Och, te okropne walentynki - Kristin Gabriel,Linda Randall Wisdom

Och, te okropne walentynki

0,0

Kto się czubi…
W mieście, które nazywa się Love, trudno zapomnieć o święcie zakochanych. Jednak Rachel tak bardzo nienawidzi walentynek, że organizuje wraz z grupą przyjaciół bojkot wszystkich okolicznościowych imprez. Wspiera ją coraz więcej mieszkańców. Zaniepokojona rada miejska obmyśla plan, który ma wcielić w życie sam burmistrz…

Pechowa Walentynka
Claire z przykrością wspomina wszystkie dotychczasowe walentynki. Nie znosi tego święta, ale po kilku dniach spędzonych w rodzinnym miasteczku zaczyna zmieniać zdanie. W Zajeździe pod Czerwonym Serduszkiem poznaje mężczyznę, który próbuje ją przekonać, że walentynki można polubić…

Dodaj komentarz


Nienawiść do walentynek i miłość to wybuchowe, choć grożące sztampą połączenie. Autorkom udało się w sztampę nie popaść i stworzyć naprawdę ciekawe opowiadania.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Kristin Gabriel

Linda Randall Wisdom

Och, te okropne walentynki!

Kristin Gabriel

Kto się czubi...

Przełożyła:
Maria Brzezicka

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nigdy więcej nie namówisz mnie na randkę w ciemno.

Rachel Grant miotała się po damskiej toalecie w restauracji U Luigiego, natomiast jej siostra Pam bezskutecznie próbowała ją uspokoić. Wokół unosiła się intensywna woń czosnku i oregano, wymieszana w niezbyt dobrych proporcjach z zapachem drogich perfum.

– Daj spokój, Rach. No dobra, może Gordon jest trochę dziwaczny, ale nie jest zupełnie beznadziejny – łagodziła sytuację Pam.

– Czyścił przy stole zęby nicią dentystyczną!

– Po prostu dba o higienę jamy ustnej. To chyba zaleta, przymknij więc oczy na resztę.

– Na przykład na to, że podwędził napiwek z sąsiedniego stolika?

– Szczerze mówiąc, miałam raczej na myśli jego tupecik. W biurze nigdy go nie nosi i wierz mi, że wygląda wtedy o niebo lepiej. Miałam nadzieję, że ci się spodoba.

Zgnębiona Rachel ciężko westchnęła. Była panną. I miała trzy młodsze siostry, a każdej z nich asystowała jako druhna w drodze do ołtarza. Siostrzyczki nie ustawały w wysiłkach, by i Rachel włożyła białą, powłóczystą szatę panny młodej.

W ciągu ostatniego roku umówiły ją chyba ze wszystkimi samotnymi mężczyznami w mieście. Wreszcie udręczona Rachel stanowczo oznajmiła, że jest w stanie znieść najwyżej jedną randkę w miesiącu. To i tak było za dużo, ale czegóż się nie robi dla ukochanej rodzinki. Niestety, żałosny typek o imieniu Gordon uświadomił jej, że siostry zatraciły wszelki umiar.

Pam przywlokła do restauracji również swojego męża, który teraz z zażenowaniem obserwował rozwój sytuacji. Rachel kochała wszystkie siostry i szwagrów, lecz każde poświęcenie ma swoje granice. Nie była przecież masochistką.

Rachel podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz.

– Trochę wysoko, ale przy odrobinie szczęścia powinno mi się udać.

– O czym ty mówisz?! – wykrzyknęła Pam. – Jesteśmy na dziesiątym piętrze, tędy nie wyjdziesz.

– Ja nie chcę wyjść, ja chcę wyskoczyć. Wolę to, niż słuchać następnej beznadziejnej historyjki Gordona.

– No dobrze – powiedziała zrezygnowana Pam. – Przyznaję, trochę zaniżyłyśmy kryteria w doborze facetów, ale chodzi nam tylko o twoje dobro.

– Jestem samotna i szczęśliwa, uwierz mi. Dlaczego wszyscy wciąż wtrącają się w moje życie intymne?

– Przede mną nie musisz udawać, twoje życie intymne nie istnieje.

– W tej chwili nie mam ochoty z nikim się spotykać.

Mówiąc to, zaczęła nerwowo skubać nową wełnianą sukienkę. Lubiła ją do momentu, w którym Gordon oznajmił, że taką samą nosi jego babcia.

– W tej chwili? Nie umawiasz się z nikim, od kiedy porzucił cię Russell.

Rachel ciężko westchnęła.

– Nie porzucił mnie, tylko wyjechał na naukowy urlop.

Każda wzmianka o Russellu wyzwalała w niej nieodpartą chęć na słodycze. Ten nałóg udało się jej zwalczyć dopiero pół roku po wyjeździe narzeczonego.

– Zniknął z kraju bez słowa, od roku słuch o nim zaginął – perorowała Pam.

– Och, przecież nigdy oficjalnie nie zerwaliśmy ze sobą.

Pam wymownie spojrzała w sufit.

– Russell pisze do ciebie? Dzwoni? A może posyła ci miłosne liściki przez gołębie pocztowe?

Dlaczego, do diabła, ona wciąż powtarza jego imię? To było jak odruch Pawłowa. Na dźwięk imienia Russella Rachel natychmiast oczyma wyobraźni widziała dobrze nasączone, złociste, ozdobione pysznym kremem ciastka.

– Jest w zapadłym kącie Afryki. Posłuchaj, Pam, naprawdę nie chcę o nim rozmawiać. – Rachel wyleczyła się z tego faceta o wiele szybciej niż z niepohamowanej namiętności do łakoci. Znaczyło to, że Russell nie był tym, na którego naprawdę czekała. – Może kupimy kilka batoników? W holu widziałam automat...

– Zawsze tak robisz – skarciła ją Pam.

Rachel zdziwił ostry ton siostry.

– Nie jadłam ich od miesięcy.

– Mam na myśli to, że zawsze zmieniasz temat, gdy tylko rozmowa schodzi na Russella.

– Nieprawda.

– Prawda. I nigdy nie pozwalasz powiedzieć o nim złego słowa.

– No cóż, na przykład nie opuszczał deski od sedesu – zaśmiała się Rachel. – Nie musisz się o mnie martwić, jestem przecież terapeutką. – Zaczęła szukać w torebce ćwierćdolarówki do automatu. – Dobrze sobie radzę.

– Zawsze uważałam, że jest dla ciebie nieodpowiedni – upierała się Pam. – Tak, wiem, że zasługuje na uznanie, a entomologia jest poważną nauką. Ale czy dorosły facet, mając narzeczoną, powinien całe dnie spędzać z samicami pluskiew? A co powiesz o jego kolekcji karaluchów?

– To cenne okazy z całego świata. Po ślubie miał zamiar ozdobić nimi ścianę naszego salonu. Ale ja głosowałam za garażem.

Pam wzdrygnęła się.

– Okropieństwo. Żyłabyś z Russellem i jego martwymi karaluchami.

– Tak, że nie wspomnę o hodowli gzów. To następny powód, by cieszyć się samotnością. – Taka była prawda. Rach robiła karierę, miała piękne mieszkanie i wypróbowanych przyjaciół. – AV propos karaluchów, czy mówiłam ci już, że mąż Giny zostawił ją dla innej kobiety?

– To dobrze, że jej najlepsza przyjaciółka jest terapeutką, ale teraz porozmawiajmy o naprawdę ważnych rzeczach.

– O tym, że chciałam wyskoczyć przez okno?

Pam objęła się ramionami. Wprawdzie była sporo niższa od starszej siostry, lecz prezentowała się bardzo okazale. Pracowała w siłach powietrznych jako programistka i widać było, że mordercze wojskowe treningi odcisnęły na niej piętno. Zawsze wyprostowana, czujnie i władczo spoglądała na innych swoimi orzechowymi oczami.

– Znów to robisz, Rachel. Znów zmieniasz temat.

– Normalna siostra zrozumiałaby tę aluzję.

– Tak, ale ta głupia siostra martwi się o ciebie. Sądzę, że jeszcze się nie wyleczyłaś z Russella.

– Pam, przestań umawiać mnie na randki. W moim wieku nie tak łatwo spotkać odpowiedniego faceta.

– Daj spokój, masz dopiero trzydzieści lat. Gdybym to ja była blondynką z wielkimi brązowymi oczyma i miała takie ciało jak ty, umawiałabym się co wieczór.

– Powiedz to swojemu mężowi.

– Rach, proszę, daj Gordonowi jeszcze jedną szansę. Zamówmy deser i zobaczmy, co się będzie dalej działo.

– Nie przewiduję niespodzianek. Zemdli nas od tych słodkich włoskich ciasteczek i tyle. Poza tym muszę wracać do pracy, za dwadzieścia minut spotykam się z pacjentami z mojej grupy.

– Chyba żartujesz! Zapomniałaś? Przecież jesteś na randce.

– Mój randkowicz już trzy razy dzwonił do swojej mamusi. Pozostawiam go jej troskliwej opiece. – Rachel uśmiechnęła się złośliwie. – W mojej pracy spotykam wielu załamanych i nieszczęśliwych ludzi, ale zapewniam cię, że potrafią być zabawniejsi od Gordona.

Pam westchnęła ciężko.

– Gdybyś mniej myślała o pracy, a trochę więcej o sobie, nie musiałabyś samotnie spędzać walentynek. A do tego na pewno dojdzie.

– Tak, wiem, to już niedługo. Zbliża się czarna niedziela, zaznaczyłam ją w kalendarzu. I właśnie z tego powodu zbiera się moja grupa. Przed każdym świętym Walentym moi pacjenci popadają w szczególnie ciężką depresję. Chciałabym im uzmysłowić, że nie tylko zakochani potrafią być szczęśliwi.

Nie przekonało to Pam.

– No cóż, myślę, że nie powinnaś dla tej idei poświęcać swojego życia osobistego.

– Biorąc pod uwagę specyficzne walory Gordona, nie ma mowy o żadnym poświęceniu. Znikam. Na dzisiejszą sesję przychodzi Gina, więc muszę być trochę wcześniej, by przedstawić ją grupie.

Pam w dramatycznym geście uniosła ręce do góry.

– A co z Gordonem? Chyba mu się spodobałaś i będzie chciał się z tobą znów umówić. Co ja mu powiem?!

– Że wyskoczyłam przez okno.

Ku zdziwieniu Rachel Gina z łatwością zaadoptowała się w grupie terapeutycznej. W niespełna kwadrans zaprzyjaźniła się z Irmą, która wciąż rozmawiała ze swoim zmarłym mężem, oraz z Frankiem, który rozpaczliwie poszukiwał towarzyszki do łowienia okoni. Ze zrozumieniem wysłuchiwała też opowieści Lacie, tancerki topless, nie mogącej pozbierać się po tym, jak opuścił ją chłopak.

Gina siedziała na sofie, trzymała w ręku pustą filiżankę i mówiła:

– Porzucił mnie dla kobiety, którą widziałam w przedstawieniu zatytułowanym „Kiedyś byłam mężczyzną”.

– O rety – mruknęła Irma – to jeden z tych transylwańczyków.

– Nie, z Transylwanii pochodzą wampiry, na przykład książę Dracula – sprostowała Lacie, która przyłączyła się do grupy przed miesiącem. Ubrana była w jaskrawozielony trykot i różowe tenisówki. Na swoje studia baletu klasycznego zarabiała, tańcząc w podłym barze.

– To byłby interesujący show, męskie wampiry w babskich kieckach.

Rachel uśmiechnęła się i utwierdziła w przekonaniu, że randki z takimi Gordonami są o niebo nudniejsze od seansów terapeutycznych z jej grupą.

– Tych, którzy się przebierają, nazywamy transwestytami, a tutaj należałoby mówić o transseksualizmie.

– Właśnie – powiedziała Gina. – Myślę, że nowa miłość mojego męża jest transseksualistką. Ma na imię Paula. Paul, Paula, wiecie, o co mi chodzi?

– Och – westchnęła Irma. – Zupełnie jak w tym filmie „Wiktor czy Wiktoria”.

Rachel potrząsnęła głową. Świetnie znała ten film, ponieważ dzięki wspaniałej scenie z karaluchami było to, rzecz oczywista, ulubione dzieło Russella.

– W tym filmie była kobieta udająca mężczyznę udającego kobietę.

Zakłopotany Frank zmarszczył brwi.

– No to gdzie tu wampiry?

– Myślę, że trochę odbiegliśmy od tematu – szybko zainterweniowała Rachel. – Zebraliśmy się, by porozmawiać o małżeńskich problemach Giny.

Gina westchnęła.

– Muszę wreszcie pogodzić się z tym, że moje małżeństwo to już przeszłość, i zacząć wszystko od nowa.

– Tak trzymaj, kochanie – poradziła jej Irma, emerytowana kosmetyczka, która absolutnie nie wyglądała na swoje siedemdziesiąt lat. Przyłączyła się do grupy po śmierci męża. Była bardzo przyjazna i chętnie udzielała koleżankom z grupy fachowych porad. – Co powiesz o nowym makijażu? Dobry nawilżający podkład uczyni cuda z tymi zmarszczkami. Powinnaś też pomyśleć o szmince. Zobaczysz, od razu poczujesz się jak nowo narodzona.

Gina westchnęła i oparła głowę o sofę.

– Jestem chyba na to już za stara. Nawet mi się nie chce myśleć o facetach.

– Wyglądasz świetnie – powiedziała Lacie. – A poza tym, według mnie, bardzo dobrze znosisz rolę porzuconej żony.

– Nie za bardzo. Gdyby Rachel nie wybiła mi z głowy pomysłu o wzmocnieniu kawy męża trutką na szczury, pewnie gniłabym już w więzieniu. Wie, co czuję, bo sama została porzucona przez Russella.

Rachel ujrzała wlepione w siebie trzy pary oczu.

– Kim jest Russell? – zapytała Lacie.

– Doktor Grant, czy byliście małżeństwem? – zawtórowała jej Inna.

Frank gapił się na nią przez dłuższą chwilę z otwartymi ustami, wreszcie zdobył się na stwierdzenie:

– Zawsze myślałem, że jest pani lesbijką.

Rachel postanowiła, że przy najbliższej okazji doprawi kawę Giny odpowiednią dawką trucizny.

– Nie, Frank, nie jestem lesbijką. Ale zebraliśmy się tu nie po to, by mówić o mnie.

– Russell był jej narzeczonym – wyjaśniła niezrażona niczym Gina. – Opuścił ją w zeszłym roku, w dniu świętego Walentego.

– Nie ma o czym mówić – upierała się Rachel.

– To straszne! – wykrzyknęła Lacie. – W tak romantyczny dzień porzucić kobietę.

– A cóż w nim jest takiego romantycznego – zaprotestowała Irma. – Święty Walenty każdego roku przypomina mi o mojej starości i samotności.

– Walentynki są już za kilka tygodni. – Rachel najwyraźniej nie miała ochoty rozmawiać o byłym narzeczonym. – Jak sobie z tym radzicie?

– Kiepsko – powiedział Frank. – Wolałbym spędzać ten dzień na środku jakiegoś jeziora, z dala od ludzi.

Kiedyś pracował jako elektryk, teraz większość czasu spędzał na swojej łodzi. Gdy jego żona pół roku temu zażądała rozwodu, w pozwie napisała: „Mój mąż nieustannie zdradza mnie z szerokoszczękimi okoniami”.

– W tym dniu czuję się jak nieudacznica życiowa – zwierzyła się Lacie.

– To najbardziej żałosny dzień w roku – dodała Irma.

Rachel rozejrzała po smutnych twarzach uczestników terapii. Sama też z niepokojem oczekiwała walentynek, ponieważ wiedziała, że jej siostry ulegną powszechnemu szaleństwu i staną na głowie, by wysłać ją na kolejną, koszmarną randkę.

– Rozumiem was. Przez wiele tygodni wszędzie trąbią o walentynkach. Ciągle ktoś coś organizuje. Parada Kupidyna, Tańce Zakochanych, wybory Najbardziej Romantycznej Pary Roku.

– I nie zapominajmy o tych niezwykle seksistowskich wyborach Miss Walentynek – przypomniała im Gina. – Co to za pomysł, by w środku lutego paradować przez miasto w kostiumach bikini?

Matka Rachel została Miss Walentynek ponad trzydzieści lat temu. W dzieciństwie wszystkie siostry często biegały po domu w koronie dawnej miss, z szarfą i w za dużych szpilkach.

Gdy były nastolatkami, z zapałem dekorowały taneczne sale balonikami i wstążkami, w nadziei że jakiś chłopak poprosi którąś z nich do Tańca Zakochanych.

– A najgorsi są turyści – parsknęła ze złością Irma. – Kłębią się wszędzie, przychodzą całować się i obmacywać do kin i restauracji, nie można przejść spokojnie przez miasto.

Gina przytaknęła.

– To jest jak epidemia, niestety mieszkamy w Mieście Miłości i walentynki trwają tu nie jeden dzień, ale cały miesiąc. Czujesz się prawie jak przestępca, jeśli nie wykupisz losu na Loterii Zakochanych. Love to naprawdę cholerne miasto.

W zeszłym roku Rachel pod presją wykupiła nieszczęsny los. Zmuszono ją również, by upiekła ciasteczka w kształcie serduszek, sprzedawane podczas Karnawału Kupidyna. Musiała się też zgodzić, by jedną z nagród w Loterii Zakochanych był bezpłatny seans psychoterapeutyczny. Zdobywca szczęśliwego losu zażądał od Rachel, by poddała terapii jego znerwicowaną papugę.

– I jeszcze jedno – dodała Irma. – Chciałabym choć raz zrobić zakupy bez patrzenia na tę wielką, ohydną fontannę Kupidyna, sterczącą na środku rynku. Mogliby temu Kupidynowi chociaż włożyć majtki!

Frank stłumił chichot.

– Przynajmniej miasto zarabia na drobniakach, które garściami wrzucają tam ludzie przepełnieni nadzieją, że spełnią się ich miłosne życzenia.

Lacie pociągnęła nosem.

– Uwierz mi, to zupełnie nie pomaga. Utopiłam tam napiwki z całego tygodnia, a mój chłopak i tak do mnie nie wrócił.

– Musicie być ostrożni z tymi życzeniami – ostrzegła Gina. – Czasami się jednak spełniają. Ja na przykład prosiłam o to, by mój mąż wykazał większe zainteresowanie seksem. I tak się stało, tylko że w stosunku do innej kobiety. Ten nasz Kupidyn ma chyba scentrowane oko, bo źle trafia do celu.

Irma ciężko westchnęła.

– Coś mi się wydaje, że nikt z nas w tym roku nie będzie startował w konkursie na Najbardziej Romantyczną Parę Roku.

– Całe to świętowanie miłości wprowadza mnie w fatalny, depresyjny nastrój – powiedział Frank.

– To dlatego, że jesteśmy samotni – mruknęła Lacie. – Gdybyśmy byli zakochani, nam też udzieliłby się walentynkowy nastrój.

– Posłuchajcie – przerwała Rachel, chcąc podnieść ich na duchu. – Wciąż o czymś zapominamy. Nie tylko zakochany człowiek może być szczęśliwy.

– Wiem, o czym pani mówi, doktor Grant – westchnęła Lacie. – Ale trudno zachować równowagę ducha, gdy wokół wszyscy dostają kwiaty, bombonierki i seksowną bieliznę.

– Hej, nie wszyscy! – przerwała Gina. – Jedyną rzeczą, jaką zawsze dostawałam od mojego męża, był wirus grypy. – Wymownie spojrzała na Rachel. – Być może Russell najbardziej kochał swoje robaki, ale musisz przyznać, że nigdy nie zapominał o walentynkach. W zeszłym roku przysłał ci piękny bukiet pąsowych róż.

Widząc, że wszyscy w grupie są tak otwarci i szczerzy, Rachel doszła do wniosku, że nie może ich dłużej oszukiwać.

– To nie Russell przysłał mi te kwiaty.

Zdumiona Gina na chwilę zastygła z otwartymi ustami.

– Przecież widziałam bilecik, było na nim napisane: „Na zawsze Twój Russell”.

– To było oszustwo – przyznała Rachel.

– Co za wariat zrobił coś takiego?

Policzki Rachel oblał rumieniec.

– Ja.

Nikt się nie odezwał ani słowem. Wreszcie Gina nieśmiało zapytała:

– Sama sobie wysłałaś kwiaty? I sama napisałaś bilecik?

– To głupie, prawda? – Rachel zacisnęła palce na ołówku. Przypomniała sobie, jak bardzo przeżywała nagły wyjazd narzeczonego. Postanowiła udawać, że dostała od niego kwiaty, by uniknąć kłopotliwych pytań. – To była chwila słabości, udzieliło mi się walentynkowe szaleństwo.

Irma uśmiechnęła się.

– Kochanie, to zupełnie zrozumiałe. Możemy udawać, że potrafimy być szczęśliwi bez miłości, ale dzień świętego Walentego uzmysławia nam, że jest inaczej. A jak mawiał mój mąż: „Jeśli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego”.

Gdy rozległy się potakujące głosy, Rachel uzmysłowiła sobie straszliwą prawdę. Zawiodła ich. Lecz to, że kiedyś, w chwili słabości, wysłała sobie kwiaty, nie zmieniło jej zdania. Była szczerze przekonana, że każdy jest kowalem swojego szczęścia. Miłość jest wprawdzie pięknym, ale wcale niekoniecznym uzupełnieniem szczęścia. Teraz musiała o tym przekonać swoją grupę.

Uśmiechnęła się pod wpływem nagłego pomysłu.

– Dlaczego mielibyśmy się do nich przyłączyć?

– Do czego pani zmierza, doktor Grant?

– No cóż, chyba nie jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy nie znoszą tego święta. Mieszkańcy Love są zmuszani do obchodzenia tego najbardziej przygnębiającego dnia w roku. Już czas, by ich od tego uwolnić.

– Ho, ho! – Gina wyprostowała się na sofie. – Znam to twoje spojrzenie. Miałaś takie samo, gdy wypuściłaś przed lekcją biologii wszystkie żaby.

– Co pani ma zamiar zrobić, doktor Grant? – zapytała Irma.

– Mam zamiar ogłosić bojkot dnia świętego Walentego.

Wszyscy patrzyli na nią w milczeniu, ale im dłużej Rachel o tym myślała, tym bardziej pomysł się jej podobał. Żadnych kwiatów, idiotycznych pocztówek, przeterminowanych bombonierek i cholernych czerwonych serduszek.

– Chyba się to pani nie uda – powiedziała Irma.

– Dlaczego nie?

– Bo to tradycja – stwierdził Frank.

– To przecież wydarzenie roku – poparła go Gina.

– Grypa też jest wydarzeniem roku, a mimo to ze wszystkich sił próbuję jej unikać – skontrowała Rachel.

– Naprawdę zamierza pani zbojkotować ten dzień? – zapytała Lacie.

– Nie tylko zamierzam, po prostu tak zrobię. – Dlaczego nie wpadła na ten pomysł wcześniej? Działanie jest najlepszym lekarstwem na stres. Wyczuła, że początkowa apatia grupy ustępuje miejsca nastrojowi oczekiwania. – Już to mówiłam i powiem jeszcze raz. Można być szczęśliwym bez miłości. Nie ulegajmy presji otoczenia, żyjmy po swojemu. Nie musimy obchodzić święta, które nas nie dotyczy.

Zaraziła ich swoim entuzjazmem. Zaczęli mówić jeden przez drugiego, co chwila wybuchając śmiechem.

– Kto jest ze mną? – zapytała Rachel. Przez jej głowę przebiegały setki pomysłów.

– Możesz na mnie liczyć – ze złośliwym uśmieszkiem powiedziała Gina. – Morderstwo jest karalne, ale pikietowanie nie jest nawet wykroczeniem.

– Wchodzę w to – zadeklarowała Lacie. – A pierwszą rzeczą, jaką zrobię, to odmówię występów w tych idiotycznych majtkach z dziurkami w kształcie serduszek.

Frank rozpromienił się.

– To znaczy, że nie będę musiał przebierać się za Kupidyna i jak głupek sterczeć na naszej klubowej łodzi. Zawsze nienawidziłem paradowania w tych obcisłych, czerwonych rajstopach. Nie jestem żadnym cholernym transylwańczykiem.

Irma wstała i unosząc wypielęgnowaną dłoń, krzyknęła:

– Samotni wszystkich krajów, łączcie się!