Ostatni tacy przyjaciele. Komeda. Hłasko. Niziński - Tomasz Lach

Ostatni tacy przyjaciele. Komeda. Hłasko. Niziński

0,0

Żyli szybko, umarli młodo. Przyjechali do Ameryki w aurze gwiazd z Europy. Krzysztof Komeda-Trzciński - zdolny jazzman i kompozytor oraz Marek Hłasko - niepokorny pisarz, europejski „James Dean”. Jeden błyskawicznie zdobył sławę legendarną kołysanką do filmu „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Drugi miał zostać rozchwytywanym scenarzystą. Trzeci – Marek Niziński - obracający się wśród gwiazd fotografik, wprowadził ich do oficjalnego i zakulisowego Los Angeles. Dla trzech przyjaciół amerykański sen szybko jednak zamienił się w koszmar. Najpierw na skutek nieszczęśliwego wypadku umarł Krzysztof Komeda, po kilku tygodniach Marek Hłasko. Ostatni samobójczą śmiercią zginął Marek Niziński. Co doprowadziło ich do tragicznego końca?

Wokół artystów związanych z Romanem Polańskim przez lata krążyło wiele mitów, plotek, a nawet oskarżeń o satanizm. Książka ta zawiera historie, których dotąd nie było można w pełni opowiedzieć. Dopiero po śmierci Zofii, żony Krzysztofa Komedy, oraz Ewy Krzyżanowskiej, pracującej dla amerykańskich gwiazd matki Marka Nizińskiego, stało się to możliwe. Tomasz Lach, syn Zofii Komedy - Trzcińskiej, opowiada o trzech przyjaciołach, którzy chcieli zdobyć sławę, pieniądze i Hollywood. Rozwiewa wątpliwości dotyczące okoliczności śmierci Krzysztofa Komedy, uchyla kulisy tragicznego odejścia Marka Hłaski.

Książka „Ostatni tacy przyjaciele. Komeda. Hłasko. Niziński” obejmuje szesnaście miesięcy pobytu bohaterów w Ameryce. W tle wydarzeń odnajdujemy filmowy świat Los Angeles: Bulwar Zachodzącego Słońca, Rodeo Drive, studia Paramount Pictures, legendarny hotel gwiazd Chateau Marmont oraz Beverly Hills. Spotykamy takie ikony ówczesnego kina jak Fred Astaire, John Cassavetes, Mia Farrow czy Barbra Streisand. Poznajcie rządzący się bezwzględnymi, komercyjnymi i zarazem purytańskimi zasadami świat artystów Ameryki końca lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku…

Dodaj komentarz


Wyjechali w poszukiwaniu sławy, pieniędzy i uznania. Znaleźli jednak zupełnie inne zakończenie dla tej historii - jeden zmarł tragicznie, drugiego zniszczyły wyrzuty sumienia, a trzeci z nich sam postanowił ze sobą skończyć. Z tej historii wieje grozą i fakt, że nie jest to fikcja jeszcze bardziej chwyta czytelnika.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

140572-1_jpg
140572-2_jpg
140572-3_jpg

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Mar­cin Szczy­giel­ski

Re­dak­cja

Ma­rek Wła­dy­ka

Zdję­cia z ar­chi­wum Au­to­ra

© Co­py­ri­ght by To­masz Lach, 2012

ww.tom­lach@tom­lach.com

© Co­py­ri­ght by In­sty­tut Wy­daw­ni­czy La­tar­nik, 2012

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i skład kom­pu­te­ro­wy

Ofi­cy­na Wy­daw­ni­cza AS

IN­STY­TUT WY­DAW­NI­CZY LA­TAR­NIK

IM. ZYG­MUN­TA KA­ŁU­ŻYŃ­SKIE­GO

War­sza­wa, ul. Cy­pryj­ska 89

tel./fax 22 614 28 34 e-mail: la­tar­nik@la­tar­nik.com.pl

sklep@la­tar­nik.com.pl

Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Bar­tosz Dwo­rzyń­ski

e-mail: dwo­rzyn­ski@la­tar­nik.com.pl

Za­pra­sza­my do księ­gar­ni in­ter­ne­to­wej

www.la­tar­nik.com.pl

oraz na nasz pro­fil na por­ta­lu Fa­ce­bo­ok

www.fa­ce­bo­ok.com/iw­la­tar­nik

War­sza­wa 2013

Wy­da­nie I

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Virtualo Sp. z o.o.

To, co pre­zen­tu­ję Czy­tel­ni­kom,

na­le­ży do ga­tun­ku, któ­ry na­zy­wam

„ba­śnią udo­ku­men­to­wa­ną”.

Krzysz­tof Ką­ko­lew­ski

„Jak umie­ra­ją nie­śmier­tel­ni”

Ewa

Budzi mnie upo­rczy­wy te­le­fon. O dru­giej w nocy. O tej po­rze może te­le­fo­no­wać do mnie tyl­ko jed­na oso­ba i czę­sto to robi. Ma­rek Ni­ziń­ski. Mój uko­cha­ny trzy­dzie­sto­sze­ścio­let­ni syn, a pro­blem, z któ­rym zwra­ca się do mnie w po­ło­wie nocy, jest rów­nież za­wsze ten sam… Po­mo­cy!

Ry­tu­ał po­wo­du­je okre­ślo­ne po­stę­po­wa­nie. Za­pa­la­jąc lamp­kę noc­ną i pod­no­sząc słu­chaw­kę, za­czy­nam się jed­no­cze­śnie ubie­rać. Wiem, że za chwi­lę, nie­za­leż­nie od tego, jaka jest po­go­da i jak się czu­ję, będę „gdzieś” je­cha­ła! W nie­pew­no­ści i po­śpie­chu, nie wie­dząc, co bę­dzie na mnie cze­ka­ło, kie­dy „tam” do­ja­dę. Ma­rek jest nie­obli­czal­nym, po­grą­żo­nym w chro­nicz­nej de­pre­sji i ni­czym nie­roz­świe­tla­nym mro­ku nie­usta­ją­ce­go po­szu­ki­wa­nia swo­je­go ja ar­ty­stą. Moim je­dy­nym dziec­kiem.

– Prze­pra­szam… – za­wsze za­czy­na od prze­pra­sza­nia. Za co?… Że jesz­cze żyje i nadal przy­spa­rza mi tylu kło­po­tów?

– Gdzie je­steś i co się dzie­je? – py­tam, wkła­da­jąc do to­reb­ki zwi­nię­te w ru­lo­nik do­la­ry. Nie­wie­le jest ta­kich miejsc, gdzie w nocy przyj­mu­je się kar­ty czy też cze­ki płat­ni­cze, a kło­po­ty mo­je­go sy­nal­ka, nie­za­leż­nie od tego, ja­kie są, za­wsze sło­no kosz­tu­ją.

– Dzwo­nię ze sta­cji ben­zy­no­wej. To ta sta­cja obok Off Li­mits, skle­pu z al­ko­ho­la­mi na wy­jeź­dzie z Be­ver­ly – od­po­wia­da. – Nic złe­go się nie sta­ło… tyle że trzy­ma nas pod bro­nią po­li­cjant, trze­ba pod­pi­sać man­dat i za­pła­cić za pa­li­wo na sta­cji! – wy­rzu­ca z sie­bie jed­nym tchem.

– Was?… – py­tam.

– Je­stem z Krzy­siem. Z Ko­me­dą.

– Za­pła­cić za pa­li­wo, pod­pi­sać man­dat?! – kon­ty­nu­uję.

– Mamo, bła­gam, wszyst­ko wy­ja­śnię, jak przy­je­dziesz, ale już jedź, bo nas zwi­ną! – ję­czy i w tym mo­men­cie roz­le­ga się: „bip, bi bi, bip…”. Trans­ame­ry­kań­ska Kom­pa­nia Te­le­fo­nicz­na in­for­mu­je mnie, że wła­śnie skoń­czy­ły mu się drob­ne pie­nią­dze na te­le­fon.

Noc­na po­li­cja w Los An­ge­les to nie ta sama sym­pa­tycz­na i uprzej­ma, któ­ra ma­cha do nas w cią­gu dnia na skrzy­żo­wa­niach ulic. Wiel­ki, przy­cza­jo­ny do ata­ku czar­no-bia­ły old­smo­bi­le z re­flek­to­rem na da­chu i za­mon­to­wa­ną z przo­du ma­ski kra­tą do ta­ra­no­wa­nia ucie­ka­ją­cych sa­mo­cho­dów oraz dwóch „my­śli­wych”, noc­nych po­li­cjan­tów w czar­no­nie­bie­skich bo­jo­wych mun­du­rach. Je­den sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą ra­dio­wo­zu z nadal pra­cu­ją­cym sil­ni­kiem i nie­od­łącz­nym wal­kie-tal­kie w dło­ni, a dru­gi, „ope­ra­tor” albo shot­gun ri­ding, jak ich tu­taj na­zy­wa­ją, sto­ją­cy trzy kro­ki od obiek­tu za­in­te­re­so­wa­nia w ma­łym po­li­cyj­nym ka­sku na gło­wie, ze sta­lo­wą, dłu­gą la­tar­ką w jed­nej dło­ni, a dru­gą opar­tą z wy­czu­ciem na czę­ścio­wo wy­su­nię­tym z ka­bu­ry col­cie ma­gnum py­thon… Trzy­ma prze­pi­so­wy dy­stans, aby ni­ko­go, broń Boże, nie ura­zić swo­ją zbyt na­tar­czy­wą bli­sko­ścią i w ra­zie cze­go mieć czy­ste, wi­docz­ne pole ostrza­łu! Ame­ry­ka. De­mo­kra­cja. 2.40 a.m.

A nie­opo­dal… nadal sie­dzą­cy w swo­im sa­mo­cho­dzie dwaj smut­ni pa­no­wie, czy­li po­li­cyj­ny „obiekt za­in­te­re­so­wa­nia”. W sto­ją­cym przy pom­pie do tan­ko­wa­nia be­żo­wym, nie­wiel­kim i ni­ziut­kim, jak­by przy­cza­jo­nym do bie­gu, kul­to­wym wśród ar­ty­stów pla­sty­ków, de­ka­den­tów i gra­czy w gol­fa au­ten­tycz­nie bry­tyj­skim spor­to­wym ka­brio­le­cie MG. Sa­mo­cho­dzie Mar­ka Ni­ziń­skie­go. Jed­nym z trzech, bo Ma­rek ma jesz­cze sta­re­go za­byt­ko­we­go MG mid­ge­ta, ale ten zie­lo­ny ka­brio­le­cik, cho­ciaż naj­uko­chań­szy, zbyt jesz­cze boli wspo­mnie­nia­mi, więc cze­ka na we­sel­sze cza­sy w ga­ra­żu pod płó­cien­ną, gru­bą i sta­ran­nie za­wią­za­ną plan­de­ką. A ten trze­ci, wście­kle żół­ty i za­bój­czo dzi­ki do­dge chal­len­ger, jesz­cze przez Mar­ka nie „ob­jeż­dżo­ny”, lecz już za­pła­co­ny, jest wła­śnie tu­nin­go­wa­ny w wy­spe­cja­li­zo­wa­nej fir­mie i bę­dzie cze­kał na nie­go za kil­ka ty­go­dni go­to­wy do sza­leństw.

Wy­prze­dzam i par­ku­ję dwa­dzie­ścia kro­ków przed nimi, w za­się­gu wzro­ku „ope­ra­to­ra”. To ma ogrom­ne zna­cze­nie dla mo­jej przy­szło­ści. O tym co­dzien­nie przy­po­mi­na­ją w szko­łach dzie­ciom. Ga­szę sil­nik i wy­cho­dzę, kie­ru­jąc się po­wo­li w ich stro­nę i trzy­ma­jąc w jed­nej dło­ni od­su­nię­tą od cia­ła to­reb­kę, a w dru­giej wi­docz­ne klu­czy­ki od sa­mo­cho­du. To nie jest „ba­ga­tel­na” sy­tu­acja tu­taj, w noc­nym Los An­ge­les! Zbyt wie­lu po­li­cjan­tów po­zo­sta­wia swo­je żony już na za­wsze sa­mot­ne i osie­ro­ca dzie­ci. „Ope­ra­tor” dwa razy nie po­my­śli! Naj­wy­żej otrzy­ma upo­mnie­nie i po­zba­wią go pre­mii. Ale bę­dzie żył!

Je­stem po­twor­nie zmę­czo­na. To był kosz­mar­ny dzień. Mam pięć­dzie­siąt dzie­więć lat i je­stem tu­taj, w Los An­ge­les, wraz z moim sy­nem Mar­kiem od po­nad ośmiu lat. Ra­dzę so­bie nie­źle, a wła­ści­wie, w po­rów­na­niu z więk­szo­ścią emi­gran­tów, wspa­nia­le! On nie… Dzi­siaj po po­łu­dniu Bar­ba­ra, moja sze­fo­wa, wy­da­ła w swo­jej re­zy­den­cji małe sto­ją­ce par­ty. W znaj­du­ją­cej się w jed­nym z naj­pięk­niej­szych miejsc Los An­ge­les, Ma­li­bu, wy­na­ję­tej przed trze­ma laty od Hen­ry’ego Fon­dy re­zy­den­cji Bar­bry Stre­isand, po­sia­dło­ści, któ­rą za­rzą­dzam. Ozna­cza to, że li­sta za­pro­szo­nych go­ści nie po­win­na prze­kro­czyć stu osób i spo­tka­nie po­win­no trwać nie dłu­żej niż do 10 p.m. Nie w tym pro­blem. Pro­ble­mem, cho­ler­nym pro­ble­mem jest to upier­dli­we i ob­se­syj­ne za­uro­cze­nie Bar­bry eu­ro­pej­ską kul­tu­rą kon­sump­cyj­ną! Wszyst­ko musi być eu­ro­pej­skie, a naj­le­piej wło­skie i fran­cu­skie, a je­że­li do­stęp­ne ce­no­wo, to an­giel­skie, jed­na­ko­woż pod wa­run­kiem, że elż­bie­tań­skie. Kosz­mar! Ona, dziew­czy­na z bied­ne­go Bro­okly­nu. Fun­ny girl!

A więc… po­cząw­szy od szla­chet­nych mar­mu­rów z Car­ra­ry i do­lo­mi­tów z Bol­za­no, któ­ry­mi są wy­ło­żo­ne wszyst­kie wnę­trza po­sia­dło­ści łącz­nie z piw­ni­ca­mi, po­przez we­nec­kie, ku­pio­ne na naj­zna­ko­mit­szych li­cy­ta­cjach dy­wa­ny, kosz­tu­ją­ce ma­ją­tek za­byt­ko­we me­ble i bo­aze­rie, a za­koń­czyw­szy na tym, w czym po­da­je się za­pro­szo­nym go­ściom je­dze­nie i pi­cie. Fran­cu­ska, ku­pio­na od spad­ko­bier­ców kró­lów Lu­dwi­ków za­sta­wa sto­ło­wa. Za­sta­wa, któ­rą Bar­bra, gosz­cząc swo­ich przy­ja­ciół, wy­sta­wia z dumą na szwedz­kie sto­ły, aż się pro­si o naj­lep­sze po­łu­dnio­wo­eu­ro­pej­skie po­tra­wy. No wła­śnie. Na tym się znam. Bar­dzo do­brze znam! Ale jed­no to się znać i mieć wie­dzę, a dru­gie to wpro­wa­dzać w ży­cie te teo­re­tycz­ne spraw­no­ści! W pią­tek rano w Los An­ge­les w Ka­li­for­nii ku­pić świe­żut­kie­go ne­apo­li­tań­skie­go ho­ma­ra? Nie jed­ne­go. Pięć­dzie­siąt! An­giel­skie ryby i mię­sa? Fran­cu­skie ja­rzy­ny, wa­rzy­wa i owo­ce?! Ory­gi­nal­ne! Tak. Oczy­wi­ście sa­mo­lo­ty la­ta­ją. Ale trze­ba wie­dzieć gdzie, wie­dzieć kie­dy i jak. I trze­ba mieć na to bar­dzo dużo cza­su! Mo­je­go cza­su. A po­tem tak usta­wić mo­ich wszyst­kich mio­ta­ją­cych się w obłą­kań­czym tań­cu po kuch­ni po­ma­gie­rów i tak nimi po­kie­ro­wać, żeby ju­tro rano nie szu­kać no­wej pra­cy! Je­stem bar­dzo zmę­czo­na.

140572-4_jpg

Apa­rat fo­to­gra­ficz­ny Mar­ka Ni­ziń­skie­go i lor­net­ka Fre­da Asta­ire’a

140572-5_jpg

Ewa Krzy­ża­now­ska i Zo­fia Ko­me­do­wa w re­zy­den­cji Bar­bry Stre­isand w Ma­li­bu, maj 1968 r.

Idąc wol­no i ostroż­nie w kie­run­ku „ope­ra­to­ra” i jego skry­te­go w ra­dio­wo­zie po­li­cyj­nym part­ne­ra, mam na­dzie­ję, że do­kład­nie zo­ba­czy­li, ja­kim sa­mo­cho­dem przy­je­cha­łam, i te­raz, ko­mu­ni­ku­jąc się przez ra­dio­te­le­fon z cen­tra­lą, spraw­dza­ją, do kogo to cudo tech­ni­ki na­le­ży. To rów­nież ma tu­taj ogrom­ne zna­cze­nie! Pa­ra­dok­sal­ne z punk­tu wi­dze­nia czło­wie­czeń­stwa, lecz dla ży­cia i prze­ży­cia tu­taj, na noc­nej uli­cy Los An­ge­les, ma ko­lo­sal­ne zna­cze­nie. Ame­ry­kań­ska dra­bi­na! Tym i tam je­steś, gdzie cię usa­do­wił twój suk­ces, a przede wszyst­kim two­je pie­nią­dze! Te­raz i na te­raz je­dy­nie po­sa­dzi­ły, po­nie­waż już za chwi­lę, je­że­li o coś się po­tkniesz, coś skno­cisz lub prze­krę­cisz i pod­pad­niesz opi­nii pu­blicz­nej, mo­żesz w kil­ku­se­kun­do­wym zło­wro­gim bły­sku fo­to­gra­ficz­nych fle­szy, kil­ku­mi­nu­to­wym new­sie te­le­wi­zyj­nym i kil­ku­dnio­wym szu­mie pra­so­wym na za­wsze i do­ni­kąd „in­stant” wy­pa­ro­wać! Lecz nie, ja nie mam tego pro­ble­mu, li­mu­zy­na, któ­rą tu­taj przy­je­cha­łam, jest na­ma­cal­nym do­wo­dem sta­bil­nej sła­wy i wiel­ko­ści.

Małe sto­ją­ce par­ty u Bar­bry oka­za­ło się ko­lej­nym suk­ce­sem! Na tyle du­żym, że mu­sia­łam za­trzy­mać go­dzi­nę dłu­żej wy­po­ży­czo­ne­go z ho­te­lu Cha­te­au Mar­mont ku­cha­rza i kel­ne­rów, a za­bu­do­wa­na po su­fit lo­dów­ka­mi spi­żar­nia cał­ko­wi­cie opu­sto­sza­ła. Tak już by­wa­ło. Trze­ba zro­bić nowe za­ku­py. Duże za­ku­py! Po­ju­trze, w po­nie­dzia­łek. A to jest spo­ra wy­pra­wa. W moim ma­lut­kim dat­su­nie nie­wie­le się zmie­ści, a poza tym wstyd wjeż­dżać czymś ta­kim na te wszyst­kie jar­mar­ki próż­no­ści kon­su­menc­kich, a po­tem pła­cić za za­ku­py set­ka­mi do­la­rów i sa­me­mu no­sić paki i pacz­ki do ba­gaż­ni­ka. Za­kła­da­jąc, że bez­piecz­nie i w jed­nym ka­wał­ku tam i z po­wro­tem do­ja­dę, po­nie­waż mimo że mam pra­wo jaz­dy już od paru lat, sta­ram się za wszel­ką cenę uni­kać kosz­mar­ne­go prze­ży­cia, ja­kim jest dla mnie kie­ro­wa­nie czymś, co nie za­wsze je­dzie tam, gdzie bym chcia­ła, i nie za­wsze za­trzy­mu­je się w tym mo­men­cie, w któ­rym bym so­bie tego ży­czy­ła. Co nie zna­czy, że nie lu­bię jeź­dzić… wo­żo­na.

– Duże za­ku­py? – za­py­ta­ła Bar­bra. – No, to na co cze­kasz? Bierz kie­row­cę, wsia­daj i jedź, prze­cież to wszyst­ko trze­ba po­tem po­sor­to­wać i po­wkła­dać do lo­dó­wek. Zo­sta­jesz u mnie na week­end! – i ski­nę­ła dło­nią w kie­run­ku ga­ra­ży skry­wa­ją­cych jej uko­cha­ne „eu­ro­pej­skie” sa­mo­cho­dy.

W ob­ło­żo­nych kre­mo­wo-be­żo­wym do­lo­mi­tem przy­le­głych do re­zy­den­cji ga­ra­żach rów­nież kró­lo­wa­ła „Eu­ro­pa”. Oczy­wi­ście z wy­łą­cze­niem wy­jaz­dów na kon­fe­ren­cje pra­so­we i uro­czy­sto­ści ta­kie jak wrę­cza­nie Zło­tych Glo­bów i Osca­rów oraz uwiel­bia­ne przez nią wy­ści­gi hip­picz­ne i tur­nie­je gol­fo­we. Wte­dy wy­naj­mo­wa­no dla Bar­bry Stre­isand czar­ne­go, lek­ko prze­dłu­żo­ne­go lin­col­na. Nie­wie­le, o pięć i pół me­tra. Prze­cież była pa­triot­ką! Ale na co dzień do stu­dia na­gra­nio­we­go, na pla­ny zdję­cio­we i na Bul­war Za­cho­dzą­ce­go Słoń­ca, aby spo­tkać się ze zna­jo­my­mi i zro­bić oso­bi­ste za­ku­py, ben­tley, skrom­na, czar­na li­mu­zy­na. Ma­lut­kie, ro­man­tycz­ne sza­leń­stwo, a Bar­bra była czę­sto wręcz eks­tre­mal­nie i nie­ste­ty w za­się­gu słu­chu oraz wzro­ku per­so­ne­lu ro­man­tycz­na – dwa dzi­kie, ry­czą­ce swo­ją mocą ja­gu­ary e-type. Z da­chem lub bez. W za­leż­no­ści od po­go­dy. Oczy­wi­ście oba praw­dzi­wie an­giel­sko zie­lo­no-zie­lo­ne. A gdy­by to wszyst­ko nie­spo­dzie­wa­nie na­wa­li­ło? Za­pa­so­wy, rów­nież zło­ci­ście zie­lo­ny dwu­na­sto­cy­lin­dro­wy ja­gu­ar XJ z wiel­kim, na­da­ją­cym się zna­ko­mi­cie do prze­wo­że­nia pro­duk­tów spo­żyw­czych ba­gaż­ni­kiem. Poza ga­ra­żo­wym, któ­ry od­pro­wa­dzał go na prze­glą­dy i tan­ko­wa­nia, ogrod­ni­kiem, któ­ry nim jeź­dził do skle­pu, kie­dy za­bra­kło mu zie­mi czy cze­goś in­ne­go do klom­bów, i jed­nym z dwóch kie­row­ców, któ­ry wo­ził mnie na dłuż­sze eska­pa­dy, by­łam je­dy­ną użyt­kow­nicz­ką tego wiel­kie­go bry­tyj­skie­go po­two­ra. Jak to do­brze, że dzi­siej­szą noc po­sta­no­wi­łam spę­dzić za na­mo­wą Bar­bry w moim służ­bo­wym miesz­kan­ku znaj­du­ją­cym się w prze­zna­czo­nym dla per­so­ne­lu bocz­nym skrzy­dle re­zy­den­cji. Zwłasz­cza że kie­dy parę mi­nut po pół­no­cy Bar­bra wró­ci­ła ze swo­jej ko­lej­nej ro­man­tycz­nej przy­go­dy, jak zwy­kle mu­sia­łam ra­to­wać ją z ko­lej­ne­go kaca i zwią­za­ne­go z nim kosz­mar­ne­go bólu gło­wy po­da­wa­nym jej na­po­jem re­ge­ne­ra­cyj­nym ze świe­żych po­ma­rań­czy oraz gar­ścią ta­ble­tek aspi­ry­ny, a jed­no­cze­śnie uspo­ka­jać całą ocze­ku­ją­cą z nie­po­ko­jem w li­vin­gu na efek­ty te­ra­pii ro­dzi­nę, za­pew­nia­jąc, że nie, ich Gwiaz­da nie umie­ra. Ofi­cjal­nie moja ko­cha­na sze­fo­wa była abs­ty­nent­ką, nie mó­wiąc już o tym, co po­pi­ja­ła na­le­wa­ny­mi so­bie w ukry­ciu drin­ka­mi.

A te­raz, zbli­ża­jąc się do po­nu­re­go po­li­cyj­ne­go krą­żow­ni­ka, mam na­dzie­ję, że pa­no­wie po­li­cjan­ci nie lek­ce­wa­żą swo­jej pra­cy i spraw­dziw­szy all re­ady re­je­stra­cję wiel­kie­go zie­lo­ne­go ja­gu­ara, któ­rym tu­taj przy­je­cha­łam, wie­dzą, kto zmie­rza w ich kie­run­ku. I dla­cze­go.

No… za­czy­na­my! Pod­cho­dzę swo­bod­nym, spa­ce­ro­wym kro­kiem do sto­ją­ce­go z od­kry­tym da­chem MG oraz sie­dzą­cych w środ­ku sztyw­no, kom­plet­nie bez ru­chu pa­sa­że­rów i sta­ję, cze­ka­jąc na po­le­ce­nia „ope­ra­to­ra”, a ten, kie­dy mu wy­ja­śniam, kim i dla­cze­go tu­taj je­stem, po­ka­zu­jąc jed­no­cze­śnie swo­je pra­wo jaz­dy i wszyst­kie moż­li­we w Sta­nach, a opła­ca­ne prze­ze mnie po­li­sy ubez­pie­cze­nio­we, przy­glą­da mi się uważ­nie, gada chwil­kę przez wal­kie-tal­kie ze swo­im part­ne­rem i ma­cha przy­zwa­la­ją­co dło­nią. Po­pa­trzy­łam… Chłop­cy nadal sie­dzie­li grzecz­niut­ko i pro­ściut­ko w środ­ku sa­mo­cho­du. Jak na wy­wia­dów­ce!

Za kie­row­ni­cą Ma­rek Ni­ziń­ski, za­ci­ska­jąc na niej kur­czo­wo dło­nie i pa­trząc przed sie­bie tak ja­koś nie­spe­cjal­nie in­te­li­gent­nie, a obok Krzy­sio, na­zy­wa­ny w tu­tej­szym ra­diu „Kri­stof Ko­mi­da” za każ­dym ra­zem, kie­dy od­twa­rza­no jego „Ko­ły­san­kę”… Czy­li na okrą­gło. A za ich ple­ca­mi stoi na sa­mo­cho­do­wej „gol­fo­wej” ła­wecz­ce, po­nie­waż tak skon­stru­owa­nej, że mie­ści się na niej wy­łącz­nie tor­ba z ki­ja­mi gol­fo­wy­mi, wiel­kie, wci­śnię­te tam na siłę i wy­pcha­ne po brze­gi tek­tu­ro­we pu­dło. Pu­dło, na któ­re­go za­war­to­ści gra­ją ra­do­śnie swo­imi świa­teł­ka­mi ko­lo­ro­we, re­kla­mu­ją­ce sta­cję ben­zy­no­wą lamp­ki, za­chę­ca­jąc: – Try me, and buy me! Po­chy­lam się i za­glą­dam do środ­ka. Bu­tel­ka whi­sky, dwie bu­tel­ki wina i kil­ka pu­szek piwa. No… Pły­ty i ta­śmy ma­gne­to­fo­no­we. Książ­ka! Pa­pie­ro­sy. Koc mo­he­ro­wy? Pie­czy­wo, ma­sło, wę­dli­ny i sery, a w ciem­nym tek­tu­ro­wym rogu? Aspi­ry­na, an­ty­aler­gen, maść z bor­su­ka i kil­ka­na­ście in­nych, kom­plet­nie nie­roz­po­zna­wal­nych pro­duk­tów me­dycz­nych. Ap­te­ka!

– Chłop­cy… – py­tam, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie po­pa­trzyć któ­re­muś w oczy – wam w koń­cu cał­kiem od­bi­ło, praw­da? Mar­ku! Co zno­wu zmaj­stro­wa­li­ście?!

Ma­rek wzdry­ga się jak prze­bu­dzo­ny z le­tar­gu i pa­trzy naj­pierw na mnie, a na­stęp­nie z oba­wą, lecz rów­nież z na­dzie­ją na po­li­cyj­ny ra­dio­wóz…

– Nic, na­praw­dę nic! My tyl­ko zro­bi­li­śmy za­ku­py w Off Li­mits.

– Do­my­ślam się, noc­ny sklep z al­ko­ho­la­mi to je­dy­ne miej­sce, gdzie re­gu­lar­nie ro­bisz za­ku­py. A po­tem? – py­tam.

– No i pod­je­cha­li­śmy na sta­cję, żeby za­tan­ko­wać…

– I za­tan­ko­wa­li­ście… – mó­wię.

– Tak, ale oni – Ma­rek kiwa gło­wą w stro­nę po­li­cjan­tów – pod­je­cha­li za nami i za­py­ta­li, cze­mu jeź­dzi­my bez włą­czo­nych świa­teł, do­kąd je­dzie­my i czy mo­że­my im po­ka­zać do­ku­men­ty – prze­ry­wa i pa­trzy na Krzysz­to­fa, a Krzysz­tof na nie­go.

– I…

– I oka­za­ło się, że nie mamy ani do­ku­men­tów, ani pie­nię­dzy, tyl­ko ksią­żecz­kę cze­ko­wą Krzy­sia, a prze­cież za ben­zy­nę w nocy pła­ci się go­tów­ką! Więc ka­sjer ze sta­cji ben­zy­no­wej po­ży­czył mi dzie­sięć cen­tów i na­tych­miast do cie­bie za­te­le­fo­no­wa­łem – wy­rzu­ca z sie­bie jed­nym tchem.

– Bo my, pani Ee… Ewo bar­dzo się spie­szy­li­śmy i do­ku­men­ty… Był u mnie jesz­cze Ju­rek Abra­tow­ski i sie­dzie­li­śmy w ba­se­nie, a kie­dy po­tem w po­śpie­chu wsia­da­li­śmy do sa­mo­cho­du, do­ku­men­ty wraz z port­fe­la­mi i wszyst­kim in­nym po­zo­sta­ły w domu na sto­le. Za­po­mnie­li­śmy je za­brać ze sobą. Jest tyl­ko moja ksią­żecz­ka cze­ko­wa, bo była w kie­sze­ni ma­ry­nar­ki – Krzy­sio włą­cza się do opo­wia­da­nia.

– I to wszyst­ko z po­śpie­chu? – dzi­wię się. – A do­kąd to, chłop­cy, tak pę­dzi­cie o dru­giej w nocy?

Krzysz­tof po­pa­trzył na Mar­ka, Ma­rek na Krzysz­to­fa, a po­tem obaj na mnie… dziw­nie tak ja­koś po­pa­trzy­li.

– Bo Ma­rek… – mówi Ma­rek.

– Bo jaki Ma­rek?! – za­czy­nam się już gu­bić w tym opo­wia­da­niu.

– Ma­rek, Ma­rek Hła­sko za­dzwo­nił, że jest bar­dzo cho­ry i chy­ba ma atak ser­ca albo za­tru­cie i de­fi­ni­tyw­nie za chwi­lę umie­ra! A więc je­że­li je­ste­śmy jego praw­dzi­wy­mi przy­ja­ciół­mi i chcie­li­by­śmy to­wa­rzy­szyć mu w tych bo­le­snych ostat­nich chwi­lach, to jest jesz­cze szan­sa, że zdą­ży­my, je­że­li się na­praw­dę po­spie­szy­my – po­now­nie od­zy­wa się Krzysz­tof.

– Z tym… – wska­zu­ję dło­nią pu­dło za ich ple­ca­mi – to­wa­rzy­szyć? Prze­cież on re­gu­lar­nie co ty­dzień tak dzwo­ni! Prze­cież w ze­szłym mie­sią­cu wszy­scy ra­zem po­je­cha­li­śmy, żeby ra­to­wać umie­ra­ją­ce­go na cięż­kie za­pa­le­nie płuc Mar­ka Hła­skę, i w re­zul­ta­cie po­ca­ło­wa­li­śmy klam­kę jego za­mknię­tych drzwi, a on… A on w naj­lep­sze pił w pu­bie z Ir­land­czy­ka­mi i wy­śpie­wy­wał z nimi ja­kieś bzdu­ry. Prze­cież kom­plet­nie za­po­mniał, że do nas dzwo­nił! Pa­mię­ta­cie, jak się zdzi­wił i ucie­szył, kie­dy nas zo­ba­czył wcho­dzą­cych do pubu?!

– Ma­da­me… – po­li­cyj­ny noc­ny „ope­ra­tor” od­wie­sza na pa­sek trzy­ma­ną przy uchu krót­ko­fa­lów­kę, uśmie­cha się i za­pi­na­jąc ka­bu­rę re­wol­we­ru, prze­kra­cza umow­ną gra­ni­cę po­mię­dzy ży­ciem a śmier­cią – Los An­ge­les, Ka­li­for­nia, 2.55 a.m… – po czym zbli­ża się do mnie i do­ty­ka­jąc dło­nią ka­sku, mówi: – Ma­da­me, eve­ry­thing’s okey! Je­że­li pani po­świad­cza, że zna kie­row­cę i pa­sa­że­ra tego sa­mo­cho­du oraz że bie­rze za nich od­po­wie­dzial­ność, a poza tym ure­gu­lu­je ra­chu­nek na sta­cji ben­zy­no­wej… i prze­ka­że pani Bar­brze Stre­isand po­zdro­wie­nia oraz wy­ra­zy uwiel­bie­nia od ca­łe­go na­sze­go Hol­ly­wo­od Po­li­ce Sta­tion… to wszyst­ko jest w po­rząd­ku!

– A wy, pa­no­wie… – zwra­ca się do ga­pią­cych się na nie­go i za­pew­ne nadal nie­wie­rzą­cych w swo­je szczę­ście chłop­ców. – Ży­czę wa­sze­mu przy­ja­cie­lo­wi, temu, o któ­rym mó­wi­li­ście, że umie­ra, szyb­kie­go po­wro­tu do zdro­wia – pa­trzy na pu­dło z za­ku­pa­mi i par­ska śmie­chem. – Je­stem pe­wien, że ma­jąc ta­kich przy­ja­ciół, nie­dłu­go wy­zdro­wie­je! – po czym po­li­cjan­ci od­jeż­dża­ją wol­no i sta­tecz­nie, na wszel­ki wy­pa­dek raz jesz­cze omia­ta­jąc nas świa­tła­mi re­flek­to­rów, zwal­nia­jąc i przy­glą­da­jąc się nam po­dejrz­li­wie… Opie­ku­no­wie noc­ne­go Mia­sta Anio­łów.

Ma­rek H.

Marek? Ma­rek Hła­sko… Kie­dy do­tarł do Los An­ge­les i go po­zna­li­śmy, wy­da­wał się nam dziw­ny. Tro­chę za bar­dzo za­mknię­ty w so­bie. Tro­chę za bar­dzo, a do tego kom­plet­nie ir­ra­cjo­nal­nie i za­ska­ku­ją­co nie­prze­wi­dy­wal­nie wy­bu­cho­wy w dys­ku­sjach. Dziw­ny. Ja­kiś taki inny… Kła­dli­śmy to na karb tego, że jest wiel­kim, a przez nas, emi­gran­tów, nie­zna­nym ar­ty­stą. Prze­cież tu­taj nikt nie prze­czy­tał pra­wie ni­cze­go, co Ma­rek Hła­sko opu­bli­ko­wał. To nie była na­sza emi­gra­cyj­na li­te­ra­tu­ra. Więk­szość z nas w ogó­le nie do­zna­ła tych wzlo­tów i upad­ków mło­de­go po­wo­jen­ne­go po­ko­le­nia w kra­ju, nie zna­ła śro­do­wisk i miejsc, któ­re on opi­sy­wał. Tu­taj żyło się albo roz­my­tą pa­mię­cią prze­szło­ści i fan­ta­zjo­wa­niem o Pol­sce przed­wo­jen­nej, albo dla każ­de­go z nas inną, oso­bi­stą i pry­wat­ną Pol­ską wy­ima­gi­no­wa­ną z na­szych ma­rzeń, skry­wa­nych emo­cji i pla­nów na przy­szłość… Że do niej być może kie­dyś wró­ci­my. Ale już inni, nowi i wspa­nia­li, a i Ona inna, nowa i wspa­nia­ła, przyj­mie nas z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi! Ot, ta­kie tam Po­la­ków week­en­do­we roz­wa­ża­nia o lo­sie przy kie­lisz­ku.

Lo­sie wred­nym i pod­łym? Nie dla wszyst­kich. W więk­szo­ści przy­pad­ków by­li­śmy tu­taj z wła­sne­go wy­bo­ru, nikt nas w świat nie wy­py­chał, nie wy­rzu­cał. Wręcz od­wrot­nie. Cze­goż to nie ro­bi­li­śmy, aby dać dyla na tę wy­ma­rzo­ną wol­ność z kra­ju spę­ta­ne­go ko­mu­ną! Do na­szych pol­skich śro­do­wisk czy też grup i gru­pek w Ka­li­for­nii emi­gra­cyj­na wal­czą­ca o nie­pod­le­głość li­te­ra­tu­ra do­cie­ra­ła prak­tycz­nie przy­pad­ko­wo. Naj­pierw do tych, któ­rzy nadal dzia­ła­li w po­wią­za­nych z Pol­ską kul­tu­rą i ję­zy­kiem śro­do­wi­skach sztu­ki i po­li­ty­ki. Do in­te­lek­tu­ali­stów, ar­ty­stów i dy­sy­den­tów. To była bar­dzo mała, wła­ści­wie eli­tar­na gru­pa. A po­tem na za­sa­dzie po­ży­cza­nia i prze­ka­zy­wa­nia in­nym. Lecz tych in­nych po­zo­sta­ło nie­wie­lu. Więk­szość była już, rów­nież z wła­sne­go wy­bo­ru, all re­ady od­cię­ta od pol­skich tra­dy­cji, sztu­ki i no­wi­nek kul­tu­ral­nych. Od­wie­dza­nie sta­re­go kra­ju i przy­jaz­dy tu­taj to były pry­wat­ne, ro­dzin­ne wy­da­rze­nia. I nie­wie­le mia­ły wspól­ne­go z pol­sko­ścią re­pre­zen­to­wa­ną przez Mar­ka Hła­skę i jego twór­czość.

Jak po­strze­ga­li­śmy Mar­ka Hła­skę wte­dy, na po­cząt­ku jego po­by­tu w Los An­ge­les? Ar­ty­sta dziw­ny, nie­zna­ny, lecz w związ­ku z tym, że to Ro­man Po­lań­ski go tu­taj spro­wa­dził i dla tu­tej­szych wy­twór­ni fil­mo­wych Ma­rek Hła­sko za­czy­nał pi­sać sce­na­riu­sze, na pew­no wiel­ki. A w Hol­ly­wo­od, gdzie prze­cież do­cie­ra­li tyl­ko naj­lep­si z ca­łe­go świa­ta, gdzie za­pra­sza­no wy­łącz­nie naj­lep­szych fa­chow­ców. Hła­sko bę­dzie bar­dzo wiel­ki! Nie mie­li­śmy co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Nikt się nie spo­dzie­wał tra­ge­dii. A naj­mniej spo­dzie­wał się prze­gra­nej sam Ma­rek Hła­sko. On, le­gen­da zbun­to­wa­ne­go i nie­go­dzą­ce­go się z wy­klu­cze­niem z cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta odła­mu pol­skich in­te­lek­tu­ali­stów, nie zdo­ła po­praw­nie na­pi­sać ba­nal­ne­go hol­ly­wo­odz­kie­go sce­na­riu­sza? Ja­kie­goś tam „Ko­chał, za­bił i uciekł, więc go zła­pa­li, ale był nie­win­ny” opo­wia­dan­ka. Dla­cze­go? Za­pew­ne dla­te­go, że w Niem­czech, Pa­ry­żu i Izra­elu, gdzie miesz­kał po wy­jeź­dzie z kra­ju, ob­ra­cał się w śro­do­wi­sku ar­ty­stów two­rzą­cych praw­dzi­wą sztu­kę, a nie to­war na sprze­daż. I bę­dąc taki sam, w ta­kim du­chu two­rzył, ma­jąc już na kon­cie pierw­sze suk­ce­sy, ale nie­ste­ty tam, w Eu­ro­pie. A być może dla­te­go, że za­pa­trzo­ny w swo­ją sztu­kę i za­fa­scy­no­wa­ny tęt­nią­cą „praw­dzi­wym” ar­ty­stycz­nym ży­ciem Eu­ro­pą oglą­dał za mało ame­ry­kań­skich fil­mów. A tu­taj, je­śli się nie zde­rzy mi­ło­ści ze zbrod­nią na skrzy­żo­wa­niu mię­dzy­sta­no­wej au­to­stra­dy z trans­kon­ty­nen­tal­ną tra­są ko­le­jo­wą, sia­da­jąc tam do­dat­ko­wo naj­więk­szym bo­ein­giem, nikt sce­na­riu­sza nie chce na­wet prze­czy­tać! Ma­rek bar­dzo cier­piał. Ży­cie, z któ­rym tym prze­dziw­nym zrzą­dze­niem losu tu­taj się ze­tknął, sta­ło się na­gle, nie­spo­dzie­wa­nie i bar­dzo re­al­nie tym, któ­re opi­sy­wał i w któ­re się wczu­wał, ale któ­re­go uczest­ni­kiem tak na­praw­dę nig­dy nie był. Kosz­ma­rem nie­chcia­ne­go bytu!

Po­zna­li­śmy się z Mar­kiem Hła­ską w ba­nal­ny spo­sób, po­dob­nie jak pół­to­ra roku póź­niej z Krzy­siem Ko­me­dą. Ma­rek Ni­ziń­ski, mój uko­cha­ny i je­dy­ny, spe­cja­li­zu­ją­cy się w au­to­de­struk­cji syn, po raz ko­lej­ny stra­cił pra­cę. Dy­plo­mo­wa­ny i wie­lo­krot­nie na­gra­dza­ny, kie­dy jesz­cze miesz­ka­li­śmy w An­glii, me­ta­lo­pla­styk, gra­fik i pi­sarz, a przede wszyst­kim fo­to­gra­fik. Żad­na ze sztuk, poza fo­to­gra­fią, któ­re upra­wiał w Sta­nach, nie za­ist­nia­ła i nie sprze­da­ła się z po­dob­nych po­wo­dów jak w przy­pad­ku Mar­ka Hła­ski. Ale fo­to­gra­fia… Ma­rek Ni­ziń­ski był ge­niu­szem „bły­sko­tli­wej” fo­to­gra­fii por­tre­to­wej. A taką fo­to­gra­fię w Hol­ly­wo­od wszy­scy ko­cha­ją! Zwłasz­cza nie­źle już „ru­szo­ne” upły­wem cza­su bo­gi­nie ekra­nu, po­cząw­szy od kina nie­me­go. Hol­ly­wo­odz­kie bo­skie mu­mie. To była pierw­sza, bar­dzo do­cho­do­wa fo­to­gra­ficz­na spe­cja­li­za­cja. Dru­ga, ta, przez któ­rą tra­cił wszyst­kie, a cza­sa­mi było ich spo­ro, za­ro­bio­ne w po­cie czo­ła i smro­dzie to­pią­cych się w świe­tle lamp fo­to­gra­ficz­nych ma­ki­ja­ży pie­nią­dze, to były kom­plet­nie nie­bo­skie, na­pły­wa­ją­ce tu z ca­łe­go świa­ta gwiaz­decz­ki. Ema­nu­ją­ce skrom­no­ścią i nie­win­no­ścią nie do koń­ca jesz­cze wie­dzą­cej, jak się „ska­cze”, ta­ran­tu­li i po­tra­fią­ce mó­wić po an­giel­sku je­dy­nie na migi i po ciem­ku, w łóż­ku. Wszyst­kie po­trze­bo­wa­ły na do­bry po­czą­tek bar­dzo, ale to bar­dzo do­brych, a przy tym ta­nich fo­to­gra­fii! A Ma­rek był na­iw­nym ro­man­ty­kiem, więc prze­cho­dząc od ro­man­su do ro­man­su i od związ­ku do związ­ku, co­raz czę­ściej za­cho­dził po dro­dze do skle­pu z al­ko­ho­la­mi. Na chwi­lę, dwie, na trzy. Na noc. Na dzień. Na dzień i noc. Na za­wsze.

Wy­twór­nie fil­mo­we wie­dzia­ły, co po­tra­fi wy­cza­ro­wać swo­imi apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi, więc re­gu­lar­nie za­trud­nia­ły go jako fo­to­si­stę na ko­lej­nych pla­nach zdję­cio­wych re­ali­zo­wa­nych pro­jek­tów fil­mo­wych. I wy­rzu­ca­ły go z hu­kiem po ko­lej­nych al­ko­ho­lo­wych na­wa­lan­kach. Miał co praw­da jesz­cze jed­no w mia­rę re­gu­lar­ne za­ję­cie, i to od daw­na. Rok po przy­jeź­dzie do Los An­ge­les, chcąc do­ro­bić so­bie do stu­denc­kie­go skrom­niut­kie­go sty­pen­dium i tych paru gro­szy, któ­re ja mu do­da­wa­łam, ukoń­czył spon­so­ro­wa­ny przez gmi­nę w ra­mach „za­go­spo­da­ro­wy­wa­nia” emi­gran­tów pa­ro­ty­go­dnio­wy kurs za­rzą­dza­nia nie­ru­cho­mo­ścia­mi i zo­stał ad­mi­ni­stra­to­rem. Cał­kiem nie­zła fu­cha. Wy­star­czy­ło, że co parę dni od­wie­dzał taką ka­mie­nicz­kę, kon­do­mi­nium czy też po­wie­rzo­ny mu pod opie­kę nie­za­miesz­ka­ny apar­ta­ment i po spraw­dze­niu, czy wszyst­ko funk­cjo­nu­je pra­wi­dło­wo, spi­sy­wał od­po­wied­ni ra­port dla wła­ści­cie­la lub w mia­rę szyb­ko wzy­wał od­po­wied­nie eki­py tech­nicz­ne. Fu­cha nie­zła i ła­twa, ale nie dla mo­je­go Ma­recz­ka, tak że pra­co­wał re­gu­lar­nie od lat, lecz przy tym spo­ra­dycz­nie, po­nie­waż nie­ustan­nie coś za­wa­lał. No, a poza tym wsty­dził się tego po­spo­li­te­go i kom­plet­nie nie­ar­ty­stycz­ne­go za­wo­du, ukry­wa­jąc się z tym i pra­wie ni­ko­mu o swo­jej ad­mi­ni­stra­tor­ce nie opo­wia­da­jąc. Był jesz­cze je­den zwią­za­ny z tą pra­cą pro­blem. Kie­dy jego nowi zna­jo­mi do­wia­dy­wa­li się, że dys­po­nu­je klu­cza­mi do pu­sto­sta­nów, na­tych­miast pro­po­no­wa­li mu, że tam za­miesz­ka­ją. Oczy­wi­ście bez­płat­nie.

Tak więc Ma­rek Ni­ziń­ski po raz ko­lej­ny stra­cił pra­cę i nie bar­dzo wie­dział, co da­lej ro­bić. Tym bar­dziej Ma­rek Hła­sko – ten był w znacz­nie gor­szej sy­tu­acji. Nie miał tu­taj nic. I oka­za­ło się, że poza opie­ku­ją­cy­mi się nim z ro­dzi­ciel­ską wręcz tro­skli­wo­ścią Ste­fą i dok­to­rem Ot­to­nem Lau­ter­ba­chem oraz pań­stwem Gryn­ber­ga­mi, któ­rzy za­ła­twi­li Mar­ko­wi pra­cę w hur­tow­ni wy­ro­bów sta­lo­wych, nie ma ni­ko­go, po­nie­waż de­kla­ru­ją­cy swo­ją przy­jaźń i uzna­nie dla jego twór­czo­ści Ro­man Po­lań­ski – jak to Ma­rek Hła­sko do­bit­nie okre­ślał w swo­ich opo­wia­da­niach – „prze­go­nił go jak nie­po­trzeb­ne­go, bez­pań­skie­go psa”, kie­dy Mar­ko­wi nie wy­szło pi­sa­nie tych wszyst­kich hol­ly­wo­odz­kich sce­na­riu­szy, cho­ciaż… z cza­sem na­uczy­li­śmy się „czy­tać” i in­ter­pre­to­wać jego wy­po­wie­dzi oraz opi­nie w bar­dziej zdy­stan­so­wa­ny spo­sób, zwłasz­cza że do­ty­czy­ły one rów­nież nas i – z ręką na ser­cu – nie za­wsze były obiek­tyw­ne.

Hol­ly­wo­od to zna­ko­mi­cie zor­ga­ni­zo­wa­na, za­rzą­dza­na i wy­daj­na co naj­mniej tak jak li­nia pro­duk­cyj­na Mr. For­da fa­bry­ka ce­lu­lo­ido­wych ma­rzeń. Tu nikt nie ma cza­su na mo­ty­wo­wa­nie lub do­szka­la­nie. Tu­taj od sa­me­go po­cząt­ku wszyst­ko musi być naj­lep­szej ja­ko­ści! W na­szej opi­nii, bio­rąc pod uwa­gę wcze­śniej­sze bo­le­sne sce­na­riu­szo­we do­świad­cze­nia Mar­ka Ni­ziń­skie­go, Hła­sko „nie zdał i nie za­ła­pał się…”, po­nie­waż tro­chę nie po­tra­fił, a tro­chę nie chciał z wła­sne­go wy­bo­ru, ot, ob­ra­ził się na swój tu­tej­szy, tym ra­zem wred­ny los. Zo­stał sam i opusz­czo­ny, owszem, lecz ozna­cza­ło to je­dy­nie wy­pro­wadz­kę po po­nad dwóch mie­sią­cach z luk­su­so­we­go ho­te­lu i prze­rwa­nie wy­pła­ca­nia spo­rych za­li­czek na po­czet przy­szłe­go dzie­ła, ale prze­cież nie tyl­ko Ro­man Po­lań­ski pró­bo­wał mu nadal po­ma­gać. Ma­rek Hła­sko otrzy­my­wał jesz­cze inne pro­po­zy­cje, ta­kie jak ta, któ­rej mu Ma­rek Ni­ziń­ski, na­wet tego nie ukry­wa­jąc, wręcz wy­po­mi­na­jąc, szcze­rze i au­ten­tycz­nie za­zdro­ścił – za­pro­sze­nie do pi­sa­nia te­le­wi­zyj­nych se­ria­lo­wych ga­gów i mo­no­lo­gów dla CBS, a CBS… Oh my God! To doj­ście do po­nad sie­dem­dzie­się­ciu pro­cent sta­cji te­le­wi­zyj­nych w Sta­nach i oglą­dal­ność rzę­du trzy­dzie­stu mi­lio­nów wi­dzów. Jed­no­cze­śnie! I co? Dwa ty­go­dnie, tyle się na­my­ślał, a wła­ści­wie przez pierw­szy ty­dzień na­my­ślał, a przez dru­gi roz­my­ślał z wy­dat­ną po­mo­cą piwa i wy­pro­szo­nych u dok­to­ra Ot­to­na Lau­ter­ba­cha ta­ble­tek uspo­ka­ja­ją­cych.

– A co to? – po­wie­dział któ­re­goś ko­lej­ne­go wie­czo­ru roz­my­ślań, sie­dząc smęt­nie na ko­zet­ce w miesz­ka­niu Mar­ka Ni­ziń­skie­go, po­pi­ja­jąc piwo, od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa od pa­pie­ro­sa i krę­cąc jak dzie­cin­nym śmi­gieł­kiem po­mię­dzy pal­ca­mi otrzy­ma­nym na do­bry po­czą­tek od me­ne­dże­ra tu­tej­sze­go od­dzia­łu CBS sta­lo­wym dłu­go­pi­sem Cross z przy­cze­pio­nym do nie­go fir­mo­wym logo sta­cji. – A co to ja je­stem ja­kiś pi­smak wy­rob­nik?! I tyle. Na­stęp­ne­go dnia zre­zy­gno­wał.

– Idio­ta, prze­cież był tuż-tuż! – la­men­to­wał Ma­rek Ni­ziń­ski, ła­piąc się z nie­do­wie­rza­niem za gło­wę. – Apar­ta­ment w naj­lep­szym ho­te­lu, dzien­ni­ka­rze i roz­głos, ka­rie­ra. Le­d­wo przy­je­chał, a już o nim mó­wio­no, już go po­ry­wa­no i ko­kie­to­wa­no, wie­rząc w jego szczę­śli­wą gwiaz­dę!

Kate Wo­odvil­le, pięk­na, wy­nio­sła jak grec­ka bo­gi­ni Ate­na mło­da ak­tor­ka z Lon­dy­nu, przy­le­cia­ła tu­taj przed pa­ro­ma mie­sią­ca­mi szu­kać szczę­ścia i no­we­go star­tu, tuż po tym, jak wy­szły na jaw „ro­man­tycz­ne” sza­leń­stwa jej męża Pa­tric­ka Mac­nee, gwiaz­do­ra se­ria­lu „Aven­gers”. Spo­tka­li się z Mar­kiem Hła­ską na przy­ję­ciu u pro­du­cen­ta Mar­ti­na Ran­so­hof­fa, tu­tej­sze­go spe­cja­li­sty od pro­mo­wa­nia mło­dych eu­ro­pej­skich gwiaz­dek, pro­du­cen­ta „Nie­ustra­szo­nych po­grom­ców wam­pi­rów” oraz od­kryw­cy Sha­ron Tate, i bar­dzo za­przy­jaź­ni­li, od­wie­dza­jąc wspól­nie szpa­ner­skie knajp­ki na Bul­wa­rze Za­cho­dzą­ce­go Słoń­ca. Ale te­raz, kto się te­raz z nim spo­tka i kto za to za­pła­ci? Bez pra­cy i bez pie­nię­dzy, toż to je­dy­nie któ­ryś tam, ileś­tam­ty­sięcz­ny „ar­ty­stycz­ny” emi­grant, a ta­kich peł­ne uli­ce! Zmar­no­wał wy­jąt­ko­wą szan­sę i nie sko­rzy­stał z po­da­nej mu przez Ro­ma­na Po­lań­skie­go po­moc­nej dło­ni, a to w trze­wiach tej bez­względ­nej, nie­wy­ba­cza­ją­cej ja­kiej­kol­wiek sła­bo­ści hol­ly­wo­odz­kiej ma­chi­ny ilu­zji błąd nie­wy­ba­czal­ny! Taka szan­sa może się już nie po­wtó­rzyć.

Po­zna­li się z Mar­kiem Ni­ziń­skim przez dok­to­ra Ot­to­na Lau­ter­ba­cha, któ­ry po­pro­sił mo­je­go syna o wpro­wa­dze­nie Mar­ka Hła­ski w taj­ni­ki ży­cia w Los An­ge­les. Co, gdzie i jak… Mój syn w wol­nym cza­sie, czy­li prak­tycz­nie na okrą­gło, do­ra­biał, opie­ku­jąc się na­pły­wa­ją­cy­mi do bran­ży fil­mo­wej Po­la­ka­mi. Wo­żąc ich, tłu­ma­cząc, da­jąc przy­spie­szo­ne lek­cje ję­zy­ka bran­żo­we­go i wpro­wa­dza­jąc w za­wi­ły, ta­jem­ni­czy i po­plą­ta­ny świat kró­le­stwa świa­to­we­go fil­mu. Pi­jąc z nimi wód­kę. Nie tyl­ko zresz­tą Po­la­ka­mi, bo zna­jąc ję­zyk an­giel­ski na po­zio­mie uni­wer­sy­tec­kim, prze­cież jesz­cze kie­dy miesz­kał w Du­bli­nie pi­sa­ne przez nie­go w ję­zy­ku an­giel­skim po­ezje pu­bli­ko­wa­ły po­waż­ne cza­so­pi­sma li­te­rac­kie, zaj­mo­wał się rów­nież przy­by­sza­mi ze Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa Wiel­kiej Bry­ta­nii. Ro­bił to z praw­dzi­wą przy­jem­no­ścią, zwłasz­cza kie­dy po­zna­wał ko­goś, kto, tak jak on, przy­był tu­taj z Ir­lan­dii lub Szko­cji. Był mię­dzy in­ny­mi kie­row­cą, prze­wod­ni­kiem i fo­to­gra­fem ów­cze­sne­go Bon­da, ak­to­ra Se­ana Con­ne­ry’ego, kie­dy ten przy­je­chał na prób­ne zdję­cia do swo­je­go pierw­sze­go fil­mu. No tak… Ale on był praw­dzi­wym za­wo­dow­cem. Nie pił ani kro­pli, miał dużo waż­niej­sze spra­wy do za­ła­twie­nia. Ka­rie­rę itd.

Ma­rek Ni­ziń­ski za­opie­ko­wał się tro­skli­wie Mar­kiem Hła­ską. A może od­wrot­nie… Któ­ry któ­rym? To do­bre py­ta­nie. Nig­dy, do koń­ca ich przy­jaź­ni nie zna­la­złam na nie wła­ści­wej od­po­wie­dzi. Kom­plet­nie inni fi­zycz­nie i emo­cjo­nal­nie, wręcz ide­al­nie pa­so­wa­li do sie­bie swo­im ar­ty­stycz­nym du­chem i po­czu­ciem wła­snej war­to­ści. Uzu­peł­nia­li się, sta­no­wiąc ra­zem coś wy­jąt­ko­we­go. Jak Flip i Flap. Tak też, sto­jąc obok sie­bie, wy­glą­da­li i brzmie­li, tro­chę ze sobą dys­ku­tu­jąc, tro­chę się kłó­cąc, a tro­chę pró­bu­jąc na­wza­jem ra­to­wać. Duży i mały. Gru­by i chu­dy. Ma­rek Hła­sko i Ma­rek Ni­ziń­ski. Mar­ko­wie dwaj. Moi chłop­cy.

– Ma­muś­ka – po­wie­dział Ma­rek Hła­sko, kie­dy pierw­szy raz za­siadł w miesz­ka­niu Mar­ka Ni­ziń­skie­go do sto­łu z cze­ka­ją­cym na nie­go obia­dem. – Tyl­ko moja Ma­muś­ka, tyl­ko w domu tak wspa­nia­le po­tra­fi­ła przy­rzą­dzić je­dze­nie – i po­be­czał się jak mały chło­piec.

Więc zo­sta­łam Hła­sko­wą Ma­muś­ką nr 2. To było kil­ka pięk­nych lat, ma­lo­wa­nych wie­lo­barw­ną pa­le­tą ma­rzeń, pra­gnień i emo­cji. Lat stra­co­nych. Moi chłop­cy co­raz wię­cej i co­raz czę­ściej pili, a ja, spraw­na i zdro­wa, znaj­du­jąc się u szczy­tu moż­li­wej tu­taj do osią­gnię­cia dla ta­kiej jak ja Eu­ro­pej­ki ka­rie­ry, ma­jąc już na­praw­dę nie­złe ży­cio­we do­świad­cze­nie, nie mo­głam so­bie z tym w ża­den spo­sób po­ra­dzić! Ni­cze­go zmie­nić. Pró­bo­wa­łam! Jak ja­sna cho­le­ra pró­bo­wa­łam! Wszyst­kie­go. Z jed­nym o roz­sąd­ku i ży­ciu po­roz­ma­wiać? Źle! Skar­ży się dru­gie­mu i idą na wód­kę. Z dru­gim? To samo! Roz­łą­czyć. Piją jak ska­za­ni na zsył­kę! Pra­cę za­ła­twić… O tak, wspa­nia­le, dzię­ku­je­my! Na ty­dzień, i zno­wu laba. No, to do le­ka­rza i na le­cze­nie! Le­cze­nie? A za co? Za czy­je grze­chy. A poza tym to kosz­tu­je, a oni… są prze­cież z za­sa­dy bez­ro­bot­ni! Owszem, kie­dy tyl­ko Ma­rek Hła­sko otrzą­snął się z hol­ly­wo­odz­kie­go szo­ku, czy­li po paru na­stęp­nych mie­sią­cach, po­szedł do pra­cy. Miesz­kan­ko, ma­lut­kie, mu­siał wy­na­jąć, a o dłu­gach, któ­rych na­zbie­ra­ło się przez tych kil­ka mie­się­cy spo­ro – cho­ciaż nadal wszy­scy trak­to­wa­li­śmy go jak wiel­kie­go, wy­jąt­ko­we­go ar­ty­stę, ścią­gnąw­szy w mię­dzy­cza­sie po kry­jo­mu i prze­czy­taw­szy kil­ka jego ksią­żek – za­czę­li­śmy mu co­raz gło­śniej i na­tar­czy­wiej przy­po­mi­nać. I to bar­dzo bo­le­śnie przyj­mo­wa­ne przez nie­go wy­ty­ka­nie jego fi­nan­so­wej bez­rad­no­ści, tak my­ślę, ura­to­wa­ło mu wte­dy ży­cie, no, być może nie do­słow­nie, ale dało so­lid­ne­go kopa w ty­łek!

Ma­rek Hła­sko sta­nął na nogi. Na tyle sta­bil­nie i trzeź­wo, żeby przez pięć dni w ty­go­dniu wsta­wać rano i cho­dzić do pra­cy. Do byle ja­kiej pra­cy i byle co ro­biąc. Nie­waż­ne! Był i czuł się prze­cież twór­cą nadal two­rzą­cym i pi­szą­cym, jak twier­dził, tyle że chwi­lo­wo do szu­fla­dy.

– Blue col­lar, „nie­bie­ski koł­nie­rzyk” je­stem! – za­czął się przed­sta­wiać. Tak też się ubie­ra­jąc, na­wet w week­en­dy, kie­dy wie­czo­ra­mi wy­cho­dził gdzieś czy też do ko­goś z wi­zy­tą. W kra­cia­ste fla­ne­lo­we ko­szu­le z pod­wi­nię­ty­mi nie­dba­le rę­ka­wa­mi oraz ro­bot­ni­cze, trzy­ma­ją­ce się na szel­kach dżin­sy i nie­kształt­ne, to­por­ne buty. Tak jak­by to mu im­po­no­wa­ło. Co? Że sam sie­bie te­atral­nie po­ni­ża i gnoi, za­cho­wu­jąc się tak, jak­by chciał się za coś uka­rać? Za co? Że jest „tu­taj”, na koń­cu nie­spe­cjal­nie mu przy­ja­zne­go i kom­plet­nie nie­ro­zu­mie­ją­ce­go go świa­ta, a nie „tam”? W domu swo­jej je­dy­nej Ma­muś­ki i na uli­cach swo­jej oj­czy­zny. Tam, gdzie miał tyle do po­wie­dze­nia i gdzie wszy­scy go słu­cha­li. Tak! Tym nas, wę­drow­ców bez celu i sen­su, prze­ra­stał. Lecz my przez dłu­gi czas nie do­strze­ga­li­śmy i nie poj­mo­wa­li­śmy jego cier­pie­nia! To nie była nor­mal­na emi­gra­cyj­na no­stal­gia. To nie było al­ko­ho­lo­wo-week­en­do­we ma­rze­nie o po­wro­cie. Ma­rek Hła­sko nig­dy z Pol­ski nie wy­je­chał! Po­ma­ga­li­śmy mu, lu­biąc go, i to­le­ro­wa­li­śmy jego za­cho­wa­nia, ża­łu­jąc. Jak po­twor­nie źle mu­siał się czuć, do­strze­ga­jąc tą swo­ją wy­ostrzo­ną i kry­tycz­ną spo­strze­gaw­czo­ścią, że „je­dzie” na li­to­ści!

Ma­rek Ni­ziń­ski na szczę­ście rów­nież za­czął po­wo­li po­wra­cać do sta­nu trzeź­wo­ści. Jed­na z mo­ich sta­łych sze­fo­wych, ak­tor­ka, dla któ­rej or­ga­ni­zo­wa­łam od lat hucz­ne przy­ję­cia i ban­kie­ty, Zsa Zsa Ga­bor, pod­sta­rza­ła, lecz nadal nie­do­ści­gła hol­ly­wo­odz­ka bo­gi­ni, po­sia­dacz­ka na­tu­ral­ne­go biu­stu XL i „szcze­re­go” chi­rur­gicz­ne­go uśmie­chu, ale przede wszyst­kim ma­ją­ca na kon­cie spo­rą ilość wy­mier­nych fi­nan­so­wo roz­wo­dów z ko­lej­ny­mi mi­lio­ne­ra­mi, za­mó­wi­ła u Mar­ka ofi­cjal­ny por­tret pra­so­wy, któ­ry zo­stał uzna­ny za naj­lep­szą fo­to­gra­fię por­tre­to­wą se­zo­nu. Ma­rek Ni­ziń­ski wró­cił do pra­cy, i to na wła­snych wa­run­kach! Czy­li bez­ter­mi­no­wo. Moi mali nie­sfor­ni chłop­cy, spo­ty­ka­jąc się te­raz ze sobą tro­chę rza­dziej i tro­chę czę­ściej na­rze­ka­jąc na po­twor­ne zmę­cze­nie pra­cą, ale dzia­ła­jąc i eg­zy­stu­jąc, bę­dąc, za­czę­li spa­ce­ro­wać po uli­cach Mia­sta Anio­łów w mia­rę pro­sto i bez przy­pad­ko­wych za­wi­ja­sów. Nie zna­czy to jed­nak, że…

Spo­tka­nie

Obu­dził mnie na­tar­czy­wy te­le­fon. W nocy, więc za­czę­łam się ubie­rać… Ma­rek, mój Ma­rek prze­pra­szał, ale…

– Ale wła­śnie je­ste­śmy z Mar­kiem, tak, z Mar­kiem Hła­ską w szpi­ta­lu miej­skim na ostrym dy­żu­rze, tak, te­raz na noc­nym, bo prze­cież już jest noc, i… Mar­ko­wi zła­mał się ząb i strasz­nie spu­chła pra­wa dłoń, a mnie boli prze­trą­co­na pra­wa kost­ka u nogi i też bar­dzo spu­chła… więc przy­je­cha­li­śmy tu­taj tak­sów­ką, ale za prze­świe­tle­nia mu­sie­li­śmy za­pła­cić go­tów­ką, po­nie­waż nie mie­li­śmy przy so­bie od­cin­ków so­cja­lu, i pie­nię­dzy też już nie mamy, a jest bar­dzo póź­no, bo za­nim nas po­prze­świe­tla­li i zre­pe­ro­wa­li Mar­ko­wi ten uła­ma­ny ząb, a po­tem za­gip­so­wa­li nam ręce i sto­py, to mi­nę­ło parę go­dzin i te­raz, w środ­ku nocy… jak tu te­raz wró­cić do do­mów? Pro­szę… – wy­rzu­cił z sie­bie jed­nym tchem i… Bip, bi bi, bip…

Nig­dy, choć tak bar­dzo go o to pro­si­łam, nig­dy nie no­sił przy so­bie drob­nych mo­net odło­żo­nych na te­le­fo­ny! Dziec­ko we mgle…

– A więc o czym mi dzi­siaj opo­wie­cie, chłop­cy… – za­py­ta­łam, gdy już ję­cząc i stę­ka­jąc, z cia­sno po­owi­ja­ny­mi gip­so­wy­mi opa­trun­ka­mi rę­ko­ma i no­ga­mi, nie mó­wiąc już o opuch­nię­tych twa­rzach i po­rwa­nych ubra­niach, po­upy­cha­li się z tru­dem w tak­sów­ce, któ­rą po nich przy­je­cha­łam. Mar­ko­wie po­pa­trzy­li po so­bie i po­wz­dy­cha­li przez chwi­lę bo­le­śnie, po­now­nie po so­bie po­pa­trzy­li, ale już par­ska­jąc ra­do­snym śmie­chem, i z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem oraz sa­tys­fak­cją w gło­sach po­wró­ci­li wspo­mnie­nia­mi do wczo­raj­sze­go, so­bot­nie­go po­po­łu­dnia.

Za­czę­ło się tak, jak za­czy­na­ła się więk­szość ich wspól­nych week­en­dów. Ten, któ­ry od­wie­dzał, przy­wiózł ze sobą za mało, a ten, któ­ry go­ścił, za mało ku­pił. A że tym ra­zem wy­pa­dło na wi­zy­tę Mar­ka Ni­ziń­skie­go u Mar­ka Hła­ski, wy­lą­do­wa­li kil­ka do­mów da­lej, tuż za ro­giem uli­cy, w za­przy­jaź­nio­nym ir­landz­kim pu­bie. I było faj­nie. Tro­chę so­bie po­pi­li, tro­chę po­śpie­wa­li z Ir­land­czy­ka­mi, tro­chę po­uża­la­li się nad swo­im cięż­kim lo­sem oraz oplot­ko­wa­li de­li­kat­nie, aby broń Pa­nie Boże, nie ura­zić wszyst­kich zna­nych i ko­cha­nych, lecz na szczę­ście te­raz nie­obec­nych zna­jo­mych. I wte­dy do pubu we­szli Por­to­ry­kań­czy­cy. Kil­ku. Po­roz­glą­da­li się. Po­sta­li. Za­mó­wi­li u bar­ma­na drin­ki i wy­pi­li ze sma­kiem. A po­tem za­czę­li się ga­pić na ir­landz­kie dziew­czy­ny! Źle! Zwłasz­cza że Por­to­ry­kań­czy­ków ro­bi­ło się co­raz wię­cej, bo ko­lej­ni wcho­dzi­li i wcho­dzi­li. Bar­dzo, ale to na­praw­dę bar­dzo źle! Szcze­gól­nie dla Mar­ka Hła­ski, po­nie­waż Ir­land­czy­ków ko­chał, pił z nimi i miesz­kał na jed­nej uli­cy, ale wła­śnie z Por­to­ry­kań­czy­ka­mi pra­co­wał w hur­tow­ni wy­ro­bów me­ta­lo­wych, li­cząc bla­chy i inne że­la­stwa, aby je po­tem pa­ko­wać na pół­ki w ma­ga­zy­nie lub ła­do­wać na wy­jeż­dża­ją­ce z do­sta­wa­mi na bu­do­wy sa­mo­cho­dy. Dy­le­mat. Tu­taj ser­ce, a tu­taj jed­ność kla­so­wa! Co ro­bić?!

Więc kie­dy się za­czę­ło i szkła, na­czy­nia, krze­sła i co drob­niej­si przed­sta­wi­cie­le dwóch z naj­licz­niej re­pre­zen­to­wa­nych w Mie­ście Anio­łów mniej­szo­ści na­ro­do­wych za­czę­li la­tać z wrza­skiem, wy­ma­chu­jąc koń­czy­na­mi pod su­fi­tem, Mar­ko­wie, je­den spę­ta­ny prze­ra­że­niem, a dru­gi ko­niecz­no­ścią do­ko­na­nia trud­ne­go wy­bo­ru, scho­wa­li się pod tra­dy­cyj­nie so­lid­ny, aby moż­na było na nim ra­do­śnie tań­czyć, ir­landz­ki stół bie­siad­ny.

140572-6_jpg

Ze­ga­rek Krzy­sia Ko­me­dy i dłu­go­pis Mar­ka Hła­ski

140572-7_jpg

Ma­rek Hła­sko w miesz­ka­niu Mar­ka Ni­ziń­skie­go, wrze­sień 1968 r.

Głę­bo­ko, na sam ko­niec, pod ścia­nę. I prze­trwa­li­by tam za­pew­ne bez­piecz­nie i cie­ka­wie tę na­głą ko­li­zję kul­tur oraz kon­ty­nen­tów, ale… Ale kie­dy Ma­rek Hła­sko zo­ba­czył, że Por­to­ry­kań­czy­cy trzy­ma­ją za spodnie i ko­szu­lę, żeby się przy­pad­kiem nie ze­śli­zgnął z lady ba­ro­wej i nie­szczę­śli­wie nie upadł na pod­ło­gę, le­jąc jed­no­cze­śnie za­ma­szy­ście po gę­bie i ner­kach, bar­ma­na?! Bar­ma­na, któ­ry mu za­wsze po­le­wał na kre­skę i nie­raz po za­mknię­ciu pubu po­ma­gał tra­fić do miesz­ka­nia! Jego praw­dzi­we­go ir­landz­kie­go przy­ja­cie­la!

– What?! – wy­darł się z głę­bi swo­jej pie­cza­ry tak do­no­śnie, że na uła­mek se­kun­dy wszyst­ko i wszy­scy, cały ir­landz­ko-por­to­ry­kań­ski świat za­marł w bez­de­chu, po czym, wy­ska­ku­jąc spod sto­łu jak ja­kiś wkur­wio­ny niedź­wiedź, pod­wi­ja­jąc rę­ka­wy i cho­wa­jąc do kie­sze­ni ze­ga­rek, zła­pał pierw­sze­go Por­to­ry­kań­czy­ka, któ­ry mu się na­pa­to­czył, i tak nim trzep­nął o pod­ło­gę, że cały pub za­dy­go­tał jak w cza­sie trzę­sie­nia zie­mi! No, te­raz to się do­pie­ro za­czę­ło!

Na pod­ło­dze kom­plet­nie roz­płasz­czo­ny i prze­raź­li­wie wrzesz­czą­cy Por­to­ry­kań­czyk, a na nim Ma­rek Hła­sko pró­bu­ją­cy mu wszyst­ko na­raz po­ury­wać, na­to­miast po­wy­żej po­zo­sta­li mę­scy człon­ko­wie ro­dzi­ny pe­cho­wo roz­płasz­czo­ne­go pró­bu­ją­cy wszyst­ko na­raz i na­tych­miast po­ury­wać Mar­ko­wi! A do­ko­ła wi­ru­ją­cy i sko­tło­wa­ny jak osza­la­ła pral­ka au­to­ma­tycz­na ko­niec cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta!

– Co tu, co by tu, i co ja mam te­raz zro­bić?! – za­sta­na­wiał się go­rącz­ko­wo Ma­rek Ni­ziń­ski wci­śnię­ty w naj­dal­szy ką­cik pod sto­łem i ob­ser­wu­ją­cy na tyle, na ile do­strze­gał w szpa­rze po­mię­dzy pod­ło­gą a bla­tem, prze­ra­ża­ją­ce go wy­da­rze­nia. On prze­cież bić się nie po­tra­fił, nig­dy się nie bił i szcze­rze gar­dził prze­mo­cą, przed­kła­da­jąc jako praw­dzi­wie „na­tchnio­ny” ar­ty­sta po­nad woj­nę po­kój, bra­ter­stwo, do­bro­są­siedz­two i mi­łość, zwłasz­cza tę na­ma­cal­ną! A te­raz wy­glą­da­ło na to, że ma dy­le­mat! Wyjść i za­raz, to pew­ne, obe­rwać so­lid­nie po gę­bie, a może i gdzie in­dziej, czy też zo­stać pod sto­łem i rów­nież wyjść, tyle że po fak­cie, na zdraj­cę i tchó­rza?!

– No i co, co zro­bi­łeś, bo prze­cież w koń­cu wy­sze­dłeś spod tego sto­łu? – za­py­ta­łam Mar­ka, oglą­da­jąc jed­no­cze­śnie twar­dy i spę­ka­ny opa­tru­nek na jego po­obi­ja­nej sto­pie. Ten, któ­ry mu pie­lę­gnia­rze za­ło­ży­li w szpi­ta­lu na szyb­ko i na­tych­miast po­la­li cie­płym, żeby za­raz stward­niał, gip­sem. Gip­so­wy ban­daż był tak cia­sny, że pal­ce sto­py zro­bi­ły się już bia­ło­si­ne, a mój syn miał z tą wła­śnie, pra­wą sto­pą spo­re pro­ble­my… Tro­chę bo­le­sne, tro­chę wsty­dli­we i od bar­dzo daw­na.

By­li­śmy w jego miesz­ka­niu. Wszy­scy tro­je. Po­sta­no­wi­li­śmy, że przy­go­tu­je­my so­bie coś do je­dze­nia, otwo­rzy­my bu­tel­kę wina i prze­cze­ka­my do rana. Zwłasz­cza że Ma­rek Hła­sko miał po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy go w cza­sie po­by­tu w szpi­ta­lu czymś śmier­tel­nym nie za­tru­li albo nie za­ka­zi­li i czy przy­pad­kiem nie za­czy­na wła­śnie scho­dzić! A prze­cież sa­me­mu by­ło­by mu smut­no.

– Masz ra­cję, po­cze­kaj­my, po­ob­ser­wuj­my – do­ra­dzi­łam mu z ulgą, po­nie­waż oba­wia­łam się, że kie­dy po­zo­sta­wię ich sa­mych w po­ło­wie nocy, to po­wo­do­wa­ni wszyst­ki­mi prze­ży­ty­mi emo­cja­mi jesz­cze przed świ­tem wpa­ku­ją się w na­stęp­ne kło­po­ty! Moi mali nie­obli­czal­ni chłop­cy.

Kie­dy i dla­cze­go Ma­rek Ni­ziń­ski wy­szedł spod sto­łu oraz co zro­bił w spra­wie swo­je­go oca­le­nia? Co ta­kie­go i jak uczy­nił, że ura­to­wał swo­je­go przy­ja­cie­la, a przy­najm­niej jego ręce i nogi od po­ury­wa­nia, na­to­miast strasz­li­wą, przy­najm­niej w jego od­czu­ciu, wal­kę ras prze­rwał co naj­mniej na ty­dzień i był od tego mo­men­tu uwa­ża­ny za­rów­no przez Por­to­ry­kań­czy­ków, jak i przez Ir­land­czy­ków za bar­dzo, ale to bar­dzo groź­ne­go prze­ciw­ni­ka? On, Bogu du­cha win­ny ar­ty­sta.

Ach, żeby to w spo­sób zro­zu­mia­ły opo­wie­dzieć, przed­tem opo­wie­dzieć coś jesz­cze po­win­nam.

Step

Tuż po za­koń­cze­niu oku­pa­cji wy­lą­do­wa­łam z Mar­kiem w Za­ko­pa­nem. Opusz­czo­na przez męża, bez pie­nię­dzy i wspar­cia, a na­wet kon­tak­tu z moją zdzie­siąt­ko­wa­ną w cza­sie woj­ny ro­dzi­ną. W ma­lut­kim pen­sjo­na­to­wym po­ko­iku. Przy­gar­nię­ta przez ro­dzi­nę mo­je­go by­łe­go, zli­kwi­do­wa­ne­go z po­śpie­chem i w wiel­kiej ta­jem­ni­cy przez ube­cję, chle­bo­daw­cy. Po­ra­dzi­łam so­bie! Ma­rek nie.

Za swo­je pierw­sze, tra­gicz­ne lata dzie­ciń­stwa za­pła­cił strasz­ną cenę! He­ine­go-Me­di­na. Na­gła cho­ro­ba, jak ude­rza­ją­ca zza wier­chów pod­stęp­na lo­do­wa bu­rza, o mało go nie za­bi­ła. Ura­to­wa­ła Mar­ka przy­no­szą­ca nam mle­ko i mię­so żona za­przy­jaź­nio­ne­go bacy, na­cie­ra­jąc go dziw­ny­mi ma­ścia­mi, wle­wa­jąc siłą do gar­dła róż­ne pach­ną­ce zio­ła i sta­wia­jąc bań­ki. Śpie­wa­jąc i mo­dląc się nad jego łó­żecz­kiem. Ma­rek wy­zdro­wiał, lecz już do koń­ca jego krót­kie­go ży­cia a to dłoń ro­ze­dr­ga­ła mu się jak je­sien­ny liść, a to za­czy­nał się nie­spo­dzie­wa­nie ją­kać, ocie­ra­jąc ukrad­kiem wy­pły­wa­ją­cą z ką­ci­ków ust śli­nę, a to po­cią­gał bez­rad­nie sto­pą, za­ha­cza­jąc o wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Sto­pą pra­wą, tak waż­ną prze­cież dla męż­czy­zny pra­gną­ce­go być spraw­nym i wy­spor­to­wa­nym.

Na za­wsze już, kie­dy nie po­tra­fi­łam mu po­móc, na za­wsze dła­wiąc bó­lem moje mat­czy­ne ser­ce!

Ale Ma­rek nig­dy nie po­go­dził się ze swo­ją sła­bo­ścią, nig­dy się nie ugiął! Po­zo­sta­ły nar­ty i pły­wa­nie. To dru­gie tyl­ko wte­dy, gdy spę­dza­li­śmy lato nad mo­rzem albo po­le­ce­ni przez na­szych chle­bo­daw­ców wi­zy­to­wa­li­śmy ja­kiś luk­su­so­wy pen­sjo­nat w Kra­ko­wie lub w Rab­ce. I wy­łącz­nie wte­dy, gdy go do tego zmu­sza­łam. Ma­rek z na­tu­ry nie lu­bił i bał się wody. Nie zna­czy to jed­nak, że nie szu­kał z nią kon­tak­tu. Ko­chał że­glar­stwo mi­ło­ścią peł­ną, głę­bo­ką i cał­ko­wi­cie bez­in­te­re­sow­ną. Jach­ty pod bia­ły­mi, peł­ny­mi wia­trów ża­gla­mi, tną­ce spie­nio­ne grzbie­ty fal i uskrzy­dla­ne po­ry­wa­mi hu­ra­ga­nów, że­glu­ją­ce gdzieś tam, poza ho­ry­zont… za­wzię­cie ry­so­wał, ma­lo­wał i fo­to­gra­fo­wał, jed­no­cze­śnie sa­me­mu za­le­d­wie kil­ka razy w ży­ciu wcho­dząc do­bro­wol­nie na taki roz­chwia­ny po­kład. Tyl­ko po to, aby po chwi­li z tego roz­bu­ja­ne­go fa­la­mi, lecz nadal przy­cu­mo­wa­ne­go do kei jach­tu ucie­kać w po­śpie­chu, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że ma coś bar­dzo waż­ne­go do za­ła­twie­nia na lą­dzie. Ko­cha­jąc bez­kre­sne oce­anicz­ne że­glo­wa­nie całą swo­ją ro­man­tycz­ną du­szą, oba­wiał się wody bar­dziej niż ognia.

Ale nar­ty… Sza­lał! Po pro­stu sza­lał, wzbu­dza­jąc swo­imi wy­czy­na­mi na śnie­gu praw­dzi­wy po­dziw! Dla­cze­go? Po­nie­waż w związ­ku z prze­by­tą cho­ro­bą i po­wra­ca­ją­cym nie­do­wła­dem jeź­dził prak­tycz­nie na jed­nej no­dze! Do­pie­ro w Sta­nach ku­pił so­bie spe­cjal­ne, ro­bio­ne na mia­rę buty z ni­we­lu­ją­cy­mi tę sła­bość or­to­pe­dycz­ny­mi wkład­ka­mi. Ta­kie same, ja­kie miał Krzy­sio Ko­me­da. A po­zo­sta­łe dzie­dzi­ny spor­tu? Resz­ta spraw­no­ści fi­zycz­nych wy­da­wa­ła się dla Mar­ka Ni­ziń­skie­go nie­osią­gal­na.

Kie­dy przy­by­li­śmy do Los An­ge­les, świat sta­nął przed nami otwo­rem! Zna­łam ję­zyk an­giel­ski, a Ma­rek po­słu­gi­wał się nim na po­zio­mie li­te­rac­kim. Mie­li­śmy bar­dzo moc­ne pa­pie­ry. Otrzy­ma­łam, wraz z moż­li­wo­ścią za­miesz­ka­nia tam z Mar­kiem, zna­ko­mi­tą pra­cę go­spo­dy­ni do­mo­wej w re­zy­den­cji jed­ne­go z tu­tej­szych naj­bo­gat­szych i naj­bar­dziej wpły­wo­wych fi­nan­si­stów in­we­stu­ją­cych w prze­mysł fil­mo­wy, ślą­skie­go Żyda, mię­dzy­wo­jen­ne­go emi­gran­ta z By­to­mia czy też Wał­brzy­cha, któ­re­go uję­łam zna­jo­mo­ścią ji­dysz i na­szej pol­skiej kuch­ni, a po roku, na za­sa­dzie po­le­ca­nia i re­ko­men­do­wa­nia, roz­po­czę­łam moją dru­gą, bar­dzo do­cho­do­wą dzia­łal­ność go­spo­dar­czą – or­ga­ni­zo­wa­nie w za­kre­sie tak zwa­nej ga­stro­no­mii, czy­li wszyst­kie­go, co się je i pije, ba­lów oraz wszel­kich in­nych spo­tkań to­wa­rzy­skich w do­mach tu­tej­szej eli­ty ar­ty­stycz­nej i fi­nan­so­wej. Po­zna­łam mnó­stwo wspa­nia­łych, a do tej pory wi­dy­wa­nych je­dy­nie na ekra­nach kin i te­le­wi­zo­rów gwiazd oraz fil­mo­wych ma­gna­tów, na­to­miast Ma­rek roz­po­czął ka­rie­rę fo­to­gra­fa por­tre­ci­sty, nie­ste­ty prze­ry­wa­ną re­gu­lar­nie sta­na­mi de­pre­sji i al­ko­ho­lo­wych uza­leż­nień. Mię­dzy in­ny­mi pra­co­wa­łam dla Fre­da Asta­ire’a, słyn­ne­go ak­to­ra i tan­ce­rza, a Ma­rek zo­stał jego pry­wat­nym se­kre­ta­rzem-ar­chi­wi­stą, se­gre­gu­ją­cym i po­rząd­ku­ją­cym ty­sią­ce li­stów, zdjęć i do­ku­men­tów, a tak­że oso­bi­stym fo­to­gra­fem i oka­zjo­nal­nym kie­row­cą. Bar­dzo się po­lu­bi­li. Szcze­gól­nie kie­dy sie­dząc wie­czo­ra­mi przy uda­ją­cym praw­dzi­wy ga­zo­wym ko­min­ku i po­pi­ja­jąc whi­sky, wspo­mi­na­li Ir­lan­dię, gdzie Fred rów­nież spę­dził kie­dyś parę mie­się­cy.

Fred nie wy­stę­po­wał od kil­ku lat. Był już jak na tań­czą­ce­go i śpie­wa­ją­ce­go ak­to­ra sta­ry, lecz nie po­go­dzo­ny z bez­względ­no­ścią prze­mi­ja­ją­ce­go cza­su. Nig­dy! Zbu­do­wał po­środ­ku swo­je­go domu, na pierw­szym pię­trze nie­wiel­ką, ale pro­fe­sjo­nal­nie wy­po­sa­żo­ną salę tre­nin­go­wą do tań­ca i tam me­to­dycz­nie ćwi­czył. Dwie, a cza­sa­mi na­wet trzy go­dzi­ny dzien­nie tań­czył sam lub z wy­naj­mo­wa­ny­mi oraz po­zna­ny­mi na róż­nych przy­ję­ciach part­ner­ka­mi. A ja i Ma­rek, kie­dy go od­wie­dza­li­śmy, przy­glą­da­li­śmy się jego tre­nin­gom, co w za­sa­dzie było czę­ścią na­szych obo­wiąz­ków. Cza­sem rów­nież za­pra­sza­ni by­li­śmy przez nie­go do środ­ka. Uno­sił się. Mo­że­cie mi wie­rzyć lub nie, ale ten chu­dziut­ki jak pa­lec i drob­niut­ki jak wró­be­lek star­szy męż­czy­zna tań­czył, pra­wie że le­wi­tu­jąc. Ob­ser­wo­wa­li­śmy go z za­chwy­tem gra­ni­czą­cym z nie­do­wie­rza­niem. Le­wi­ta­cja! Krót­ko tak go pod­glą­da­li­śmy, po­nie­waż Fred nie lu­bił pół­środ­ków i po kil­ku ty­go­dniach zo­sta­li­śmy wcią­gnię­ci w jego ćwi­cze­nia jako ostat­ni i naj­star­si, ale bar­dzo pil­ni ucznio­wie.

Spę­dzi­łam w tym roz­tań­czo­nym domu w su­mie pra­wie pięć lat, przez dwa pierw­sze lata re­gu­lar­nie przy­jeż­dża­jąc i po­zo­sta­jąc tam parę dni, aby or­ga­ni­zo­wać duże im­pre­zy oraz wy­da­wa­ne dla jego ro­dzi­ny week­en­do­we wy­staw­ne obia­dy wy­peł­nio­ne fa­scy­nu­ją­cy­mi wspo­mnie­nia­mi Fre­da, a Ma­rek prak­tycz­nie prze­miesz­kał tam dwa lata, roz­po­czy­na­jąc stu­dio­wa­nie fo­to­gra­fii i pra­cę na pla­nach zdję­cio­wych. Szyb­ko jed­nak usa­mo­dziel­nił się na tyle, aby wy­na­jąć ma­lut­kie miesz­kan­ko, ku­pić ma­lut­ki sa­mo­cho­dzik i pró­bo­wać eg­zy­sto­wać sa­me­mu. Wró­ci­łam do domu Fre­da Asta­ire’a po kil­ku la­tach, tym ra­zem jako oso­ba za­rzą­dza­ją­ca po­sia­dło­ścią, i spę­dzi­łam w nim ko­lej­ne trzy, wy­peł­nio­ne pra­cą i opie­ko­wa­niem się moim go­spo­da­rzem. Nie­ste­ty, za­czął po­waż­nie cho­ro­wać, a jego naj­bliż­sza ro­dzi­na, któ­rą po­pro­sił o po­moc, roz­po­czę­ła swo­ją pra­cę od sta­ran­ne­go zli­cze­nia nad­cią­ga­ją­ce­go spad­ku. To było strasz­ne. Nie do wy­trzy­ma­nia! Mu­sia­łam odejść, cho­ciaż ni­ko­go nig­dy już tak jak Fre­da nie po­ko­cha­łam. Co po­zo­sta­ło? Ta­niec! Mój, może nie taki jak fil­mo­wych part­ne­rek Fre­da, ale wy­star­cza­ją­co do­bry, aby wy­mia­tać na par­kie­tach w Las Ve­gas czy też Reno. I ta­niec Mar­ka. Mar­ka ste­po­wa­nie. Kie­dy jego kon­tak­ty z Fre­dem urwa­ły się na kil­ka lat z po­wo­du roz­po­czę­cia stu­diów i pra­cy, Ma­rek za­pi­sał się do pro­wa­dzo­nej przez Fre­da Asta­ire’a, a na­stęp­nie przez jego wy­cho­wan­ków szkół­ki ta­necz­nej, a po paru mie­sią­cach i mnie do tego na­mó­wił. Kil­ka ko­lej­nych lat spę­dzi­li­śmy, uczęsz­cza­jąc tam re­gu­lar­nie w piąt­ki wie­czo­ra­mi, aby wi­ro­wać sple­ce­ni w prze­róż­nych tań­cach oraz za­wzię­cie tu­pać do ryt­mu ob­ca­sa­mi po par­kie­cie w trak­cie ste­po­wa­nych swin­gów. Dla mnie, zwłasz­cza że wraz z moim sy­nem, była to roz­tań­czo­na fraj­da i re­we­la­cyj­na gim­na­sty­ka po cięż­kiej pra­cy, lecz dla Mar­ka…

Sza­lał. Po pro­stu sza­lał, wzbu­dza­jąc au­ten­tycz­ny po­dziw. Dla­cze­go? Ste­po­wa­nie to jest „jaz­da” w po­zio­mie. Jak pły­wa­nie, jak nar­ty. Jak… Jak uno­sze­nie się roz­bu­ja­ny­mi, a jed­nak nadal po­zo­sta­ją­cy­mi w cią­głym, kon­tro­lo­wa­nym ba­lan­sie bio­dra­mi i roz­tań­czo­ny­mi sto­pa­mi w po­zio­mie, nie wy­żej i nie ni­żej, aby zmie­nia­jąc nie­spo­dzie­wa­nie po­zy­cje i utrzy­mu­jąc rytm, wę­dro­wać od kra­wę­dzi do kra­wę­dzi par­kie­tu. Do­pó­ki gra­ją. Z kost­ki, z ko­la­na, z bio­dra. Nig­dy wy­żej. Ma­rek opa­no­wał step per­fek­cyj­nie i do koń­ca ży­cia, kie­dy mógł, kie­dy miał czas i ni­ko­go nie było w po­bli­żu, ste­po­wał. Ma­rek był sa­mot­nym tan­ce­rzem. Nie zna­czy to jed­nak, że nie był z tego, co po­tra­fił „wy­cho­dzić” na par­kie­cie, dum­ny. Wśród zna­jo­mych i przy­ja­ciół… nie, tu­taj się wsty­dził i od­ma­wiał, za­sła­nia­jąc się cho­ro­bą lub nie­wie­dzą. Ale kie­dy je­cha­li­śmy do Las Ve­gas, a jeź­dzi­li­śmy tam – lub do Reno – re­gu­lar­nie prze­pusz­czać na­sze nad­wyż­ki fi­nan­so­we, kie­dy gra­no swin­ga, bos­sa novę czy też co­kol­wiek in­ne­go na­da­ją­ce­go się do ste­po­wa­nia, Ma­rek na par­kie­cie kró­lo­wał. Sam. Na­to­miast na co dzień? A na co dzień, aby o swo­jej sile pa­mię­tać, sa­me­mu so­bie ją przy­po­mi­nać i aby czuć się ta­kim, ja­kim się w swo­ich ma­rze­niach wi­dział, za­czął się Ma­rek bar­dzo ele­ganc­ko ubie­rać, na wzór i po­do­bień­stwo swo­je­go nie­do­ści­głe­go mi­strza Fre­da Asta­ire’a. Do­pa­so­wa­ne, szy­te na za­mó­wie­nie u do­bre­go kraw­ca ba­ty­sto­we lub je­dwab­ne ko­szu­le z nie­od­łącz­ny­mi, za­wią­zy­wa­ny­mi na szyi apasz­ka­mi, za­wsze za­pra­so­wa­ne w nie­na­gan­ny kant spodnie, oczy­wi­ście z do­brym pa­skiem, oraz od­po­wied­nio do­bra­ne buty. No wła­śnie, buty. Ro­bio­ne na mia­rę, ręcz­nie przez mek­sy­kań­skie­go szew­ca z San­ta Mo­ni­ca, tego sa­me­go, któ­ry „two­rzył” od wie­lu lat buty dla Fre­da. Skó­rza­ne, so­lid­ne i sznu­ro­wa­ne. Z no­ska­mi i ob­ca­sa­mi pod­ku­ty­mi je­dy­nie od spodu w spe­cjal­ny, wy­my­ślo­ny przez Fre­da spo­sób dys­kret­ny­mi sta­lo­wy­mi blasz­ka­mi.

– Ach, to nie ja, nie ja – od­po­wia­dał Ma­rek, kie­dy py­ta­no go o jego sztu­kę ste­po­wa­nia, wska­zu­jąc przy tym dło­nią na swo­je buty. – To wszyst­ko one, ja je­stem tyl­ko pa­sa­że­rem! – i wy­bu­chał tak rzad­kim u nie­go praw­dzi­wie szczę­śli­wym chło­pię­cym śmie­chem. Buty po­ezja. Dla tan­ce­rza. Oka­za­ło się, że nie dla tan­ce­rza je­dy­nie.

Nie­spo­dzie­wa­ne za­koń­cze­nie woj­ny w pu­bie Mała Ir­lan­dia

„Co by tu, jak by tu, i co ja mam te­raz zro­bić!?” – za­sta­na­wiał się Ma­rek Ni­ziń­ski, sie­dząc pod so­lid­nym ir­landz­kim sto­łem i pod­glą­da­jąc spod bla­tu strasz­li­wą, krwa­wą i roz­wrzesz­cza­ną woj­nę ras. Ku­lił się przy­kle­jo­ny ple­ca­mi do naj­dal­szej ścia­ny, spo­glą­da­jąc z lę­kiem na boki, spraw­dza­jąc, czy aby „wróg” nie skra­da się w jego kie­run­ku. Lecz nie był już pod sto­łem sam. Wręcz od­wrot­nie. Pod sto­łem ro­bi­ło się cia­sno. Po­ja­wi­li się, nad­cią­ga­jąc na czwo­ra­kach i po­ję­ku­jąc ża­ło­śnie, pierw­si ran­ni. A jed­no­cze­śnie, i to dla Mar­ka było strasz­ne, sie­dzia­ły już tam wszyst­kie, ale to wszyst­kie dziew­czy­ny i mał­żon­ki jego bo­ha­ter­sko wal­czą­cych ir­landz­kich przy­ja­ciół. Opa­tru­ją­ce ran­nych, po­chli­pu­ją­ce, zło­rze­czą­ce i za­chę­ca­ją­ce prze­róż­ny­mi po­krzy­ki­wa­nia­mi oraz ge­sta­mi swo­ich chło­pów do wal­ki, a przy oka­zji tak ja­koś, ja­koś tak dziw­nie na nie­go pa­trzą­ce.

– A co ja…? – chciał je za­py­tać i jesz­cze tro­chę po­sie­dzieć so­bie w tym za­ci­szu, ale… – Je­zus Ma­ria, rany bo­skie – za­ję­czał po raz pierw­szy ci­chut­ko i po­wo­li, po­wo­lut­ku wy­szedł spod sto­łu.

– Je­zus Ma­ria, rany bo­skie, za co?! – wy­darł się na całą uli­cę, ob­ry­wa­jąc na­tych­miast, a do tego nie wia­do­mo od kogo, w ucho! Więc w szo­ku i prze­ra­że­niu, nie wie­dząc, co by tu in­ne­go zro­bić, tro­chę obron­nym, a tro­chę ta­necz­nym od­ru­chem kop­nął! A sto­ją­cy obok La­ty­nos, wzy­wa­jąc w lo­cie Pana Boga na ra­tu­nek, padł jak ścię­ty sie­kier­ką i skrę­cił się z bólu, ła­piąc się za ko­la­no.

– Co ja… Co jest?! – za­sko­czo­ny Ma­rek ro­zej­rzał się po­dejrz­li­wie wo­ko­ło i po­pa­trzył ze zdzi­wie­niem po so­bie.

– Co ja ta­kie­go? – za­py­tał sam sie­bie na uła­mek se­kun­dy przed na­stęp­nym, zbli­ża­ją­cym się ku jego twa­rzy ude­rze­niem i zo­ba­czył! Zo­ba­czył swo­je na­je­le­gant­sze, bo była to prze­cież week­en­do­wa wy­pra­wa, cięż­kie i pod­ku­te blasz­ka­mi buty!

– Mam buty! – wrza­snął i jak opę­ta­ny sza­łem, wi­ru­jąc oraz po­dry­gu­jąc ta­necz­nie, za­czął ko­pać z całą swo­ją siłą i ste­po­wą wir­tu­oze­rią po kost­kach, łyd­kach i ko­la­nach wszyst­kich, któ­rzy choć tro­chę wy­glą­da­li na La­ty­no­sów! Ko­pać i jesz­cze raz ko­pać. Naj­pierw sko­pał ster­tę Por­to­ry­kań­czy­ków le­żą­cych na Mar­ku Hła­sce. Po­tem, przez po­mył­kę, bar­ma­na, za co go bar­dzo, ale to bar­dzo prze­pro­sił. A na­stęp­nie, wrzesz­cząc na okrą­gło: „Je­zus Ma­ria, rany bo­skie!”, za­czął bie­gać po wnę­trzu pubu, wy­mie­rza­jąc za­ma­szy­ste kop­nię­cia do­słow­nie wszyst­kie­mu i wszyst­kim, któ­rzy się zna­leź­li w za­się­gu jego za­bój­czych bu­cicz­ków. I tak by ko­pał i ko­pał, po­nie­waż za­uwa­żył, że czym szyb­ciej ko­pie, tym mniej ude­rzeń sam in­ka­su­je, ale… ale na­gle zro­bi­ło się ci­cho i spo­koj­nie.

Ma­rek sta­nął i się ro­zej­rzał. W pu­bie po­zo­stał tyl­ko on, Ma­rek Hła­sko, kil­ku naj­cię­żej ran­nych wo­jow­ni­ków i cała dam­ska resz­ta scho­wa­na pod sto­łem. Po­zo­sta­li uczest­ni­cy tej strasz­li­wej woj­ny na­ro­dów i ras, za­rów­no Por­to­ry­kań­czy­cy, jak i Ir­land­czy­cy, wy­szli przed pub na uli­cę i ku­le­jąc, od­pa­la­jąc pa­pie­ro­sy, ocie­ra­jąc krew z otarć i klnąc każ­dy po swo­je­mu, za­wzię­cie o czymś dys­ku­to­wa­li. Więc Mar­ko­wie rów­nież wy­szli na ze­wnątrz i grzecz­nie za­py­ta­li sto­ją­ce­go przy drzwiach bar­ma­na: – Co się sta­ło?

– What?! – zdzi­wił się bar­man. – Wy tego nie wie­cie? Jak to co… Por­to­ry­kań­czy­cy ob­ra­zi­li się i wra­ca­ją do domu! Dla­cze­go? Uwa­ża­ją, że zo­sta­li oszu­ka­ni. Nie taka była ho­no­ro­wa umo­wa! W ze­szłym mie­sią­cu to my od­wie­dzi­li­śmy ich go­spo­dę Ha­cien­do el Amor i wszyst­ko było jak trze­ba, no, oczy­wi­ście do przy­jaz­du po­li­cji, ale to za­wsze jest wy­star­cza­ją­ca ilość cza­su, żeby po­za­ła­twiać swo­je spra­wy, po­nie­waż po­li­cja w ta­kich wy­pad­kach nie spie­szy się z in­ter­wen­cją. Prze­cież i tak ni­ko­go nie za­trzy­ma, a tak­że nie bę­dzie do­cho­dzi­ła, kto za­wi­nił, bo wte­dy pod biu­ro bur­mi­strza przy­cho­dzi cała wkur­wio­na mniej­szość na­ro­do­wa i nie ma ta­kie­go bur­mi­strza, co by na to po­szedł i za­ry­zy­ko­wał kon­flikt! To prze­cież wy­bor­cy, a do na­stęp­nych wy­bo­rów za­wsze mało cza­su. Tak że tro­chę so­bie po­pi­li­śmy, a po­tem po­spraw­dza­li­śmy się na pię­ści, ale ho­no­ro­wo, z sza­cun­kiem i umia­rem, kto dzi­siaj jest moc­niej­szy. Nikt nie wy­grał, nikt nie prze­grał i było faj­nie. A te­raz?!

– Na sa­mym po­cząt­ku, jak tyl­ko za­czę­ło się dziać coś cie­ka­we­go – zwró­cił się do Mar­ka Hła­ski, dzio­biąc go pal­cem w po­dar­tą na pier­siach ko­szu­lę – coś ci od­bi­ło, mój przy­ja­cie­lu, i wy­sko­czy­łeś spod sto­łu, po czym nie wia­do­mo z ja­kie­go po­wo­du zła­pa­łeś naj­mniej­sze­go z nich i za­czą­łeś go au­ten­tycz­nie za­bi­jać. A do tego wy­bra­łeś tego naj­bo­gat­sze­go!

– Naj­bo­gat­sze­go? – Ma­rek Hła­sko zba­ra­niał ze zdzi­wie­nia.

– Tak, ten mały, któ­re­mu chcia­łeś wszyst­ko po­obry­wać, a przy oka­zji udu­sić, to wła­ści­ciel po­ło­wy do­mów w ich kwar­ta­le i prak­tycz­nie wszyst­kich re­stau­ra­cji, dla­te­go tak go bro­ni­li! Na­wia­sem mó­wiąc, bar­dzo cię po­lu­bił, kie­dy do­wie­dział się, że je­steś pi­sa­rzem, a do tego ucie­ki­nie­rem z ko­mu­ni­stycz­nej Eu­ro­py. Uwa­ża je­dy­nie, że je­steś tro­chę zbyt ner­wo­wy. A po­tem… – od­wró­cił się do Mar­ka Ni­ziń­skie­go…

– A ty to kto wła­ści­wie je­steś? – za­py­tał, od­su­wa­jąc się na wszel­ki wy­pa­dek i po­dejrz­li­wie spo­glą­da­jąc na jego buty. – Por­to­ry­kań­czy­cy twier­dzą, że je­steś ja­kimś wy­na­ję­tym przez nas po kry­jo­mu taj­nym za­bój­cą, ka­ra­te­ką! A więc, je­że­li nie i je­steś tyl­ko tym ro­man­tycz­nym po­etą i fo­to­gra­fem, o któ­rym twój przy­ja­ciel opo­wia­dał, że boi się na­wet mu­chy, to pro­szę, że­byś im to te­raz wy­tłu­ma­czył. I bar­dzo prze­pro­sił za swo­je nie­ho­no­ro­we za­cho­wa­nie! I jesz­cze jed­no. Je­zus, nie kop wię­cej, to prze­cież strasz­nie boli!

Mar­ko­wie wszyst­kich prze­pro­si­li za za­ist­nia­łe nie­po­ro­zu­mie­nie i za­dłu­ża­jąc się kosz­mar­nie u bar­ma­na, po­sta­wi­li po ma­łej whi­sky. Po­tem przy­je­cha­ła i od­je­cha­ła, na­wet nie wy­sia­da­jąc z ra­dio­wo­zów, po­li­cja. Na­stęp­nie wła­ści­ciel pubu spo­rzą­dził li­stę go­ści wraz z su­ma­mi, któ­re są mu win­ni za re­pe­ra­cję me­bli, i obec­ni zgod­nie ją pod­pi­sa­li, a w za­mian bar­man po­sta­wił im po ma­łej whi­sky. A po­tem Mar­ka Hła­skę za­czął bo­leć ząb i wszyst­ko się skoń­czy­ło. Lecz nie za­koń­czy­ło. Od tego dnia wy­żej wy­mie­nio­ne mniej­szo­ści na­ro­do­we, prze­by­wa­jąc, zwłasz­cza w pu­bie czy też ja­kiejś in­nej knaj­pie, w obec­no­ści Mar­ka Hła­ski, sta­ra­ły się za­cho­wy­wać ci­cho i spo­koj­nie, a spo­ty­ka­jąc na swo­jej dro­dze Mr. Ni­ziń­skie­go, ustę­po­wa­ły mu miej­sca, od­su­wa­jąc się na bok i ob­ser­wu­jąc z lę­kiem jego buty.

Ma­rek N.

Kiedy oj­ciec Mar­ka po­zo­sta­wił nas sa­mych, wy­ru­sza­jąc w świat w po­szu­ki­wa­niu jesz­cze więk­szych pie­nię­dzy i jesz­cze młod­szej part­ner­ki, wła­śnie za­koń­czy­ła się woj­na. Ma­rek był ma­łym, dzie­się­cio­let­nim chłop­cem, a ja nie naj­młod­szą już co praw­da, ale nadal do­brze się za­po­wia­da­ją­cą i po­cho­dzą­cą z do­bre­go domu go­spo­dy­nią mo­je­go no­we­go ro­dzin­ne­go gniazd­ka. Gniaz­da, któ­re do tego fa­tal­ne­go mo­men­tu wy­da­wa­ło mi się oazą spo­ko­ju oraz gwa­ran­cją bez­piecz­nej i do­stat­niej przy­szło­ści. Ba­nał? Tak, ale nie wte­dy, kie­dy do­ty­ka czło­wie­ka bez­po­śred­nio. Po­zo­sta­wio­ne nam przez na­sze­go „do­bro­czyń­cę” za­bez­pie­cze­nie wy­star­czy­ło nie na dłu­go, za­le­d­wie na kil­ka ty­go­dni, po­nie­waż ob­ło­żo­ne było, jak się oka­za­ło, rosz­cze­nia­mi na­iw­nych, ale rów­nież po­cho­dzą­cych z do­brych do­mów po­przed­nich to­wa­rzy­szek ży­cia mo­je­go mał­żon­ka. Męż­czy­zna, któ­re­go po­ko­cha­łam tro­chę jak pana i wład­cę, a tro­chę jak ojca, star­szy o kil­ka­na­ście lat sza­le­nie uta­len­to­wa­ny fry­zjer pro­wa­dzą­cy w Kiel­cach i Ra­do­miu swo­je za­kła­dy, a na­stęp­nie w cza­sie oku­pa­cji od­waż­ny i wy­jąt­ko­wo ope­ra­tyw­ny za­opa­trze­nio­wiec od­dzia­łów AK, oka­zał się, po­nie­kąd przy oka­zji, ge­nial­nym oszu­stem ma­try­mo­nial­nym i rzad­kim skur­wy­sy­nem!

Ba­nał? Tak, ale nie wte­dy, gdy sa­mej trze­ba się z tym po­go­dzić. Moja ro­dzi­na po woj­nie prak­tycz­nie nie ist­nia­ła, zdzie­siąt­ko­wa­na i roz­rzu­co­na po Eu­ro­pie. By­łam zda­na na samą sie­bie. Za­czę­łam pra­co­wać.

Po­cho­dzą­ca z do­bre­go domu i sta­ran­nie wy­kształ­co­na, trzy ję­zy­ki, kra­wiec­two, kuch­nia, gra na pia­ni­nie, kil­ku­let­nia szkół­ka te­atral­na i kurs pie­lę­gniar­ski, któ­ry ukoń­czy­łam w cza­sie oku­pa­cji, wszyst­ko to te­raz się przy­da­ło. Zo­sta­łam go­spo­dy­nią do­mo­wą w domu za­moż­ne­go i zna­ne­go kra­kow­skie­go praw­ni­ka, a ma­jąc moż­li­wość za­cho­wa­nia przy so­bie Mar­ka, sa­mot­ną, ale też szczę­śli­wą mat­ką. Ode­tchnę­łam. Na czte­ry mie­sią­ce. Krót­ka noc­na wi­zy­ta funk­cjo­na­riu­szy UB i jesz­cze krót­sza roz­pra­wa kap­tu­ro­wa ulo­ko­wa­ły Pana Me­ce­na­sa metr pod zie­mią, a jego naj­bliż­szych, na szczę­ście wraz ze mną i Mar­kiem, w pro­wa­dzo­nym przez jego te­ściów za­ko­piań­skim pen­sjo­na­cie. Miesz­kać tu mo­głam, ale sta­łej pra­cy już nie mia­łam. I zno­wu po­mógł mi wy­jąt­ko­wy zbieg oko­licz­no­ści. Otrzy­ma­łam pra­cę u przy­ja­ciół wła­ści­cie­li pen­sjo­na­tu, w któ­rym miesz­ka­łam. Zo­sta­łam kel­ner­ką w jed­nej z re­stau­ra­cji na Kru­pów­kach, a kie­dy po kil­ku mie­sią­cach ru­szył tam dan­sing z wy­szyn­kiem, bar­man­ką. Bar­dzo do­brą bar­man­ką. Nie­któ­rzy z na­szych sta­łych noc­nych go­ści twier­dzi­li na­wet, że naj­lep­szą, a jesz­cze inni, że rów­nież naj­pięk­niej­szą. No cóż, al­ko­hol…

– To ge­ne­rał, co ty, dziew­czy­no, naj­lep­sze­go wy­ra­biasz?! Jak się ob­ra­zi, to nas wszyst­kich zwi­nie. A ten to „pierw­szy” z Kra­ko­wa! Bądź miła, czy ty wiesz, ile tam jest do prze­ję­cia opusz­czo­nych lo­ka­li użyt­ko­wych? – mój chle­bo­daw­ca dwo­ił się i troi, żeby do­go­dzić swo­im go­ściom, a przede wszyst­kim so­bie.

– Głu­pia, ty dur­na głu­pia! – krzy­cza­ła na mnie na za­ple­czu Lid­ka, moja part­ner­ka zza baru. – Rusz w koń­cu gło­wą, rusz tył­kiem! Po­patrz, ja już ku­pi­łam dru­gą cha­łu­pę!

Ja jed­nak tak żyć nie po­tra­fi­łam i nie chcia­łam, by­łam zbyt sła­ba i na­iw­na. By­łam „obok”. Kom­plet­nie mnie to nie in­te­re­so­wa­ło, nie do­strze­ga­łam… Nie chcia­łam tak jak oni wszy­scy! By­łam szczę­śli­wa, gdy co ja­kiś czas, skra­da­jąc się o świ­cie, do­kła­da­łam ukrad­kiem do trzy­ma­ne­go w ko­mór­ce zwit­ka oszczęd­no­ści ko­lej­ne­go zie­lo­ne­go do­la­ra uciu­ła­ne­go z na­piw­ków oraz z nie­do­le­wa­nia i pod­le­wa­nia al­ko­ho­li. A ci wszy­scy osa­mot­nie­ni przez woj­nę i moc­no usta­wie­ni na no­gach przez ko­mu­nę noc­ni pa­no­wie? Szcze­rze i uczci­wie ich nie­na­wi­dzi­łam, zwłasz­cza kie­dy pa­trzy­łam na mo­je­go syn­ka do­ra­sta­ją­ce­go bez ojca, bez domu ro­dzin­ne­go i bez nor­mal­nej mat­ki. Kie­dy już od­ro­bił lek­cje, umył się i spał… a ja ury­wa­jąc się na chwil­kę zza baru, wpa­da­łam bie­giem na na­sze pię­ter­ko, aby dać mu na do­bra­noc bu­zia­ka.

Ma­rek skoń­czył szko­łę pod­sta­wo­wą i roz­po­czął na­ukę w szko­le pla­stycz­nej Ke­na­ra. Był bar­dzo uzdol­nio­ny, ale z jego ułom­no­ścia­mi i na­by­ty­mi sła­bo­ścia­mi kom­plet­nie nie ra­dził so­bie w no­wym oto­cze­niu. Po dru­gim roku zre­zy­gno­wał, a ja z prze­ra­że­niem od­kry­łam, że za­czął pod­kra­dać mi z to­reb­ki drob­ne pie­nią­dze i pić po kry­jo­mu ze swo­imi star­szy­mi szkol­ny­mi ko­le­ga­mi.

– Kim chcesz być?! – za­py­ta­łam.

– Ni­kim – od­po­wie­dział, a po na­my­śle: – Może księ­dzem?

Więc umie­ści­łam go w pro­wa­dzo­nej przez za­kon­ni­ce zna­nej kra­kow­skiej pry­wat­nej szko­le. Wy­trzy­mał rok. Uczył się pil­nie i mo­dlił żar­li­wie, lecz przede wszyst­kim pił. Tra­ci­łam wła­sne­go syna! I zno­wu los, a może fa­tum. Prze­zna­cze­nie? Od­na­lazł nas oj­ciec Mar­ka. Po­przez Czer­wo­ny Krzyż, a na­stęp­nie swo­ich by­łych ko­le­gów z AK do­star­czył mi do nie­zwłocz­ne­go pod­pi­sa­nia w ory­gi­na­le, po an­giel­sku i w pol­skim tłu­ma­cze­niu, akt roz­wo­do­wy. Do­ku­ment praw­ny jed­no­znacz­nie wska­zu­ją­cy na mnie jako na przy­czy­nę tego, jak to było sym­pa­tycz­nie opi­sa­ne, wy­mu­szo­ne­go, co naj­mniej na rów­ni z ko­mu­ną, przez moje za­cho­wa­nie de­spe­rac­kie­go kro­ku! Jego uciecz­ki z domu i z kra­ju. Mój były mąż, uzna­ny ra­dom­ski fry­zjer, a na­stęp­nie bo­jow­nik o wol­ność i nie­pod­le­głość, ucie­ki­nier i po­li­tycz­ny emi­grant, był te­raz sza­no­wa­nym oby­wa­te­lem oraz po­dzi­wia­nym sty­li­stą fry­zur w Du­bli­nie w Ir­lan­dii i w za­mian za ten je­den, ni­cze­go prze­cież nie­zmie­nia­ją­cy w mo­jej po­nu­rej rze­czy­wi­sto­ści pod­pis de­kla­ro­wał na­tych­mia­sto­we przy­ję­cie pod swo­je opie­kuń­cze skrzy­dła, na pod­sta­wie umo­wy o łą­cze­niu roz­bi­tych i osa­mot­nio­nych ro­dzin, swo­je­go tra­gicz­nie za­gi­nio­ne­go, a te­raz cu­dem od­na­le­zio­ne­go syna. Tyle.

– A więc co, co ja te­raz mam zro­bić? – po­pro­si­łam o po­moc moją za­rad­ną part­ner­kę zza baru Lid­kę i tym ra­zem za­wie­rzy­łam ra­dom, ba… wręcz pod­da­łam się jej dzia­ła­niu.

Pod­pi­sa­łam do­star­czo­ne mi pa­pie­ry roz­wo­do­we, lecz do­pie­ro wte­dy, kie­dy mój były mąż przy­słał uwia­ry­god­nio­ny kom­plet do­ku­men­tów umoż­li­wia­ją­cych jego sy­no­wi Mar­ko­wi wy­jazd do Ir­lan­dii. I do­dat­ko­wo, na wszel­ki wy­pa­dek no­ta­rial­ne zo­bo­wią­za­nie ob­ję­cia Mar­ka peł­ną opie­ką wraz z za­pew­nie­niem mu go­dzi­we­go miesz­ka­nia i opła­ce­niem wy­bra­nej przez Mar­ka w celu kon­ty­nu­owa­nia na­uki szko­ły. To była dla mo­je­go syna wy­jąt­ko­wa, naj­praw­do­po­dob­niej nie­po­wta­rzal­na szan­sa! Po pierw­sze, na wy­rwa­nie się ze śro­do­wi­ska naj­młod­szych ofiar, dzie­ci „wo­jen­nych” ro­dzi­ców, stra­co­ne­go, a wła­ści­wie tra­gicz­ny­mi zbie­ga­mi oko­licz­no­ści za­gu­bio­ne­go w tym brud­nym po­wo­jen­nym ba­ła­ga­nie po­ko­le­nia. Po dru­gie, choć cięż­ko to tak po­wie­dzieć, uwol­nie­nie spod mo­ich nie­udol­nych skrzy­deł, a po trze­cie, na „ewa­ku­ację” z kra­ju, z oj­czy­zny, któ­ra – jak to nie­ubła­ga­nie wy­ni­ka­ło z opo­wia­dań mo­ich wy­so­ko po­sta­wio­nych w „apa­ra­cie” noc­nych knaj­pia­nych go­ści – po­dą­ża­ła tam, gdzie nikt przy zdro­wych zmy­słach nie chciał­by jej do­bro­wol­nie to­wa­rzy­szyć.

A po czwar­te, była to do­pie­ro pierw­sza część „ge­nial­ne­go” pla­nu mo­jej za­ko­piań­skiej przy­ja­ciół­ki. Lid­ce zie­mia pa­li­ła się pod no­ga­mi. Gro­ma­dzo­ny przez kil­ka lat i ku­mu­lo­wa­ny w szla­chet­nych krusz­cach, a nie­le­gal­ny z punk­tu wi­dze­nia pra­wa ma­ją­tek te­raz, w okre­sie póź­no­sta­li­now­skie­go po­lo­wa­nia na „no­wych” ka­pi­ta­li­stów, gro­ził jej tym, co z taką lek­ko­ścią i roz­ba­wie­niem za­pi­ja­ją­cy się w tru­pa przy moim ba­rze czer­wo­ni apa­rat­czy­cy na­zy­wa­li „cza­pą”! A Lid­ka mia­ła pen­sjo­nat, biz­nes w Kra­ko­wie, dwój­kę dzie­ci i uko­cha­ne­go, tym bar­dziej że bar­dzo pra­co­wi­te­go i kar­nie wo­żą­ce­go, świą­tek – pią­tek, tu­ry­stów po Kru­pów­kach męża. „Niby-bacę”, emi­gran­ta ze Lwo­wa. I swój uko­cha­ny płaszcz. Czar­ny skó­rza­ny płasz­czyk, z któ­rym nie roz­sta­wa­ła się na­wet w naj­więk­sze upa­ły. Bar­dzo cięż­ki, chro­bo­czą­cy ci­chut­ko za­szy­ty­mi mi­ster­nie pod pod­szew­kę ko­lo­ro­wy­mi ka­mycz­ka­mi oraz zło­ty­mi „świn­ka­mi”. Mia­ła też mnie, a ja „wiecz­ne­go” absz­ty­fi­kan­ta.

Po­ja­wił się na sa­mym po­cząt­ku, sześć, a może sie­dem mie­się­cy po za­koń­cze­niu woj­ny, kie­dy pra­co­wa­łam za ba­rem do­pie­ro od kil­ku ty­go­dni. Szczu­pły, przy­gar­bio­ny i nie­wy­so­ki, z pod­krą­żo­ny­mi, pra­wie że prze­zro­czy­sty­mi, prze­ni­ka­ją­cy­mi na­tar­czy­wym spoj­rze­niem ja­sno­błę­kit­ny­mi ocza­mi. Z za­dzi­wia­ją­co dłu­gi­mi, fa­lu­ją­cy­mi i wy­my­ka­ją­cy­mi się nie­sfor­nie spod woj­sko­wej czap­ki blond wło­sa­mi. W mun­du­rze ka­pi­ta­na stra­ży gra­nicz­nej, z nie­od­stę­pu­ją­cym go na­wet na krok po­tęż­nym jak tur pod­ofi­ce­rem z prze­wie­szo­nym przez szy­ję, go­to­wym do strza­łu po­nie­miec­kim schme­is­se­rem. Z cza­sem mun­dur za­stą­pi­ły ele­ganc­kie, nie­na­gan­nie no­szo­ne gar­ni­tu­ry, a pro­wa­dzo­ny przez chro­nią­ce­go go żoł­nie­rza te­re­no­wy sa­mo­chód – wiel­ka li­mu­zy­na z rzą­do­wą re­je­stra­cją. Szyb­ko awan­so­wał. Nie wszyst­ko jed­nak ule­ga­ło zmia­nie. Woj­sko­wy wiel­ki ze­ga­rek z czar­ną tar­czą, na któ­ry co chwi­lę ner­wo­wo spo­glą­dał, tak jak­by usta­wicz­nie na coś cze­kał czy też lada mo­ment ko­goś się spo­dzie­wał. Dziw­ny, no­szo­ny na ukry­tym pod ko­szu­lą łań­cusz­ku nie­wiel­ki sta­lo­wy sy­gnet z wy­gra­we­ro­wa­nym na nim szla­chec­kim her­bem.

– To je­dy­ne, co mi zo­sta­ło po ojcu – mó­wił ze smut­nym uśmie­chem, zdej­mu­jąc go z łań­cusz­ka i okrę­ca­jąc w za­du­mie na pal­cu ser­decz­nym. Ale je­dy­nie wte­dy, gdy miał pew­ność, że je­ste­śmy sami. No­szo­na na ser­cu i na­peł­nia­na co naj­mniej dwa razy w cią­gu wie­czo­ra sta­lo­wa pa­pie­ro­śni­ca z do­cze­pio­nym do niej woj­sko­wym orzeł­kiem bez ko­ro­ny i ten ostat­ni, naj­bliż­szy mu chy­ba, po­nie­waż za­wsze ukry­ty przy cie­le i nie­ustan­nie mu­ska­ny dło­nią przed­miot – nie­wie­le więk­sza i rów­nie pła­ska jak pa­pie­ro­śni­ca sa­ty­no­wo-sta­lo­wa „bel­gij­ka” – ma­lut­ki pi­sto­let trzy­ma­ny w pra­wej kie­sze­ni spodni, kurt­ki lub ma­ry­nar­ki.

– A co byś zro­bił, gdy­bym ci te­raz po­wie­dzia­ła, że już wię­cej nie chcę się z tobą przy­jaź­nić? – za­py­ta­łam go kie­dyś. Po­ło­żył mi z tym swo­im smut­nym uśmie­chem na twa­rzy dłoń na ple­cach po­mię­dzy ra­mio­na­mi i de­li­kat­nie, piesz­czo­tli­wie po­wę­dro­wał pal­ca­mi w górę, a kie­dy do­tarł do punk­tu, w któ­rym krę­go­słup łą­czy się z czasz­ką, na­ci­snął to miej­sce pal­cem wska­zu­ją­cym i mu­ska­jąc war­ga­mi moje ucho, po­wie­dział ci­cho:

– Pyk.

Dia­beł. Tak go na­zy­wa­li pod­wład­ni, bo­jąc się pa­nicz­nie jego złych na­stro­jów.

– Kie­dy mi po­wie, że­bym sko­czył w ogień? – za­py­tał jego oso­bi­sty kie­row­ca i ochro­niarz, za­my­ślił się na mo­ment i wy­pił dusz­kiem jesz­cze je­den kie­li­szek wód­ki. – Sko­czę! Dia­błu nikt się jesz­cze nie sprze­ci­wił – od­po­wie­dział, roz­glą­da­jąc się z lę­kiem na boki. A prze­cież „Byku”, bo tak go na­zy­wa­no, był nie byle kim. Po­tęż­nym jak czołg, a przy tym zwin­nym jak niedź­wiedź, osnu­tym mi­rem „nie­znisz­czal­ne­go”, fron­to­wym sier­żan­tem, któ­ry prze­szedł cały szlak bo­jo­wy aż do Ber­li­na, już wte­dy chro­niąc naj­wyż­szych ofi­ce­rów. A jed­nak się bał.

Dia­beł po­ja­wiał się póź­ną je­sie­nią wraz z pierw­szy­mi ko­pia­sty­mi śnie­ga­mi i zni­kał wio­sną jak te top­nie­ją­ce w pro­mie­niach słoń­ca, spo­czy­wa­ją­ce na po­bo­czach Kru­pó­wek za­spy, nie po­zo­sta­wia­jąc po so­bie ja­kie­go­kol­wiek śla­du ani żad­nej wie­ści. Mar­ko­wi, mo­je­mu syn­ko­wi, ku­pił do­bre nar­ty i na­uczył go na nich per­fek­cyj­nie jeź­dzić, ale w na­szym miesz­kan­ku nig­dy, choć­by na jed­ną noc, nie po­zo­stał.

– Wy­star­czy! Wy­star­czy im już tego, na co się na­pa­trzy­li i co mu­sie­li prze­ży­wać w cza­sie woj­ny! – mó­wił, ma­jąc na my­śli nie tyl­ko mo­je­go syna. Jego żona i cór­ka. – Pew­nie już by mnie nie po­zna­ły na uli­cy – po­zo­sta­ły gdzieś tam poza nim w cza­sie, któ­ry po­rzu­cił. W da­le­kiej Eu­ro­pie czy też bli­skiej Azji. Z bie­giem lat, od­gar­nia­jąc ze skro­ni co­raz gę­ściej prze­ty­ka­ne sta­lo­wą si­wi­zną pa­sma wło­sów, co­raz smut­niej się uśmie­cha­jąc i no­sząc co­raz bli­żej cia­ła swo­ją uko­cha­ną „bel­gij­kę”, zmie­niał się co­raz wy­raź­niej w ko­goś czy też w „coś”, cze­go nie zna­jąc i nie ro­zu­mie­jąc, za­czy­na­łam się co­raz bar­dziej, wręcz pa­nicz­nie bać! Już nie jeź­dził na nar­tach i nie za­trzy­my­wał się w ubec­kim, jak mó­wi­li o nim wta­jem­ni­cze­ni, ho­te­lo­wym apar­ta­men­cie na ostat­nim pię­trze ho­te­lu Gie­wont. Po­ja­wiał się i zni­kał na­gle, nie­spo­dzie­wa­nie. Wpro­wa­dza­ny ostroż­nie przez „Byka”, sia­dał przy jak naj­da­lej od­da­lo­nym od drzwi sto­li­ku i opar­ty ple­ca­mi o ścia­nę roz­ma­wiał go­dzi­na­mi z ja­ki­miś dziw­ny­mi, ta­jem­ni­czy­mi przy­by­sza­mi, ale rów­nież z Lid­ką, już nie bar­man­ką, ale od kil­ku lat wła­ści­ciel­ką mod­ne­go za­ko­piań­skie­go pen­sjo­na­tu i dzia­ła­ją­cej w Kra­ko­wie nie­wiel­kiej, lecz zna­ko­mi­cie pro­spe­ru­ją­cej pral­ni che­micz­nej. Pi­sał i li­czył coś na ma­lut­kich pa­pier­kach, aby za­raz po­tem pod­pa­lać nimi ko­lej­ne, pa­lo­ne je­den za dru­gim pa­pie­ro­sy. Przy­jeż­dżał już nie tyl­ko zimą. Rów­nież la­tem. Za­wsze bez uprze­dze­nia, nie­spo­dzie­wa­nie i w ta­jem­ni­cy, nie­uf­ny i oto­czo­ny ob­sta­wą. Cza­sa­mi na­wet nie wi­ta­jąc się ze mną, tak jak­bym była już tyl­ko prze­szło­ścią.

Plan

– Wystar­czy, że po­wiesz „tak”, a on już za­ła­twi wszyst­kie spra­wy. Bę­dzie do­brze, wszyst­ko się ide­al­nie skła­da! – Lid­ka po raz ko­lej­ny prze­ko­ny­wa­ła mnie z wy­raź­nym na­pię­ciem i zde­ner­wo­wa­niem w gło­sie. Na­ma­wia­ła na szyb­ką re­ali­za­cję bar­dzo ry­zy­kow­nej dru­giej czę­ści pla­nu. Więc po ko­lej­nym otrzy­ma­nym od Mar­ka „tę­sk­nią­cym” li­ście po­wie­dzia­łam „tak” i po kil­ku mie­sią­cach wy­ru­szy­łam w świat – z Kra­ko­wa po­przez Pra­gę po­cią­giem do Wied­nia, a na­stęp­nie sa­mo­lo­tem do Lon­dy­nu. Ni­cze­go nie po­zo­sta­wia­jąc, bo prze­cież nie mia­łam tu­taj ni­cze­go poza wspo­mnie­nia­mi.

Tego nig­dy by się mój „były”, lecz jak się oka­za­ło, nie do koń­ca były mąż nie spo­dzie­wał. Anu­lo­wa­nia z po­wo­dów pro­ce­du­ral­nych prze­pro­wa­dzo­ne­go w Ir­lan­dii roz­wo­du i prze­dziw­nej z praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia, ale „pie­kiel­nie” sku­tecz­nej za wsta­wien­nic­twem Dia­bła „de­por­ta­cji” w ra­mach łą­cze­nia ro­dzin do nie­go, do Ir­lan­dii jego „by­łej” i – jak w to za­pew­ne świę­cie wie­rzył – głu­piut­kiej i na­iw­nej żony! A wszyst­ko to przez przy­pa­dek czy też prze­ocze­nie za­ła­twio­ne bez jego wie­dzy przez pol­ską am­ba­sa­dę w Lon­dy­nie. Do Du­bli­na oczy­wi­ście nie do­je­cha­łam, nie ta­kie były pla­ny. W Lon­dy­nie cze­kał na mnie w pol­skiej ofi­cer­skiej dziel­ni­cy sym­pa­tycz­ny po­ko­ik na pod­da­szu z wi­do­kiem na po­twor­nie za­nie­dba­ny ogró­dek i pra­ca go­spo­dy­ni do­mo­wej. Opie­kun­ki mi­łej i kul­tu­ral­nej star­szej pani, wdo­wy po ge­ne­ra­le ar­mii An­der­sa. Do­pie­ro te­raz zo­sta­ły osta­tecz­nie za­koń­czo­ne i „od­krę­co­ne” dy­plo­ma­tycz­nie – tym ra­zem zna­ko­mi­te, gwa­ran­tu­ją­ce mi go­dzi­wą od­pra­wę – kwe­stie roz­wo­do­we, a po­mię­dzy mną a moim by­łym mę­żem za­war­ta pi­sem­na umo­wa o nie­agre­sji. I na­resz­cie, po dwóch la­tach tę­sk­no­ty, mój Ma­rek mógł co dru­gi week­end, wsia­da­jąc w so­bo­tę ra­niut­ko do po­cią­gu w Du­bli­nie, spę­dzać po­po­łu­dnie i całą nie­dzie­lę ze mną w Lon­dy­nie. Pierw­szy raz w ży­ciu czu­łam się bez­piecz­na, wol­na i na­praw­dę szczę­śli­wa, choć nadal za­nie­po­ko­jo­na i za­lęk­nio­na. Po­zo­sta­ła jesz­cze do wy­ko­na­nia trze­cia, naj­bar­dziej ta­jem­ni­cza część pla­nu Lid­ki.

Miesz­ka­ją­cy na tej sa­mej uli­cy, w od­le­gło­ści za­le­d­wie kil­ku do­mów od nas dys­tyn­go­wa­ny i bar­dzo sym­pa­tycz­ny, re­gu­lar­nie przy­cho­dzą­cy do mo­jej wdo­wy na kie­li­szek bran­dy i par­tyj­kę bry­dża wdo­wiec, Pan Puł­kow­nik z dy­wi­zji pan­cer­nej ge­ne­ra­ła Macz­ka ro­ze­śmiał się od ucha do ucha, kie­dy po­ka­za­łam mu fo­to­gra­fię Lid­ki…

– Ale… pani Ewu­niu, czy ona aby na pew­no nie bę­dzie się mną brzy­dzić? – za­py­tał z nie­po­ko­jem.

– Ależ skąd, jak­że­by mo­gła, Pa­nie Puł­kow­ni­ku! – od­po­wie­dzia­łam, cof­nąw­szy się na wszel­ki wy­pa­dek o krok, i po kil­ku mie­sią­cach – „Mus to mus!” – roz­wie­dzio­na ci­chut­ko z „niby-bacą” Lid­ka za­miesz­ka­ła tuż przy mnie, na tej sa­mej uli­cy, zo­sta­jąc ko­re­spon­den­cyj­nie, „w try­bie na­głym”, a do tego dro­gą dy­plo­ma­tycz­ną „mło­dą” Pa­nią Puł­kow­ni­ko­wą.

Ja­kim spo­so­bem i uży­wa­jąc ja­kich „pie­kiel­nych” ko­nek­sji, Dia­beł do­star­czył ją tu­taj ra­zem z jej na­fa­sze­ro­wa­nym skar­ba­mi płasz­czy­kiem i tak cięż­ką jak­by za­ła­do­wa­ną ka­mie­nia­mi, a prze­cież wy­peł­nio­ną je­dy­nie ubra­nia­mi, wa­liz­ką? To na za­wsze po­zo­sta­nie ich słod­ką, a może śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ną ta­jem­ni­cą. On, Dia­beł, po­ja­wił się do­pie­ro po roku. Już nie smut­no, ale ra­do­śnie uśmiech­nię­ty, si­wiut­ki, krót­ko, po woj­sko­we­mu ostrzy­żo­ny, z wą­ziut­kim ofi­cer­skim wą­si­kiem pod no­sem. Wy­sia­da­jąc z tak­sów­ki w świet­nym, szy­tym na mia­rę gar­ni­tu­rze i za­pa­la­jąc wy­ję­te­go ze sta­lo­wej pa­pie­ro­śni­cy, tym ra­zem ze zło­tym orzeł­kiem w ko­ro­nie, pa­pie­ro­sa, ro­zej­rzał się z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem wo­ko­ło, a na­stęp­nie, kła­nia­jąc się, stu­ka­jąc ob­ca­sa­mi ele­ganc­kich pół­bu­tów i ca­łu­jąc mnie szar­manc­ko w dłoń, po­wie­dział:

– Wi­taj, Ewo, wi­taj na wol­no­ści!

Od­ru­cho­wo po­szu­ka­łam wzro­kiem w fał­dach jego ubra­nia śla­du nie­roz­łącz­nej sa­ty­no­wo­sta­lo­wej „bel­gij­ki”. Nie! A więc wi­docz­nie tu­taj, „na wol­no­ści”, on rów­nież czuł się wol­ny i bez­piecz­ny.

– Chciał­bym ci po­dzię­ko­wać – po­ca­ło­wał mnie raz jesz­cze w trzy­ma­ną nadal w uści­sku dłoń – za po­moc, ja­kiej nam tu­taj udzie­li­łaś, i pro­sić – za­wie­sił głos i po­pa­trzył mi prze­ni­kli­wie w oczy tym swo­im la­zu­ro­wym „dia­bel­skim” spoj­rze­niem – pro­sić cię bar­dzo, abyś za­po­mnia­ła, kom­plet­nie za­po­mnia­ła o mi­nio­nych la­tach i o tym wszyst­kim, co się wte­dy dzia­ło w Za­ko­pa­nem. Tego po pro­stu nie było! Tak? Obie­cu­jesz? – za­py­tał i mu­snął de­li­kat­nie swo­ją szczu­płą, ude­ko­ro­wa­ną sta­lo­wym sy­gne­tem dło­nią to miej­sce, gdzie mój krę­go­słup łą­czył się po­wy­żej ra­mion z czasz­ką.

– Pyk! – po­my­śla­łam, sta­ra­jąc się nie wrza­snąć z prze­ra­że­nia.

– Ja te­raz je­stem – szu­kał przez chwi­lę w pa­mię­ci wła­ści­we­go sło­wa. – O, wła­śnie tak… je­stem dy­plo­ma­tą wal­czą­cym na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej o wol­ność, po­kój i bra­ter­stwo! A gdy­byś za­wę­dro­wa­ła kie­dyś do Sta­nów i po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, pa­mię­taj, mo­żesz za­wsze na mnie li­czyć. Szu­kaj mnie za po­śred­nic­twem Lid­ki lub z po­mo­cą na­sze­go kon­su­la­tu w Chi­ca­go. Będę w No­wym Jor­ku. Tam te­raz miesz­kam i pra­cu­ję. W ONZ-ecie.

Nig­dy go już nie spo­tka­łam i Bogu do dzi­siaj dzię­ku­ję, że ja i Ma­rek prze­ży­li­śmy tę zna­jo­mość! Lid­ka rów­nież nie za­ba­wi­ła dłu­go w Lon­dy­nie. Po kil­ku­na­stu mie­sią­cach stad­ne­go, ro­man­tycz­ne­go „po­ży­cia” Pan Puł­kow­nik zmarł na­gle z po­wo­du za­to­ru czy też za­wa­łu. Co wy­da­rzy­ło się na­praw­dę, tego nikt do­kład­nie nie wie­dział. Był, spa­ce­ro­wał po na­szej ulicz­ce, pod­pie­ra­jąc się swo­ją la­secz­ką i roz­sta­wia­jąc na bacz­ność pod ścia­na­mi psy są­sia­dów oraz spo­glą­da­jąc z tę­sk­nym za­in­te­re­so­wa­niem za prze­cho­dzą­cą mło­dzie­żą, oczy­wi­ście tą żeń­ską, a na­stęp­ne­go dnia rano… Do dzi­siaj za­sta­na­wiam się, jak i z ja­kie­go po­wo­du tak na­gle od­szedł. Pyk?

Jed­nak nie tak szyb­ko i nie tak na­gle po­że­gnał się Pan Puł­kow­nik z ży­ciem, aby nie zdą­żyć prze­pi­sać na Lid­kę swo­je­go domu i aby Lid­ka nie zdą­ży­ła otrzy­mać po nim do­ży­wot­niej ren­ty ofi­cer­skiej oraz bry­tyj­skie­go oby­wa­tel­stwa. Po­grzeb miał wznio­sły i wspa­nia­ły, praw­dzi­wie kom­ba­tanc­ki w bry­tyj­skim tego sło­wa zna­cze­niu. Za­ło­po­ta­ły sztan­da­ry, prze­ma­sze­ro­wa­ła kom­pa­nia żoł­nie­rzy i ja­kiś wie­ko­wy, pod­trzy­my­wa­ny przez ad­iu­tan­tów ge­ne­rał wy­gło­sił, co praw­da po an­giel­sku, ale bar­dzo wzru­sza­ją­ce i dłu­gie prze­mó­wie­nie, po czym trę­bacz ode­grał cap­strzyk po­że­gnal­ny i gruch­nę­ła po­trój­na sal­wa ho­no­ro­wa, a na za­koń­cze­nie wrę­czo­no ewi­dent­nie zroz­pa­czo­nej, wręcz „uto­pio­nej” we łzach Lid­ce w imie­niu Rzą­du RP na Uchodź­stwie i mo­nar­chii bry­tyj­skiej me­dal po­śmiert­ny wraz z nie­ba­ga­tel­nym cze­kiem oko­licz­no­ścio­wym. Ach… za­praw­dę war­to umie­rać za Wiel­ką Bry­ta­nię.

– A wi­dzisz… – po­wie­dzia­ła wzru­szo­na Lid­ka, ocie­ra­jąc ostroż­nie chu­s­tecz­ką, aby nie roz­ma­zać ma­ki­ja­żu, pły­ną­ce jej po po­licz­kach łzy. – Opła­ca się być ofiar­nym, cier­pli­wym i cięż­ko pra­co­wać. Tu­taj po­tra­fią to do­ce­nić!

Kil­ka ty­go­dni po­tem znik­nę­ła bez po­że­gna­nia, a do opusz­czo­ne­go przez nią domu wpro­wa­dzi­ła się gwar­na i sym­pa­tycz­na, co naj­mniej trzy­po­ko­le­nio­wa arab­ska ro­dzi­na. Nowi wła­ści­cie­le. Po na­stęp­nych kil­ku mie­sią­cach li­sto­nosz wrzu­cił rano przez luf­cik w drzwiach kart­kę pocz­to­wą. Kart­kę z ra­do­snym, ko­lo­ro­wym wi­do­kiem śród­mie­ścia Chi­ca­go.

„Po­zdra­wiam i ca­łu­ję z… – pi­sa­ła Lid­ka, po­da­jąc czy­tel­nie swój nowy ad­res. – A gdy­byś, ko­cha­na moja, za­wę­dro­wa­ła kie­dyś do Sta­nów i po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, pa­mię­taj, za­wsze mo­żesz na mnie li­czyć. Szu­kaj mnie pod tym ad­re­sem! Za­wsze przyj­mę cię z otwar­ty­mi rę­ko­ma. Tu­taj, w moim no­wym, wła­śnie ku­pio­nym ho­te­lu”.

Rok za ro­kiem prze­mi­jał nam z iście al­bioń­ską fleg­mą, zna­cząc swo­je śla­dy od­ci­ska­mi mo­krych stóp na de­skach po­mo­stu spa­ce­ro­we­go w Bri­gh­ton, bi­le­ta­mi do mu­ze­ów, te­atrów i kin przy­szpi­lo­ny­mi na ścia­nie nad biur­kiem w sy­pial­ni oraz ko­lej­ny­mi dy­plo­ma­mi szkol­ny­mi Mar­ka. Mój syn ukoń­czył z wy­róż­nie­niem Wyż­szą Szko­łę Ar­ty­stycz­ną w Du­bli­nie i roz­po­czął pra­cę w fir­mie me­ta­lo­pla­stycz­nej wy­spe­cja­li­zo­wa­nej w me­da­lier­stwie, ta­bli­cach pa­miąt­ko­wych i cy­ze­lo­wa­niu po­mni­ków, wy­ko­nu­jąc jed­no­cze­śnie swo­je wła­sne, na­gra­dza­ne na ko­lej­nych wy­sta­wach pro­jek­ty z mie­dzi i mo­sią­dzu. Był już zna­ny. Jego pra­ce co­raz czę­ściej go­ści­ły w naj­lep­szych ga­le­riach, a na­pi­sa­ne w ję­zy­ku an­giel­skim utwo­ry po­etyc­kie na ła­mach tu­tej­szych li­te­rac­kich mie­sięcz­ni­ków. Wy­grał kon­kurs na pro­jekt sied­mio­me­tro­we­go prze­zna­czo­ne­go dla ka­te­dry du­bliń­skiej wi­tra­żu ze św. Pa­try­kiem, a sce­na­riusz jego au­tor­stwa, opo­wia­da­nie o na­ra­sta­ją­cym, za­koń­czo­nym tra­gicz­nym sa­mo­bój­czym fi­na­łem kon­flik­cie po­mię­dzy mło­dym, lecz już uza­leż­nio­nym od al­ko­ho­lu męż­czy­zną i sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cą go mat­ką, za­ku­pi­ła za cał­kiem nie­złą sumę z prze­zna­cze­niem do re­ali­za­cji naj­więk­sza bry­tyj­ska sta­cja te­le­wi­zyj­na. Nic w tym dziw­ne­go. Ma­rek w spo­sób per­fek­cyj­ny opa­no­wał ję­zyk an­giel­ski i dia­lekt ir­landz­ki, za­rów­no w mo­wie, jak i w pi­śmie. Niósł w so­bie to wy­jąt­ko­we, wręcz ge­nial­ne uzdol­nie­nie do na­uki ję­zy­ków. Prze­cież ję­zyk nie­miec­ki, któ­rym po­słu­gi­wał się rów­nie swo­bod­nie, opa­no­wał, ko­rzy­sta­jąc je­dy­nie ze sta­rych wo­jen­nych pod­ręcz­ni­ków i wie­czor­nych kon­wer­sa­cji ze mną, po­dob­nie zresz­tą jak ji­dysz. Na­to­miast ję­zy­ka fran­cu­skie­go na­uczył się za­le­d­wie przez rok, pla­nu­jąc i przy­go­to­wu­jąc w Du­bli­nie wa­ka­cyj­ną stu­denc­ką wy­ciecz­kę wzdłuż Lo­ary. Na tyle do­brze, że or­ga­ni­zu­ją­ca ten wy­jazd fir­ma tu­ry­stycz­na chcia­ła go tam za­trud­nić jako prze­wod­ni­ka! Był uro­dzo­nym li­te­ra­tem, uwiel­biał pi­sać li­sty, pa­mięt­ni­ki i roz­czu­la­ją­ce, jesz­cze dzie­cię­ce opo­wia­da­nia, któ­rych całą wa­li­zecz­kę po­zo­sta­wi­li­śmy na strysz­ku obok na­sze­go za­ko­piań­skie­go miesz­kan­ka na pod­da­szu. A te­mat na­gro­dzo­ne­go sce­na­riu­sza? Tu­taj rów­nież miał jak na swój wiek spo­re i nadal tra­gicz­nie po­głę­bia­ne do­świad­cze­nie. Ma­rek pił! Nie tak jak w Za­ko­pa­nem czy też w Kra­ko­wie – mło­dzień­czo, szyb­ko i głu­pio. Ma­rek na­uczył się pić pro­fe­sjo­nal­nie, tak jak za­ży­wa się naj­waż­niej­sze i ko­niecz­ne do dal­sze­go utrzy­ma­nia się przy ży­ciu le­kar­stwo. To strasz­ne, ale przy­po­mi­nał mi w tym pi­ciu mo­je­go ojca.

Kie­dy rano wy­cho­dził do pra­cy i jeź­dził w cią­gu dnia swo­im ma­lut­kim, ku­pio­nym za na­gro­dy i wy­róż­nie­nia zie­lo­nym MG mid­get, za­wsze ele­ganc­ko ubra­ny, uśmiech­nię­ty i słu­żą­cy wszyst­kim po­mo­cą, pra­cu­jąc po dwa­na­ście go­dzin na dobę, od­wie­dza­jąc służ­bo­wo ga­le­rie i wy­daw­nic­twa, był dla wszyst­kich wzo­rem. Wzo­rem mło­de­go, nie­sio­ne­go ta­len­tem, pra­co­wi­to­ścią i suk­ce­sem ar­ty­sty! Tra­ge­dia za­czy­na­ła się wte­dy, kie­dy po po­wro­cie do miesz­ka­nia po­zo­sta­wał sam. Kie­dy bu­dząc się w nie­dzie­lę rano, przy­po­mi­nał so­bie, że jest nadal sa­mot­ny. Nie dla­te­go, że tak się te­raz zło­ży­ło czy też przy­tra­fi­ło. Dla­te­go, że ta­kie­go do­ko­nał wy­bo­ru. Więc wsta­wał, ką­pał się, go­lił i jesz­cze sta­ran­niej niż na co dzień ubie­rał. Po­tem wol­no, pra­wie że z na­masz­cze­niem jadł śnia­da­nie i te­le­fo­no­wał do mnie, aby opo­wie­dzieć, co cie­ka­we­go wy­da­rzy­ło się w mi­nio­nym ty­go­dniu, jak wspa­nia­le się czu­je i jak się cie­szy, że już za ty­dzień zo­ba­czy­my się w Lon­dy­nie. Szedł na dłu­gą po­ran­ną mszę ka­to­lic­ką, a na­stęp­nie, po tra­dy­cyj­nych w Ir­lan­dii po­ga­dusz­kach po za­koń­cze­niu ce­re­mo­nii przed drzwia­mi ko­ścio­ła, wol­no i sta­tecz­nie, trak­tu­jąc to jako swój week­en­do­wy spa­cer, ma­sze­ro­wał do za­przy­jaź­nio­ne­go pubu. Sia­dał przy oknie, roz­kła­dał przed sobą ga­ze­ty czy też książ­kę, szki­cow­nik i ołó­wek, z któ­ry­mi nig­dy się nie roz­sta­wał, swo­ją uko­cha­ną, rów­nież ku­pio­ną za na­gro­dy ma­lut­ką le­icę i rów­nie wol­no, moż­na by po­wie­dzieć „ryt­micz­nie” za­czy­nał pić kie­li­szek za kie­lisz­kiem i szkla­necz­kę za szkla­necz­ką. Do nocy, do za­mknię­cia pubu. Sam! Po pew­nym cza­sie prze­sta­ło mu to wy­star­czać i za­czął tam lą­do­wać co­dzien­nie po pra­cy. W tym sa­mym pu­bie, przy tym sa­mym oknie i o tej sa­mej go­dzi­nie. Za­czę­ło mu się tam spie­szyć! Wi­zy­ty u mnie w Lon­dy­nie i zwią­za­ne z nimi roz­mo­wy o jego „świe­tla­nej” przy­szło­ści sta­ły się dla nie­go ge­hen­ną, a po­cho­wa­ne w jego ba­ga­żu i wy­su­wa­ją­ce się lub wy­pa­da­ją­ce spo­mię­dzy fałd zło­żo­nych ubrań prze­róż­ne fi­ku­śne, małe bu­te­lecz­ki z al­ko­ho­la­mi kosz­mar­nym ostrze­że­niem dla mnie. Tra­cę syna! Pró­bo­wa­li­śmy roz­ma­wiać. Pró­bo­wa­li­śmy, bo i Ma­rek czuł, że po­trze­bu­je po­mo­cy! Opo­wia­dał mi o wszyst­kim, cza­sa­mi aż za do­kład­nie i zbyt bo­le­śnie szcze­rze. Oma­wiał, ana­li­zo­wał. Ja ana­li­zo­wa­łam.

Parę razy by­li­śmy na­wet u wy­spe­cja­li­zo­wa­ne­go w le­cze­niu al­ko­ho­li­ków psy­cho­lo­ga, pła­cąc ma­ją­tek i nic w za­mian nie otrzy­mu­jąc. Nic! Ni­cze­go to wszyst­ko nie zmie­ni­ło. Ma­rek pił nadal, a ja, nie mo­gąc tego zmie­nić, ko­cha­jąc go i bo­jąc się pa­nicz­nie o jego przy­szłość, sta­łam się bez­wol­nym świad­kiem i po­wier­ni­cą na­ra­sta­ją­cej w nim, po­głę­bia­ją­cej się al­ko­ho­lo­wej de­pre­sji. Pił jak „sta­ry”. Po­dob­nie jak mój oj­ciec, kie­dy bez­rad­nie ob­ser­wo­wał, jak bru­tal­ne fa­szy­stow­skie buty za­czy­na­ły roz­no­sić w gruz i roz­dep­ty­wać w pył za­rzą­dza­ny przez na­szą tam­tej­szą ro­dzi­nę ma­ja­tek zlo­ka­li­zo­wa­ny w du­żej mie­rze na te­re­nie Nie­miec oraz Au­strii. Pa­trzył i cier­piał, wi­dząc pa­da­ją­cy, nisz­cze­ją­cy do­ro­bek wie­lu po­ko­leń, wi­dząc upodle­nie i ani­hi­la­cję swo­jej ro­dzi­ny. I nic nie mógł zro­bić! Więc pił tak jak ci wszy­scy sie­dzą­cy od „dzień do­bry” do „do­bra­noc” w tym sa­mym miej­scu, pa­trzą­cy w ten sam punkt i pod­no­szą­cy jed­na­ko­wym ryt­mem do ust raz pa­pie­ro­sa, a raz szklan­kę sa­mot­ni fa­ce­ci w „mo­jej” za­ko­piań­skiej knaj­pie. Oh my God! Jak ja to do­brze zna­łam! Ale Ma­rek miał prze­cież do­pie­ro dwa­dzie­ścia pięć lat! Był tak mło­dy, tak wspa­nia­ły, a już po raz dru­gi w jego krót­kim ży­ciu za­czy­nał od­cho­dzić, od­su­wać się ode mnie i od świa­ta. I wte­dy po raz ko­lej­ny wy­da­rzy­ło się coś, co mo­gła­bym na­zwać przy­pad­kiem lub tra­gicz­nym, ale też szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści, a co te­raz, pa­trząc i do­strze­ga­jąc z dy­stan­su po­nad czte­rech de­kad roz­my­śla­nia oraz ana­li­zo­wa­nia, poj­mu­ję i po­strze­gam jako da­ro­wa­ną nam przez tę wy­pad­ko­wą wła­da­ją­cych nami emo­cji, czy­nów i przy­pad­ków – nasz los – re­kom­pen­sa­tę, czy­li do­bro za otrzy­ma­ne, a nie­za­słu­żo­ne zło. Tak, być może brzmi to nie­wia­ry­god­nie, ale wy­cho­dzi na to, że to aż tak pro­ste. Jest utra­ta, lecz i re­kom­pen­sa­ta!

Mój były mąż i oj­ciec Mar­ka, zna­ny du­bliń­ski sty­li­sta-bi­ga­mi­sta, padł ra­żo­ny na­głą śmier­cią na łożu mi­ło­ści.

Do­słow­nie, wi­zy­tu­jąc jed­ną ze swo­ich sta­łych klien­tek pod nie­obec­ność jej męża. Wy­bu­chła strasz­na afe­ra, po­nie­waż ów mąż, za­słu­żo­ny na wie­lu po­lach bi­tew­nych oraz od­zna­czo­ny mnó­stwem or­de­rów ofi­cer ar­mii ge­ne­ra­ła An­der­sa, kom­plet­nie nie mógł się po­go­dzić z tym, że ta oto znacz­nie od nie­go młod­sza, a do tego spro­wa­dzo­na z oj­czy­zny spo­rym na­kła­dem fi­nan­so­wym żona aż tak bar­dzo nie usza­no­wa­ła jego pa­go­nów czy też epo­le­tów, za­da­jąc się po­ta­jem­nie, ba, wręcz zbrod­ni­czo, z ja­kimś tam „fry­zje­rem”. Nie na­le­ży więc się dzi­wić, że po­grzeb od­był się bar­dzo ci­cho, skrom­nie i trwał bar­dzo krót­ko. Kom­pa­nia woj­sko­wa nie prze­ma­sze­ro­wa­ła, sal­wa ho­no­ro­wa nie huk­nę­ła, a Mar­ko­wi i tym bar­dziej mnie nikt nie wrę­czył żad­ne­go po­śmiert­ne­go me­da­lu ani też ko­per­ty z cze­kiem oko­licz­no­ścio­wym. A szko­da, bo my za­słu­ży­li­śmy! Wy­glą­da­ło na to, że ci, któ­rzy zna­li ojca Mar­ka i mie­li z nim do czy­nie­nia, przy­ję­li bar­dziej z ulgą niż ze smut­kiem wieść o jego nie­ocze­ki­wa­nym odej­ściu. A Ma­rek? Ma­rek po­pła­kał się na po­grze­bie i od­mó­wił mo­dli­twę nad gro­bem, ale po­tem nig­dy już nie chciał roz­ma­wiać o swo­im ojcu. Ostat­nie dwa lata stu­diów prze­miesz­kał sa­mot­nie w naj­tań­szym stu­denc­kim ho­te­li­ku, a Mr. Gre­at­ful Fa­ther prze­rwał po­moc fi­nan­so­wą i ze­rwał kon­tak­ty oso­bi­ste z sy­nem w dniu otrzy­ma­nia przez Mar­ka dy­plo­mu ukoń­cze­nia na­uki. Ach, ci nasi ro­dzi­ce i „ro­dzi­ce”.

– To nie­wąt­pli­wie od­bę­dzie się w na­stę­pu­ją­cy spo­sób – po­wie­dział nam wy­na­ję­ty w celu za­ła­twie­nia kwe­stii spad­ko­wych praw­nik. – Z do­ku­men­tów, któ­re mam przed sobą, wy­ni­ka, że wy­łącz­nym spad­ko­bier­cą jest je­dy­ny uzna­ny praw­nie syn, obec­ny tu Mr. Ma­rek Ni­ziń­ski, więc to on przej­mie de­cy­zją sądu dom i kon­to ban­ko­we w spad­ku po ojcu. Na­stęp­nie, jak wnio­sku­ję z tego, co mi opo­wie­dzie­li­ście o hi­sto­rii ży­cia i fi­nal­nym odej­ściu spad­ko­daw­cy, do­wie­dzą się o wszyst­kim, a zwłasz­cza o do­rob­ku ma­te­rial­nym zmar­łe­go jego po­zo­sta­łe byłe mał­żon­ki, a być może rów­nież ja­kieś nie­zna­ne, wy­ni­kłe z tych związ­ków dzie­ci! A wte­dy… Wte­dy spę­dzi­cie na­stęp­ne lata w ko­lej­nych sa­lach są­do­wych, tra­cąc bez­pow­rot­nie wszyst­ko, co obec­nie po­sia­da­cie. Ka­wa­łek po ka­wał­ku. Dla­te­go ra­dzę wam, bo to wy mnie wy­na­ję­li­ście, co na­stę­pu­je. Na­tych­miast po otrzy­ma­niu de­cy­zji są­do­wej sprze­daj­cie dom, opróż­nij­cie kon­to ban­ko­we i zmień­cie miej­sce za­miesz­ka­nia. Na inne. Da­le­kie, a o ile to moż­li­we, bar­dzo da­le­kie!