Odnaleźć Kansas - Aaron Likens

Odnaleźć Kansas

0,0

  • Autor:

  • Wydawnictwo:

    eSPe

  • ISBN:978-83-7482-529-0
  • Format:EPUB + MOBI

Poruszająca opowieść o cierpieniu, nadziei i odwadze. Lektura obowiązkowa dla rodzin, przyjaciół i terapeutów osób z zespołem Aspergera i zaburzeniami ze spektrum autyzmu, jak również dla wszystkich, którzy chcą spojrzeć na życie z odmiennej, bardzo oryginalnej perspektywy.

U Aarona Likensa zespół Aspergera zdiagnozowano w wieku 20 lat. Wkrótce potem zaczął spisywać swoje doświadczenia i refleksje. Dzięki szczególnemu darowi autoanalizy udało mu się znakomicie uchwycić i opisać specyfikę postrzegania świata cierpiących na to zaburzenie, odszyfrować jego reguły, złamać kod zespołu Aspergera. Jego opis sięga znacznie głębiej niż naukowe, medyczne definicje. Pokazuje nie tyle, czym jest to zaburzenie, ale jak z nim żyć.

Jego refleksje pomogły już wielu chorym, ich bliskim i terapeutom w lepszym zrozumieniu zaburzenia, z którym się zmagają. Niektóre ze sformułowanych przez niego koncepcji są nawet używane przez terapeutów w praktyce klinicznej. Tak jest np. z tytułowym „Kansas”. Mianem tym autor określił sytuację, w którym czuje się pewnie, bezpiecznie i może normalnie funkcjonować. Jeśli ktoś zetknie się z nim w takim stanie, może nawet nie zorientować się, że ma do czynienia z kimś cierpiącym na to zaburzenie.

Aaron Likens jest zdeterminowany, żeby lepiej zrozumieć siebie i otaczającą go rzeczywistość, i jest czymś niesłychanie cennym, że dzieli się z nami ta podróżą w odkrywaniu siebie, pokazując niejako od środka, czym jest życie z zespołem Aspergera. Zanim pojawił się Aaron, wydawało się, że to zaburzenie uniemożliwia wgląd we własne emocje i ujawnienie własnej osobowości. Wiele możemy się od niego nauczyć, a szczególnie podziwu, zrozumienia i szacunku dla niego samego i wszystkich innych dotkniętych zespołem Aspergera.

Dr Keith Schafer, dyrektor Departamentu Zdrowia Psychicznego, Missouri

"Odsłania on przed nami niezwykłe pokłady emocji i przemyśleń o relacjach społecznych, niuanse procesów poznawczych i percepcji, a także potencjał, który może prowadzić niemalże do wyzdrowienia. Wierzę, że ta książka może zmienić życie wielu osób".

Dr Mark A. Cameron, fragment przedmowy

Aaron Likens urodził się w 1983 roku. W wieku 4 lat zdecydował, że chce zostać kierowcą rajdowym. Nigdy nie przestał o tym marzyć. W 1995 roku zaczął się ścigać na gokartach. Wkrótce został kierowcą/sygnalistą w Związku Gokartowym w St. Louis. Kiedy zdiagnozowano u niego zespół Aspergera, nie przestał myśleć o karierze rajdowca, ale obecnie swoją życiową misję dostrzega w rozmowach z rodzinami, psychologami szkolnymi, lekarzami i innymi osobami o swoim doświadczeniu związanym z tym zaburzeniem.

Dodaj komentarz


polecam wszystkim logopedom, neurologopedom, a także terapeutom i generalnie rzecz ujmując osobom pracującym z dziećmi z rozmaitego rodzaju zaburzeniami wiążącymi się z triadą autystyczną, a dokłądniej rzecz ujmując w tym wypadku konkretnie z zespołem Aspergera. Polecam przy okazji polskich autorów z całego serca i własnej wiedzy oraz doświadczenia wszystkie książki Pani Doktor Korendo i profesor Cieszyńskiej. Takich specjalistów jak oni potrzeba nam jak najwięcej, a zwłaszcza ich publikacji, gdy naprawdę mają ogrom wiedzy do podzielenia się z nami. Książka jest przejrzysta, konkretna, pełna ciekawych wniosków, spostrzeżeń, rad i zaleceń, omawia wszystko dokładnie (nie po łebkach) jest kompendium nie tylko teoretycznym ale przede wszystkim praktycznym, czego może nam nie dać nawet co niektóry kurs czy szkolenie.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Strony tytułowe





Strona redakcyjna



TYTUŁ ORYGINAŁU: Finding Kansas. Living and Decoding Asperger’s Syndrome

Copyright © 2012 by Aaron Likens

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Perigee, a member of Penguin Group (USA) Inc.

Copyright © for Polish Edition 2012 by Wydawnictwo eSPe

REDAKTOR PROWADZĄCY

I ADIUSTACJA JĘZYKOWO-STYLISTYCZNA: Małgorzata Rogalska

KOREKTA: Paulina Małochleb

REDAKCJA TECHNICZNA I PROJEKT OKŁADKI: Paweł Kremer

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: © yuliufu — fotolia.com

Wydanie I | Kraków 2012

ISBN: 978-83-7482-529-0

Publikację elektroniczną przygotował iFormat

Dedykacja



dla Emily

Przedmowa

Przedmowa

Poproszono mnie, żebym krótko opisał swoje wrażenia dotyczące klinicznego znaczenia niezwykłych zapisków Aarona Likensa.

Jako zawodowy terapeuta specjalizujący się w zaburzeniach autystycznych od prawie dwudziestu lat, pracowałem z Aaronem przez ponad rok i bardzo się cieszę, że jego teksty ukazują się w formie książkowej.

Ich oddziaływanie mogę porównać jedynie z wrażeniem, jakie zrobiła na mnie pierwsza książka Temple Grandin, zatytułowana Emergence. Jej opowieść o doświadczeniu autyzmu była jak objawienie. Podkopała wiele mitów i »faktów« na temat tego rodzaju zaburzeń. Zmieniła na zawsze nasze rozumienie tego, czym jest w rzeczywistości autyzm.

Wierzę, że zapiski Aarona mają ten sam potencjał w odniesieniu do zespołu Aspergera. (Co ciekawe, Aaron często używa podobnych określeń, jak doktor Grandin, choć nigdy nie czytał jej książki). Odsłania on przed nami niezwykłe pokłady emocji i przemyśleń o relacjach społecznych, niuanse procesów poznawczych i percepcji, a także potencjał, który może prowadzić niemalże do wyzdrowienia. Wierzę, że ta książka może zmienić życie wielu osób.

Warto podkreślić, że inaczej niż większość ostatnich publikacji na temat Aspergera ta książka nie jest poradnikiem. To bardzo osobisty opis podróży, rozpoczętej jeszcze na poły świadomie, ale intuicyjnie zmierzającej do określonego celu. Był to proces autoterapii, ale jego rezultaty w postaci tych zapisków przemawiają do wszystkich. Gdy Aaron zdał sobie sprawę, że może swoimi tekstami pomóc innym, postanowił po prostu się nimi podzielić.

Jego opowieść jest ułożona chronologicznie. Mówi o tożsamości, porządku rzeczy i przewidywalności, która jest niezwykle ważna w rozumieniu zaburzeń autystycznych.

Aaron poddaje samego siebie wnikliwej analizie, na bazie własnych doświadczeń opisuje zespół Aspergera z punktu widzenia osoby, która na niego cierpi. Odważnie odsłania przed nami swój wewnętrzny świat. Nieustępliwie drąży własną jaźń, żeby dojść do sedna myśli, uczuć i spostrzeżeń. Stosuje logikę i autorefleksję, figury metafory i analogii, żeby lepiej zrozumieć, czym jest życie.

W efekcie otrzymujemy szczególnego rodzaju osobisty filozoficzny traktat. Jest to traktat amatorski, bo Aaron bardzo mało czyta, a już na pewno nie czyta tekstów filozoficznych.

Jego osobista odyseja jest czymś więcej niż klinicznym opisem zespołu Aspergera, bo pytania, które stawia Aaron w odniesieniu do doświadczenia człowieka, zbliżają go do wielkich pytań filozoficznych: „Jakie znaczenie ma nasze życie i nasze działanie? Jak pogodzić własne doświadczenie z doświadczeniem innych? Gdzie szukać prawdy? Czym jest miłość? Czy wolność równa się miłość?”.

Aaron zadaje te pytania całkiem naturalnie, traktując je nieraz jako intelektualną grę. Stawia je szczerze, bo wie, że jego osobiste szczęście zależy od znalezienia odpowiedzi na te pytania. Dla mnie to jeden z najbardziej fascynujących i wyjątkowych aspektów tych zapisków.

Choć procesy poznawcze autora nie są tak elastyczne, jak u większości ludzi, to przecież można odczuć wyraźnie jego szczerość w emocjach i jasność wyrazu. Często wspomina ponure wydarzenia, poddaje się zwątpieniu i beznadziei, ale są też momenty radości, podniecenia, szczęścia i wewnętrznego spokoju oraz równowagi.

Czasem można mieć wrażenie, że Aaron jest pesymistą. Ale warto udać się z nim w tę podróż przez ciemną noc, głęboką dolinę, przytłaczające rozczarowania, wyniszczające depresje, choć także i momenty cudownego szczęścia.

Gdzie Aaron odnajduje to ulotne szczęście, którego wszyscy szukamy? Jedna z odpowiedzi: w grach. Dlaczego tak się dzieje? Aaron zauważa, że dla osoby z zespołem Aspergera najbardziej przyciągające w grach jest to, że mają one określone reguły, pozwalające opanować to, co nieprzewidywalne, bo nie ma nic lepszego niż nieprzewidywalność gry opartej na przewidywalnych regułach. Postrzega ten stan jako uwolnienie od umysłu, od mentalnego cierpienia, od kajdan, które każą mu nadmiernie analizować życie, od krytycznego myślenia... Świat rzeczywisty i jego wewnętrzny świat spotykają się i Aaron odnajduje szczęście poprzez grę.

Ale jeszcze głębszy wgląd uzyskujemy z autoanalizy Aarona. Znajdziemy tam takie egzystencjalne, a nawet duchowe przemyślenie: „Reguły wyznaczają granice..., a ja jestem wolny, ponieważ te granice istnieją”.

Odnaleźć Kansas uchyla rąbka tajemnicy i pozwala zajrzeć w głąb umysłu ciekawego świata, pełnego odkrywczych przemyśleń i obserwacji. Cieszę się, że mogłem pracować z Aaronem, bo nauczył mnie on bardzo dużo nie tylko o zespole Aspergera, ale także o tajemnicach ludzkiego umysły i serca.

Odnajduję nadzieję w jednym z aforyzmów Aarona, który często powtarzał go w moim gabinecie: „Reguła, która ocaliła moje życie, to reguła, że od każdej reguły jest wyjątek”.

Mark A. Cameron, St. Louis, Missouri

Kilka słów o moim synu

Kilka słów o moim synu

„Aaron nie dogaduje się zbyt dobrze z rówieśnikami — usłyszałem od przedszkolanki. — Ale myślę, że to z powodu jego ponadprzeciętnej inteligencji”.

Słyszałem to rok za rokiem i wierzyłem. Czułem się wręcz dumny, gdy na wywiadówce słyszałem te słowa: „Myślę, że to z powodu jego ponadprzeciętnej inteligencji”.

Aaron był inteligentny, to prawda. Znał alfabet w wieku osiemnastu miesięcy. Kiedy miał trzy lata, ortografię miał w małym palcu. W wieku pięciu lat dostał w prezencie grę Monopol i został bankierem. Zanim skończył sześć lat, przestałem z nim grać w Monopol, bo zawsze przegrywałem. Przed ukończeniem siódmego roku życia sam nauczył się tabliczki mnożenia, po tym jak zapytał mnie, co oznacza symbol x w jednym z zadań matematycznych jego starszej siostry. Byłem dumnym tatusiem.

Był tylko jeden duży problem: Aaron nie chciał chodzić do szkoły, szczególnie gdy była zła pogoda. A gdy świeciło słońce, też nie chciał iść do szkoły, albo dlatego, że był poniedziałek, wtorek, środa, czwartek lub piątek. Od drugiej klasy podstawówki opuszczał chyba więcej niż połowę lekcji. Mimo to zawsze był jednym z najlepszych uczniów w klasie. To pewnie z powodu jego ponadprzeciętnej inteligencji...

Jestem luterańskim pastorem i większość mego czasu spędzam i spędzałem, próbując zbawić świat. Nie zauważyłem, że Aaron nie ma przyjaciół. Nie sądziłem, że to może być problem, gdy mój syn w wieku sześciu miesięcy wciąż nie był w stanie przyjmować pokarmów innych niż płynne. Kiedy skończył 2 lata i wciąż nie odzywał się ani słowem, uznałem, że to z powodu gadatliwości jego starszego brata i siostry.

Mógłbym tak ciągnąć dalej, ale powiem tylko, że wielu rzeczy nie spostrzegłem lub nie chciałem widzieć lub byłem z nich dumny, myśląc „to pewnie z powodu jego nieprzeciętnej inteligencji”. Nigdy nie widziałem problemu.

W końcu, gdy Aaron uparcie odmawiał pójścia do szkoły, zadzwoniłem do ośrodka terapeutycznego, który pomagał pastorom kościoła luterańskiego — Missouri Synod. Polecili mi psychiatrę z Clayton, na przedmieściach St. Louis. Podczas tej trwającej godzinę wizyty dowiedziałem się, że Aaron prawdopodobnie wyrośnie na seryjnego mordercę. Z taką prognozą nie zamierzałem się pogodzić.

Sześć miesięcy później inny psychiatra dziecięcy z St. Louis stwierdził, że Aaron cierpi na coś, co się nazywało PDD-NOS, bliżej nieokreślone rozległe zaburzenie rozwojowe. Powiedziałem wtedy: „Mój najstarszy syn ma problemy ze skupieniem uwagi, ale pociesza nas fakt, że wielcy ludzie, jak Tomasz Edison, też mieli takie zaburzenia uwagi. Czy jest ktoś znany, kto ma to PDD?”.

„O tak — odparł lekarz — Ted Kaczynski, zamachowiec bombowy”.

Pocieszające, prawda?

W 2000 roku rozwiodłem się z matką Aarona. Do tego momentu większość wspólnego czasu spędzałem z Aaronem, grając w gry, chodząc na wyścigi lub gokarty. Ponownie się ożeniłem w 2002 roku i rok później Aaron wprowadził się do mnie i do swojej macochy Mary. Ona i jej syn Michael zauważyli wiele rzeczy, których ja nie dostrzegałem. Nie wiedzieli, na czym polega problem, ale byli pewni, że jakiś istnieje.

Kiedy Aaron miał 20 lat, przypadkiem przeczytałem w gazecie artykuł o dzieciach z autyzmem, które przejawiają nieprzeciętne zdolności. Aaron nie był geniuszem matematyki ani nie znał na pamięć statystyk dotyczących wszystkich graczy bejsbolowych w historii tego sportu. Ale wiedział dużo o wyścigach samochodowych, a także miał nadzwyczajną koordynację ruchową i refleks.

Poszperałem w internecie na temat PDD, autyzmu i zespołu Aspergera. Zrozumiałem, że dałem się nabrać na „to z powodu jego ponadprzeciętnej inteligencji”. Mary miała rację. Był problem. Aaron był inteligentny, ale poza tym miał również zaburzenia autystyczne.

Zadzwoniłem do ośrodka Judevine Center w St. Louis, który specjalizował się w diagnozowaniu i leczeniu Aspergera, i umówiłem Aarona na wizytę. Wcześniej dużo rozmawiałem z synem o tym, do czego doszedłem. Kiedy mówiłem mu o objawach zespołu Aspergera, wciąż tylko pytał: „Ale co to oznacza?” (Stare dobre pytanie w stylu Lutra). Nie umiałem mu szczegółowo wyjaśnić, ale powiedziałem mu, że niezależnie od diagnozy postęp i zmiana mogą być bardzo trudne.

Zbliżał się dzień wizyty i Aaron powiedział, że nie chce rozmawiać z nikim w tym ośrodku. Odparłem: „Może napisz krótki tekst, zatytułuj go: «Chciałbym» i opisz w nim, jak chciałbyś, żeby wyglądało twoje życie”. Tak zaczęły się jego zapiski, które teraz trzymacie w dłoniach w formie książki. Od tamtej pory Aaron pisze, żeby przetrwać. To jest najlepsza terapia, jaką mógł sobie wymarzyć. Najbardziej zadziwiające jest to, że dokonał tego wszystkiego sam. Zdobył coś bezcennego i wierzę, że inni mogą bardzo wiele dowiedzieć się o zespole Aspergera z tekstów Aarona.

Ta książka przypomina łamanie kodu, rozszyfrowywanie zespołu Aspergera.

Aaron obala wiele mitów na temat tego zaburzenia: choćby brak empatii. W rozdziale „Utrata przyjaciela” stara się zrozumieć i opisać przeogromne, wszechogarniające poczucie pustki, jaką pozostawia po sobie odejście kogoś bliskiego. Z podobną szczerością pisze o czasie, pamięci, niepewności, bólu związanym z interakcjami społecznymi, nieudanych związkach, a nawet o przywiązaniu do starej puszki po lemoniadzie. Dzieli się też przemyśleniami o radości i spokoju, swoim osobistym Kansas, które odkrywa w emocjach towarzyszących mu na torze wyścigowym. Pisze o bezpiecznym świecie gier opartych na regułach, a także o uldze i odpoczynku doświadczanych podczas postojów na lotnisku, których większość z nas tak bardzo nie cierpi. Przedstawia też nowy sposób wyjaśnienia zespołu Aspergera, nazywając go upośledzeniem sytuacyjnym. Jego pojęcie Kansas — miejsca, gdzie czuje się spokojny, opanowany i szczęśliwy — zostało nawet przejęte przez niektórych terapeutów zaburzeń autystycznych.

Ważne jest to, że Aaron nie pokazuje zespołu Aspergera jako zestawu objawów. Idzie głębiej niż intelektualne, naukowe, medyczne czy psychologiczne definicje i pokazuje nie tyle, czym jest to zaburzenie, ale jak z nim żyć.

Pamiętajcie, proszę, że pierwotnym celem tych zapisków nie było stworzenie książki. Był to sposób na przetrwanie. Zamieszczone poniżej teksty ukazują serce i uczucia młodego człowieka, który postanowił podzielić się myślami i uczuciami, do których większość z nas boi się przyznać. W ten sposób zaprasza każdego z was do towarzyszenia mu w tak odkrywczej podróży, jaką jest ta książka.

Bon voyage.

JIM LIKENS, ST. LOUIS, MISSOURI

KILKA SŁÓW OD TATY

Na początku niektórych rozdziałów znajdziecie krótki wstęp ode mnie, zazwyczaj podający nieco szerszy kontekst dla obserwacji Aarona. Mam nadzieję, że jego teksty pozwolą lepiej zrozumieć zespół Aspergera zarówno rodzicom, jak i nauczycielom, lekarzom i terapeutom, a także dzieciom i dorosłym cierpiącym na zaburzenia autystyczne.

Mój najlepszy dzień

Mój najlepszy dzień

KILKA SŁÓW OD TATY

Jak większość dzieci z zespołem Aspergera, Aaron miał swoją szczególną pasję, która była motorem napędowym całego jego życia.

Na pierwszym roku w college’u jednym z zadań na zajęciach z angielskiego było napisanie eseju zatytułowanego „Mój najlepszy dzień”. Aaron napisał wtedy coś, co określało sens jego egzystencji: „Chciałem się ścigać, od kiedy skończyłem 5 lat. Taki jest mój życiowy plan A. Planu B nie posiadam”.

Był chłodny deszczowy poranek w kwietniu. Zegar wybijał piątą i chociaż musiałem wstać dopiero za dwie godziny, to nie mogłem spać i odliczałem niecierpliwie minuty dzielące mnie od upragnionej godziny siódmej. Niedługo obudził się tata i nie krył zdziwienia, widząc, że ja już nie śpię. Ale gdybyście czekali na coś całe swoje życie, to też nie moglibyście zmrużyć oka.

Przewracałem się z boku na bok i czułem, jakby ktoś z mojego żołądka zrobił porządny supeł. A wszystko to dlatego, że tego dnia na torze Widman Raceway miałem pojechać w moim pierwszym wyścigu gokartowym. Miałem dopiero 12 lat, a wydawało mi się, jakbym na ten wyścig czekał przynajmniej dwa stulecia. W drodze na tor zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, co doprowadziło mnie do tego momentu, kiedy wreszcie spełni się moje największe marzenie.

Dorastałem w Indianapolis, więc od małego miałem styczność z wyścigiem Indianapolis 500, z kierowcami, szybkimi samochodami, torami i wyścigami, na które zabierał mnie tata. To już wtedy złapałem bakcyla.

Długo to trwało, ale teraz nareszcie nadeszła ta chwila, kiedy ja sam miałem wystartować w wyścigu. Kiedy przed startem zgłosiłem się po formularz uczestnictwa, kobieta za biurkiem zapytała mnie: „Dzisiaj twój pierwszy wyścig?”.

„Tak. I nie mogę się go doczekać!” — odpowiedziałem.

Odparła na to: „Baw się dobrze i nie przejmuj się, jeśli nie wygrasz”.

Baw się dobrze? Nie byłem tam tylko po to, żeby dobrze się bawić, ale żeby wygrać, a przynajmniej zakończyć wyścig w pierwszej piątce.

Podjechaliśmy do naszego boksu i rozładowaliśmy vana. Po kilku próbnych okrążeniach kierownik wyścigu wyjaśnił procedury wszystkim, którzy po raz pierwszy brali udział w wyścigu. Powiedział o flagach i o harmonogramie dnia. Miały być dwa wyścigi eliminacyjne, a potem wyścig główny. Ze względów bezpieczeństwa wyznaczono nam miejsca startowe na tyle grupy. A na koniec usłyszeliśmy: „To wasz pierwszy wyścig, nie przejmujcie się wynikiem, po prostu dobrze się bawcie”. Wszyscy to w kółko powtarzali, tak jakbyśmy nie mieli szans na wysokie miejsca, bo startowaliśmy po raz pierwszy. Nie wiedziałem już sam, co myśleć. Wiedziałem, że jestem dobry, a przynajmniej zawsze wygrywałem w grach wideo. Tymczasem wszyscy dokoła z góry nas skreślali.

Mój wyścig miał się zacząć za 20 minut. Zapaliliśmy silniki i czekaliśmy. Niecierpliwie obserwowałem poprzedni wyścig, który powoli dobiegał końca, a tymczasem moje myśli przebiegały przez moją głowę z niemal ponaddźwiękową prędkością. Przypomniałem sobie formularze ubezpieczeniowe, w których czytałem o poważnych obrażeniach, a nawet śmierci wskutek wypadku na torze. Wróciły do mnie słowa mamy, która tego ranka mi powiedziała: „Tylko błagam cię, Aaron, uważaj na siebie. Słyszysz mnie? Uważaj na siebie”. W końcu do mnie dotarło, że naprawdę może być niebezpiecznie. Siedziałem w gotowym do wystrzelenia pocisku, bez pasa bezpieczeństwa i innych zabezpieczeń, dwa cale nad ziemią i już wkrótce miałem poruszać się z prędkością znacznie przekraczającą 60 km/h. Jeśli się nad tym zastanowić, to nie jest najbezpieczniejszy sport dla dwunastolatka. Myśli pędziły jedna za drugą, mój rozpędzony umysł był jak pies goniący własny ogon... aż w końcu dostałem sygnał do startu.

Jak tylko zacząłem nabierać prędkości, wszystkie myśli o możliwych zagrożeniach zniknęły szybciej niż lazania z miski Garfielda. Zrobiliśmy jedno okrążenie na rozgrzewkę. Startowałem z piętnastej pozycji, a wszystkich zawodników było siedemnastu. Ostatni zakręt, zielona flaga i wyścig się rozpoczął. To był jeden z bardziej nerwowych momentów w całym moim życiu. Miałem na ogonie jednego gokarta, drugi był tuż obok, a przede mną trzynaście. Na pierwszym zakręcie dwa gokarty jadące przede mną zderzyły się i wpadły w ruch wirowy. No to pięknie, pomyślałem wtedy, miałem na siebie uważać, a tu za chwilę wypadnę z toru i nie wiadomo co jeszcze! Co sobie mama pomyśli? Odbiłem szybko w jedną stronę, żeby nie wpaść na wirujące gokarty, i tym sposobem byłem już ósmy.

Zanim zrobiliśmy cztery okrążenia, wysunąłem się na drugą pozycję i czekałem na stosowny moment, żeby wyjść na prowadzenie. Spróbowałem przy kolejnym zakręcie, a komentator Allen Barklage zareagował bardzo entuzjastycznie. „Na prowadzenie próbuje wysunąć się Aaron Likens, wchodzi w zakręt. Idą łeb w łeb, uwaga! Gokarty się zderzyły, Aaron zaraz wpadnie w wir... nie, udało mu się opanować maszynę. Jak on to zrobił? Trudno uwierzyć, że to jego pierwszy wyścig!”. Tym razem nie udało mi się wyprzedzić lidera, ale miałem jeszcze jedną szansę na ostatnim okrążeniu. „Aaron wychodzi z ostatniego zakrętu — komentował Allen — schodzi do wewnętrznej, próbuje wyprzedzać... ale mu się nie udaje. Walczył dzielnie, szczególnie jak na pierwszy wyścig”.

Kiedy zjechałem z toru, wszyscy wokół klaskali i gratulowali mi podniesionymi w górę kciukami. To, co wtedy czułem, jest nie do opisania. Wyobraźcie sobie niczym niezmącone uczucie szczęścia i pomnóżcie je przez dziesięć. I to bezcenne spojrzenie taty, pełne zadziwienia i dumy. Wiedział, że dam sobie radę, ale nie sądzę, że spodziewał się tak dobrego wyniku. Kiedy ważyliśmy gokarta, zapytałem go, jak mi poszło. Nie odpowiedział nic, ale to właśnie było dla mnie najlepszą z możliwych odpowiedzią. Było widać, że jest w dużym szoku.

Kolejny wyścig nie był aż tak emocjonujący i zakończyłem go na gorszej, bo piątej pozycji. Startowałem z drugiego miejsca, więc czułem, że tym razem zawiodłem: mogłem przecież sięgnąć po zwycięstwo.

Robiło się późno. Słońce przesunęło się na zachodnią część nieba, powoli i nieśmiało zbierały się chmury. W powietrzu unosił się zapach spalin. Zostało dziesięć minut do ostatniego wyścigu. Zapytałem taty: „Myślisz, że dobrze mi pójdzie?”.

„Poradzisz sobie świetnie, synu” — odpowiedział.

„Naprawdę tak myślisz?”.

„Oczywiście” — powiedział spokojnym głosem.

I tak też się stało: byłem czwarty w głównym wyścigu i mogłem uznać ten dzień za naprawdę udany. W drodze do domu zapytałem jeszcze raz: „Jak mi dziś poszło, tato?”.

„Nie da się ukryć, że masz talent, mój chłopcze. Któregoś dnia wygrasz Indianapolis 500”.

O niech mnie! — pomyślałem — może ja rzeczywiście mam talent. W tej właśnie chwili postanowiłem, że chcę zostać zawodowym kierowcą wyścigowym i nic nie stanie mi na drodze do osiągnięcia tego celu.

Odkryłem swoje powołanie.

Emily

Emily

KILKA SŁÓW OD TATY

Dzień, kiedy powiedziałem Aaronowi: „Nie da się ukryć, że masz talent, mój chłopcze. Któregoś dnia wygrasz Indianapolis 500”, był, patrząc z perspektywy czasu, najsmutniejszym dniem mojego życia.

Chodzi o to, że (i Aaron też wam o tym opowie) gdy coś się zdarza po raz pierwszy, to potem zawsze tak musi być. Kiedy tata mówi ci, że kiedyś wygrasz Indy 500, to nie zadajesz sobie pytania: „Czy na pewno?”, ale pytasz: „Kiedy to się stanie?”.

W umyśle Aarona zaszczepiłem wiarę w to, że kiedyś będzie zwycięzcą. Tak się jednak nie stało i w rezultacie zarówno on, jak i ja doświadczyliśmy wiele smutku i cierpienia.

Posłałem go do szkoły dla kierowców rajdowych w Las Vegas i Tampie. Był jednym z najszybszych chłopaków, jakich dane im było kiedykolwiek uczyć. Przez sześć lat ścigał się na gokartach, a potem przesiadł się na większy kaliber. Mieliśmy umowę z zespołem ARCA na serię wyścigów pod auspicjami NASCAR, ale potem okazało się, że parametry pojazdu nie spełniają wymaganych norm. Rozmawiałem z właścicielami wyścigówek i dowiedziałem się, że jeśli Aaron ma udokumentowane doświadczenie na torze, to może siąść za kółkiem. Ale Aaron takiego doświadczenia nie miał. Trafiła mu się szansa pojechania w treningowych wyścigach do Champ Car Series, ale nie miałem sześćdziesięciu tysięcy dolarów. Chłopak miał wszystko, czego potrzeba do wprowadzenia w życie swojego planu A, z wyjątkiem taty milionera.

Ale gdyby było inaczej, ta książka nigdy by nie powstała. Aby poradzić sobie z rozczarowaniami, Aaron pisał. A miał tych rozczarowań całe mnóstwo. Przepłakał wiele nocy w moich ramionach. Często nienawidziłem siebie za to, że nie potrafiłem dotrzymać słowa, które dałem synowi w ten pamiętny dzień jego pierwszego wyścigu: „Nie da się ukryć, że masz talent, mój chłopcze. Któregoś dnia wygrasz Indianapolis 500”.

Wszystko się w końcu układa, choć najczęściej nie tak, jak myślimy, że powinno. Ale czy Bóg pyta swoje stworzenia o zdanie?

Dla Aarona rozczarowanie tym, że nie udało mu się wystartować w dużym, prawdziwym wyścigu, było bolesną codziennością. Ale było światełko w tunelu: Emily (to nie jej prawdziwe imię). To ona zainspirowała Aarona do pisania.

I tutaj wszystko się zaczyna.

POCZĄTEK

Kiedy miałem piętnaście lat i nie chodziłem do szkoły, tylko uczyłem się w domu, mama stwierdziła, że przydałoby mi się trochę ruchu. Wzięła mnie na kręgle i okazało się, że można się zapisać do ligi. No to świetnie! — pomyślałem. Co tydzień będę mógł brać udział w zawodach. Ten dzień, choć wtedy o tym nie wiedziałem, zapoczątkował ciąg wydarzeń, które miały na zawsze zmienić moje życie.

Przez dwa kolejne lata grałem w dwóch ligach, a poza tym pracowałem dwa razy tygodniu w kręgielni. Na początku nowego sezonu dowiedziałem się, że w parze ze mną będzie trenować dziewczyna: Emily.

Zjawiła się minutę po rozpoczęciu treningu (to ważny szczegół) i na początku jej nie poznałem. W końcu jednak rozpoznałem ten charakterystyczny sposób rzucania kulą. Dość dziwny sposób, ale może nie będę się w to zagłębiał.

W trakcie dziesięciominutowego treningu nie wydusiłem z siebie ani słowa. Kiedy skończyliśmy, ona się przedstawiła, na co ja odpowiedziałem drżącym ze zdenerwowania głosem: „Cześć, jestem Aaron”.

Zazwyczaj nie jestem zbyt rozmowny, ale z Emily znaleźliśmy mnóstwo wspólnych tematów: koty, psy, szkoła, wyścigi. Tak się rozgadaliśmy, że nie mogliśmy przestać. Postanowiłem, że przyjdę za tydzień.

Rozmawiało nam się znów bardzo dobrze, a Emily powiedziała przy okazji, że ma nadzieję dostać się do mojego zespołu.

Minął kolejny tydzień. Zabrało mi to dwie i pół rozgrywki, ale w końcu odważyłem się i poprosiłem Emily o adres mailowy. Byłem w ciężkim szoku, kiedy podała mi go z uśmiechem.

W połowie października umówiliśmy się na naszą pierwszą nieoficjalną randkę. Nieoficjalną, ponieważ mama Emily uznała umawianie się ze mną wykroczenie: miałem 17 lat, a Emily 19, więc prędzej czy później dziewczyna pewnie trafiłaby za kratki. No cóż...

Zaprosiłem Emily na kręgle w piątek wieczorem. Zjawiłem się godzinę wcześniej i czekałem. Wybiła niecierpliwie oczekiwana 21.30, ale Emily wciąż nie przychodziła. W końcu zadzwoniła do kręgielni i powiedziała, że mama nie wypuści jej z domu, bo w prognozie pogody mówili o prawdopodobnych opadach deszczu ze śniegiem.

Gdybym wtedy wiedział, jak ten wieczór wpłynie na moją przyszłość...

W następnym tygodniu było dość pogodnie i Emily zjawiła się w kręgielni pięć minut po czasie. Zapytałem, czemu nie sprzeciwiła się mamie i nie przyszła w piątek. Nie potrafiła mi odpowiedzieć.

Potem odwiozła mnie do domu. Zapytałem, czy chce wejść i zagrać na Nintendo w grę The Three Stooges. Zatkało mnie, gdy powiedziała, że ma tę grę u siebie. To dość unikatowa gra.

Pograliśmy trochę i świetnie się bawiliśmy. Potem pojechała do domu i zadzwoniła, kiedy była już na miejscu. Szybko zapamiętałem numer jej telefonu domowego i komórkowego. Te numery stanowiły w moim umyśle tak samo istotną część Emily, jak kolor jej włosów czy oczu.

Pod koniec października chciałem wiedzieć, na czym stoję. Zadzwoniłem do Emily, żeby zapytać, czy my właściwie „chodzimy ze sobą”. Minęły dwie godziny, zanim wydusiłem z siebie to pytanie, na co ona od razu odpowiedziała: „Co takiego? Przecież jesteś ode mnie dwa lata młodszy”. Wiedziałem, że powtarza tylko słowa matki, ale czy policja czekała już za drzwiami, aby wtargnąć do domu, gdyby tylko odpowiedziała „tak” na moje pytanie?

Byłem zdruzgotany. W głębi serca czułem, że potrzebuję tego oficjalnego potwierdzenia z jej strony, aby poczuć się bezpiecznie.

Nadszedł dzień Święta Dziękczynienia, a my dalej chodziliśmy na kręgle i rozmawialiśmy przez telefon bez oficjalnego potwierdzenia. W Wigilię Bożego Narodzenia wróciłem późno od mojej siostry w Indianapolis. Zadzwoniłem do Emily i zapytałem jeszcze raz o nasz oficjalny status.

Może zbyt duże znaczenie nadaję temu, żeby wiedzieć, na czym stoję, ale wtedy naprawdę chciałem, a raczej potrzebowałem się tego dowiedzieć. Ale usłyszałem od Emily to samo, co poprzednio.

W pierwszym tygodniu stycznia Emily zabrała mnie do parku Olive Garden. To wtedy nasz status pary został oficjalnie potwierdzony. Gdyby powiedziała „nie” po raz kolejny, gotowy byłem odejść.

Kilka tygodni później odbywał się wyścig Daytona 500 i Emily zjawiła się u mnie, by obejrzeć transmisję. Było okrążenie sto siedemdziesiąte trzecie, kiedy zdarzyło się to, co dzisiaj nazywają „Daytona Big One”. Fox wpadł na bandę z reklamą i po chwili dwadzieścia sześć samochodów rajdowych było jedną wielką czarną dymiącą masą.

Tata był w pracy, więc zadzwoniłem do niego od razu. Patrzyłem na powtórki i zdawałem mu nerwową relację z tego, co się stało. Potem się rozłączyłem.

Dziesięć minut później wyścig wznowiono. Zadzwoniłem jeszcze raz do taty, a on wypowiedział wtedy przerażające proroctwo: „Earnhardt rozbije się na czwartym zakręcie w ostatnim okrążeniu”. Nie zwróciłem na to szczególnej uwagi i oglądałem dalej.

Pojawiła się biała flaga (ostatnie okrążenie), trzeci zakręt, czwarty... w rogu ekranu zobaczyłem, jak czarny samochód wypada z toru, a po chwili komentator wykrzyknął: „Rozbił się!”.

W tym czasie Emily rozmawiała o czymś z mamą, a ja siedziałem przed telewizorem wstrząśnięty tym, co się stało. Natychmiast zadzwoniłem to taty. Ani mama, ani Emily nie dostrzegły powagi sytuacji, a na twarzy Emily pojawił się dziwny grymas.

Godzinę później oficjalnie ogłoszono, że Dale Earnhardt nie żyje. Udało mi się zapanować nad emocjami przez jakieś pół godziny, a potem nie wytrzymałem. Emily była przy mnie, gdy wstrząsany szlochem, kryłem twarz w dłoniach.

Można by pomyśleć, że to nas do siebie zbliżyło, gdyby nie to, co się wydarzyło kilka minut po jej wyjściu. Zadzwoniła do mnie z domu, krzyczała do słuchawki, miała pretensje, że co chwilę dzwoniłem do taty. Może nie potrafiła zrozumieć, że chciałem porozmawiać z tatą. Ale jeśli była o to na mnie tak wściekła, dlaczego nie powiedziała mi tego od razu? Zapytałem ją o to, ale znów nie dostałem odpowiedzi — zaczynałem się już do tego przyzwyczajać.

Przez kolejne trzy miesiące było tak samo. To wtedy zaczynałem lepiej poznawać Emily. W moim dzienniku napisałem wtedy: „Nie wiem, czy tak naprawdę lubię Emily. Zachowuje się tak dziwacznie. Ale nie potrafią z nią zerwać. Czuję się jak w pułapce... Co robić?”.

Co mogłem zrobić? Byłem w potrzasku. Nawet kiedy było dobrze, to chyba mi na niej nie zależało. Czy tęskniłem wtedy za Lindą, moją poprzednią dziewczyną? Czy po prostu nie lubiłem Emily? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale wtedy wiedziałem, że nie chcę stracić Emily. To była prawdziwa pułapka.

Osiem miesięcy później...

POCZĄTEK KOŃCA

W Quincy (Illinois) miał się odbyć wyścig gokartów i Emily obiecała, że ze mną tam pojedzie. Miała wtedy 21 lat. Zatelefonowała do mnie o 2.00 w dzień wyjazdu i powiedziała, że nie jedzie.

Najbardziej zabolało mnie to, że informowała mnie o tym w ostatniej chwili. Ten wyścig to była jedna wielka porażka, ale i tak brakowało mi Emily. Kiedy wróciłem, powiedziała, że gdyby mogła cofnąć czas, to by ze mną pojechała, bo rozumiała, ile jej obecność dla mnie znaczyła.

I wiecie co? Dostała drugą szansę. Miesiąc później, w Springfield (Illinois), miał być wyścig. Powiedziała, że pojedzie. No i zgadnijcie... Zadzwoniła do mnie w nocy przed naszym planowanym wyjazdem, mówiąc, że pewnie się zgubi, bo nie zna drogi i takie tam. Szansę dostała, ale historia lubi się powtarzać. Tym razem jednak zabolało podwójnie, bo przecież sama powiedziała, że gdyby mogła cofnąć czas itd.

To był pierwszy raz, kiedy z nią zerwałem. Robiłem to potem jeszcze wielokrotnie. Chyba po to, żeby zmusić ją do jakiejkolwiek reakcji. Nigdy nie wiedziałem, co ona tak naprawdę do mnie czuje. Kiedy z nią zrywałem, mówiła tylko „OK”, a potem zaczynała znów nawijać o szkole. Wróciliśmy do siebie następnego dnia i wszystko znów było normalnie, czyli tak jak wcześniej, ale czy to było normalne?

Przez kilka kolejnych miesięcy podróżowałem: Road America w Elkhart Lake (Wisconsin), zaawansowany kurs dla rajdowców w Akademii Derek Daly Racing w Las Vegas i jazdy próbne z zespołem Formula Mazda w Benton Harbor (Michigan).

Po raz pierwszy usiadłem za kółkiem prawdziwego samochodu wyścigowego. Takiego przyspieszenia nie doświadczyłem nigdy wcześniej. Jak wielu ludzi z zespołem Aspergera, jestem bardzo wyczulony na najmniejsze zmiany w moim bezpośrednim otoczeniu. Do czego zmierzam — redukcja prędkości przy hamowaniu była tak duża, że nie mogłem oddychać. Wydawało mi się, że pasy bezpieczeństwa zgniatają mi pierś. Czułem się fatalnie i pomyślałem wtedy, że to koniec moich marzeń o karierze rajdowca.

Pierwszy raz byłem na torze wyścigowym, a po dwudziestu pięciu minutach jazdy brakowało mi sekundy do oficjalnego rekordu tego toru i byłem o pięć sekund szybszy od zwycięzcy z poprzedniego tygodnia.

Chwyciłem za słuchawkę.

„Cześć, Emily, co u ciebie?”— zapytałem.

„W porządku, a ty jak tam?” — powiedziała.

„Słuchaj, przed chwilą prawie pobiłem rekord toru i...”

Przerwała mi i rzekła: „Wiesz, Aaron, właśnie mam przerwę i siedzę sobie przy lemoniadzie, więc może zadzwonisz później, co?”.

Zadzwonisz później? Siedzę sobie przy lemoniadzie? Co tu nie gra?

Minęło kilka miesięcy, nadszedł czerwiec. Przypadkowo usłyszałem pewną rozmowę między moim bratem i mamą i postanowiłem przeprowadzić się do ojca i macochy. W tym samym czasie mój szesnastoletni maltańczyk Missy znalazł się u kresu swego psiego życia. Kiedy zamieszkałem u taty, Missy nie panował już nad pęcherzem. Któregoś ranka ze spokojem powiedziałem tacie, że to już chyba koniec. Panowałem nad sobą, dopóki tata się nie rozpłakał; wtedy poczułem jego ból. W dodatku Emily nie miała zielonego pojęcia, o co chodzi, i wiedziałem, że wszystko zmierza powoli ku najgorszemu.

Cztery miesiące po mojej przeprowadzce dostałem szansę życia: zaproponowano mi stanowisko gościnnego instruktora w Akademii Derek Daly Racing. Na pewien czas miałem przenieść się do Las Vegas. Wtedy też zacząłem brać środek antydepresyjny. Skutki uboczne nie były tak dotkliwe dzięki wolności, jakiej doświadczyłem w Vegas. Ale jeszcze zanim opuściłem St. Louis, nastąpiła przeczuwana katastrofa.

KONIEC

Emily nie była zadowolona z mojego wyjazdu do szkoły w Vegas. I nie chodziło bynajmniej o to, że będzie tęsknić. Zabolało ją to, że będę tak dużo zarabiał. Skończyła college, miała tytuł, więc uważała, że powinna zarabiać krocie.

Dzień mojego wyjazdu się zbliżał i postanowiliśmy całą niedzielę spędzić razem. Wyścig NASCAR, Formuła 1, nasza ulubiona pizza — taki był plan. To miał być najlepszy dzień pożegnania.

Mniej więcej w połowie tego wspaniałego dnia Emily stwierdziła, że musi już iść, żeby pomóc mamie sprzątać. Że co? Wyszła i zrujnowała ten dzień. Ale to jeszcze nic. Zostało dwadzieścia okrążeń do końca i wiedziałem, że na torze zdarzy się jakiś wypadek. Próbowałem dodzwonić się do Emily, ale na telefonie stacjonarnym włączała się sekretarka, a komórkowego nie odbierała. Wykręcałem jej numer co pół godziny, ale bez skutku.

Wypadek rzeczywiście się zdarzył, ale Emily wciąż uparcie milczała. Pięć godzin później zadzwonił telefon, to była Emily. W jej głosie usłyszałem nieskrywaną złość i poirytowanie: „Po coś ty do mnie dzwonił dwadzieścia jeden razy?!”. Powiedziałem, że chodziło o wyścig, że chciałem, żeby zobaczyła końcówkę, że bałem się o jej bezpieczeństwo. Chłopak troszczy się o dobro swojej dziewczyny, czy nie tak to powinno wyglądać? Ona jednak miała na ten temat inne zdanie: „Aaron, dlaczego ty jesteś taki cholernie zaborczy?”.

Ludzie, trzymajcie mnie! Ja zaborczy? Przecież to ostatnie słowo, jakim można opisać mój stosunek do Emily.

Jeszcze dwa dni i będę setki kilometrów od tego wszystkiego. Tak przynajmniej mi się wydawało. Poczta spóźniała się z dostarczeniem mojego nowego telefonu komórkowego, więc postanowiłem spędzić jeszcze jeden dzień z Emily. Był tylko jeden problem — jej praca. Nie chciała brać wolnego. To zabolało: praca okazała się ważniejsza niż chłopak, z którym spotykała się od ponad trzech lat.

Tego samego wieczora zadzwoniła do mnie i powiedziała, że gdyby mogła cofnąć czas, to postąpiłaby inaczej. Chyba to już kiedyś słyszałem... I wiecie co? Poczta spóźniła się kolejny dzień. W piątek Emily dostała po raz drugi swoją drugą szansę. Ale po raz kolejny postanowiła z niej nie skorzystać — praca była ważniejsza.

Ten cios zranił mnie do żywego i zostawił po sobie cierpienie, którego nic nie było w stanie uleczyć. Czas spędzony w Vegas przyniósł mi mnóstwo radości, ale myśl o Emily kładła się cieniem na moim życiu. Za każdym razem, gdy z nią rozmawiałem, chciałem się dowiedzieć, dlaczego nie spotkała się ze mną przed moim wyjazdem. Jakiekolwiek wytłumaczenie by mnie zadowoliło: mogła powiedzieć, że nie lubi pożegnań albo że nie lubi mnie, wszystko jedno — chciałem znać powód. Jakikolwiek by on nie był.

To była właśnie cała Emily: żadnej odpowiedzi, żadnego powodu, żadnego wytłumaczenia — nic. Poza tymi słowami: „No wiesz, powiedziałam wtedy, że gdybym mogła cofnąć czas, to zachowałabym się inaczej, ale nie myślałam, że rzeczywiście dostanę drugą szansę. Chodziło mi tylko o to, żebyś się lepiej poczuł. Praca jest dla mnie zbyt ważna. Na pewno by mnie obgadali, gdybym wtedy wzięła wolne”.

No cóż...

KONIEC. I CO DALEJ?

Kiedy wróciłem, skutki uboczne zażywania antydepresantów zaczęły bardziej dawać mi się we znaki. Działo się to powoli, prawie niezauważalnie, ale zmieniłem się, byłem o wiele bardziej impulsywny. W święta Bożego Narodzenia zerwałem z Emily definitywnie. To druga najgorsza rzecz, jaką mam na sumieniu. Zrobić to w święta już samo w sobie było niewybaczalne. Zrobić to przez SMS-a było chyba jeszcze gorsze. Ale myśleć, że ją to obejdzie, było czystą głupotą. Niezależenie od okoliczności święta nie są dobrym czasem na takie rzeczy jak zerwanie. Chwilę przed naciśnięciem klawisza »Wyślij« byłem oficjalnie z Emily, sekundę później wszystko się skończyło.

Natychmiast sparaliżowała mnie tęsknota, chciałem do niej wrócić już następnego dnia. Ale to już było niemożliwe.

Przez pierwsze trzy miesiące nowego roku starałem się ją odzyskać, ale ona mściła się na mnie, powtarzając wciąż: „Sama nie wiem. Potrzebuję czasu”. Zdiagnozowano u mnie zespół Aspergera dwa tygodnie po zerwaniu z Emily. Kiedy jej o tym powiedziałem, zaczęła to wykorzystywać, aby mi dopiec.

Któregoś wieczoru na kręglach zasugerowała, że chciałaby do mnie wrócić. Ale jej myśli i serce były bardziej zmienne od notowań na giełdzie. Powiedziała słowa, których okrucieństwo zaparło mi dech w piersiach: „Aaron, masz Aspergera, czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach chciałby się wiązać z kimś takim?”. Byłem dosłownie zdruzgotany.

Nie odezwała się aż do 31 grudnia. Kiedy wracałem tego wieczoru z Indianapolis, wysłałem jej SMS-a z pytaniem, czy mi wybaczyła. Zadzwoniła i chciała wiedzieć, o co chodzi. Pierwszy raz od prawie sześciu miesięcy usłyszałem jej głos, a tak bardzo potrzebowałem go usłyszeć. Zapytałem, czy wybaczyła mi, że zerwałem z nią w święta. Powiedziała, że tak. A potem rozmawialiśmy tak, jak byśmy się wcale nie rozstali na te kilka miesięcy. Po pół godzinie powiedziała, że idzie coś zjeść, ale zaraz oddzwoni. To było jakieś czterdzieści dni temu, dotąd nie zadzwoniła.

Nie potrafię zrozumieć tej części mojego umysłu, która jest odpowiedzialna za uczucia. Emily miała problem z uczuciami, nie radziła sobie, będąc w związku. Dlaczego więc jej nieobecność boli mnie tak bardzo? Czy to dlatego, że nie mam nikogo innego?

Wiele nas dzieliło, nasz związek z pewnością nie należał do idealnych, a jednak tęsknię za jej głosem. Chcę być przy niej i nic nie jestem w stanie na to poradzić. Nie ma przycisku reset. Nie ma Ctrl+Z.

Pustka, jaką pozostawiła po sobie Emily, będzie mi towarzyszyć do końca życia. Chociaż mi na niej nie zależało, to za nią tęsknię — nie ma w tym żadnej logiki. Ktoś powie, że chodziło o poczucie bezpieczeństwa i przyzwyczajenie, ale choćby nie wiem jakie bezpieczeństwo dawało mi przyzwyczajenie, to nie mogę się go trzymać, jeśli sprawia, że jestem nieszczęśliwy.

Najbardziej boli mnie to (i to samo czuję w stosunku do Lindy, z którą byłem wcześniej), że nie wiem, czy kiedyś jeszcze się odezwą. Czy jeszcze je kiedyś zobaczę? Czy usłyszę ich głosy? A może dopiero w życiu po życiu, na tamtym świecie? Dziś obie są tylko niewyraźnymi zarysami w mojej pamięci. Dokładnie pamiętam tylko ich numery: numery telefonów.

Linda

Linda

KILKA SŁÓW OD TATY

Chociaż Aaron najpierw napisał o Emily, to wcześniej miał inną dziewczynę. Lindę poznał całkiem przypadkowo. Spotkali się niczym dwa okręty, które zderzyły się w mroku nocy. Długo trwało, zanim Aaron wyleczył rany.

Nie ma imienia, które ma nade mną większą moc niż to zapisane w tytule tego rozdziału. Teraz jeszcze tego nie rozumiecie, ale opowiem wam, jak to imię nie przestawało nawiedzać mnie przez ponad jedną czwartą całego mojego życia.

Był lipiec 1999 roku. Pojechaliśmy z tatą do Minneapolis na zjazd. Tata zaplanował minikoncert na stoisku, które dzieli ze swoim dystrybutorem wideo, a ja wpadłem na pomysł człowieka-billboardu w celu promowania eventu. To ja byłem tym człowiekiem-billboardem. Po godzinie spacerowania tu i tam postanowiłem odpocząć chwilę przy stoisku.

Wtedy zauważyłem dziewczynę stojącą przy sąsiedniej wystawie. Wydawało mi się, że już ją wcześniej widziałem w naszym kościele w St. Louis. Podeszła do mnie i zapytała: „Co ty u licha masz na sobie?”. Odpowiedziałem, że robię, co mogę, żeby rozreklamować koncert taty. Wtedy wciąż myślałem, że muszę ją znać ze St. Louis, więc odpowiadałem na jej pytania, co nie jest moim zwyczajowym zachowaniem. Po pięciu minutach zauważyłem, że na plakietce z imieniem miała wpisane Baltimore. A zatem nie mogłem jej znać! Z kim więc rozmawiałem? Nigdy bym się nie odważył wdać w rozmowę z przypadkowo spotkaną dziewczyną, bo czułem, że jest to w jakiś sposób nielegalne. Natychmiast moje odpowiedzi zmieniły się w jednosylabowe mruknięcia.

A wtedy ona zadała pytanie, które miało zmienić moje życie: „Chcesz zagrać w Uno?”. Później zrozumiecie, dlaczego to było takie ważne. Zgodziłem się i zaczęliśmy grać.

I co to była za gra! Graliśmy tak chyba ze dwie godziny i cały czas rozmawialiśmy na różne tematy. Zapytała, ile mam lat. Powiedziałem: 16. Nie spytałem jej o wiek, ale ona sama oznajmiła: 16. Chwilę to trwało, ale rozgadałem się na dobre. Ona też była dzieckiem pastora, więc mieliśmy wiele wspólnego, aż wreszcie — po raz pierwszy w życiu — zacząłem zadawać pytania. Najdziwniejsze było to, że naprawdę chciałem znać odpowiedzi, a to nie jest u mnie naturalne. Chodzi o to, że aż do tego dnia nie sądziłem, aby jakakolwiek dziewczyna chciała ze mną rozmawiać, i nigdy nie interesowało mnie to, co druga osoba ma do powiedzenia, o ile nie należała do mojej rodziny. Ta niepisana reguła, według której żyłem, została zniweczona tamtego dnia.

Minęły trzy godziny, a wtedy ona przypomniała sobie, że miała się spotkać z mamą. Skoczyła od razu na równe nogi, ale obiecała, że jeszcze wróci. Ale kiedy? Doświadczyłem czegoś, co zawsze wydawało mi się niemożliwe, a po chwili poczułem, że to utraciłem. Ale była nadzieja. Zostawiła swój plecak. Ten plecak nie był zwykłym plecakiem: stał się dla mnie symbolem tej krótkiej więzi z Lindą, która poświęciła swój czas na rozmowę ze mną. Ale gdzie była teraz?

Czekałem dwie godziny. Wśród licznych stoisk tłoczyło się mnóstwo osób, a ja cały czas wypatrywałem Lindy. Nagle usłyszałem znajomy głos: „To jak... może rewanż?”. To była ona, Linda, chciała rozegrać kolejną partię Uno, a ja bardzo chciałem jeszcze z nią porozmawiać.

Kiedy skończyliśmy grać, spacerowaliśmy i rozmawialiśmy przez kolejne dwie godziny. Poszliśmy też na lody. Byliśmy dwójką znudzonych dzieciaków na zjeździe starszych dam, przypadkowo nasze ścieżki się przecięły.

Była prawie piąta po południu, pierwszy dzień zjazdu dobiegał końca. Zapytałem Lindę, czy zobaczymy się nazajutrz, a ona odpowiedziała twierdząco. Moje zasadniczo pesymistyczne nastawienie kazało mi wątpić, czy dziewczyna mówi serio.

Ale Linda przez tych kilka godzin mocno podminowała mój światopogląd, a także sposób, w jaki myślałem o sobie samym. Tata próbował zagadywać mnie na temat wyścigu NASCAR Pepsi 400, który miał się odbyć następnego dnia wieczorem. Ale moje myśli zaprzątała jedynie Linda. Czy przyjdzie nazajutrz?

Nazajutrz: 3 lipca — dzień, który zmienił moje życie. Myśl o wyścigu Pepis 400 nie opuszczała mnie od samego rana. Wschód słońca był przepiękny. Przyjechaliśmy na miejsce i od razu zacząłem przeczesywać oczami tłum w poszukiwaniu Lindy. Zjawiła się około dziesiątej. Ostrożny optymizm, który wypełnił mnie poprzedniego dnia, został nagrodzony.

Wróciliśmy do naszej rozmowy: upadek zachodniej cywilizacji, wybitny idiotyzm prezydenta i wiele innych tematów. Zagraliśmy znowu w Uno, zjedliśmy razem lunch i poszliśmy na długi spacer. To wtedy, na tym spacerze, Linda nieśmiało spróbowała wziąć mnie za rękę. Musicie wiedzieć, że unikam kontaktu fizycznego z innymi. Poza tym nie miałem pojęcia, co jej gest miałby oznaczać. Wiem, że próbowała to zrobić, bo później ona sama mi o tym powiedziała.

Była druga po południu, w myślach słyszałem tykanie zegara. O co chodzi? Oczywiście o wyścig, który miał się odbyć tego wieczora. Stąd tykanie w mojej głowie. Żeby wrócić do hotelu na czas, musieliśmy wyruszyć zaraz po piątej. Nie kryłem przed Lindą, dlaczego muszę się zbierać. Kiedy teraz o tym myślę, wiem, że to było głupie. Tata wracał do St. Louis następnego dnia, a dla mnie Dzień Niepodległości mógł zyskać nowe znaczenie. W rezultacie jednak dzień, w który świętujemy niepodległość naszego kraju, stał się dniem uwięzienia.

Jeśli już mowa o niepodległości, po raz pierwszy w życiu poczułem się wolny: od negatywnego nastawienia do samego siebie, od ciągłego zastanawiania się, czy ktokolwiek byłby w stanie mnie polubić. To był mój osobisty Dzień Niepodległości.

Koniec wersji demonstracyjnej