Ostatni raz, gdy rozmawialiśmy - Fiona Sussman

Ostatni raz, gdy rozmawialiśmy

0,0

Jak rozpoznać chwilę, której konsekwencje rzucą mroczny cień na dalsze życie?

Carla Reid planowała spokojny wieczór. Chciała świętować rocznicę ślubu z mężem Kevinem i dorosłym synem Jackiem. Od dawna nie czuła się tak dobrze w ich domu. Nie spodziewała się, że obcy mężczyzna brutalnie przerwie trwającą idyllę. Ben Toroa odebrał jej wszystko, co kochała. Carla musi ułożyć sobie życie na nowo, bo poprzednie odeszło razem z jej bliskimi.

Ben mierzy się z konsekwencjami tragicznej nocy. Czy posępne mury koszmarnego więzienia czegoś go nauczyły? Czy wieczór, który zakończył szczęśliwe życie Carli, może ocalić kogoś innego? Czy wróg może stać się ofiarą, a ofiara zbawcą?

Słodko-gorzka realistyczna opowieść o zbrodni, karze, nadziei i miłości

__

Fiona Sussman w mistrzowski sposób opowiada o bolesnych konsekwencjach jednej decyzji i tragicznym wpływie nieodpowiedniego środowiska. Wprowadza czytelnika w nowozelandzką rzeczywistość, jednocześnie sprawiając, że po jego plecach co chwilę przebiega dreszcz emocji i strachu. Ponownie splata losy zrozpaczonej kobiety oraz maoryskiego przestępcy, który przyczynił się do jej cierpienia.

To książka, po lekturze której jeszcze długo będziesz myśleć o konsekwencjach twoich czynów – „AustCrime”

__

Fiona Sussman – pochodząca z Południowej Afryki Fiona zakochała się w literaturze już we wczesnym dzieciństwie. Jej rodzice pracowali w wydawnictwie, więc od najmłodszych lat przebywała w otoczeniu licznych manuskryptów, rękopisów i wspaniałych książek. Ukończyła studia medyczne i pracowała jako lekarz. Kiedy była dorosła przeniosła się do Nowej Zelandii. Chociaż praca w zawodzie sprawiała jej dużo satysfakcji, nie zdołała stłumić pasji i zajęła się pisarstwem na poważnie. Jest znana z poruszających książek i opowiadań, w których nie boi się poruszać trudnych, psychologicznych tematów. Mieszka w Auckland z rodziną i ukochanym, czarnym labradorem.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Żyjącym w cieniu przemocy

Autorka oświadcza, że wszystkie występujące w powieści postaci są fikcyjne, a ich ewentualne podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe. Nazwiska bohaterów nie mają podstaw genealogicznych.

Początki

Zwróć się w stronę słońca,
a cień zostanie za tobą.

(maoryskie przysłowie)

1989

– A co się stanie z potworem?

Trzydzieści par oczu szeroko otworzyło się z przejęcia. Felicity Taylor zaczęła pochlipywać, a Garth Mullins podłubał w piegowatym nosie, uważnie przyjrzał się temu, co z niego wydobył, i wetknął sobie palec do ust.

– Garth! – fuknęła Carla, gromiąc go gniewnym spojrzeniem i potrząsając głową, aż pojedyncze pasma atramentowych włosów wymknęły się spod klamry w kształcie żółwiej skorupy.

Gromada pierwszoklasistów siedziała po turecku na bordowym, kwadratowym dywanie. Był parny lutowy poranek i chociaż wszystkie cztery okna zostały podniesione, powietrze w klasie było ciężkie i gęste, a dzieci niespokojne. Nawet zielony, łuskowaty potwór z Loch Ness zwisał żałośnie z sufitu, ze zwiotczałym tułowiem i pomarszczonym ogonem. A Garth zachowywał się gorzej niż zwykle. Rok szkolny dopiero się zaczął, lecz Carla już wiedziała, jakie temperamenty trafiły pod jej opiekę.

– Zabije ich wszystkich! – wykrzyknął mały piegus, zakrzywiając palce w szpony i wyszczerzając zęby.

Szloch Felicity przeszedł w regularne wycie.

– Garth, co mówiliśmy o krzyczeniu w klasie? – powiedziała Carla, rozkładając ramiona i przyzywając do siebie bladą blondyneczkę. – Chodź tu, kochanie. To przecież tylko bajka.

Felicity Taylor wpakowała się nauczycielce na kolana i wcisnęła zimny nosek w zagłębienie jej szyi. Carla przewróciła stronę, a srebrne bransoletki zabrzęczały na jej przedramieniu.

– Nasz potwór chyba nie jest taki zły. Hilary i Owen, oczy na mnie.

– A właśnie że jest! Jest strasznie zły, proszę pani.

– Przekonamy się, Nathanie.

Carla czytała dalej, raz po raz spoglądając na słuchaczy:

– „Pogrążał się coraz głębiej i głębiej w ciemnej toni wody…”.

Rozległo się pukanie do drzwi i do sali wkroczyła dyrektorka, pani Carr. Po klasie przebiegł szmer. Wszystkie plecy z miejsca się wyprostowały, a dłonie grzecznie spoczęły na kolanach.

– Bardzo ładnie, Jamesie Tahu – pochwaliła jednego z uczniów pani Carr, a jej brwi wykonały dziwny skok, jedna niezależnie od drugiej.

Pucułowata buzia rozpromieniła się w uśmiechu. Carla puściła do chłopca oko.

– Przepraszam, że przeszkadzam, pani Reid… – Dwadzieścia osiem par oczu wpatrywało się w umalowane na brąz usta dyrektorki, jej jaskrawozielone buty i pozaciągane pończochy. – Jest do pani pilny telefon w sekretariacie.

– Pilny telefon? – Carlę zdjął nagły niepokój. Delikatnie postawiła Felicity na ziemi i wstała.

– Nie wiem, o co chodzi – szepnęła przełożona. – Powiedzieli tylko, że to ważna sprawa. I poufna.

Carla stała niezdecydowana.

– Proszę iść. Ja przypilnuję dzieci.

Carla wyszła pośpiesznie, a na korytarzu puściła się niemal biegiem, stukając czerwonymi pantoflami o wykładzinę z linoleum. Chodzi o Kevina? A może coś się stało na farmie? Dobry Boże, oby tylko ojciec znowu nie upadł.

Okrążywszy róg, wpadła na piątą c wracającą z zajęć muzycznych. Sunąca bezładnie kolumna hałaśliwych dzieci zatarasowała jej drogę.

– Przepraszam. Przepraszam, mogę przejść? Przepraszam – powtarzała, przeciskając się przez tłum. – Dziękuję.

– Nie jesteście na niedzielnym pikniku. Trzymamy się ściany! – zabrzmiał z tyłu irlandzki zaśpiew Esther Creighton zamykającej pochód.

Carla posłała jej pełen wdzięczności uśmiech i pośpieszyła dalej, zostawiając Esther w pół słowa, zawiedzioną, że okazja do korytarzowych pogaduszek przemknęła jej koło nosa.

Gdy usłyszała wreszcie znajome stukanie klawiatury Daphne, była już bliska zadyszki. Wpadła do pokoju, na co sekretarka przerwała pisanie i podniosła wzrok znad okularów. Słuchawka telefonu leżała na biurku obok aparatu.

– Złap oddech, kochana – zamruczała Daphne, wsuwając do ust drażetkę mint imperial. W pokoju unosił się swąd papierosowego dymu.

Carla sięgnęła po słuchawkę.

– Halo? – Odpowiedział jej szum dalekich, niezrozumiałych rozmów. – Halo?

– Carla. – Głos po drugiej stronie brzmiał znajomo. – Przepraszam, że niepokoję cię w pracy, ale pomyślałam, że chciałabyś wiedzieć.

Carlę zakłuło w dziąsłach.

– Dostałam wyniki twoich badań. Okazuje się, że to nie giardioza.

Carla zamknęła oczy.

– Coś poważniejszego?

– Cóż… – W głosie lekarki dało się wyczuć uśmiech. – Jesteś w ciąży.

– Proszę? – Carla dostała dreszczy. – Jak to? Znaczy… To niemożliwe! – Osiem lat starań. Poczuła zawroty głowy.

Lekarka mówiła, Daphne stukała, a Carla śmiała się i płakała jednocześnie.

Gdy wreszcie odłożyła słuchawkę, Daphne czekała z gotową paczką chusteczek zapachowych i oczami pałającymi ciekawością. Carla nie była jednak skora do wynurzeń. Musiała chronić swoje dziecko. Wycofała się z biura i ruszyła z powrotem wąskim korytarzem. Mijając wieszaki obładowane szkolnymi plecakami, z których na podłogę wysypywały się książki i pudełka z drugim śniadaniem oraz przeszklone matowymi szybami drzwi i majaczące za nimi dumnie wyprostowane sylwetki, miała wrażenie, że z każdym krokiem zostawiała za sobą lata wysiłków, rozczarowań i rezygnacji. U progu swojej klasy odwróciła się i podążyła w stronę słonecznego światła.

Boisko ją przyzywało. Wspięła się po obłażących z farby drabinkach i przycupnęła na szczycie. Kevin miał zostać ojcem. Zsunęła buty, pozwalając im opaść na ziemię, i objęła stopami zimną metalową poprzeczkę. Jej ojciec miał zostać nonno. Zamknęła oczy i rozłożyła ramiona, poddając się pieszczotliwym podmuchom lekkiego, rześkiego wiatru. Zeskoczyła, a jej spódnica wzdęła się pod wpływem nagłej wolności. Wyciągnięta na mokrej ziemi, Carla czuła łaskotanie łodyżek trawy we włosach.

– Będę mamą! – zawołała, obejmując wzrokiem błękit nad sobą. – Będę mamą!

I wtedy zauważyła buzie swoich uczniów przyklejone do okna klasy – rozpłaszczone nosy i wystawione palce widoczne przez zaparowane od ich oddechów szyby – a za nimi zdumioną panią Carr.

* * *

1991

– Niech to szlag, Debs, jestem w ciąży – powiedziała Miriama Kāpehu. Otworzyła butelkę db draught i pociągnęła łyk.

– Że co?

– Jestem w ciąży.

– Twój wybór, dziewczyno. – Debs spojrzała na płaski brzuch przyjaciółki z mieszaniną podziwu i niedowierzania.

– Dupa, a nie wybór. Joel rzuci mnie, gdy tylko się dowie. A nie mogę wrócić do starych po tym, jak dałam nogę z facetem w skórze z naszywką na plecach.

– Trzeba było o tym pomyśleć, kiedy dawałaś mu się bzykać bez zabezpieczenia. – Debs parsknęła śmiechem.

Miriama opadła na plecy na podeschłej trawie i popatrzyła w niebo usiane pierzastymi chmurami.

– Masz szluga?

Debs podała jej do połowy wypalonego papierosa.

– Który to miesiąc?

– Nie wiem. – Miriama zaciągnęła się głęboko. – Chyba trzeci.

– Trzeci?! To na legalu już tego, skarbie, nie zrobisz. – Debs przełamała gałązkę i zaczęła czyścić sobie paznokieć jej ostrym końcem. – Znam jedną kobietę, która się tym zajmuje, ale bierze stówę.

Przyjaciółki zamyśliły się, wyciągnięte obok przewróconego wózka sklepowego pośrodku pustego parkingu.

– Ej, zostaw mi trochę! – Debs odebrała Miriamie żarzący się niedopałek. – To mój ostatni.

Tydzień później Miriama leżała na plecach w zatęchłym pokoju z różową tapetą obłażącą ze ścian w domu przy Drover Street. Pod sobą miała płachtę szarego brezentu, który kleił jej się do ud i ugniatał w pośladki. Rozłożyła nogi, a kobieta, której imienia nigdy nie poznała, zapuściła drut do robótek ręcznych w głąb jej młodego łona. Koniec końców wyrzuciła sto dolarów w błoto, bo koru komórek nie dało się oderwać. Silnie zagnieżdżone, przetrwało wszelkie próby inwazji, jakby miało do spełnienia jakąś większą rolę… Uparło się, żeby żyć – pomimo infekcji i krwotoku nieustannie rosło, aż sześć miesięcy później, pierwszego kwietnia, niczym kiepski żart przebiło się na świat, rozdzierając Miriamę na pół.

– Jaki piękny – zaszczebiotała Debs. – Joel dostanie zajoba!

Ku zaskoczeniu Miriamy, wiadomość o ciąży ucieszyła Joela. Wydawał się wręcz zachwycony na myśl o zostaniu ojcem i często w nocy staczał się w głęboką zapadlinę ich łóżka, aby przyłożyć ucho do pęczniejącego brzucha.

– To chyba będzie Lenny – stwierdził kiedyś, łaskocząc czarnymi, kręconymi kosmykami jej napiętą skórę.

– Nie możesz nazwać go Lenny – zaoponowała. – Miałam kiedyś wujka Lenny’ego. Całą twarz miał upstrzoną wstrętnymi brodawkami. Poza tym to będzie dziewczynka.

– Nie. To chłopak. Właśnie mi powiedział – odparł Joel, poklepując jej wypukłe pito.

– Nic ci nie powiedział!

– Widzisz? Sama mówisz „on”!

Miriama wiedziała, że Joel pragnął syna, ale ciąża utrzymywała się wysoko i zdaniem wszystkich wokół zwiastowało to dziewczynkę.

Ostatecznie ustalili, że chłopca nazwą Benjamin Joel. Benjamin na cześć Benniego Edmondsa, najlepszego kumpla Joela z jego bandy. Miriamie nie podobał się pomysł, aby jej syn nosił imię po gangsterze – uważała to za zły znak – lecz nie protestowała, bo była święcie przekonana, że urodzi dziewczynkę, która miała nazywać się Aroha Jude. Aroha po matce Miriamy, choć od dawna nie utrzymywały kontaktu, a Jude tak jak Jude Dobson, śliczna prezenterka teleturnieju Sale of the Century. Miriama liczyła, że w ten sposób zapewni córce urodę.

Teraz odgarnęła przyklejone do czoła kosmyki i opadła na poduszkę. Położna – pulchna, rumiana kobieta o ciepłych dłoniach – ułożyła jej noworodka w ramionach. Miriama przyjrzała mu się z bliska. Na brązowej, pomarszczonej główce sterczał kędzior czarnych włosów, a spod różowego kocyka wystawały jak patyczki do lodów drobne paluszki. Różowego. Czyż nie mówiła, że to będzie dziewczynka?

Jej oddech przyspieszył gwałtownie, ale nie pod wpływem wycieńczenia. Przypominało to raczej falę narastającej paniki.

– Będę dobrą mamą, Debs.

– No pewnie. Najlepszą pod słońcem – przytaknęła przyjaciółka ze śmiechem. – Co masz taką niewyraźną minę? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.

Miriama wsunęła mały palec do pomarszczonej rączki, a pięć miniaturowych paluszków oplotło go tak ciasno, aż przebiegły ją ciarki.

Spędziła w National Women’s Hospital trzy wspaniałe noce do czasu zagojenia się szwów. Nigdy wcześniej nie była w szpitalu i tak właśnie wyobrażała sobie pobyt w luksusowym hotelu – jedzenie dostarczane na tacy trzy razy dziennie, dzbanek świeżej wody każdego ranka i gorący prysznic, kiedy tylko przyszła jej ochota. A Joel, wniebowzięty, że dostał syna, którego sobie zażyczył, wparował pierwszego wieczoru na oddział położniczy z największym bukietem kwiatów, jaki kiedykolwiek widziała.

W dniu wypisu Debs zamówiła taksówkę i Miriama została odwieziona do domu jak królowa, rozparta na tylnym siedzeniu z małym Benem wciśniętym między przyjaciółki.

W domu jednak zastali Joela i jego ferajnę, która najwyraźniej tankowała przez cały dzień.

– Chodź się z nami zabawić – zarżał Joel i złapał ją w talii.

– Dopiero co urodziłam dziecko! – fuknęła, uwalniając się z jego uścisku.

Oczy mu pociemniały.

– I dlatego wydaje ci się, że możesz mnie olewać? – ryknął. – Nie ma mowy. Nie z takimi cyckami.

Wepchnął Miriamie ręce pod koszulkę i ścisnął jej nabrzmiałe piersi. Skrzywiła się, gdy na tkaninie pojawiły się dwie mokre plamy.

Kilku jego koleżków parsknęło szyderczym śmiechem, inni, zniesmaczeni, odwrócili głowy.

– Zostaw mnie! – krzyknęła i dźgnęła go łokciem w brzuch.

Joel podwinął górną wargę, odsłaniając zęby. Szarpnął ją, aż się zatoczyła razem z nosidełkiem.

– Powiedziałem, chodź się zabawić – syknął, owiewając jej policzek cierpkim, gorącym oddechem.

Debs rzuciła się naprzód i porwała koszyk z dzieckiem, tuż zanim dłoń Joela chwyciła garść długich, czarnych włosów Miriamy.

– Jezu, daj jej spokój, człowieku – zawołała Debs.

– Zamknij mordę, suko, albo naprawdę będziesz miała powód do biadolenia.

Wieczorem tego dnia Miriama wstała, żeby nakarmić niemowlę, ale zabrakło jej mleka i nie mogła uśpić rozwrzeszczanego bobasa. Płakał przez całą noc, aż w końcu Joel zagroził, że jeżeli Miriama czegoś z tym nie zrobi, to sam go uciszy. Wyniosła więc maleństwo na ulicę i chodziła z nim do świtu w tę i z powrotem.

Szybko przekonała się, jak trudno być matką.

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Last Time We Spoke

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Opracowanie językowe tekstu: Studio Editio

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © ehrlif (Shutterstock.com)

The Last Time We Spoke © Fiona Sussman 2015

Copyright © 2018 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Anna Sauvignon

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2018

ISBN 978-83-65740-48-9

znak

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

wydaw

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

Karta tytułowa

Rozdział 1

Rozdzial_01

Carla

Szesnaście lat później

Napoleon węszył, parskał i trącał Carlę nosem, zostawiając połyskliwą smugę śliny na jej gumowych butach.

– Tyle na teraz, żarłoku – powiedziała. Podniosła przewrócone wiadro i pokazała świni. – Zobacz, nic nie zostało.

Napoleon wsadził ryj do środka, wydał zawiedzione chrząknięcie i zwalił się na ziemię, przygniatając Carlę cielskiem do przegrody.

– Chcesz się popieścić, co? – rzekła i poklepała zwierzę po pękatym brzuchu, po czym przerzuciła nogę nad barierką i wyszła z kojca. – Muszę iść, kolego. Mam mnóstwo roboty.

Przed drzwiami ściągnęła gumowce i weszła bezgłośnie do kuchni przepojonej zapachem kandyzowanych pomidorów. Zajrzała do piekarnika. Lazanie rumieniły się pięknie. Jeszcze dziesięć minut i będą gotowe. Szorując dłonie w zlewie, Carla spoglądała przez otwarte okno. Lekki wiatr rozwiewał jej ciemne włosy, a wieczorne słońce pieściło zniszczoną cerę. Widok, ograniczony przez okienne ramy oraz szpaler nachylonych ku ziemi wierzb, nie był szczególnie piękny, a mimo to Carla nigdy nie miała dość patrzenia na łagodnie opadające, trawiaste zbocze, zagajnik i szarozieloną sadzawkę. Uwielbiała to swobodne pofałdowanie terenu i nieskrępowaną przestrzeń krajobrazu, który nieustannie się zmieniał, odmalowywany na nowo przez każdą kolejną porę roku.

Zmrużywszy oczy, wypatrzyła na odległym wzgórzu sylwetkę Kevina spędzającego owce. Carla uśmiechnęła się do siebie. Za dziesięć szósta. Być może, po tych wszystkich latach – jak dotąd dwudziestu siedmiu – zdołała wreszcie zmusić męża do punktualności.

Zadrżała od chłodu i zamknęła okno. Jack też pojawi się lada chwila. Z niecierpliwością wyczekiwała tych przelotnych chwil, w których znów mogła być mamą i doglądać swojego jedynaka, a Kevin mruczał zrzędliwie: „Przestań się nad nim tak trząść. Jest dorosłym facetem, do licha”.

Rozwiązała fartuch i drugi raz tego dnia przemierzyła korytarz, aby zajrzeć do jaskini syna. Pokój wyglądał tak samo, jak Jack zostawił go przed ponad rokiem, wypełniony plakatami George’a Bensona i modelami samolotów. Nawet rakieta tenisowa stała nietknięta w kącie. Zamierzali z Kevinem urządzić tu pomieszczenie do różnego rodzaju pracy – miejsce, w którym mogłaby bezkarnie zostawić na wierzchu maszynę do szycia, a Kevin składowałby swoje stosy papierów – i w ten sposób opróżnić zagraconą jadalnię, przywracając jej pierwotną funkcję. Ostatecznie nigdy się jednak za to jakoś nie zabrali. Przerobienie pokoju Jacka oznaczałoby oficjalne przyznanie, że pewna faza ich życia dobiegła już końca, a dopóki na jego korkowej tablicy tłoczyły się nabazgrane notatki, rozpiski z datami egzaminów i dyplomy za osiągnięcia sportowe, powrót syna wydawał się wciąż realny.

Obciągnęła wysłużoną narzutę, wygładzając zagniecenia brązowej tkaniny. Otworzyła szafę i na krótką magiczną chwilę cofnęła się w czasie, gdy otulił ją zapach jej chłopca – boisk do krykieta, wody toaletowej blue stratos, ziemi i skóry.

Ze wspomnień wyrwał ją dzwonek telefonu.

– Carla? Mówi Deirdre. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam w kolacji?

– Nie. Jeszcze nie siedliśmy do stołu. Kev jest ciągle na dworze.

– Dostałam twoją wiadomość i…

– Tak. Dziękuję, że oddzwoniłaś. Chciałam zapytać, czy nie szukasz nauczycieli.

– Cała Carla Reid! Trzeba było czekać, aż pisklę wyfrunie z gniazda, żebyś wróciła do pracy.

Carla się roześmiała.

– Właściwie to… Przydałyby się nam dodatkowe pieniądze.

– Komu by się nie przydały – odparła dyrektorka. – W tej chwili niestety nie mam wolnych etatów, ale mogę na razie wpisać cię na listę zastępstw, a niedługo powinnam znaleźć coś stałego.

Carla poczuła, jak napięcie goszczące do tej pory w mięśniach karku odpuszcza.

– Cieszę się, że do nas wracasz, Carlo. Naprawdę.

Carla odłożyła słuchawkę. Zmierzch zapadał szybko. W kuchni zrobiło się ciemno, a całe obejście zatonęło w blaknącym świetle wieczoru. Mimo długiej listy zadań do wykonania przypiętej do drzwi lodówki, Carla uznała, że przed kolacją z niczym już nie zdąży i postanowiła nalać sobie drinka.

Wdrapała się na przystawiony do kredensu taboret i z trudem sięgnęła na najwyższą półkę. Kevin nie uwzględnił jej niskiego wzrostu, kiedy montował szafki.

Natrafiła dłonią na ostatnią z ośmiu szklaneczek, które kupili w czasie swojej jedynej wycieczki zagranicznej – podróży po Jukatanie dwadzieścia lat temu. Była to masywna, niebieska musztardówka z drobinkami czystego szkła ukrytymi w grubych szafirowych brzegach. Przez sześć tygodni targali pełny zestaw po całym Meksyku, a Kevin nie przestawał przeklinać jej impulsywnego zakupu.

Carla ścisnęła torebkę z lodem i twarde kryształki wysypały się ze stukiem na ladę. Jeden z nich przywarł jej do palców i boleśnie podrażnił skórę, kiedy go strząsnęła. Otworzyła butelkę whisky i napełniła szklankę bursztynowym płynem przy grzechotaniu i syku zamrożonych kostek.

Właśnie miała pociągnąć pierwszy łyk, gdy usłyszała kroki za plecami. Podskoczyła, a szklanka wypadła jej z dłoni. Szkło i whisky rozprysnęły się po podłodze.

– Jack!

Syn stał pośrodku kuchni z przekrzywioną głową, unikając nisko zawieszonych belek pod sufitem, i wpatrywał się w Carlę z przestrachem. W ręce trzymał bukiet fioletowych irysów.

– Drzwi były otwarte. Chciałem zrobić ci niespodziankę.

Carla ze świstem wciągnęła powietrze.

– To ci się udało!

Zrobił skruszoną minę.

– Przepraszam, mamo. Pójdę po szczotkę.

– Nie, zostaw! Zaraz posprzątam. – Chwyciła go za rękę. – Czekaj, niech ci się przyjrzę, mój przystojniaku.

Wyglądał tak dorośle w krawacie i marynarce. W ogóle nie przypominał tego wiecznie umorusanego chłopca dokazującego w strumieniach i na końskim wybiegu, z którym latami musiała toczyć boje o każdą kąpiel.

Jack uśmiechnął się i przygarnął ją szczupłym ramieniem. Carla wyczuła od niego subtelny zapach miasta.

– Wszystkiego najlepszego – powiedział, wręczając jej kwiaty.

Cały Jack. Zawsze był bardzo kochającym synem. Już jako sześciolatek kupował jej błyskotki na jarmarku za swoje kieszonkowe. Carli przemknęły przed oczami obrazy z przeszłości – lata tęsknoty i pustki, potem ta oszałamiająca wiadomość, nadzieja i w końcu cud. Dziecko. Pierwsza noc na oddziale położniczym – Kevin śpiący w fotelu obok łóżka z ich maleństwem przytulonym do piersi i wysoki wazon ciemnofioletowych irysów na szafce.

Rozmowę przerwał hałas ujadających psów.

– Chyba tacie przydałaby się pomoc – stwierdził Jack, wyglądając przez okno.

– Najpierw idź się przebrać i weź prysznic.

– Później, mamo – odparł. Odwiesił marynarkę, ściągnął krawat przez głowę i wyszedł.

Carla patrzyła za obrysowaną wieczornym światłem sylwetką idącą przez padok, dopóki nie rozmyła się ona w mroku. Kobieta przykucnęła niechętnie i zaczęła zbierać z ziemi potłuczone kawałki szkła, dziwnie przygnębiona. Nie przypuszczała, że utrata szklanki sprawi jej taką przykrość. Miała wrażenie, że zerwała się jakaś nić łącząca ją z przeszłością.

Z zadumy wyrwał ją nagły, przeszywający ból. Na dłoń trysnął strumień świeżej krwi. Zaklęła i pobiegła do łazienki, zostawiając za sobą cienki, szkarłatny ślad.

Kolacja grzała się już od pewnego czasu, kiedy Carla dojrzała wreszcie ojca i syna pnących się po zboczu w stronę domu. Szli identycznym krokiem, obaj przygarbieni w typowy dla wysokich mężczyzn sposób. Jack przerósł już ojca przynajmniej o pięć centymetrów. Pogrążeni w rozmowie, przystanęli nieopodal kuchennego wejścia. Z początku pomyślała, że się zasapali – podejście mogło być męczące pod koniec długiego dnia – ale zatrzymali się dłużej niż trzeba, aby złapać oddech. Nawet kury zdążyły już wrócić do swojego grzebania.

Kevin zauważył ją w oknie i posłał jej szybki uśmiech, podnosząc w górę rozpostartą dłoń na znak, że będą za pięć minut.

Ojciec i syn dobrze się rozumieli mimo różnicy charakterów. Kevin był typowym Anglosasem, powściągliwym w słowach i w uczuciach, zrównoważonym jak wyrobiony traktor. Żadnych niemiłych niespodzianek czy zapaści, ale też bez porywów fantazji. Jack był bardziej zapalczywy. W jego żyłach buzował włoski temperament Carli, a impulsywność już nie raz wpędziła go w tarapaty. Na szczęście ratował się zwykle urokiem osobistym. Miał teraz dziewczynę – dopiero pierwszą, o dziwo – chociaż jeszcze im jej nie przedstawił. Z tego, co dotarło do Carli, dziewczyna studiowała logopedię i tak samo jak Jack uwielbiała plenerowe wycieczki. To dlatego ostatnio ich chłopiec dzwonił do domu tak rzadko.

„Przetóż opuści człowiek ojca swego i matkę, a przyłączy się do żony swej…”* – zadźwięczały jej w uszach słowa niedzielnego kazania. Syna użyczano rodzicom tylko na jakiś czas. Córka była na zawsze.

Ostatnio Carla nie mogła się powstrzymać, żeby nie wracać myślami do bolesnych wspomnień, które tak skutecznie wypierała przez lata. Gdyby Gabby dane było przeżyć więcej niż kilka tygodni, Carla i Kevin mieliby teraz także dorosłą córkę.

Światło dnia już zupełnie zgasło, kiedy całą trójką usiedli do kolacji. Carla była rada z wczesnego jesiennego zmierzchu. Wieczór tworzył uroczysty nastrój. Zapaliła świece i zaciągnęła zasłony, dzięki czemu w dużym pokoju zrobiło się przytulnie i stylowo. Ułożyła nawet wachlarze z serwetek, tak jak w restauracji.

– Mamo, przysługują drugie dokładki? – spytał Jack, zerkając na ostatni, apetyczny kawałek zapiekanki.

– To jest dla ciebie do zabrania – odparła i odsunęła naczynie z dala od syna.

– Co za twarda baba – zażartował Jack. – Jak ty z nią wytrzymałeś tyle czasu, tato?

Kevin uśmiechnął się, ale oczy przesłaniał mu cień. Carla próbowała odgadnąć, o czym tak rozprawiali na podwórzu.

– Zostaw sobie miejsce na deser – powiedziała, wskazując szarlotkę. – Ej! Łapy precz!

Jack przerwał wyskrobywanie resztek kremu z czerwonego dzbanuszka i spojrzał na rodziców z nagłą powagą w oczach.

– Mamo. Tato. Tak sobie myślałem… O farmie i całej reszcie. Ile to dla was pracy.

Kevin przechylił głowę i spojrzał na syna spod zmarszczonych brwi.

– Praca nigdy nikomu nie zaszkodziła, chłopcze.

– Wiem. Ale ty i mama się starzejecie…

– Wielkie dzięki! – Carla parsknęła śmiechem. – Ciągnę jeszcze o własnych siłach.

– Chodzi mi o to, że przecież nie będziecie zrywać się o czwartej nad ranem do końca życia, prawda?

Po wyjeździe z domu Jack zapuścił włosy, które teraz ujawniły swój naturalny skręt. Tak bardzo przypominał Carli jej własnego ojca. Nie tylko w lukrecjowoczarnych oczach i oliwkowej karnacji, ale też w swoim zapale, uporze i oddaniu. Tata był niewiele starszy od Jacka, kiedy musiał ukrywać się w turyńskich kanałach przed Czarnymi Koszulami Mussoliniego, zanim uciekł z narzeczoną statkiem do Nowej Zelandii.

Kevin cmoknął językiem.

– Nie jest aż tak ciężko, jak mówisz. Rangi i Rebecca sporo nam pomagają. Prawdę mówiąc, to najlepsi dzierżawcy, jacy kiedykolwiek nam się trafili. Poza tym już niedługo będę mógł chrapać do szóstej – dorzucił – kiedy ty będziesz zasuwał od świtu.

Jack wsunął sobie dłonie pod uda i wtulił głowę w uniesione ramiona.

– Właśnie widzisz, tato, rzecz w tym, że… Nie wiem, czy chcę… Podoba mi się w mieście.

Kevin odłożył widelec i otarł usta serwetką, po czym znieruchomiał ze wzrokiem wbitym w podkładkę pod talerzem. Carla zamknęła oczy.

Jack przełknął ślinę.

– Po prostu nie jestem pewien, czy chcę do końca życia pracować na gospodarstwie. W banku zaproponowali, że opłacą mi studia na wydziale finansów.

Carla otworzyła oczy i spojrzała przez stół na Kevina. Jack miał zaczepić się w banku tylko na jakiś czas, aż zarobi pieniądze na swoje ZD. „Zamorskie doświadczenie” stało się tradycyjnym etapem w życiu młodych Kiwusów – szansą na zwiedzenie świata i zasmakowanie przygód zanim się ustatkują. Potem Jack zamierzał wrócić na farmę. Taki był plan: za pięć lat przyjeżdżasz do domu, pracujesz razem z tatą, a w końcu przejmujesz gospodarstwo.

– Studia – powtórzył wolno Kevin. – Cóż… Jeżeli tego właśnie chcesz. Powiedzieli, że pokryją czesne, tak?

Jack mówił dalej, wyraźnie chcąc jak najszybciej wyrzucić z siebie przećwiczony tekst. Jego słowa były niepewne, a postura dziwnie usztywniona, jak gdyby występował przed obcą publicznością. Mały Jack zgrywa dorosłego, pomyślała Carla. Miała ochotę sięgnąć przez stół i mocno nim potrząsnąć. Cofnąć czas. Skasować jego słowa.

– I zacząłem się zastanawiać nad tym, co będzie z wami i z farmą. Może lepiej rozszerzyć działalność? Założyć hodowlę alpak albo strusi. To o wiele mniej pracy niż w mleczarstwie.

Kevin kiwał się na krześle, opierając ogorzałe ramiona o blat stołu. Na czoło wystąpiły mu głębokie bruzdy.

– A kiedy to by się rozkręciło, moglibyście zmniejszyć produkcję mleka.

Och, Jack! Carla potarła kciukiem wierzch drugiej dłoni, rozciągając skórę aż do bólu.

Jack nie przestawał mówić. Słowa spływały mu teraz z ust z lekkomyślną łatwością.

– Mielibyście czas, żeby podróżować. Mama ciągle powtarza, jak bardzo chciałaby pojechać do Włoch. Powinniście trochę pokorzystać z życia, a nie wiecznie harować. – Zerknął na nią z ukosa.

Carla usiadła prosto, przetrawiając to, co usłyszała, i skrzętnie ukrywając swój zawód. Jack wyjechał raptem kilka miesięcy temu, a ona już czuła się odcięta od jego świata, pozbawiona przywileju bliskości, którym, jak podejrzewała, cieszyła się teraz dziewczyna syna. Jedynie nadzieja na jego powrót pozwalała jej znosić tę pustkę.

Objęła wzrokiem Kevina, swojego krzepkiego mężczyznę, który uprawiał ziemię, troszczył się o rodzinę i unikał miasta. Pod tym twardym pancerzem prowincjusza krył się wrażliwy, nieśmiały Kiwus, który lubił słuchać poezji i całym sercem kochał swojego syna, chociaż nigdy by mu tego nie powiedział. Dla niego decyzja Jacka była nie do pojęcia.

– Bank, he – powiedział Kevin z westchnieniem, przyciskając kciuk i palec wskazujący do oczu.

– Wiesz co, tato, pogadajmy o tym kiedy indziej. Niepotrzebnie dziś poruszyłem ten temat – wycofał się nagle Jack. – Jest wasza rocznica ślubu. – Odwrócił się. – Mamo, ciągle robisz najlepszą szarlotkę na świecie.

Carla uśmiechnęła się nieco zbyt promiennie.

Kevin pochwycił aluzję i dołączył schrypniętym głosem:

– Tak, Carlo, wspaniała kolacja. Wiesz, co mówią: „Całuje się przez chwilę, gotuje przez całe życie”. Chociaż w całowaniu też jesteś świetna. – Z tymi słowami odsunął krzesło i dźwignął się ciężko z miejsca. Na farmie był wciąż sprawny i silny, lecz zapalenie stawów płatało czasem figle jego kolanom.

– Co powiesz na kieliszek porto?

Wyglądał tak żałośnie, bardziej przygarbiony niż zwykle, z zagubieniem w oczach.

– Świetny pomysł. Napijmy się na tarasie – zaproponowała. Otworzyła francuskie drzwi, wpuszczając noc do środka. – Jest jeszcze przyjemnie.

– Ja wolę piwo – rzekł Jack i ruszył do kuchni. Carla poszła za nim.

– Wiesz, że właśnie zburzyłeś marzenia twojego taty? – powiedziała, stając za synem myszkującym w lodówce.

Jack odwrócił się z nieszczęśliwą miną. Carla natychmiast pożałowała swych słów, ale było za późno. Jej rozczarowanie zostało samolubnie ujawnione.

– W kuchni już nie ma! – zawołał Kevin z salonu. – Może znajdziesz jakieś w garażu.

Przez chwilę matka i syn spoglądali na siebie w błękitnej poświacie lodówki.

– Chodzi mu o piwo – powiedziała i dodała szybko: – Przepraszam, Jack.

Ale on już się odwrócił i zniknął w korytarzu.

Księżyc wisiał na niebie jak świąteczna bombka, osrebrzając blaszany dach obory i zmieniając gałęzie wierzb w migotliwe łańcuchy choinkowe. Carla z westchnieniem opadła na rozciągnięty leżak. Kevin podał jej drinka i usiadł na krześle obok. Wziął ze sobą paczkę stuyvesantów. Siedzieli w milczeniu, rozkoszując się nocną ciszą przerywaną jedynie pohukiwaniem sowicy. Czuli między sobą nowy rodzaj bliskości – wspólne osamotnienie, które przyniósł dzień.

– Dwadzieścia siedem lat, Carl. Całkiem niezły wynik – rzekł Kevin, klepiąc ją po udzie. – Pamiętasz nasz pierwszy taniec w Domu Murarza? Przyszłaś późno i wszystkie oczy zwróciły się na tę śniadą piękność.

– Sam też prezentowałeś się niczego sobie, Elvisie – odparła z wymuszonym śmiechem. – Nie licząc tych koszmarnych, złotych dzwonów, które co chwilę musiałeś podciągać!

– Przeklęty kostium był na mnie za duży. – Zachichotał. – Do tej pory nie wiem, jak mi się udało. Pewnie kula dyskotekowa tak cię zahipnotyzowała.

Carla wygięła się i pocałowała go w policzek.

– A twój nieszczęsny ojciec – ciągnął Kevin, potrząsając głową. – Biedak był przekonany, że jego jedyna córka idzie na stracenie. Chociaż ten wielki Kiwus z dwiema lewymi nogami nie okazał się w końcu taki zły. – Zaśmiał się, ale bez rozbawienia. Była to mężna próba przykrycia dawnej porażki.

Położyła mu rękę na dłoni.

– Będzie dobrze, Kevinie. Zobaczysz.

– Mogę zapalić? – zapytał, szukając zapałek po kieszeniach.

Carla nie broniła mu papierosa od czasu do czasu.

– Tylko nie proponuj Jackowi.

Kevin zaciągnął się, a dymiący koniuszek zajaśniał na czerwono. Odchylił głowę do tyłu i wypuścił smugę dymu w ciemność.

– Męczysz się na farmie? – zapytał, patrząc w niebo.

– Skąd ci to przyszło do głowy?

– Może Jack ma rację. Nie podróżujemy za wiele.

– Przestań, Kev! Mamy dobre życie. Bardzo dobre. Wiesz, jaki jest nasz Jack. Tysiąc pięćset pomysłów na minutę. Gdzie on się w ogóle podział?

I wtedy poczuła na szyi coś zimnego. Pochyliła głowę i wstrząsnęła ramionami, żeby się od tego opędzić.

– Jack, głuptasie…

– Ani się rusz! – Łagodność wieczoru przeszył chrapliwy, nieznajomy głos.

Carla zastygła w miejscu.

Twarz Kevina przypominała kalejdoskop emocji – zaskoczenie przeobraziło się w strach, a następnie w furię. Próbując podnieść się z krzesła, zagrzmiał:

– Co to ma znaczyć, do diabła? – Twarz mu pociemniała i cały dygotał z gniewu. – Odłóż to! – Ruszył przed siebie.

Potem rozległo się ciężkie tąpnięcie i Kevin zwalił się bezwładnie na ziemię, uderzając skronią o róg ogrodowego stołu.

– Kevin! – krzyknęła Carla, ale zanim jej głos poniósł się w nocnej ciszy, jakaś dłoń zamknęła jej usta. Zapach był dziwny i obcy. Do gardła podeszły jej mdłości.

– Zamknij się, suko! Zostaw go albo dopilnuję, żeby więcej nie wstał.

Krew spłynęła Kevinowi po uchu, utworzyła bajorko w załamaniu podbródka i ściekła na deski werandy.

* Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Rdz 2, 24, przeł. Jakub Wujek, Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy, Kraków 1962 (przyp. tłum.).

Rozdział 2

Rozdzial_02

Carla

– Sto osiemdziesiąt siedem, stary. To jest sto osiemdziesiąt siedem!

– A wszystko o kant dupy potłuc, jak nie znajdziemy hajsu. Przeszukaj cały skład. – Wściekłe kroki oddaliły się w głąb korytarza. Trzasnęły drzwi. Zabrzęczało szkło. Obok Carli, tupiąc nerwowo, krążyła para podartych, czerwono-czarnych trampek o rozwiązanych sznurówkach. Powyżej widać było gładkie, brązowe kostki, a nad nimi gąszcz ciemnych włosów.

Leżała twarzą do ziemi na podłodze w holu ze stęchłym zapachem wejściowej plecionki przy nosie. Spódnica jej się zadarła. Chciała ją obciągnąć. Bąbelki śliny zagulgotały jej w gardle, próbując znaleźć ujście. Usta paliły ją tam, gdzie taśma klejąca wżarła się mocno w skórę.

Sześćdziesiąt dwa, sześćdziesiąt trzy, sześćdziesiąt cztery… Mogła jedynie liczyć gwałtowne uderzenia własnego serca, bo jej umysł przestał funkcjonować jak zamrożony ekran komputera.

– Gdzie jest szmal, dziwko? Pieniądze! Gdzie są jebane pieniądze?! – ryknął obok niej młody głos, zniekształcony przez fałdy chusty. Wydawało się, jakby ktoś wcisnął szybkie przewijanie. Carla nie mogła nadążyć, nie rozumiała rzucanych w jej stronę słów.

Oczy należące do tego głosu były przekrwione, rozpalone i dzikie.

– Może odbiorę sobie zapłatę inaczej.

– Nie! Zostaw ją! – krzyknął Kevin, grzebiąc rozpaczliwie po kieszeniach. – Nie trzymamy w domu pieniędzy, przysięgam. Weźcie cokolwiek. Wszystko! Tylko nie róbcie krzywdy mojej żonie. Proszę…

Carla ledwo mogła rozpoznać jego głos.

Powietrze przeciął świst klucza francuskiego, a Kevin zwinął się z głuchym stęknięciem. Znowu zaczęła liczyć.

– Jak mało, to dołożę! Gdzie jest kasa, dziadku? Macie sejf?

Na podłogę posypały się różne przedmioty – jej pomadka, terminarz, paczka chusteczek, zdjęcie paszportowe Jacka…

Jack! Był w garażu, gdy bandyci wdarli się do domu. Na pewno pobiegł po pomoc. Boże, błagam! Carla podniosła głowę, usiłując złowić spojrzenie Kevina i dać mu znak, by nie wspominał o synu. Ale Kevin nie patrzył w jej stronę. Przerażony kulił się w kącie.

Mogła przywołać w pamięci tylko dwa momenty, kiedy Kevin płakał. Po tym, jak umarła ich córeczka Gabby, zamknął się w łazience i długo, boleśnie szlochał. I gdy Pasha, jego ukochany owczarek zginął pod kołami traktora, Kevin, zanim podszedł pocieszyć żonę, sam także uronił kilka łez.

– Nic więcej nie ma, brachu – zawołał drugi głos. – Bierzmy sprzęt i spływajmy, zanim przyjadą pały.

Carla wstrzymała oddech, a w myślach przebiegały jej słowa Ojcze nasz.

– Nie, mam ochotę się spuścić.

– Daj spokój, TT. Zabierajmy się stąd.

– Odwal się, Ben.

Ręka złapała Carlę za pośladek. Kobieta krzyknęła, ale, tak jak we śnie, z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.

– Nie! – Głos Kevina zagłuszył złowieszczy rechot, który zdawał się nie mieć końca.

– Spokojnie, stary, obsłużymy się tylko z panią. Nie bądź takim samolubem. No nie, brachu?

Carlę obudziło uczucie dotkliwego zimna. Od kafelkowej posadzki pod wycieraczką bił lodowaty chłód, przenikając jej skórę i mięśnie, aż do kości. Jej umysł zarejestrował tylko to proste doznanie – zimno. Poza tym trwał w odrętwieniu, jakby poraził go ostry strumień prądu i przepalił naturalne połączenia, zacierając wszelkie ślady myśli i kasując pamięć. Próbowała zakasłać, ale w gardle ugrzązł jej jakby pęk jesiennych liści.

Zezując w dół, zobaczyła cień swoich nabrzmiałych, popękanych ust. Przesunęła po nich językiem. Skrzepy suchej śliny i krwi zniekształciły ich miękkie kontury i wypełniły jej nozdrza obcym, paskudnym zapachem.

Jedna powieka uniosła się posłusznie. Druga ani drgnęła.

Coś po prawej stronie przykuło jej uwagę, ale głowa podążyła za tym dopiero z kilkusekundowym opóźnieniem. Poranne słońce iskrzyło się w odłamku stłuczonego szkła, rzucając na pokój tęczę światła.

Z mgły wyłonił się na moment gliniany dzbanuszek, po czym znowu zmętniał. Carla zmrużyła sprawne oko i przywróciła dzbanuszkowi ostrość. Koślawa, pękata skorupa z wyrytymi postaciami lwa, słonia i małpy. Wyglądała jakoś znajomo… Neurony w jej głowie rozpaczliwie szukały kontaktu, umysł próbował zaskoczyć i nagle spłynęło na nią pełne ulgi olśnienie! To miseczka, którą Jack zrobił na lekcji garncarstwa w trzeciej klasie. Jego pierwsze ceramiczne dzieło. Od ponad dziesięciu lat zajmowała poczesne miejsce w holu.

To pierwsze skojarzenie pomogło Carli wyrwać się z próżni i wyzwoliło łańcuch dalszych połączeń wiodących na powierzchnię świadomości. Nagły przebłysk powalił ją niczym cios. Osunęła głowę na podłogę, dygocząc na wspomnienie, które z porażającą jasnością usytuowało ją w miejscu i czasie.

Jej ciałem wstrząsnęły dreszcze bólu i przerażenia. Na spieczone usta spłynęły metaliczne łzy. Duży palec u nogi napiął się boleśnie, aż zaczął dygotać. Próbowała ponownie unieść głowę, lecz jaskrawe światło poranka, które, porzuciwszy zabawę w zrębach szklanego okrucha, rozlało się po całym pokoju, przygwoździło ją na powrót do podłogi.

– Kevin! Jack! – zachrypiała głosem jak z poszarpanej taśmy magnetofonowej. – Kev?

Przekręciła głowę w lewo. Funkcjonujące oko omiotło pokój i zatrzymało się na bezładnej plątaninie kończyn i ubrań. Kevin. Jego okaleczone ciało, zgięte pod kątem prostym, leżało nieruchomo pod ścianą.

– Kevin! Kev! Słyszysz mnie? Kevin!

Jej żałosny krzyk zanikł w martwej ciszy. Sprawne oko biegało gorączkowo naokoło w poszukiwaniu Jacka. Chociaż skąd miałby się tu wziąć? Był w garażu, kiedy… Uciekł i sprowadził pomoc. Z ulgą przełknęła ślinę.

Musiała dotrzeć do Kevina. Ale nie była w stanie się poruszyć. Nawet podeprzeć na łokciu. Nie mogła odnaleźć rąk. Gdzie one się podziały?

Dopiero po chwili zorientowała się, że dłonie ma tak silnie związane z tyłu, że straciła w nich czucie. Po kilku nieudanych próbach, odpychając się na plecach nogami, jakby płynęła żabką, zdołała nieporadnie przepełznąć w stronę pokoju. Mięśnie jej mdlały, a skóra szorujących po płytkach ramion piekła żywym ogniem.

Mniej więcej w połowie drogi jej ciało niespodziewanie zamarło i odmówiło dalszego posłuszeństwa.

– No dalej! – wrzasnęła Carla, wijąc się na podłodze jak świeżo wykopana dżdżownica. Kevin był tak blisko.

Niczym olimpijczyk na kilka metrów od mety wymusiła maksymalną koncentrację w każdej części ciała – nawet ból się w niej rozproszył, kiedy skupiła wszystkie siły i jednym ostatnim rzutem dopadła do męża.

Osunęła się na plecy Kevina i ukryła nos w jego koszuli przepojonej zapachem potu i strachu. Jakże uwielbiała przytulać się do niego w niedzielne poranki, tonąć w objęciach mocnych ramion i grzać się w jego cieple. Teraz ciało Kevina było zimne i nieruchome.

Z pokoju jakby uszło powietrze. Carla leżała przy mężu porażona tym nowym odkryciem, czując, jak ucieka z niej wszelka energia do życia.

Rozległo się nagłe pstryknięcie. Dalekie, ale wyraźne, a po nim z korytarza dobiegły tony Mozarta. Mozarta? Muzyka nasilała się coraz bardziej, aż całkowicie wypełniła wnętrze.

Ciężko dysząc, bezradna i zagubiona Carla poddała się łagodnym dźwiękom melodii, które stopniowo pochłonęły uczucie trwogi i wyzwoliły mieszankę wszystkich innych emocji, a wtedy z głębi jej wnętrza, z miejsca, którego dotąd nie znała, wydobył się rozpaczliwy skowyt.

Cztery świdrujące piknięcia przywróciły ją do rzeczywistości. „Pik. Pik. Pik. Piiiiiik. Dzień dobry. Wtorek, dwudziesty marca, minęła godzina piąta. Czas na wiadomości”. Budzik radiowy!

Dopiero kiedy płacz ucichł, oddech się wyrównał, a gulgot przestał huczeć jej w uszach, zauważyła coś w piersi Kevina. Ruch był tak delikatny, że prawie niedostrzegalny. Musiała całkowicie zastygnąć, żeby go uchwycić. Ale tak, ponad wszelką wątpliwość… Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała, w miarę jak serce tłoczyło powietrze do płuc.

Rozdział 3

Rozdzial_03

Ben

Zatrzymali się na opustoszałej stacji benzynowej. Mimo że od miejsca napadu dzieliła ich już ponad godzina drogi, Benowi serce nadal tłukło się w piersi, a w głowie wirowała spirala strachu i rozmaitych twarzy. Wszystko się w nim kotłowało: ekscytacja, napięcie, obrzydzenie. Miał wrażenie, że występuje w szalonej grze komputerowej.

Przez szybę sklepu widać było samotnego sprzedawcę za ladą. Facet miał na sobie przepisowy ubiór, a głowę otulał mu zwój białej tkaniny.

– Widzisz tego kolesia w turbanie? – powiedział Ben do Tate’a, który zanurkował pod kierownicę, szukając wajchy do otwarcia baku. – To sikh.

Tate zgrzytnął zębami w odpowiedzi. Dźwięk ten – podobnie jak pisk kredy o tablicę – przyprawił Bena o ciarki za uszami.

– Skołuję jakieś ciastka – mruknął Tate. – Jestem wściekle głodny.

Teraz, kiedy Tate o tym wspomniał, Ben też poczuł, że chce mu się jeść.

Tate wysiadł, nie gasząc silnika w toyocie, którą zwędzili z parkingu przed salonem dealera w Albany, porzucając auto, którym uciekli z farmy. Kończyło się w nim paliwo.

Ben pokręcił gałką radiową, skacząc po częstotliwościach, aż trafił na coś znajomego. Snap Yo Fingers. Pokiwał głową w rytm muzyki i zaczął ogryzać paznokcie. Zaraz potem zobaczył, jak Tate w kapturze na głowie i z napakowanymi kieszeniami biegnie z powrotem przez podjazd.

– Rura! – krzyknął, wskakując do samochodu.

Czyli nie zapłacił.

Wystartowali gwałtownie, aż wnętrze auta wypełnił smród palonej gumy.

– Odbiło ci, stary? – burknął Ben, obserwując w lusterku, jak sikh rzuca się do telefonu. – Właśnie straciliśmy całą przewagę w czasie.

Tate docisnął gaz i toyota zwiększyła prędkość – sto czterdzieści, sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę.

– Szkoda, że nie widziałeś miny tego frajera, kiedy wychodziłem – powiedział Tate z rozbawieniem. – Gość do mnie: „Przepraszam, zapomniał pan zapłacić”. – Obaj parsknęli śmiechem.

Nagle Tate zawrócił samochód z piskiem opon i pomknął w przeciwnym kierunku.

– Co ty…? – Ben miał dość niespodzianek. Tej nocy zdarzyło się już znacznie więcej, niż początkowo zakładał.

– Wyluzuj, brachu – rzekł Tate, skręcając ostro na parking na tyłach biblioteki publicznej. – Posiedzimy tu trochę, aż psy przestaną węszyć.

I tak właśnie zrobili, pałaszując ciastka, popijając colę i paląc jointy.

Tate się kompletnie zaczadził. Przez dwa dni przed ich wielkim skokiem jarał non stop, nic więc dziwnego, że zioło i alkohol w końcu zrobiły swoje i odpadł, z długim, chudym tułowiem uwieszonym na kierownicy.

Za to Ben się trzymał. Nie palił cracku, a na marihuanę też reagował inaczej niż pozostali. Jasne, przytępiała mu umysł, ale nigdy nie robił się śpiący – raczej łagodnie odprężony, jakby powietrze uchodziło z niego na nieprzerwanym wydechu. Wszystko też stawało się superintensywne i wyraziste, jakby jego mózg włożył okulary albo ktoś nagle wpuścił światło w każdy najdalszy kąt jego umysłu.

Pierwszego jointa zapalił w wieku dwunastu lat. W domu trwała impreza i hałas nie dawał mu zasnąć. W drodze do łazienki natknął się na kobietę w szpiczastych kowbojkach, fioletowym ponczo i złotym farmerskim kapeluszu.

– Chcesz się sztachnąć, mały? – zapytała, wyciągając ku niemu skręta.

Chciał. I w jednej chwili wszystkie zmory w jego głowie zwiędły jak chwasty po spryskaniu roundupem. Kilka buchów zioła było lepsze od terapii rodzinnej i zdecydowanie łatwiejsze niż ucieczka z domu. Wpadł od pierwszego blanta. Przyjemność nie należała do najtańszych, lecz i tak zawsze dzielił się wszystkim, co miał, z Lily. Jego siostra potrzebowała tego bardziej niż on.

Raz, kiedy jeden z lowelasów mamy – Ben nie pamiętał który – ostro ją sponiewierał i leżała na podłodze w sypialni jak poobijany grejpfrut, Ben zaproponował jej macha. Chociaż ledwie żywa, nie omieszkała opieprzyć go za jaranie. Zaserwowała mu bełkotliwą gadkę pełną moralizatorskich dyrdymałów, po czym wzięła od niego jointa i wypaliła całą resztę sama. Na koniec wylądowali razem na podłodze pod ścianą, zanosząc się od śmiechu, mimo że mama miała paskudnie rozciętą wargę i rozkwaszony nos.

Tate chrapał donośnie. Ben zerknął na niego z boku. Czerwona plama na dżinsach towarzysza pociemniała i zmieniła się w czarny kleks. Ben odchylił oparcie siedzenia do samego poziomu. Podniósł oczy na sufit i prześledził wzrokiem linię grubego spojenia tapicerki, które znikało za osłonami od słońca, wyłaniało się z drugiej strony i biegło wzdłuż przedniej szyby, by na koniec zatoczyć pętlę wokół lusterka wstecznego. Z jakiegoś powodu nie mógł przestać myśleć o tym sikhu ze stacji. Ciekawe, że akurat o nim, po tym wszystkim, co przeżył tej nocy. Ale facet przypomniał mu jednego z dawnych nauczycieli, pana Singha. Gdyby wszyscy byli tacy jak on, Ben nie rzuciłby szkoły. Wysoki gość – ponad metr osiemdziesiąt wzrostu – z czarną, wełnistą brodą, ciemnymi oczami i kremowym turbanem na głowie. Ben uśmiechnął się na wspomnienie skarpetek pana Singha. Matematyk dzień w dzień nosił jedno i to samo ubranie: brązowy garnitur, beżowy krawat, brązowe, sznurowane półbuty i soczyście zielone skarpetki.

Podobno zanim został nauczycielem, Singh pracował w sądzie. Widać było, że nie uczył od zawsze. Nie miał tak wypalonego spojrzenia jak inni. Jego twarz tryskała świeżością, niczym dojrzały arbuz. I zawsze sprawiał wrażenie, jakby lubił się z nimi spotykać.

Kiedyś Singh przyłapał Bena na bezmyślnym gryzmoleniu w czasie, gdy powinien rozwiązywać zadanie. Podniósł rysunek i przyglądał mu się niemiłosiernie długo, po czym pokazał klasie.

– Masz talent, Benie Toroa – stwierdził swoim dudniącym barytonem.

Do końca dnia Ben chodził dumny jak paw, mimo że dostał odsiadkę po lekcjach. I przez pewien czas potem pragnął zostać sikhem, chociaż nie był pewien, czy mógłby przekonać się do noszenia turbanu.

„Przeklinanie daje nieukom poczucie elokwencji”, zadzwoniło mu w uszach jedno z ulubionych powiedzonek Singha. Potarł głowę ze złością.

– Chuj z tobą! – bluzgnął, a jego głos odbił się po aucie. Tate drgnął.

Wtedy Ben usłyszał wycie syren. Zniżył się na fotelu, oddychając szybko. Dźwięk przybierał na sile coraz bardziej, po czym zaczął zamierać.

– Ej, TT. Obudź się, stary – syknął, potrząsając kolegą.

Tate otworzył oczy – dwie mlecznobiałe, połyskliwe kulki poprzecinane pajęczyną czerwonych żyłek.

– Pora się zwijać.

Stwierdzili, że zostawią samochód i zadzwonili do George’a, który przyjechał po nich ukradzionym nissanem. Najpierw zafundowali sobie we trzech przejażdżkę po Harbour Bridge, a następnie zawrócili do Glenfield w chwili, gdy czerń nieba nad horyzontem zaczęła powoli topnieć w nadchodzącym brzasku.

W głębi

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Użyczenia

S. Hunt, Winter Solstice Song, w: JAAM 21 Greatest Hits: An Anthology of Writing 1984–2004, red. M. Pirie, M. O’Leary, JAAM we współpracy z HeadworX Publishers i ESAW, Wellington 2004.

Z wyrazami wdzięczności dla Sama Hunta za to, że zgodził się na zamieszczenie swojego wiersza w mojej książce.

P. Grace, Butterflies, w: In Electric City and Other Stories, Penguin, Nowa Zelandia 1987.

Z wyrazami wdzięczności dla Patricii Grace za to, że pozwoliła mi wykorzystać fragment swojego opowiadania w mojej książce.

Materiały źródłowe

Serdeczne podziękowania dla poniższych osób, których twórczość przybliżyła mi świat moich bohaterów.

A. Anderson, J. Binney, A. Harris, Tangata Whenua. An Illustrated History, Bridget Williams Books, Nowa Zelandia 2015.

T. Capote, In Cold Blood, Penguin Classics, Wielka Brytania 2000.

G. Compain, Streetwise Parenting, HarperCollins, Nowa Zelandia 2008.

A. Duff, Once Were Warriors, Vintage, Random House, Nowa Zelandia 2004.

W. Ihimaera, Māori Boy, Random House, Nowa Zelandia 2014.

M. King, The Penguin History of New Zealand, Penguin Books, Nowa Zelandia 2003.

C. Lashlie, He’ll Be OK: Growing Gorgeous Boys into Good Men, HarperCollins, Nowa Zelandia 2005.

C. Lashlie, The Journey to Prison: Who Goes and Why, wyd. 2 zm., HarperCollins, Nowa Zelandia 2003.

N. Latta, Into The Darklands and Beyond: Unveiling The Predators Among Us, HarperCollins, Nowa Zelandia 2007.

J. Picoult, Change of Heart, Allen & Unwin, Australia 2008.

O. Scott, Deep Beyond The Reef: A True Story of Madness and Murder in the South Pacific, Penguin Books, Nowa Zelandia 2004.

T. Isaac, B. Haami, True Red: The life of an ex-Mongrel Mob Gang Leader, True Red, Nowa Zelandia 2007.

I. Wishart, Breaking Silence: The Kahui Case, Howling At The Moon, Nowa Zelandia 2011.

K. Hill, Male Violence [audycja radiowa z udziałem J. J. Josepha i C. Lashlie], RNZ [wyemitowano: 16.08.2008].

L. Freeman [audycja radiowa z udziałem I. Marsha], RNZ [wyemitowano: 18.05.2008].

The Outsiders [reportaż], reż. Reuben Pillsbury, prod. Cass Avery, Greenstone Pictures.com, TVNZ 2009.

Inside New Zealand: The Gangs, cz. 1 [reportaż], reż. i prod. L. Clarke, Top Shelf Productions Ltd, TV 3 [wyemitowano: 19.06.2008].

Inside New Zealand: First Time in Prison [reportaż], reż. Te Arepa Kahi, prod. John Keir, Ponsonby Productions Ltd, TV 3 [wyemitowano: 14.08.2008].