Ostatnia sprawa Fredriki Bergman - Kristina Ohlsson

Ostatnia sprawa Fredriki Bergman

0,0

Na przedmieściach Sztokholmu policja znajduje zwłoki mężczyzny, który zginął od postrzału w pierś. W momencie śmierci siedział w fotelu przed kominkiem; na palcu miał ślubną obrączkę swojej córki…

W innej dzielnicy miasta przedsiębiorca pogrzebowy szuka brata, który zniknął w tajemniczych okolicznościach. Nikt inny nie wydaje się przejmować losem zaginionego. Czyżby on też był już martwy?

Pewna kobieta walczy o zachowanie resztek kontroli nad swoim mężem, który staje się coraz bardziej niebezpieczny… Czas mija, a jej coraz trudniej ochronić przed nim siebie i dzieci. Nie może jednak odejść.

Według Fredriki Bergman i Alexa Rechta wszystkie te sprawy są ze sobą powiązane. Wciąż natrafiają na ślady, które prowadzą ich do przeszłości. Na jaw wychodzą dawne grzechy. Alex otrzymuje anonimowe listy, których nadawca chce „wszystko naprawić”. Kim jest autor i dlaczego za każdym razem jest o krok przed policją?

"Ostatnia sprawa Fredriki Bergman" − szósta książka Kristiny Ohlsson z Fredriką Bergman i Alexem Rechtem jako głównymi bohaterami − to pełna wartkiej akcji i utrzymana w mrocznej atmosferze powieść kryminalna, w której wszystko, co kiedyś zostało ukryte, po latach wychodzi na jaw.

Kristina Ohlsson − urodziła się i dorastała w Kristianstad. Debiutowała w 2009 roku i od tej pory napisała szesnaście książek reprezentujących różne gatunki literackie. Przez kilkanaście lat zyskały one uznanie nie tylko w Szwecji, ale też w wielu innych krajach.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

tytulowka.jpg

Tytuł oryginału

SYNDAFLODER

Copyright © Kristina Ohlsson 2017

All rights reserved

Published by agreement with Salomonsson Agency

Projekt serii

Joanna Szułczyńska

Opracowanie graficzne okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Laura Kate Bradley/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Maciej Korbasiński

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8123-759-8

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Anniki, jednej z najlepszych

Cała ta historia została wymyślona.

Wszelkie podobieństwa do osób

i zdarzeń prawdziwych są przypadkowe.

TRZECH ZAGUBIONYCH MĘŻCZYZN

*

Kwiecień 2016 roku

Pierwszy mężczyzna

TESTAMENT

Musi jeszcze podjąć tyle decyzji… I właśnie o tym chciał myśleć jak najwięcej przez kilka ostatnich miesięcy swojego życia. O pytaniach, które zasługują na odpowiedzi, i odpowiedziach, które jednocześnie są decyzjami. O tym, jak żył i jak chce umrzeć. O tym, jakimi tajemnicami chce się podzielić, a które zabierze do grobu.

Był święcie przekonany, że jego żona w pełni zasługuje na to, żeby o wszystkim się dowiedzieć. Za to nie do końca był pewien, czy powinna znać fakty, które przez całe życie przed nią ukrywał. Do tej pory uważał, że ich związek będzie funkcjonował najlepiej, jeśli zachowa milczenie. Czasu miał niewiele, a do zrobienia zostało mu jeszcze tyle rzeczy. Używając starego, wytartego stwierdzenia, można by powiedzieć, że nadeszła pora zapłaty za dawne grzechy.

Dlatego pewnego deszczowego kwietniowego przedpołudnia usiadł przy biurku i napisał najważniejszy list, jaki kiedykolwiek wyszedł spod jego ręki. Słowa dobierał z wielką starannością, każde zdanie szlifował w najdrobniejszym szczególe. Kiedy skończył, cały tekst przeczytał na głos tyle razy, że później sam nie pamiętał ile. W końcu był na tyle usatysfakcjonowany, że uznał, iż lepiej być nie może. Wiedział, że już nigdy się nie dowie, jak na ten list zareaguje ONA. Wyczerpany wstał od biurka. Chciał jeszcze zjeść lunch, odpocząć, pójść na spacer. Czuł, że na jakiś czas musi wyjść z domu.

Nagle pojawiły się strach i niepokój.

Ponownie usiadł za biurkiem. Postanowił jeszcze raz przeczytać list.

I tak właśnie zrobił.

Moja Kochana,

od dnia, w którym dotarła do nas ta straszna wiadomość, upłynęło trochę czasu. Kiedy czytasz ten list, mnie już nie ma. Wybiła godzina mojej śmierci, jej data była nam znana. To niepojęte i trudno się z tym pogodzić, że pisząc do Ciebie, wiem, iż mój czas dobiegł końca. I tak był z góry wyliczony, chociaż my, ludzie, często o tym zapominamy; wydaje się nam, że śmierć jest pisana innym, ale nigdy nam. Jakby istniała jakaś trzecia opcja, między wiecznym życiem a wiecznym spokojem, jakby można było przyjść i odejść, jakby się chciało przejść przez bramę oddzielającą świat żywych od świata umarłych. Wierz mi, tak się nie da.

Możliwe, że na nic więcej nie zasługuję. Może to sprawiedliwe, że zostanę zabrany z tego świata wcześ­niej, niż oboje byśmy sobie tego życzyli. Dlatego piszę do Ciebie, bo się boję, że jednak zasługuję na nadchodzącą śmierć.

Sama wiesz, że przed laty popełniłem niewybaczalne głupstwo. Chyba pamiętasz okoliczności? Krótko przedtem na świat przyszła nasza córka, a ja wciąż byłem w szoku po wypadku samochodowym. Na pewno to pamiętasz, bo żyliśmy w zwariowanych czasach. Musiałem nawet brać tabletki. Śmialiśmy się, że są takie mocne, iż mogłyby uśpić konia. Bóg jeden wie, że potrzebowałem ich, aby normalnie funkcjonować, odzyskać siły i wzmocnić organizm. Stało się tak, jak przewidywałaś: pełnię władz umysłowych odzyskałem dopiero wtedy, gdy ustąpił ból i uwolniłem się od morfiny.

Jeden raz sobie odpuściłem. Tylko jeden. Ale to wystarczyło, żeby zniszczyć życie drugiego człowieka. Był wtorek. Cała sytuacja miała następujący przebieg: wsiadłem do samochodu i pojechałem do Uppsali, żeby się spotkać z szefem i porozmawiać z nim o wieczornej kolacji. Zrobiłem to, choć byłem na zwolnieniu lekarskim i miałem problemy z poruszaniem się, a z powodu tabletek, które zażywałem, mój organizm nie funkcjonował jak należy. I właśnie tego nigdy sobie nie wybaczę. Tamtego wieczoru nie powinienem był prowadzić samochodu. Mogłem pojechać pociągiem. Niestety, nie zrobiłem tego.

Jaki był skutek? Potrąciłem człowieka.

Tak, dobrze mnie zrozumiałaś. To straszna historia i nic już się nie da odkręcić. Wciąż słyszę huk, gdy tamta kobieta wpadła na maskę samochodu i uderzyła głową o przednią szybę. Nigdy nie zapomnę tego strasznego widoku, gdy trzy sekundy później zobaczyłem ją za samochodem, na asfalcie. Nie dawała znaku życia. Gapiłem się w tylne lusterko i wciąż nie mogłem zrozumieć, jak się tam znalazła.

Za to wszystko inne rozumiałem aż nazbyt dobrze.

Miałem do wyboru: zostać na drodze i wziąć odpowiedzialność za to, co zrobiłem – ale w tym samym momencie moje życie dobiegłoby końca, prawdopodobnie straciłbym też ciebie i nasze dziecko – albo pojechać dalej, udając, że nic się nie wydarzyło. Rozejrzałem się wokół, ale na drodze byłem sam. Żadnych świadków. Wybrałem więc to drugie rozwiązanie – zostawiłem tę kobietę na drodze. Pomyślałem, że taką decyzję podejmuje się tylko raz w życiu i potem nie będę niczego żałował. Nie pamiętam, o czym myślałem, gdy stamtąd odjeżdżałem, ale wstyd i poczucie winy przenikały mnie aż do szpiku kości. Od tamtego czasu nie było dnia, w którym nie zmagałbym się ze wspomnieniami mojego postępku. O całym zdarzeniu rozpisywały się gazety, a ja próbowałem dociec, co się stało z tamtą kobietą. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że przeżyła. Zresztą co to znaczy „przeżyła”? Wszystko, czym była, bezpowrotnie się skończyło. Tacy niestety jesteśmy: ratujemy ludzi za wszelką cenę.

Domyślam się, że po przeczytaniu tego fragmentu listu jesteś w głębokim szoku. Pewnie zarzucasz mi tchórzostwo i zastanawiasz się, o czym wtedy myślałem. Odpowiem krótko: o sobie, o Tobie, o naszej córce, a później o naszym synu. Tak to właśnie wyglądało do czasu, gdy kilka miesięcy temu wszystko nagle się zmieniło… wiesz, o czym mówię… wtedy, gdy moje życie się zawaliło, a ja dowiedziałem się o mojej śmierci czegoś, czego nawet nie przeczuwałem. To właśnie wtedy uznałem, że nadszedł czas, aby wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co kiedyś poszło źle. Postanowiłem odpokutować za swoje winy.

I tak właśnie zrobiłem. Starałem się je odkupić na tyle, na ile było to możliwe. Obawiam się jednak, że podczas realizacji tego zamierzenia pozostawiłem po sobie pewne ślady. Dlatego piszę ten list, bo istnieje ryzyko, że policja zacznie kiedyś badać okoliczności wypadku, który spowodowałem, i ustali, że to ja byłem jego sprawcą, choć też od razu stwierdzi, że nie żyję. Nie chcę, żebyś o tym, co zrobiłem, dowiedziała się w taki sposób. Wolę, żebyś o wszystkim usłyszała ode mnie.

Potrąciłem młodą kobietę i zostawiłem ją na drodze, nie udzieliwszy jej pomocy. W przeszłości wielu innych ludzi zachowało się w podobny sposób i uniknęło odpowiedzialności za swój czyn. Nie chcę, żebyś zapamiętała mnie jako kogoś, kto się wymigał od odpowiedzialności. Chcę Cię zapewnić, że jestem inny niż tacy spryciarze. Próbuję wziąć odpowiedzialność za mój czyn, chociaż od opisywanych wydarzeń upłynęło wiele lat. Kiedyś pewien pisarz powiedział: „Chcę wszystko naprawić”.

Obawiam się, że ja już nie zdołam.

Kocham Cię ponad wszystko.

Drugi mężczyzna

DOM

W tym samym czasie, gdy mężczyzna, który od niedawna wiedział, że wkrótce umrze, podpisywał swoim imieniem ostatnie w życiu wyznanie, inny mężczyzna obserwował pewien tajemniczy dom. Powietrze było zimne, a gdy głęboko oddychał, czuł drapanie w gardle. Był kwiecień, od pewnego czasu utrzymywała się taka sama pogoda. To dobrze, pomyślał. Bardzo dobrze. Dom zbudowano w tak dyskretny sposób, że prawie nikt nie wiedział o jego istnieniu. Mężczyzna był z tego faktu bardzo zadowolony. W pewnej chwili odwrócił się do stojącej obok kobiety.

– Czy mógłbym zobaczyć, jak dom wygląda w środku? – spytał.

– Oczywiście – odparła.

Mężczyzna rozejrzał się wokół. Działka, na której stał budynek, była zadrzewiona i graniczyła z niewielkim polem uprawnym. Dalej, jak okiem sięgał, ciągnął się tylko las. Doskonałe miejsce.

Kobieta przekręciła klucz w zamku, otworzyła drzwi i podała klucz mężczyźnie.

– Dom został zbudowany pięć lat temu. Zachowaliśmy wszelkie niezbędne procedury, nie złamaliśmy żadnych przepisów. Dom powstał zgodnie z prawem, ale bardzo się staraliśmy, aby o jego istnieniu wiedziało jak najmniej osób. Budynek nie jest podłączony ani do gminnego wodociągu, ani do lokalnej sieci kanalizacyjnej. Wykopaliśmy własną studnię i zamontowaliśmy toaletę z septycznym zbiornikiem, który sami opróżniamy. Mamy też własny generator prądu. Taka mała elektrownia napędzana silnikiem Diesla.

– Rozumiem – powiedział mężczyzna.

Że też istnieją takie miejsca, pomyślał. Był zdumiony tym, co tu zastał, ale nie naiwny. Czy tak się czuje człowiek, który ma coraz mniej czasu? A może dom jest odpowiedzią na zmiany w środowisku, które coraz bardziej się ochładza? Dobrze wiedział, którzy architekci byli autorami projektu, jaką mieli przeszłość i jak potoczyły się ich losy.

Wchodząc do środka, dotknął palcami drzwi wejściowych. Były grubsze niż zwykłe, musiały ważyć z tonę. Kobieta zrobiła zadowoloną minę.

– Okna i drzwi są kuloodporne – wyjaśniła. – Szyby wykonał na specjalne zamówienie producent z Niemiec. Mają bardzo dużą wytrzymałość. Mogą znieść nawet dwanaście uderzeń młotem albo innym narzędziem.

– Przypominają okna w Gabinecie Owalnym – zauważył mężczyzna.

Kobieta roześmiała się głośno.

– Kiedy projektowaliśmy ten bunkier, rzeczywiście wzorowaliśmy się na Białym Domu. Uważam, że całkiem nieźle sobie poradziliśmy.

Mężczyzna uniósł brwi.

– Powiedziała pani „bunkier”?

– Tak, bo to nie jest zwykły dom.

Mężczyzna wchodził do kolejnych pomieszczeń i oglądał je, oniemiały ze zdumienia. W najdzikszej fantazji nie wyobrażał sobie, że istnieje tak proste rozwiązanie jego problemu. Dom świetnie się nadawał do jego planu.

– Na jak długo będę mógł go wynająć? – spytał. Był tak podekscytowany tym, co ujrzał, że wypowiedział te słowa nienaturalnie zachrypłym głosem.

– Przynajmniej na pół roku. Czy to dla pana wystarczająco?

Dziwne, ale mężczyzna nagle zaczął się wahać.

– Sam nie wiem. Na razie nic mnie nie zmusza, będę potrzebował domu dopiero wiosną, gdy córka wróci z zagranicy.

Kobieta położyła mu rękę na ramieniu.

– Słyszałam, co się stało. Straszna historia.

Przez jedno z okien wpadały do środka promienie słońca, ale grube szyby tłumiły światło.

– Tak – odparł mężczyzna. – To naprawdę straszna historia. Bardziej jednak dla mojej córki i jej rodziny niż dla mnie. Byłoby wspaniale, gdyby w końcu znaleźli azyl. Przecież nie mogą przez całe życie się ukrywać.

– Tutaj na pewno znajdą spokój – odparła kobieta. – Nikt ich tu nie znajdzie. Jeśli więc do powrotu do kraju ich sytuacja się nie zmieni…

– Na pewno się nie zmieni – wtrącił mężczyzna.

– …będą tu mile widziani.

Mężczyzna zdobył się na uśmiech.

– Wspaniale – stwierdził. – Wspaniale.

Trzeci mężczyzna

PUSTKA

Trzeci mężczyzna nie musiał wyznawać swoich grzechów ani nie szukał azylu dla bliskiej sobie osoby. Stracił już tak wiele, że przestał być sobą.

Siedział w swoim pokoju i w milczeniu wpatrywał się w ścianę. Nie zareagował nawet wtedy, gdy w drzwiach stanął jego szef, który przechodził korytarzem.

– Co pan tu jeszcze robi? – spytał przełożony. – Myślałem, że jest pan na urlopie. – Ton jego wypowiedzi sygnalizował, że sytuacja, jaką zastał, bardzo mu się nie podoba. Sformułowanie „na urlopie” też nie pasowało do kontekstu.

– Muszę jeszcze załatwić kilka spraw – odparł mężczyzna.

– Widzę, że nie czuje się pan najlepiej. – Szef wypowiedział te słowa bardziej łagodnym tonem. Jakby chciał okazać współczucie.

– Wszystko w porządku – odparł mężczyzna. – Po prostu nie chcę siedzieć przez cały czas w domu.

Jego szef chrząknął zakłopotany.

– Powinien pan zrobić sobie przerwę – powiedział. – Nie pasuje pan do naszej firmy.

– Słucham? – spytał mężczyzna.

Jego przełożony zrobił zakłopotaną minę.

– Reaguje pan zbyt emocjonalnie, zarówno wobec ludzi, jak i w sytuacjach stresowych – wyjaśnił cicho. – Bywa pan niezrównoważony. Tak dłużej nie może być. Dlatego zaproponowaliśmy, żeby poszedł pan na zwolnienie lekarskie.

W pokoju zapadła cisza.

Te słowa musiały w końcu paść. Mężczyzna od dawna się ich spodziewał. Nie chcą go tu, nie życzą sobie, żeby został.

– Niech pan stąd wyjdzie – rzucił w odpowiedzi. – Niech pan stąd wyjdzie. Nie potrzebuję waszego pieprzonego zwolnienia.

Jego szef cofnął się o krok.

– Proszę opuścić budynek jeszcze dzisiaj – powiedział. – I tak dostał pan ode mnie więcej szans, niż pan zasłużył. – Po tych słowach odwrócił się i wyszedł.

Mężczyzna wiedział, że teraz w końcu dadzą mu spokój. Żaden gnojek nie odważy się zaczepić kogoś, kto jest w żałobie, zwłaszcza gdy został obrażony. Nie zrobi tego żaden z jego kumpli ani kolegów w pracy. Żaden z nich nie wiedziałby, co w takiej sytuacji powiedzieć. Nie miał im tego za złe, bo sam miał kłopot z doborem słów na określenie tego, przez co teraz przechodził. Chyba każdy czułby się tak jak on?

Czas płynął coraz wolniej, a on siedział nieruchomo i gapił się w ścianę. Właśnie tak to wygląda, gdy o czymś myśli. Wprawdzie szef go prosił, aby opuścił biuro, ale nie sprecyzował, do której godziny ma się wynieść. W głowie mężczyzny zrodził się pewien pomysł i chciał go w spokoju rozważyć. Wiele spraw w życiu sknocił, wiele innych zaniedbał, ale to, o czym myślał teraz, musi się udać. Nie tylko przez wzgląd na niego, ale też ze względu na wiele innych osób, zwłaszcza tych, które nie doczekały się zadośćuczynienia albo były zdane na własne siły.

Czasu miał dużo, a zarazem mało. Dzisiaj ma go w nadmiarze. W końcu zapadnie wieczór, a on pójdzie do domu i znajdzie w nim coś, co inni nazywają życiem. Do domu, który wyda mu się pusty, opuszczony.

Niczego nie da się odwrócić ani naprawić, pomyślał. Za to są rzeczy, które można zmienić na lepsze.

W końcu wstał i wyszedł z pokoju.

PRZESŁUCHANIE ALEXA RECHTA

6 WRZEŚNIA 2016 ROKU

Obecni: prowadzący przesłuchanie nr 1 (PP1), prowadzący przesłuchanie nr 2 (PP2), komisarz policji kryminalnej Alex Recht (Recht).

PP1: Dziękuję, że znalazł pan dla nas czas. Słyszałem, że jutro idzie pan na pogrzeb?

Recht: Tak, to prawda.

PP2: To chyba przykre uczucie.

Recht: Szczerze mówiąc, czuję się okropnie.

PP2: Brakuje jej panu?

Milczenie.

PP1: Wiemy, że pan i Fredrika… No dobrze, jeśli nie jest pan w stanie o niej rozmawiać, załatwimy to w inny sposób. Rozumiemy, że jest pan pod presją, ale musimy odbyć tę rozmowę. Jeden z policjantów został oskarżony o popełnienie przestępstwa, dlatego musimy porozmawiać z kimś, kto był przy tym od samego początku.

Recht: W takim razie proszę porozmawiać z kimś innym, bo mnie przy tym od samego początku nie było. Zresztą nikogo z nas.

PP2: Co pan ma na myśli?

Recht: Że byliśmy ślepi i nie zrozumieliśmy, o co w tej historii chodzi. Poszłoby nam łatwiej, gdybyśmy mogli zrozumieć kontekst i okoliczności. Na przykład: ile będzie ofiar i w jakiej kolejności ci ludzie zostali pozbawieni życia.

PP1: Zgoda, w takim razie potraktujemy to jako punkt wyjścia do naszej dyskusji. Kto był pierwszą ofiarą zbrodni?

Milczenie.

Recht: Zwykły człowiek.

PP2: Słucham?

Recht: Zwykły człowiek. Ktoś, kto był tylko człowiekiem.

SOBOTA

1

To właśnie tamtego lata, które miało być jednym z najdłuższych, doszło do pierwszej, ohydnej zbrodni. Zaczęło się w sobotę, w zwykły dzień, który mógł minąć tak jak wiele innych dni w roku, ale zamiast tego nieodwracalnie zmienił życie kilku osób. Jedną z nich był Henry Lindgren, który w ogóle się tego nie spodziewał.

Wieczorem, kwadrans przed dziewiątą, Henry wyszedł do sklepu, żeby kupić gazetę z krzyżówkami i szaradami. Uznał, że oglądanie telewizji to strata czasu i że szybciej zaśnie, jeśli przed zgaszeniem światła rozwiąże krzyżówkę. Gdyby wtedy wiedział, czym ten wieczorny spacer się dla niego skończy, zostałby w domu.

Padał deszcz i na dworze było zimno. Henry włożył jesienną kurtkę, która wisiała w przedpokoju prawie od roku (zima była łagodna, wiosna zimna, a początek lata chłodny), i sięgnął po parasol. Postanowił, że zejdzie do sklepu tytoniowego na rogu ulicy. Dzięki temu nie będzie musiał iść zbyt daleko przy tak brzydkiej pogodzie. Kiedy wyszedł na ulicę, wiatr szarpał parasolem i Henry szybko przemoczył spodnie. Kiedy otwierał drzwi sklepu, usłyszał bicie zegara.

– Paskudna pogoda – powiedział Amir, właściciel sklepu.

– Mogło być gorzej – odparł Henry, który lato kochał zarówno za słońce, jak i za deszcz. Zapłacił za gazetę i wyszedł.

Cień, który stanął mu na drodze, pojawił się nie wiadomo skąd. Był niezbyt duży i niezbyt długi, ale za to wyraźny. Henry zatrzymał się, żeby sprawdzić, kto nie chce go przepuścić.

– Mój pies potrzebuje pomocy – powiedział nieznajomy mężczyzna.

Henry rozejrzał się, ale w pobliżu nie było żadnego psa.

– Naprawdę? – spytał.

Mężczyzna zrobił krok w jego stronę.

– Pies – powtórzył. – Choruje. Czy mógłby mi pan pomóc wnieść go na ruchome schody?

W tym momencie Henry’emu powinna się zaświecić czerwona lampka, ale nic takiego się nie stało. Doszedł do wniosku, że stoi przed nim narkoman, który snuje wizje na temat psa i ruchomych schodów.

– Przykro mi, ale nie mogę panu pomóc – odparł, próbując ominąć nieznajomego.

Na szczęście mu się to udało. Szybkim krokiem podszedł do wejścia, wbił do domofonu czterocyfrowy kod, otrząsnął parasol i złożył go. Zbyt późno zauważył, że obcy mężczyzna wszedł za nim na klatkę schodową. Drzwi się zamknęły.

Niech to szlag! Niedobrze! Na szczęście Henry zdołał nad sobą zapanować. Wiedział, że nie powinien wpadać w panikę. O podobnych przypadkach czytał częściej, niż byłby w stanie zliczyć, i dobrze wiedział, że jeśli na jego drodze stanie jakiś nieobliczalny osobnik, nie powinien wpadać w panikę.

Nie miał odwagi czekać na windę, więc poszedł schodami. Mieszkał na ostatnim piętrze, jego stawy kolanowe zaprotestowały już na drugim. Wydawało mu się, że obcy został na parterze, bo nie słyszał za sobą jego kroków. Na trzecie piętro wszedł zasapany. Był tak zmęczony, że opuściła go czujność. Zdobył się na nowy wysiłek, żeby pokonać kolejne piętro, i przy okazji zerknął, czy mężczyzna za nim nie idzie. Był tak zaaferowany, że nie zauważył, iż ktoś wsiadł do windy i jedzie do góry.

Kiedy w końcu stanął przed drzwiami swojego mieszkania, chciało mu się płakać. Pragnął jak najszybciej otworzyć drzwi i wejść do środka. Tymczasem winda zatrzymała się na jego piętrze. Potem wszystko rozegrało się tak błyskawicznie, że Henry nie zdążył zareagować. No cóż, w jego wieku… Wyglądało to tak, jakby obcy mężczyzna wfrunął do jego mieszkania. Chwycił za klamkę i jednym ruchem zatrzasnął drzwi. Henry stał nieruchomo w przedpokoju ze złożonym parasolem w dłoni. Chwilę potem mężczyzna wypowiedział słowa, które wszystko zmieniły, a zarazem wyjaśniły:

– Tam, przy sklepie, nie chodziło mi o psa, tylko o moją córkę. Chcę, żeby jej pan popilnował. Musi pan zrozumieć, że popełniłem straszny błąd. Zostawiłem ją w pociągu, kiedy wychodziłem z przedziału, spała. Trwało to kilka minut, ale wystarczyło. Zostałem na peronie, a ona odjechała pociągiem. Sama. Czy mógłby pan jej popilnować?

Henry pokręcił głową. Czuł, jak pole jego widzenia powoli się zawęża.

Był zszokowany, sparaliżowany i oniemiały ze zdumienia. Nie potrafił wykrztusić słowa. Chciał tylko się dowiedzieć, po co ten człowiek tu przyszedł i dlaczego tak bardzo mu zależy, żeby mu przypomnieć o jego największej porażce.

Czy mógłby pan jej popilnować?

– Czego pan ode mnie chce? – szepnął Henry. Głos miał ochrypły i napięty. Bał się. Potwornie się bał.

Ale mężczyzna nie odpowiedział, tylko uderzył go w szyję z taką siłą, że Henry’emu pociemniało w oczach i ugięły się pod nim nogi. Leżał na podłodze, nie był w stanie się odezwać ani przełknąć śliny i nie bardzo wiedział, co się dzieje wokół niego. W głowie miał mętlik. Myśli było tak dużo, że nie był w stanie ich przerobić. Stopniowo zamieniły się w ciepły strumień energii, który przepłynął przez jego ciało. Nagle nieznajomy chwycił go za włosy i przycisnął mu twarz do piersi. Przez głowę Henry’ego przemknęły pojedyncze myśli, uwolniły się z niej i uleciały w niebyt. Najdziwniejsze było to, że nie zadał sobie typowego w takich sytuacjach pytania, a mianowicie: Dlaczego ja? Zresztą nie musiał, bo pośrednio nieznajomy już na nie odpowiedział. Henry był mu za to naprawdę wdzięczny. Nie rozumiał tylko jednej rzeczy – dlaczego mężczyzna postanowił go ukarać. Przecież każdego dnia sam się przeklinał za swój czyn i jego konsekwencje. Henry Lindgren był tylko człowiekiem. Ale nieznajomemu najwyraźniej to nie wystarczyło.

Ogień w kaflowym piecu huczał jak oszalały. Malin widziała, co się dzieje, ale nie reagowała. Przynajmniej na początku. Była jakaś otępiała, ale i przewrażliwiona. Wprawdzie nerwy miała napięte jak postronki, jednak umiała sobie poradzić z kryzysem. Panika paraliżowała jej ciało na różne sposoby. Najbardziej ucierpiał mózg, który steruje procesem myślenia. Malin czuła, że jest coraz gorzej. Panika nie chciała ustąpić, stała się nieodłącznym elementem jej codziennego życia.

Siedziała przed piecem i obserwowała, jak płomienie coraz śmielej wypełzają z paleniska. Przypominały krwistego potwora, który zapalczywie lizał zewnętrzną stronę kafli, aby potem równie szybko się wycofać. Zareagowała dopiero wtedy, gdy usłyszała za sobą głos syna:

– Mamo, pali się!

Zerwała się z krzesła i zamknęła drzwiczki. Ogień szybko przygasł. Jak wszystko inne w jej życiu.

Chłopiec objął ją za uda.

– Mamo, nudzę się… – powiedział.

Malin natychmiast ruszyła przez pokój, ciągnąc go za sobą po podłodze. Chłopiec był już duży, ale uwielbiał te wygłupy. Wieszał się jej na nodze, a ona tak z nim chodziła.

– A pytałeś Hedvig? – spytała. – Może wymyśli jakąś fajną zabawę?

Nie musiała sprawdzać, która jest godzina, i tak była pewna, że chłopiec powinien już iść spać. Tyle tylko, że cały rytuał poprzedzający ułożenie go do snu z czasem stał się zbyt uciążliwy, żeby go kontynuować. Zasady, których trzymali się sztywno latami, przestały obowiązywać. Po prostu o nich zapomnieli, a właściwie porzucili je. W nowym miejscu wiele rzeczy ze starego życia przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.

Z wyjątkiem sytuacji, gdy odczuwają nieustanny strach.

Chłopiec puścił w końcu jej nogę i ze smutną miną usiadł na podłodze.

– Hedvig nie chce się bawić – odparł. – Woli czytać książki.

Oby czytała ich jak najwięcej, pomyślała Malin, bo jeśli kiedyś przestanie, nie wiadomo, co może zrobić. Książki pomagają jej zachować równowagę. Bez nich stałaby się tym, czym jej mama: wrakiem człowieka.

– Pójdę coś upiec – powiedziała. – Pomożesz mi?

Właściwie nie potrzebowała jego pomocy, bo przez godzinę, kwadrans albo minutę chciała zostać sama. Niestety, było to niemożliwe, bo któreś z dzieci zawsze jej towarzyszyło. Całą dobę, na okrągło.

Chłopiec wstał z podłogi, twarz od razu mu pojaśniała. Tak, chętnie pomoże w kuchni.

– Upieczmy bułeczki cynamonowe – zaproponował.

– Innym razem, Maksiu. Dzisiaj upieczemy herbatniki.

Kiedy ostatni raz piekli cynamonowe bułeczki? W zeszłym tygodniu? A może dwa tygodnie temu? Malin nawet nie pamiętała, ale wydawało się jej, że robili to przed ostatnią dostawą jedzenia. Z czasem dni upodobniły się do siebie, odróżnienie pięciu pierwszych dni tygodnia od weekendu stało się niemożliwe. Na początku bardzo się starała, ale przychodziło jej to z coraz większym trudem. Ojciec dzieci odmówił pomocy. Był nawet zdziwiony, pytał, o co jej chodzi i czemu jej na tym zależy… Próbowała mu to wyjaśnić, ale widziała, że coraz bardziej się oddala – od niej, od dzieci.

Codzienne, rutynowe czynności.

Czy to nie one są nam najbardziej potrzebne?

Codzienne, rutynowe czynności. Alfa i omega radzenia sobie z kryzysem w sposób, który najbardziej nam pasuje. Czy tak trudno to zrozumieć?

Weszła z synem do kuchni i wyjęła z lodówki drożdże, mleko i masło. Max stał przy stole i przekładał z ręki do ręki torebkę mąki.

– Nie wysyp – ostrzegła go Malin.

– Wiem – odparł chłopiec.

Malin stopiła masło, nalała do garnka mleko i trochę je podgrzała. Max rozkruszył drożdże w misce na ciasto.

– Czy mogę nalać? – spytał.

Malin skinęła głową. Chłopiec zaczął wlewać mleko do drożdży, a Malin ubijała wszystko trzepaczką. Po chwili drożdże rozpuściły się, zabarwiając mleko na beżowo.

– Dodaj trochę soli.

Max podbiegł do szafki i wyjął solniczkę. Malin uniosła wzrok znad miski i spojrzała przez okno. Padał deszcz. Był tak rzęsisty, że przypominał mgiełkę. Trochę ją to zdenerwowało. Trawnik był zarośnięty, płot lekko się pochylił. Nagle przepełniła ją tak wielka żałość, że musiała zrobić sobie przerwę. Nabrała powietrza i wypuściła je nosem.

– Mamo, co się stało? – spytał Max. Jego blada twarz wyrażała strach i napięcie. Malin czasem się zastanawiała, ile chłopiec z tego wszystkiego rozumie i jak bardzo cierpi.

– Nic – odparła. – Jestem tylko trochę zmęczona.

Max podążył za jej wzrokiem i zobaczył to, co ona: ogród i puste pole, sad i spokój, pustkę i rosnący w pewnej odległości od domu las, dzięki któremu stali się niewidzialni.

– Chciałbym stąd wyjść – powiedział.

– Ja też, koleżko. Ja też.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści
TRZECH ZAGUBIONYCH MĘŻCZYZN. Kwiecień 2016 roku
Pierwszy mężczyzna. TESTAMENT
Drugi mężczyzna. DOM
Trzeci mężczyzna. PUSTKA
SOBOTA
1