Ósme ciało - Monika Powalisz

Ósme ciało

0,0

„Ósme ciało” Moniki Powalisz to nowoczesna powieść kryminalna, łącząca wątki sensacyjne z obyczajowymi, tło społeczne z wrażliwością na głos przyrody, wreszcie historię miłości spóźnionej z niebezpieczeństwem gry uczuciami. Szokujące zbrodnie nie dają się wyjaśnić racjonalnie, dopóki będziemy myśleć tak jak zawsze i tak jak wszyscy.

Las i ludzie strzegą swoich tajemnic i oddadzą je tylko temu, kto sam nie jest bez winy, kto potrafi cierpieć i wybaczać.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Wydawca
Joanna Laprus-Mikulska

Redaktor prowadzący
Tomasz Jendryczko

Redakcja
Ludwik Janion

Korekta
Katarzyna Bielawska-Drzewek
Mirosława Kostrzyńska

Copyright © by Monika Powalisz, 2018,
by arrangement with Agencja Literacka Syndykat Autorów
Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2018

Mapa na II i IV stronie okładki dzięki uprzejmości Nadleśnictwa Kolumna

Wydawnictwo Świat Książki
02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2018

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie
Laguna

Dystrybucja
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o.
05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91
e-mail: hurt@olesiejuk.pl, tel. 22 733 50 10
www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-813-9208-2

Skład wersji elektronicznej
pan@drewnianyrower.com

 

 

Głupiec nie widzi tego samego drzewa, co mędrzec.

William Blake

 

 

Moim rodzicom

Spis treści
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
ROZDZIAŁ I. Godzina ptaków
ROZDZIAŁ II. Aurora
ROZDZIAŁ III. Beatrycze
ROZDZIAŁ IV. Pierwsze ciało
ROZDZIAŁ V. Ptak nocy
ROZDZIAŁ VI. Bielojad olbrzymi
ROZDZIAŁ VII. Obce ciało
ROZDZIAŁ VIII. Cięgiedź
ROZDZIAŁ IX. Czerwony las
ROZDZIAŁ X. Ostateczne połączenie
Okładka

 

ROZDZIAŁ I
Godzina ptaków

Rok 2001

I

To musiała być trzecia nad ranem. Było jeszcze ciemno, ale gdzieś z oddali leśniczy Olko usłyszał trzeszczącą wśród podwórkowych świerków zwrotkę szarego kopciuszka, który zapowiadał godzinę ptaków. Nie musiał patrzeć na zegarek. Dziesięć minut później odezwał się rudzik, chwilę potem powietrze przeszył gwizd kosa. Olko westchnął i spojrzał w ciemny kwadrat okna. Przebudził się nagle z dość nieprzyjemnego snu, w którym łowił karasie, brodząc po pas w mętnej wodzie leśnego stawu. Jego stopy zapadały się w gęstym mule, a kiedy wyciągał ręce z wody widział na nich gęste rzędy drobnych pijawek. Odruchowo podniósł ręce w ciemności i wtedy przez śpiew rudzika przebiło się ujadanie jego psa Joyce’a, który jak każdy pies inaczej szczekał na ludzi, a inaczej na zwierzęta. Olko wiedział, że nadchodzi człowiek, zanim usłyszał dźwięk natarczywie naciskanego dzwonka. Coś wcześnie – zdążył pomyśleć i zwlekł się z łóżka.

Ten dzwonek wcale go nie zdziwił, bo podczas tylu lat spędzonych w leśniczówce przyzwyczaił się, że ludzie dzwonią o różnych porach i w bardzo różnych sprawach. W samych majtkach poczłapał w kierunku drzwi do kancelarii – służbowego kantorka, w którym przyjmował wszystkich interesantów.

– Kto tam? – zapytał. Po drugiej stronie usłyszał przestraszony głos:

– Panie Olko! Panie Olko! – Rozpoznał głos swojego zrywkarza, Mareckiego.

Kiedy otworzył, Marecki niczym przestraszony zając wpadł do środka. Był dziwnie skulony, zataczał się i jednocześnie obejmował ramionami, jakby sam siebie chciał mocno przytulić.

– Tam, tam! – zapiszczał Marecki, wskazując palcem ciemną ścianę lasu, którą było widać przez uchylone drzwi.

– Co, tam? – zapytał przytomnie Olko.

– Tragedia, panie leśniczy, tragedia! Niech się pan ubiera, tam! – Zrywkarz podbiegł do drzwi, potem podbiegł do leśniczego i zawisł na nim jak mały chłopiec, który boi się ciemnego pokoju. Olko złapał go mocno za ręce, potrząsnął parę razy i puścił. Marecki opadł na podłogę kancelarii i zastygł w nienaturalnym półprzysiadzie. Olko westchnął.

– Wie pan, która godzina?

Dopiero teraz poczuł zapach alkoholu i potu, który powoli wypełniał ciasną przestrzeń.

– Niech pan wstanie, panie Marecki. Herbaty pan chce?

Marecki spojrzał na niego z ukosa, zawstydzony, jakby dopiero teraz się ocknął i zaczął myśleć, chociaż myśl nie nadążała za słowami i zrywkarz wylał z siebie bezładny monolog:

– Panie Olko, szedłem, wracałem, wracałem od Biedrzyka, rower tam został. Zupełnie nie zauważyłem. Potknąłem się… No to biegiem, biegiem, rzuciłem rowerem. Ona tam jest, ona, ona! Na drzewie wisi!

– Niech pan tu poczeka – powiedział Olko i poszedł się ubrać.

Kilka minut później podjechał pod furtkę kancelarii służbowym maluchem, który służył mu za samochód terenowy i niemal siłą wepchnął Mareckiego do wnętrza. Zrywkarz zamiast usiąść obok niego, wpakował się niezdarnie na tylne siedzenie i przywarł do szarej tapicerki, jakby chciał stać się na jej tle zupełnie niewidoczny.

– Gdzie jedziemy, panie Marecki? – Olko odwrócił się w jego stronę. – Panie Marecki! – krzyknął, bo zrywkarz nie reagował.

– No Dłutowską, w sto dwadzieścia jeden – zapiszczał Marecki, jakby o tej porze w Lesie Rydzyńskim istniała tylko ta jedna droga i ten jeden oddział.

Olko przekręcił kluczyk, maluch wydał przeciągły dźwięk duszącej się maszyny, ale po chwili wnętrze zatrzęsło się i zadrgało od pracującego silnika. Ruszyli w noc.

II

Olko znał swój las na pamięć i czasami zastanawiał się, czy gdyby stracił wzrok, mógłby się w nim w ogóle zgubić. Było to mało prawdopodobne, bo widział las tak wyraźnie, jak linie papilarne na swoich dłoniach: z zamkniętymi oczami przy każdej części lasu wyświetlały mu się w głowie kolejne numery: dziewięćdziesiąt sześć, sto jedenaście, sto trzydzieści trzy, a każdy z nich oznaczał coś zupełnie innego.

*

Na każdy las rzucona jest niewidzialna siatka o regularnych okach, tworzonych przez pionowe linie wyznaczające kolejne oddziały. Każdy fragment lasu ma przypisany numer, każdy zaznaczony jest małym, granitowym słupkiem, na którym z czterech stron, niczym na twarzy Światowida, zapisuje się kolejne numery. Ten, kto wie, ten kto zna swój las na pamięć i rozumie system, na pewno się nie zgubi.

Gdyby leśniczy Olko był kiedykolwiek w Nowym Jorku, na Manhattanie na pewno dostrzegłby znajomo brzmiącą, numerologiczną zbieżność i szybko odkrył, że na teren, na którym wyrosło miasto, rzucono kiedyś podobną siatkę. Ale Olko w Nowym Jorku nigdy nie był i znał tylko linie oddziałowe we własnym lesie, których nie można było pomylić przecież z jakąś Ósmą albo Czternastą Avenue.

W połowie Drogi Dłutowskiej, zaledwie po dwóch kilometrach maluch zaczął dziwnie popierdywać, i kiedy Olko wymijał jedną z licznych dziur, które też znał na pamięć, bo drogi nie wyrównywano od dobrych kilku lat, zgasł zupełnie. Marecki jęknął i wychylił głowę, myśląc, że dojechali do celu. Olko walnął rękoma w kierownicę, wysyczał pod nosem przeciągle: Kuuurwa, spojrzał przed siebie i wtedy przypomniał sobie, że w piątek miał dolać z kanistra resztkę benzyny, ale nie zrobił tego. Wysiadł z samochodu i zajrzał dla pewności pod klapę bagażnika, ale kanistra tam nie było. Leśniczy splunął w ciemność i otworzył drzwi od strony pasażera.

– Dalej idziemy pieszo, panie Marecki.

Zrywkarz się nie poruszył. Olko prawie siłą musiał go wyciągnąć z wnętrza samochodu. Nie czekając, aż zrywkarz stanie prosto, ruszył przed siebie.

Marecki dreptał za nim jak skazaniec. Gdzieś nad nimi wisiał pierwiosnek, którego głos wybijał się na tle innych ptasich śpiewów. Noc jeszcze mocno trzymała las w objęciach czarnej sepii.

Godzina ptaków to najpiękniejsza godzina dnia, potem wszystko staje się jasne, a ptaki milkną – pomyślał Olko, który dawno tak wcześnie we własnym lesie nie był.

Zatrzymał się, spojrzał na majestatyczne buki i wyciągnął paczkę papierosów. Podsunął pod nos Mareckiemu, ale ten się tylko wzdrygnął.

– Co pan się tak trzęsie, panie Marecki? – Olko wiedział doskonale, że Marecki popija, że czasami podkrada drewno; wiedział od jego żony, że potrafi zniknąć u Biedrzyka na kilka dni, że pieniądze się go nie trzymają, i że Marecki przegapił ten moment, kiedy konia zastępowało się w lesie ciągnikiem.

Papieros mu nie smakował. Miał metaliczny posmak poranka i Olko szybko przydusił go w mokrej trawie. Postawił stopę na spróchniałym pieńku.

– Jest pan pewien, panie Marecki, że to było w sto dwadzieścia jeden? – rzucił w stronę zrywkarza, a Marecki przytaknął. Szli, a dziwny rodzaj napięcia nie schodził z ciała Mareckiego: im bliżej byli sto dwadzieścia jeden, tym Marecki szedł wolniej, a kiedy stanęli przy słupku oddziałowym, zrywkarz zaparł się jak jego własny koń, Benek, kiedy ma wyciągnąć na dukt zbyt ciężką kłodę.

Olko spojrzał na pracownika, którego nieogolona twarz była spuchnięta od alkoholu, i której rysy ów alkohol już dawno rozpuścił, deformując owal do kształtu potężnego ziemniaka. Bladym świtem twarz Mareckiego mieniła się wszystkimi odcieniami szarości wpadającej w posiniałe odcienie seledynu: przedwcześnie postarzała, zmitrężała fizycznym wysiłkiem, tępa, ale dziwnie zawzięta; teraz wyrażała rodzaj lęku, którego Olko nigdy wcześniej na tej twarzy nie widział.

– Panie Marecki, niech mi pan powie, co pan, do chuja pana, robił po nocy w sto dwadzieścia jeden?

Marecki skurczył się w sobie i zaczął myśleć, bo sam dokładnie nie wiedział, jak to się stało, że w środku nocy znalazł się właśnie tam.

– No… – stęknął. – No, bo żem szedł od Biedrzyka. Sporo popilim, bo akurat wczoraj bimber przepędzał, nie powiem, dobry mu wyszedł całkiem, na koniec na rower wsiadłem i pojechałem.

– Czyżemską?

– No, Czyżemską Drogą, a jaką od Biedrzyka wraca się? – odpowiedział Marecki w przypływie logicznego myślenia.

– No, to ja się pytam, panie Marecki, bo równie dobrze, w takim stanie mógł pan w drugą stronę pojechać, aż do Pawłowskiej Dróżki, na Hutę, a na upartego do Bełchatowa pod samą kopalnię zajechać.

Marecki nie wyczuł ironii, przestraszył się jeszcze bardziej i spojrzał na Olkę w cudownym olśnieniu.

– Panie leśniczy? Pan myśli, że ja zrobiłem coś złego? Że ja niby tę onę tak mogłem? – Marecki wzdrygnął się i przeżegnał. – Boże przebacz, panie leśniczy, ja tylko starą czasami szturchnę, żadnego innego stworzenia na świecie palcem nie tknąłem! – Marecki uderzył w rzewny ton skruszonego pijaka.

– Panie Marecki, ja się tylko pytam gdzie pan trafił, a nie co pan robił. – Olko zaczynał się niecierpliwić.

– No jechałem, jechałem rowerem, bez świateł, jak zawsze, aż jakoś tak, zamiast na Guzendowy Dukt trafić, droga zrobiła się jakby węższa, ale po nocy nie widziałem tego, no a potem, no co tu kryć? Z roweru zsiadłem, bo skołowany już byłem i szedłem dalej, a potem, potem jakoś tak skręciłem, rzuciłem rower obok siebie i położyłem się we wgłębieniu i przysnąłem, a potem… – Marecki złapał w płuca powietrze i zakasłał.

Olko nie chciał go już dłużej męczyć, bo zrywkarz i tak był już znużony znużeniem człowieka na wiecznym kacu, który po nieprzespanej nocy znalazł w lesie „oną”.

– Dobrze, panie Marecki, ostatnie pytanie: trafi pan tam? Bo nie wiem, czy iść w stronę grobli, czy w stronę zarośniętego stawu?

Marecki podrapał się po głowie, jakby ten gest o wpół do czwartej rano miał mu pomóc w udzieleniu odpowiedzi.

– Ciemno było. – Rozłożył ręce i Olko już wiedział, że następną godzinę spędzi na błądzeniu w miejscu, w którym nikt nie chciałby się nigdy zgubić.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.