Niewolnik swojego zawodu - Albert Paschek

Niewolnik swojego zawodu

0,0

Książka Niewolnik swojego zawodu opisuje życie pewnego zawodowego piłkarza, od momentu jego narodzin do tragicznego wypadku. Z treści możemy się dowiedzieć nie tylko o przebiegu jego sportowej kariery, ale również o jego prywatnym życiu poza boiskiem. Opisywane jest dzieciństwo głównego bohatera oraz to, w jaki sposób jego zinteresowania skupiły się na piłce nożnej i jak nabierały na intensywności wraz z wiekiem.

Z treści można też wywnioskować, że jeśli w życiu prywatnym wszystko jest poukładane, odnosi się sukcesy również w życiu zawodowym, lecz gdy tylko mamy jakieś zmartwienia, załamania i coś nas gryzie, na skutki w karierze zawodowej nie trzeba długo czekać. A do tego jeżeli ktoś jest znanym, tak jak w przypadku głównego bohatera, wtedy sława, popularność i majątek nie znaczą nic, jeżeli nie ma z kim tego wszystkiego dzielić.

Pomimo że jest to opowieść fikcyjna, wzorowana była na autentyczniej karierze pewnego zawodnika. Tym samym realnie oddaje kulisy sławy prawdziwego życia. Całość jest luźną, do niczego nie zobowiązującą opowieścią, którą łatwo się czyta i która może wywołać uśmiech na ustach czytelnika, ale również po przeczytaniu może zakręcić się łza w oku.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Niewolnik Swojego

Zawodu

 

 

Albert Paschek

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Psychoskok 2012

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Wydawnictwo Psychoskok
Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok
Zdjęcie okładki © Andrii IURLOV - Fotolia.com
ISBN: 978-83-63548-27-8
Wydawnictwo Psychoskok
ul. Chopina 9, pok. 23 , 62-507 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

http://wydawnictwo.psychoskok.pl 

http://ebooki123.pl

wydawnictwo@psychoskok.pl


I

 

Katowice - miasto położone w południowej Polsce, stolica województwa śląskiego  - dawniej województwa katowickiego. Miasto liczy ponad 300 tys. mieszkańców i jest 10 miastem pod względem ludności w kraju. Przez Katowice przepływa rzeka Rawa.

W 1865 roku miasto uzyskało prawa miejskie. Do rozwoju terytorialnego Katowic przyczyniło się wcielanie przygranicznych osad. Obecnie miasto składa się z 22 dzielnic. Katowice graniczą z: Chorzowem, Czeladzią, Lędzinami, Mikołowem, Mysłowicami, Siemianowicami Śląskimi, Sosnowcem, Rudą Śląską i Tychami.

Katowice i jego region przez wiele lat były uważane za miasto przemysłowe oraz centrum górnictwa i hutnictwa krajowego. W ostatnich latach wiele kopalń i hut zostało jednak zlikwidowanych.

Katowice graniczą z Wojewódzkim Parkiem Kultury i Wypoczynku. Jego budowę rozpoczęto w 1950 roku z inicjatywy generała Jerzego Ziętka. Park pod względem  powierzchni (około 600 ha) jest jednym z największych parków miejskich w Europie. Park oferuje wiele atrakcji, należą do nich: Stadion Śląski, Stadion GKS Katowice, Planetarium, Górnośląski Park Etnograficzny, Ogród Zoologiczny, Śląskie Wesołe Miasteczko, Międzynarodowe Targi Katowickie, Kolejka wąskotorowa, Kąpielisko "Fala" (jeden z największych w Polsce, otwartych kompleksów basenowych), "Rosarium" (największy różany ogród w Polsce), Hala wystawowa "Kapelusz", "Przystań" (ośrodek wodno-rekreacyjny), Ośrodek tenisowy, Ośrodek harcerski, Galeria Rzeźby Śląskiej, Park linowy "Palenisko", duża ilość kawiarenek, barów, ścieżek rowerowych oraz nieistniejąca dziś Kolejka Linowa "Elka" (zlikwidowana w 2008).

Dąb - najstarsza dzielnica Katowic, - jest położona 3 km od centrum miasta. Pierwsza informacja o wsi pochodzi z 1299 roku. Dąb wraz z Chorzowem był własnością zakonu bożogrobców w Miechowie. Na początku XIX w., po reformie w państwie pruskim, Dąb stał się samodzielną gminą. W 1901 roku rozpoczęto budowę obecnego kościoła. 15 lipca 1924 roku Dąb został włączony do Katowic. W 1823 roku szkocki inżynier John Baildon wybudował pierwszą w Dębie hutę i walcownię. W 1904 otwarto kopalnię "Eminencja", która powstała na terenie starszej kopalni "Waterloo", a następnie zmieniała nazwy na "Gottwald", a później na "Kleofas".

Urodziłem się w latach 70 Po tygodniowym pobycie w szpitalu zostaliśmy razem z mamą wypisani do domu. Mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu, w ośmiorodzinnym budynku. Nasz dwupiętrowy dom miał około 80 lat. Wybudowany z wypalanej czerwonej cegły, która z upływem lat nabrała brązowego koloru i oknami pomalowanymi na czerwono. Wykończony był szpiczastym dachem, na którym wznosiły się dwa kominy. Budynek był opalany węglem, więc w każdym z mieszkań znajdowały się piece węglowe do ogrzewania i gotowania. Poza tym każdy z lokatorów posiadał chlewik na podwórku i mały ogródek. Nasze mieszkanie znajdowało się na parterze, a zaraz pod nim mieliśmy piwnicę. Mój tata był ślusarzem w pobliskiej hucie i człowiekiem, który z niczego potrafił zrobić coś. Postanowił więc, że zbuduje centralne ogrzewanie. Przebił się do piwnicy, zamontował rury ciepłownicze i kaloryfery. Piwnicę przebudował na małą kotłownię, ustawiając w niej piec i specjalnie wydzielone miejsce na węgiel i inne materiały opałowe. W mieszkaniu, z pomieszczenia służącego za spiżarkę, pociągnął kanalizację, zabudował ubikację, wannę i 100 - litrowy bojler elektryczny na wodę. Mimo, że budynek miał swoje lata, mieliśmy wszelkie wygody, jakie są potrzebne do normalnego życia. Nasz dom stał na ogrodzonym podwórku przy głównej ulicy, na którym był wybudowany budynek podobny do naszego. Podwórko było naprawdę duże, zarośnięte trawą, rosły też na nim wysokie na 15 metrów topole i jeden kasztan. Lokatorzy obu budynków zamontowali dwie ławki, zasadzili kilka ozdobnych krzewów i klomby z kolorowymi kwiatkami. Wszyscy znali się od lat, wielu z nich tam się urodziło i wychowało. Odkąd, tylko pamiętam, w okresie od wiosny do jesieni, zawsze coś się działo, chyba że padał deszcz. To była taka "zielona oaza" w dużym mieście.

Gdy miałem ukończony jeden miesiąc, zostałem ochrzczony w pobliskim kościele parafialnym. Moimi rodzicami chrzestnymi zostali siostra mojej mamy i kuzyn taty. Od tego czasu zostałem oficjalnie zarejestrowany w księgach urzędu miejskiego i parafialnej księdze kościoła katolickiego jako Jan Wieczorek.

 

II

 

Moje dzieciństwo przebiegało jak u każdego normalnego dziecka,- przybierałem na wadze i wzroście, przechodziłem dziecięce choroby i rozwijałem się jak każde inne dziecko. W wieku trzech lat poszedłem do przedszkola. Rodzice pracowali razem w tej samej hucie, tam też się poznali, a później pobrali. Gdy zostałem przedszkolakiem, zaczęli pracować na zmiany, aby zawsze miał mnie kto zaprowadzać do przedszkola. Dzięki temu po południu nigdy nie byłem sam. W przedszkolu poznałem wielu kolegów, było ich tak dużo, że gdy w domu opowiadałem o nich i wymieniałem wszystkich imiona brakowało mi palców u rąk, żeby ich policzyć. Miałem też kolegów z podwórka, tylko że oni byli starsi i rzadko się ze mną bawili, a poza tym nazywali mnie Jasiu, czego bardzo nie lubiłem.

W przedszkolu bardzo mi się podobało, mogłem się  z innymi bawić, wygłupiać, grać i malować. Chodziliśmy też do pobliskiego parku, gdzie był wybudowany ogromny plac zabaw i piaskownica. Nie lubiłem tylko spać po obiedzie i jeść. Nasza pani mówiła nam zawsze, że kto zjadł, może iść się bawić. Z czasem znalazłem na to sposób, - gdy tylko nikt nie patrzył chowałem część posiłku po kryjomu do kieszeni, a gdy bawiliśmy się na podwórku, pozbywałem się zawartości kieszeń, zakopując w piasku lub rzucając przez płot. Gdy to się nie udawało, musiałem czekać, aż będę odprowadzany do domu i po drodze niezauważalnie opróżniałem kieszenie. Byłem jedynakiem, nie miałem żadnego rodzeństwa i nigdy nie pytałem dlaczego tak jest, a rodzice nigdy w mojej obecności nie rozmawiali na ten temat. Widocznie tak musiało być. Rodzice nie chcieli żebym wyrósł na samoluba, a w późniejszym życiu na egoistę. Postanowili więc, że kupią mi psa, żebym mógł się nim opiekować i o niego dbać,  - z ich pomocą oczywiście. Brali pod uwagę, że jestem małym dzieckiem, więc musiał to być pies łagodny i rodzinny. Ich wybór padł na rasowego goldena retievera.

Gdy przywieźli go do domu miał osiem tygodni. Był cały biały, miał krótką puchową sierść, ciemne oczy i czarny nos. Wyglądał jak mały niedźwiadek polarny. Byłem w "siódmym niebie", a że był to mój pies, mogłem sam wybrać mu imię. Moją ulubioną bajką była historia pewnego kowboja, który jeździł na białym koniu i nazywał się Lucky Lucke. Postanowiłem więc, że tak będzie nazywał się mój pies: LUCKY.

Aż w głowie się nie mieści, ile rzeczy musi mieć taki mały czworonóg, by mógł się normalnie i zdrowo rozwijać. To wszystko było jak wyprawka dla dziecka, a w jej skład wchodziło: książka szczepień, lekarstwa na odrobaczenie, witaminy na twardość kości,szczotki do czesania sierści, smycz z obrożą, specjalne posłanie do spania z dwoma kocykami na zmianę i różnego rodzaju gumowe zabawki. Lucky był psem z rodowodem, dlatego posiadał również książkę potwierdzającą jego rodowód. Nie wiem, czy w jego przypadku chodziło o rok urodzenia, czy też o jego przodków, a jego imię w papierach musiało zaczynać się na literę "J" i być szkockiego pochodzenia.

Tutaj z pomocą przyszli rodzice, nazywając go Jonathan  Mac Lancaster. Zaraz postawiłem łóżko Lucky'ego  obok mojego i zrobiłem też miejsce na nasze zabawki. Miałem odtąd małego przyjaciela, którego traktowałem jak rodzonego brata. Jako szczeniak Lucky jadł, pił, dużo się bawił i jeszcze więcej spał. Mogłem wtedy godzinami patrzeć na niego. W nocy, gdy kładłem się spać brałem go po kryjomu do siebie. Kilka razy mama przyłapała mnie na tym i zabroniła mi tego robić, tłumacząc, że jest to niehigieniczne, a poza tym Lucky szybko urośnie i we dwóch nie będziemy mieli miejsca w jednym łóżku. Posłuchałem jej, miała rację i odtąd nigdy go do siebie nie brałem, ale za to od czasu do czasu spałem z nim w jego łóżku. Nie trwało to jednak długo, bo Lucky rósł jak na drożdżach, co było też moją zasługą (wiedziałem teraz, co robić z resztkami posiłków z przedszkola) i powoli zaczynało nam być ciasno.

Nasze podwórko było ogrodzone płotem z bramą wjazdową, dlatego mogłem z Luckym  sam wychodzić na spacery. Ku mojemu zdziwieniu starsi koledzy zaczęli chodzić razem ze mną, a nawet przychodzili po mnie. Odtąd mogłem się z nimi  zawsze bawić i traktowali mnie jak jednego z nich. Goniliśmy się, graliśmy w szukanego lub siedzieliśmy w indiańskim namiocie, grając w karty. Lucky zawsze bał się wejść do namiotu, gdy wiatr poruszał jego ściankami, a gdy już wszedł, to nie miał zamiaru z niego wychodzić. Najlepiej podobało mi się, gdy bawiliśmy się w "czterech pancernych", byłem wtedy zawsze Jankiem, - miałem, przecież tak na imię i przede wszystkim miałem psa. I tak bawiliśmy się całymi dniami, a Lucky był zawsze z nami.

Pewnego razu Jacek przyniósł piłkę do tenisa. Rzucaliśmy ją między sobą, a Lucky co chwilę łapał ją w zęby i nie chciał jej oddać. Bardzo mu się ta zabawa podobała. Postanowiłem więc, że wymienię się z Jackiem czymś na piłkę. Zaproponowałem mu znaleziony dwumetrowy sznurek, oryginalny kapsel z Coca-Coli i łopatkę do piasku (sam jej już nie potrzebowałem, bo gdy tylko zaczynałem kopać w piasku Lucky zaraz mi pomagał). Jacek się zgodził, a Lucky dostał nową zabawkę. Można było zauważyć, że piłka stała się jego ulubionym zajęciem. Gdy tylko wychodziliśmy na podwórko Lucky brał ją zawsze ze sobą. W mieszkaniu też, gdy tylko miał ochotę na zabawę, zawsze wybierał piłkę.

Na początku rzucałem mu piłkę i chciałem, żeby mi aportował i przynosił ją. Lucky biegał za piłką, łapał ją w zęby i przybiegał z powrotem, nie mając zamiaru jej oddać. Musiałem go wtedy gonić, a jak go już złapałem, musiałem wyciągać mu ją z zaciśniętych zębów. Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że muszę zmienić taktykę. Zamiast rzucać, zacząłem grać nogami. Doprowadziło to do tego, że byłem częściej w jej posiadaniu. Biegając podawałem ją sobie z nogi na nogę, robiąc zwody i uniki, a Lucky biegał wokół mnie, próbując mi ją odebrać Musiałem grać krótko przy nodze, bo gdy tylko ją sobie mocniej wypuściłem, Lucky był na tyle szybki, że zawsze ją zabierał. Im dłużej graliśmy, tym lepiej mi to wychodziło. Ta zabawa bardzo mi pomogła. (Gdy graliśmy w piłkę w przedszkolu albo na podwórku potrafiłem prowadzić grę i stawałem się czołowym zawodnikiem).

Kilka razy mój tata przyglądał się gdy grałem z kolegami lub gdy bawiłem się z Luckym. On sam grał w piłkę, był nawet zawodnikiem dzielnicowego klubu GKS Dąb Katowice, a później zakładowego klubu piłkarskiego przy Hucie Baildon. Po ślubie zakończył swoją amatorską karierę, ale wciąż był wielbicielem i kibicem piłki nożnej Kibicował drużynie z Katowic.

GKS Dąb Katowice - śląski klub sportowy z Katowic. Obecnie nie istnieje (na miejscu byłego boiska, na rogu ulic Złota i Sportowa zostały wybudowane domy mieszkalne). Klub powstał w 1911 roku jako niemiecki SC Eiche Domb. W swojej historii dwukrotnie zmieniał nazwę: po włączeniu Dębu do Polski na GKS Dąb oraz, gdy Dąb został przyłączony do Katowic - na GKS Dąb Katowice. W 1968 roku doszło do fuzji z nowo powstałym GKS Katowice. Ze znanych zawodników grających w Dębie możemy wymienić: Ewalda Dytko - reprezentanta Polski, olimpijczyka z 1936 roku, uczestnika MS 1938; Richarda Herrmanna - reprezentanta Niemiec, uczestnika MS 1954 i mistrza świata z 1954.

Piłkarski Klub z Katowic powstał w lutym 1964 roku, przyjmując barwy żółto- zielono-czarne, a za godło herb miasta Katowic. Klub zadebiutował w I lidze w sezonie 1965/66. W 1986 klub po raz pierwszy zdobył Puchar Polski pokonując na Stadionie Śląskim Górnika Zabrze 4:1. W sumie od 1986 do 1995 roku Katowice czterokrotnie zajmowały pozycję wicemistrza kraju, dwa razy zdobyły Superpuchar i trzykrotnie Puchar Polski. Przez 10 lat klub nieprzerwanie występował w europejskich pucharach. Na swoim stadionie przy ulicy Bukowej oglądaliśmy takie zespoły jak: Aris Saloniki, dwukrotnie Bayer Leverkusen, Benfica Lizbona, FC Barcelona, FC Brugge Galatasaray Istambul, Girondins Bordeaux, Rangers Football Club i Sportul Studentesc Bukareszt.

Czas kryzysu w górnictwie okazał się bardzo ciężki dla klubu z Katowic.. W 2005 roku z powodów finansowych klub nie otrzymał od PZPN licencji na grę w II lidze, wskutek czego rozpoczął rozgrywki dopiero od IV ligi.

Pewnej soboty tata oznajmił mi, że po obiedzie nie pójdę z Luckym na spacer. Byłem zły i obraziłem się, ale gdy powiedział, że ma dla mnie niespodziankę złość szybko minęła. Tata zrobił z tego tajemnicę i nie chciał jej zdradzić. Byłem bardzo ciekawy i już o godzinie 10 mówiłem mamie, że jestem głodny, ale nic nie pomagało więc niecierpliwie czekałem na obiad. Jak nigdy, zjadłem cały posiłek. Po jedzeniu mama powoli zaczynała zmywać, a my z tatą zaczęliśmy się ubierać. Wyszliśmy z domu na główną ulicę, następnie skręciliśmy w lewo, mijając po drodze sklep spożywczy i szkołę podstawową, która mieściła się z tyłu naszego podwórka. Doszliśmy do końca ulicy, gdzie po drugiej stronie zaczynał się park. Pomyślałem sobie, że idziemy do „wesołego miasteczka”. Zdziwiłem się, że nie szliśmy na wprost tylko skręciliśmy w prawo, mijając główne alejki parku. Wokół nas szło coraz więcej ludzi, przeważnie mężczyzn i wszyscy zmierzali w tym samym kierunku. Za głównym wejściem do parku znajdował się mały lasek. Cały czas trzymałem tatę za rękę, a im dalej byliśmy od domu, tym bardziej ściskałem jego dłoń. Tata zauważył moje zaniepokojenie i żeby mnie trochę rozluźnić spytał czy mam ochotę na słonecznik. Dopiero teraz zauważyłem, że przy wyasfaltowanej drodze którą szliśmy, co jakiś czas ktoś siedział na małym stołeczku turystycznym i sprzedawał z dużej skórzanej czarnej torby palony słonecznik. Nigdy do tej pory czegoś takiego nie jadłem, więc z ciekawości zgodziłem się. Ustawiliśmy się w małej kolejce, czekając aż będziemy obsłużeni. Bardzo mi się podobało jak starszy pan, który był sprzedawcą, obsługiwał klientów. Miał na kawałki pociętą gazetę, rolował ją w mały lejek, zaginając jej dolną część i małą szklanką służącą za miarkę wsypywał do niej palony słonecznik. W ten sposób porcjował swój produkt. Do wyboru była mała porcja składająca się z dwóch miarek i duża , która mieściła trzy miarki. Jak ktoś chciał więcej, to musiał kupić dwie porcje. Za każdym razem, gdy nabierał miarką z torby, unosił się cudowny zapach słonecznika. Zdecydowałem się na małą porcję, byłem przecież po obiedzie, a dziś naprawdę się najadłem. Gdy zostaliśmy obsłużeni poszliśmy dalej.

Doszliśmy do końca lasku. Po prawej stronie mieścił się ogromny żwirowy parking, na którym stawało coraz więcej samochodów, a po lewej stronie wznosił się wysoki na trzy metry płot z metalowych prętów. Razem z nami szło tylu ludzi, że zaczynało być coraz tłoczniej. Nagle wszyscy zatrzymali się, więc zapytałem tatę dlaczego stoimy. Odpowiedział mi, że czekamy w kolejce po bilety. To była gigantyczna kolejka, chyba ze sto razy dłuższa niż po słonecznik. W końcu kupiliśmy bilety i przez małą furtkę w płocie weszliśmy do środka. Przy wejściu stał kontroler, który sprawdzał czy mamy bilety. Ja nie musiałem mieć, bo byłem jeszcze mały. Poszliśmy dalej w kierunku wysokiego budynku. Budynek ten musiał mieć trzy klatki, bo do jego wnętrza prowadziły schody wysokie na jakieś dwa piętra, dwoje z nich po bokach i jedne po środku.

Weszliśmy schodami do góry i dopiero teraz zauważyłem, że to nie żaden budynek, tylko trybuna stadionu piłkarskiego. Z wrażenia odebrało mi mowę, nie potrafiłem wypowiedzieć ani słowa. W końcu znaleźliśmy wolne miejsca i mogliśmy usiąść, i trochę ochłonąć. Naprzeciw naszej trybuny, na której siedzieliśmy, znajdowała się jeszcze jedna o takiej samej długości, a po bokach stały dwie krótsze. Wszystkie trybuny razem tworzyły prostokąt, a w ich wnętrzu znajdowało się boisko. Trybuny były pokryte dachami, a ponad nimi wznosiły się wysokie maszty, na których czubkach były zamontowane na specjalnej stalowej konstrukcji ogromne reflektory. Na jednej z bocznych trybun była zamontowana olbrzymia czarna tablica z dużym zegarem, a pod nim na prawo i na lewo okna z takimi samymi cyframi 0:0. Boisko miało też ogromne wymiary, było prawie takie duże jak nasze podwórko. Całe było zarośnięte trawą i połączone liniami. Na każdym rogu stały słupki z chorągiewkami, a przed bocznymi trybunami stały bramki pomalowane na biało i naciągnięte siatkami. Ten stadion robił imponujące wrażenie, a wypełniające się publicznością trybuny jeszcze to nasilały. Wokół boiska rozmieszczone były głośniki, z których dobiegała głośna muzyka. Po pewnym czasie muzyka ucichła, a spod naszej trybuny  zaczęli wybiegać na boisko piłkarze. Z głośników usłyszałem głos spikera, który zaczął przedstawiać drużynę. Nie musiał tego robić, ponieważ wszyscy widzowie i tak wiedzieli o kogo chodzi. Spiker głośno wołał: z numerem 1, a reszta publiczności głośno wywoływała jego imię i nazwisko. Czułem się jakbym oglądał film. Nie mogłem uwierzyć, że to wszystko działo się naprawdę. Sędzia rozpoczął mecz, a publiczność śpiewała klubowe piosenki i dopingowała swoją drużynę. Gdy nasi zawodnicy atakowali, robiło się coraz głośniej, a gdy akcja kończyła się obronionym lub niecelnym strzałem, na trybunach było słychać głośny jęk zawodu, który po chwili zamieniał się w oklaski. Natomiast gdy przeciwnik atakował, a nasza drużyna broniła się publiczność zamierała z wrażenia, a na trybunach w ogromnym napięciu panowała głucha cisza. Nasza drużyna strzeliła w końcu bramkę. Publiczność klaskała i cieszyła się razem z drużyną, a niektórzy z widzów rzucali w powietrze pocięte na małe kawałki kartki papieru i zrolowane serpentyny. Wyglądało to jakby padał śnieg, a na tablicy na której wisiał zegar, cyfry zmieniły się na 1:0.

W przerwie meczu tata przypomniał mi o słoneczniku, o którym całkowicie zapomniałem. Pokazał mi jak się go obiera z łusek i zacząłem go jeść. Przerwa dobiegała końca i na boisko wybiegły obie drużyny, a na wysokich masztach zapaliły się ogromne reflektory, oświetlając zieloną murawę. Przez całą drugą połowę razem z resztą publiczności przeżywałem to, co działo się na boisku. Tylko z tym słonecznikiem trochę mi nie wychodziło. Gdy zaczynałem go łuskać musiałem patrzeć na to, co robię, nie oglądając meczu. Nie miałem na to cierpliwości, więc zjadłem go z łupinkami. Do końca spotkania wynik nie uległ już zmianie. Po zakończonym meczu publiczność na stojąco podziękowała piłkarzom głośnymi oklaskami. Obie drużyny powoli zaczęły schodzić do szatni, a my udaliśmy się w drogę powrotną. do domu.

Przez całą drogę powrotną buzia mi się nie zamykała. Opowiadałem tacie o wszystkim, tak jakby go ze mną nie było, a on słuchał i tylko się uśmiechał. Powoli robiło się już ciemno, a ja co jakiś czas oglądałem się za siebie. Stadionu już dawno nie było widać, a na wysokich masztach wciąż świeciły reflektory. Oświetlenie było na tyle mocne, że rozjaśniło niebo nad stadionem. Wyglądało to tak, jakby to miejsce było zaczarowane. Po powrocie do domu wszystko jeszcze raz opowiedziałem mamie, nie dopuszczając jej do słowa. Nawet nie zauważyłem, kiedy zjadłem kolację, a gdy po niej mama mnie myła i ubierała w piżamę, ciągle jeszcze gadałem. Przed pójściem do łóżka poprosiłem tatę, żeby na bilecie wejściowym napisał mi wynik spotkania, a potem schowałem go do mojej ulubionej bajki "Lucky Luck".

Na drugi dzień, gdy tylko wstałem powiedziałem tacie, że za tydzień też idziemy na mecz. Byłem rozczarowany gdy dowiedziałem się, że to niemożliwe. Tata powoli i cierpliwie wyjaśnił mi na czym polegają rozgrywki piłkarskie. Dowidziałem się, że liga piłkarska rozpoczyna się w połowie lata. W lidze gra 18 klubów, miejscowa drużyna musi z każdym innym klubem rozegrać jeden mecz, grając raz u siebie, a raz na boisku przeciwnika. Za każdy wygrany i zremisowany mecz drużyna dostaje punkty. Im więcej punktów nazbiera, tym wyżej stoi w tabeli. Po rozegraniu całej rundy następuje przerwa zimowa. Na wiosnę zaczyna się runda wiosenna i znowu trzeba ze wszystkimi grać, zdobywając punkty. Po zakończeniu całych rozgrywek, drużyna która zdobyła najwięcej punków zostaje mistrzem kraju, a dwie drużyny z końca tabeli spadają do II ligi. Była to liga o słabszym poziomie, a dwie najlepsze drużyny, które zdobędą najwięcej punktów na koniec rozgrywek awansują do I ligi. Trochę było to dla mnie skomplikowane, ale zrozumiałem, że za tydzień drużyna z Katowic gra wyjazdowy mecz na boisku przeciwnika.

I tak dni uciekały, a ja gdy tylko była okazja grałem w piłkę, gdzie się tylko dało: w przedszkolu, z kolegami na podwórku, z Luckym, a jak nie było z kim, to grałem sam. Cały tydzień czekałem z niecierpliwością na sobotę, żeby z tatą pójść na mecz. A gdy nasz klub grał na wyjeździe, a ja bawiłem się na podwórku, zawsze nasłuchiwałem, gdy zegar na wieży kościelnej wybijał pełne godziny. Biegłem wtedy do domu ile  sił w nogach i słuchałem wiadomości radiowych, w których na końcu podawane były wyniki spotkań piłkarskich. Bardzo  cieszyłem się gdy Katowice wygrywały, a gdy przegrywały biegałem co godzinę do domu, licząc na to, że wynik jeszcze ulegnie zmianie. Niestety wynik nigdy się nie zmieniał. W tym samym roku na święta Bożego Narodzenia dostałem piękny prezent. Otrzymałem prawdziwą piłkę do nogi, farby, proporczyk i szalik klubowy w kolorze  żółto-zielono-czarnym. Bardzo ucieszyłem się, - zostałem teraz prawdziwym kibicem, a farbami chciałem pomalować Lucky'ego na te same kolory, co szalik. Rodzice od razu sprzeciwili się, a tata zaproponował, żebym pomalował pudełko po butach, w którym mógłbym przechowywać bilety z meczów. To był świetny pomysł, ponieważ w mojej ulubionej bajce zaczynało brakować miejsca.

W ten sposób uciekał rok po roku, a pomalowane pudełko po butach zaczynało się wypełniać. Moja kariera przedszkolaka dobiegała końca. Przeszedłem wszystkie szczeble, jakie tylko były możliwe: zaczynałem od maluchów, później przeszedłem do średniaków, a na koniec awansowałem do starszaków.