Old Shatterhand - Karol May

Old Shatterhand

0,0

"Niedaleko na zachód od miejsca, gdzie stykają się granice trzech północnoamerykańskich stanów Dakota, Nebraska i Wyoming, jechali któregoś dnia dwaj jeźdźcy, których wygląd w każdym innym zakątku świata budziłby niezawodnie sensację. Postacie różniły się znacznie. Figura jednego, wybujała ponad dwa metry, była przeraźliwie wychudzona, natomiast drugi był znacznie niższy, ale za to tak gruby, że kształtem niewiele się różnił od kuli. Mimo to, oblicza obu myśliwych wypadały mniej więcej na jednym poziomie. Fakt ten, na pozór niepojęty, tłumaczy się tym, że mały dosiadał wysokiego, silnego kłusaka, wysoki zaś siedział na mule niskim, wątłym na pozór. Stąd też rzemienie, które małemu grubasowi zastępowały strzemiona, nie sięgały nawet do brzucha rumaka, podczas gdy długi obywał się bez strzemion, albowiem nogi jego wisiały tak nisko, że mogły dosięgnąć ziemi, choć jeździec nie schodził z siodła." (fragment)

Dodaj komentarz


Karol May pisał swoje powieści siedząc w więzieniu, o czym niewielu spośród jego czytelników wie. Tym razem Old Shatterhand i jego wierny przyjaciel Winnetou ruszają na północ, na ziemię plemienia Siouxów, czyli inaczej mówiąc Dakotów, by uwolnić z ich rąk swojego przyjaciela, trapera Pogromcę Niedźwiedzi. Przyzwoita powieść dla dzieci i młodzieży, polecam gorąco. Czytałem Karola Maya w szkole podstawowej i była to doskonała rozrywka.


Starego Shatterhanda i Indiańca przygód ciąg dalszy. Cudowna powieść przygodowa, nie da się jej nie uwielbiać. Stoi na półce, czeka na brata, a ja czasem po nią sięgnę.


W sumie są to przygody dwóch przyjaciół tak jak w "Winnetou". Tym razem jednak na plan pierwszy wybija się Old Shatterhand. Dziki Zachód, traperzy, Indianie, przygoda. Dobra literatura młodzieżowa.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Old Shatterhand

Karol May

(1931)

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-7991-072-4
Licencja: Tekst z domeny publicznej.
Źródło: Wikiźródła
Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab, 2014.
Rok pierwszego wydania: 1931.
Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne - zachowane w brzmieniu zgodnym z oryginalnym wydaniem.
Zdjęcie na okładce: Martyn E. Jones

 

MASTERLAB
Wydawanie i konwersja ebooków
E-mail: biuro.masterlab@gmail.com
www.masterlab.pl
Białobrzegi
Białobrzegi
Poland
Polska

Koniec wersji demo

Rozdział 1

 

Niedaleko na zachód od miejsca, gdzie stykają się granice trzech północnoamerykańskich stanów Dakota, Nebraska i Wyoming, jechali któregoś dnia dwaj jeźdźcy, których wygląd w każdym innym zakątku świata budziłby niezawodnie sensację.

Postacie różniły się znacznie. Figura jednego, wybujała ponad dwa metry, była przeraźliwie wychudzona, natomiast drugi był znacznie niższy, ale za to tak gruby, że kształtem niewiele się różnił od kuli.

Mimo to, oblicza obu myśliwych wypadały mniej więcej na jednym poziomie. Fakt ten, na pozór niepojęty, tłumaczy się tym, że mały dosiadał wysokiego, silnego kłusaka, wysoki zaś siedział na mule niskim, wątłym na pozór. Stąd też rzemienie, które małemu grubasowi zastępowały strzemiona, nie sięgały nawet do brzucha rumaka, podczas gdy długi obywał się bez strzemion, albowiem nogi jego wisiały tak nisko, że mogły dosięgnąć ziemi, choć jeździec nie schodził z siodła.

Właściwie o siodłach w istotnym tego słowa znaczeniu mowy być nie może. W rzekome siodło małego składało się po prostu ze skóry upolowanego niedźwiedzia, z którego nie zdarto sierści; chudy zaś podłożył starą derę santillo, tak zatłuszczoną i podartą, że w istocie siedział wprost na grzbiecie swego rumaka.

Także ubiory obu miały wielce ciekawy wygląd. Długi nosił spodnie skórzane, uszyte zapewne na miarę o wiele korpulentniejszego mężczyzny, więc nie dziw, że za szerokie. Od zimna i gorąca na przemian, od suszy i deszczów zbiegły się i zmarszczyły, wskutek czego dolne końce ledwo sięgały kolan. Poza tym miały ten niezwykle tłusty połysk, który świadczył, że właściciel używał ich jako chustki do nosa i serwetki do ust i zwykł wycierać o nie ręce z wszystkiego, czego nie chciał mieć na rękach.

Bose nogi tkwiły w nie dającym się opisać obuwiu. Wyglądało tak, jak gdyby nosił je już Matuzalem i jak gdyby każdy z następnych posiadaczy wydzierał po kawałku skóry. Niepodobna było powiedzieć, czy cholewy widziały kiedykolwiek coś w rodzaju pasty lub wosku, ile że błyszczały wszystkimi kolorami tęczy.

Chudy korpus jeźdźca okrywała skórzana koszula myśliwska, nie znająca ani guzika, ani haftki i, co za tym idzie, odsłaniająca brązową pierś. Rękawy okrywały zaledwie łokcie, obnażając żylaste i kościste ręce. Bawełniana chusta fantazyjnie okręcała wydłużoną szyję. Sam właściciel nie mógłby już chyba określić, czy miała ongi kolor biały czy czarny, zielony czy też żółty, czerwony czy niebieski.

Ale najbardziej okazały i pyszny był kapelusz, sterczący na wysokiej, śpiczastej głowie. Niegdyś był szary i nosił miano cylindra. Być może, przed niepamiętnymi czasy, wieńczył czcigodną głowę jakiegoś lorda angielskiego, atoli następnie staczał się coraz bardziej po drabinie społecznej, by wreszcie osiąść na głowie myśliwego prerii. Ten miał odmienny gust, aniżeli ów lord Old England. Uważając rondo za zbyteczne, po prostu zdarł je, a pozostawił tylko z przodu rąbek, gwoli wygodnemu zdejmowaniu w ukłonie. Poza tym, mniemając, że głowa westmana wymaga stałego dopływu powietrza, nożem dokonał mnogich cięć na wierzchu, jako też po bokach tak, że we wnętrzu nakrycia wyznaczały sobie spotkania wschodni wiatr z zachodnim, północny — z południowym.

Gruby powróz, kilkakrotnie przewinięty, służył za pas. Za tym pasem sterczały dwa rewolwery i nóż, poza tym wisiała ładownica, pęcherz do tabaki, odpowiednio zszyta skóra kocia do przechowywania mąki, krzesiwo oraz inne jeszcze przedmioty, których przeznaczenie było tajemnicą dla niepowołanych. Na piersiach spoczywała fajka, zawieszona na rzemieniu, — ale co za fajka! Była arcydziełem własnych rąk myśliwego, który zdążył ją już odgryźć aż do samej główki, wskutek czego składała się jedynie z tej części i z wydrążonego kawałka bzowego drzewa. Posiadacz bowiem i autor owej lulki, jako namiętny palacz, zwykł żuć samą fajkę, skoro zabrakło tytoniu.

Należy jednak, ku jego pochwale, dodać, że strój nie ograniczał się na obuwiu, spodniach, koszuli i kapeluszu. O, nie! Nosił poza tym coś, na co stać nie każdego człowieka, mianowicie — płaszcz gumowy, i to iście amerykański, a więc z gatunku tych, które po pierwszym deszczu kurczą się do połowy swoich pierwotnych rozmiarów. Przeto — nie mogąc go włożyć na siebie — wielce malowniczo, niczym burkę huzarską, zarzucił na ramiona za pomocą sznura. Nadto poprzez lewe ramię i prawe biodro przepasywał się lariatem. W poprzek długich, jak wieczność, nóg zawieszona na przodzie strzelba była w rodzaju owych rifles, z których doświadczony myśliwy nigdy nie chybia.

Z wejrzenia niepodobna było określić wieku tego człowieka. Szczupła twarz była poprzecinana niezliczoną ilością zmarszczek i fałd, a jednak wyraz ogólny miał w sobie coś prawie młodzieńczego. Każda zmarszczka uśmiechała się filuternie. Twarz gentlemana była starannie ogolona, nie bacząc na dzikie ustronie, w jakim się znajdował. Trzeba wiedzieć, że jest to punktem honoru wielu, bardzo wielu westmanów. Wielkie, koloru nieba, szeroko otwarte oczy miały ostre spojrzenie mieszkańców wybrzeży morskich i rozległych równin, lecz malowało się w nich także coś, czego nie wahałbym się nazwać dziecięcą szczerością.

Muł, jak już napomknąłem, wątły był tylko na pozór. Nosił swego ciężkiego, kościstego pana nader lekko, a czasem nawet pozwalał sobie na krótkotrwały strajk, prędko zażegnywany mocnym uściskiem długich nóg jeźdźca. Muły takie są bardzo poszukiwane ze względu na ich pewny krok, ale także znane z niesfornych narowów.

Co się tyczy drugiego jeźdźca, to przede wszystkim zwracało uwagę futro, noszone przez niego w upał. Wprawdzie, kiedy chwilami jakiś żywszy ruch odsłaniał podbicie, okazywało się, że to ze wszech miar czcigodne futro było dotknięte nieuleczalnym wyłysieniem. Miejscami tylko sterczał rzadki, mały kosmyk, jak na nieskończonej pustyni tam i owdzie spotyka się skąpą oazę. Nawet kołnierz i wyłogi były tak przerzedzone, że pozostały z nich nagie, ogołocone plastry. Z pod futra wyglądały z lewej i z prawej strony olbrzymie buty z wyłogami. Na głowie nosił zbyt szeroki kapelusz panama, tak obszerny, że aby patrzeć, musiał zbić go nisko na kark. Rękawy były takie długie, że niepodobna było dojrzeć rąk. W ten oto sposób jedynie twarz jeźdźca była widoczna; juści była to twarz, godna wszechstronnego obejrzenia.

Była również gładko wygolona; ani śladu zarostu. Czerwone policzki świeciły tak pełne, iż nosek na próżno usiłował podkreślić swoje między nimi stanowisko. To samo da się powiedzieć o małych, ciemnych oczkach, schowanych między brwiami a policzkami, a rzucających dookoła siebie dobrodusznie chytre spojrzenia. Na ogół czytało się wyraźnie na tym obliczu: — Obejrzyj-no mnie! Jestem małym, przepysznym drabem i łatwo ze mną dojść do zgody, ale musisz być odważny i rozsądny, inaczej nie licz na mnie.—

Teraz oto nadbiega wicher i otwiera na oścież futro małego. Dzięki temu możemy stwierdzić, że pod futrem nosi spodnie z niebieskiej wełny i taką samą bluzę. Za skórzanym pasem, prócz rzeczy, które wyliczyliśmy u długiego jeźdźca, tkwi jeszcze indiański tomahawk. Do siodła przytroczone jest lasso, jak również krótka dubeltówka systemu Kentucky, która w niejednej już walce brała udział.

Co zacz za jedni? Otóż mały nazywa się Jakób Pfefferkorn, a długi Dawid Kroners. Gdybyście wymienili te oba nazwiska jakiemukolwiek westmanowi, squatterowi, czy trapperowi, to, potrząsając głową, powiedziałby, że nigdy w życiu o takich dwóch myśliwych nie słyszał. A wszakże byłoby to niezgodne z prawdą, albowiem obaj są wielce znanymi scoutami; przy niejednym ognisku od wielu lat opowiadano sobie o ich czynach. Nie było wprost zakątka od New Yorku do Frisco i od Jezior Północnych do meksykańskich zatok, gdzieby nie dotarła chwała obu znakomitych myśliwców. To prawda, że nazwiska Jakóba Pfefferkorna i Dawida Kronersa były znane jedynie najbliższym. W preriach, w lasach odwiecznych, a zwłaszcza wśród czerwonoskórych nie pytają o metrykę, lub świadectwo chrztu; tu każdy otrzymuje nazwisko, odpowiadające jego przeżyciom i właściwościom, przydomek, który wkrótce ruguje nazwisko rodowe.

Kroners był stuprocentowym Yankee i nosił nazwę Długiego Davy. Pfefferkorn pochodził z Niemiec, na imię mu było Jakób, ale zgodnie z korpulencją został przezwany Grubym Jemmy. Jemmy po angielsku Kuba.

A zatem byli obaj znani jako Davy i Jemmy i trudno było znaleźć na West człowieka, któryby nie mógł opowiedzieć tej lub owej dykteryjki o czynach bohaterskich obu jegomości. Uchodzili za nierozłącznych towarzyszy. Przynajmniej nikt nie przypominał sobie, aby widział ich kiedykolwiek zosobna. Kiedy Gruby podchodził do obcego ogniska, od razu oczami szukano Długiego, a skoro Davy wchodził do store, sklepu, aby nabyć prochu i tabaki, wnet pytano, czego pragnie dla Jemmy.

Nierozłączne też były rumaki oba jeźdźców. Wielki kłusak mimo największego pragnienia nie piłby z żadnego strumyka ani rzeki, gdyby wraz z nim nie nachylił się nad wodą pysk muła, ten zaś nie skubałby nawet najrozkoszniejszej trawy, gdyby tamten nie fyrknął lekko, jakby szepcząc: — Zeszli z nas i smażą krzyżówkę bawolą, a więc i my możemy sobie podjeść, gdyż przed późnym wieczorem zapewne się stąd nie ruszą!—

Nigdy żadnemu z tych zwierząt nie wpadło na myśl opuszczać towarzysza w biedzie. Ich panowie wzajemnie ocalili sobie życie wiele, wiele razy. Bez namysłu jeden rzucał się za drugiego w największy wir niebezpieczeństw. Tak samo wierzchowce nieraz sobie pomagały, kiedy trzeba było wyciągnąć kamrata z opresji, lub obronić silnymi, ostrymi kopytami wobec wroga. Ta czwórka ludzi i zwierząt tworzyła solidarny zespół, zawsze występujący razem.

Obecnie oto pędzą w kierunku północnym. Rano koń i muł piły wodę i skubały tłustą trawę dosyta, obaj zaś jeźdźcy również się napili i spożyli udziec jeleni, którego resztę dźwigał kłusak. A zatem nie można powiedzieć, aby głód im doskwierał.

Tymczasem słońce dosięgło zenitu, po czym powoli zaczęło się zniżać. Było wprawdzie nader gorąco, ale dął oświeżający wietrzyk. Przetykany miriadami kwiatów kobierzec traw nie miał jeszcze brązowego, spalonego odcienia jesieni; cieszył oko świeżą zielonością. Rozsypane po rozległej, dalekiej równinie góry skaliste, kształtu olbrzymich stożków, oświetlone skośnymi promieniami słońca, na zachodnich stronach błyszczały gorącą wspaniałością kolorów, które na wschodzie przechodziły w coraz ciemniejsze i głębsze tony.

— Jak daleko jeszcze pojedziemy dzisiaj? — zapytał Gruby po wielogodzinnym milczeniu.

— Tak daleko, jak co dzień, — odparł Długi.

— Well! — roześmiał się Mały. — A zatem do miejsca obozowiska?

— Ay! — Master Davy zwykł zamiast Yes używać starej formy ay. — O, tak! Zawsze był nader oryginalnym człowiekiem ten Długi Davy.

(...)