Odyssey One 3: Ostatni bastion - Evan Currie

Odyssey One 3: Ostatni bastion

5,0

Zazwyczaj to „Odyseja” była źródłem kłopotów sprowadzanych na Ziemię z głębi kosmosu, ale tym razem ten niesławny zaszczyt przypadł okrętowi Bloku Wschodniego. Za sprawą kapitana Suna obcy poznali ściśle strzeżoną tajemnicę ludzi – położenie ich ojczystego świata.

W tajemniczej sferze Dysona nadzorcy, którzy potrafią kontrolować Drasinów, szykują się już do podjęcia odpowiednich kroków.

Flota zbuntowanych dronów nie przybywa do Układu Słonecznego w pokojowych zamiarach. I nie jest to bynajmniej niewielki oddział, lecz potęga militarna, której ludzkość nie zdoła się przeciwstawić. Do rozpaczliwej obrony ojczystego świata musi stanąć „Odyseja” ze wsparciem krążownika Konfederacji, dwóch niszczycieli Priminae oraz niesprawnego okrętu Bloku Wschodniego. Poza stacją orbitalną, paroma eskadrami myśliwców, Archaniołami i Grasantami – grupą pośpiesznie sformowanych lżejszych jednostek – Ziemia nie ma nic innego do dyspozycji.

Jakkolwiek zakończy się walka, jej wspomnienie będzie wywoływać koszmary u wroga jeszcze przez wiele generacji.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału: Homeworld: Odyssey One

Text copyright © 2013 Evan Currie

All rights reserved.

Published in the United States by Amazon Publishing, 2013.

This edition made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com

Projekt okładki: Agencja Ilustratorsko-Reklamowa MOTOKO

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Wydawca:

Drageus Publishing House Sp. z o.o.

ul. Kopernika 5/L6

00-367 Warszawa

e-mail: drageus@drageus.com

www.drageus.com

ISBN epub: 978-83-64030-38-3

ISBN mobi: 978-83-64030-39-0

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Dla Wynn Currie, mojej matki, która nigdy nie wątpiła, że moje pisarskie próby zakończą się sukcesem. Bez jej wsparcia nigdy nie zaszedłbym tak daleko. Dziękuję, Wynn.

PROLOG

Gliese 581

Okręt międzygwiezdny zbliżał się do układu planetarnego. Gwałtownie wytracał prędkość, wykorzystując grawitację czerwonego karła jako dodatkowe wsparcie przy manewrach hamowania. Silniki wsteczne włączały się, aby przeciwdziałać inercji, jakiej jednostka nabrała podczas podróży. Przy pomocy generatorów pól masy przeciwnej udało się pozbyć resztek prędkości relatywistycznej i okręt odzyskał pełną sterowność. Jednostka „Weifang” Sił Kosmicznych Armii Ludowo-Wyzwoleńczej była jednym z zaledwie pół tuzina okrętów klasy Mao Tse, dostosowanych do generatorów masy przeciwnej czwartej generacji, które umożliwiały poruszanie się szybciej od światła. Od sukcesu Konfederacji Północnoamerykańskiej i jej sławetnej jednostki, „Odysei”, Blok Wschodni odczuwał presję, aby zaznaczyć swoją obecność w tym nowym kosmicznym wyścigu – „Weifang” został wyznaczony do tego właśnie celu.

Kapitan Sun Ang Wen rozpiął uprzęże chroniące przed przyśpieszeniami i zachwiał się lekko, gdy wstawał z fotela.

Dzięki działaniu MP załoga nie została zmiażdżona przez ogromne siły deceleracji, które działały na okręt. Ale system nie był doskonały i odczuwało się niektóre impulsy kontrgrawitacyjne.

– Obliczenia trajektorii zakończone, panie kapitanie. – Nawigator odwrócił głowę, ale nie wyzwolił się z własnej uprzęży. – Jesteśmy dokładnie na kursie.

– Doskonale. Proszę namierzyć Gliese 581 D – rozkazał Sun. – To nasz główny cel.

– Tak jest, kapitanie.

Blok Wschodni wybrał Gliese 581, ponieważ w układzie znajdował się jeden z najbliższych odkrytych światów podobnych do Ziemi. Sun nie potrafił zrozumieć, dlaczego Konfederacja postanowiła przeprowadzić pierwsze loty próbne w zupełnie innym kierunku. Możliwe, że w konfederackich systemach naprowadzających stosowano inne założenia niż w bardziej konwencjonalnych konstrukcjach, na jakich opierały się urządzenia Bloku używane do określania punktu docelowego lotu. To miało sens.

W układzie Gliese raczej nie istniało żadne życie, które zainteresowałoby Blok, ale propagandowe slogany, głoszące zajęcie kilku ziemiopodobnych planet najbliżej Układu Słonecznego, miałyby nieocenioną wartość.

Sun wcisnął guzik komunikatora i połączył się z niższymi pokładami.

– Sprawdzić lądowniki i zaopatrzenie. Wkrótce znajdziemy się na orbicie docelowej.

– Tak jest, kapitanie.

„Weifang” kontynuował wytracanie prędkości, gdy oślepiająco szybko krążył po orbicie czerwonego karła. Stosunkowo niska energia wytwarzana przez gwiazdę pozwalała lecieć o wiele bliżej korony, niż byłoby to możliwe w Układzie Słonecznym. Kurs po ciasnym korkociągu, stosowany do wydłużenia czasu hamowania, wystarczy, aby osiągnęli trajektorię wejścia na orbitę planety Gliese 581 D.

– Planeta docelowa przed nami, kapitanie. Zbliżamy się na wysoką orbitę.

Sun skinął głową.

– Zwolniliśmy na tyle, żeby grawitacja D nas pochwyciła?

– Tak, kapitanie.

– Doskonale. – Sun z zadowoleniem spojrzał na ekran główny, na którym w oddali widniała powiększająca się powoli kula.

– Kapitanie, na orbicie wykrywamy obiekty.

– Księżyce?

– Nie, sir, za małe. Zapewne mniejsze asteroidy, przyciąg-nięte przez planetę. Jest ich kilka… – Specjalista od instrumentów namierzania urwał, a kiedy znowu się odezwał, w jego głosie zabrzmiało zaskoczenie. – To dziwne.

– Co takiego?

Panowała cisza, gdy mężczyzna pochylił się nad konsolą i wbił wzrok w liczby przelatujące po ekranach. Otworzył szerzej oczy, po czym cofnął się i rozejrzał nerwowo. – Kapitanie! One mają zasilanie!

– Co? – Sun złapał uchwyt na suficie i skierował się do stanowiska namiarowego. – Jest pan pewien?

– Tak, kapitanie. Obiekty przyśpieszają na orbicie, aby uniknąć upadku w studnię grawitacyjną.

– Jaki mają kurs?

Mężczyzna zawahał się, potem podniósł wzrok.

– Przechwytujący, kapitanie.

Sun zaklął wulgarnie, choć wiedział od razu, że postąpił głupio. Daleki był jednak od przejmowania się profesjonalizmem, gdy odepchnął się i poszybował z powrotem do swojego fotela.

„Wybraliśmy kierunek przeciwny do tego, w jakim Konfederacja posłała swoją przeklętą »Odyseję«! Czy to ci sami obcy, których tam odkryli?”

Zrobiło mu się zimno na myśl, że informacja zamieszczona w tajnych raportach przejętych od Konfederacji okazała się jak najbardziej prawdziwa. Tylko kilku ludzi w wyższych kręgach hierarchii Bloku wierzyło w to bez zastrzeżeń, choć było oczywiste, że konfederaci natknęli się w głębi kosmosu na coś, co niezbyt ich polubiło. Istnienie pozaziemskiego życia, inteligentnego życia, nie podlegało już dyskusji, ale przypuszczenie, że to jakaś apokaliptyczna horda kosmicznych Mongołów, wydawało się raczej mało prawdopodobne.

Jeżeli jednak była to prawda, „Weifang” miał spory problem. Co gorsza, Ziemia znalazła się chyba w większych opałach, niż można by sobie wyobrazić.

„Jeżeli to ci sami, to nie tylko są bliżej Ziemi, niż nam się wydawało… Oni najwyraźniej nas okrążają”.

– Włączyć alarm bojowy – rozkazał Sun. – Drugi stopień dla wszystkich stanowisk.

– Tak jest, kapitanie. Alarm drugiego stopnia dla wszystkich stanowisk.

Z daleka rozległy się sygnały alarmowe, stłumione przez grodzie, które zamknęły mostek, gdy „Weifang” rozpoczął przygotowania do walki.

***

Okręty-drony zareagowały natychmiast, gdy tylko wykryły zbliżanie się szkarłatnej pręgi. Taka reakcja została zaprogramowana, drony nie miały nad nią żadnej kontroli. Dziewięćdziesiąt procent ich sił oderwało się od orbity świata, na którym przeprowadzały właśnie proces oczyszczania, i obrało bezpośredni kurs na zbliżenie do źródła zakłóceń, zanim jeszcze zakończyły analizy danych.

Znajdowały się prawie w granicach zasięgu ostrzału, kiedy dostrzegły, że parametry nie zgadzają się z tym, czego oczekiwały.

Był to okręt pręgi, ale nie jeden z bezpośrednich celów. Zarejestrowana krzywa mocy okazała się jeszcze niższa niż w przypadku tej jednostki, która zdziesiątkowała flotę dronów podczas wcześniejszych starć. Po krótkiej konsultacji i przedyskutowaniu danych uznane zostało, że okręt z wysokim prawdopodobieństwem pochodzi z tego samego źródła, co nieznana jednostka sklasyfikowana obecnie jako Drakr Yngat.

Flota przeszła w stan najwyższej gotowości i przy zbliżaniu rozciągnęła szyk, broń naładowano na pełną moc, napędy rozjarzyły się jaskrawo.

***

– Kapitanie, zbliżają się szybko, kurs przechwytujący!

– Widzę – odparł Sun surowo. – Rozpocząć manewry unikowe. Czy kondensatory MP są w pełni naładowane?

– Tak, kapitanie!

– Skierować pełną moc do kondensatorów laserów głównych. Utrzymać moc na wszystkich stanowiskach. – Sun próbował prześwidrować wzrokiem ekran taktyczny.

– Przekierowanie, pełna moc.

– Zamknąć główne grodzie międzypokładowe – rozkazał Sun, po czym podświetlił najbliższe pół tuzina zbliżających się jednostek. – Działa w gotowości, czekać na rozkazy.

– Tak jest.

Sun nie chciał rozpoczynać starcia. I tak źle się stało, że Konfederacja wyrwała się jak amerykańscy kowboje i wywołała przeklętą wojnę z obcymi. Sun nie zamierzał dawać wrogom kolejnego powodu do ataku na Ziemię.

„Może nawet nie zorientują się, że pochodzimy z tego samego świata, co »Odyseja«. »Weifang« nie jest przecież do niej ani trochę podobny” – pomyślał Sun z nadzieją. Jednak gdy patrzył na działania obcych na schematach, nabierał pewności, że nadlatująca flota dąży do starcia bez względu na to, czy rozpoznała pochodzenie „Weifanga”, czy nie.

Mimo to Sun nie zamierzał rozpoczynać walki.

– Ster, ostro na prawą burtę – rozkazał. – Obrócić nas na gwiazdę, pełna masa przeciwna.

– Tak jest, kapitanie. Pełna masa przeciwna na prawą burtę.

„Weifang” zanurkował w stronę gwiazdy, obracając się bokiem do nadlatujących okrętów, gdy przyśpieszał, robiąc zwrot przez sterburtę. Sun spoglądał na wykres, odliczając sekundy, podczas których sygnał jego jednostki dotrze do obcych i powróci. Niemal dokładnie wtedy oficer namierzania odwrócił się, by złożyć meldunek.

– Obcy zmienili kurs na zbliżenie, kapitanie. Prędkość wzrasta.

„Szlag. Zamierzają za wszelką cenę zmusić nas do walki, a do tego mają sporą przewagę liczebną”.

Spojrzał raz jeszcze na schemat danych. Zbliżało się dokładnie dwanaście wrogich jednostek, każda o masie nieco tylko mniejszej od tonażu „Weifanga”. Sun ocenił, że nie ma szans się z tego wyrwać.

– Główne silniki, boczny ciąg.

– Boczny ciąg. Tak jest, kapitanie.

– Ster, nawigacja. Podać najefektywniejszą prędkość ucieczki z pola grawitacyjnego gwiazdy, jeśli weźmiemy kurs jak najbliżej korony!

– Tak jest, kapitanie! Przeliczanie nowego kursu.

Sztuczka polegała na tym, żeby okręt przemknął wokół gwiazdy, zanim wrogie jednostki zdążą go dokładnie namierzyć. Z odpraw Sun wiedział, że „Weifang” nie ma szans przy bezpośrednim trafieniu laserami obcych, o ile dane o ich mocy były dokładne. W przeciwieństwie do Konfederacji Zjednoczony Blok Wschodni nie poniósł tak wielkich nakładów na pancerz odporny na lasery.

Szczerze mówiąc, Sunowi wydawało się to dziwne. „Wei-fang” i inne jednostki typu 99 klasy S, w rzeczy samej trzon sił kosmicznych Bloku, nie polegały na laserach tak bardzo, jak Konfederacja Północnoamerykańska. Sławny pancerz adaptacyjny skuteczniej chronił „Odyseję” przed jednostkami konfederackimi niż przed wynalazkami Bloku.

„No i przeciwko tym potworom, jak widać” – pomyślał ponuro Sun, gdy przyglądał się wykresom.

– Rozdzielają się, kapitanie!

– Co? – Sun przestał rozmyślać i skupił uwagę na ikonach okrętów obcych.

Rzeczywiście, rozdzielały się na dwie grupy, jedna, przyśpieszając, oddalała się od dotychczasowego kursu, druga kontynuowała zbliżanie się do „Weifanga”.

Kapitan skrzywił się, przechylił głowę i zmarszczył brwi, gdy przyglądał się posunięciom wroga. Zrozumiał ich cel dopiero, gdy zerknął na wykres przewidywanego kursu okrętu.

Zaklął znowu, lecz tym razem jak najciszej.

„Lecą tak, żeby przeciąć nam drogę, gdy oderwiemy się od gwiazdy. Sprytnie”.

Nieważne, co planowali obcy, ważne, że się rozdzielili. To znaczyło, że Sun musiał się teraz martwić tylko o sześć wrogich okrętów, które zmierzały do natychmiastowego starcia.

„Szanse na śmierć zmalały o połowę, ale sześciu na jednego to i tak mało sprzyjający układ sił”.

– Kapitanie, grupa pościgowa znajduje się mniej niż minutę świetlną od nas.

– Rozpocząć działania unikowe – rozkazał Sun. – Utrzymać trajektorię do korony. Zamknąć wszystkie osłony cieplne i przygotować się na opanowanie uszkodzeń.

– Tak jest, kapitanie!

Sun sprawdził swoje pasy, wiedząc, że zapewne będzie musiał na nich polegać przez dość długi czas. Gdy przekonał się, że wszystko jest w porządku, włączył interkom na paśmie obejmującym cały okręt.

– Uwaga, załoga, przygotować się na manewry alarmowe – oznajmił najspokojniejszym tonem, na jaki udało mu się zdobyć. – Zabezpieczyć wszystkie luźne przedmioty. Meldować się do stanowisk akceleracyjnych. Przygotować się na naprawę uszkodzeń.

Po trajektorii zmierzającej łukiem tak blisko czerwonego karła, jak tylko się dało, „Weifang” przyśpieszał szybciej, niż zdarzyło mu się do tej pory. Nie osiągnął żadnych rekordów prędkości, pobił je już w drodze na Gliese 581, ale z pewnością rozpędzał się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

– Wzrasta temperatura zewnętrzna. Zaczynamy dostrzegać wewnętrzne skoki ciepła – zgłosił oficer po kontroli stanu okrętu. – Proszę o pozwolenie na adaptację pancerza do odbijania ciepła.

– Udzielone. Tylko osłony dziobowe.

Blok zdołał odtworzyć (a raczej najzwyczajniej ukraść) konstrukcję konfederackiego pancerza adaptacyjnego pier-wszej generacji. Sun nie był pewien którego, ale pancerz pod wieloma względami okazał się dość przydatny. Odbijanie ciepła należało do ustawień domyślnych, wraz z najlepszą ogólną osłoną i paroma podstawowymi trybami kamuflażu. Z pewnością pancerz nie dorównywał ostatnim zabawkom Konfederacji, ale był użyteczny.

– Tak jest, sir. Pancerz dziobowy dostosowany – oznajmił oficer, a po chwili jeszcze dodał: – Temperatura wewnętrzna spada.

– Wróg wciąż się zbliża, kapitanie. Pięćdziesiąt sekund świetlnych… – Oficer przy stanowisku namierzania przerwał meldunek i puścił wiązkę niewybrednych przekleństw.

– Shi Ang Fa! – warknął Sun, wytrzeszczywszy oczy.

– Proszę o wybaczenie, kapitanie. Wróg do nas strzelił. – Głos Shi zadrżał lekko, gdy oficer przepraszał.

– I tylko to było przyczyną pana wybuchu?

– Czytał pan raporty o tych obcych, kapitanie? Pamięta pan poziom mocy ich broni? – zapytał Shi.

– Oczywiście.

– Były niedoszacowane.

– Co? – Sun aż odwrócił głowę, żeby popatrzeć na oficera.

– Z odczytów wynika, że poziom energii tego lasera jest co najmniej dwa razy wyższy niż wskazania z raportów – wyjaśnił Shi. – A prawdopodobnie jest jeszcze potężniejszy. Trudno dokładnie określić, ponieważ muszę się opierać na reakcji cząsteczek, które już się zjonizowały podczas przejścia tak blisko gwiazdy. Kapitanie, nie przeżyjemy nawet jednego trafienia.

Tym razem to kapitan zaczął przeklinać, chociaż robił to pod nosem. Rozważał, jakie ma możliwości.

„Ucieczka nie wydaje się najlepszym wyjściem. Obcy przewidzieli mój plan i podjęli działania, aby zbliżyć się z przeciwnych stron”.

Druga grupa wroga zakładała, że pierwsza przypędzi „Wei-fanga” jak cielę. Sun spojrzał na schemat. Wrogie jednostki zbliżały się powoli, skracając dystans mniej więcej o sekundę świetlną co dwie minuty. „Weifang” nabierał prędkości delta-V szybciej niż ścigające go okręty, ale to nie wystarczy, żeby całkowicie uniknąć kontaktu, skoro wróg znalazł się już w zasięgu strzału i wciąż się zbliżał.

– Wyrównać osłony, pełne odbicie ciepła! – rozkazał Sun.

– Osłony wyrównane, kapitanie!

– Zabierz nas do korony – rzucił Sun do sternika. – Nawigator, wyznacz najwyższą prędkość dla bliskiej orbity z trajektorią odejścia, która zabierze nas jak najdalej od obu grup wroga.

– Przeliczam, kapitanie.

Sun wyczuwał niepewność na mostku po swoim ostatnim rozkazie, ale nie winił o to podwładnych, tylko cieszył się, że nikt nie zakwestionował polecenia. Z pewnością zabranie „Weifanga” do korony Słońca byłoby samobójstwem. Okręt przetrwałby chyba o wiele dłużej, gdyby wylądował na powierzchni rodzimej gwiazdy, niż gdyby próbował przedrzeć się przez jej koronę.

Ale to nie było Słońce i kapitan liczył, że to pozwoli mu na powodzenie. Gliese 581 była czerwonym karłem, gwiazdą, która wydzielała o wiele mniej energii w postaci ciepła niż Słońce, i ten niższy poziom mógł dać okrętowi szansę.

– Wejście w koronę, kapitanie. Wewnętrzna temperatura rośnie!

„Na bogów, szybko poszło”.

– Coraz więcej rozbłysków laserowych wokół nas!

– Nawigacja! – zawołał Sun. – Potrzebujemy tych obliczeń!

– Zrobione. Posłane do sternika, kapitanie.

– Ster!

– Wprowadzam je!

– Przejście na nowy kurs. Maksymalny ciąg, minimalna masa przeciwna! – rozkazał Sun. „Niech teraz gwiazda wykona dla nas trochę roboty”.

***

„Weifang” zanurzył się głębiej w koronę czerwonego karła, jego pancerz zabłysnął oślepiająco, doskonale widoczny dla każdego przyrządu w układzie. A ponieważ przyrządy takie należały do wroga i były skierowane na ziemski okręt, kapitan i załoga uznali to za sprawiedliwą wymianę za stale rosnącą prędkość, jaką zapewniała im siła przyciągania Gliese 581.

Rozżarzone promienie światła wybuchły wokół „Weifanga”, gdy lasery przebiły wzburzoną już plazmę korony. Okręt kontynuował swoje minimalne manewry unikowe – różne mniej lub bardziej ciasne korkociągi i ósemki.

Pościg nieubłaganie i bez wahania podążał za ziemskim okrętem w głąb korony.

***

Na mostku „Weifanga” stało się jasne, że manewr może i zapewnia minimalne zwiększenie odległości od ścigających jednostek wroga, ale ma też znaczące mankamenty.

Pot lał się po twarzach wszystkich znajdujących się na pokładzie dowodzenia, a Sun nie miał wątpliwości, że reszta załogi musi znosić to samo. Parę kropel potu poszybowało w mikrograwitacji pomieszczenia i spadło na metalową podłogę, gdzie wyparowało z sykiem ku zaskoczeniu i przerażeniu kapitana.

– Czy osłony cieplne trzymają? – zapytał Sun, zmrużywszy oczy.

Oficer odpowiedzialny za kontrolę uszkodzeń skinął głową.

– Tak, kapitanie. Temperatura rośnie, ale wciąż w zakresie pozwalającym na funkcjonowanie.

Sun zaklął. Zaczynało mu to już wchodzić w nawyk.

Jeżeli osłony cieplne rejestrowały wzrost temperatury, ale mogły nadal funkcjonować, oznaczało to, że istniała tylko jedna przyczyna tak szybkiego rozgrzewania się okrętu. Potężne zakłócenia elektromagnetyczne, przez które przelatywali, zmieniały każdą ferromagnetyczną powierzchnię „Weifanga” w działający indukcyjnie element grzewczy.

„Innymi słowy zmieniamy się w latający piekarnik”.

– Przygotować się do opuszczenia orbity! – zawołał Sun.

– Kapitanie, nie osiągnęliśmy jeszcze optymalnej pozycji – zaoponował sternik.

– Optymalna pozycja jest po drugiej stronie gwiazdy. Upieczemy się żywcem, zanim tam dotrzemy. – Sun pokręcił głową. – Nie mamy wyboru. Przygotować się na impuls masy przeciwnej!

– Tak jest, kapitanie. Wszystkie kondensatory w gotowości do impulsu pełnej mocy dla generatorów masy przeciwnej.

– Wykres przewidywanego kursu na moje ekrany.

– Tak jest, kapitanie.

Na ekranach pojawił się schemat pokazujący obecny kurs okrętu na ciasnym torze wokół gwiazdy wraz z przewidywaną trajektorią, po której będzie się poruszać „Wei-fang”, jeżeli teraz zacznie wyrywanie się z orbity.

Sun oblizał wargi, rozważając rozłożenie działań w czasie. Wiedział, że nie uzyska czystego wektora ucieczki. Żeby go osiągnąć, musiałby zostać w zasięgu indukcji korony na zbyt długo, zwłaszcza że w najbliższych minutach miało się okazać, czy ugotuje żywcem swoją załogę – dosłownie.

– Zejście z orbity na mój rozkaz.

Trasa ucieczki zabierze okręt w zasięg potencjalnej strefy ostrzału drugiej eskadry wroga, jeżeli jednak Sun dobrze to zaplanuje, będzie mógł ograniczyć czas trwania starcia. Tak naprawdę pozostała mu tylko jedna kwestia.

„Strzelali do nas. To praktycznie akt wypowiedzenia wojny. Jeżeli jednak odpowiem ogniem, zapewne dojdzie do eskalacji. A jeżeli tego nie zrobię, szanse, że przeżyjemy to spotkanie, będą bardzo niskie”.

W zasadzie nie miał wyboru. Jak dotąd wrogie okręty doskonale pasowały do opisów ze skradzionych raportów o misji „Odysei”, nawet gdy chodziło o możliwości bojowe, które większość wojskowych z Bloku uznała za propagandę.

– Oficer taktyczny – zawołał Sun.

– Tak, kapitanie?

– Uzbroić wyrzutnie rufowe. Przygotować się do strzału.

Za „Weifangiem” eskadra obcych już nie zbliżała się tak szybko. Nadal przyśpieszała, ale czas grał teraz na korzyść ziemskiego okrętu. Sun zerknął na liczby i z zadowoleniem stwierdził, że obcym nie uda się zbliżenie w małym zasięgu. Kapitan wolał nie znaleźć się pod lufami dział laserowych tego kalibru, gdy wystrzelą z dystansu dziesięciu sekund świetlnych.

– Kapitanie, rejestrujemy niezwykłe zakłócenia na wszystkich naszych przyrządach… – odezwał się Shi, nie odrywając wzroku od swojego pulpitu.

– To pewnie sprawa pól magnetycznych korony – mruknął Sun.

– Nie, kapitanie. – Shi pokręcił głową. – Systemy są mocno chronione. Zakłócenia muszą być wewnątrz, ale nie potrafię wykryć…

Narastający pomruk wzmógł się tak bardzo, że zagłuszył słowa oficera. Doszły do niego jeszcze trzaski. Wszyscy zaczęli się rozglądać nerwowo, próbując się zorientować, skąd dochodzi hałas.

– Co to jest? – Sun potoczył wzrokiem po mostku.

– Nie wiadomo. Mamy zakłócenia we wszystkich przyrządach, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. – Shi podniósł głos na tyle, żeby było go słychać, a mimo to wydawał się mówić cicho. Rozglądał się powoli.

– Broń wroga? – Sun przypomniał sobie, że raporty wspominały o jakimś rodzaju broni bliskiego zasięgu, którą „Odyseja” sklasyfikowała jako „nieznana, ekstremalnie niebezpieczna”. Kapitan sądził, że jego okręt znajduje się poza zasięgiem jakiejkolwiek broni „bliskiego zasięgu”.

– Nie wiadomo – powtórzył Shi, a w jego głosie brzmiała bezradność i irytacja z powodu tej niewiedzy.

Sun wcale mu się nie dziwił. Myśl, że z okrętem coś jest nie tak i nie można nawet dokładnie określić, co to takiego, budziła u kapitana czystą wściekłość. Jednak miał wrażenie, że coś mu się tłucze w zakamarkach pamięci, coś, co powinien wiedzieć.

– Wyrzutnie rufowe gotowe do strzału, kapitanie.

Sun potrząsnął głową, starając się zignorować niepokojące uczucie. Miał coś do zrobienia i nie mógł sobie pozwolić na domysły.

– Mamy namiary na ścigające nas jednostki?

– Tak, kapitanie. Współrzędne są wprowadzane i aktualizowane na bieżąco.

Sun skinął głową, sprawdził dane. Zgodnie z jego rozkazem eskadra obcych została namierzona i jest śledzona. Z takiej odległości uzyskanie dokładnych namiarów było niemożliwe, ale napływające dane w zupełności wystarczały.

„Zresztą korona prawdopodobnie wywołuje zakłócenia również na okrętach wroga”.

– Bardzo dobrze. Wszystkie wyrzutnie, krótka salwa.

– Tak jest, kapitanie. Krótka salwa ze wszystkich wyrzutni!

Okręt nie zatrząsł się ani nie zadrżał, gdy wyrzutnie wypluły śmiercionośny ładunek w przestrzeń kosmiczną – „Weifang” był na to zbyt masywny – ale dzwonek po każdym strzale sygnalizował załodze, że wszystko idzie zgodnie z planem.

– Przygotować się do włączenia pełnej mocy masy przeciwnej i oderwania od gwiazdy – rozkazał Sun ze wzrokiem wbitym w wykres przewidywanego kursu.

Ledwie zauważył, że rozległy się potwierdzenia rozkazu, skupił się na wykresie, choć rozpraszały go trochę trzaski, przypominające kapitanowi nieosłonięty przewód, na którym ciągle robią się zwarcia. Nie dostał jednak ani jednego meldunku o utracie mocy w akumulatorach na którymkolwiek pokładzie, więc nie chodziło o stratę energii.

Tarcie metalu o metal przyciągnęło jego uwagę. Śluza mostka zaczęła się otwierać. Przed grodzią stał Kong Sha Tu, pierwszy oficer, i czekał na otwarcie się drzwi.

– Kapitanie – zawołał, gdy tylko mógł przejść – na całym okręcie pojawiły się niezwykłe zakłócenia elektryczne.

Słowo „elektryczne” otworzyło szufladkę w pamięci Suna, choć przecież myślał o tym, gdy tylko pojawiło się buczenie. Kapitan wytrzeszczył oczy. Obrócił się, szarpiąc z uprzężą i patrząc przez ramię.

– Kong! Stój! Ani kroku!

Ostrzeżenie okazało się spóźnione – pierwszy oficer prześlizgnął się przez metalowe drzwi śluzy, czyli znalazł się między dwoma biegunami.

Błyskawica, która przecięła miejsce, gdzie znalazł się Kong, była oślepiająca. Sun poczuł ozon w powietrzu, gdy uwolnił się z pasów i odepchnął od fotela. Uniósł ręce, aby powstrzymać każdego, kto chciałby się do niego zbliżyć.

– Wszyscy zostają na swoich miejscach! – rozkazał. Nie mógł oderwać wzroku od swojego zastępcy.

– C-co się stało? – wydusił wstrząśnięty bosman.

– Pole magnetyczne wywołało indukcję ładunków elektrycznych na metalowej powłoce kadłuba – wyjaśnił Sun. W ustach czuł dziwny posmak. – Cały kadłub i wiele z wewnętrznych części zmieniło się w kondensatory elektryczne.

Włączył otwarty kanał łączności z całym okrętem.

– Uwaga, załoga, mówi kapitan. Pozostać na swoich miejscach w zabezpieczeniach akceleracyjnych i pod żadnym pozorem nie poruszać się po okręcie.

Wyłączył interkom, po czym zmienił pasmo na to do maszynowni.

– Pan, mówi kapitan.

– Tak, kapitanie? – zgłosił się natychmiast główny oficer maszynowni.

– Kadłub się naelektryzował. Musisz wymyślić sposób, jak bezpiecznie rozładować tę energię.

– Naelektryzował? Jak?

– Prawdopodobnie – Sun westchnął – od pól magnetycznych, przez które przelecieliśmy.

– Ach, na podobnej zasadzie, jak indukcja, która zrobiła z nas piekarnik. Tak, rozumiem. Zacznę natychmiast, kapitanie. Ale nie będzie to możliwe, dopóki nie oddalimy się od korony – ostrzegł główny inżynier.

– Zrozumiałe. To nie będzie problemem. Bez odbioru. – Kapitan zakończył połączenie i poszybował nad ciało swojego pierwszego oficera.

Nie mógł wezwać nikogo z działu medycznego do zabrania zwłok, więc nie miał wyboru, musiał przyciągnąć je do stanowiska Konga i przypiąć do fotela.

– Cóż, Kong – mruknął cicho. – Nasza ostatnia wspólna misja, co?

Poklepał zmarłego po ramieniu, po czym odleciał na swój fotel, przypiął się i szybko przejrzał wskazania, żeby zapoznać się raz jeszcze z sytuacją.

Uruchomił połączenie do całej załogi.

– Mówi kapitan. Przygotować się na zmiany kursu – oznajmił, skrywając wrażenie chłodu, które ciążyło mu w brzuchu. – Ster, ruszać na maksymalnej masie przeciwnej, pełny ciąg boczny na mój znak.

Kiedy spojrzał na ekran taktyczny, musiał odwrócić wzrok.

– Status pocisków?

– Uderzenie w cel za dwadzieścia sekund.

Sun kiwnął głową, przejrzał wykres.

Dwadzieścia sekund. Niezbyt idealnie, ale blisko. Tak, to wystarczy.

– Rozpocząć odrywanie się za piętnaście sekund! – rozkazał, raz jeszcze spoglądając na wykresy broni.

Pociski „Weifanga” były wzmocnioną przez MP, naprowadzaną subatomowo bronią, nieco staroświecką w porównaniu z zabawkami Konfederacji, ale niemal równie skuteczną. Pociski, według doniesień wywiadu, miały mniejszą prędkość niż konfederackie „torpedy impulsowe” i okazywały się, niestety, łatwe do przechwycenia, ale umieszczone w nich ładunki były o wiele bezpieczniejsze w użytku i posiadały siłę rażenia niemal równie dużą jak północnoamerykańskie.

Gdy zostało dziesięć sekund do uderzenia, broń docierała do obszaru krytycznego, skąd mogła namierzyć konkretny cel i przyśpieszyć w ostatniej fazie lotu, podczas której spalała resztki paliwa. Pociski uderzą z prędkością nieco mniejszą niż jedna setna prędkości światła. Na samą myśl o tym Sun dosłownie się wzdragał, lecz martwiło go przede wszystkim, że to potrwa i że pozostanie mu tylko bezpośrednia obrona.

Zegar odliczał czas, ostatnie sekundy wlokły się w nieskończoność, lecz wreszcie upłynęły.

– Oderwanie! Oderwanie! – zawołał sternik, gdy rozpoczął manewr. – Wszystkie silniki burtowe pełny ciąg, włączyć maksymalną masę przeciwną!

Jak piłeczka kręcąca się na sznurku, która właśnie się z niego zerwała, „Weifang” odskoczył od gwiazdy z najwyższą prędkością. Generatory masy przeciwnej chińskiego okrętu, pracujące na pełnej mocy, wystawały nieco za kadłub, kiedy więc jednostka wyskoczyła z korony, pociągnęła za sobą trochę plazmy w spektakularnej erupcji, która dorównywała najmocniejszym wybuchom na Słońcu, rejestrowanym przez ziemskie urządzenia.

– Uzbroić wszystkie wyrzutnie dziobowe! – zawołał Sun. – Dajcie mi namiar na eskadrę przed nami.

– Przeliczam.

Sun skinął głową, chociaż wiedział, że jego oficerowie byli zbyt zajęci swoimi przyrządami, żeby zwrócić na to uwagę, po czym wrócił do ekranu taktycznego, pokazującego bliższą grupę pościgową wroga.

– Status eskadry pościgowej?

– Straciliśmy kontakt, gdy opuściliśmy koronę – odparł Shi. – Zakłócenia przeszkadzają nam monitorować telemetrycznie nasze pociski. Zarejestrowaliśmy jednak detonacje, więc udało im się dotrzeć do strefy krytycznej.

– Przyjąłem, dziękuję. – Sun przesunął obraz naprzód do drugiej grupy pościgowej, która przyśpieszała, oddalając się od gwiazdy kursem równoległym do „Weifanga”.

Ziemski okręt miał teraz przewagę prędkości, ale manewrując przedtem, sporo stracił, a wrogie jednostki przyśpieszały, by nie stracić go z zasięgu. W otwartej przestrzeni okręty dysponowały o wiele mniejszą ilością sztuczek, żeby uciec przeciwnikowi – tak naprawdę teraz wszystko zależało od mocy silników.

Na nieszczęście, z tego, co Sun wiedział o możliwościach obcych, jakie określono na podstawie wyłapanych danych telemetrycznych, „Weifang” po prostu nie posiadał odpowiednio mocnych silników.

– Okręty wroga wynurzają się z korony, kapitanie!

Sun cofnął obraz, spojrzał na napływające dane.

– Cztery w eskadrze pościgowej… nie, pięć. Piąty okręt wygląda na mocno uszkodzony i płonie, kapitanie. Żadnego śladu po szóstym.

„Jeden zniszczony, jeden uszkodzony. Nie jest źle”. Sun ponownie przybliżył obraz. „Zdaje się, że ulegają broni konwencjonalnej tak samo, jak nowym zabawkom Konfederacji”.

Był to drażliwy temat w kręgach militarnych Bloku Wschodniego. Choć podczas ostatniej wojny Blok miał przewagę techniczną, Konfederacja wyprzedziła go bardzo, kiedy warunki gospodarcze uległy zmianie. Początkowo gospodarka Chin i innych państw azjatyckich oraz ich ogromny potencjał przemysłowy dawały Blokowi przewagę, która wydawała się nie do nadrobienia dla upadających infrastruktur Stanów Zjednoczonych.

Przez dekady USA i większość państw zachodnich pozwoliły, by ich zaplecza rozpadły się, podczas gdy Chiny i reszta Azji inwestowały w najlepszą ówczesną technologię. Zwłaszcza Stany Zjednoczone doprowadziły się dosłownie do nędzy. Już w roku 2010 kraje takie jak Korea czy Hongkong miały Internet i dostęp do sieci informacyjnej tak rozwinięte, że USA prezentowało się przy nich jak państwo Trzeciego Świata. Podczas wojny Blok Wschodni zyskał niepodważalny prymat w przemyśle i rozwoju nauki.

Ze swojej natury Blok był bardziej socjalistyczny, a jego rządy widziały potrzebę postępu, nawet gdy nie przynosiło to natychmiastowych korzyści. I właśnie takie inwestycje w różne dziedziny dawały ogromną przewagę nad USA na początku trzeciej wojny światowej. Jednak nikt w Bloku nie przewidział nadejścia drugiej rewolucji przemysłowej.

To, co zaczęło się jako hobbystyczne zabawy, okazało się rewolucją technologiczną, która zniszczyła przemysłową przewagę Bloku Wschodniego.

Mikrofabryki, domowe systemy replikacji, zdolność do zrzutu towaru w dowolne miejsce na świecie – tyle wystarczyło, żeby zacząć produkować broń, lekarstwa, pojazdy… W ciągu pięciu lat gospodarka azjatycka praktycznie się załamała, a szala zwycięstwa w wojnie przechyliła się na stronę Stanów Zjednoczonych. Do tej pory USA utrzymywały się tak długo tylko dlatego, że logistyka zaopatrzenia przy próbach inwazji na środkowe stany stanowiła prawdziwy koszmar. Zawarcie Paktu Konfederacji pozwoliło USA zyskać parę lat – zaczęły płynąć wtedy surowce z Kanady, a do pracy w przemyśle zbrojeniowym zatrudniono pracowników z Meksyku, jednak to domowe systemy wytwórcze większość ludzi uznawała za czynnik, który zapewnił zwycięstwo.

„Większość ludzi wykształconych” – poprawił się w duchu Sun. Publika za zwieńczenie wysiłków wojennych Konfederacji uważała oczywiście Archanioły. Zbudowane w oparciu o technologię MP, skradzioną z myśliwców odrzutowych Bloku Wschodniego, jednostki amerykańskie były skuteczne, lecz stanowiły tylko kroplę w morzu działań wojennych.

– Kapitanie – głos Shi wyrwał Suna z rozmyślań – eskadra z przodu zwalnia.

„Zwalnia?” – Sun zmarszczył brwi, analizując informację. „To nie ma sensu. Stracą kilka minut, jeżeli to zrobią”.

Sunowi nie podobało się, że wróg daje mu tak wspaniały prezent. To zwykle oznaczało ukryty podstęp.

Kapitan zmrużył oczy i cofnął obraz na ekranach, żeby sprawdzić pozycję eskadry za nim. Obnażył zęby, gdy dostrzegł, że jednostki wciąż przyśpieszają, po czym szybko przeliczył ich spodziewany kurs w odniesieniu do „Weifanga” i eskadry z przodu.

„Chcą nas złapać w krzyżowy ogień. Starcie potrwa krócej, owszem, ale nie ma mowy, żeby systemy obronne »Wei-fanga« wytrzymały tak potężny ostrzał”.

– Nawigacja, zacząć obliczać alternatywne wektory kursu – rozkazał. – Obcy chcą nas zapędzić w pułapkę. Wolałbym im tego nie ułatwiać.

– Tak jest, kapitanie.

„Są lepsi taktycznie, niż opisywały raporty Konfederacji” – pomyślał Sun z irytacją. Przechwycone meldunki mówiły o „olbrzymach wymachujących maczugami” – z pewnością niebezpiecznych, lecz głupich. Jednak ta ocena nie zgadzała się ani trochę z tym, co właśnie obserwował Sun.

– Kapitanie, nie ma żadnego czystego wektora ucieczki.

– Tego już się sam domyśliłem. Chcę wektor najkrótszego kontaktu.

– Obliczone, sir, zaraz prześlę na pana stanowisko.

Sun kiwnął głową i jeszcze chwilę poświęcił temu, o czym myślał wcześniej, póki miał refleksję świeżo w pamięci. Pod jednym względem wojna w przestrzeni kosmicznej górowała nad tą naziemną – było zazwyczaj więcej czasu na podejmowanie decyzji. Istniały ograniczenia działań w obrębie studni grawitacyjnej gwiazd, a prędkość światła do takich ograniczeń należała.

„Czy raporty Konfederacji były nieścisłe, czy dopiero teraz konfederaci zaczynają się uczyć na własnych błędach?”

Każdy z tych wariantów był prawdopodobny. Możliwe również, że szpiegom Bloku podrzucono celowo fałszywe informacje. Z pewnością meldunki „Odysei” wskazywały, że kilku jej przeciwników przeżyło, mogło więc donieść o taktycznych błędach, a obcy mieli po prostu słaby wywiad albo nie mieli zgoła żadnego.

„Tak czy siak, mogli wybrać sobie inną porę na uczenie się nowych sztuczek”.

– Możliwe wektory na pana stanowisku, kapitanie.

– Mam je – potwierdził Sun i popatrzył na alternatywne wykresy.

Były w zasadzie tylko ćwiczeniem akademickim, matematycznymi równaniami, rozwiązanymi przez sieć komputerów „Weifanga”. Przedstawiały trzy możliwości, a tylko jedna zapewniała więcej niż piętnastoprocentową poprawę w stosunku do obecnego kursu. Sun wskazał właśnie ten wykres.

– Kurs przyjęty, kapitanie. Zmiana na pana rozkaz.

– Wybierz żagle, sterniku – odpowiedział Sun. – Lećmy tak, aby mieć gwiazdę za rufą. Przekaż wszystkim stanowiskom, żeby odbezpieczyły broń i przygotowały się do walki.

– Tak jest, kapitanie. Ogłaszam alarm.

Wojna w kosmosie, jak zdążył się już nauczyć Sun, nie rozwijała się jak ta naziemna. Na Ziemi, nawet przy użyciu satelitów i zaawansowanych urządzeń, zazwyczaj nie widziało się wroga, dopóki nie znalazł się w zasięgu strzału. Skrajne możliwości różnych systemów uzbrojenia sprawiały, że kiedy atak stawał się widoczny, oznaczało to, że natarcie się odbyło i dla tych, którzy przeżyli, było już po wszystkim.

W kosmosie widziało się wroga z odległości, której pokonanie wymagało dni, tygodni lub jeszcze dłuższego czasu nawet przy prędkościach bliskich światłu. Wystrzelone pociski o ekstremalnie dużym zasięgu potrzebowały godzin lub dni na dotarcie do celu. W przypadku lasera również oznaczało to co najmniej kilka minut lub dłużej. A przy takich ramach czasowych o celności można było zapomnieć.

Należało podejść blisko, najlepiej na kilka sekund świetlnych, aby osiągnąć naprawdę śmiercionośne rezultaty.

Och, ale nie każdy ma szczęście. Bezpośrednie trafienie przez lasery tych obcych, nawet ze skrajnie dużej odległości, mogłoby raz na zawsze wyeliminować „Weifanga” z gry. Jednak w żadnym laserze nie udaje się dokonać idealnej kolimacji, a na dystansach mierzonych w sekundach świetlnych nawet najlepsze emitery mogą tracić moc.

Na podstawie początkowych działań oraz informacji przechwyconych przez wywiad i raportów Sun uważał, że wróg przede wszystkim polega na laserach i właśnie je wykorzysta do klinczu. Była to dla „Weifanga” okoliczność zarówno dobra, jak i zła. Wiązka lasera poruszała się z prędkością światła praktycznie niewykrywalnie, dopóki nie było za późno. Ale nie posiadała także naprowadzania i po wystrzeleniu nie dało się już skorygować jej kursu.

Pociski „Weifanga” poruszały się znacznie wolniej, to pewne, ale miały samonaprowadzanie i wraz z odległością nie traciły siły rażenia.

„Zobaczymy, czy staroświeckie uzbrojenie Bloku jest równie skuteczne wobec tych obcych, jak zaawansowane technologicznie zabawki Konfederacji”.

– Ścigające jednostki zmniejszają dystans, kapitanie. Znowu znajdują się na granicy zasięgu bezpośredniego śledzenia.

Sun skrzywił się, ale nie oderwał wzroku od wykresu.

„Szlag, są szybcy”.

Blok miał nadal przewagę nad Konfederacją, jeżeli chodziło o technologię masy przeciwnej – północnoamerykańscy badacze może w przyszłym pokoleniu zdołają to nadrobić. Utrzymanie tej przewagi nie należało do łatwych, ale warto było podjąć wysiłek w kosmicznym wyścigu. Dzięki tej przewadze to właśnie Blok Wschodni opracował systemy zupełnie innego napędu nadświetlnego niż trzymana w najściślejszej tajemnicy technologia napędu tranzycyjnego, zwanego potocznie skokowym, Konfederacji.

Zazwyczaj słaba ochrona północnoamerykańska osiągała niewyobrażalny poziom, gdy chodziło o napęd okrętów kosmicznych. Wszystko, co miało choćby najmniejsze powiązanie z teorią napędu skokowego albo tranzycją, zostało ukryte przed światem w konfederackiej bazie na Marsie.

Konieczność rywalizacji z Konfederacją zmusiła naukowców Bloku do rozwinięcia technologii MP w zupełnie nowym kierunku. A to oznaczało, że „Weifang” był zauważalnie szybszy niż „Odyseja”, jednak najwyraźniej ta przewaga nie stanowiła problemu dla eskadry obcych, zdolnej do dogonienia chińskiego okrętu i oddania przynajmniej jednego strzału.

– Podnieść osłony na jak najwyższą moc. Wszystkie zespoły naprawcze, pełna gotowość – rozkazał Sun. – Zbrojownia, włączyć zdalny pełny ostrzał. Rozpocząć po namierzeniu celów.

Niewiele więcej zostało po tym do zrobienia lub powiedzenia. Reszta była już matematyką.

– Tak jest, kapitanie!

„Weifang” sunął po swoim wektorze ucieczki, pokonywał przestrzeń kosmiczną z piekielną prędkością, a sześć okrętów przed nim zbliżało się pod kątem, by włączyć się do walki, podczas gdy pozostałe pięć z rufy w każdej chwili mogło otworzyć ogień. Rozpoczęły się uniki przez zmiany kursu. Gdy najbliższe jednostki wroga znalazły się w odleg-łości minuty świetlnej, ziemski okręt już zataczał ósemki o różnych interwałach.

Sun miał nadzieję, że to wystarczy – nie pozostały mu inne możliwości manewrów unikowych, o ile chciał zachować dystans. Jeżeli za bardzo rozciągnie kurs, straci przewagę odległości. Jednak przy zbyt ciasnych manewrach, „Wei-fang” stanie się łatwym celem dla laserów obcych.

„Oczywiście przy odrobinie szczęścia możemy się znaleźć po złej stronie tego równania i mimo wszystko spłonąć. Jak to na wojnie”.

– Wychwyciliśmy właśnie zabłąkane fotony z lasera, sir. Chybił przynajmniej o sekundę świetlną.

– Przyjąłem. Wiemy, z którego okrętu padł strzał?

– Tak, kapitanie. Rozbłysk koronalny był wyraźny.

– Ustawić komputery, niech odpowiedzą na ogień napastnika.

– Tak jest, kapitanie!

Cel rozjarzył się na wykresie. Strzał padł z okrętu znajdującego się w eskadrze z lewej strony „Weifanga”. Komputery pokładowe będą musiały odczekać, aż manewr unikowy ustawi ich ponownie na lewą burtę, zanim będzie można wystrzelić w cel.

– Więcej fotonów, druga wiązka z lasera, kapitanie.

– Namierzyć źródło, wycelować i strzelać, gdy tylko broń będzie gotowa.

– Tak jest, kapitanie.

– Wyrzutnie rufowe od jeden do pięć, ognia.

Sun skinął głową, sprawdził wykres. Pociski znalazły się w przestrzeni. W miarę jak rosła odległość między nimi a  Weifangiem”, dane telemetryczne stawały się coraz mniej wiarygodne, ale kapitan i tak zerkał na nie, skoro już napływały.

Sun, jak każdy dowódca, chciałby dostawać precyzyjne dane o pozycjach systemów obronnych wroga, i to najlepiej na wczoraj.

– Wyrzutnie dziobowe od jeden do osiem, ognia.

Nowe światełka pojawiły się na wykresie, tym razem umykając od lewej burty. Także te ślady telemetryczne szybko traciły na aktualności przez relatywizm i ograniczenia do prędkości światła, ale przynajmniej dane z rufy zajmowały Suna na tyle, że nie popadał w gniew.

Telemetria z rufy wskazywała, że pociski osiągnęły zasięg krytyczny, co oznaczało, że już minutę temu uderzyły we wroga. Trzeba było jednak poczekać na dane. Sun na razie zadowolił się ograniczonymi przekazami z instrumentów zamontowanych na głowicach pocisków.

Eskadra otworzyła ogień z punktów obrony laserowej. A przynajmniej Sun założył, że są to lasery obronne. Możliwe, że obcy używali głównej broni i zamierzali ją wesprzeć dodatkową, ale to wydawało się przesadą. Światełka telemetrii gasły jedno po drugim, bo gdy pociski przekraczały granicę strefy krytycznej, głowice bojowe ruszały na pełnym ciągu.

„Trzy pociski wyeliminowane przed osiągnięciem strefy krytycznej. Czy obcy potrafią przechwytywać głowice bojowe po przejściu przez granicę skutecznego zasięgu?”

Jednak nie potrafili, jak się okazało, co Sun przyjął z zadowoleniem. Po przekroczeniu strefy krytycznej, pociski przyśpieszały mocno, pchane eksplozją, która oddzielała je od modułów napędowych. Znajdowały się już blisko celu, a zmiana kursu i prędkości w ostatniej chwili lotu sprawiała, że samych głowic nawet diabeł nie potrafiłby namierzyć i zestrzelić.

Od ostatnich dwóch pocisków oderwało się osiem głowic i uderzyło w cel. Sun musiał czekać parę sekund na dane telemetryczne, aby otrzymać przyzwoity obraz, ale kiedy wreszcie pojawił się po przetworzeniu, Sun ujrzał ogromne erupcje ognia i jednostkę wroga, która niemal natychmiast zaczęła tracić przyśpieszenie.

Przeskoczył na wykres z dziobu i dane telemetryczne z pocisków, które przeszły w strefę krytyczną. Do granicy dotarły trzy pociski kasetowe i wystrzeliły w przestrzeń piętnaście ładunków subamunicji. Niektóre ze światełek na wykresie zgasły, gdy systemy obronne wrogiego okrętu wkroczyły do akcji, ale wystarczająco dużo przetrwało i uderzyło.

– Cel płonie, kapitanie. Przyśpieszenie spada.

Sun skinął głową. Dostrzegł to oczywiście, jak wszyscy, jednak coś w tym obrazie go niepokoiło.

– Nie wspierają się wzajemnie – mruknął.

– Przepraszam, kapitanie? – Shi odwrócił się nieco. – Mówił pan coś?

– Nie, nic. – Sun pokręcił głową, ale myślami był gdzie indziej. Z trudem wierzył w to, co widzi. Na Ziemi nie istniały żadne nowoczesne siły zbrojne, które nie użyłyby swoich punktów obronnych do osłony sojuszników. Tak się po prostu nie walczyło.

– Kapitanie! Wykryto wiele rozbłysków koronalnych laserów! Obie eskadry otworzyły do nas pełny ogień.

– Namierzyć promienie najszybciej jak się da! – Sun odzyskał koncentrację.

Od tego momentu sytuacja będzie się rozwijała błyskawicznie. Eskadry mogły już pochwycić „Weifanga” w krzyżowy ogień.

– Namierzyć wszystkich agresorów! – rozkazał Sun. – Przygotować wszystkie wyrzutnie na ostrzał automatyczny!

– Namiary celów w komputerach!

– Wszystkie wyrzutnie gotowe!

– Og… – Sun zmarszczył brwi. – Czekać!

Załoga przed nim zamarła, ludzie zaczęli zerkać na siebie, potem odwrócili głowy, aby spojrzeć na kapitana, który wpatrywał się martwo w jakiś przypadkowy punkt na ścianie.

– Kapitanie?

„Oni się nie wspierają wzajemnie. Dlaczego się nie wspierają?” Sun skrzywił się mocniej. Zastanawiał się, czy kryje się w tym jakaś pułapka.

Omal nie zignorował tej informacji, niemal postanowił postępować zgodnie ze standardowymi procedurami opracowanymi do walki z eskadrami Konfederacji podczas ostatniej wojny. Potrząsnął głową.

– Zmienić priorytet celów – rozkazał. – Namierzyć najbliższe jednostki wroga od dziobu i od rufy.

– Namierzone, kapitanie!

– Ostrzelać ze wszystkich wyrzutni dziobowych cel z przodu i ze wszystkich wyrzutni rufowych cel z tyłu – powiedział Sun. – Następnie namierzyć kolejny najbliższy okręt wroga z przodu i z tyłu, ostrzelać.

Sun wyczuł, że załoga zawahała się, i wiedział dlaczego. Zwykle nie wysyła się pocisków po tak przewidywalnym kursie na zbliżenie jak ten, a przynajmniej nie przeciwko eskadrom Konfederacji. Konfederaci natychmiast zacieśniliby szyk i podzielili się obroną w taki sposób, że nie dałoby się w nią wcisnąć nawet kartki.

Ale to nie była grupa bojowa Konfederacji. Sun zyskał już pewność. Kimkolwiek byli ci obcy, do ekspertów od walki osłonowej nie należeli.

– Wyrzutnie dziobowe i rufowe, ognia!

„Zdejmiemy ich po kolei, o ile tylko nam pozwolą” – pomyślał Sun wściekle, chociaż w głębi duszy zaczynał się zgadzać ze swoim odpowiednikiem na „Odysei”. Coś było nie tak z tymi obcymi. Nie walczyli jak ludzie.

– Namierzanie kolejnego celu!

Sun nie zwracał uwagi na meldunki z mostka, skupił się na mapowaniu wiązek laserów wroga. Odczytywanie dokładnej mocy i wektora wiązki laserowej, która chybiła, nie należało do zadań łatwych. Pierwszą wskazówkę stanowił rozbłysk koronalny, o ile nastąpił wystarczająco blisko, aby uderzyć w zewnętrzne czujniki i tym samym włączyć alarm. Po tym można było wykreślić prawdopodobne położenie źródła, lecz stanowiło to tylko połowę wykonanej pracy. Ustalenie dokładnego umiejscowienia wiązki wymagało trochę więcej wysiłku i odrobiny szczęścia. Przestrzeń kosmiczna nie jest tak pusta, jak się wydaje – można powiedzieć, że jest po prostu słabo „zaludniona”.

Jeżeli wiązka przetnie drogę błądzącej cząsteczki lub nawet atomu, zrzuci na nią energię, a zatem zmieni stan takiego „przechodnia”. Chociaż promień lasera jest bardzo skupiony i trudny do wykrycia, to cząstki o wysokim poziomie energetycznym można traktować jako ślad.

Dlatego ludziom Suna nie zajęło wiele czasu wykreślenie na komputerach częściowej siatki, pokazującej, gdzie lasery wroga przecinały przestrzeń wokół „Weifanga”.

„Na przodków, można by uwierzyć, że naprawdę strzelali przypadkowo”. Sun zmarszczył brwi, przyglądając się wykresom. „To szaleństwo”.

Wiedział, że nie powinien narzekać. To było szaleństwo, ale szaleństwo, które mu sprzyjało. Jednak na wojnie nauczył się, że jeśli coś wyglądało za dobrze, by było prawdziwe, oznaczało podstęp.

– Bezpośrednie uderzenie na główne jednostki z dziobu i rufy! Obcy odpadają!

– Trzecia salwa poszła!

– Druga salwa w zasięgu krytycznym!

Nic więcej Sun nie mógł zrobić – kolejna okoliczność, która działała mu na nerwy. Wróg nie używał żadnego wzorca, na ile kapitan mógł stwierdzić, więc zmiany kursu też były bezcelowe. Rozkazy ostrzału, jakie wydał, działały i „Weifang” właśnie zaczynał się oddalać.

Zbyt łatwo.

– Shi, pełna moc na skany dalekiego zasięgu – rozkazał Sun. – Wąski promień, jak najdalej.

– Tak jest, kapitanie.

Sun oddałby wszystkie pieniądze i jeszcze więcej za tachionowe skanery Konfederacji, ale bez nich musiał polegać na bardziej tradycyjnych metodach, jak radar, lidar, a także infra- oraz ultrapasmowych elektromagnetycznych urządzeniach detekcyjnych.

Pewien generał powiedział kiedyś swoim żołnierzom: „Proście mnie o wszystko oprócz czasu”. Jak na ironię, Sun tylko czasu miał pod dostatkiem.

– Cel numer trzy – trafienie! Przyśpieszenie spada!

– Zniszczyliśmy jakąś jednostkę wroga? – zapytał Sun.

– Nie, kapitanie! Strzały je co najwyżej uszkadzają.

Sun pokręcił głową. „Te pociski zatopiłyby najlepsze jednostki floty Konfederacji. Szlag, ci obcy są naprawdę twardzi”.

– Punkty obronne jednostki numer cztery zdjęły większość naszych głowic bojowych – zameldował Shi. – Pomniejsze trafienia, brak spadku prędkości.

– Namierzać dalej – zdecydował Sun. – Celować w jednostki najbliżej w stosunku do „Weifanga”.

– Tak jest, kapitanie.

Coś było nie w porządku w tej całej sytuacji, ale na razie Sun uznał, że najlepiej pozostać przy tym, co się sprawdzało. Ostrzał pojedynczych okrętów wroga był lepszy niż rozrzucanie pocisków na całą eskadrę. Przynajmniej tak było, dopóki Sun nie dostał wyniku skanu dalekiego zasięgu.

– Kapitanie!

„O wilku mowa…”

– Ile ich jest, Shi? – zapytał z nieobecnym uśmiechem.

– Dwie kolejne eskadry, kapitanie. – Shi odwrócił się lekko od swojej konsoli, żeby spojrzeć na Suna. – Skąd pan wiedział? Jak im w ogóle udało się przewidzieć nasz kurs?

– Nie przewidzieli – zapewnił Sun. Rozluźnił się, skoro już wiedział, co się dzieje. – Spodziewałem się, że gdy tylko zdołamy zrobić skan systemu, obcy wypełzną. Popychano nas w odpowiednim kierunku od samego początku, od pierwszych kursów na zbliżenie i wyraźnie przypadkowych strzałów z laserów. Matematycznie nasz wybór był oczywisty.

– Tak jest, kapitanie. – Shi odwrócił się do swojego stanowiska wyraźnie zmieszany i bardziej niż wstrząśnięty. Sun wcale mu się nie dziwił. Matematyka wyglądała teraz o wiele gorzej, jeżeli chodziło o szanse okrętu. Przy dwóch kolejnych eskadrach z przodu „Weifangowi” nie pozostała tak naprawdę żadna droga ucieczki. Za mniej więcej piętnaście minut pułapka się zatrzaśnie, a okręt będzie stracony.

„Jednak teraz mamy jeszcze jedną rozsądną możliwość”.

Sun włączył ogólne pasmo łączności. Postarał się, żeby jego głos brzmiał spokojnie.

– Cała załoga, gotowość do działań naprawczych.

Potem dodał:

– Sternik, zabierz nas do jeden czterdzieści dziewięć, radian dwanaście.

Zapadła cisza, potem załoga mostka obróciła się, żeby na niego spojrzeć z nieskrywanym niepokojem. Sun poczuł dumę, że chociaż jego ludzie byli zdenerwowani, nie pozwolili, by ogarnął ich strach, gdyż odwrócili się znowu i zajęli przygotowaniami do wypełnienia rozkazów.

– Zmiana kursu, kapitanie.

– Wszystkie wyrzutnie dziobowe na ostrzał krótkimi seriami – rozkazał Sun, gdy „Weifang” przestał zataczać szerokie łuki uników i skierował dziób wprost na eskadrę, która przyśpieszała z przodu.

– Wszystkie wyrzutnie… ostrzał krótkimi seriami. Tak jest, kapitanie.

Kurs „Weifanga” zmienił się w ciasną, ostrą parabolę, która wyprowadziła okręt z pułapki, ale posłała go wprost na najbliższe jednostki wroga. Sun z determinacją chciał jak najszybciej zmniejszyć dystans do częściowo unieszkodliwionej eskadry, zanim pozostałe grupy przeciwnika zorientują się, co się dzieje. Kapitan miał nadzieję, że wróg nie domyśli się w porę.

Było to ryzykowne, ale co to za życie bez ryzyka?

– Naprzód – szepnął Sun. – Prosto w burzę.

– Kapitanie?

– Nic, nic – odparł Sun, tym razem głośniej. – Mamy jakieś odczyty częstotliwości laserów wroga?

– Częściowe odczyty z trzech jednostek.

– Czy te okręty są blisko nas?

– W trzech różnych miejscach.

Sun skrzywił się tylko. I po sprawie. Chciał wyrównać osłony i dostosować je do średniej częstotliwości przeciwnika. Zdaje się, że ci ludzie… ci obcy, czy coś, nie byli tak całkiem przewidywalni.

– Wybierz jeden – rozkazał.

– Kapitanie?

– Wybierz jeden i dostosuj nasze osłony do jego częstotliwości – wyjaśnił Sun. – Nieważne który, zdaj się na szczęście.

– Tak jest, kapitanie.

Shi wyglądał na bardziej niż trochę wytrąconego z równowagi tym rozkazem, ale Sun nie miał mu tego za złe.

Kapitan był zbyt zajęty, żeby komukolwiek w załodze współczuć. Musiał wyprowadzić okręt z tego przeklętego układu, a liczba potencjalnych tras ucieczki kurczyła się alarmująco szybko. Więc powierzył los „Weifanga” sile wyższej i miał tylko nadzieję, że szczęście mu dopisze chociaż odrobinę.

Nie spuszczając oczu z ekranów i osobistego wyświetlacza, Sun zaczął wykonywać pośpieszne obliczenia na swoim terminalu. Jego zamiary stały w sprzeczności z wszelkimi protokołami i naruszały procedury bezpieczeństwa.

– Potrzebuję jak najdokładniejszych skanów mocy dalekiego zasięgu i wszystkich pasywnych odczytów! – zawołał Sun. – Na wczoraj!

Nie fatygował się patrzeniem i słuchaniem potwierdzeń. Wiedział, że jego załoga pracuje, a załoga wiedziała, że kapitan jest zajęty. Wszyscy mieli też świadomość, że wróg bynajmniej nie czeka z założonymi rękami.

„Przekonajmy się, kto pierwszy skończy”.

– Rozbłysk koronalny lasera!

– Kontynuować manewry unikowe! – rozkazał Sun, nawet nie patrząc. Jeżeli okręt zostanie trafiony, ludzie na pokładzie i tak nie zobaczą wiązki, która ich zabiła. – Pełny ciąg!

– Tak jest, kapitanie, pełny ciąg!

„Weifang” wykonywał korkociągi w przestrzeni kosmicznej, zmieniał kierunek lotu i kurs w pozornie przypadkowych momentach, żeby uniknąć krzyżujących się wiązek laserów wroga. Sun i cała załoga wiedzieli, że tak na zdrowy rozsądek okręt międzygwiezdny, nieważne, jak ogromny według ludzkiej skali, stanowił maleńki cel, biorąc pod uwagę skalę toczącej się bitwy, a szanse trafienia go przypadkiem były niewielkie.

Jednak przy zmniejszającej się odległości od wroga światło odbite od okrętu wracało w coraz krótszym czasie… A przeciwnik potrzebował coraz mniej szczęścia, by trafić „Weifanga”. Szanse ocalenia malały z każdą chwilą…

Sun skończył swoje obliczenia, gdy odległość między okrętem a eskadrą wroga przed dziobem zmniejszyła się do około trzydziestu sekund świetlnych. Jeszcze trochę bliżej, jak wiedział Sun, a sytuacja stanie się bardzo nieciekawa. W obecnej pozycji „Weifang” miał tyle samo szans na skuteczną ucieczkę, co wróg na trafienie go laserem.

Jednak ziemska broń posiadała samonaprowadzanie, a głowice „Weifanga” uderzały nieustannie w jednostki z eskadry, która straciła już połowę swoich sił. Tylko trzy z okrętów nadal zachowały pełną sprawność.

„Może uda się nam wydostać i nie oszaleć”.

– Kapitanie! Następne dwie eskadry wykryte na skraju dalekiego zasięgu! Zbliżają się szybko!

„I to by było na tyle…”

Sun zawahał się, po czym przesłał swoje obliczenia do sternika.

– Przejście na kurs, który właśnie przesłałem – oznajmił. – Gotowość do zakrzywienia czasoprzestrzeni.

Załoga mostka popatrzyła na Suna z rozdziawionymi ustami. Nie kryli wcale, że są wstrząśnięci. Ale Sun ich zignorował. Wiedzieli, że lepiej nie kwestionować jego rozkazów.

– Maszynownia. – Pochylił się do interkomu. – Będę potrzebował na krótko pełnej mocy do zwojów MP.

Nastąpiło długie wahanie, zanim nadeszła odpowiedź.

– Tak jest, sir. Kapitanie, czy pan…

– Bez odbioru. – Sun przerwał połączenie. Nie zamierzał pozwolić, żeby ktoś próbował odwieść go od tego, co postanowił zrobić.

Spojrzenie na ekrany dało mu obraz sytuacji. Znajdowali się o dwadzieścia sekund świetlnych od zbliżających się najszybciej dwóch jednostek wroga. „Weifang” mógłby rozbić je w pył, ale to nie uchroniłoby go przed tym, co jeszcze czaiło się w układzie. Sun nie chciał dopuścić, żeby jego okręt spotkał taki koniec.

– Zabezpieczyć się przed rozpoczęciem lotu w nadświetlnej – rozkazał. Skrzywił się na myśl o zakrzywianiu czasoprzestrzeni tak blisko pola grawitacyjnego gwiazdy.

Teoretycznie powinno się udać. Jednakże pozostawała jeszcze kwestia utrzymania kursu, ponieważ zakrzywienia czasoprzestrzenne gwiazdy i jej planet wpłyną na zakrzywienia „Weifanga”. Lecz Sun nie przejmował się tym ani trochę, skoro wybrał kurs w miarę przypadkowy i jak najdalej od Ziemi.

Największy problem stanowiło teraz to, że po rozwinięciu prędkości nadświetlnej niczego nie będzie można zobaczyć, a tym samym nie uda się uniknąć odłamków. Zakrzywienie czasoprzestrzeni używane do rozpędzenia okrętu zazwyczaj odpychało mu z kursu większość drobnych obiektów, ale jeżeli na trasie „Weifanga” znajdzie się ciało wielkości, powiedzmy, samochodu… wtedy może okazać się groźniejsze niż jakikolwiek laser.

Prędkość nadświetlna. Sun wątpił, czy obcy zorientują się, co się stało.

– Ster, rozpoczęcie zakrzywienia czasoprzestrzeni, MP na maksimum! – rozkazał Sun. Bał się, że gdyby chociaż jeszcze chwilę zwlekał, mógłby się rozmyślić.

Poczuł dreszcz wzdłuż kręgosłupia, gdy generatory MP ruszyły, ekrany zrobiły się czarne, a „Weifang” zatrząsł się gwałtownie.

– Trafienie laserem!

ROZDZIAŁ 1

Okręt międzygwiezdny „Odyseja” spoczywał w punkcie Lagrange’a wysoko nad Ziemią. Rusztowania przesłaniały kadłub niemal w całości. Gdyby się przyjrzeć bliżej, można by dostrzec robotników poruszających się w środowisku mikrograwitacji podczas kończenia prac przy jednostce.

Uszkodzenia odniesione w walce podczas ostatniej misji dawno zostały naprawione, ale w obecnej sytuacji politycznej, gdy Konfederacja Północnoamerykańska nastawiała się na obronę, wielki okręt został mocno rozbudowany. Obszerne fragmenty pierwotnego kadłuba okryto powłokami antydetekcyjnymi i antyradiacyjnymi.

Kapitan Eric Stanton Weston przyglądał się temu z pokładu widokowego na stacji orbitalnej Konfederacji i liczył dni do zakończenia remontów.

– Kapitanie.

Eric obejrzał się przez ramię i od razu rozpoznał mężczyznę, który się do niego zbliżał.

– Panie Gordon.

Seamus Gordon, kutas z wywiadu, został kiedyś opisany jako „chodzące kłopoty w tanim garniturze”. Jak dotąd kapitan nie miał okazji, by sprawdzić, czy opis jest prawdziwy, ale też niezbyt go to interesowało.

– Chciałbym porozmawiać o pańskim raporcie. – Gordon spojrzał na zawieszoną w przestrzeni „Odyseję”.

– Słucham.

Gordon rozejrzał się szybko, po czym wsunął rękę do kieszeni i dopiero wtedy znowu otworzył usta.

– Część dotycząca Centrali wydaje się nieco… ograniczona – zauważył cicho.

– To dlatego, że nie posiadamy, jak mi się zdaje, odpowiednich słów, żeby adekwatnie opisać, czym jest to cholerstwo – wyjaśnił Eric szczerze. – Panie Gordon, nie ma pan pojęcia, jak to jest stać w obecności czegoś, co może grzebać panu w umyśle niczym w szufladzie ze skarpetkami, by wybrać sobie ulubioną parę.

– Nie – prychnął Gordon. – Chociaż zawsze marzyłem, żeby posiąść taką umiejętność.

– Proszę mi wybaczyć, ale ten pomysł nie przysparza mi radości.

Przedstawiciel wywiadu uśmiechnął się słabo.

– To zrozumiałe. W raporcie określił pan zasięg Centrali jako planetarny?

– Wyraziłem przekonanie, że jej zasięg jest planetarny – przyznał Eric. – Ale nie mogę tego zweryfikować ani obalić.

– Uczciwe podejście. Ale co pan sądzi?

Eric zamyślił się.

– Zapewne rzeczywiście jest ograniczona do planety. Nie znam się na geologii planetarnej, ale jeżeli Centrala jest choć trochę tym, czym twierdzi, że jest, to wydaje się sensowne, że ogranicza ją zasięg pola magnetycznego planety.

– A jeżeli nie?

– Zapewne moglibyśmy to wykryć – odparł Eric z przekonaniem. – Monitorowaliśmy każdą częstotliwość, tachiony i cząstki w tym systemie. Nie stwierdziliśmy nic odbiegającego od normy.

– Ta-ak – mruknął Gordon. Odwrócił się lekko, żeby spojrzeć na „Odyseję”. – Nic odbiegającego od normy.

Eric podążył za jego spojrzeniem i skrzywił się, bo nie musiał nawet czytać w umyśle Gordona.

„Jeżeli Centrala mówiła prawdę, Priminae jej nie stworzyli. Gestalt. Suma większa od jej składników. Czy wykrylibyśmy cokolwiek odbiegającego od normy, skoro w rzeczywistości to właśnie jest norma?”

– No cóż – odezwał się w końcu Gordon – będziemy się tym martwić, gdy nadejdzie pora. Teraz, kapitanie, pragnąłbym usłyszeć streszczenie innych elementów pańskiej ostatniej misji.

– Z całym szacunkiem, panie Gordon – odparł Eric ze znudzeniem – jest pan cywilem, o ile mi wiadomo. Nie muszę panu zdawać sprawozdań.

Gordon uśmiechnął się nieznacznie i wręczył mu kartę.

Eric skrzywił się, zanim jeszcze na nią spojrzał. Był pewien, że nie spodoba mu się to, co zobaczy. Otworzył dokument i westchnął, gdy przeczytał jego treść.

– Zobaczymy się za godzinę w biurze pani admirał. – Twarz Seamusa Gordona wyglądała niewinnie, gdy wrócił spojrzeniem do „Odysei”, odcinającej się na tle Ziemi.

Eric zmarszczył brwi, ale nie odpowiedział, tylko schował rozkazy do kieszeni.

– Niezły ma pan okręt – rzekł Gordon, by przerwać ciszę.

– Najlepszy – zapewnił Eric również po chwili milczenia, gdy uznał, że komentarz agenta nie zawierał żadnych ukrytych znaczeń.

***

– Starsza bosman!

Starsza bosman Rachel Corrin ledwie się obejrzała na podchodzącego oficera i zaraz wróciła do pracy.

– Zaraz do pana przyjdę, komandorze.

– Proszę się nie śpieszyć – odparł Roberts, przyglądając się, co robi kobieta. – Przepraszam, że pani przeszkadzam.

– Gdyby mi przeszkadzały takie rzeczy, przysmażyłabym sobie tyłek już dawno temu, komandorze. – Rachel uśmiechnęła się sztywno, podłączając przewód wysokiego napięcia, którym się zajmowała. System zadziałał od razu. Ponieważ był częścią linii transportowej połączonej z główną siecią energetyczną „Odysei”, i normalnie nie byłoby dobrze, gdyby się zepsuł. Jednak w tym wypadku jak na ironię oznaczało to, że będzie gorzej niż zwykle w doku naprawczym, ponieważ po pokładzie kręcili się niezliczeni cywilni pracownicy, którzy nie znali protokołów alarmowych.

Gdy tylko skończyła, bosman zamknęła i zapieczętowała panel, po czym podniosła się i otrzepała ręce z wyimaginowanego raczej kurzu, jako że filtry okrętu utrzymywały w czystości nawet mniej uczęszczane sekcje. Wreszcie odepchnęła się w dół, a podeszwy jej butów przylgnęły do podłogi.

– Czego pan potrzebuje, komandorze?

– Uaktualnień nowego uzbrojenia – odparł z niechęcią Roberts. – Powiedziano mi, że będą skończone dzisiaj, ale nie dostałem żadnego nowego raportu.

– Pewnie dlatego, że zajmują się tym cywilni wykonawcy. – Rachel przewróciła oczami. – Musieli posiekać nasz kokpit, żeby dopasować nowe systemy pod habitatami, co chyba bardzo wkurzyło kapitana. A teraz mają przechlapane, bo muszą wszędzie przywrócić hermetyczność.

Roberts skrzywił się jeszcze bardziej.

– Nic dziwnego, że nie wypełnili żadnego raportu. Jak bardzo jest źle?

– Mogę to naprawić w godzinę, ale nie płaci mi się nawet w połowie tak dobrze, jak im – prychnęła Rachel. – Dopóki więc nie dostanę rozkazu, żeby to szybko załatwić, niech wykonawcy się męczą.

– Tylko niech pani nie pozwoli im pociąć niczego, co jest nam potrzebne, bosman Corrin.

– Bez obaw, komandorze, mam na nich oko – zapewniła Rachel. – Daję słowo.

– Mnie to wystarczy. – Roberts skinął głową, odwrócił się i wyszedł.

Rachel popatrzyła za nim, po czym pokręciła głową i skinęła na jednego z podwładnych.

– Co następne?

– Dostaliśmy meldunek o braku mocy we wszystkich wieżyczkach dziobowych, pani bosman.

– Ci idioci odcięli główne zasilanie, gdy rozcinali pokład, tak?

Mężczyzna wzruszył bezradnie ramionami.

– Na to wygląda. Przepraszam, bosman Corrin. Sądziliśmy, że potrafią czytać schematy.

Rachel westchnęła.

– Synu, to cywilni wykonawcy. Nie potrafiliby ich odczytać, nawet gdyby to był prosty szkic narysowany kredkami. Myślisz, że po co wynaleziono GPS?

Jej podwładni zachichotali, ale Rachel znów westchnęła.

– No dobrze, naprawmy tę sieć, a potem zadbajmy, żebym nie złamała słowa, które dałam komandorowi. Ruszać się, ślamazary, robota czeka.

***

– Chińczycy rozgryźli, jak poruszać się szybciej od światła.

– Tak, wiemy o tym, pani admirał. I co z tego?

Admirał Gracen spojrzała na zgromadzonych, starając się, by jej spojrzenie było twarde jak stal. Nie spodobał się jej ten szyderczy ton. Admirał nie przepadała za cywilami i ich niepełną znajomością sytuacji. Nie zdawali sobie sprawy, z czym mają do czynienia, i zwykle nawet nie próbowali zrozumieć. Wszystko by było w porządku, gdyby przynajmniej mieli świadomość swoich ograniczeń, lecz na takie nastawienie nie należało liczyć u polityków-cywilów.

Stłumiła westchnienie.

– Nie wiemy, jak to zrobili. Prawdopodobnie to rozwiązanie podobne do metody Priminae, które jak się zdaje, jest wariantem teorii Alcubierre’a.

– Nasz napęd skokowy jest o wiele lepszy – stwierdził z przekonaniem senator.

– Nie zapoznał się pan z teoriami Alcubierre’a, prawda? – rzuciła oschle Gracen. Mężczyzna posłał jej grymas nieskrywanej niechęci.

– Co to ma do rzeczy?

– DARPA zaczęła finansować prace nad napędem nadświetlnym ponad pięćdziesiąt lat temu – odpowiedziała. – Wiele dziesięcioleci po tym, jak Alcubierre ogłosił swoją teorię. Czy wiedzą państwo, dlaczego rządowy program obrony zaczął pompować pieniądze w projekty NASA podczas wielkiej recesji w dwudziestym pierwszym wieku?

Nikt się nie odezwał, zresztą admirał właśnie tego się spodziewała.

– Nie, oczywiście, państwo nie wiedzą, ponieważ nic nie przeczytali stwierdziła złośliwie. – DARPA zaczęła finansować te badania, ponieważ była przerażona na myśl, że Chiny zbudują ten napęd pierwsze i wynajdą broń, przy której bomby atomowe będą wyglądały jak fajerwerki.

– Wszyscy znamy zagrożenia związane z bronią kinetyczną, pani admirał.

– Nie mówię o broni kinetycznej – warknęła admirał Gracen i uderzyła dłońmi w blat stołu. – Mówię o wymuszaniu rezonansu i uwalnianiu cząstek o wysokiej energii pobieranych przez napęd podczas pracy. Działający napęd Alcubierre’a bez odpowiednio mocnego systemu zabezpieczeń mógłby teoretycznie anihilować planety, do których by się zbliżył.

Rozejrzała się po sali i skonstatowała z ironią, że teraz udało jej się przyciągnąć uwagę wszystkich obecnych.

– Pozwolą zatem panowie, że powtórzę – powiedziała oschle. – Chińczycy wynaleźli sposób na poruszanie się z prędkością nadświetlną. Musimy sprawdzić, czy stworzyli także broń, która mogłaby spalić Marsa na węgiel lub usmażyć Amerykę Północną na skwarkę.

Jej słowa padały w całkowitej ciszy, jakby wreszcie ich znaczenie dotarło do słuchaczy. A potem wśród zgromadzonych wybuchło spanikowane paplanie. Admirał pozwoliła na to przez chwilę, po czym odchrząknęła na tyle głośno, by usłyszeli ją ci siedzący najbliżej. Reszta rozmawiała dalej, dopóki Gracen znowu nie uderzyła dłońmi w stół konferencyjny.

– Dość.

Wszyscy umilkli i skierowali wzrok na arystokratyczną postać admirał.

– Teraz, gdy mają państwo pojęcie o powadze sytuacji, chciałabym przypomnieć, że niektórzy z panów siedzieli w tej radzie, kiedy żebraliśmy o fundusze na badania związane z teorią Alcubierre’a. Gratuluję – stwierdziła zjadliwie. – Ponownie musimy dorównać naukowym osiągnięciom Bloku Wschodniego. A chociaż należy się spodziewać, że Blok użyłby tej broni do zastraszenia nas, jednak jest mało prawdopodobne, by chciał wywołać kolejną wojnę. Zarówno oni, jak i my mamy inne priorytety.

– To nie znaczy, że możemy im pozwolić, żeby wyprzedzili nas w wyścigu zbrojeń.

Gracen uśmiechnęła się w końcu.

– Całkowicie się zgadzam. Dlatego porozmawiajmy najpierw o moim budżecie na badania i projekty, dobrze?

***

Nieco później Weston stawił się w gabinecie admirał Gracen. Odruchowo zasalutował zwierzchniczce. Wyglądała na nieco zmęczoną, gdy oddawała salut i skinieniem głowy wskazała wolny fotel.

– Proszę usiąść, kapitanie. Pan Gordon ma do pana kilka pytań i tak się składa, że ja również chciałabym poznać na nie odpowiedzi. Uznałam, że to on poprowadzi spotkanie.

– Złożyłem już raport, pani admirał, i zawarłem w nim wszystko.

Gracen skinęła głową.

– Jestem tego pewna, kapitanie. Teraz bardziej chodzi nam o pańskie spekulacje i domysły na temat kilku kwestii, które ujął pan w raporcie.

Eric skinął powoli głową, nie do końca pewien, czy rozumie, ale też szczerze powiedziawszy, niezbyt tym przejęty.

– Dobrze. Co to za kwestie?

– Czy podczas pańskiego pierwszego starcia z obcymi jednostkami nasi sojusznicy Priminae użyli szczególnie brudnej broni nuklearnej? – zapytał Gordon.

– Mało powiedziane – prychnął Eric. – Ta broń była tak plugawa, że naruszała prawa fizyki, przynajmniej te, które znamy. Przecież znajdowaliśmy się o MINUTY ŚWIETLNE od wybuchu, a im dalej od epicentrum, tym silniejsze chyba było promieniowanie.

Gordon skinął głową.

– Jesteśmy zainteresowani tą technologią, kapitanie.

– Mam nadzieję, że nie zamierzają jej państwo użyć na żadnej planecie, a na pewno nie na Ziemi – skrzywił się Eric. – Zapytałem potem o tę broń, zupełnie prywatnie. Stosowane są w niej materiały i techniki, które wywołują reakcję łańcuchową przy zetknięciu z nową materią. Radiacja dosłownie karmiła się osłonami „Odysei”, dopóki nie zmieniliśmy ich na tarcze odbijające. Dzięki Bogu, tyle wystarczyło, żeby uchronić nas przed działaniem tego oręża, ale gdyby użyć czegoś takiego w atmosferze… Wątpię, czy z planety by coś zostało. A przynajmniej coś nadającego się do zamieszkania.

– Tak. Mamy tego świadomość. Jednak patrzymy na ten problem także z innej perspektywy. Docenimy każdą informację, jaką pan zdobędzie o tej technologii.

– No dobrze, mogę porozmawiać z Priminae, jeżeli państwo sobie życzą – zdecydował Eric.

– Dziękuję, kapitanie. – Gordon skinął głową, po czym zerknął na Gracen. Admirał skorzystała z tego niemego zaproszenia i zadała następne pytanie.

– Przejdźmy do tej konstrukcji wokół gwiazdy.

– Chmury Dysona?

– Właśnie. Sprawdziliśmy dokładnie nasze nagrania. W oparciu o ostatnie obserwacje z teleskopu Jamesa Webba wrogowie rozpoczęli budowę najwyżej sto lat temu. Ta gwiazda zaczęła przygasać mniej więcej dziesięć lat temu czasu lokalnego.

Eric ściągnął wargi i potrząsnął głową.

– Boże, ale szybko.

– W rzeczy samej. Jasno z tego wynika, że ten gatunek podchodzi do budowania tak samo, jak do niszczenia – zauważyła Gracen. – Muszą zapewne konstruować struktury samoreplikujące się i samoorganizujące.

Eric skinął głową. Doszedł do podobnego wniosku, gdy przyjrzał się odczytom i porozmawiał ze swoimi ludźmi. Wróg, Drasinowie czy jak tam siebie nazywali, był pod wieloma względami nanotechnologicznym koszmarem w skali makro. Tak zwany scenariusz „szarej mazi”, tyle że w ogromnym wymiarze.

– Czy możliwe by było złapanie przedstawiciela obcych w stanie nietkniętym?

Eric obrócił się do Gordona z wytrzeszczonymi oczami.

– Co?!

Mężczyzna w garniturze uśmiechnął się krzywo.

– Proszę pana – zaczął Eric sztywno – te paskudztwa dosłownie pożerają stal i wydalają energię. Nie zapakuję żadnego z nich na pokład mojego okrętu pod żadnym pozorem, a każdy rozkaz, który będzie do tego zmierzał, uznam za szalony i nieuprawniony.

Gordon uniósł ręce.

– Spokojnie, kapitanie. Zadałem tylko pytanie. Dokonaliśmy znacznych postępów z samoreplikującymi się urządzeniami, ale obcy są na zupełnie innym poziomie. Byłoby miło, gdyby nam się udało zrównać te obszary zainteresowań.

Eric odetchnął, po czym skinął niechętnie głową.

– Mogę to zrozumieć, ale nie posiadam żadnych możliwości transportu wroga. Wzięcie choćby jednego na pokład to proszenie się o kłopoty, jakich nie potrafię sobie nawet wyobrazić. Co więcej, nigdy nie udało nam się niczego wywnioskować na temat ich anatomii.

– Nie, bo nie da się nic ustalić na martwych próbkach – przyznał Gordon. – I właśnie dlatego pytałem o nietkniętego i żywego wroga. Niektórzy z naszych badaczy przypuszczają, że te istoty używają jakichś ścieżek neuronowych w roztopionym krzemie swoich ciał, wyjątkowej nanotechnologii samodzielnego montażu obwodów. Chętnie byśmy się temu przyjrzeli w akcji, gdyby była możliwość.

– Nie na moim okręcie – odparł Eric beznamiętnie. – Chce pan kombinować z tymi obcymi, niech pan znajdzie inną jednostkę, którą w razie czego można zastąpić.

– Nie rozumiem, jak jeden z obcych dronów mógłby stanowić poważne zagrożenie dla takiego okrętu jak „Odyseja”.

– Jeden by nie mógł, ale przetrzymanie go dłużej do testów to zupełnie inna sprawa – stwierdził Eric. – One jedzą wszystko, co napotkają, i używają tego do reprodukcji. Nie znamy sposobu, żeby je uśpić, nie wiemy też, na ile inwazyjne są ich techniki samodzielnego montażu. Panie Gordon, nie wpuszczę żadnego na mój okręt. Na pewno nie żywego. Kiedy wieźliśmy martwe, kazałem utrzymywać przy ładowni całodobową wartę na wypadek, gdyby jednak w dronach pozostały aktywne procesy nanotechnologiczne.

Gordon westchnął, ale wiedział, że nie ma sposobu, aby zmusić kapitana do współpracy. Przynajmniej w tej chwili. Skoro Weston postawił sprawę tak jasno, Konfederacja Północnoamerykańska nie będzie chciała wydawać sprzecznych rozkazów, które mogłyby narazić okręt.

– Dobrze, kapitanie. Na razie – wycofał się Gordon.

– Proszę znaleźć sposób na powstrzymanie ich działania lub uśpienie – doradził Eric. – Wtedy możemy rozmawiać. Wiem, że wywiad w tej kwestii jest ważny, Gordon. Podejmę ryzyko, proszę mi wierzyć. Nie pisałem się na bezpieczne życie, ale męczennikiem też nie jestem. Proszę dać mi rozsądne rozwiązanie lub użyteczne narzędzie do transportu drona, a spróbuję. Ale do tego czasu nie mamy o czym rozmawiać.

Gordon skrzywił się, ale musiał przyznać kapitanowi rację. Zabijanie dronów nie stanowiło najwyraźniej problemu, ale złapanie ich żywcem – wręcz przeciwnie. Potrzebne były informacje, co ci obcy mogą pożreć i – co ważniejsze – czego nie mogą.

Jedno było pewne, Drasinowie, o czym Gordon doskonale wiedział, okazali się technologicznym, a prawdopodobnie również biologicznym koszmarem. Szczerze mówiąc, nie wiedział, czy właśnie technologicznym, czy biologicznym. Możliwe, że zaliczali się do trzeciej kategorii, ale nadal pozostawali koszmarem.

Poszukiwanie rozwiązania, jak poradzić sobie z takim gatunkiem wałęsającym się po całej Galaktyce, stanowiło teraz główny cel pracy Gordona. Zwykle dzielił swój czas między Blok i różne niezrzeszone państwa, które mogłyby sprawiać kłopoty. Teraz musiał przyjąć na siebie rolę jakiegoś protagonisty rodem z science fiction.

A Seamus Gordon naprawdę wolałby zajmować się zwykłą mokrą robotą.

– Świetnie. Znajdziemy ludzi, którzy nad tym popracują – stwierdził po chwili. – Admirał Gracen, kiedy zakończą się remonty „Odysei”?

– Nowe systemy uzbrojenia powinny być zainstalowane w ciągu tygodnia – odpowiedziała admirał po namyśle, po czym zerknęła na Erica. – Czy tak, kapitanie?

Eric skinął głową.

– Mniej więcej. Będziemy musieli przeprowadzić standardowe testy, zanim zaufam nowym systemom…

– Nie w Układzie Słonecznym, kapitanie – przerwała mu admirał.

– Proszę? – Eric zamrugał.

Wiedział, że obecne zagrożenia wykluczały testowanie broni w określonym zasięgu od Ziemi, ale w całym układzie?

– Działa T są utajnione na najwyższym poziomie – wyjaśnił spokojnie Gordon. – Nie wiem, czy został pan wprowadzony w sprawę, ale prywatnie doradzamy dowódcom okrętów, aby nie sprawdzali tych systemów gdziekolwiek w zasięgu bezpośredniej obserwacji okrętów Bloku, stacji albo dronów.

– Ma rację, kapitanie – dodała z powagą Gracen. – Rozkazy nie są oficjalne, głównie dlatego, że nie chcemy, aby Blok dowiedział się, jak bardzo tajne są działa T. Dostanie pan prywatne rozkazy w tej sprawie, zanim opuści pan punkt Lagrange’a pięć.

– Rozumiem. – Eric skinął głową. – A jak będą wyglądały moje oficjalne rozkazy?

– Najprawdopodobniej kolejna misja dyplomatyczna do Priminae – odparła admirał. – „Odyseja” oraz pan i pańska załoga cieszą się tam sporym szacunkiem, a to bezcenne.

Eric domyślił się, że właśnie to stanowiło decydujący czynnik, ale tak naprawdę nie miał nic przeciwko temu. Lubił Priminae, a związanych z nimi tajemnic wystarczało, żeby się nie nudzić tak, jak na innych misjach dyplomatycznych.

– Ale pewnie będziemy też chcieli, żeby zajrzał pan po drodze do paru układów gwiezdnych z naszej listy, włącznie z Gliese 581 – dodała Gracen.

– Z jakiegoś szczególnego powodu? – Eric znał tę gwiazdę, przynajmniej ogólnie. Znajdowała się na trasie, jaką planowano dla pierwszej misji „Odysei”. Gliese 581 była na liście systemów gwiezdnych, w których prawdopodobnie występowały planety podobne do Ziemi, w tak zwanej strefie Złotowłosej. A to przyciągało bardzo uwagę do układu, zwłaszcza uwzględniając jego bliskość.

– Wykryliśmy ślady chińskiej misji nadświetlnej, wskazujące na ten właśnie kierunek. Gliese 581 to jedna z lokalizacji, którymi Blok mógł się zainteresować – stwierdził Gordon niewinnie.

Eric po prostu wytrzeszczył na niego oczy.

– Przepraszam? Jaka chińska misja nadświetlna? – Spojrzał ostro na admirał, potem na agenta. – Udało im się ukraść technologię skoków?

– Nie, wybrali inne rozwiązania – odparł Gordon. – Zdaje się, że zdołali zastosować w praktyce równania Alcubierre’a.

Eric zamyślił się, marszcząc brwi. Czytał trochę o teorii Alcubierre’a, kiedy został przydzielony na „Odyseję”, ale nikomu w Konfederacji nie udało się przejść od teorii do praktyki. Przede wszystkim taki napęd wymagał obłędnej energii, chociaż o wiele mniejszej, niż zakładano na początku. Ale w przeciwieństwie do napędu tranzycyjnego, okręt z napędem nadświetlnym poruszałby się w przestrzeni, którą zakrzywiał.

A to się naprawdę liczyło, ponieważ żadne, nawet najlepsze urządzenia nie zdołałyby wykryć takiej jednostki i ostrzec przed jej zbliżaniem, dopóki nie przeleciałoby się przez nią. Właściwie mogłoby to stanowić drobną wadę, a Eric nie znosił latania na oślep… nawet jeśli z intelektualnej perspektywy rozumiał, że droga przed nim jest czysta na więcej niż dziewięćdziesiąt dziewięć procent.

– Rozwiązali kwestie nawigacji? – zapytał z ciekawością.

– Nie wiadomo. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że Blok w ogóle zastosował równania Alcubierre’a – przyznał ponuro Gordon. – Kiedy „Weifang” minął Plutona i zniknął z naszych czujników, chyba wszyscy na posterunkach obserwacyjnych zesrali się w gacie z wrażenia.

– Założę się – mruknął Eric.

– Naszym głównym celem nadal jest wymiana dyplomatyczna z Priminae – wtrąciła Gracen z naciskiem. – Jednak każda informacja o działalności Chińczyków poza Układem Słonecznym byłaby miłym bonusem.

– Zrozumiałem – odparł Eric. – Nasz napęd tranzycyjny musiał nieźle przypalić tyłki tym z Bloku, skoro wykonali ruch tak szybko.

– Cóż, w technologii MP zawsze mieli nad nami przewagę o pokolenie lub dwa – stwierdził Gordon. – Nie byliśmy nawet bliscy jej odkrycia, dopóki tuż przed wojną nie wykradliśmy planów urządzeń pierwszej generacji z laboratorium Bloku.

– Ich komputery też są lepsze – dodał ponuro Eric.

– To żadna niespodzianka. Większość zakładów przemysłowych przed wojną znajdowała się w krajach Bloku, a procentowo większość czołowych naukowców sympatyzowała z Blokiem – westchnął Gordon. – Zatem to bardzo prawdopodobne, że rozwiązali również problem z urządzeniami namiarowymi.

Eric skinął głową.

– Bardziej niż prawdopodobne.

Przed powstaniem Bloku i wojną Stanom Zjednoczonym wydawało się, że są najlepszym państwem na planecie. Problem polegał jednak na tym, że chociaż przekonanie to było prawdziwe, jeżeli chodziło o siłę zbrojną, kraj cierpiał na niedostatki w innych ważnych dziedzinach w porównaniu z państwami takimi jak Japonia, Korea, Chiny i inne, w których obywatele skłonni byli pracować za wynagrodzenie, jakie amerykańscy bezdomni mogliby uznać za śmieszne.

A chociaż Japonia aktywnie sprzeciwiała się Blokowi i trzymała z Konfederacją Północnoamerykańską, jednak niemal wszystkie rozwijające się przemysłowo państwa związały się z Blokiem i stały podstawą jego siły. Od Korei przez Chiny po Indie, potęga przemysłowa, ongiś należąca do USA i ich sojuszników, była systematycznie przenoszona za ocean przez amerykańskie korporacje, którym zależało na zmniejszeniu kosztów produkcji.

Na dodatek kraje zachodnie kształciły najzdolniejszych ludzi z państw Bloku, a oni wracali do siebie i wykorzystywali to wykształcenie…

Okoliczności te nie przysłużyły się Konfederacji Północnoamerykańskiej, gdy wybuchła wojna.

Na początku konfliktu USA kontrolowały nadal pięćdziesiąt procent morskich sił zbrojnych na planecie, jednak w powietrzu przewagę uzyskały Chiny, które wyprodukowały odrzutowce pierwszej generacji z masą przeciwną. Chińscy piloci modliszek przedarli się przez obronę przeciwlotniczą i eskadry samolotów, po czym zmienili lotniskowiec USS „Enterprise”, najpotężniejszy okręt wojenny na świecie, w rynnę żużlu i pozostawili, aby powoli zatonął. Potęga na morzu nie miała znaczenia, liczyła się moc w powietrzu i Blok przejął władzę nad niebem na prawie trzy miesiące.

Aż wreszcie na scenę wkroczyły Archanioły, które wzięły udział w walkach nad Japonią.

A teraz najwyraźniej Blok znowu zajął dominującą pozycję pod względem opanowania technologii MP, jednak tym razem Eric był za to niemal wdzięczny. Widział, co znajdowało się w przestrzeni kosmicznej. Dlatego każde nowe odkrycie technologiczne ludzkości było dla niej dobre.

„Pieprzyć patriotyzm. Potrzebna nam każda broń, której możemy użyć”.

Obrazy chmury Dysona nawiedzały go na jawie i w koszmarnych snach. Bardzo dobrze, że Blok zaznaczał swoją pozycję w przestrzeni międzygwiezdnej. Będzie musiał walczyć jak inni, chyba że wolałby, aby Ziemię spalili na popiół Drasinowie i ci, którzy za nimi stali.

– Dobrze, będę miał oczy szeroko otwarte. Możemy oblecieć „Odyseją” najbardziej prawdopodobne lokacje, choćby po to, żeby sprawdzić, czy Chińczycy gdzieś tam są – zdecydował. – Tyle że nie widzę problemu, jeśli ich nawet zlokalizujemy. O Bloku wiele można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest na tyle szalony, żeby teraz rozpocząć wojnę. Jesteśmy wystarczająco zaawansowani technologicznie, żeby rezultat takiej konfrontacji z ich perspektywy pozostawał niepewny, a trzeba sobie jeszcze poradzić z Drasinami.

– Przywódcy Bloku nie są pewni, czy Drasinowie w ogóle istnieją, kapitanie. – Gordon pokręcił głową. – Znacząca większość uważa, że to tylko propaganda.

– Och, na litość… – prychnął gniewnie Eric.

Szczerze powiedziawszy, nie miał pojęcia, dlaczego w ogóle go to zaskoczyło, ale jednak czuł wściekłość, że wątpiono w jego słowa. Oczywiście przywódcy nie mieli powodu, żeby wierzyć kapitanowi „Odysei” na słowo, jednak i tak budziło to w Westonie irytację.

– Pewnie nie powinno mnie to dziwić – mruknął.

– To prawda – zachichotał Gordon. – Ale proszę spojrzeć na to z jaśniejszej strony. Jeżeli Blok wynalazł porządny napęd nadświetlny, wkrótce przekona się o istnieniu Drasinów na własnej skórze.

– Zakładając, że okręt powróci, by o tym zameldować – przypomniała im obu admirał Gracen. – Blok nie posiada technologii osłon maskujących choć odrobinę porównywalnych z naszymi, a bez odpowiedniej obrony przed laserami chińska misja kosmiczna nie będzie raczej tak przyjemna, jak wyprawy „Odysei”.

– Nie da się ukryć – westchnął Gordon.

– Czy dostanę rozkazy na wypadek, gdybym natrafił na okręt Bloku w opałach?

– Prawo morskie, kapitanie. W tej chwili nie prowadzimy wojny z Blokiem. Ratować, jeżeli to możliwe.

– Tak jest, pani admirał.

– To wszystko, co musieliśmy omówić osobiście – oznajmiła admirał Gracen. – Oficjalne rozkazy i dodatkowe materiały zostaną panu przekazane przed odlotem „Odysei”. Proszę jednak, żeby miał pan na uwadze to, co zostało tutaj powiedziane, kapitanie.

– Oczywiście, pani admirał. – Eric wstał. Zasalutował zwierzchniczce, po czym skinął głową szpiegowi. – Panie Gordon.

– Jeszcze się zobaczymy, kapitanie.

Eric nie posłał mu groźnego spojrzenia, no, może nie całkiem niegroźne, co u szpiega wywołało uśmiech.

– Ten człowiek nie przeżyłby w Agencji nawet jednego dnia – powiedział, kiedy Weston wyszedł.

– Zapewne. – Admirał Gracen wzruszyła ramionami. – Jednak nadaje się na wzorcowego kapitana.

– Wszyscy zwracają na niego uwagę, gdy tylko się pojawi, prawda? – roześmiał się cicho Gordon. – Emanuje z niego szczerość i poczucie honoru. I chociaż na dowódcę „Odysei” wolałbym kogoś bardziej przebiegłego i podstępnego, obecny kapitan musi wystarczyć.

– Ktoś bardziej podstępny i przebiegły mógłby nie zjednać sobie Priminae ani Centrali – przypomniała mu Gracen.

– To prawda, ale może dzięki temu nie wmieszalibyśmy się w wojnę międzygwiezdną.

– Początkowo też tak myślałam, ale to wygląda inaczej. – Admirał pokręciła głową. – Obawiam się, że to by się zdarzyło niezależnie od wszystkiego. Kapitan Weston po prostu nieco to przyśpieszył. Ale sytuacja pod każdym względem rzeczywiście nie należała do sprzyjających. Wolałabym, żeby dokonał zwiadu i uciekł gdzie pieprz rośnie… Jednak biorąc pod uwagę najnowsze dane dostarczone przez „Odyseję”, ocalenie Priminae mogło być dla nas najlepszym rozwiązaniem.

Gordon skrzywił się, ale nie zaprzeczył. Chociaż Priminae zapewniali o swoim umiłowaniu pokoju, posiadali potężne uzbrojenie i byli zdolni do produkowania go w przyśpieszonym tempie. Gordon nie wiedział, czy to ma znaczenie wobec możliwości Drasinów, lecz zawsze lepszy rydz niż nic.

ROZDZIAŁ 2

Przestrzeń międzygwiezdna
W pobliżu niezbadanej wcześniej struktury Dysona

– Nad organikami nikt nie panuje, prohuerze. Jeżeli ich nie zablokujemy, całkowicie stracimy kontrolę.

– Spokojnie, Ivanth – powiedział mężczyzna w mundurze, siedzący za biurkiem. – To przesada, czytałem raporty.

– Raporty nie oddają rzeczywistej sytuacji – zaoponował z przekonaniem młody mężczyzna, jednak dobierał argumenty tak, aby nie okazać rozmówcy braku szacunku. – Zaczęli anihilować planety nienależące do Priminae!

– Niezamieszkane planety, które praktycznie nie mają dla nas znaczenia.

– Mój prohuerze – odparł spokojnie Ivanth – planet zdolnych do podtrzymywania życia nie ma we wszechświecie aż tak wiele.

Mężczyzna za biurkiem zachichotał, choć to zupełnie nie pasowało do nastroju rozmowy.

– To pomniejszy sektor pozbawionej jakiegokolwiek znaczenia odnogi Galaktyki, Ivanth. Priminae stanowią zagrożenie tylko w tym rejonie. Na dodatek nie znają nawet własnej historii. Uporządkujemy wszystko i znowu zapanuje cywilizacja. A organiki niech się zabawią.

– Tak, mój prohuerze. – Ivanth poddał się z westchnieniem. – A co z nieznanym?

Mężczyzna za biurkiem pochylił się i splótł dłonie.

– A tak, nieznany. Przejrzałem dane ze starć, które uzyskaliśmy od organików. Pokrywają się z sygnaturą okrętu, który uciekł nam przy Ulu.

– Nie pasuje do żadnego znanego nam typu jednostek Priminae. Skonstruowali coś nowego?

– Nie sądzę. Jednostki Priminae zawsze należą do określonych typów – stwierdził prohuer. – Jego pochodzenie musi być inne.

– Wyniki skanowania są jednoznaczne – zaprotestował Ivanth. – To ludzie.

– Tak, tak. Jestem tego świadom i właśnie to najbardziej nie daje mi w całej tej misji spokoju – przyznał prohuer. – Najwyraźniej Prim sprzymierzyli się z kolejnym odłamem ludzi. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, dlaczego wycofali się do tego odległego sektora Galaktyki, ale najwyraźniej ktoś przybył tam z nimi.

– Ten okręt bez wątpienia stworzyła rasa nastawiona na walkę – odparł zdezorientowany Ivanth. – Dziwne, że Priminae sprzymierzyli się z kimś takim.

Prohuer westchnął i potrząsnął głową.

– Śledzimy Priminae już od tysiąca gwiazd, ale wcale nie rozumiem ich lepiej niż na początku. To tchórze, ukrywający się za pięknymi słowami. Chowanie się za okrętem należącym do innej rasy pasuje do Priminae jak ulał.

– Być może – przyznał Ivanth. – Ale za tylko jednym? Jeden okręt przeciwko wielokrotnie liczniejszym organikom, a nawet przeciwko wielu z naszych w Ulu? I za każdym razem udawało mu się zwyciężyć lub uciec. Nawet nasze najlepsze jednostki miałyby problem, aby mu dorównać.

– Wiem i to martwi mnie najbardziej – przyznał prohuer. – Ta jednostka jest praktycznie nieobecna na naszych wykresach zagrożenia. W obrębie Ula okręt pozostawał w ukryciu. Nie udało się go przeskanować, zarejestrowaliśmy tylko zaburzenia czasoprzestrzenne, które wywoływał swoją obecnością. A do tego ta rasa z pewnością zachowała dość siły militarnej, aby stanowić całkowicie realne zagrożenie. To niewiadoma i jej obecność jest niepokojąca. Jak dotąd widzieliśmy zaledwie jeden okręt. A jeden okręt, nawet tysiąckrotnie potężniejszy, nie może… nie zdoła powstrzymać naszej ofensywy.

Ivanth tylko skinął głową.

W czerni międzygwiezdnej
Okręt Sił Kosmicznych Armii Ludowo‐Wyzwoleńczej „Weifang”

– Włączyć wentylację. – Sun wpadł do rufowej sekcji maszynowni. – Wasi ludzie nie mogą zginąć, inaczej „Weifang” nigdy nie wróci do domu!

– Wydajność układów filtrowania spadła do dwudziestu procent, kapitanie. Nie zdołamy oczyścić powietrza.

Sun puścił potok siarczystych przekleństw, których zawodowy żołnierz armii ludowej nie powinien używać. System filtracji na okręcie ledwo dawał radę. Wkrótce zacznie mieć problemy, a wtedy „Weifang” stanie się kolejnym statkiem widmem, jak z legend.

– Wyciągnijcie świece z magazynów – rozkazał.

– Kapitanie, nie wystarczy ich na podróż do domu.

– To bez znaczenia. Nie przetrwamy podróży, jeżeli nie pozbędziemy się tego dymu i nie oczyścimy filtrów. Wyciągnijcie świece i naprawcie filtry, nawet jeżeli trzeba będzie to zrobić w próżni.

– Tak jest, panie kapitanie. – Mechanik poszedł przekazać rozkazy.

Sun śledził postęp prac z pełną świadomością, że dzięki świecom tlenowym zyskali tylko trochę czasu. Stawiał na to, że uda się przywrócić filtry do pracy, ale sytuacja nie wyglądała dobrze.

„Wiedzieli, na co się ważą” – pomyślał ponuro Sun. „Połowa maszynowni jest w ruinie, tak samo jak reszta sekcji. To, co z nich zostało, jest wystawione na działanie próżni i prędkości nadświetlnej”.

Z tej sytuacji nie było wyjścia i Sun o tym wiedział.

Aby przeprowadzić naprawy, „Weifang” musiał zwolnić.

Labiryntem korytarzy kapitan udał się na mostek. Przeszedł obok własnego stanowiska i zatrzymał się przy sekcji rozpoznania dalekiego zasięgu.

– Ścigają nas? – zapytał krótko.

Podoficer obsługujący urządzenia potrząsnął przecząco głową.

– Nie, panie kapitanie, ani śladu wroga.

Mężczyzna zawahał się, po czym uniósł wzrok znad instrumentów.

– Panie kapitanie, obcy zniszczyli połowę naszych urządzeń, a lecimy z nadświetlną. Nie jesteśmy do końca ślepi, ale niewiele nam brakuje.

– Rozumiem. – Kapitan poklepał podoficera po ramieniu i odbił się od podłogi.

Poleciał swobodnie w kierunku swojego stanowiska i przypiął się do fotela.

– Sternik, przygotować się do opuszczenia nadświetlnej.

– Tak jest, rozpoczynam przygotowania.

– Wytracić prędkość na MP, gdy będziecie gotowi. Zejść z nadświetlnej i zwolnić do małej relatywistycznej.

Na całym okręcie rozbrzmiał alarm informujący załogę o konieczności udania się na wyznaczone pozycje. Kolejne stanowiska zaczęły zgłaszać gotowość.

– Okręt gotowy do deceleracji.

– Wyłączam generatory MP. – W głosie sternika słychać było nerwowe napięcie. – Przekroczenie bariery prędkości światła… teraz.

Okrętem nie zaczęło rzucać. Nie była to taka zmiana, jak nagłe zwolnienie podczas lotu z prędkością naddźwiękową do poddźwiękowej, ale dało się odczuć wyraźne przejście, które wstrząsnęło członkami załogi, choć byli przygotowani. Napęd z użyciem generatorów MP to cud inżynierii wielowymiarowej i manipulacji czasoprzestrzenią. W wyniku jego działania powstawała stromizna, po której ześlizgiwał się „Weifang”. W trakcie lotu z pełną prędkością nadświetlną bąbel, w którym znajdował się okręt, był w pełni izolowany od normalnej czasoprzestrzeni, ale gdy następowało wytracenie prędkości, przez chwilę wyraźnie dostrzegało się efekt Dopplera. Większość spektrum znajdowała się poza zakresem widzialnym, ale to, co pozostawało, groziło ciężką chorobą, dlatego ludzi chroniły osłony.

Ten nieprzyjemny efekt trwał tylko chwilę, aż prędkość spadła do poziomu, przy którym nie był już odczuwalny.

– Panie kapitanie, włącza się osprzęt działający przy prędkości światła!

– Wykonać pełny skan wyśrodkowany na naszej pozycji – rozkazał Sun, uwalniając się od pasów fotela. – Powiadomić mnie, gdyby zdarzyło się cokolwiek niepokojącego. Idę na rufę.

– Tak jest!

Sun skrzywił się, patrząc przez przyciemniany wizjer kombinezonu na sekcje okrętu po ewakuacji.

„Lasery wroga zwyczajnie odparowały kilkaset metrów kwadratowych stali pancernej. Nie do wiary”.

Choć atak trwał krótko, zniszczenia wydawały się nieprawdopodobne.

Gdy przemieszczali się przez uszkodzone sekcje, znaleźli tylko kilka ciał. Większość została wyrzucona na zewnątrz przez dekompresję. Jeśli „Weifang” powróci do domu, rodzinom nie zostaną zwrócone ciała. Dzięki temu ryzyko, że ktoś znajdzie zwłoki przyjaciela i udławi się w kombinezonie własnymi wymiocinami, było raczej niewielkie.

Marne pocieszenie, ale Sun uznał, że lepsze takie niż żadne.

– Poszukajcie fabryk replikacyjnych, które wyglądają na nieuszkodzone. Musimy wymienić filtry. – Polecenie podkreślił gestem.

Członkowie załogi potwierdzili przyjęcie zadania i rozpełzli się po uszkodzonych sekcjach. Sun odwrócił się i spojrzał w przestrzeń.

Była… zaskakująca. Piękna. Przerażająca.

W tak dużej odległości od źródeł światła i odbić wszechświat wydawał się nieskończenie czarny i jednocześnie nieskończenie jasny. Na niebie widziało się znacznie więcej gwiazd niż z Ziemi, ale ich słabe światło podkreślało tylko panującą wokół ciemność.

Poza oświetleniem kombinezonów i migotaniem odległych gwiazd nie było niczego, tylko absolutna czerń, której Sun nie potrafił sobie nawet wyobrazić. W obliczu ciemności tak zupełnej czuł podziw i pokorę. Nie potrafił długo spoglądać w tę pustkę.

– Kapitanie, udało nam się znaleźć replikatory. Wyglądają na całe.

Sun powrócił myślami do bieżących spraw.

– Znakomicie. Zabierzmy je jak najszybciej na okręt.

– Tak jest.

***

Przemieszczanie masywnych replikatorów nie było zadaniem prostym, nawet w warunkach mikrograwitacji. Blok być może przodował w technologii MP, ale Sun musiał przyznać, że najlepsze urządzenia wytwórcze produkowała Konfederacja.

Jednostki Bloku działały wydajnie, ale miały duże rozmiary. Oczywiście wielkość to pojęcie względne. Replikatory zapewniały przecież wydajność zautomatyzowanej fabryki i mieściły się w małym pomieszczeniu.

Sun słyszał, że istniały modele wielkości talerza i o wydajności, która pozwalała w ciągu dwunastu godzin postawić ładny dom.

Niestety, nie mieli na pokładzie takich urządzeń.

Zadanie przemieszczania replikatorów było nieskomplikowane, ale niebezpieczne i czasochłonne. Członkowie załogi nie mogli sobie pozwolić, aby przetransportować je szybko. Pęd zmieniłby urządzenia w śmiertelnie groźne pociski albo co gorsza, uszkodził. A wraz z nimi przepadłyby ostatnie, i tak bardzo nikłe, nadzieje „Weifanga” na ocalenie.

Musieli więc wlec urządzenia powoli korytarzami, przytrzymując z obu stron, aby nie utracić nad nimi kontroli. Cała operacja okazała się nad wyraz żmudna, powolna i bardzo niebezpieczna.

I musieli ją przeprowadzić w niewygodnych kombinezonach, które ledwie mieściły się w niektórych sekcjach.

Pracowali bez wytchnienia niemal przez trzy pełne wachty, aż w końcu udało się umieścić sprzęt w zabezpieczonych sekcjach „Weifanga”. Sun rozkazał grupie odpocząć. Pracę przejęły zespoły inżynieryjne. Przez pewien czas kapitan obserwował ich krzątaninę, ale w końcu poddał się i wrócił do kabiny, żeby się trochę przespać.

Powietrze było zdatne do oddychania dzięki świecom tlenowym. Dym i smog zostały usunięte. Sun z przyjemnością przyłożył głowę do poduszki i pogrążył się we śnie.

Po przebudzeniu czekało na niego mnóstwo pracy.

Planeta Ranquil
Przestrzeń kosmiczna Priminae

Admirał Rael Tanner spojrzał na stanowisko dowodzenia i kontroli – centrum strategiczne światów kolonii. Było jak oczy wypatrujące czegoś, co jak wiedział admirał, powinno znajdować się w najbliższej przestrzeni kosmicznej, choć nie dawało się odnaleźć.

– Wysłać „Posdana” i „Nepta”, żeby sprawdziły sygnały, które wykryliśmy w pobliżu kolonii Simanth – rozkazał, nie podnosząc wzroku. – Było tam zbyt wiele zakłóceń, żeby uznać je za interferencje tła.

– Tak, admirale.

Od ostatniego natarcia na Ranquil znowu mieli spokój z Drasinami. Najwidoczniej obcy wycofali się, żeby ponownie ocenić sytuację. Admirał nie był pewien, skąd się bierze jego niepokój, skoro sądząc z uzyskanych odczytów, obcy nie znajdowali się w pobliżu, ale wolał się zabezpieczyć.

Odczyty wcale nie oznaczały, że Drasinowie tym razem zniknęli całkowicie.

Rael zastanawiał się, czy wróg nie próbował rozproszyć swoich sił i pojawić się na granicach przestrzeni kolonii, żeby wywabić okręty Priminae. Wydawało się to możliwe, ale przy pełnym tempie produkcji w Kuźni miał do dyspozycji tyle okrętów, że nie wiedział, co z nimi zrobić. Nie żeby to miało znaczenie, jeżeli potwierdzą się raporty „Odysei”, jednak i tak Rael próbował sformować eskadrę zwiadowczą do tej misji.

„Nic, co mamy, nie zdoła dotrzeć tam niezauważone, a potrzebna będzie flota, żeby się wydostać, jeżeli Drasinowie zaatakują”.

Jednak to nie te zmartwienia wywoływały u niego napięcie.

– Wojna dobrze nam idzie.

Tanner nie obejrzał się przez ramię na tego, kto się odezwał. Wiedział, że duży mężczyzna z tyłu stoi sztywno z rękoma za plecami i surowym wyrazem kanciastej twarzy.

– Tak, wiem. – Tanner nie przestał wpatrywać się w mapy.

– Martwisz się, że idzie tak dobrze – zauważył Nero Jehan.

To nie było pytanie.

– Poprzednim razem Drasinowie wycofali się tylko po to, żeby ocenić sytuację. Niedługo potem wrócili, i to znacząco liczniejsi.

– Wydaje się, że mają tylko liczebność po swojej stronie.

– I niczego więcej nie potrzebują – warknął Tanner. – Wiemy dzięki „Odysei”, że do uzyskania nad nami przewagi liczebnej posiadają więcej, niż potrzeba. Dlaczego jeszcze po nas nie przyszli?

– Narzekasz? – W głosie Nero zabrzmiało lekkie rozbawienie. – Ciesz się, że mamy czas na przygotowania.

– Przeciwnik, który zachowuje się nieprzewidywalnie… – wysyczał Tanner. – To może oznaczać bardzo wiele zagrożeń.

– Doprawdy?

– Owszem. Może znaczyć, że albo są głupi i nie wiedzą, jaką mają nad nami przewagę, albo to ja jestem głupi i nie dostrzegam czegoś, co oni wiedzą doskonale, albo… – Tanner powoli pokręcił głową.

– Albo co?

– Albo mają jeszcze inne, ukryte plany – burknął Tanner. – Nic z tego nie ma sensu.

– Drasinowie to bestie – stwierdził Nero beznamiętnie. – Wszystko na to wskazuje. Starożytne zapisy i nasze doświadczenie. Oni nie planują, tylko się roją.

– Informacje od „Odysei” w jednym aspekcie są jasne, Nero. I przeczą wszystkiemu, co wiemy o Drasinach. – Tanner westchnął ze znużeniem i przeczesał włosy palcami. – Oni się z kimś sprzymierzyli.

– Drasinowie nie mają sojuszników.

– Właśnie. Nie mają ich. – Admirał przechylił głowę i znowu wbił wzrok w mapy, jakby chciał się im przyjrzeć z innej perspektywy. – Zatem… czy to naprawdę są Drasinowie?

– Nie… nie rozumiem? – odparł Nero niepewnie.

– Wyglądają jak Drasinowie, zachowują się jak oni – rozwinął Tanner. – Lecz czy to są Drasinowie?

– Admirale?

Tanner tylko machnął ręką i odwrócił się od map.

– Nie zwracaj na mnie uwagi, przyjacielu. Jestem zmęczony, a muszę to dokładnie przemyśleć. Zobaczymy się jutro.

Nero, zmieszany nagłym wyznaniem dowódcy, przyglądał się, jak drobniejszy mężczyzna wychodzi z sali. Postawny dowódca sił naziemnych całego układu gwiezdnego odwrócił się do map strategicznych i pochylił nad nimi. Podobnie jak przyjaciel, Jehan również uważał, że najgorsze jeszcze nie nadeszło. Priminae przeżyli pierwsze operacje wroga bardziej dzięki szczęściu niż umiejętnościom, a wiele wskazywało, że prawdziwa fala ataku dopiero wzbierała.

Z daleka, z najgłębszych otchłani czerni, zbliżał się wróg.

W serii ODYSSEY ONE dotychczas ukazały się:

ODYSSEY ONE

ROZGRYWKA W CIEMNO

ODYSSEY ONE

TOM II

W SAMO SEDNO

Evan Currie

ODYSSEY ONE

TOM III

OSTATNI BASTION

Przekład Małgorzata Koczańska

Warszawa 2014

Koniec wersji demonstracyjnej