Antosi z pewnością otrzyma reprymendę i będzie musiała długo klęczeć w kącie. Aż zrozumie, ile matce zrobiła wstydu. I jaki wywołała skandal! Kto to widział, aby dzieci same chodziły po ulicach i zostały przywiezione przez policmajstra? Nawet oficera! Nie udał się plan zdobycia ojca. Matka pozostała wierna swojemu zmarłemu, o dwadzieścia siedem lat starszemu mężowi. Mimo iż wychodząc za mąż miała jedynie trzynaście lat.


 

A teraz przedstawiam Wam inną Manię, a w zasadzie babcię Marię Szymańską. Oto pierwsze wspomnienie, które drzemie gdzieś najdalej, na dnie szuflady mojej pamięci.

Przechowuję je z niesłychaną starannością. Jest jak bezcenny eksponat, w najlepiej strzeżonym muzeum świata. Odgrzebuję bardzo rzadko. Delikatnie wyciągam tę najdroższą pamiątkę. Boję się ją uszkodzić. Jest delikatna jak pajęczyna. W końcu przygnieciona została całym półwieczem. Mimo że zakurzona, jest prawdziwym klejnotem, chociaż tak archaicznym i wątłym. Ma wyblakłe barwy. Nieostre kontury ledwie nakreślają atmosferę. Zostało już tylko echo słów, ślad nastroju, a jednak tak porusza serce….


 

Mam dwa, może dwa i pół roku. Wychodzę na spacer. Stoję w przedpokoju. Ogromne, oszklone drzwi jak pryzmat rozszczepiają jasne smugi światła, wpadające do mrocznego wnętrza. Drobinki kurzu tańczą walca na słonecznych kładkach. Obserwuję je z zachwytem! Nagle pryska balowy nastrój. Zwodzone mosty znikają, bo otwierają się drzwi pokoju i wpada cała rzeka światła. Wchodzi wysoka, smukła kobieta, w jasnym kapeluszu i tweedowym, piaskowym kostiumie. Obcasy i rękawiczki dopełniają obrazu.

– Dzidziusiu, idziemy zanieść dziadziowi śniadanie! – mówi stanowczym tonem i podaje mi rękę.

I już nie są ważne smugi, kolory.

– Idę do dziadzia Szymka! Idę razem z babcią! – śpiewa moja dziecięca dusza.


 

Kolejne wspomnienie nierozerwalnie łączy się z poprzednim.


 

Niski pokój wypełnia duże biurko, stojące ukosem pod ogromnym oknem. Za biurkiem siedzi brunet w garniturze i jasnej koszuli.

Gdy wchodzimy, podrywa się i podbiega do nas. Chwyta mnie pod pachy i unosi prawie pod sufit. Niesamowite wrażenie lotu i dziwnych łaskotek w brzuchu wypełnia całe moje ciało. I tak parę razy. Aż piszczę z zachwytu! Wreszcie ląduję na blacie biurka i mogę piętami postukać w drzwiczki oraz posłuchać, czy w środku nadal mieszka biurkowy potwór, wydający głuchy odgłos.

– Będziemy jeść śniadanko! – słyszę głos dziadka, zaglądającego do koszyczka z jedzeniem.

– Maniusiu! Tyle razy prosiłem cię, abyś i dla dziecka coś przynosiła. – Tym razem niezadowolenie wyraźnie skierowane było ku małżonce.

– Kotusiu, przecież Dzidzia jadła śniadanie! – z oburzeniem odpowiada Maniusia.

– Dziadziusiu, Dzidzia dzisiaj nic nie jadła! – zeznaję jak Judasz i w podkówkę wyginam usta.

Dziadek Szymek zaczyna ruszać wąsami, co znaczy, że jest w stanie skrajnego zdenerwowania, po czym dzieli się ze mną swoim śniadaniem.

– Żeby mi to było po raz ostatni! – zwraca się do Marii. – Jadła, nie jadła, czy to nie wszystko jedno? Powinnaś przynosić i dla niej śniadanie.


 

I tak zostało. Dzięki Szymka słabości do wygiętych dziecięcych podkówek od tej pory jadłam podwójne śniadania. To, wraz z innymi okolicznościami, o których jeszcze nie raz wspomnę, dało początek wielu moim kłopotom. Ale tego dziadek nie przewidział. Miałam pisać o Marii, a dziwnym trafem zahaczyłam o Szymka, czyli drugą połówkę jabłka. Okręciłam go sobie wokół małego, tłustego paluszka. Jego pracownicy posyłali po mnie, jak po cudowny lek, gdy Pan Kierownik był w wyjątkowo złym humorze. I pomagało. Na razie jednak wrócę do Marii, czy też Mani, Mańki, Maniusi, albo Marysi. Aby zrozumieć Marię, trzeba opowiedzieć o jej dzieciństwie, spędzonym bez ojca i w zasadzie bez matki, albo z jej cieniem snującym się po mieszkaniu, schorowanym i słabym.

Anna, z domu Szpala, miała trzynaście lat, gdy wyszła za mąż za urzędnika kolejowego, Waltera Rosmanyi. Bardzo szybko owdowiała.

Będąca jeszcze dzieckiem, musiała szybko stać się matką i panią domu. Życie nie oszczędziło tej delikatnej, eterycznej blondyneczki.

W wychowaniu Mani i Alberta pomagała Annie Antosia i kucharka.

W zasadzie jednak to Antosia matkowała dzieciom i starała się wychowywać je, jak najlepiej potrafiła. Anna nie miała na to siły.

Nic dziwnego, że Albert jako nastolatek uciekł z domu, aby zaznać przygody. W domu, gdzie dominował zapach leków, kamfory i kropli walerianowych, czuł się stłamszony. Smutek i cierpienie wylegiwało się w każdym zakamarku. Weselej było w kuchni, ale im byli starsi, tym częściej wyganiano ich na pokoje, bo nie wypada, aby panicz i panienka przebywali w towarzystwie kuchty. Albert uciekł, aby walczyć za Lwów. Stał się jednym z Orląt. Wyszedł z domu jako mały, pękaty chłopczyk. Gdy wrócił, popatrzył na Manię z góry i powiedział:

Strach Mańka, jakaś ty mała!

Anna zmarła przed Bożym Narodzeniem w 1914 roku. Maria miała wtedy osiemnaście lat.


 

Stała samotnie przed trumną, w której spoczywała matka. Lata cierpień i choroby zostawiły piętno na delikatnej cerze, jasnych włosach, które kiedyś tak błyszczały i falowały. Każdego poranka i wieczora czesała je włosianą szczotką. Teraz okalały mizerną, białą twarz, zlewając się z bielą płótna.

– Szare pakuły – pomyślała z żalem.

W powietrzu unosił się zapach świec i igliwia. Nad trumną wisiała naga choinka, lekko kołysząca się u powały. Cienie gałęzi wolno przesuwały się po podłodze raz w jedną, to w drugą stronę. Bezmyślnie śledziła ich drogę. Po raz pierwszy w życiu poczuła się naprawdę samotna. Myśli uciekały. Absurdalne zdania, najczęściej słowa kondolencji, które niedawno usłyszała, tłukły się jak mantra po głowie. Siebie czuła nierealnie. Odgłosy miasta dochodziły z oddali. Wydawało się jej, że przebywa na dnie wielkiej studni. Ostatnie dnie i noce nie należały do łatwych. Czuwała, aby towarzyszyć matce w jej ostatniej drodze. Drodze na drugi brzeg. Na pasterce była w pobliskim kościele razem z koleżanką. Słuchając kolęd, popatrzyła na żebrowe sklepienie i szepnęła:

– Gienia, popatrz, święta, a tu pajęczyn nie omietli. – I tak rozśmieszyła ją ta sytuacja, że parsknęła śmiechem. Skryła twarz w futrzanym kołnierzu i chichotała. Łzy ciekły jej z oczu, a z wnętrza wypluwała w chichocie cały ból, żal, strach. I nie potrafiła tego powstrzymać.

Takie były pierwsze dorosłe święta Maniusi. Została sama z nastoletnim bratem. Koledzy ojca pomogli i dostała pracę na dworcu kolejowym, tam, gdzie przed laty urzędował jej ojciec. Została panną telegrafistką.


 

Ostatnio, razem z moją przyjaciółką Elą, byłyśmy na pogrzebie ojca koleżanki. Uroczystość pogrzebową prowadził bardzo mądry ksiądz. Jeszcze nigdy nie spotkałam się (oprócz słów Jana Pawła II) z takim „dobrym” podejściem do ludzi, życia i Boga. Dobroć i mądrość emanowała od niego. Nic nie uciekało, nie rozmywało się. Mówił o dobroci, którą dzieli się każdy człowiek z innymi, o darze największym – przyjaźni i miłości człowieka do człowieka. Każde słowo docierało do mnie niezamazane, nierozmyte. Nawet modlił się „ze zrozumieniem”. Nie klepał pacierzy, ale prawdziwie rozmawiał z Bogiem. Na koniec prosił o dar dla nieboszczyka taki, jaki każdy chciałby otrzymać na swoim pogrzebie: modlitwę, komunię, serdeczną myśl itd. Prosił też, aby każdy podziękował osobom żyjącym za dar wsparcia, dobroci, zrozumienia, miłości, uśmiechu, radości i innych wzbogacających nasze życie niematerialnych podarków, ofiarowanych nam przez innych. W tym momencie obydwie jednakowo zareagowałyśmy… I takie momenty w życiu są wspaniałe. Parę dni później otrzymałam spóźniony prezent od innej mojej koleżanki – książeczkę ze złotymi myślami na temat przyjaźni, z dedykacją; „dzięki za dar przyjaźni i za to, że jesteś”. Wzruszyła mnie bardzo… Tak rzadko mówimy ludziom: wzbogacasz moje życie swoim uśmiechem, optymizmem, swoją obecnością… Ale dość smutnych myśli. Wracam do wspomnień.


Panna Mania

Maria już parę lat bawiła się rolą panny telegrafistki. Polubiła tę pracę. Prócz przekazywania depesz, zajmowała się wywieszaniem aktualnych rozkładów jazdy, wypisywaniem biletów. Lubiła odgłosy dworca. Obserwowała tłumy ludzi spieszących się na perony i wychodzących z przyjeżdżających pociągów.

Jak fale przypływu i odpływu – myślała o barwnych tłumach, przemieszczających się na terenie dworca. Czasem obserwowała poszczególnych podróżnych i zastanawiała się nad tym, kim są, jakie prowadzą życie, czy są szczęśliwi.

Lubiła przestronne wnętrze dworca, wysokie sklepienia, obłożone ciemną boazerią wnętrze poczekalni. Nie przeszkadzała jej praca na dwie zmiany. Natura szybko wpasowała się w rytm „12 na 24”. Kiedy brała urlop i starała się wrócić do prawidłowego rytmu życia, nie potrafiła. Z książką w ręku spędzała noce, była senna we dnie.

Czas mijał. Praca dawała środek utrzymania, zadowolenie, a także możliwość bezpłatnego poruszania się po kraju. To lubiła najbardziej. Najczęściej jeździła do kuzynek w Przemyślu. Lubiła towarzyskie życie kuzynek, ciotkę, w której salonie często przewijały się ciekawe postaci. Były tam i tańcujące wieczorki. Próbowano Maniusię wyswatać.

– Bój się Boga, Maniusiu, czyś ty zmysły postradała, że nie chcesz iść za mąż? – gderała ciotka Mela i zza okularów spoglądała na Marię. – Jak tak sobie na ciebie patrzę, to widzę, że całkiem wdałaś się w Waltera. Jemu też nigdy nie spieszyło się do żeniaczki. Nic dziwnego, że tak późno związał się z Anną. No, ale to był w końcu mężczyzna. Przystojny mężczyzna. Szkoda, że tak szybko was osierocił!

Zza paska wyciągnęła haftowaną chusteczkę, dyskretnie wytarła oczy i pociągnęła wydatnym nosem.

– Widzisz, dziecko – Mela z dezaprobatą kręciła lekko głową, przenosząc spojrzenie z haftowanego właśnie obrusa na zniecierpliwioną Marię – kobieta, to co innego. Uroda mija szybko, posagu nie masz wielkiego, to i nie przebieraj. Już za parę latek i warkocz posiwieje, i skóra zwiędnie! „Nie przebieraj panno, abyś nie przebrała, abyś za kanarka, wróbla nie dostała”– zaśpiewała cienko.

– Cioteczko, przyjdzie czas na męża. Ja nie chcę starego. Nie będę mu prała, za przeproszeniem cioci, kalesonów i parzyła ziółek. A ciocia to tylko przedstawia mi samych łysych wdowców. Nic dziwnego, że Antosia zawsze mówiła: Maniu nie liż wałka, bo łysego męża dostaniesz. Nie chciałam słuchać, to i mam za swoje – próbowała rozładować sytuację wicem. Do pokoju weszła kuzynka Hanka.

– Mamciu, Mania ma już swojego kandydata– roześmiała się.

– Nic dziwnego, że pana mecenasa odprawiła z kwitkiem, kiedy o innym myśli. Opowiedz, Maniusiu, swój dzisiejszy sen. Proszę cię bardzo pięknie. Niech mateczka też się pośmieje.

Marysia uśmiechnęła się na samo wspomnienie.

– Och, proszę cioci, to było wyborne. Niech sobie ciocia wyobrazi: jestem w kościele, niby przed ołtarzem. Mam kostium żółty, kapelusz zielony, czerwone buty i rękawiczki, amarantową woalkę. Istna papuga! Czekam na oblubieńca. Nagle wchodzi przystojny brunet. Ma wzrost średni, z jakieś metr siedemdziesiąt, siedemdziesiąt siedem może. Jest w ciemnym garniturze. W butonierce tkwi róża, a w ręku ma kule. Po prostu inwalida! Przykuśtykał pod ołtarz i mówi do mnie: „przysięgam tobie miłość do końca mych dni”. I obudziłam się! Ale twarz pamiętam. Widać nawet we śnie nie stać mnie na normalnego kandydata, tylko na inwalidę – zażartowała.