Osiołkiem - Andrzej Stasiuk

Osiołkiem

0,0

Ukraina,  Rosja,  Azja.  Narrator  napotyka  ludzi,  duchy  i  policjantów.  Ale  przede  wszystkim  opowiada  o  swojej  miłości  do  samochodów.  Snuje  sowizdrzalską  elegię  na  odejście  silnika  spalinowego.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Andrzej Stasiuk

Osiołkiem

Wydawnictwo Czarne 2016

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Kolofon

Jechali my na chuj, na chuj na maszynie.

Siergiej Sznurow

Śnieg z deszczem idą od północy. Chwilami robi się całkiem biało. Przyjechałem wieczorem od pana Mirka, a rano odruchowo patrzę pod przód i widzę, że coś nakapało. Prawa strona dyfra usrana, półośka usrana, przegub też. Olej poszedł. Dzwonię i mówię, co jest, a pan Mirek, że stary simering dobrze wyglądał, to go założył. Pytam, czy to półośka nie wyskoczyła, bo jednak po nowych amortyzatorach, sprężynach i oponach w zawieszeniu zaszły spore zmiany. Mówi, że nie, nie powinna, ale pewność w głosie ma trochę niepewną.

No bo zaszły. Sztywne się zrobiło, pięknie trzyma na zakrętach, chociaż buda poszła w górę z siedem centymetrów. Szkoda, że nówki ateki to zasłaniają, bo amory żółte, a sprężyny turkus. W każdym razie pięknie to wszystko wchodzi w zakręty i wychodzi, i trzyma się jak przyklejone. Jak ja w ogóle przejechałem i przeżyłem te wszystkie kilometry na oryginalnym zawiasie, to jest tajemnica. Dwanaście lat i prawie trzysta tysięcy. Byłem po czterdziestce, jak kupowałem. Teraz jestem po pięćdziesiątce i wciąż się jeszcze trzyma. Coś tam się raz i drugi wysypało, jakiś przegub, jakiś krzyżak, ale tak to tylko zmieniałem olej, żarówki i opony. Trzysta tysięcy. Czarnohora, Bałkany, Albania zimą, Albania latem. Po ojczyźnie świątek – piątek, bo kupiłem, jak benza była w miarę tania i dopiero potem do codziennych jazd i dalszych tras trzeba się było przesiąść na szybkiego diesla z umiarkowanym apetytem. No ale zielony osiołek został, bo jak tu się pozbyć wiernego mechanicznego bydlęcia, które nigdy nie zawiodło? Nie można. Więc trochę wczasował, trochę robił w polu, drewno woził: jak się siedzenia złożyło, to i ćwierć metra bukowych metrówek weszło, i się drapał przez najgorsze wertepy: jedynka, reduktor i smyrał z dobrze dociążonym dupskiem pod najwyższą górę, traktorek zielony. No i tak w obrębie gminy, najdalej powiatu się wypuszczaliśmy. Ekonomia wszystko zabije. Ził-130 ze swoim V8 palił minimum czterdzieści litrów na setkę. Minimum. To była fantazja. Pamiętacie ten lwi gulgot sześciolitrowego silnika? No ale koniec końców taka fantazja zabiła też komunizm. Minimum czterdzieści litrów, dwa zbiorniki po sto siedemdziesiąt, razem trzysta czterdzieści. Dzisiaj te cacka z cienkiej blaszki przejechałyby na tym na Gibraltar i z powrotem. Dwa razy do Stambułu i nazad. Ale czy to nie jest droga donikąd? Kiedyś miałem rumuńskie aro z silnikiem od uaza. Rumun to były straszliwe paści, zasadzka i technologiczny pogrom, ale uazowski silnik to był uazowski silnik. Padła pompa paliwowa – proszę bardzo: trzy śruby, chyba trzynastki, śrubokręt, pyk, pyk, pyk, już widać mem­branę, już zaworki i wszystko jak na dłoni. Z gaźnikiem to samo: śrubokręcik, ostrożnie, żeby tych mosiężnych dupereli nie pogubić, na jakiś papierek czy na coś, przedmuchać, złożyć i wio! Z zapłonem też: śrubka, trochę do przodu albo do tyłu, dokręcić i jazda. Albo od nowa do skutku. Wolność. Zrobisz albo nie zrobisz, ale wolność. A dzisiaj? Podnosisz maskę, patrzysz jak szpak i dzwonisz po lawetę. Albo od razu dzwonisz, bo na co tu patrzeć? Na kawał plastiku, na dekiel z logo światowego koncernu? Tak.

No a w zimę za pogotowie służył. Jak się ktoś gdzieś zakopał, to zawsze było czym wyciągnąć. Przez całe życie ze dwa razy nie zapalił – przy minus trzydziestu. Ale wystarczyło zaczekać, aż słońce się podniesie, i przy minus dwudziestu pięciu nie było kłopotu. Co benzyna, to benzyna. Dzielny jak skuter śnieżny, jak sanie moto­rowe. Z łańcuchami na tylnych kołach szedł jak poduszkowiec. Jak się wieszał na brzuchu, to trzeba było podkopać, trochę do tyłu, rozpęd, dwadzieścia metrów, łopata, znowu to samo i w półtorej godziny przebijał się przez kilometr metrowych zasp. Osiołek.

Więc po tych wszystkich latach w gminie i powiecie pomyślałem: Pojedziemy sobie. Dlatego pan Mirek założył żółte amory i turkusowe sprężyny. Wymienił rozrząd, filtry, świece, końcówki drążków i co tam jeszcze. Włożyliśmy nowy, ciut większy akumulator. No i ateki. Porządna, gruba kocha z centymetrowym bieżnikiem. Ze cztery centymetry wyższe niż oryginały. Nieco papuśny przód furki od razu nabrał wyglądu. Agresji nabrał, jak to się współcześnie mówi. Tylko tatuaży mu brakowało. Ale ten usrany olejem przegub… Od razu z rana pojechałem i zostawiłem panu Mirkowi. Pan Mirek jest w porządku, bo dużo mówi o tym, co robi. Dzieli się wiedzą. Jest tak, tak, tak i robimy to, to i to. A nie tajemnicza mina jak u niektórych szamanów układu smarowania. Nie znam się specjalnie na autach, zwłaszcza na tych nowych silnikach, gdzie pod maskę trudno rękę wcisnąć. Nigdy przy nich nie dłubałem, bo albo się po prostu nie psuły, albo zwyczajnie nie potrafiłem. Jestem z epoki uaza i polskiego fiata, z epoki gaźnikowych cztero­cylindrowców z aparatem zapłonowym.

No i pan Mirek, że to, że tamto, że trzeba tak i owak. Byłem mu wdzięczny, ale zaraz zapominałem. Myślałem po cichu: Na pewno się nie zepsuje. Trzeba w to wierzyć, bo inaczej w ogóle nie pojadę.

Wieczorem zadzwoniłem. To rzeczywiście był simering. Duperel znaczy. Można było nowy, ale stara szkoła kazała oszczędzać. A, jeszcze będzie, jeszcze wytrzyma. Stara szkoła czasów niedoboru. Kiedyś mieliśmy wołgę. Prawdziwą wołgę GAZ-24 w kolorze buraczkowym. Szpachla odłaziła płatami. Wcisnął nam ją znajomy. Za trzyletniego malucha. Byłem idiotą, kompletnie nie znałem się na autach. Miała ze dwadzieścia lat. Ten znajomy jeszcze żyje i wciąż ma dobre samopoczucie. Od błotników odlatywała ta szpachla, od drzwi. Piękne auto. Prowadziło się jak wersalkę. Płynęło. Póki silnik nie zaczął stukać jak najstarszy diesel. Rozebraliśmy z kolegami: poszła panewka na pierwszej korbie. Zawlekliśmy wołgę do warsztatu. To była lodowata buda z cementową podłogą. Zaczynał się grudzień. Na betonie leżały całe stosy korbowodów, tłoków i panewek. Dziesiątki, setki części na kupie. Wszystko używane, rozbiórkowe, szrot sowiecko-polskiego złomu.

– Do Żyda czy dla siebie? – zapytał mechanik. – Bo jak do Żyda, to się da folię aluminiową i dwa tygodnie pojeździ.

– Jaką folię? – zapytałem.

– Zwyczajną, taką od czekolady. Składasz pan parę razy, zawijasz na korbę, dajesz pan panewkę i dwa tygodnie pojeździ. No, może tydzień.

Powiedziałem, że jednak dla siebie, i wtedy popatrzył na mnie jak na idiotę, westchnął i zaczął grzebać w stosie panewek. Mamrotał:

– To żukowskie, to fiat, to chuj wie co, to chyba cyganka, znaczy się dacia, o, jest. Ale chycona.

Przerzucał dalej brzękliwy złom i czasem zerkał na mnie znad okularów. Nikt już wtedy nie jeździł wołgą. Przecież to żarło minimum piętnaście. Kiedyś na stacji nalali nam bez pytania ropy, bo jak już ktoś coś takiego miał, to wkładał jakiś wysokoprężny ze starego merca. Trzeba było spuszczać. No ale w końcu spośród tysiąca sztuk wybrał „niechyconą”, założyliśmy, korbowód, miska, zalaliśmy olej i odpaliło. Jeszcze ze dwa lata jeździła, nim zaciągnęli ją na sztywnym holu do Drohobycza.

Tak więc tylko simering. Nie chciałem pana Mirka denerwować i już nie pytałem, czy jak ten prawy założył nowy, to i lewy też. Pan Mirek jak ja był dzieckiem czasów niedoboru. Jedna sztuka kosztuje ze czterdzieści złotych. Cieszyłem się, że to już prawie koniec z mechaniką. Jeszcze tylko skrzynia, bo piątka gwiżdże jak hamujący tramwaj.

Skończyłem pięćdziesiątkę i postanowiłem, że jadę. Nie było na co czekać. Później nie będzie mi się chciało, pomyślałem. Teraz też mi się właściwie nie chciało. Nie lubię wyjeżdżać. Nie lubię tych wszystkich przygotowań, tej gonitwy, tego uczucia, że się czegoś zapomniało, wypełniania formularzy wizowych, robienia sobie zdjęć, wciskania się w te rubryczki, w których nigdy się nic nie mieści. Nazwisko się nie mieści, adresy się nie mieszczą, wyłazi ci to na bok i od razu czujesz się jak przestępca. W ogóle się czujesz jak przestępca. Jakbyś się chciał zakraść, wjechać na lewo, coś im tam ukraść, wynieść z tych ich krajów, do których nie jeździ nikt poza kierowcami tirów, księżmi i paroma plecakowcami. Czujesz się, jakby ci robili łaskę, że cię w ogóle wpuszczą na te swoje bezludzia porośnięte krzakami i zasypane piachem. Rosyjska dwukrotna, kazachska dwukrotna. Jakieś vouchery, jakieś ubezpieczenia, jakieś biura z kosmosu, które za ciężką kasę wystawiają ci lipne zaproszenia. Kiedyś próbowałem się w rosyjskim konsulacie dowiedzieć, jak się załatwia wizę. Nie rozumieli po polsku. Po rosyjsku zresztą też nie. Odkładali słuchawkę.

W bramie za konsulatem było biuro pośrednictwa. Przy biurku siedział zadowolony z siebie tłusty koleś. Zapytałem, czy nie można po prostu. Zrobił minę i powiedział:

– A co my byśmy wtedy robili?

Założę się, że mieli tajne przejście w ścianie, żeby nawet na ulicę nie wychodzić. Ale dziewczyna w konsularnym okienku była ładna, delikatna i miła. Poprosiła, żebym przyszedł za tydzień. I rzeczywiście wiza była. I nawet badań na HIV nie musiałem robić. Bo przy wielo­krotnej to już trzeba.

Tak więc nie lubię, bo wydaje mi się, że nie zdążę. Że jak z jednym się wyrobię, to mi zabraknie czasu na następne. Kazachską można było kiedyś załatwić przez biuro. Wysyłało się paszport, kwit, fotę, kasę i za dwa tygodnie paszport przychodził z elegancką wklejką. Ale było, minęło. Teraz trzeba osobiście, żeby cię obejrzeli. No to pojechałem. Na siódmą, żeby zająć kolejkę. Lało. Stanąłem pod daszkiem. Uliczka była cicha, wille, limuzyny. Od razu widać, że krajowi się powodzi. Bo na przykład mongolska ambasada to jest w jakimś bloku na Mokotowie. Byłem tam kiedyś, wjechałem windą, stukam, słychać jeden zamek, drugi, łańcuch, w końcu drzwi się otwierają, staje w nich niewielki Mongoł, mówię, że chcę wizę, a on mówi: „Nie ma”, i zamyka.

No ale pod kazachską patrzyłem, jak pada deszcz. Razem ze mną patrzyli kierowcy tirów, katoliccy księża i ze dwóch backpackersów. W końcu koło dziewiątej dyplomacja zaczęła się zjeżdżać limuzynami na niebieskich blachach. Ależ wytwornie wyglądali. No, nienagannie. Ani jednej zmarszczki na garniturach. Czerń i biel. Kierowcy truchtali obok z parasolami. Tamci pozdrawiali zmoknięty lud dyskretnymi skinieniami głowy. Furtka zaraz się zatrzaskiwała. Zawsze mnie zastanawiała ta miłość dalekich narodów do europejskich strojów. Jakimś kolonializmem to pachniało. Jakby nie mieli swoich albo się ich wstydzili. Oni się u nas przebierają, a my, jak do nich jedziemy, to nie. Wprawdzie u siebie też chodzą po naszemu, ale jakiś dysonans jednak pozostaje. Tylko baron Roman von Ungern-Sternberg paradował w żółtym mongolskim delu, który jednakowoż był „brudny i podarty”.

Zaczęli wpuszczać trójkami. Trochę jakby do piwnicy. Nerwowo przyglądałem się swoim kwitom. Ledwo można było rozczytać. Dawno straciłem zdolność wyraźnego pisania, a jak już wypełniałem coś urzędowego, nawet w domu, to mi elektrokardiogram wychodził. Podszedłem do okienka. Ładna ciemnowłosa dziewczyna przebiegła wzrokiem gryzmoły, potem spojrzała na mnie i powiedziała z lekkim akcentem:

– Bardzo lubię pana książki. Ale proszę jeszcze wpisać trasę, którą zamierza się pan poruszać.

Więc nie lubię. Co zabrać, co zostawić, co się schrzani po drodze, a co wytrzyma? Wziąć dwa zapasy czy jeden wystarczy? Ile kanistrów? Plastiki czy blaszane? Co na wodę? Bańki? Worki? Lifta brać czy nie brać? Przecież to waży ze dwadzieścia kilo. Liny, szekle, karabinki. Sznurki do wulkanizacji. Kompresor. Śrubek nakupiłem, opasek. Węże gumowe, kawałek twardego plastikowego, żeby sztukować, jak pęknie któryś od chłodnicy. Wkładałem do skrzynki i wyjmowałem. Wkładałem i wyjmowałem. Przecież osiołek to nie land cruiser. Rozkładałem na płaskim i robiłem selekcję. Poobijaną trumnę wrzuciłem na dach. Na śpiwory, ubrania, na lekciznę. Po namiot specjalnie pojechałem. Taką patelnię, co się sama rozkłada, żeby się wieczorami nie męczyć, gdy noc idzie, a człowiek po całym dniu jazdy na oczy nie widzi. I ciąg­le mi wychodziło, że czegoś brakuje. Albo że na chuj tyle rzeczy? A jeszcze garnek, czajnik, kuchenka, jakieś łyżki by się przydały, jakieś kubki, tabasco, bo cholera wie, czy tam w ogóle coś kupisz do smaku. I się kolejna skrzynka zrobiła. Tygodniami to trwało. Dokupowanie, dokładanie, odejmowanie. Paski klinowe, uszczelniacz do chłodnicy, płyn z uszczelniaczem do wspomagania, bańka oleju do silnika, świece… Bo jak na pustynię, to przecież nie ma przebacz i znikąd ratunku nie będzie.

Męka. Jeszcze to, jeszcze tamto. Lekarstwa na sraczkę, na chorobę wysokościową, przeciwbólowe. Mapy. Dobrze, że net jest, to można wyklikać. Te mapy na przykład. Najlepsze są niemieckie z plastiku. Różnie z dokładnością, ale się nie drą i jak pada, to można z nich sobie zrobić pelerynkę. Pachną przyjemnie, trochę słodkawo. Jak się całkiem zestarzeję, to będą mi musiały wystarczyć. Włożę sobie jakieś plus pięć, wezmę lupę i w drogę. Przez te wszystkie kraje, w których byłem, które znienawidziłem, ale zaraz po powrocie zaczynałem do nich tęsknić. Na stole, pod lampą. Gdy już będę zbyt ślepy, żeby prowadzić auto. Gdy będę zbyt słaby. Wzdłuż tych wszystkich dróg, nad którymi unosił się piasek, a wokół ciągnęła się nicość. Wzdłuż wyschniętych rzek, z których w środku lata pozostały tylko nazwy. Będę siedział i patrzył, przecierając od czasu do czasu te plus pięć dioptrii. I szukał tych wszystkich miejsc, gdzie stawałem na noc. A jeśli ich nie znajdę, to mam nadzieję, że pamięć opuści mnie ostatnia i będę mógł do nich wracać w godzinę śmierci, amen.

Bo to się tak skończy, jak się zaczęło. Na mapach się skończy i na nazwach. Na przestrzeni, której ktoś nadał imię. Pierwsze lekcje geografii były chyba w piątej klasie. Zobaczyłem wtedy mapę ścienną półtora na półtora albo i większą. Podklejoną szarym płótnem. Wieszało się ją na specjalnym stojaku. Na dole była pomarańczowo-żółta, potem zielona i na górze błękit. Rzeki były chyba granatowe. Jeziora o ton ciemniejsze niż morze. Nauczycielka coś mówiła, ale zupełnie mnie to nie interesowało. Zwyczajnie nie słyszałem, wpatrzony w płaski kwadrat, który był obrazem kraju i ziemi. Marzyłem i wyobrażałem sobie. Co? Prawdopodobnie to, że unoszę się jak duch nad wodami i lądami. Że to wszystko jest moje i że mogę tego dotknąć, że mogę na to patrzeć, nigdy nie zaznając nasycenia. Mapę nawijało się na dwa drewniane drążki. Coś jak Torę. Nauczycielka stukała w powierzchnię drewnianą wskazówką i mówiła. Mówiła i mówiła. Nic mnie to nie obchodziło. Tak jest do dzisiaj. Nie obchodzi mnie, dokąd jadę. Obchodzi mnie tylko to, co widzę. Nic więcej. Kurz, światło, kształty, cień. Obchodzi mnie, jak się ściemnia i gaśnie dzień. Jak to wszystko zamiera i zamienia się w czerń, w nicość. Najlepiej widać na ekranie mojego olympusa: obraz kruszy się, ziarnieje, pikseluje, rozpada, aż całkiem zniknie. Elektronika nie jest taka głupia. No więc zaczęło się i skończy na ślepieniu w mapy. Na tym ludzkim zamiarze ocalenia świata przed erozją. Tak.

*

Pierwszym autem, do którego wsiadłem, była warszawa M-20. Ta garbata. Sąsiad miał i kiedyś mnie przewiózł. Kilometr albo dwa. To trochę dziwne, ale wtedy nie każdy miał auto. To znaczy prawie nikt nie miał. Powiedzmy w sześćdziesiątym siódmym albo ósmym. Siedziałem z tyłu jak na tapczanie. Patrzyłem na okrągłą tarczę szybkościomierza. Strzałka zbliżała się do osiemdziesięciu. Potem w nocy nie mogłem spać. Dwa litry pojemności, pięćdziesiąt koni i co najmniej czternaście litrów na sto. Silnik zerżnięty z dodge’a D5, tyle że zamiast sześciu cylindrów były cztery. I Bóg wie ile do setki. Ale i tak czułem się jak na latającym dywanie. I ten zapach: delikatna woń benzyny, spalin, gumy i plastiku. Chyba z pięć minut to trwało. Mgnienie i zarazem wieczność. Wracałem na piechotę. No i nie mog­łem potem zasnąć. O co chodziło? Że się świat jakby rozstępuje i wpuszcza do środka? Że tak na przestrzał przestrzeni? Albo że cud maszyny, która jest prawie jak żywa? Że się wyświetla na szybach film? Kto to może wiedzieć… A wszystko dzięki prawie półtoratonowej blaszanej obłej budzie z tapczanem i pięćdziesięciokonnemu dolnozaworowemu silnikowi.

Pojechałem do takiego jednego i obstalowałem aluminiowy bagażnik na dach, żeby się trzy kanistry dwudziestki akurat mieściły. Narysowałem nawet, jak ma wyglądać. Dałem mu kartkę. Jak na kowala-ślusarza miał straszny porządek. Wszystko poukładane, żadnych klamotów na podwórku, żadnego złomu. To powinno mi dać do myślenia, ale się spieszyłem i w ogóle szczęście, mówiłem sobie, że chce robić. Tak że tylko popatrzyłem na ten ordnung i pomyślałem, że czasy się zmieniają i nawet kowale mają blachy i pręty poskładane według asortymentów, wszędzie pozamiatane, a pod płotem tak zwane iglaki poprzycinane w jakąś geometrię. Bo ­kiedyś do warstatu – tak, do „warstatu” – to się wchodziło jak do jakiejś jaskini, do groty tajemniczej. Półciemno było, śmierdziało spawaniem i trzeba było patrzeć pod nogi, żeby ran nie odnieść. Zejście do podziemi, do pomieszczenia diabła trochę. W końcu Tubalkain, „który młotem pracował i kował wszelkie roboty z miedzi i żelaza”, był potomkiem Kaina. Lubiłem czerwień rozgrzanego metalu w półmroku. Lubiłem patrzeć, jak pracuje kowal Kruk jeszcze za czasów pegeeru. Mieliśmy wtedy gazika, znaczy się gaza-69. Załadowałem kiedyś na pakę z kubik buka, jakąś tonę mniej więcej. Poszedł resor z tyłu. Ucho pękło. Wynalazłem gdzieś dłuższe pióro, nie wiadomo od czego, ale ucho w nim było nie okrągłe, tylko kwadratowe, i pojechałem do kowala Kruka. Popatrzył, zmrużył jedno oko i powiedział: „Będzie”. Trzeba było tylko ten kwadrat wyprostować, trochę przyciąć i potem zagiąć na okrągło, żeby przypasowało na sworzeń. Włączył dmuchawę, sypnął koksu na żar i się zaczęło: poczerwieniało, spomarańczowiało i na koniec zazłociło. Położył na kowadło i nawet niespecjalnie mocno stukał kilowym, może mniejszym młotkiem. Gięło się, poddawało, prostowało, jakby te wszystkie kryształy rzeczywiście zmieniły się w półpłynną, subtelną materię. Leciały iskry. Kowal Kruk miał czarne włosy, siwiejący wąs i smagłą od tellurycznego ognia twarz. Pięknie wyglądał w czerwonym poblasku. Nieporuszony, na rozstawionych nogach, mocarny, i tylko ramię rytmicznie opadało i nadawało metalowi nowy kształt. Kowadło stało na dębowym pniaku. Betonowa podłoga drżała jak od podziemnych wstrząsów.

Przyjechałem po tygodniu. Zamiast bagażnika z kartki stało pudło z dwumilimetrowej aluminiowej podestówki. Kartka zginęła. Zakładaliśmy to na dach, a facet opowiadał jakieś ginekologiczne dowcipy. Nie chciało mi się nic mówić. Chciało mi się jak najszybciej odjechać. Ale trzy plastikowe dwudziestki mieściły się na płask jak ulał. Musiałem tylko okleić skrzynkę z przodu i z tyłu szarą taśmą, bo odbijała słońce jak lustro.

No dobra, to są tylko rzeczy. Ale co z myślami? Co z tym wirem w głowie? Co z tymi tysiącami metrów taśmy, która przewija się i wyświetla obrazy przyszłości? Nasączone słodkim lękiem niewiadomego. Leży się i ni to marzy, ni śni pyliste drogi znikające na horyzoncie. Królestwa, które powstały i upadły. Ludy przybyłe z otchłani ziem i wieków. Wieże z kamienia. Czerwone słońce przesłonięte pustynnym pyłem. Szkielety zwierząt, które wolno i nieubłaganie powracają do krainy minerałów. Długie cienie jeźdźców. Nazwy sprzed wieków: Mawarannahr, Mogolistan, Merkici. Groby z gliny. Gorące powietrze, które załamuje kształty rzeczy i produkuje złudę. Skorpiony i węże niczym stworzenia z innej ery. Ziemia powleczona białą, gorzką solą.

Albo że chłodnica poszła. Że wydmuchało uszczelkę spod głowicy. Że się na tablicy zapaliło jedno albo drugie czerwone, że nie ładuje, że za gorąco, że nie smaruje. Albo że skręcasz, a w jednym albo drugim przegubie klekot i rzegot. Albo i bez skręcania. Najpewniej w prawym. No, ile tych wszystkich klamorów trzeba by zabrać na zapas? Przyczepę chyba. To są te wizje na jawie i we śnie. Linę porządną wziąć, żeby mieli cię na czym ciągnąć. Albo i dwie, bo lina nic nie waży i zawsze można gdzieś upchnąć. Parę karabinków, szeklę jedną, drugą. O wyciągarce myślałem, ale puknąłem się w głowę. Czy ja na wojnę z przyrodą jadę? Ja jestem spokojny człowiek i lubię patrzeć, a nie się gdzieś przedzierać, ryć po wądołach, topić po bagnach, a potem wrzucać na fejsa foty z niezapomnianej męskiej przygody w czasie urlopu. Po twardym głównie będę jechał. Czasem gdzieś w bok, żeby namiot rozbić. Na wzgórze, żeby w dal popatrzeć. W zasadzie i osobówką by się pewnie dało, tylko strach, że nie przetrzyma. No i szacunek na drodze mniejszy.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I