Nowy wizerunek - Jackie Braun

Nowy wizerunek

0,0

Kiedy Alec, szef firmy Świat Dziecka, mówi dziennikarce, że nie przepada za dziećmi, rozpętuje się medialna burza. Na prośbę rady nadzorczej Alec zaczyna pracować nad nowym, cieplejszym wizerunkiem, chociaż nie wierzy w takie głupoty. Ma inaczej się ubierać? Bzdura, garnitur to podstawa i zawsze się sprawdza. Rozdawać nieszczere uśmiechy na imprezach dla dzieci? Niedoczekanie. A może jeszcze całować lepkie od słodyczy buzie? Nie, Julia, jego konsultantka, niewiele wskóra. Nieważne, co zaproponuje, on zgodził się na tę szopkę tylko dla świętego spokoju…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Od dzieci trzymam się jak najdalej. – Jeszcze nim dziennikarka uniosła brwi, uzmysłowił sobie, jak beznadziejnie się pogrążył. Tak chlapnąć! Trudno będzie się z tego wykręcić. – To się wytnie, prawda? – Zaśmiał się z przymusem.

– Udziela pan wywiadu, panie McAvoy. Nic nie będzie wycięte – ze spokojem odparła dziennikarka.

Nie mógł pozbyć się wrażenia, że tylko czeka na moment, gdy będzie mogła roześmiać się na cały głos. Była bardzo młoda, dopiero stawiała pierwsze kroki w zawodzie, chciała zaistnieć w branży, wyrobić sobie nazwisko. I oto nadarzyła się wymarzona okazja.

– Oczywiście. Ale to chyba jasne, że tylko zażartowałem, gdy spytała pani, czy lubię dzieci. A prawda jest taka, że przepadam za dziećmi. Są wspaniałe, po prostu cudowne. – Zwłaszcza gdy zachowują się cicho, a najlepiej śpią. Lecz tym razem zachował te myśli dla siebie.

– Może to i żart, ale ma swoją wymowę, szczególnie w ustach szefa spółki specjalizującej się w produktach dla dzieci i niemowląt.

Alec McAvoy wiedział doskonale, że wpadł po uszy. Gorzej być nie mogło.

Próbował zatrzeć fatalne wrażenie, wycofać się z niezręcznych słów, uciekał się nawet do flirtowania z młodziutką dziennikarką, lecz nie na wiele to się zdało. Wywiad ukazał się w internetowym wydaniu „American CEO” i oczywiście nie zabrakło w nim tej nieszczęsnej wypowiedzi. Dziennikarka nie omieszkała dołączyć jego wyjaśnienia, że miał to być „żart”. W cudzysłowie, co dodatkowo wzmocniło nieszczery wydźwięk tłumaczenia. Cóż, takie wpadki się zdarzają. Mógłby pocieszać się, że po prostu popełnił gafę, o której ludzie szybko zapomną, gdyby nie to, co znalazło się w dalszej części artykułu. Dziennikarka wzięła na spytki jego byłą dziewczynę, Laurel McCain. Rozstali się w bardzo nieprzyjemny sposób sześć miesięcy temu. Laurel nalegała na ślub, już widziała siebie jako panią McAvoy, natomiast on chciał jak najszybciej zakończyć ten związek. Nic więc dziwnego, że z dziką rozkoszą skorzystała z okazji, by się odegrać, i zrobiła wszystko, by nadszarpnąć jego reputację.

– Alec czuje się nieswojo w towarzystwie dzieci, nie potrafi odnaleźć się w takiej sytuacji – zapewniała w wywiadzie. – Byliśmy ze sobą prawie dwa lata, a mogę na palcach jednej ręki policzyć, ile razy zabraliśmy gdzieś z nami moje dzieci. – Nie wspomniała jednak, że to ona nie chciała ich ze sobą ciągać. – Czy zaskoczyło mnie, kiedy został powołany na szefa spółki Świat Dziecka? Oczywiście, i to jak! – mówiła dalej. – Proszę mnie źle nie zrozumieć. Alec jest świetnym biznesmenem, lecz jako matka zawsze sądziłam, że dla tej firmy liczy się coś więcej niż tylko zysk.

Wystarczyło kilka godzin, żeby temat podchwycili internauci. Kwieciste komentarze pojawiły się na kilku popularnych blogach, wywołując szeroki odzew poruszonych matek. Huczało o nim na Facebooku i na Twitterze, rozgorzała gorąca, zataczająca coraz szersze kręgi dyskusja.

Od tamtej pory minął tydzień. Pełen złych przeczuć Alec wjeżdżał windą na najwyższe, trzydzieste piętro siedziby firmy w centrum Chicago, ulokowanej tuż nad rzeką Chicago. Niedługo się zacznie zwołane w trybie nadzwyczajnym zebranie rady nadzorczej. To nie wróżyło dobrze.

Naprawdę wpadł po uszy.

Zżerający go niepokój jeszcze się pogłębił, gdy wszedł do sali konferencyjnej i ujrzał ponure twarze kilkunastu członków rady nadzorczej siedzących wokół owalnego stołu z lakierowanego wiśniowego drewna. Przewodniczący Herman Geller oparł na blacie złożone dłonie i czekał, aż Alec zajmie miejsce. Mimowolnie skojarzył mu się z dyrektorem szkoły wzywającym ucznia na dywanik.

– Dziękuję, że udało ci się zmodyfikować dzisiejszy plan i stawić się na nasze zebranie – zagaił Herman. – Wiemy, że jesteś bardzo zajęty, szczególnie teraz.

Alec skinął głową i uśmiechnął się z przymusem. Zawsze uważał, że atak jest najlepszą obroną, więc przejął inicjatywę:

– Serdecznie wszystkim dziękuję za poświęcony czas. Chciałbym jeszcze raz przeprosić i wyrazić żal za moją... niezręczną wypowiedź. Absolutnie zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej przeze mnie znalazła się firma, i chciałbym każdego z państwa zapewnić, że robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby temu zaradzić. Dział marketingu pracuje na pełnych obrotach. Chcemy dotrzeć do naszych klientów i przekonać ich, że dla firmy Świat Dziecka liczy się nie tylko zysk. Zaplanowaliśmy nową kampanię reklamową pod nazwą „Jedna Wielka Rodzina”, której przesłaniem będzie pokazanie naszym odbiorcom, że jesteśmy z nimi w każdym momencie, stanowimy jedność.

– Owszem, kilka dni temu dostałem twoją informację na ten temat. Zwłaszcza przypadł mi do gustu pomysł zamieszczenia fotek dzieci naszych pracowników – rzekł Herman, jednak po jego minie widać było, że to go nie satysfakcjonuje. Potarł palcem brew. – Alec, nie chodzi tylko o naszych klientów. Również o naszych akcjonariuszy.

Alec skinął głową, sięgnął po stojącą przed nim szklankę z wodą z lodem. Czuł suchość w gardle. Upił porządny łyk, lecz niewiele to pomogło.

– Tak jak rada nadzorcza, też jestem bardzo rozczarowany spadkiem kursu naszych akcji na giełdzie. – W ciągu ostatnich dni ich wartość dramatycznie spadła, co natychmiast podchwyciły lubujące się w czarnowidztwie media. – Wystosowałem pismo do naszych inwestorów, które powinno ich uspokoić. – Potarł palcem oszronioną szklankę. Gardło go wręcz paliło, ledwie się zmusił do wypowiedzenia tych słów: – Jeszcze raz przepraszam i zapewniam, że złożę dymisję, jeśli w ciągu trzech miesięcy wartość akcji nie wróci do wcześniejszego poziomu.

– To bardzo chwalebne podejście – rzekł Herman. – Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Nie chcielibyśmy stracić człowieka twojego formatu.

Doskonale wiedział, że to tylko słowa. Ani chwili by się nie zastanawiali, gdyby zaszła taka potrzeba. Zwolnią go bez mrugnięcia okiem. Jednak wszystko wskazuje na to, że na razie jego posada nie jest zagrożona. Spotkali się tu z jakiegoś innego powodu. Zaczął się odprężać.

– Dlatego wczoraj zwołaliśmy nadzwyczajne zebranie – powiedział Herman. – Musimy chwytać się wszystkich sposobów, żeby odbudować naszą pozycję i zminimalizować straty. Postanowiliśmy skorzystać z pomocy konsultantki.

Już wczoraj obradowali? Dwa zebrania w tak krótkim czasie? O wczorajszym nie miał bladego pojęcia. To nie rokowało dobrze.

– Konsultantki? – Był zły na siebie, bo głos mu niebezpiecznie zadrżał.

– Tak. Ma świetne opinie i jest gotowa zacząć natychmiast.

– Już były prowadzone z nią rozmowy? – Alec aż zamrugał. Co tu się wyrabia?! Zebranie zwołano nie po to, by zasięgnąć jego opinii, ale po to, by przedstawić decyzję powziętą przez radę nadzorczą. Czegoś takiego absolutnie się nie spodziewał. Wszystko działo się za jego plecami!

– Biorąc pod uwagę okoliczności, postanowiliśmy działać bezzwłocznie. Nasi akcjonariusze domagają się szybkiej reakcji.

Dexter Roth z marketingu strasznie się wkurzy, pomyślał Alec. Tak samo Franklin Kirby, człowiek od reklamy. Już wcześniej ustalili, że najlepszym rozwiązaniem będzie szeroko zakrojona kampania, zmasowany atak w mediach. Początek zaplanowali na ten weekend. Jego ludzie nie będą zachwyceni, gdy zewnętrzny konsultant zacznie im się w to mieszać, a już nie daj Bóg, narzucać własne zdanie.

Kiedy wyłuszczył swoje obawy radzie nadzorczej, Herman oznajmił:

– Julia Stillwell, co oczywiste, włączy się w kampanię „Jedna Wielka Rodzina”. Jest specjalistką od wizerunku.

– Od wizerunku... – Alec w zdumieniu uniósł brwi.

– Owszem. – Herman patrzył na niego nieruchomym wzrokiem, natomiast pozostali starannie unikali wzroku Aleca. – Jakkolwiek by na to patrzeć, jesteś twarzą tej firmy, więc ludzie powinni lepiej cię poznać, polubić, poczuć, że jesteś kimś, komu warto zaufać. Uwierzyć, że choć wciąż nie założyłeś rodziny i nie masz dzieci, nie jesteś nastawiony antyrodzinnie ani przeciwko dzieciom.

– Bo nie jestem. – Nie pociągało go życie rodzinne, nie szukał żony, nie marzył o dzieciach, co wcale nie znaczyło, że był wrogiem małżeństwa czy rodzicielstwa. Niektórzy mężczyźni są stworzeni do roli męża i ojca, ale on się do nich nie zaliczał.

Być może zaważyły na tym osobiste doświadczenia. Nie wychował się w typowej rodzinie. Ponad wszelką miarę wyluzowani rodzice, którzy bez umiaru szastali pieniędzmi i bez ustanku gonili za szaloną zabawą, pozbywali się kłopotu, wysyłając syna do szkół z internatem. Nie zaznał rodzinnego ciepła, poznał natomiast doskonale coś, co można by nazwać lodowatym piekłem. I tylko to mógłby dać od siebie, bo tylko takie wzorce otrzymał, a były one najgorsze z możliwych. Dlatego teraz, jako człowiek dorosły i w pełni odpowiedzialny, wybrał żywot singla, by nikogo nie skrzywdzić. Przecież nie skaże kolejnego dziecka na takie dzieciństwo, jakie stało się jego udziałem, to znaczy samotne i ziejące emocjonalnym chłodem. Szkoła z internatem, ferie i wakacje pod opieką kolejnych niań lub płatnych opiekunów... To właśnie było to lodowate piekło.

– Świetnie – rzekł Herman, spoglądając na zegarek. – Za niecałą godzinę masz pierwsze spotkanie. Pani Stillwell ma bardzo napięty plan, ale zgodziła się wykroić chwilę, żeby cię przyjąć.

– To mi się poszczęściło – mruknął, po czym uśmiechnął się z przymusem, żeby przypadkiem ktoś nie wziął mu za złe tej uwagi.

– Przyjmie cię w swoim biurze. Twoja sekretarka zna adres. Pani Stillwell prosiła, żebyś się nie spóźnił. Zaraz po tobie ma coś pilnego.

– W takim razie już jadę.

Odsunął krzesło i wstał. Denerwował się, wchodząc do sali, ale gdy z niej wychodził, wprost cały się gotował. Specjalistka od wizerunku... Po prostu pięknie!

– Powodzenia – rzucił na pożegnanie Herman.

Wcale nie poprawiło mu to nastroju.

Julia Stillwell zerknęła na zegarek i spojrzała na zegar wiszący na ścianie. Alec McAvoy powinien wejść za minutę i czterdzieści osiem sekund. Miała dla niego trzydzieści minut. Punktualność była dla niej podstawą. Jeśli ktoś się spóźniał, to jednoznacznie dawał do zrozumienia, że nie liczy się z jej czasem, bo swój uważa za cenniejszy. Okazywał absolutny brak szacunku, a jednocześnie burzył jej napięte plany.

Dla samotnej matki wychowującej dwójkę małych dzieci każda zmiana oznaczała kolejne problemy. Jeśli praca zatrzyma ją dłużej, spóźni się po dzieci do szkoły. W rezultacie Danielle nie zdąży na czas na zajęcia taneczne, a Colin na piłkę czy cokolwiek innego, co było zaplanowane na popołudnie. Wciąż była w biegu i wciąż musiała mierzyć się z niespodziewanymi wyzwaniami. Wmawiała sobie, że takie życie jest nieustającą przygodą, lecz w dni takie jak dzisiaj nie za bardzo było jej z tym dobrze.

Nie spała od czwartej rano. Dziewięcioletnia Danielle wyrwała ją ze snu, bo wystraszony sennym koszmarem sześcioletni braciszek wgramolił się jej do łóżka. Julia dokładnie obejrzała pokój, zajrzała pod łóżko i do szafy, po czym solennie zapewniła, że nigdzie nie ma nawet śladu strasznego potwora, lecz chłopczyk nadal trząsł się ze strachu. Skończyło się tym, że cała trójka wylądowała w jej łóżku.

Zdusiła ziewnięcie, jeszcze raz popatrzyła na zegar. Alec McAvoy już jest spóźniony. Kiedy przyjdzie – zakładając, że w ogóle się tu pojawi, nim będzie musiała wyjść – poczęstuje go kawą, a przy okazji sama się napije. Nie ma mowy, żeby została dłużej. Przeznaczyła dla niego trzydzieści minut, a jeśli nie wykorzysta tego czasu, to już jego problem. Wprawdzie jej płaci, a raczej płaci za niego firma, lecz jego czas mija. Zaś ona ma ciekawsze rzeczy do zrobienia, na przykład zawieźć Colina na piłkę.

Dla takiej grubej ryby jak pan McAvoy jej podejście zapewne jest niezrozumiałe i niedopuszczalne. Choć może ocenia go niesprawiedliwie? Pozwolił sobie na jedną nieprzemyślaną wypowiedź, która natychmiast go pogrążyła. W dodatku poważnie ucierpiała reprezentowana przez niego firma, straty idą w miliony dolarów. Zagalopował się? Nie ugryzł się w porę w język? To bardzo prawdopodobne. Bo na pewno nie był to żart, w to ani przez moment nie wierzyła.

Na gruncie prywatnym i zawodowym poznała wielu takich jak on. Mężczyzn, dla których życie rodzinne, a zwłaszcza dzieci, było problemem i męczącym obciążeniem. To dlatego, choć była wdową już od czterech lat, zaledwie kilka razy wybrała się na randkę. Wzbudzała zainteresowanie do momentu, w którym wychodziło na jaw, że ma dwójkę dzieci. A wtedy kolejni panowie błyskawicznie się zmywali. To tylko ich strata, pocieszała się Julia.

Popatrzyła na teczkę z informacjami na temat McAvoya. Sam jest sobie winien, skoro się spóźnia.

Przysiadła bokiem na krawędzi biurka, sięgnęła po teczkę i jeszcze raz przerzuciła papiery. Niecierpliwiła się coraz bardziej. Popatrzyła na dołączone do dokumentów zdjęcie. Przystojny mężczyzna po trzydziestce ubrany w elegancką, z pewnością szytą na miarę antracytową marynarkę, ciemnoniebieską koszulę i krawat z jedwabiu w klasyczny wzorek. W kieszonce na piersi chusteczka z tego samego materiału.

– Założę się, że nigdy nie wytarł nią dziecinnego noska – skomentowała kąśliwie, wiedząc przy tym doskonale, co to dla niej oznacza. Przecież ma za zadanie przekonać matki, że ten gość wcale nie jest źle nastawiony do dzieci.

Co z pewnością się nie powiedzie, jeśli sama maksymalnie się w to nie zaangażuje. Nie musi lubić klienta, ważne, żeby wszyscy inni go polubili. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby jej również przypadł do gustu, to znaczy gdyby w kontaktach okazał się równie ujmujący, jak ciemne oczy i seksowny uśmiech. Zmarszczyła czoło, znowu zerknęła na zegarek. Alec McAvoy przegina, tak bardzo się spóźniając. Przez niego siedzi tu niepotrzebnie. Włożyła wiele trudu, żeby znaleźć dla niego czas, musiała przełożyć umówione spotkanie.

Piętnaście minut później niecierpliwie przebierała nogami, gdy ktoś zapukał do drzwi. Sandy, jej asystentka, wsunęła głowę do środka. Na jej twarzy malował się niepokój. Doskonale znała awersję szefowej do spóźnialskich. Sama, gdy zaczynała u niej pracować, kilka razy wysłuchała przemowy na ten temat.

– Przyszedł pan McAvoy. Mam go wprowadzić czy przełożyć spotkanie na inny dzień?

Chętnie przystałaby na to ostatnie, jednak czuła się zobowiązana względem rady nadzorczej firmy Świat Dziecka.

– Przyjmę go teraz. Zostało mi jeszcze kilka minut do wyjścia.

Przykazała sobie, że ma być dla niego miła i entuzjastycznie nastawiona do sprawy. Jeśli jej wysiłki pójdą na marne i opinia publiczna nie kupi nowego wizerunku McAvoya, niech to nie będzie jej wina. Nie może niczego zaniedbać. Klient będzie mógł mieć pretensje tylko do siebie, dodała w duchu, patrząc na owego klienta, który właśnie wszedł do gabinetu.

Już na pierwszy rzut oka było widać, że zjawił się tu wbrew sobie. Nie chciał tu być, co gorsza, był wściekły, że go do tego zmuszono. Posępnie zaciśnięte usta jasno o tym świadczyły.

Jeden z tych, co to zawsze chcą grać pierwsze skrzypce. I bardzo nie lubią, gdy ktoś coś im narzuca, mówi, co mają robić, nieważne, w jakiej sprawie. Miała tylko nadzieję, że ten klient da sobie przemówić do rozsądku i nie będzie marnować jej cennego czasu. Przyjmie do wiadomości, że chodzi o jego dobro, i da się przekonać, że grają w jednej drużynie.

Był wyższy, niż się spodziewała, miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt. I znacznie szerszy w barach, niż sądziła po zdjęciu. Było oczywiste, że ten wygląd zawdzięczał w głównej mierze systematycznym zajęciom na siłowni lub boisku, a nie tylko świetnie skrojonej, szytej na miarę marynarce.

Gdy tak przyglądała mu się taksującym spojrzeniem, niespodziewanie obudziła się w niej dziwna czujność, coś, co nie zdarzyło się jej od bardzo dawna. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, na co Alec McAvoy lekko uniósł ciemne brwi. Miał oczy w odcieniu butelkowej zieleni.

Wyczuła, że on również przeżył moment zaskoczenia. Przez mgnienie kobieca próżność podszeptywała, że powód był ten sam, co w jej przypadku, to znaczy chodziło o natychmiastowy i nieokiełznany pociąg fizyczny. Jednak odepchnęła od siebie tę myśl, nie tylko śmieszną i głupią, lecz także zupełnie do niej niepasującą. Owszem, był zaskoczony, ale dlatego że spodziewał się ujrzeć kogoś zupełnie innego. Wielu klientów tak reagowało. Robiła wrażenie słabej kobietki, kojarzyła się z nauczycielką ze szkółki niedzielnej czy matką z komitetu rodzicielskiego – w tych rolach rzeczywiście czasem występowała – a na pewno nie z osobą wpływającą na media i kształtującą opinię publiczną. Kiedyś jeden z klientów stwierdził, że to jej ogromny atut. Też tak uważała i zawsze korzystała z tego atutu.

– Panna Stillwell? – zapytał, a w jego głosie zabrzmiało zdumienie.

– Pani – odparła.

– Ach. – Skinął głową. – Oczywiście.

Czy jej się wydawało, że powiedział to z leciutką drwiną?

Wyciągnął do niej rękę. Była duża i ciepła, jej dłoń niemal w niej zatonęła.

– Zechce pan usiąść, panie McAvoy. – Wskazała fotel przy biurku. Gdy usiądzie, nie będzie jej tak przytłaczać.

– Tylko nie to. – Potrząsnął głową.

– Słucham? – Zapowiada się ciekawie, pomyślała, szykując się do dyskusji.

Jak się okazało, niepotrzebnie, bo Alec McAvoy dodał:

– Możemy dać sobie z tym spokój? To znaczy darujmy sobie te oficjalne formy, dobrze? Czuję się, jakbym znów był w szkole z internatem.

Szkoła z internatem. Czyli pochodzi z zamożnej rodziny i przywykł, że należy mu się więcej niż innym. To musiało wpłynąć na jego charakter.

– Niech zgadnę. Miewał pan wtedy kłopoty z władzami szkolnymi.

– Zdarzało się. – W zielonych oczach przemknęło coś na kształt buntu. – Zasady są po to, żeby je łamać.

– Ja tak nie uważam. A jedną z moich zasad jest punktualność – zakończyła znacząco.

– Domyślam się, że spodziewa się pani przeprosin za spóźnienie.

– Skoro pan to powiedział, to byłby dobry początek.

– Przepraszam. – Wygiął usta w uśmiechu.

Puls jej przyśpieszył, ale oczywiście zignorowała to i skrzyżowała ramiona.

– Naprawdę na więcej pana nie stać? Nic dziwnego, że rada nadzorcza Świata Dziecka zwróciła się do mnie o pomoc.

Jego uśmiech rozwiał się bez śladu.

– Potrafię być wymowny, gdy tego chcę – odparł, przesuwając po niej wzrokiem.

Poczuła się jak obnażona, choć ubrana była służbowo, czyli nad wyraz przyzwoicie, a już dekolt był po prostu nobliwy.

Zaraz potem McAvoy uśmiechnął się uwodzicielsko. Do diabła, ten uśmiech kojarzył się z romantyczną sytuacją, był idealny na grę wstępną. Powinna poczuć się dotknięta, urażona, a przynajmniej zirytowana. Tak się jednak nie stało. Ten uśmiech obudził ją... przywołał do życia.

Tym bardziej ją to zdenerwowało.

– Coś musimy sobie wyjaśnić, panie McAvoy – oznajmiła. – Nie mam nic przeciwko pochlebstwom. Powiem szczerze, że czasami bywają bardzo pomocne, zwłaszcza w mojej pracy, ale tak się składa, że jestem na nie uodporniona. Nie spotykamy się tu towarzysko, jest pan moim klientem. Te zabójcze spojrzenia niech pan zachowa dla swojej dziewczyny.

– Powiedziane prosto z mostu. – Znów uniósł brwi.

– Nie owijam niczego w bawełnę i mówię bez ogródek. Po co miałabym się w to bawić? To dobre dla dzieci.

– No właśnie, dlatego tu jestem. Chodzi o dzieci, a dokładniej o mój wizerunek. – Skrzywił się cierpko.

– Przyszedł tu pan wbrew sobie, jak sądzę.

– Tak, ale nie miałem wyboru.

Czyli nie tylko ja walę prosto z mostu, pomyślała.

– Strasznie pan namieszał, panie McAvoy.

– To prawda, ale wolałbym sam się z tego wybronić.

– Sam się z tego wybronić – powtórzyła drwiąco. – Cóż, podoba mi się takie podejście, ale nie mogę powiedzieć: „W takim razie żegnam, wolna droga”, bo z jakichś powodów to mnie zlecono zadanie oczyszczenia pana imienia, a także wyciągnięcie akcji Świata Dziecka z giełdowego dołka. Dlatego pan tu się zjawił, choć wbrew własnej woli. Może pan mnie sabotować, kwestionować moje kwalifikacje, rzucać mi kłody pod nogi, innymi słowy, wypowiedzieć mi wojnę, albo pomoże mi pan sobie pomóc.

Przez chwilę milczał, wreszcie odetchnął głęboko i spytał:

– Ta druga opcja... z czym będzie się wiązała?

Miała zaledwie dwadzieścia cztery godziny na obmyślenie wstępnego planu. Oczywiście tę informację zachowała dla siebie. Poza tym klient jest po rozmowie z radą nadzorczą, czyli został wprowadzony w temat. Jeśli czeka na wyjaśnienia, to się rozczaruje.

– Proszę usiąść. – Znów wskazała mu krzesło po drugiej stronie biurka, natomiast sama przysiadła bokiem na blacie. Teraz górowała nad nim, co w pewnym sensie dawało jej przewagę, bo musiał podnosić na nią wzrok. – Jako uzupełnienie wyjaśnienia tez zawartych w wywiadzie...

– To już zostało zrobione – wszedł jej w słowo.

– Nie przeze mnie. – Przeczytała informację, która pojawiła się po wywiadzie, zapewne jako jedna z niewielu osób, bo sygnowany przez niego artykuł przeszedł zupełnie bez echa. – Tak więc jako uzupełnienie wyjaśnienia i odpowiednio dobranych informacji dla mediów tradycyjnych i cyfrowych, musimy znaleźć albo wykoncypować jak najwięcej okazji, żeby pokazać pana z dziećmi, na zdjęciach i filmach.

– Z jakimi dziećmi? – Zwęził oczy.

– Ma pan jakieś dzieci w najbliższym otoczeniu? Siostrzeńców? Bratanice? – Dzięki Eloise, starszej siostrze, miała siostrzeńca i siostrzenicę. Byłoby super, gdyby Alec też miał bliskie kontakty z małymi dziećmi. Idealnie mogłaby to wykorzystać. Jednak uparcie milczał. – Niech pan zostawi to mnie.

– Powiedziała pani „wykoncypować”.

– Trudno się spodziewać, żeby wszystko spadło nam z nieba. O zaproszenia na różne imprezy trzeba nieraz dobrze się postarać. Dlatego mam pomysł, żeby Świat Dziecka sam zorganizował imprezę w Chicago, może też w innych miejscach, jeśli uznam, że to się opłaci. Można połączyć to z waszą kampanią „Jedna Wielka Rodzina”.

– I co? Miałbym całować dzieci jak jakiś polityk w trakcie kampanii wyborczej? – Był bardziej poruszony niż rozbawiony.

– Jeśli to będzie konieczne. To dla pana problem? – Musiała wiedzieć, czego się po nim spodziewać.

– Wstrzymam się z odpowiedzią. – Zacisnął szczęki.

Julia weszła za biurko i sięgnęła po kartkę, którą następnie mu podała.

– To lista imprez, które powinniśmy wziąć pod uwagę. Te dwie zakreślone na zielono są potwierdzone. – Z tym poszło jej bez trudu, bo organizatorzy rozpaczliwie poszukiwali sponsorów. W zamian obiecali wystosować zaproszenie. – Te na żółto jeszcze są niepewne. Postaram się o więcej, ale to już jakiś początek.

Alec szybko przebiegł listę wzrokiem, po czym oznajmił:

– Popatrzę na moje plany i dam pani znać.

– Nie, to pan musi, powtarzam: musi znaleźć wtedy czas, natomiast ja, powtarzam: ja poinstruuję, co należy powiedzieć i w jakim stroju wystąpić.

– Będzie mi pani dobierać ubranie? – Podniósł się. Wyraźnie mu to nie odpowiadało.

Wielu klientów, zwłaszcza tych, którzy przychodzili do niej z musu, broniło się przed taką ingerencją. Rozumiała ich, lecz to niczego nie zmieniało.

– Do biura czy w wolnym czasie może się pan ubierać, jak pan chce – oznajmiła. – Jednak na publiczne okazje to ja dobiorę panu strój. Musi być adekwatny do przekazu, jaki chcemy wysłać.

– Jaki przekaz wysyłają moje ubrania?

Zdusiła westchnienie, umykając wzrokiem. Musi zachowywać się profesjonalnie.

– Powiedziano mi, że przywiązuje pan dużą wagę do swojego wyglądu i kupuje to, co się panu spodoba, niezależnie od ceny.

– Czy to źle?

– Dla większości klientów Świata Dziecka, czyli rodziców kupujących produkty potrzebne ich dzieciom, taki styl życia jest po prostu niedosiężny. Nie identyfikują się z nim.

– Czy to znaczy, że jestem snobem? – Skrzyżował ramiona na piersi.

– Nic takiego nie powiedziałam.

– Ale tak pani myśli?

– To, co myślę, nie jest istotne. Ważne są sygnały, które pan wyśle, jeśli nie będzie pan ostrożny. Mam temu zapobiec i przygotować inne sygnały. – Urwała na moment. – Innymi słowy, chodzi o pana wizerunek. – Przygotowała się do dalszej dyskusji, jakże częstej w takich sytuacjach.

Jednak Alec McAvoy rzekł tylko:

– Pani jest specjalistką.

– Owszem, jestem.

Nie dała się zwieść. On jeszcze się nie poddał. Czuła, że nim dotrą do końca, nie raz i nie dwa ostro się zetrą. I w jakiś perwersyjny sposób czekała na to.

Jackie Braun

Nowy wizerunek

Tłumaczenie:
Anna Bieńkowska

ROZDZIAŁ DRUGI

To było trochę jak gra w szachy. Albo czekanie, kto pierwszy się ugnie i mrugnie. Tym bardziej go złościło, że okazał się słabszy.

Julia Stillwell była dla niego niespodzianką. Średniego wzrostu, o apetycznie zaokrąglonej figurze, ubrana w kremową jedwabną bluzkę i klasyczną granatową ołówkową spódnicę, robiła wrażenie miłej dziewczyny z sąsiedztwa, osoby, która nikomu nie zagraża. Przeciwników rozbrajała anielskim uśmiechem i dołeczkami w policzkach, co odwracało uwagę od nieco kąśliwego tonu. Jednak tym, co go kompletnie zaskoczyło, była jego natychmiastowa i zdumiewająca reakcja na jej widok. Jakby ktoś wymierzył mu cios prosto w żołądek. Jeszcze się z tego nie otrząsnął.

Po piętnastu minutach Julia spojrzała na zegarek – choć Alec był święcie przekonany, że doskonale wiedziała, która jest godzina – i oznajmiła:

– Muszę się już zbierać, ale jutro skontaktuję się z panem z samego rana.

– Gorąca randka? – zapytał prowokacyjnie, by wytrącić ją z równowagi. Nie powinna być aż taka opanowana. Poza tym był ciekawy, jak zareaguje.

Jednak wcale nie zbił jej z tropu. Przeciwnie, uśmiech, który mu posłała, był swobodny i podszyty humorem.

– To już minęło – odparła.

Co to, do diabła, ma znaczyć? – zachodził w głowę.

Zdjęcia, które stały na jej biurku, były ustawione pod takim kątem, że nie mógł ich widzieć. Fotki męża? Raczej nie. Nie miała obrączki, co już wcześniej zauważył. Może więc zdjęcia ukochanego? Ciekawość, która wprost zżerała Aleca, zirytowała go bardziej niż wymijająca odpowiedź Julii.

– Czy nie za wcześnie kończyć pracę o tej porze? – spytał równie prowokacyjnym tonem jak przed chwilą. – Jeszcze nawet nie ma piątej.

Julia pochyliła się nad komputerem, kliknęła i stojąca za nią drukarka zaczęła wyrzucać zadrukowane kartki.

– Pan do której pracuje? – zapytała, odwracając się i sięgając po wydruki.

– Przynajmniej do szóstej, czasami do siódmej. – Prawdę mówiąc, zostawał w biurze jeszcze dłużej, zwykle nie wychodził wcześniej niż po ósmej. Ze sprzątaczkami i ochroniarzami z nocnej zmiany był niemal za pan brat.

– Ile godzin tygodniowo spędza pan w pracy?

– Pięćdziesiąt do sześćdziesięciu. – I dłużej. W zeszłym tygodniu co najmniej siedemdziesiąt pięć.

Julia pokręciła głową. Jej mina mówiła sama za siebie: „Tak myślałam”.

– Mój tydzień pracy to czterdzieści godzin. Nigdy tego czasu nie przekraczam. Zaczynam wcześnie, więc mogę wcześnie wychodzić. – Znów popatrzyła na zegarek. – Dzisiaj przeciągnęłam o pięć minut. Z pana powodu. – Ułożyła wydruki i wyciągnęła rękę po zszywacz.

Działa szybko i sprawnie, skonstatował w duchu.

– Nie zdarza się pani zostać po godzinach? Biorąc pod uwagę sytuację, w jakiej się znalazłem, i honorarium, jakie płaci pani moja firma, chyba warto popracować kilka godzin dłużej. Zawsze to dodatkowe pieniądze. – Był przekonany, że tym razem wreszcie ją zdenerwuje.

Bardzo się jednak zawiódł. Osiągnął tylko tyle, że w jej głosie pojawił się trochę ostrzejszy ton:

– Uważam, że we wszystkim należy zachować odpowiednie proporcje. Poza zawodowym mam prywatne życie i zawsze sprawy osobiste były, są i będą dla mnie ważniejsze niż wynagrodzenie.

– No tak... – Spojrzał na nią z uwagą. – To jeden z plusów, gdy się jest swoim własnym szefem, nieprawdaż?

– Właśnie. Już dawno postanowiłam, że moje dzieci zawsze będą dla mnie na pierwszym miejscu.

– Zaraz... to pani ma dzieci?! – Natychmiast zdał sobie sprawę, jak to zabrzmiało.

Na twarzy Julii pojawił się zacięty wyraz. Przez chwilę milczała, aż wreszcie odparła:

– Dwoje, ale nie ma pan powodu do obaw. Nie zaniedbuję ich. Zapewniam im wszystko, co potrzeba. – Odwróciła w jego stronę fotografie na biurku przedstawiające dwójkę roześmianych dzieci w wieku szkolnym, chłopczyka i dziewczynkę. Oboje mieli dołeczki w policzkach, jak ich mama.

– Przepraszam. – Potarł dłonią kark.

– Okej... Ostatnio wciąż musi pan przepraszać w związku z dziećmi.

– Nie mam nic przeciwko dzieciom. – Boże, dopomóż. Zaczyna się powtarzać jak zdarta płyta.

– Po raz drugi okej... – Zadumała się na moment. – Dam panu wskazówkę, i to gratis. Praca jest dla mnie, nie ja dla pracy. Dlatego nie spędzam w niej całego mojego czasu. Alec – przeszła na ty – naprawdę nie żyjemy tylko po to, żeby pracować. Życie to coś więcej. O wiele więcej.

– Mówisz jak moja matka.

– Przyjmuję to za komplement – odparła.

Nie taka była jego intencja, choć po minie Julii widział, że na to wyszło. Jego starzy wiedli ekstrawaganckie życie ponad stan. Jeszcze nim skończył college, przepuścili olbrzymi spadek po rodzicach mamy. Gdyby nie dziadek ze strony ojca, skończyliby na ulicy bez grosza przy duszy, a on musiałby zrezygnować z prestiżowej uczelni.

Dziadek przed śmiercią wpłacił wszystkie pieniądze na fundusz powierniczy, do którego dostęp miał tylko Alec. Teraz to do niego musieli się zwracać rodzice, gdy znów brakowało im pieniędzy. Ani on, ani oni nie byli z tego szczególnie zadowoleni.

To przez nich spóźnił się na dzisiejsze spotkanie z Julią. Już wychodził z biura, gdy zadzwoniła zdenerwowana matka. Czerwiec dopiero się zaczął, a oni już potrzebowali kasy. Miesiąc w miesiąc dostawali pokaźną sumę na życie, ale całą kwotę wydali na bilety lotnicze – oczywiście w pierwszej klasie – i zarezerwowali dwutygodniowy pobyt ze znajomymi w ekskluzywnym ośrodku wypoczynkowym na prywatnej karaibskiej wysepce. Do wyjazdu pozostał tydzień, a oni nie mieli nawet na jedzenie. Nie mówiąc już o kieszonkowym na wakacje.

Uznał, że wreszcie musi być twardy. Postawił się, lecz gdy matka zaczęła płakać, w końcu musiał się ugiąć. Obiecał, że przeleje im na konto dodatkowe siedem tysięcy. Matka przekonywała, że to za mało, potrzeba im przynajmniej dziesięć, jednak stanowczo odmówił.

– Alec, popatrz na to rozsądnie. Jak ojcu i mnie mają się udać wakacje, jeśli będziemy musieli ze wszystkim się szczypać? – nalegała.

– Do kolacji zamów kieliszek wina zamiast podwójnej butelki szampana – tłumaczył twardym tonem. – I nie stawiaj drinków wszystkim gościom w nocnym klubie.

– Alec, ale z ciebie drętwus! Nie interesuje cię nic poza pracą. Nie umiesz się bawić – narzekała Brooke, odkładając słuchawkę.

Rodzice wyjadą na wakacje, a on choć na chwilę od nich odetchnie. Niestety nie na długo, do następnego telefonu z pilną prośbą o dodatkowe pieniądze. Te ich telefony nigdy się nie skończą, tego mógł być pewien. Powtarzały się z taką samą regularnością, jak gwałtowne wichury w Chicago.

Echo tej rozmowy wciąż brzęczało mu w uszach.

– Umiem korzystać z życia, nie żyję wyłącznie pracą – rzekł z przekonaniem.

– Wiem. Wyczytałam o tym w wywiadzie – chłodno odrzekła Julia. – Była narzeczona opowiadała o luksusowych podróżach, jadaniu w najlepszych restauracjach, grze w golfa.

– Co w tym złego? – Nie wyjeżdżał tak często i na tak długo jak rodzice, ale gdy już robił sobie wakacje, to na nic sobie nie żałował.

Julia w zadumie wygięła usta. Bardzo ładne usta, miękkie, pełne. Wprost urzekające... nawet gdy patrzyła na niego chmurnie.

– Na pierwszy rzut oka nic. Poza tym, że dzieci Laurel nie brały w tym udziału.

Chciał zachować spokój, jednak mimowolnie podniósł głos, gdy ripostował:

– To Laurel nie chciała ich z nami zabierać. Sama tak zarządziła. To była jej decyzja.

Córki Laurel, dziewięcioletnia i jedenastoletnia, były miniaturowymi wersjami matki, tak samo kłopotliwymi i wymagającymi jak ona. To dlatego Laurel wolała zostawiać je z opiekunką.

– Próbowałeś ją przekonać, żeby zmieniła zdanie?

– Czy to ważne? – spytał.

– Dla mnie? Nie. Dla opinii publicznej owszem.

– Nie jestem domatorem, nie lubuję się w rodzinnym życiu i nigdy za kogoś takiego się nie podawałem. – Odetchnął głęboko, nie kryjąc irytacji. – Jestem biznesmenem. Bardzo dobrym biznesmenem, dlatego wzięli mnie na szefa Świata Dziecka. Firma potrzebowała sprawdzonego fachowca. Moje życie osobiste nie powinno mieć żadnego odniesienia do tego, co robię na gruncie zawodowym.

– I tak by było, gdybyś nie wyrwał się z tamtą uwagą – odparowała kąśliwie. – Sam się podłożyłeś. Czyli wracamy do punktu wyjścia.

– A niech to... – Zaklął i usiadł. Był wściekły, bo nie mógł nie przyznać jej racji. Ukrył twarz w dłoniach.

– Nie cofniesz już tego, co powiedziałeś – mówiła dalej Julia. – To poszło w świat i po wieczne czasy będzie krążyło w cyberprzestrzeni. Teraz chodzi o zmianę twojego wizerunku, o to, w jaki sposób ludzie będą cię odbierać.

– Wiem. – Opuścił ręce, zacisnął palce w pięść.

– To dobrze. – Profesjonalnie sterowała rozmową. Przybrała bezosobowy ton, żeby nie ujawniać własnego stosunku do konkretnych zachowań. – Dla ludzi, którzy kupują wasze produkty, jesteś synonimem playboya. Masz wysoką pozycję społeczną, władzę i dochody, które pozwalają na życie w wielkim stylu. Dorastałeś w zamożnej rodzinie.

– Taa... – Alec prychnął. Czasami bogactwo oznacza wielką samotność.

– Golf, ekskluzywne restauracje, luksusowe wyjazdy do ekstrawaganckich ośrodków absolutnie nienastawionych na dzieci, to są rozrywki wyłącznie dla dorosłych. W tym kontekście będzie bardzo trudno przekonać rzesze klientów, że masz pojęcie o życiu rodzinnym i związanych z nim potrzebach.

– Dlatego wyślesz mnie na publiczne występy, gdzie będę całował dzieci. Wszystko jasne. – Westchnął, zaciskając pięści.

– Takie podejście niekoniecznie miałam na myśli.

– Postaram się poprawić – wymamrotał.

Julia zanuciła coś pod nosem, a oczy jej się zwęziły, gdy spytała:

– Co powiesz na małą próbę dziś wieczorem?

– Jak mam to rozumieć? – Zmarszczył czoło.

– Zaplanowałeś coś na szóstą?

– O piątej jestem umówiony z szefem księgowości, musimy wyjaśnić kilka nieprawidłowości dotyczących wydatków. Trudno powiedzieć, czy skończymy do szóstej.

– No nie! Służbowe spotkanie po godzinach pracy? Chyba nie jesteś lubianym szefem. – Potrząsnęła głową, uprzedzając jego protest. – Możesz to przełożyć na inny termin?

– Chyba tak – odpowiedział powoli. – Dlaczego?

Jej pełne usta wygięły się w uśmiechu. Bardzo uwodzicielskim, mimo przebiegłego blasku, który błysnął w jej oczach.

– Byłeś kiedyś na zajęciach bejsbolu dla dzieci?

Co jej przyszło do głowy, że zaprosiła go na popołudnie?

Kolejny raz Julia zadawała sobie to pytanie, jadąc z dziećmi zatłoczonymi ulicami. Po lekcjach Danielle i Colin zostawali w szkolnej świetlicy. Stawiała sobie za punkt honoru, żeby nie przebywały tam dłużej niż dwie godziny dziennie, oczywiście z wyjątkiem letnich wakacji. Za tydzień lekcje się skończą, a wtedy dzieciaki będą spędzać tam trzy dni w tygodniu. Przez pozostałe dwa będą u dziadków na przedmieściach Chicago.

Znów ogarnęły ją wyrzuty sumienia, jak zawsze, gdy o tym myślała. Cóż, nic na to nie poradzi. Jest samotną matką, jedynym żywicielem rodziny. Zresztą szkoła zapewnia dzieciom bardzo ciekawy program lata w mieście – organizuje wycieczki, zwiedzanie interesujących miejsc, dzieci pójdą do Muzeum Historii Naturalnej i akwarium, dokładnie spenetrują nadbrzeże nad jeziorem. Nim została mamą, inaczej wyobrażała sobie przyszłość. Zamierzała być z dziećmi w domu. I przez krótki czas tak było. Potem Scott zachorował i wszystkie plany wzięły w łeb.

– Co będzie na kolację? – z tylnego siedzenia zapytał Colin, gdy zatrzymali się na światłach.

– Kupimy kanapki z indykiem w Howard’s Deli – odpowiedziała, przytomnie nie wspominając, że oprócz indyka na razowym pieczywie będą plasterki pomidora, zielonej papryki i sałata. Niech to będzie choć częściowo zdrowy posiłek.

W tylnym lusterku ujrzała skrzywioną minę synka.

– A nie możemy kupić cheeseburgera? Mamusiu, proszę!

Danielle westchnęła, po czym odezwała się surowym tonem:

– Jemu tylko chodzi o zabawkę, którą dodają do dania dla dzieci.

Dziewięć lat, a zachowuje się, jakby miała o dziesięć więcej. Ta jej dorosłość chwilami przerażała Julię. Mała córeczka potrafiła być bardzo poważna i nad wiek dojrzała.

– Masz taką zmarszczkę między brwiami – zauważył Colin. – Czy to znaczy, że się zastanawiasz?

Nie miała ochoty wdawać się teraz w dyskusję, dlatego odparła krótko:

– Może.

Z tylnego siedzenia dobiegło drwiące parsknięcie.

– Jak rodzice mówią, że się nad czymś zastanawiają, albo powiedzą „może”, to znaczy, że nie – rzekła Danielle. – Mama wciąż się... zastanawia... czy puścić mnie na kolonie artystyczne. Już od miesiąca o to proszę.

Julia pochwyciła w lusterku jej zbuntowaną minę.

– Tak, kochanie, zastanawiam się – podkreśliła to słowo – nad koloniami. Jeszcze ich nie skreśliłam.

Na samą myśl o tym wyjeździe czuła skurcz w żołądku. Nie chodziło o miejsce czy cenę, martwiła się, jak Danielle wytrzyma cały tydzień z dala od domu. I jak ona sama zniesie tak długą rozłąkę.

– Ja naprawdę chcę tam pojechać – cicho powiedziała dziewczynka.

– Ja też! – wydarł się Colin. – Mogę też tam pojechać, mamusiu?

– Nie możesz – obruszyła się Danielle. – To nie są kolonie dla małych dzieci. Zresztą nawet nie umiesz ładnie kolorować obrazków, zawsze wychodzisz za linię!

Urażony Colin zawył na całe gardło. Kiedy pięćdziesiąt pięć minut później podjechali do parku, po drodze zatrzymawszy się w delikatesach, Julię już nieźle bolała głowa. Jeszcze nie zatrzymała samochodu, jak Colin odpiął pas i wyskoczył na zewnątrz.

– Hej! Wracaj po swoje rzeczy! – zawołała Julia, nim zdążył odbiec.

Sama miała masę bagażu, czyli składane krzesełka i przenośny daszek chroniący przed palącym słońcem. Danielle nie mogła jej pomóc, bo niosła wodę kupioną po drodze.

Zatrzaskiwała bagażnik, gdy tuż obok niej zaparkował czarny sportowy samochód z ciemnymi szybami. Nie zdziwiła się, gdy ujrzała Aleca. Piękne importowane cacko na dwie osoby. Na pewno nie do przewozu dzieci.

Nadal był w garniturze, jedynie krawat miał lekko poluzowany. Oczy zasłonięte drogimi lustrzanymi okularami. Ważna szycha, to widać na pierwszy rzut oka. Na pewno nie pasował do roli oddanego rodzinie męża i ojca.

– Nieźle się zapowiada – wymamrotała, zmuszając się do uśmiechu.

Zaczął od narzekań. Co nie poprawiło jej nastroju.

– Ale tu gorąco. Zaraz się usmażymy.

– Ciesz się, że dziś my jesteśmy gospodarzami. Kibice przeciwnej drużyny będą przez cały mecz mieć słońce prosto w oczy.

– Mam przez to poczuć się lepiej?

– Mówiłam ci, żebyś się przebrał. – Wzruszyła ramionami.

Gdy zatrzymali się na zakupy, zmieniła spódnicę i pantofle na szorty i sandały.

– To gra w T-ball. Przygotowuje młodsze dzieci do nauki bejsbolu.

– Nie miałem czasu wpaść do domu, jeśli nie chciałem się spóźnić. Po naszym pierwszym spotkaniu wolałem być punktualny.

To chyba miały być przeprosiny. Skinęła głową na znak, że je przyjmuje.

– Może zostawisz marynarkę?

– Z największą chęcią.

Starała się nie patrzeć na niego, gdy się rozbierał, jednak nie mogła się powstrzymać. Cienka, szyta na miarę bawełniana koszula niewiele ukrywała. To nie może być tylko zasługa świetnych genów, facet musi nieźle przykładać się do ćwiczeń. Ta klatka piersiowa, ramiona... Przesunęła wzrok na jego twarz i dopiero teraz spostrzegła, że Alec przygląda się jej uważnie. Chyba z lekkim rozbawieniem. Miał uniesiony kącik ust. Poczuła, że robi się jej gorąco.

Chrząknęła.

– Krawat też – powiedziała, gdy przerzucił marynarkę przez fotel kierowcy.

– Znasz się na tym.

Lekkim szarpnięciem poluzował krawat. Ten gest, choć wykonany w miejscu publicznym, wydał się jej dziwnie znaczący.

Co jej przyszło do głowy?

Teraz nie chodziło o tę spontaniczną propozycję wybrania się z nią i dziećmi na mecz, lecz o zaskakującą reakcję, którą wywołała jego obecność. Nagle zaczęły buzować w niej hormony. Coś takiego od dawna się jej nie przydarzyło, ba, zapomniała, że coś takiego istnieje. To śmieszne. Wcale nie! – zapewniał wewnętrzny głos. Zapiekły ją policzki. Umknęła wzrokiem, zatrzymała spojrzenie na Danielle, która też się jej przyglądała.

– Kto to jest? – zapytała wprost.

Później porozmawia z nią na ten temat.

– To pan McAvoy – powiedziała. – Jest moim klientem. Alec, to moje dzieci, Danielle i Colin.

Danielle nie dawała za wygraną, tylko spytała niezrażona:

– Po co tu przyjechał?

– No co ty, nie wiesz? – powiedział Colin. – Chce zobaczyć, jak gram.

– Masz rację, mistrzu. – Alec dotknął czapki chłopczyka. Zarówno gest, jak i entuzjastyczny ton wydały się sztuczne i naciągane. Starał się, co doceniała, jednak widać było, że brak mu obycia z dziećmi.

Danielle przewróciła oczami.

– Nie jesteśmy mistrzami. – Colin zniżył piskliwy głos do porozumiewawczego szeptu. – No wiesz, w T-ball nie liczą punktów.

– Och. – Alec popatrzył na Julię. Był zmieszany i spięty. Nic dziwnego, czuł się tu bardzo nieswojo.

– Mamo, po co on tutaj przyszedł? – powtórnie spytała córka.

– Danielle – powiedziała cicho, ale stanowczo, posyłając Alecowi przepraszające spojrzenie.

– Nie ma sprawy, nic się nie stało – odrzekł lekkim tonem.

Tak nie było, ale pozostawiła to bez komentarza.

– Pan McAvoy nie ma swoich dzieci, a musi się trochę o nich dowiedzieć, bo jest mu to potrzebne w pracy. Dlatego mu pomagam.

– Ale nie chodzisz z nim, prawda?

– Nie!

– To dobrze.

Julia nawet nie zdążyła zastanowić się, co to miało znaczyć, bo córka dodała:

– Czyli jesteśmy królikami doświadczalnymi?

– To raczej ja jestem królikiem doświadczalnym – rzekł Alec.

Danielle podniosła brwi w zamyśleniu, po czym rzuciła komentarz w swoim stylu:

– Z dziećmi jest bardzo dużo pracy, wiesz o tym, prawda? – Patrzyła na niego przekornie.

– Tak słyszałem.

– Myślisz, że sobie poradzisz? – zapytała wprost. – Bo dla większości mężczyzn to jest za trudne.

Alec popatrzył na Julię, która uśmiechała się blado. Wprawdzie z jej ust nigdy nie padło takie twierdzenie, ale może mimowolnie dawała to do zrozumienia.

– Mam taką nadzieję – odparł Alec. – Moja praca w pewnym sensie od tego zależy.

– Przyszedłeś do właściwej osoby – zapewnił Colin, obdarzając go szczerbatym uśmiechem. – Nasza mama zna się na wszystkim.

Nie przepadał za takimi wszechwiedzącymi znawcami, lecz w przypadku Julii Stillwell był gotów zrobić wyjątek. Zwłaszcza jeśli jej wysiłki nie pójdą na marne i zdoła wykreować jego pozytywny wizerunek.

Musiał przyznać, że jej dzieci wyglądają na bystre i dobrze ułożone... no, może córeczka jest nieco zbyt obcesowa. Cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Bez wątpienia Julia bardzo je kocha, a co jest jeszcze bardziej istotne, są dla niej najważniejsze. Traktuje je zupełnie inaczej niż Laurel. I niż jego rodzice, którzy nigdy nie stawiali go na pierwszym miejscu. Julia ma całkiem inne podejście. Wcześniej kończy pracę, żeby być z dziećmi, i w palącym słońcu kibicuje synowi. Ciekawe, co stało się z panem Stillwellem.

Dzieciaki rzuciły się przed siebie, Colin ze sprzętem do gry, Danielle z butelkami wody.

Alec się opamiętał.

– Mogę coś wziąć?

– Możesz. Dzięki. – Podała mu przenośny daszek spakowany w długiej torbie.

Przewiesił ją sobie przez ramię.

– Strasznie ciężki. – Zmarszczył czoło.

– Jeśli wolisz, możesz wziąć krzesła.

– Wcale się nie użalam. – Najeżył się lekko. – Zdziwiłem się tylko, że dajesz radę tyle targać. – Wskazał głową składane krzesła i wielką torbę. – I jeszcze to.

– Jestem mamą. Wciąż taszczymy ze sobą masę rzeczy. – Nie wyglądała na urażoną, raczej rozbawioną.

I bardzo seksowną. Nadzwyczaj seksowną. Szczupłe ramiona, bawełniana koszulka obciągnięta na piersi...

– Mimo to...

– Wyglądam na słabeusza? – zapytała.

– Wyglądasz na... wysportowaną. – Nie to chciał powiedzieć, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język.

Podeszli do boiska. Trzy niewielkie drzewa rosnące po stronie drużyny gospodarzy rzucały trochę cienia. Ludzie rozłożyli się na kocach, niektórzy przynieśli turystyczne krzesełka.

– Trzeba przyjść dużo wcześniej, żeby znaleźć miejsce w cieniu – powiedziała Julia, idąc za wzrokiem Aleca. Wskazała na niesioną przez niego torbę. – To dlatego zawsze zabieram daszek. Dostałam niezłą nauczkę, gdy Danielle zaczynała tutaj zajęcia.

Danielle zatrzymała się przy kilku dziewczynkach. Wyglądały na jej rówieśnice i rozmawiały z ożywieniem.

– Nadal gra w T-ball? – zapytał Alec. Podobała mu się ta mała, mimo niewyparzonego języka.

– Nie, już z tego wyrosła. Przeszła do następnej grupy, a teraz gra w piłkę nożną. W sobotę mają mecz.

– Czy to znaczy, że powinienem znaleźć na to czas? – Zaśmiał się przekornie.

Julia się zadumała.

– Zobaczymy. Być może przyda ci się jeszcze jedna próba, zanim puszczę cię samego do dzieci bardziej łatwowiernych niż moje.

Ciekawe stwierdzenie. Poczuł się urażony i chciał to okazać, ale nie zdążył, bo Julia zaczęła wołać do syna. Colin i kilkoro innych dzieciaków uganiało się przy ławce drużyny, wzbijając tumany kurzu. Inni rodzice również wkroczyli z interwencją.

– Bardzo poważnie podchodzą do gry – podsumował Alec.

Dzieci ubrane w pomarańczowe stroje z logo sponsora nie przejmowały się upałem i unoszącym się w powietrzu kurzem.

Julia się roześmiała. Kiedy się śmiała, oczy jej błyszczały, a w policzkach robiły się dołki.

– Poczekaj, aż zaczną grać. Zobaczysz, że co i raz piłka poleci na aut, bo zawodnik zainteresuje się zrywaniem mleczy albo właśnie wypadnie mu ząb. – Zatrzymała się i postawiła krzesła. – Tu będzie dobre miejsce.

Pięć minut później daszek był rozłożony. Alec przypłacił to przyciętym palcem. Rozstawili krzesełka i usiedli. W cieniu dało się jakoś wytrzymać.

– Jak twój palec? – zainteresowała się Julia. Przesuwała wzrokiem po zebranych, machając do znajomych. Przez cały czas miała oko na dzieci.

Alec popatrzył na fioletowy ślad na palcu wskazującym.

– Bardziej ucierpiała moja duma. Jak sama sobie z tym radzisz?

– Nie sama. Colin i Danielle są za mali, żeby mogli mi pomóc, ale zwykle proszę kogoś z rodziców. Zawsze ktoś się znajdzie.

Jak na zawołanie wolnym krokiem podeszła do nich postawna kobieta w bejsbolówce i koszulce z napisem „Mama Logana”.

– Cześć, Julio! Właśnie szłam ci pomóc, ale zobaczyłam, że dzisiaj nie jestem ci potrzebna. Kim jest twój nowy znajomy? – Uśmiechnęła się do niego szeroko, w jej oczach malowała się ciekawość.

Zauważył, że niektórzy z rodziców również zerkają w jego stronę. Przy następnej okazji Julia będzie musiała się gęsto tłumaczyć, pomyślał z rozbawieniem.

– To Alec McAvoy. Znamy się... służbowo. Alec, to Karen Croswell. Jest...

– Mamą Logana – dokończył za nią.

Karen popatrzyła na swój bujny biust i się roześmiała. Pierś jej zafalowała. Spojrzała na Aleca z wyraźnym zainteresowaniem.

– Czyli znacie się przez pracę, tak?

– Tak.

Julia chrząknęła.

– Alec jest moim klientem. Zaprosiłam go tutaj, żeby mógł wczuć się w sytuację rodziców, zobaczyć, jak to jest.

Rzeczywiście tak było, jednak zabrzmiało to dość tajemniczo. Nic dziwnego, że Karen to nie wystarczyło.

– Och tak? Czekacie z żoną na dzidziusia?

Uznał, że prościej będzie dostosować się do tej konwencji, dlatego powiedział, niczego tak naprawdę nie wyjaśniając:

– Nie mam ani dzieci, ani żony. – Było to szczerą prawdą.

Mimo to sprostowanie Julii wcale nie przypadło mu do gustu:

– Zamiast żony woli karierę.

Jeśli zamierzała zniechęcić Karen, spudłowała.

– Czyli jesteś tylko jej klientem. – Zaznaczyła słówko „tylko”.

– Mhm.

– Tak. Nic więcej – dodała Julia.

Karen zaświeciły się oczy.

– Podobnie jak Julia, też jestem samotną mamą. Dlatego zawsze trzymamy się razem. Pomagamy sobie przy rozstawianiu daszku i tak dalej. Inne mamy mogą liczyć na pomocną dłoń mężów.

Popatrzył na Julię, lecz z jej twarzy niczego nie mógł wyczytać.

– Julia bardzo dobrze sobie radzi. Jest...

– Wysportowana – dokończyła za niego. – Tak mi powiedziano.

– To miał być komplement.

– I tak to przyjęłam.

Nie był tego taki pewny.

Karen, obserwując tę wymianę zdań, zmarszczyła czoło. Wcale się nie dziwił, że miała wątpliwości.

– Julia jest bardziej zaradna niż ja – powiedziała. – Nie wiem, co bym bez niej zrobiła.

– Dasz sobie radę – z cierpliwym uśmiechem zapewniła ją Julia. Po czym dodała: – Logan znowu ma uczulenie? Chyba pilnie potrzebuje chusteczki.

Karen wyciągnęła rękę do Aleca, mocno potrząsnęła jego dłonią.

– Miło mi było ciebie poznać. Może jeszcze zdarzy się okazja, że się spotkamy. Chętnie ci pokażę, przez co przechodzą rodzice.

– Będę to miał na uwadze.

– Karen bywa czasami trochę... bezceremonialna, ale ma złote serce – powiedziała Julia, gdy zostali sami.

– Wydała mi się... miła. – Nie bardzo wiedział, co jeszcze dodać.

– Domyślam się, że nie jest w twoim typie.

– Nie. – Powiedział to powoli, instynktownie obawiając się, żeby nie wpaść.

– Dzieci bywają utrapieniem.

No tak, zaczyna się podpucha, pomyślał.

– To nie tak – oznajmił. – W przypadku Karen rzecz nie w tym, że jest samotną matką.

– Jasne. Nie przeszkadza ci, że kobieta ma dzieci, ale pod warunkiem że zajmuje się nimi niańka.

Zagotował się w środku. Powoli policzył do dziesięciu.

– To nie fair – rzekł nieco ostrzej, niż chciał.

Julia wzruszyła ramionami. Nie poruszyły jej ani jego ton, ani słowa.

– Tak jesteś postrzegany przez ludzi, którzy kupują produkty waszej firmy.

Tylko przez nich? Jednak pozostawił to pytanie dla siebie.

– Już ci powiedziałem, że nie miałem nic przeciwko dzieciom Laurel. I to nie z ich powodu się rozstaliśmy. – Widząc uniesione brwi Julii, dodał: – Ten związek po prostu się wypalił.

Julia skinęła głową. Ale czy mu uwierzyła? I dlaczego tak mu na tym zależy?

– Teraz się z kimś spotykasz?

To bardzo bezpośrednie pytanie zaskoczyło go.

– Czy to nie zbyt osobista sprawa? – odparował.

– Osobista, ale istotna. No więc jak?

– Nie. Jestem między związkami. – Odczekał moment i spytał: – A ty?

– To sprawa nie tylko osobista, ale i kompletnie nieistotna.

Zacisnął zęby. Boże, ta kobieta naprawdę jest niemożliwa. I z kimś takim będzie musiał pracować nie wiadomo jak długo. Jak niefart, to niefart.

– Wróćmy do twojej koleżanki. Jak już powiedziałem, jest całkiem miła, ale nie wzbudza we mnie zainteresowania. Trudno określić, dlaczego ktoś jest dla ciebie atrakcyjny, na czym to polega. – Tak jak w przypadku nieznośnej i intrygującej Julii Stillwell. – Spotykam się z kobietami, które wydają mi się sympatyczne i ekscytujące.

– I głębokie, to jasne. – Lekko wygięła usta.

Miał wrażenie, że się z niego nabija.

– Uważasz, że jestem płytki?

– Przepraszam. – Spochmurniała, uciekła wzrokiem. – To było niegrzeczne. Nie jestem od wystawiania ocen.

Ta odpowiedź nie rozwiała jego wątpliwości.

Julia popatrzyła w kierunku odchodzącej koleżanki.

– Jej były mąż okazał się skończonym leniem. Od ponad roku nie pokazał się w domu, nie zobaczył się z synem ani dziewczynkami. Nie płaci alimentów. Gdyby nie rodzice Karen, Logan nie miałby gdzie mieszkać, nie mówiąc już o grze w piłkę. Nie dziw się, że Karen trochę przegina, gdy pozna kawalera, który w dodatku zarabia.

Przypomniał sobie swoje gorzkie dzieciństwo i ścisnęło go w gardle. Nawet ci, którzy się nie rozwodzą, bywają fatalnymi rodzicami.

– Musisz nad tym popracować – cierpkim tonem dodała Julia.

– Nad czym?

– Nad tą zniesmaczoną miną. Karen nie jest naciągaczką. Szuka towarzysza i ojca dla swoich dzieci.

Nie zamierzał wyjaśniać, że nie myślał o Karen. Nie miał ochoty opowiadać o swoich rodzicach, dlatego zmienił temat rozmowy:

– A jak jest z tobą? Też jesteś samotną mamą. Szukasz kogoś?

Julia pokręciła głową. Było gorąco jak w piecu, ale jej ton mroził.

– Moim dzieciom i mnie nikogo nie potrzeba.