Ognisty tron. Tom II Kroniki rodu Kane - Rick Riordan

Ognisty tron. Tom II Kroniki rodu Kane

0,0

Odkąd bogowie starożytnego Egiptu zostali wyzwoleni we współczesnym świecie, Carter Kane i jego siostra Sadie znaleźli się w tarapatach. Jako potomkowie Domu Życia Kane’owie są obdarzeni wyjątkowymi mocami, ale przebiegli bogowie nie dali młodym magom czasu na opanowanie choćby podstawowych umiejętności. A byłyby bardzo potrzebne – ich przerażający nieprzyjaciel, wąż chaosu Apopis rośnie w siłę. Jeśli w ciągu kilku dni nie zdołają zapobiec jego uwolnieniu, nastąpi koniec świata. Innymi słowy: zwykły dzień rodziny Kane’ów. Aby mieć jakiekolwiek szanse w walce z siłami chaosu, rodzeństwo musi przywrócić do życia boga słońca Ra – to zadanie przekraczające wszystko, czego dokonał jakikolwiek mag. Muszą odnaleźć trzy części Księgi Ra i nauczyć się zawartych w niej zaklęć. Och, nie wspomnieliśmy chyba, że nikt nie wie, gdzie Ra się znajduje. Krótko mówiąc: drugi tom „Kronik Rodu Kane” to wspaniała przygoda.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rick Riordan

Ognisty tron

Tom II

Przełożyła
Agnieszka Fulińska

Dla Connera i Maggie,
wspaniałego rodzeństwa z rodziny Riordanów

Ostrzeżenie

Niniejsza książka jest zapisem nagrania dźwiękowego. Carter i Sadie Kane’owie po raz pierwszy dali się poznać dzięki nagraniu, które otrzymałem w zeszłym roku, a zapisałem w książce Czerwona piramida. To drugie nagranie pojawiło się w moim domu wkrótce po wydaniu poprzedniej książki, zakładam więc, że rodzeństwo Kane’ów ufa mi w kwestii przekazywania ich opowieści. Jeśli to nagranie jest wiarygodną relacją, to obrót wypadków można określić jedynie mianem wysoce niepokojącego. Ze względu na rodzinę Kane’ów, a także losy świata mam nadzieję, że to, co będziecie czytać, jest fikcją. W przeciwnym razie wszyscy mamy poważne kłopoty.

1. Zabawa z samozapłonem

Tu Carter.

Słuchajcie, nie mamy czasu na długie wstępy. Muszę opowiedzieć to szybko, inaczej wszyscy zginiemy.

Jeśli nie wysłuchaliście pierwszej części nagrania, to... miło mi was poznać: egipscy bogowie szaleją po naszym świecie, grupka magów, czyli Dom Życia, usiłuje ich powstrzymać, wszyscy nienawidzą Sadie i mnie, a ogromny wąż zamierza połknąć słońce i zniszczyć cały świat.

[Au! Za co?]

Sadie właśnie dała mi kuksańca. Mówi, że za bardzo was wystraszę. Powinienem usiąść, uspokoić się i zacząć od początku.

Jasne. Ale prawdę mówiąc, uważam, że powinniście się bać.

Nagranie jest po to, żebyście się dowiedzieli, co naprawdę się dzieje i co poszło nie tak. Spotkacie wielu ludzi, którzy będą wam wmawiać bzdury na nasz temat, ale nie jesteśmy winni niczyjej śmierci. A jeśli chodzi o węża, to też nie nasza wina. W każdym razie... niezupełnie. Wszyscy magowie świata muszą działać razem. To nasza jedyna szansa.

Przed wami opowieść. Sami zdecydujcie, co o tym myśleć. Zaczęło się od pożaru w Brooklynie.

Zadanie pozornie było proste: dostać się do Muzeum Brooklyńskiego, pożyczyć pewien egipski zabytek i wymknąć się, nie dając się złapać.

Nie, to nie była kradzież. Zamierzaliśmy potem oddać ten posąg. Obawiam się jednak, że wyglądaliśmy podejrzanie: czwórka dzieciaków w czarnych kombinezonach ninja na dachu muzeum. A do tego pawian, również ubrany jak ninja. Zdecydowanie podejrzane.

Najpierw wysłaliśmy naszych uczniów, Jaz i Walta, żeby otwarli okno, podczas gdy Chufu, Sadie i ja oglądaliśmy wielką szklaną kopułę na środku dachu – miała to być nasza droga ewakuacyjna.

Ewakuacja nie zapowiadała się dobrze.

Było już dawno po zmroku, więc muzeum powinno być zamknięte. Tymczasem szklana kopuła jaśniała światłem. A w środku, dziesięć metrów pod nami, setki ludzi w smokingach i sukniach wieczorowych tańczyły i przechadzały się po sali balowej wielkości hangaru. Grała orkiestra, ale wycie wiatru i szczękanie własnych zębów zagłuszały mi muzykę. Zamarzałem w lnianej piżamie.

Magowie powinni nosić len, ponieważ nie zakłóca on magii, co zapewne sprawdza się świetnie na egipskiej pustyni, gdzie raczej nigdy nie jest zimno i nie pada. W Brooklynie w marcu – niekoniecznie.

Zimno najwyraźniej nie przeszkadzało mojej siostrze, Sadie. Po kolei otwierała zamki, podśpiewując pod nosem coś, czego słuchała na iPodzie. Ej no, poważnie – kto zabiera własną muzę na włamanie do muzeum?

Sadie była ubrana podobnie jak ja, ale na nogach miała martensy. W jasnych włosach połyskiwały czerwone kosmyki – tym razem bardzo delikatne, ponieważ to była tajna misja. Ze swoimi niebieskimi oczami i jasną cerą zupełnie nie jest do mnie podobna, ale oboje uważamy, że to fajne. Przynajmniej czasem mogę udawać, że ta postrzelona dziewczyna nie jest moją siostrą.

– Powiedziałaś, że w muzeum nikogo nie będzie – jęknąłem.

Sadie nie usłyszała, dopóki nie wyciągnąłem jej słuchawek z uszu i nie powtórzyłem.

– No bo miało nikogo nie być. – Sadie będzie zaprzeczać, ale po trzech miesiącach spędzonych w Stanach zaczynała tracić brytyjski akcent. – W internecie napisali, że zamykają o piątej. Skąd miałam wiedzieć, że będzie tu wesele?

Wesele? Zerknąłem w dół i przekonałem się, że miała rację. Niektóre z kobiet były ubrane w brzoskwiniowe sukienki druhen. Na jednym ze stołów dostrzegłem ogromny wielopiętrowy biały tort. Goście, podzieleni na dwie grupy, unieśli pannę młodą i pana młodego na krzesłach i biegali z nimi po sali, podczas gdy ich przyjaciele tańczyli i klaskali dookoła. Miałem wrażenie, że wszystko to zmierza do wielkiego meblowego karambolu.

Chufu postukał w szkło. Nawet w czarnych szatach niespecjalnie wtapiał się w cienie z powodu swojego złotego futra, nie mówiąc o kolorowym nosie i tyłku.

– Agh! – warknął.

Ponieważ jest pawianem, ten dźwięk może oznaczać cokolwiek od „Ej, patrzcie, tam jest żarcie” przez „To szkło jest brudne” po „Rany, ale ci ludzie się wygłupiają z tymi krzesłami”.

– Chufu ma rację, trudno nam będzie się zakraść na to przyjęcie – przetłumaczyła Sadie. – Może udawajmy pracowników technicznych...

– Jasne – odparłem. – „Przepraszamy państwa. Jesteśmy tylko czwórką dzieciaków. Taszczymy trzytonowy posąg i chcemy wynieść go przez sufit. Proszę się nami nie przejmować”.

Sadie przewróciła oczami. Wyciągnęła różdżkę – zakrzywiony kawałek kości słoniowej z wyrytymi wizerunkami potworów – i wskazała na podstawę kopuły. Rozbłysł tam złoty hieroglif i ostatni rygiel się poddał.

– Skoro nie zamierzamy tędy wychodzić – powiedziała – to po co ja to otwieram? Nie możemy po prostu wyjść tą samą drogą, którą wejdziemy? Przez boczne okno?

– Mówiłem ci. Posąg jest ogromny. Nie zmieści się w oknie. Poza tym zabezpieczenia...

– Może w takim razie spróbujemy jutro? – zapytała.

Pokręciłem głową.

– Jutro rzeźba zostanie zapakowana, bo wyjeżdża.

Uniosła brwi w ten swój irytujący sposób.

– Może gdyby ktoś nam wcześniej powiedział, że musimy ją ukraść...

– Daj spokój. – Wiedziałem, do czego prowadzi ta rozmowa, a całonocna kłótnia z Sadie na dachu nic by nie pomogła. Oczywiście, ona miała rację. Nie poinformowałem jej dostatecznie. Ale też... moje źródło nie było bardzo rzetelne. Po kilku tygodniach dopraszania się o pomoc wreszcie wyciągnąłem wskazówkę od mojego kumpla, sokolego boga wojny, Horusa, który przemówił do mnie we śnie: Aha, ten artefakt, którego potrzebujecie? Który może być kluczem do ocalenia świata? On od jakichś trzydziestu lat jest tuż koło was, w Muzeum Brooklyńskim – ale jutro zawożą go do Europy, więc może się pospieszcie! Macie pięć dni na wymyślenie, jak się nim posłużyć, inaczej już po nas. Powodzenia!

Mogłem na niego nakrzyczeć, że nie powiedział mi wcześniej, ale nic by to nie pomogło. Bogowie przemawiają tylko wtedy, kiedy są gotowi, no i nie mają wyczucia ziemskiego czasu. Wiedziałem to, ponieważ kilka miesięcy temu Horus siedział w mojej głowie. Pozostało mi po nim trochę aspołecznych nawyków – na przykład nagła potrzeba zapolowania na małe puchate gryzonie albo wyzywania ludzi na śmiertelne pojedynki.

– Trzymajmy się planu – powiedziała Sadie. – Wchodzimy przez okno, znajdujemy posąg, wynosimy go przez salę balową. O gościach weselnych pomyślimy, kiedy już dojdziemy do tego etapu. Może uda nam się odwrócić ich uwagę.

Zmarszczyłem brwi.

– Odwrócić uwagę?

– Za bardzo się przejmujesz, Carter – oznajmiła. – Będzie super. Chyba że masz inny pomysł?

I tu był problem – nie miałem.

Może się wam wydaje, że magia pomaga. Prawda jest taka, że zazwyczaj raczej komplikuje sprawy. Zawsze znajdzie się milion powodów, dla których dane zaklęcie nie zadziała w konkretnej sytuacji. Albo jakaś inna magia będzie przeszkadzać – na przykład zaklęcia zabezpieczające nałożone na to muzeum.

Nie byliśmy pewni, kto je nałożył. Może ktoś z pracowników w rzeczywistości był magiem, co nie byłoby takie dziwne. Nasz tato wykorzystywał swój doktorat z egiptologii jako przepustkę do zabytków. A poza tym Muzeum Brooklyńskie posiada największą na świecie kolekcję magicznych zwojów egipskich. Właśnie dlatego nasz stryj Amos zbudował w okolicy swoją siedzibę. Wielu magów mogło mieć powody, żeby strzec muzealnych skarbów i nakładać na nie pułapki.

W każdym razie drzwi i okna były zaopatrzone w całkiem paskudne zaklęcia. Nie mogliśmy otworzyć magicznego portalu koło zabytku ani też posłużyć się uszebti – magicznymi glinianymi posążkami, które usługiwały w naszej bibliotece – żeby przyniosły nam potrzebny przedmiot.

Musieliśmy dostać się do środka i najzwyczajniej wynieść posąg, a jeden błąd mógł uruchomić zaklęcie – trudno powiedzieć jakie: potwornych strażników, zarazę, ogień, wybuchające osły (proszę się nie śmiać, to poważna sprawa)...

Jedynym wyjściem pozbawionym zabezpieczeń była kopuła nad salą balową. Najwyraźniej muzealni strażnicy nie obawiali się złodziei posługujących się lewitacją, żeby wynieść zabytki przez dziurę znajdującą się dziesięć metrów nad ziemią. A może kopuła jednak była zabezpieczona, tylko pułapka pozostawała dla nas niewidoczna.

Tak czy siak, musieliśmy spróbować. Mieliśmy jedną noc na kradzież – przepraszam: wypożyczenie – zabytku. A następnie pięć dni na to, by odkryć, jak się nim posłużyć. Kocham napięte terminy.

– To jak, wchodzimy i improwizujemy? – zapytała Sadie.

Spojrzałem na wesele w nadziei, że nie popsujemy państwu młodym najważniejszych chwil w ich życiu.

– Chyba tak.

– Wspaniale – powiedziała moja siostra. – Chufu, zostań tu i pilnuj. Otwórz kopułę, kiedy nas zobaczysz, okej?

– Agh! – odparł pawian.

Czułem łaskotanie na karku. Miałem przeczucie, że ta akcja wcale nie będzie wspaniała.

– Chodź – zwróciłem się do Sadie. – Zobaczymy, jak sobie radzą Jaz i Walt.

Zeskoczyliśmy na gzyms biegnący wokół drugiego piętra, na którym znajdowała się kolekcja egipska.

Jaz i Walt wykonali robotę perfekcyjnie. Do krawędzi okna przykleili taśmą cztery posążki synów Horusa i namalowali na szybie hieroglify mające przeciwdziałać zaklęciom oraz zabezpieczeniom śmiertelników.

Kiedy wraz z Sadie wylądowaliśmy obok nich, byli pogrążeni w poważnej rozmowie. Jaz trzymała Walta za ręce. To mnie zaskoczyło, ale Sadie była jeszcze bardziej zdumiona. Pisnęła jak mysz, której ktoś właśnie nadepnął na ogon.

[O tak, właśnie tak było. Słyszałem].

O co tej Sadie chodziło? No dobra, tuż po Nowym Roku, kiedy wysłaliśmy nasz sygnał z amuletu dżed, żeby przyciągnąć do naszej siedziby dzieci z magicznymi zdolnościami, Jaz i Walt pojawili się jako pierwsi. Przez siedem tygodni trenowali pod naszym okiem, dłużej niż pozostali rekruci, toteż poznaliśmy ich całkiem nieźle.

Jaz była cheerleaderką z Nashville. Jej imię to zdrobnienie od Jasmine, ale nie należy jej o tym przypominać, jeśli nie chce się zostać zamienionym w krzak. Ma taką blondynkowo-cheerleaderkową urodę (nie mój typ), ale nie da się jej nie lubić, ponieważ jest dla wszystkich miła i zawsze chętna do pomocy. Ma też talent do magii uzdrawiającej, więc dobrze jest ją z sobą zabierać, na wypadek gdyby coś poszło nie tak, czyli w zasadzie zawsze.

Dziś miała włosy zakryte czarną bandaną. Na plecy zarzuciła magiczną torbę ozdobioną symbolem bogini lwicy Sachmet.

Mówiła właśnie do Walta: „Coś wymyślimy”, kiedy Sadie i ja zjawiliśmy się obok.

Walt miał zawstydzoną minę.

On jest... No, jak by tu opisać Walta?

[Nie, Sadie, dziękuję. Nie zamierzam opisywać go jako ciacha. Możesz to zrobić, jak przyjdzie twoja kolej].

Walt ma czternaście lat, tyle samo co ja, ale jest na tyle wysoki, żeby dostać się do szkolnej drużyny koszykówki. Jest też odpowiednio do tego zbudowany: szczupły i muskularny, no i ma ogromne stopy. Skórę ma w kolorze kawy, nieco ciemniejszą od mojej, a włosy ścięte tak krótko, że wyglądają jak cień na czaszce. Pomimo zimna miał na sobie tylko czarny podkoszulek bez rękawów i sportowe szorty – nie jest to standard, jeśli chodzi o magiczne ubrania, ale z Waltem lepiej się nie kłócić. To on był naszym pierwszym rekrutem – przybył aż z Seattle – no i jest urodzonym sau, twórcą zaklęć. Nosi mnóstwo złotych łańcuchów z magicznymi amuletami, które sam wytwarza.

Byłem absolutnie przekonany, że Sadie jest zazdrosna o Jaz i podkochuje się w Walcie, choć nigdy się do tego nie przyzna, ponieważ przez ostatnie kilka miesięcy wzdychała do innego faceta (a właściwie boga), w którym się zadurzyła.

[Dobra, Sadie. Już daję spokój. Ale zauważyłem, że nie zaprzeczyłaś].

Kiedy przerwaliśmy im rozmowę, Walt puścił ręce Jaz naprawdę szybko i odskoczył. Sadie patrzyła to na jedno, to na drugie, usiłując się domyślić, o co tu chodzi.

Walt odchrząknął.

– Okno gotowe.

– Doskonale. – Sadie spojrzała na Jaz. – „Coś wymyślimy”?

Jaz poruszyła ustami jak ryba usiłująca chwytać powietrze.

Walt wyręczył ją: – Przecież wiesz. Księga Ra. Jakoś to rozgryziemy.

– Tak! – potwierdziła Jaz. – Księga Ra.

Byłem pewny, że kłamali, ale uznałem, że to nie moja sprawa, jeśli się w sobie zakochali. Nie mamy czasu na robienie z tego dramatów.

– Okej – powiedziałem, zanim Sadie zdążyła zażądać lepszych wyjaśnień. – Zaczynamy zabawę.

Okno otwarło się bez problemu. Żadnych magicznych eksplozji. Żadnych alarmów. Odetchnąłem z ulgą i wszedłem do skrzydła egipskiego, myśląc sobie, że może jednak się nam poszczęści.

Widok egipskich zabytków uruchomił lawinę wspomnień. Do zeszłego roku przez większość czasu podróżowałem po świecie z tatą, który włóczył się od muzeum do muzeum, wygłaszając wykłady o starożytnym Egipcie. To było, zanim dowiedziałem się, że jest magiem – to znaczy zanim uwolnił całą gromadę bogów, a nasze życie się skomplikowało.

Teraz, patrząc na sztukę egipską, za każdym razem czuję jakąś osobistą więź. Wzdrygnąłem się, mijając posąg Horusa – boga o sokolej głowie, który zamieszkał w moim ciele w ostatnie święta. Przeszliśmy obok sarkofagu i przypomniałem sobie, jak zły bóg Set uwięził naszego ojca w złotej trumnie w Muzeum Brytyjskim. Wszędzie widziałem wizerunki Ozyrysa, błękitnoskórego boga umarłych, i myślałem o tym, że tato poświęcił samego siebie, żeby dać nowe ciało Ozyrysowi. Teraz, gdzieś w magicznej krainie Duat, nasz tato jest królem zaświatów. Nie jestem w stanie opisać, jak dziwnie jest oglądać liczące sobie pięć tysięcy lat malunki przedstawiające niebieskiego egipskiego boga i myśleć: „No, a to jest mój tato”.

Wszystkie zabytki wydawały mi się rodzinnymi pamiątkami: różdżka taka sama, jaką ma Sadie; rysunek serpopardów, które nas kiedyś zaatakowały; stronica z Księgi Umarłych ukazująca demony, które widzieliśmy na własne oczy. No i uszebti, magiczne figurki, ożywające na wezwanie. Kilka miesięcy temu zadurzyłem się w dziewczynie, Ziyi Rashid, która okazała się uszebti.

Pierwsze zakochanie w życiu to i tak dość wrażeń. Ale kiedy okazuje się, że dziewczyna, która ci się podoba, jest z gliny i rozpada się w proch na twoich oczach – cóż, powiedzenie „mieć złamane serce” nabiera nowego znaczenia.

Przeszliśmy przez pierwszą salę, na której suficie widniało malowidło w egipskim stylu, przedstawiające zodiak. Słyszałem odgłosy wesela odbywającego się w wielkiej sali balowej, czyli na końcu korytarza po naszej prawej. Echo muzyki i śmiechu niosło się po całym budynku.

W drugiej sali egipskiej zatrzymaliśmy się przed kamiennym fryzem wielkości wjazdu do garażu. W kamieniu wyryta była podobizna potwora depczącego grupkę ludzi.

– Czy to gryf? – zapytała Jaz.

Potaknąłem.

– W wersji egipskiej.

Zwierzę miało tułów lwa i głowę sokoła, ale jego skrzydła nie były takie jak u gryfów znanych z większości rysunków. Zamiast ptasich skrzydeł miał skrzydła biegnące w poprzek grzbietu: długie, poziome i szczeciniaste niczym para odwróconych metalowych szczotek. Uznałem, że jeśli ten stwór w ogóle dzięki temu czemuś lata, to pewnie te skrzydła poruszają się jak u motyla. Fryz był kiedyś malowany. Widziałem resztki czerwieni i złota na skórze zwierzęcia, ale nawet pozbawiony kolorów gryf wyglądał niesamowicie realistycznie. Miałem wrażenie, że wodzi za mną paciorkowatymi oczami.

– Gryfy były strażnikami – powiedziałem, przypominając sobie coś, co opowiadał mi kiedyś tato. – Pilnowały skarbów i takich tam.

– Super – odparła Sadie. – To znaczy, że atakowały... no, na przykład złodziei, którzy włamują się do muzeów i kradną zabytki?

– To tylko płaskorzeźba – zapewniłem ją. Ale chyba nikomu nie poprawiło to nastroju. Egipska magia zwykle polega na zmienianiu słów i obrazów w rzeczywistość.

– To tam. – Walt pokazał na drugą stronę sali. – To jest to, prawda?

Okrążyliśmy gryfa szerokim łukiem i podeszliśmy do posągu stojącego na samym środku.

Bóg miał jakieś trzy metry wysokości. Został wyrzeźbiony z czarnego kamienia i miał na sobie typowe egipskie wdzianko: goła klata, spódniczka i sandały. Zamiast twarzy miał barani pysk i rogi, które nieco się rozkruszyły przez stulecia. Na głowie nosił koronę w kształcie frisbee – słoneczny dysk otoczony przez węże. Przed nim stała znacznie mniejsza ludzka postać. Bóg trzymał ręce wyciągnięte nad głową człowieczka, jakby go błogosławił.

Sadie przyjrzała się bliżej hieroglificznej inskrypcji. Odkąd moja siostra udzieliła gościny duchowi Izydy, bogini magii, zyskała niesamowitą zdolność odczytywania hieroglifów.

– KNM – powiedziała. – To może być Chnum, jak sądzę. Rymuje się z bum?

– Ano – przytaknąłem. – To jest ten posąg, którego potrzebujemy. Horus powiedział mi, że on zawiera sekret odnalezienia Księgi Ra.

Niestety Horus nie wyjawił mi więcej szczegółów. Teraz, kiedy już znaleźliśmy posąg, nie miałem bladego pojęcia, jak miałby nam pomóc. Przyjrzałem się hieroglifom, szukając jakiejś wskazówki.

– Kim jest ten mały z przodu? – zapytał Walt. – Dzieckiem?

Jaz pstryknęła palcami.

– Nie, pamiętam! Chnum wykonał ludzi na kole garncarskim. I to właśnie pewnie tu robi... tworzy człowieka z gliny.

Zerknęła na mnie, oczekując potwierdzenia. Prawda była jednak taka, że ja sam zapomniałem o tej opowieści. Sadie i ja teoretycznie byliśmy nauczycielami, ale Jaz często zapamiętywała więcej szczegółów niż ja.

– Aha, świetnie – powiedziałem. – Człowiek z gliny. Zgadza się.

Sadie zmarszczyła brwi, patrząc na baranią głowę Chnuma.

– Wygląda trochę jak z tej starej kreskówki... Łoś Superktoś czy jakoś tak? Mógłby być bogiem łosi.

– On nie jest bogiem łosi – zaprotestowałem.

– Ale skoro potrzebujemy Księgi Ra – oznajmiła – a Ra jest bogiem słońca, to czemu szukamy jakiegoś łosia?

Sadie bywa irytująca, wspominałem już o tym?

– Chnum jest jednym z aspektów słonecznego boga – powiedziałem. – Ra miał trzy różne osobowości. Rano był Cheprim, skarabeuszem, w ciągu dnia samym Ra, a o zachodzie słońca, kiedy udawał się do podziemia, stawał się Chnumem, bogiem o baraniej głowie.

– Strasznie to skomplikowane – skomentowała Jaz.

– Wcale nie – odparowała Sadie. – Carter też ma różne osobowości. Rano jest zombie, po południu ślimakiem, a...

– Sadie – przerwałem jej – zamknij się.

Walt podrapał się po podbródku.

– Sadie ma chyba rację. To jest łoś.

– Dziękuję – odpowiedziała Sadie.

Walt posłał jej posępny uśmiech, ale wciąż był zamyślony, jakby coś go niepokoiło. Zauważyłem, że Jaz przygląda mu się z troską, i zastanawiałem się, o czym oni wcześniej rozmawiali.

– Wystarczy o tym łosiu – oznajmiłem. – Musimy przetransportować ten posąg do Domu. On zawiera jakąś wskazówkę...

– A jak ją znajdziemy? – zapytał Walt. – Poza tym wciąż nie powiedziałeś nam, dlaczego tak bardzo potrzebujemy tej Księgi Ra?

Zawahałem się. Wielu rzeczy nie powiedziałem naszym rekrutom, nawet Waltowi i Jaz... na przykład, że za pięć dni może być koniec świata. Taka wiedza może zniechęcić do nauki.

– Wyjaśnię to, kiedy wrócimy – obiecałem. – Na razie wymyślmy, jak przenieść ten posąg.

Jaz ściągnęła brwi.

– Chyba nie zmieści się w mojej torebce.

– Ja nie widzę problemu – stwierdziła Sadie. – Po prostu rzucimy zaklęcie lewitacyjne na posąg, zrobimy coś, co odwróci uwagę ludzi i wyciągnie ich z sali balowej...

– Zaczekaj. – Walt nachylił się i przyjrzał małej ludzkiej figurce. Człowieczek uśmiechał się, jakby bycie stworzonym z gliny było super zabawne. – On ma amulet. Skarabeusza.

– To często spotykany symbol – odparłem.

– No... – Walt zaczął przeszukiwać własną kolekcję amuletów. – Ale skarabeusz to symbol odrodzenia Ra, zgadza się? A ten posąg przedstawia Chnuma stwarzającego nowe życie. Może nie potrzebujemy całego posągu? Może tą wskazówką jest...

– Ach! – Sadie wyciągnęła różdżkę. – Znakomicie.

Miałem powiedzieć: „Sadie, nie!”, ale nic by to nie dało. Sadie nigdy mnie nie słucha.

Dotknęła różdżką amuletu człowieczka. Dłonie Chnuma rozbłysły. Głowa mniejszej figurki rozsunęła się, dzieląc się na cztery części jak pokrywa silosu rakietowego – i teraz z szyi posążku wystawał pożółkły zwój papirusu.

– Voilà – powiedziała z dumą Sadie.

Wsunęła różdżkę z powrotem do torby i chwyciła zwój w chwili, kiedy krzyknąłem: – Może być zaklęty!

Jak już mówiłem, ona nigdy nie słucha.

Kiedy tylko wyciągnęła zwój z posążku, cała sala zatrzęsła się w posadach. W szybach gablot pojawiły się pęknięcia.

Sadie krzyknęła, kiedy trzymany przez nią w ręce zwój wybuchnął płomieniem. Ogień najwyraźniej nie spalił papirusu ani też nie poparzył Sadie, ale kiedy usiłowała go ugasić, białe widmowe płomyki przeskoczyły na najbliższą gablotę i popędziły po sali, jakby ktoś rozlał tam benzynę. Ogień dotknął okien i na szkle zapłonęły białe hieroglify, uruchamiając zapewne milion zabezpieczeń i zaklęć. Następnie upiorny ogień zafalował wokół wielkiego fryzu przy wejściu do sali. Kamienna płyta zadrżała. Nie widziałem płaskorzeźb znajdujących się po drugiej stronie, ale usłyszałem chrapliwy krzyk – jakby wydała go wielka, bardzo rozzłoszczona papuga.

Walt zdjął laskę z pleców. Sadie wymachiwała płonącym zwojem, jakby przyrósł jej do ręki.

– Zdejmijcie to ze mnie! To nie moja wina!

– Eee... – Jaz wyciągnęła różdżkę. – Co to za dźwięk?

Serce zamarło mi w piersi.

– Obawiam się – odparłem – że Sadie właśnie wyprodukowała coś, co odwróci uwagę.

2. Jak oswoić gigantycznego kolibra

Kilka miesięcy temu wszystko wyglądałoby inaczej. Sadie wypowiedziałaby jedno słowo, powodując eksplozję na miarę wielkiej bomby. Ja zamknąłbym się w magicznym awatarze bitewnym i prawie nic nie byłoby w stanie mnie pokonać.

Ale wtedy byliśmy w pełni zjednoczeni z bogami – ja z Horusem, Sadie z Izydą. Zrezygnowaliśmy z tej mocy po prostu dlatego, że okazała się zbyt niebezpieczna. Dopóki nie zdołamy lepiej opanować naszych własnych zdolności, dzielenie się ludzką postacią z egipskimi bogami mogło nas doprowadzić do szaleństwa albo dosłownie spalić.

Teraz dysponowaliśmy tylko naszą ograniczoną magią. Przez to było nam trudniej robić rzeczy naprawdę ważne – na przykład przetrwać, kiedy jakiś potwór ożywał i postanawiał nas zabić.

Gryf pojawił się przed nami. Był dwa razy większy od zwykłego lwa, a jego czerwonozłote futro pokrywał wapienny pył. Ogon miał nabijany ostrymi piórami, przypominającymi ostre sztylety z twardej stali. Jednym machnięciem łapą rozkruszył na pył kamienny blok, z którego się wydostał. Jego szczeciniaste skrzydła sterczały teraz pionowo nad grzbietem. Kiedy gryf się poruszył, zatrzepotał nimi tak szybko, że rozmazały się w powietrzu i zafurkotały niczym skrzydła największego i najbardziej niebezpiecznego kolibra na świecie.

Gryf utkwił wygłodniały wzrok w Sadie. Jej dłoń i trzymany w niej zwój otaczały wciąż białe płomienie, ale potwór najwidoczniej postanowił przyjąć wyzwanie. Słyszałem wielokrotnie krzyki sokołów – no, bywało się sokołem raz czy dwa – ale kiedy to coś rozwarło dziób, wydobyło z siebie skrzek, który wstrząsnął oknami i przyprawił mnie o gęsią skórkę na całym ciele.

– Sadie – powiedziałem – puszczaj zwój.

– A niby jak? Przyrósł mi do ręki! – zaprotestowała. – Poza tym płonę! Nie zauważyłeś?

Teraz widmowym ogniem płonęły okna i zabytki. Zwój jakby uruchomił wszystkie zasoby egipskiej magii w tej sali, a ja byłem pewny, że to niedobrze. Walt i Jaz stali jak zamurowani. Nie mogłem mieć do nich pretensji. To był pierwszy prawdziwy potwór, jakiego widzieli na oczy.

Gryf zrobił krok w kierunku mojej siostry.

Stałem ramię w ramię z Sadie, wykonałem więc jedyną magiczną sztuczkę, jaka mi jeszcze pozostała. Sięgnąłem w głąb Duat i wyciągnąłem stamtąd – niczym z powietrza – mój miecz, egipski chepesz o bardzo ostrej, zakrzywionej klindze.

Sadie wyglądała nieco głupkowato, machając płonącym zwojem – jak rozentuzjazmowana Statua Wolności – ale wolną ręką zdołała przywołać swoją główną broń – dwumetrową laskę rzeźbioną w hieroglify.

– Jakieś rady przed walką z gryfami? – zapytała.

– Uważaj na ostre pazury? – zaproponowałem.

– Brawo. Dzięki.

– Walt – zawołałem. – Sprawdź okna. Zobacz, czy dasz radę je otworzyć.

– A-ale one są zaklęte.

– Są – przyznałem. – Za to jeśli spróbujemy wydostać się przez salę balową, gryf nas pożre, zanim się tam dostaniemy.

– Sprawdzę okna.

– Jaz – powiedziałem – pomóż Waltowi.

– Te znaki na szkle – wymamrotała Jaz. – Ja... ja je już gdzieś widziałam...

– Rusz się! – rozkazałem.

Gryf zaatakował, a jego skrzydła zgrzytały niczym piła łańcuchowa. Rzucona przez Sadie laska w locie zmieniła się w tygrysa, który skoczył na gryfa z wysuniętymi pazurami.

Nie zrobiło to specjalnego wrażenia na potworze. Odrzucił tygrysa na bok, po czym dopadł go z nienaturalną prędkością, otwierając dziób niemożliwie szeroko. CHAP. Gryf przełknął, beknął i było po tygrysie.

– To była moja ulubiona laska! – krzyknęła Sadie.

Gryf zwrócił wzrok na mnie.

Trzymałem miecz mocno. Ostrze zaczęło połyskiwać. Żałowałem, że w moich myślach nie odezwie się Horus, zachęcając do ataku. Noszenie w głowie osobistego boga wojny ułatwia głupią brawurę.

– Walt! – zawołałem. – Jak ci idzie z tym oknem?

– Staram się – odparł.

– Za-zaczekaj – powiedziała nerwowo Jaz. – To są znaki Sachmet. Walt, nie!

W tej samej chwili wydarzyło się kilka rzeczy. Walt otworzył okno i uderzyła w niego rycząca fala białego ognia, przewracając go na podłogę.

Jaz podbiegła do Walta. Gryf natychmiast przestał się mną interesować. Jak każdy drapieżnik skupił się na ruchomym celu – Jaz – i rzucił się na nią.

Skoczyłem za nim. Ale on, zamiast rozerwać na strzępy naszych kumpli, wyskoczył ponad nimi i uderzył w okno. Jaz odciągnęła Walta z drogi, a gryf tymczasem szalał, uderzając i dziobiąc białe płomienie.

Usiłował atakować ogień. Kłapał paszczą w powietrzu, obrócił się, przewracając gablotę z uszebti, rozbił ogonem na kawałki cały sarkofag.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale wrzasnąłem: – Przestań!

Gryf zamarł. Obrócił się ku mnie, kracząc z poirytowaniem. Zasłona białego ognia umknęła i skupiła się w kącie, jakby robiąc przegrupowanie. Nagle zauważyłem kolejne zbierające się płomienie, tworzące ogniste kształty nieco przypominające ludzi. Jeden z nich spojrzał prosto na mnie, a ja wyczułem niewątpliwie złowrogą aurę.

– Odwróć jego uwagę, Carter. – Sadie najwyraźniej nie zauważyła ognistych kształtów. Ze wzrokiem wciąż utkwionym w gryfie zaczęła wyciągać z kieszeni magiczny sznurek. – Jeśli uda mi się podejść dostatecznie blisko...

– Sadie, zaczekaj. – Usiłowałem objąć umysłem, co się działo. Walt leżał na plecach, wstrząsany drgawkami. Oczy płonęły mu biało, jakby ogień dostał się do jego wnętrza. Jaz klęczała nad nim, mamrocząc zaklęcie lecznicze.

– KRAAAA! – Gryf zakrakał żałośnie, jakby prosił o pozwolenie... jakby mimo wszystko podporządkowywał się mojemu rozkazowi, który wcale mu się nie podobał.

Ogniste kształty stawały się coraz jaśniejsze i bardziej konkretne. Naliczyłem siedem lśniących postaci, którym powoli kształtowały się ręce i nogi.

Siedem postaci... Jaz mówiła coś o symbolach Sachmet. Poczułem ogarniające mnie przerażenie, kiedy uświadomiłem sobie, czym było zaklęcie strzegące muzeum. Uwolnienie gryfa było przypadkiem. To nie on stanowił prawdziwy problem.

Sadie rzuciła sznurkiem.

– Czekaj! – wrzasnąłem, ale za późno. Magiczny sznurek przeciął powietrze, rozciągając się i pędząc w kierunku gryfa.

Stwór pisnął mało elegancko i rzucił się za ognistymi postaciami. Płomieniste potwory rozpierzchły się i rozpoczęła się gra w totalne unicestwienie.

Gryf szalał po sali z szumem skrzydeł. Gabloty roztrzaskiwały się, alarmy śmiertelników wyły, ja darłem się na gryfa, żeby przestał, ale tym razem nic to nie dało.

Kątem oka zobaczyłem, że Jaz omdlewa, być może z wysiłku spowodowanego leczeniem.

– Sadie! – krzyknąłem. – Pomóż jej!

Sadie podbiegła do Jaz, ja goniłem gryfa. Musiałem wyglądać idiotycznie w czarnej piżamie i z błyszczącym mieczem w ręku, potykając się o porozbijane zabytki i wywrzaskując rozkazy w kierunku ogromnego kolibra skrzyżowanego z kotem.

Kiedy uznałem, że gorzej już być nie może, w drzwiach pojawiło się z pół tuzina weselnych gości, chcących sprawdzić, co to za hałasy. Wszystkim opadły szczęki. Kobieta w brzoskwiniowej sukni zaczęła wrzeszczeć.

Siedem potworów z białego ognia rzuciło się w kierunku nowo przybyłych, którzy natychmiast zemdleli. Ogniki nie zatrzymały się, ale przemknęły przez drzwi w kierunku sali balowej. Gryf poleciał za nimi.

Zerknąłem na Sadie, która klęczała nad Jaz i Waltem.

– Co z nimi?

– Walt dochodzi do siebie – powiedziała – ale Jaz jest nieprzytomna.

– Chodź za mną, jeśli dasz radę. Myślę, że wiem, jak powstrzymać gryfa.

– Zwariowałeś, Carter? Nasi przyjaciele są ranni, a ja mam płonący zwój przyczepiony do ręki. Okno jest otwarte. Pomóż mi wydostać stąd Jaz i Walta!

Miała rację. To mogła być jedyna szansa, żeby wydostać naszych kumpli żywych. Wiedziałem już jednak, czym są te białe płomienie, i wiedziałem, że jeśli za nimi nie pobiegnę, mnóstwu niewinnych ludzi może stać się krzywda.

Rzuciłem egipskie przekleństwo – to znaczy stek obelg, a nie klątwę – i pognałem w kierunku przyjęcia weselnego.

W sali balowej panował chaos. Goście rozpierzchli się na wszystkie strony, wrzeszcząc i przewracając stoły. Facet w smokingu upadł na tort i pełzał teraz po podłodze z plastikową parą młodą przyczepioną do spodni. Jeden z muzyków usiłował uciec ze stopą zablokowaną w bębnie.

Białe płomienie były teraz na tyle cielesne, że widać było ich kształt: coś pomiędzy psem a człowiekiem, z wydłużonymi rękami i krzywymi nogami. Pędzące przez salę i okrążające kolumny wokół parkietu potwory świeciły niczym przegrzany gaz. Jeden przemknął przez druhnę. Oczy kobiety stały się mlecznobiałe, a ona sama upadła na podłogę, trzęsąc się i kaszląc.

Też miałem ochotę zwinąć się w kłębek. Nie znałem żadnych zaklęć przeciw tym istotom, gdyby któraś z nich mnie dotknęła...

Nagle gryf zanurkował nie wiadomo skąd, a za nim ciągnął się magiczny sznurek Sadie, wciąż usiłując go spętać. Gryf kłapnął dziobem na jedno z ogniowych stworzeń i poleciał dalej. Z jego nozdrzy wydobyły się kłęby dymu, ale poza tym spożycie białego ognia najwyraźniej mu nie zaszkodziło.

– Hej! – wrzasnąłem.

Za późno zdałem sobie sprawę, że to był błąd.

Gryf odwrócił się do mnie, co spowolniło go na tyle, żeby sznur Sadie owinął się wokół jego tylnych łap.

– WIIIIUUUU! – Gryf runął na stół z przekąskami. Sznur wydłużył się, owijając się wokół ciała potwora, podczas gdy jego wysokoobrotowe skrzydła szatkowały stół, podłogę i tace z kanapkami niczym piła tarczowa, która wymknęła się spod kontroli.

Goście weselni uciekali z sali balowej. Większość biegła w kierunku wind, ale dziesiątki leżały nieprzytomne, wstrząsane drgawkami, z błyszczącymi białymi oczami. Innych przysypały sterty gruzu. Alarmy wyły, a białe płomienie – teraz w liczbie sześciu – wciąż były nie do opanowania.

Podbiegłem do gryfa, który tarzał się po ziemi, nadaremno usiłując przegryźć sznur.

– Uspokój się! – krzyknąłem. – Daj mi pomóc, głupku!

– ŚWIIIIIR! – Gryf wywinął ogonem nad moją głową, a ja cudem uniknąłem dekapitacji.

Wziąłem głęboki wdech. Jestem przede wszystkim magiem bitewnym. Nigdy nie radziłem sobie dobrze z zaklęciami hieroglificznymi, ale wycelowałem miecz w potwora i powiedziałem: – Hetep.

Zielony hieroglif – oznaczający „bądź w pokóju” – zapłonął w powietrzu, tuż przed czubkiem głowni:

Gryf przestał się rzucać. Szum jego skrzydeł zwolnił. Chaos i krzyki wciąż wypełniały salę, ale ja starałem się zachować jak największy spokój, kiedy zbliżałem się do stworzenia.

– Poznajesz mnie, prawda? – Wyciągnąłem rękę i kolejny symbol rozbłysł nad moją dłonią – ten, który zawsze potrafię przywołać, Oko Horusa:

– Jesteś świętym zwierzęciem Horusa, prawda? Dlatego mnie słuchasz.

Gryf zamrugał oczami na widok znaku boga wojny. Potargał sobie pióra na karku i pisnął żałośnie, wykręcając ciało pod sznurem, który powoli zaciskał się wokół niego.

– Tak, wiem – powiedziałem. – Moja siostra to łajza. Zaczekaj. Rozwiążę cię.

Gdzieś za mną rozległ się krzyk Sadie: – Carter!

Odwróciłem się i zobaczyłem, że zmierzają ku mnie wraz z Waltem, niosąc między sobą Jaz. Sadie wciąż przypominała Statuę Wolności, unosząc w ręce płonący zwój. Walt pewnie stał na nogach, a jego oczy już nie błyszczały, ale ciało Jaz było bezwładne, jakby wszystkie jej kości zamieniły się w galaretę.

Uchylili się przed zderzeniem z ognistym duchem i paroma oszalałymi gośćmi weselnymi i jakoś przepchali się na drugi koniec sali balowej.

Walt wpatrywał się w gryfa.

– Jak zdołałeś go uspokoić?

– Gryfy są sługami Horusa – wyjaśniłem. – Ciągnęły jego rydwan do bitwy. Myślę, że rozpoznał mój związek z Horusem.

Gryf krzyknął niecierpliwie i poruszył ogonem, przewracając kamienną kolumnę.

– Niespecjalnie go uspokoiłeś – zauważyła Sadie. Zerknęła w górę na szklaną kopułę znajdującą się dziesięć metrów nad nami, gdzie maleńka postać Chufu machała do nas rozpaczliwie. – Musimy natychmiast zabrać stąd Jaz – oznajmiła.

– Nic mi nie jest – wymamrotała Jaz.

– Owszem, jest – odparł Walt. – Carter, ona przejęła tego ducha ode mnie, ale to ją prawie zabiło. To jakieś demony choroby...

– Bau – powiedziałem. – Złe duchy. Te siedem to...

– Strzały Sachmet – dokończyła Jaz, potwierdzając moje obawy. – Duchy zarazy, narodzone z bogini. Muszę je powstrzymać.

– Musisz odpocząć – odparła Sadie.

– Dobra – oznajmiłem. – Sadie, zdejmij z gryfa więzy i...

– Nie mamy czasu – zauważyła Jaz. Bau stawały się coraz większe i jaśniejsze. Kolejni weselnicy przewracali się, podczas gdy duchy szalały po sali bez przeszkód.

– Oni poumierają, jeśli nie powstrzymam bau – ciągnęła Jaz. – Potrafię skoncentrować moc Sachmet i zmusić je do powrotu do Duat. Tego się przecież uczyłam.

Zawahałem się. Jaz nigdy nie próbowała rzucić tak potężnego zaklęcia. Była już osłabiona po leczeniu Walta. Ale rzeczywiście, uczyła się właśnie tego. Może się wydawać dziwne, że lekarze uczą się ścieżki Sachmet, ale ponieważ Sachmet jest boginią zniszczenia, zarazy i głodu, dobrze, żeby uzdrowiciele potrafili kontrolować jej moc – włącznie z bau.

A poza tym gdybym nawet zdołał oswobodzić gryfa, nie miałem pewności, czy potrafię go kontrolować. Istniało pewne ryzyko, że w podekscytowaniu postanowi schrupać nas zamiast duchów.

Na zewnątrz słychać było zbliżające się syreny policyjne. Mieliśmy mało czasu.

– Nie mamy wyboru – upierała się Jaz.

Wyciągnęła różdżkę i nagle – ku absolutnemu zdumieniu mojej siostry – pocałowała Walta w policzek.

– Wszystko będzie dobrze, Walt. Nie poddawaj się.

Jaz wyciągnęła coś jeszcze ze swojej magicznej torby – woskową figurkę – i wcisnęła ją w wolną dłoń mojej siostry.

– Wkrótce ci się to przyda, Sadie. Przykro mi, że nie jestem w stanie więcej wam pomóc. Kiedy nadejdzie czas, będziesz wiedziała, co zrobić.

Chyba nigdy nie widziałem, żeby Sadie do tego stopnia zamurowało.

Jaz pobiegła na środek sali i dotknęła różdżką podłogi, rysując wokół swoich stóp ochronny krąg. Z torby wyciągnęła małą statuetkę Sachmet, swojej bogini patronki, i uniosła ją w górę.

Zaczęła śpiewać. Wokół niej rozbłysło czerwone światło. Z magicznego kręgu wyrosły wici energii, wypełniając salę niczym gałęzie drzewa. Następnie zaczęły wirować, najpierw powoli, a potem przyspieszając, aż magiczny strumień pochwycił bau, zmuszając je, żeby popłynęły w tym samym kierunku, ciągnąc je na środek pomieszczenia. Duchy wyły, usiłując walczyć z zaklęciem. Jaz zachwiała się, ale nie przerywała śpiewu. Na jej twarzy pojawiły się kropelki potu.

– Możemy jej pomóc? – zapytał Walt.

– KRAAAAA! – krzyknął gryf, co chyba miało oznaczać: „Hej, ciągle tu jestem!”.

Wycie syren brzmiało tak, jakby policja była już przed budynkiem. W korytarzu, w pobliżu wind, ktoś krzyczał przez megafon, ponaglając ostatnich gości do wyjścia z budynku – jakby potrzebowali jeszcze zachęty. Policja przyjechała, a gdybyśmy zostali aresztowani, ciężko byłoby nam się wytłumaczyć.

– Sadie – powiedziałem – przygotuj się do zdjęcia więzów z gryfa. Walt, nadal masz swój amulet łodzi?

– Mój...? Tak. Ale tu nie ma wody.

– Wezwij łódź! – Pogrzebałem w kieszeniach i znalazłem mój magiczny sznurek. Wypowiedziałem zaklęcie i nagle trzymałem w ręce linę długości około sześciu metrów. Zawiązałem na jej środku luźną pętlę, coś w rodzaju ogromnego krawata, i ostrożnie podszedłem do gryfa.

– Tylko założę ci to na szyję – powiedziałem. – Nie bój się.

– ŚWIIIIIR! – odparł gryf.

Podszedłem bliżej, świadomy tego, jak bardzo szybko ten dziób mógłby mnie rozpłatać, gdyby zechciał, ale udało mi się założyć uzdę na szyję gryfa.

W tej samej chwili stało się coś niedobrego. Czas spowolnił. Czerwone, wirujące wici zaklęcia Jaz poruszały się jak w mazi, jakby całe powietrze zmieniło się w syrop. Krzyki i wycie syren dobiegały teraz jakby z oddali.

– Nie uda wam się – syknął jakiś głos.

Obróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z bau.

Unosiło się w powietrzu kilkanaście centymetrów ode mnie, a jego ognisty biały kształt był niemalże wyraźny. Miałem wrażenie, że duch się uśmiecha, i mógłbym przysiąc, że widziałem już kiedyś jego twarz.

– Chaos jest zbyt potężny, chłopcze – odezwał się. – Świat obraca się poza twoją kontrolą. Porzućcie swoją misję!

– Zamknij się – mruknąłem, ale serce waliło mi jak młotem.

– Nigdy jej nie odnajdziesz – powiedział szyderczo duch. – Śpi w Miejscu Czerwonych Piasków, ale umrze, jeśli nie porzucisz swojego bezsensownego zadania.

Czułem się tak, jakby po moich plecach pełzła tarantula. Ten duch mówił o Ziyi Rashid – prawdziwej Ziyi, której szukałem od świąt.

– Nie – odparłem. – Jesteś demonem, kłamcą.

– Dobrze wiesz, kim jestem, chłopcze. Spotkaliśmy się już.

– Zamknij się! – Duch zasyczał, kiedy wezwałem Oko Horusa. Czas przyspieszył. Czerwone wici zaklęcia Jaz owinęły się wokół wrzeszczącego bau i wciągnęły je w wir.

Nikt najwyraźniej nie zauważył tego, co się stało.

Sadie broniła się, uderzając w bau płonącym zwojem, ilekroć się przybliżyły. Walt położył na podłodze swój amulet łodzi i wypowiedział rozkaz. W ciągu kilku sekund amulet rozrósł się – jak te zabawki z gąbki zwiększającej objętość w wodzie – w pełnowymiarową egipską trzcinową łódź, leżącą wśród pozostałości stołu z przekąskami.

Drżącymi dłońmi ująłem dwa końce nowego krawata gryfa i przywiązałem jeden z nich do dziobu, a drugi do rufy łodzi.

– Carter, uważaj! – krzyknęła Sadie.

Obróciłem się na czas, żeby ujrzeć rozbłysk oślepiającego czerwonego światła. Cały wir zapadł się, zasysając wszystkie sześć bau do kręgu utworzonego przez Jaz. Światła zgasły. Jaz zemdlała, a różdżka i posążek Sachmet rozpadły się w pył w jej rękach.

Podbiegliśmy do niej. Jej ubranie parowało. Nie byłem w stanie stwierdzić, czy oddycha.

– Połóżcie ją w łodzi – powiedziałem. – Musimy się stąd wydostać.

Usłyszałem ciche powarkiwanie wysoko nad nami. Chufu otwarł kopułę. Wymachiwał gwałtownie rękami, a nad nim reflektory omiatały niebo. Muzeum było już pewnie otoczone przez wszystkie możliwe służby ratunkowe.

W sali balowej dotknięci klątwą goście zaczynali odzyskiwać przytomność. Jaz ich uratowała, ale za jaką cenę? Zanieśliśmy ją do łodzi i wsiedliśmy na pokład.

– Trzymajcie się mocno – ostrzegłem. – To się chwieje. Jeśli się przechyli...

– Hej! – odezwał się głęboki męski głos za nami. – Co wy... Hej! Stać!

– Sadie, sznur, już! – zawołałem.

Pstryknęła palcami i sznur pętający gryfa rozpłynął się.

– LEĆ! – krzyknąłem. – W GÓRĘ!

– ŚWIIIIIR! – Gryf rozłożył skrzydła. Skoczyliśmy w powietrze; łódź kołysała się wściekle, ale poleciała prosto w otwartą kopułę. Gryf ledwie zauważył dodatkowy ciężar. Leciał tak szybko, że Chufu musiał się postarać, żeby wskoczyć na pokład. Wciągnąłem go i wszyscy trzymaliśmy się rozpaczliwie burt, usiłując nie wypaść.

– Agh! – poskarżył się Chufu.

– Aha – potaknąłem. – I tyle, jeśli chodzi o łatwe zadania.

Ale przecież jesteśmy rodziną Kane’ów. To był najłatwiejszy dzień z tych, które nas czekały w najbliższym czasie.

Nasz gryf jakoś wiedział, dokąd lecieć. Krzyknął tryumfalnie i wzbił się w zimne i wilgotne nocne powietrze. Kiedy zbliżaliśmy się do domu, zwój w ręce Sadie zapłonął jaśniej. Spojrzałem w dół i dostrzegłem widmowe białe ogniki jaśniejące nad wszystkimi dachami na Brooklynie.

Zaczynałem się zastanawiać, co dokładnie ukradliśmy – czy to w ogóle był właściwy przedmiot, czy też tylko dołożyliśmy sobie kłopotów. Tak czy siak, miałem wrażenie, że w końcu udało nam się skusić los.

3. Lodziarz knuje naszą zgubę

Zabawne, jak szybko da się zapomnieć o płonącej ręce.

Och, przepraszam, mówi Sadie. Nie sądziliście chyba, że pozwolę bratu gadać w nieskończoność, prawda? Proszę, na takie przekleństwo nikt nie zasłużył.

Wróciliśmy do Domu Brooklyńskiego i wszyscy zgromadzili się wokół mnie, ponieważ moja dłoń była przyrośnięta do płonącego zwoju.

– Nic mi nie jest! – powtarzałam. – Zajmijcie się Jaz!

Co prawda nie mam nic przeciwko odrobinie uwagi od czasu do czasu, ale tym razem to nie ze mną działy się najciekawsze rzeczy. Wylądowaliśmy na dachu rezydencji, która sama w sobie jest dziwaczną atrakcją – pięciopiętrowy sześcian z wapienia i stali, niczym pomieszanie egipskiej świątyni z galerią sztuki, usadowione na szczycie opuszczonego magazynu na brooklyńskim nabrzeżu. Nie mówiąc już o tym, że budynek emanuje magią i jest niewidoczny dla zwykłych śmiertelników.

Pod nami cały Brooklyn płonął. Mój irytujący magiczny zwój wymalował pas widmowych płomyków nad całą dzielnicą, kiedy lecieliśmy z muzeum. Nic tak naprawdę się nie paliło, a ogień nie był gorący, ale mimo to spowodowaliśmy niezłą panikę. Syreny wyły. Ludzie tłoczyli się na ulicach, gapiąc się na płonące dachy. Helikoptery rzucały na wszystko snopy światła.

Jakby tego było mało, mój brat walczył z gryfem, usiłując odczepić od jego szyi łódź rybacką i powstrzymać bestię od pożarcia naszych uczniów.

Do tego wszystkiego jeszcze Jaz, prawdziwe źródło naszego zmartwienia. Przekonaliśmy się, że oddycha, ale najwyraźniej była w jakiejś śpiączce. Kiedy otwarliśmy jej oczy, błyszczały na biało – zdecydowanie zły znak.

Podczas podróży łodzią Chufu wypróbował na niej swoje słynne pawianie sztuczki magiczne: gładził ją po czole, wydawał nieuprzejme odgłosy i usiłował napchać jej żelek do ust. Z pewnością był przekonany, że pomaga, ale w żaden sposób nie poprawiało to jej stanu.

Potem zajął się nią Walt. Podniósł ją delikatnie i położył na noszach, przykrywając kocami i gładząc ją po włosach, podczas gdy pozostali uczniowie zgromadzili się wokół nas. I to było w porządku. Absolutnie w porządku.

Wcale nie obchodziło mnie, jak bardzo przystojnie wyglądał w świetle księżyca, jak wspaniale rysowały się jego mięśnie w tym podkoszulku bez rękawów, ani też to, że trzymał Jaz za rękę, ani...

Przepraszam. Co ja to mówiłam?

Usiadłam w kącie dachu, czując się kompletnie wyczerpana. Prawa ręka swędziała od długiego trzymania papirusu. Magiczne płomyki łaskotały mnie w palce. Pomacałam lewą ręką w kieszeni i wyciągnęłam małą woskową figurkę, którą dostałam od Jaz. Była to jedna z jej leczniczych figurek, używanych do wyganiania chorób i klątw. Zazwyczaj woskowe figurki nie są do nikogo bardzo podobne, ale tym razem Jaz się postarała. Ta laleczka miała za zadanie wyleczyć konkretnego człowieka, co oznaczało, że pewnie zawierała więcej mocy i była chowana na wypadek decydujący o życiu lub śmierci. Patrzyłam na kręcone włosy, rysy twarzy, na miecz trzymany w ręce. Jaz nawet wypisała na piersi figurki hieroglifami imię CARTER.

„Wkrótce ci się to przyda”, powiedziała mi.

O ile wiedziałam, Jaz nie była wróżbitką. Nie potrafiła przepowiadać przyszłości. Co zatem miała na myśli? Skąd miałam wiedzieć, kiedy użyć tej figurki? Wpatrując się w miniaturowego Cartera, miałam straszliwe wrażenie, że życie mojego brata dosłownie jest w moich rękach.

– Dobrze się czujesz? – odezwał się kobiecy głos.

Szybko schowałam figurkę.

Koło mnie stała moja przyjaciółka Bastet. Jej półuśmiech i błysk w żółtych oczach mogły oznaczać równie dobrze niepokój jak rozbawienie. Trudno powiedzieć w przypadku bogini kotki. Czarne włosy miała związane w koński ogon. Ubrana była w swoje ulubione trykoty w lamparcie cętki, jakby właśnie miała wykonać salto. Nie zdziwiłabym się, gdyby to zrobiła. Jak już mówiłam, z kotami nigdy nic nie wiadomo.

– Wszystko okej – skłamałam. – Ja tylko... – Machnęłam bezradnie płonącą ręką.

– Hmm. – Bastet sprawiała wrażenie zaniepokojonej obecnością zwoju. – Zobaczmy, co da się z tym zrobić.

Przyklękła obok mnie i zaczęła śpiewać zaklęcie.

Rozmyślałam o tym, jakie to zabawne, że dawne domowe zwierzątko rzuca czary. Bastet przez kilka lat udawała moją kotkę, Muffinkę. Nie miałam pojęcia, że na mojej poduszce sypia bogini. A kiedy nasz tato uwolnił całą grupę bogów w Muzeum Brytyjskim, Bastet się ujawniła.

Opowiedziała, że pilnowała mnie przez sześć lat, od kiedy nasi rodzice uwolnili ją z więzienia w Duat, dokąd została zesłana, żeby przez wieczność walczyć z wężem chaosu, Apopisem.

To długa opowieść – dość, że moja mama przewidziała ucieczkę Apopisa z więzienia, co zasadniczo oznaczało Sądny Dzień. Gdyby Bastet miała z nim dalej walczyć samotnie, zostałaby unicestwiona. Uwolniona miała, zdaniem mojej mamy, odegrać ważną rolę w nadchodzącej bitwie z chaosem. Dlatego moi rodzice uwolnili ją, zanim Apopis zdołał ją pokonać. Mama umarła przy otwieraniu, a następnie natychmiastowym zamykaniu więzienia Apopisa, no więc Bastet poczuła się dłużna wobec naszych rodziców. I została moją strażniczką.

Teraz była naszą opiekunką, towarzyszką podróży, a czasem również osobistą kucharką (dobra rada: jeśli zaproponuje coś, co się nazywa Przysmak Dnia, odmówcie).

Ja jednak wciąż tęsknię za Muffinką. Czasami z trudem powstrzymuję chęć podrapania Bastet za uchem i karmienia jej chrupkami, ale cieszę się, że nie usiłuje już spać na mojej poduszce. To byłoby dość dziwne.

Bogini zakończyła śpiew i zwój zgasł. Moje palce się rozluźniły. Papirus spadł mi na kolana.

– Boże, dzięki – westchnęłam.

– Bogini – poprawiła mnie Bastet. – Do usług. Nie możemy pozwolić, żeby moc Ra oświetlała miasto, prawda?

Spojrzałam na domy dzielnicy. Ogniki zgasły. Brooklyn wrócił do nocnej normy, jeśli nie liczyć świateł służb ratunkowych i tłumu krzyczących śmiertelników na ulicach. Jak o tym myślę, wydaje mi się, że było to całkiem normalne.

– Moc Ra? – zapytałam. – Myślałam, że ten zwój to tylko wskazówka. To jest naprawdę Księga Ra?

Koński ogon Bastet najeżył się, jak zawsze, kiedy jest zdenerwowana. Uświadomiłam sobie, że nosi upięte włosy, żeby uniknąć tego, że cała jej głowa zmienia się w ukwiał, kiedy tylko coś ją zaskoczy.

– Ten zwój to... część księgi – odparła. – Poza tym ostrzegałam was. Mocy Ra praktycznie nie da się kontrolować. Jeśli upieracie się przy tym, żeby go przebudzić, następne ognie, które rozpalicie, mogą nie być tak nieszkodliwe.

– A czy on nie jest waszym faraonem? – zapytałam. – Nie chcecie go obudzić?

Spuściła wzrok. Uzmysłowiłam sobie, jak głupie było to pytanie. Ra był panem i władcą Bastet. Tysiące lat temu wybrał ją na swojego wojownika. Ale to również on zesłał ją do więzienia, żeby przez wieczność zajmowała jego arcywroga Apopisa – po to, by Ra mógł zachować czyste sumienie. Gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie, powiedziałabym, że to dość samolubne.

Dzięki moim rodzicom Bastet uciekła z więzienia, ale to oznaczało również, że opuściła posterunek walki z Apopisem. Nic dziwnego, że miała mieszane uczucia, jeśli chodzi o spotkanie z dawnym szefem.

– Lepiej porozmawiajmy rano – powiedziała. – Musicie odpocząć, a ten zwój należy otwierać wyłącznie za dnia, kiedy łatwiej jest kontrolować moc Ra.

Spojrzałam na moje kolana. Papirus nadal parował.

– Łatwiej kontrolować... To znaczy, że tym razem nie stanę w płomieniach?

– Można go teraz bezpiecznie dotykać – zapewniła mnie Bastet. – Po tysiącleciach ukrycia w ciemności był po prostu bardzo czuły – zareagowałby na każdą energię: magiczną, elektryczną, emocjonalną. A ja, no, zmniejszyłam tę czułość, żeby nie wybuchnął znów płomieniem.

Wzięłam zwój do ręki. Na szczęście Bastet miała rację. Nie przykleił się do mnie ani nie spowodował pożaru miasta.

Bastet pomogła mi wstać.

– Wyśpij się. Powiem Carterowi, że u ciebie wszystko w porządku. Poza tym... – Wysiliła się na uśmiech. – Jutro twój wielki dzień.

Prawda – pomyślałam żałośnie. – Jedna osoba pamięta i jest to mój kot.

Zerknęłam w stronę mojego brata, który wciąż usiłował okiełznać gryfa. Stwór trzymał w dziobie sznurówki Cartera i najwyraźniej nie zamierzał ich puszczać.

Większość z dwudziestki naszych uczniów otaczała Jaz, usiłując ją obudzić. Walt nie odstępował jej ani na krok. Zerknął na mnie szybko, niepewnie, po czym z powrotem zajął się Jaz.

– Może miałaś rację – mruknęłam do Bastet. – Nikt mnie tu nie potrzebuje.

Mój pokój doskonale nadawał się na czas złych humorów. Przez ostatnie sześć lat mieszkałam na pięterku domu dziadków w Londynie i chociaż tęskniłam za dawnym życiem, za koleżankami Liz i Emmą i wszystkim, co brytyjskie, nie mogłabym zaprzeczyć, że pokój na Brooklynie był znacznie elegantszy.

Balkon wychodził na East River. W pokoju było ogromne, wygodne łóżko, własna łazienka i garderoba z nieskończoną liczbą ubrań, które magicznie pojawiały się i czyściły wedle potrzeb. W komodzie mieściła się lodówka z moimi ulubionymi napojami sprowadzanymi z Anglii oraz miętówkami w czekoladzie (coś się dziewczynie należy). Do tego sprzęt muzyczny najnowszej generacji i ściany do tego stopnia dźwiękoszczelne, że mogłam puszczać muzykę na pełny regulator, nie przejmując się moim bratem sztywniakiem za ścianą. Na komodzie stała jedyna rzecz, którą przywiozłam z londyńskiego pokoju: stary magnetofon, który dostałam lata temu od dziadków. Żałośnie staroświecki, to prawda, ale zatrzymałam go z powodów sentymentalnych. To na nim nagraliśmy z Carterem nasze przygody z czerwoną piramidą.

Podłączyłam iPoda do głośników i przebiegłam przez playlisty. Wybrałam starą składankę, którą nazwałam DOŁUJĄCE, ponieważ właśnie tak się czułam.

Usłyszałam początek 19 Adele. Rany, nie słyszałam tej płyty od...

Nagle się rozkleiłam. Słuchałam tej składanki w tę Wigilię, kiedy tato i Carter zabrali mnie na wycieczkę do Muzeum Brytyjskiego – tego wieczora, kiedy nasze życie zmieniło się na zawsze.

Adele śpiewała, jakby ktoś wyrywał jej serce z piersi. O chłopaku, w którym się zakochała, zastanawiając się, co zrobić, żeby on też jej zapragnął. Czułam się totalnie bratnią duszą. Ale w ostatnie święta ta piosenka sprawiła, że myślałam też o mojej rodzinie: mamie, która umarła, kiedy byłam jeszcze całkiem mała, o ojcu i Carterze, którzy podróżowali razem po świecie i zostawili mnie w Londynie z dziadkami, jakby kompletnie nie potrzebowali mnie w swoim życiu.

Oczywiście wiedziałam, że to bardziej skomplikowane. Odbyła się paskudna sprawa sądowa z prawnikami i bitwą z użyciem chochelki, a tato chciał nas rozdzielić z Carterem, żebyśmy nie wzbudzali swojej magii, zanim nie nauczymy się kontrolować mocy. Oczywiście, od tego czasu staliśmy się wszyscy sobie bliżsi. Tato pojawił się znów w moim życiu na trochę, choć teraz jest bogiem podziemia. Co do mamy... cóż, spotkałam jej ducha. To chyba się liczy.

Mimo to muzyka przywodziła wspomnienia bólu i złości, które czułam w święta. Obawiam się, że nie pozbyłam się tych uczuć tak całkowicie, jak mi się wydawało.

Zawiesiłam palec nad ikonką przewijania do przodu, ale postanowiłam dać się tej piosence skończyć. Rzuciłam moje rzeczy na komodę: zwój papirusu, małego Cartera z wosku, magiczną torbę, różdżkę. Sięgnęłam po laskę, po czym przypomniałam sobie, że już jej nie mam. Zjadł ją gryf.

– Beznadziejny ptasi móżdżek – mruknęłam.

Zaczęłam się przebierać w piżamę. Wewnętrzną stronę drzwi garderoby miałam oklejoną zdjęciami, głównie koleżanek i własnymi z ostatniego roku szkolnego. Na jednym z nich Liz, Emma i ja robiłyśmy głupie miny w budce fotograficznej na Piccadilly. Wyglądałyśmy tak smarkato i śmiesznie.

Nie wierzyłam, że jutro mogę zobaczyć się z nimi po raz pierwszy od kilku miesięcy. Dziadkowie zaprosili mnie z wizytą, a ja zamierzałam pójść do miasta z kumpelami – w każdym razie taki był plan, zanim Carter wyjechał ze swoimi „pięcioma dniami na ocalenie świata”. Teraz nikt nie wiedział, co się wydarzy jutro.

Na drzwiach znajdowały się tylko dwa zdjęcia bez Liz i Emmy. Na jednym byliśmy my z wujkiem Amosem w tym dniu, kiedy on wyjechał do Egiptu na swoje... hm, jak nazwać wyjazd po to, żeby uleczyć się po nawiedzeniu przez złego boga? Chyba nie miał to być urlop.

Ostatnim obrazkiem był malunek przedstawiający Anubisa. Pewnie go widzieliście: facet z głową szakala, bóg pogrzebów, śmierci i tak dalej. Jest go pełno w sztuce egipskiej – prowadzi dusze zmarłych do Sali Sądu, klęczy przy kosmicznej wadze, waży serca przeciwko pióru prawdy. Dlaczego przyczepiłam tu ten obrazek?

[Dobra, Carter. Przyznam się do tego, jeśli dzięki temu się zamkniesz].

Zakochałam się przez chwilę w Anubisie. Wiem, że to brzmi śmiesznie: nowoczesna dziewczyna zadurzona w liczącym sobie pięć tysięcy lat chłopaku z psią głową, ale ja widziałam co innego, patrząc na ten obrazek. Pamiętałam Anubisa takiego, jakiego spotkałam w Nowym Orleanie – chłopaka w wieku mniej więcej szesnastu lat w czarnych dżinsach i czarnej skórzanej kurtce, z potarganymi czarnymi włosami i bosko smutnymi oczami w kolorze ciemnej czekolady. Nic z psiogłowca.

To nadal komiczne, wiem. On jest bogiem. Nie mamy z sobą nic wspólnego. Nie miałam od niego wieści od czasu przygód z czerwoną piramidą, ale nie powinno mnie to dziwić. Mimo że wydawało się, że on się mną interesuje, a może nawet zrobił kilka aluzji... Nie, z pewnością tylko to sobie wyobrażałam.

Przez ostatnie siedem tygodni, odkąd Walt Stone pojawił się w Domu Brooklyńskim, myślałam, że może uda mi się zapomnieć o Anubisie. Oczywiście, Walt był moim uczniem, więc nie powinnam myśleć o nim jako o potencjalnym chłopaku, ale byłam absolutnie przekonana, że coś między nami zaiskrzyło przy pierwszym spotkaniu. A teraz Walt jakby się wycofał. Zachowywał się tak tajemniczo, zawsze miał wyraz poczucia winy w oczach i gadał z Jaz.

Moje życie jest do bani.

Wyciągnęłam piżamę, a Adele śpiewała dalej. Czy wszystkie jej piosenki są o byciu niezauważaną przez chłopaków? Nagle uznałam, że to irytujące.

Wyłączyłam muzykę i opadłam na łóżko.

Niestety, kiedy tylko zasnęłam, noc przybrała jeszcze gorszy obrót.

W Domu Brooklyńskim sypia się z wszelkimi możliwymi zaklęciami magicznymi chroniącymi przed złymi snami, atakiem duchów i zachciankami duszy, żeby sobie gdzieś powędrować. Mam nawet magiczną poduszkę, która sprawia, że moja dusza – czyli ba, jeśli chcecie wiedzieć, jak to jest po egipsku – nie odrywa się od ciała.

Oczywiście system nie jest doskonały. Dość często czuję jakąś zewnętrzną siłę ciągnącą mnie za myśli, usiłującą zwrócić na siebie moją uwagę. Czasem też dusza daje mi do zrozumienia, że musi się gdzieś wybrać albo pokazać mi coś ważnego.

Coś takiego przydarzyło mi się, jak tylko zasnęłam. Można to porównać do dzwoniącego telefonu, kiedy to mózg daje mi wybór: odebrać albo odrzucić. Zazwyczaj lepiej jest odrzucać, zwłaszcza kiedy mózg zaznacza, że numer jest zastrzeżony.

Ale czasami te telefony są ważne. A moje urodziny wypadały następnego dnia. Może tato i mama usiłowali połączyć się ze mną z zaświatów. Wyobrażałam ich sobie w Sali Sądu: ojca siedzącego na tronie jako boga Ozyrysa o błękitnej skórze, mamę w widmowych białych szatach. Mogliby mieć na głowach bibułkowe czapeczki i śpiewać Sto lat, podczas gdy Ammit Pożeraczka, ich maleńkie zwierzątko domowe, podskakiwałaby, szczekając.

A może to dzwonił Anubis. „Hej, yyy, pomyślałem sobie, że może wpadłabyś na pogrzeb albo co?”

Cóż... nie było to niemożliwe.

W związku z czym przyjęłam połączenie. Pozwoliłam duchowi powędrować tam, dokąd chciał mnie zabrać, i moje ba poszybowało nad ciałem.

Jeśli nigdy nie odbywaliście podróży jako ba, to nie polecam – chyba że rajcuje was myśl o przemianie w widmowego kurczaka i niekontrolowanym snuciu się wśród prądów Duat.

Ba pozostaje zazwyczaj niewidzialne, co jest dobre, ponieważ ma kształt olbrzymiego ptaka z przyczepioną ludzką głową. Kiedyś udało mi się zmusić ba do przyjęcia kształtu czegoś mniej obciachowego, ale odkąd Izyda opuściła moją głowę, nie mam już takiej możliwości. Teraz, kiedy unoszę się w powietrze, jestem skazana na tryb drobiowy.

Drzwi balkonu otwarły się. Magiczna bryza porwała mnie w noc. Światła Nowego Jorku rozmazały się i zgasły, a ja znalazłam się w dobrze znanej podziemnej komnacie: Sali Wieków w głównej kwaterze Domu Życia pod Kairem.

Sala była długa – mógłby się tu odbywać bieg maratoński. Na środku znajdował się niebieski dywan połyskujący jak rzeka. Między kolumnami po obu stronach jaśniały gobeliny utkane ze światła – holograficzne obrazy z długiej historii Egiptu. Światło zmieniało kolor w poszczególnych epokach: od białej poświaty Ery Bogów po karmazynowe światło nowoczesności.

Dach był wyżej niż w sali balowej Muzeum Brooklyńskiego: ogromna przestrzeń oświetlona jasnymi kulami energii i unoszącymi się w powietrzu znakami hieroglificznymi. Wyglądało to tak, jakby ktoś rozsypał w nieważkości kilka kilogramów kolorowych płatków do mleka i teraz te słodkości unosiły się i zderzały z sobą w zwolnionym tempie.

Podfrunęłam do końca sali, nad podest, na którym stał tron faraona. Było to honorowe miejsce, puste od upadku Egiptu, ale na jednym ze stopni siedział najwyższy lektor, władca pierwszego nomu, przywódca Domu Życia i najbardziej nielubiany przeze mnie mag: Michel Desjardins.

Nie widziałam Monsieur Déjà-vu od naszego ataku na czerwoną piramidę, toteż zdumiało mnie, jak bardzo się postarzał. Został najwyższym lektorem raptem kilka miesięcy temu, ale w jego gładkich czarnych włosach i rozdwojonej bródce było widać siwe pasma. Opierał się z wysiłkiem na swojej lasce, jakby lamparci płaszcz najwyższego lektora przewieszony przez jego ramię był zrobiony z ołowiu.

Nie powiem, żeby było mi go szczególnie żal. Nie rozstaliśmy się w przyjaźni. Połączyliśmy siły (mniej więcej), żeby pokonać boga Seta, ale on dalej uważał nas za niebezpiecznych dzikich magów. Ostrzegł nas, że jeśli będziemy nadal studiować ścieżkę bogów (co robiliśmy), zniszczy nas przy następnym spotkaniu. Nie zachęcało nas to do zapraszania go na herbatkę.

Twarz miał wymizerowaną, ale jego oczy wciąż błyskały złowrogo. Wpatrywał się w krwistoczerwone obrazy na gobelinach światła, jakby na coś czekał.

– Est-il allé? – zapytał, a moja wiedza na temat francuskiego wyniesiona z podstawówki podpowiadała mi, że mogło to znaczyć albo „Czy on już sobie poszedł?”, albo „Naprawiłeś wyspę?”.

No dobra... raczej to pierwsze.

Przez chwilę przestraszyłam się, że mówił do mnie. Nagle zza tronu rozległ się chrapliwy głos: – Tak, panie.

Z cienia wyłonił się mężczyzna. Był ubrany na biało: garnitur, szalik, nawet białe lustrzane okulary przeciwsłoneczne. W pierwszej chwili pomyślałam: O rany, to jest zły lodziarz. Mężczyzna miał miły uśmiech i pucułowatą twarz okoloną kręconymi szpakowatymi włosami. Mogłabym go wziąć za nieszkodliwego, a może nawet przyjaźnie usposobionego – dopóki nie zdjął tych okularów.

Jego oczy to była masakra.

Przyznaję – oczy przyprawiają mnie o dreszcze. Dokument o operacji siatkówki? Wybiegam z pokoju. Nawet na myśl o szkłach kontaktowych robi mi się słabo.

Ten mężczyzna w bieli wyglądał tak, jakby ktoś potraktował jego oczy kwasem, a następnie dobrały się do nich kocie pazury. Powieki były niekształtną pobliźnioną masą i nie domykały się. Brwi były spalone i głęboko pobrużdżone. Skóra nad policzkami wyglądała jak maska złożona z czerwonych szram, a same oczy tworzyły tak potworną mieszankę krwistej czerwieni i mlecznej bieli, że trudno było wyobrazić sobie, żeby ten człowiek w ogóle coś widział.

Wziął oddech tak chrapliwie, że poczułam ból w piersi. Na jego koszuli połyskiwała srebrna zawieszka z amuletem w kształcie węża.

– Użył portalu kilka chwil temu, panie – wycharczał mężczyzna. – Wreszcie sobie poszedł.

Głos miał równie upiorny jak oczy. Jeśli ten człowiek został oblany kwasem, coś musiało się dostać do jego płuc. A mimo to uśmiechał się, spokojny i zadowolony w swoim nieskazitelnie białym garniturze, jakby nie mógł się doczekać, kiedy zacznie sprzedawać lody grzecznym dzieciaczkom.

Podszedł do Desjardinsa, który wciąż wpatrywał się w gobeliny światła. Lodziarz podążył za jego wzrokiem. Zrobiłam to samo i uświadomiłam sobie, czemu przyglądał się najwyższy lektor. Na ostatnim filarze, tuż koło tronu, światło się zmieniało. Czerwonawa barwa współczesności przechodziła w głęboki fiolet, jak paskudny siniak. Podczas pierwszej wizyty w Sali Wieków dowiedziałam się, że to pomieszczenie rozrasta się wraz z mijającymi latami, a teraz widziałam, jak to się dzieje. Podłoga i ściany falowały niczym fatamorgana, rozrastając się bardzo powoli, a pasemko fioletowego światła poszerzało się.

– Ach – odezwał się lodziarz. – Teraz to jest znacznie wyraźniejsze.

– Nowa epoka – wymamrotał Desjardins. – Ciemniejsza. Kolor tego światła nie zmienił się od tysiąca lat, Władimirze.

Straszliwy lodziarz o imieniu Władimir? Niech będzie.

– To przez tych Kane’ów, oczywiście – odparł Władimir. – Powinieneś był zabić starszego, kiedy był w naszych rękach.

Pióra mojego ba stanęły na sztorc. Domyśliłam się, że rozmawiają o stryju Amosie.

– Nie – odrzekł Desjardins. – Był pod naszą opieką. Wszyscy, którzy przybywają na leczenie, muszą otrzymać prawo azylu... nawet Kane.

Władimir wziął głęboki oddech, który zabrzmiał jak odgłos zatkanego odkurzacza.

– Ale z pewnością teraz, kiedy odszedł, musimy działać. Słyszałeś wieści z Brooklynu, panie. Dzieciaki znalazły pierwszy zwój. Jeśli znajdą dwa pozostałe...

– Wiem, Władimirze.

– Oni upokorzyli Dom Życia w Arizonie. Dogadali się z Setem, zamiast go zniszczyć. A teraz szukają Księgi Ra. Jeśli pozwolisz mi zająć się nimi...

Czubek laski Desjardinsa eksplodował fioletowym ogniem.

– Kto jest najwyższym lektorem? – zapytał władczym tonem.

Z twarzy Władimira znikł wyraz zadowolenia.

– Ty, panie.

– I to ja zajmę się Kane’ami w odpowiednim czasie, ale teraz największe zagrożenie stanowi Apopis. Musimy skierować całą moc na powstrzymanie Węża. Jeśli Kane’owie są w stanie pomóc nam przywrócić porządek...

– Ale, najwyższy lektorze – wtrącił się Władimir tonem, w którym pobrzmiewała nowa siła, niemal magiczna moc. – Kane’owie stanowią część problemu. To oni zakłócili równowagę Maat, budząc bogów. Uczą zakazanej magii. A teraz chcą przywrócić Ra, który nie panował od początków Egiptu! Sprowadzą zamieszanie na świat. To tylko pomoże chaosowi.

Desjardins niepewnie zamrugał powiekami.

– Może masz rację. Muszę... muszę to przemyśleć.

Władimir skłonił się.

– Jak sobie życzysz, panie. Zbiorę nasze siły i będę oczekiwał rozkazu zniszczenia Domu Brooklyńskiego.

– Zniszczenia... – Desjardins zmarszczył brwi. – Tak, będziesz czekał na moje rozkazy. To ja wybiorę moment ataku, Władimirze.

– Doskonale, panie. A jeśli dzieci Kane’ów znajdą pozostałe dwa zwoje, żeby obudzić Ra? Jeden znajduje się oczywiście poza ich zasięgiem, ale drugi...

– Pozostawiam to tobie. Strzeż go najlepiej, jak umiesz.

Oczy Władimira zrobiły się jeszcze okropniejsze z podekscytowania: śliskie i lśniące za tymi pobliźnionymi powiekami. Przypomniało mi się ulubione śniadanie dziadka: jajka na miękko z sosem tabasco.

[Wybacz, że to obrzydliwe, Carter. Zresztą nie musisz jeść, kiedy ja mówię!]

– Mój pan jest mądry – odpowiedział Władimir. – Dzieci będą szukać zwojów, panie. Nie mają wyboru. Jeśli opuszczą swoją twierdzę i dostaną się na mój teren...

– Czy nie mówiłem właśnie, że się ich pozbędziemy? – powiedział beznamiętnie Desjardins. – A teraz zostaw mnie. Muszę pomyśleć.

Władimir wycofał się w cień. Jak na kogoś ubranego na biało, udało mu się bardzo skutecznie zniknąć.

Desjardins powrócił do przyglądania się migotliwemu gobelinowi utkanemu ze światła.

– Nowa epoka... – powiedział w zamyśleniu. – Epoka ciemności...

Moje ba pofrunęło między prądy Duat, pędząc z powrotem do śpiącego ciała.

– Sadie? – rozległ się jakiś głos.

Usiadłam z bijącym mocno sercem. Szare światło poranka wypełniało okna. W nogach mojego łóżka siedział...

– Wujek Amos? – wyjąkałam.

Uśmiechnął się.

– Wszystkiego dobrego, kochana. Przepraszam, że cię wystraszyłem. Nie odpowiadałaś na pukanie. Zaniepokoiłem się.

Wyglądał bardzo zdrowo i był ubrany równie modnie jak zwykle. Miał druciane okulary, niewielki kapelusz i włoski garnitur z czarnej wełny, w którym wyglądał na nieco niższego i bardziej krępego. Długie włosy miał zaplecione w warkoczyki ozdobione kawałkami lśniącego czarnego kamienia – może obsydianu. Mógłby uchodzić za jazzmana (którym był) lub czarnoskórego Ala Capone (którym nie był).

Miałam na końcu języka pytanie „Jak...?”, po czym nagle zrozumiałam, co znaczyła moja wizja z Sali Wieków.

– Wszystko w porządku – powiedział Amos. – Właśnie wróciłem z Egiptu.

Usiłowałam przełknąć ślinę, a mój oddech był prawie tak wysilony jak tego upiornego Władimira.

– Ja też, Amosie. I wcale nie jest wszystko w porządku. Oni zamierzają nas unicestwić.