Nieustraszona piękność - Mary Nichols

Nieustraszona piękność

0,0

Louise Vail po osiągnięciu pełnoletności dowiaduje się, że była adoptowana. Ucieka z domu i w przebraniu młodzieńca wyrusza na poszukiwanie rodziny. Zmartwieni opiekunowie zatrudniają Jonathana Leinstera, członka znanego Klubu Dżentelmenów Piccadilly, by sprowadził zbiegłą pannę do domu, zanim wybuchnie skandal. Jonathan szybko odnajduje Louise, ale pełna temperamentu dziewczyna ani myśli porzucić swoje postanowienie…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rozdział pierwszy

Maj 1760 roku

Ogród na plebanii, choć niewielki, był oazą spokoju. Rabaty mieniły się barwami malw, słoneczników, ostróżek i jastrunów, a w powietrzu unosił się aromat róż, lawendy i goździków. Louise uwielbiała to miejsce i nawet jako dziewczynka z wielką ochotą pomagała siać i pielęgnować rośliny. Mimo że stary ogrodnik już nie żył i zastąpił go młody Alfred, nadal z przyjemnością zajmowała się ogrodem i najszczęśliwsza była wtedy, gdy ubrana w prostą suknię i fartuch, na klęczkach pieliła grządki lub zrywała uschnięte kwiaty.

Było ciepło i słonecznie, choć poprzedniego dnia trochę padało. Louise uznała, że czas wypowiedzieć wojnę chwastom na wąskiej rabatce pod oknem gabinetu ojca. Pracowała z zadowoleniem już od dłuższego czasu, gdy dobiegły ją głosy.

– Elizabeth, trzeba o tym powiedzieć Louise. Ona nie jest już dzieckiem, tylko dorosłą kobietą. W tym wieku powinna zrozumieć.

Louise wyraźnie usłyszała słowa ojca i zaczęła się zastanawiać, o czym mowa. Ojciec wydawał się wyjątkowo ponury. Czyżby złamała jedną z wyznawanych przez niego surowych zasad postępowania? Może szeptała o czymś ze swoim bratem Lukiem podczas ojcowskiego kazania w niedzielę? A może zobaczył ją jeżdżącą konno po męsku, co było niegodne damy? Gdyby jednak tak się stało, zapewne wezwałby ją do gabinetu i zrugał. Nigdy nie bała się ojca i zwykle bez trudu potrafiła go owinąć wokół palca. Okazałaby niezbędną skruchę, a on uśmiechnąłby się i przebaczył jej winę, a potem pozwolił odejść. W tak banalnej sprawie nie zasięgałby nawet opinii żony.

– Nie. – Usłyszała głos matki, jak na nią niezwykle zdecydowany. – Wyjechaliśmy z Moresdale, żeby uciec od przeszłości, zacząć nowe życie, więc nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy teraz to odgrzebywać.

– Moja droga, wiem, że to jest dla ciebie powód do frasunku, dla niej też będzie, ale nie na długo. Przecież jej nie odrzucamy ani nie przestaliśmy jej kochać. Pomyśl, ona na pewno wkrótce zechce wyjść za mąż, a dżentelmen, którego wybierze, powinien poznać prawdę.

Louise przestała pielić rabatkę. Siedziała na piętach, kołysząc gracką trzymaną w dłoni, i próbowała zrozumieć, o co chodzi. Bała się nawet odetchnąć ze strachu, że zdradzi swoją obecność. Nie wątpiła ani przez chwilę, że rodzice rozmawiają o niej, ale ich słowa wydawały się niejasne. Jaka prawda? Przed jaką przeszłością uciekali? Mgliście pamiętała przeprowadzkę do Chipping Barnet, bo była jeszcze bardzo młoda, ale wspomnienie miejsca, w którym mieszkali wcześniej, prawie się zatarło.

– A po co w ogóle o tym mówić? – spytała matka.

– Ponieważ gdyby zawarła małżeństwo, mając taki sekret, ryzykowałaby posądzenie o oszustwo, a poza tym zawsze może się zdarzyć, że ktoś inny na to wpadnie i powie jej przyszłemu mężowi. Chyba rozumiesz, że to byłoby wyjątkowo niefortunne. Postąpilibyśmy haniebnie, gdybyśmy pozwolili jej dowiedzieć się o tym od obcych.

– Kto niby ma na to wpaść? Wiemy tylko ty i ja...

– I Catherine – przypomniał jej.

– Catherine nie piśnie ani słówka. Nie ważyłaby się.

– Chyba nie sądzisz, że przez te wszystkie lata nie dopuściła męża do sekretu? Augustus Fellowes nie jest głupcem. Prawdopodobnie zorientował się, że Catherine coś przed nim ukrywa. Mogą też wiedzieć inni. Nie byłem obecny przy narodzinach Louise, ale ciebie też tam nie było, więc skąd ta pewność?

Louise omal nie krzyknęła ze zdumienia. Jak ojciec mógł powiedzieć, że matki nie było przy porodzie? Przecież to niedorzeczność. Chyba... chyba że... och, nie! Nie wierzyła własnym uszom. Jak mogłaby w to uwierzyć?!

Następne słowa matki jednak potwierdziły najgorsze.

– Jest u nas taka szczęśliwa. Pęknie jej serce, jeśli się dowie, że nie jesteśmy jej prawdziwymi rodzicami – mówiła. – Przecież nawet jeśli jej nie urodziłam, nie jestem przez to mniej jej matką. Darzę ją szczerym matczynym uczuciem. Każde jej szczęście jest i moim szczęściem, smutek smutkiem, a cierpienie cierpieniem. Nie wiem, jak możesz nawet myśleć o tym, by coś takiego jej zrobić.

Chłodny wiatr rozwiewał włosy Louise, ale dreszcz przeszył ją nie z zimna, lecz z trwogi. Ledwie mogła ogarnąć myślą to, co usłyszała. Człowiek, który wychowywał ją od kołyski, zapewnił jej edukację, ubierał ją i karmił, a przede wszystkim darzył ojcowską miłością, wcale nie był jej tatą. A kobieta, do której zwracała się ze wszystkimi kłopotami, by zawsze znaleźć cudowne rozwiązanie, wcale nie była jej mamą. Musiało to oznaczać również, że Matthew, Mark i Luke nie są jej braćmi. Są od niej starsi. Czy znają prawdę? Czy wiedzą, że ona, Louise, jest... No właśnie, kim właściwie jest?

– Elizabeth, jako duchowny powinienem dawać przykład uczciwego, prostolinijnego postępowania – ciągnął ojciec. – Ze względu na ciebie dochowywałem tego sekretu przez wiele lat. Teraz jednak, gdy jest panną na wydaniu, sumienie nie pozwala mi dłużej trzymać prawdy w tajemnicy. Mogłaby poślubić szlachetnie urodzonego człowieka...

Ojciec odszedł od okna i końca zdania Louise nie usłyszała.

– Och, Edwardzie, ona nigdy nie była taka próżna, żeby żywić podobne nadzieje. Luke tylko żartował, że powinna poślubić wicehrabiego.

– Wiem, że to był żart, ale prawda...

Głos ojca znów odpłynął.

– Czy wobec tego nie możesz odłożyć rozmowy z nią do chwili, gdy będzie chciała wyjść za mąż. Proszę, pozostaw ją w niewiedzy jeszcze trochę dłużej. Nie proszę, błagam!

Louise cisnęła grackę na ziemię, ściągnęła fartuch, rękawiczki i zerwała się na równe nogi. W głowie miała zamęt. Nie wiedziała, gdzie się podziać ani co z sobą zrobić, pobiegła więc przed siebie.

Na końcu ogrodowej alejki stała altanka obrośnięta kapryfolium i różowymi różami. Louise bezsilnie opadła na ławkę, zbyt odrętwiała, by uronić choć jedną łzę. Przez całe życie ani razu nie pomyślała, że nie jest córką wielebnego Edwarda Vaila i jego żony Elizabeth. Teraz wyglądało na to, że przez cały czas była okłamywana. Czuła się tak, jakby nagle rozpadła się na tysiące maleńkich kawałeczków, niczym wazon upuszczony z dużej wysokości, którego nijak nie można odtworzyć.

Wciąż nie mogła się pogodzić z tym, czego się dowiedziała, i wolałaby, aby ostatnie pół godziny nigdy się nie zdarzyło. Jeśli tata i mama nie są jej rodzicami, to kto? Dlaczego zamieszkała u wielebnego? Czy prawdziwi rodzice ją oddali? Cokolwiek zaszło, wydawało się, że ciąży na niej piętno, które może zniechęcić ewentualnego kandydata do małżeństwa. Często zastanawiała się, skąd wziął się niezwykły odcień jej oczu, orzechowy z plamkami zieleni. Przecież wszyscy bracia mieli oczy niebieskie, a ojciec szare. Chłopcy byli jasnowłosi, a ona ciemnowłosa. Czyżby razem z cechami fizycznymi odziedziczyła jakieś niepokojące skłonności, które mogłaby przekazać dzieciom? Z jakich powodów matka zdecydowałaby się oddać własne dziecko?!

Catherine Fellowes. To imię i nazwisko mocno wryło się w jej pamięć. Kim była? Skąd pochodziła? Dlaczego bała się wyjawić prawdę mężowi? Czy to oznaczało, że ona, Louise, pochodzi z nieprawego łoża?

Takie wytłumaczenie wydawało się najbardziej prawdopodobne. Czyżby była... bękartem? Odnalazła w myślach to okropne słowo, chociaż nie ważyła się wypowiedzieć go na głos. Nie zmieniało to jednak tego, że czuła się bezimienną istotą, jeśli nie liczyć imienia nadanego jej przez wielebnego i jego żonę. Dlaczego wzięli ją pod swój dach? Dlaczego ukryli przed nią prawdę? Czy może dalej żyć tak jak do tej pory, pomagając ojcu, ucząc wiejskie dzieci, wspierając matkę w dobroczynności? Jak będzie mogła chodzić na przyjęcia, spotykać się z przyjaciółmi i marzyć o tym, że któregoś dnia zakocha się i wyjdzie za mąż?

Niemożliwe. Wiedziała, że dzisiaj jej życie zmieniło się nieodwracalnie i już nigdy na świat nie spojrzy tak samo.

Gdzieś niedaleko odezwała się kukułka. Choć szybko odleciała, jej głos odbijał się w głowie Louise bolesnym echem. Ona właśnie była jak kukułcze pisklę podrzucone do przytulnego gniazda na plebanii. Poczuła dojmujący smutek. Łzy zasnuły świat mgłą bezsilności i spłynęły po policzkach.

Po chwili smutek zastąpił gniew. Osuszyła oczy i policzki chustką, wstała i skierowała się w stronę domu. Zamierzała stanąć przed rodzicami i natychmiast zażądać wyjaśnień, jednak nigdzie ich nie znalazła. Jak dowiedziała się od służącej Hetty, ojca wezwano do chorego, a matka poszła do wsi. Nawet Luke’a nie było w domu, choć i tak nie mogłaby mu się zwierzyć, mimo że był jej ulubionym bratem i niemal rówieśnikiem. Nie licząc służby, została w domu sama.

Poszła do swojego pokoju, przytulnego kącika, w którym mieszkała od najwcześniejszego dzieciństwa. Te ściany były świadkiem wielu różnych momentów w jej życiu, i dobrych, i złych, ale chyba jeszcze nigdy Louise nie czuła się tak zrozpaczona. Usiadła na łóżku i spojrzała na obraz przedstawiający Chrystusa opisany słowami: „Pozwólcie dziatkom przyjść do mnie”. Tego dnia przesłanie wydało jej się szczególnie bolesne. Pomyślała o swojej prawdziwej matce. Kim była Catherine Fellowes? Gdzie mieszkała? Nieznajoma kobieta zdawała się przyzywać ją z przeszłości. Louise zdawała się słyszeć: „Przyjdź do mnie”.

Wicehrabia Jonathan Leinster przekroczył granice Londynu, jadąc statecznym kłusem wzdłuż Edgware Road. Był ciepły dzień, a jemu donikąd się nie spieszyło, co zresztą stanowiło pomyślną okoliczność, bo tłum wokół szubienicy w Tyburn zgęstniał bardziej niż zwykle. Wicehrabia spełnił swoją powinność i wracał właśnie po odwiedzinach w rodzinnym majątku pod Barnet, wycierpiawszy przy tej okazji, jak zwykle, długie ojcowskie kazanie o tym, że czas ustatkować się i zająć sprowadzaniem na świat potomków. Osobiście uważał, że żony poszuka, kiedy do tego dojrzeje i ani dnia wcześniej, a już na pewno nie poślubi Dorothei Mantle, którą jego rodzice uznali za stosowną kandydatkę. Stosowność oznaczała w tym wypadku tyle, że Dorothea odebrała właściwe wychowanie, ma wysoką pozycję społeczną i posag, jaki zdaniem rodziców należy się dziedzicowi tytułu hrabiowskiego, zwłaszcza że chodziło o tytuł hrabiego Chastonbury. Zupełnie nie interesowały ich wygląd, charakter i schludność Dorothei, które z punktu widzenia wicehrabiego czyniły ją kandydatką całkowicie nie do przyjęcia.

Choć nie podzielał niepokoju rodziców o ożenek i spłodzenie dziedzica zapewniającego ciągłość rodu, to mógł go zrozumieć, aczkolwiek ich małżeństwo nie wydało mu się wzorcem godnym naśladowania. Matka powiedziała mu raz, że zostało ono zaaranżowane przez ich ojców, a jego dziadków, i że posłusznie zgodziła się na ten wybór. Wszystkim ludziom spoza rodziny małżonkowie wydawali się przykładną parą, ale w rzeczywistości każde z nich prowadziło osobne życie i nie łączyło ich nic poza Jonathanem i jego młodszą siostrą Arabellą. Matka Jonathana nigdy nie nazwała swego małżeństwa smutną porażką, on jednak wiedział, że tak właśnie je oceniała. Ojciec z chorobliwą regularnością zmieniał kochanki, a matka z desperacji brała sobie kochanków, żadne z nich jednak nie wydawało się szczęśliwe. Bella poszła w ślady matki i poślubiła mężczyznę, którego wybrał dla niej ojciec, co okazało się jeszcze większą katastrofą niż związek rodziców. Henry, o piętnaście lat starszy od Belli, był okrutnikiem, który się nad nią znęcał. Jonathan doradzał siostrze, by opuściła męża, ona jednak panicznie bała się skandalu, zwłaszcza że matka uważała to za jej obowiązek. Jonathan przysiągł sobie, że nie powieli błędów rodziny i zanim zgodzi się na zakucie w małżeńskie kajdany, upewni się co do wybranki.

W takiej sytuacji odwiedziny u rodziców nie mogły być udane.

Powściągnął konia, ponieważ tłum zgęstniał na tyle, że trudno było swobodnie przejechać. Wtedy przypomniał sobie, że właśnie tego dnia miała się odbyć egzekucja Roberta Shirleya, drugiego hrabiego Ferrers, skazanego na śmierć przez powieszenie za morderstwo. Był to pierwszy par królestwa w dziejach, którego spotkała taka kara. Zazwyczaj bowiem szlachetnie urodzonych ścinano uderzeniem miecza. Prośby hrabiego, by przewieźć go do Tower i tam stracić, nie zostały wysłuchane. Zdecydowano, że zostanie potraktowany jak pospolity przestępca. Na samą myśl o tym Jonathanowi jeżyły się włosy na głowie, a halsztuk zaczynał go dusić. Naturalnie, nigdy nikogo nie zabił, a właściwie tylko raz, ale w pojedynku. Walka odbyła się zgodnie z zasadami. Wtedy jednak Jonathan był młodzieńcem o gwałtownym temperamencie.

Hrabia Ferrers uzyskał pozwolenie, by pod szubienicę podjechać własnym landem, które stało się częścią makabrycznego przedstawienia, doprowadzającego podnieconą gawiedź niemal do obłędu. Z przodu posuwało się pięć powozów należących do hrabiego, a pojawieniu się każdego z nich towarzyszył wrzask tłumu, po czym okazywało się, że pojazd jest pusty. W szóstym jednak istotnie znalazł się pan hrabia ubrany w biały szustokor, haftowany srebrną nicią. Towarzyszyli mu szeryf Londynu i kapelan z Tower, a dookoła jechała konno straż. Dalej podążały następne powozy, a w nich lord wielki steward, wysocy urzędnicy i dwunastu sędziów, a za nimi przyjaciele hrabiego, którzy chcieli uprzyjemnić mu chwilę odejścia. Londyn nigdy nie widział niczego podobnego.

Jonathan nie mógł zrozumieć, co skłoniło Jamesa do zwołania spotkania klubu akurat tego dnia. Nie mieli przecież żadnego udziału w wydaniu hrabiego wymiarowi sprawiedliwości. Sprawcy nie trzeba było szukać, a zastrzelenie z zimną krwią zarządcy majątku nie dało mu żadnych nadziei na obronę.

Jonathan nie czekał, aż morderca zostanie powieszony, tylko pojechał dalej. Skręcił w Tyburn Lane, dotarł do Hyde Park Corner i znalazł się na Piccadilly, gdzie mieścił się londyński dom lorda Trenthama, członka rządu, który w swoim domostwie zwoływał spotkania Towarzystwa na rzecz Ujawniania i Ujmowania Przestępców, popularnie znanego pod nazwą Klubu Dżentelmenów z Piccadilly. Tu Jonathan zastał innych członków organizacji.

Wkroczył energicznie do pokoju, powitał wszystkich i nieznacznie się skłonił, po czym opadł na jedyne wolne krzesło przy stole. Honorowe miejsce u szczytu należało do lorda Drymore’a, który jeszcze jako kapitan James Drymore założył towarzystwo dziewięć lat wcześniej. Po swojej lewej ręce miał Harry’ego, lorda Portmana, niesłychanie bogatego człowieka. Mimo że udawał fircyka, był szalenie bystry, a interesował się zwłaszcza fałszerzami, którzy wprowadzali do obiegu podrobione monety różnych nominałów. Działalność fałszerzy stała się tak rozpowszechniona, że zaczęła zagrażać stabilności gospodarki.

Po prawej ręce Jamesa siedział sir Ashley Saunders, oficer królewskiej floty wojennej w stanie spoczynku, a przy tym zaprzysięgły kawaler. Głównym przedmiotem jego troski było bezpieczeństwo państwa. Obaj ci mężczyźni byli z Jamesem od samego początku, a Jonathan przyłączył się do nich wkrótce potem. Nowicjuszem był Alexander Carstairs, były kapitan kawalerii i znawca broni. Wreszcie miejsce przy końcu stołu zajmował Sam Roker, który choć nie należał do uprzywilejowanej warstwy społeczeństwa, został przyjęty z racji swej oddanej służby Jamesowi i długoletniej z nim przyjaźni. Cieszył się też opinią człowieka, którego warto mieć u boku, będąc w trudnym położeniu. Poza tym dobrze znał dzielnice londyńskiej biedoty, gdzie zwykle melinowali się złodzieje i rzezimieszki.

Mężczyźni ci bardzo różnili się między sobą zarówno pochodzeniem, jak i usposobieniem, ale dobrze pracowali w zespole, więc Jonathan cieszył się, że jest jego częścią. Czasem przyłączał się do nich jeszcze sir John Fielding, pierwszy sędzia Londynu. Wprawdzie był ślepy, ale znał wszystkich londyńskich złodziei i potrafił rozpoznać każdego po głosie. Tego dnia zatrzymały go obowiązki związane z egzekucją hrabiego Ferrers.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedział Jonathan. – Nie sposób dzisiaj się przedostać, taki jest ruch. Coś niespotykanego. Ferrers wywołał zamieszanie w całej stolicy. Trudno byłoby się domyślić, że jechał na śmierć.

– Przynajmniej jeszcze jeden zbrodniarz dostał to, na co zasłużył – odpowiedział Ash. – Ja, na przykład, cieszę się, widząc, że prawo jest równe dla wszystkich, bez względu na pozycję społeczną oskarżonego. Nie powinno się inaczej traktować bogatych i biednych...

– W tej kwestii wszyscy jesteśmy zgodni – przyznał James. – Czy jednak możemy przystąpić do pracy? Zamierzam dziś wieczorem wyjechać do Blackfen Manor. Amy wkrótce wyda na świat nasze czwarte dziecko i chcę przy tym być, nawet jeśli oznacza to tylko chodzenie po korytarzach. Co chcesz nam przedstawić, Ash?

– Po ostatnich zamieszkach, w których tłum chciał zburzyć domy irlandzkich robotników, w City znowu zapanował spokój – powiedział sir Ashley. – Zamieszki wywołał murarz. To on podburzył ludzi, ale kiedy kazałem go zatrzymać i porozmawiałem z jego zwolennikami, ci rozproszyli się, nie czyniąc większych szkód, jeśli nie liczyć kilku rozbitych nosów. Będę jednak czuwał nad rozwojem wydarzeń.

– Dobrze. Co u ciebie, Harry? – spytał James.

Harry przerwał oględziny swoich starannie wypielęgnowanych paznokci.

– Jed Black znowu uciekł z Newgate – oznajmił. – Ten człowiek jest śliski jak węgorz, dawno już należało go powiesić.

– Jakie przestępstwo popełnił? – spytał Alex, który jako nowy członek grupy nie wszystkie sprawy znał jeszcze ze szczegółami.

– Notoryczny fałszerz i morderca – wyjaśnił Harry. – Przywódca bandy. Przyczyniłem się do jego aresztowania przed kilkoma tygodniami. Ma jednak zręcznego prawnika, który ciągle znajduje powody opóźniające proces. Jed z kolei nie zamierza gnić w więzieniu, bo chce wrócić do swojego dochodowego fachu. Raz już kiedyś uciekł, a z wytropieniem go i wsadzeniem za kraty było mnóstwo zachodu. Teraz wszystko się powtarza.

– Zrób, co w twojej mocy – powiedział James. – Ten człowiek jest niebezpieczny i musi odpowiedzieć za zło, które wyrządził.

– Stawiam dziesięć do jednego, że ma wspólników i przekupił straż – ciągnął Harry. – Zamierzam wybrać się do więzienia, przepytać strażników i więźniów, którzy mieli z nim kontakt.

– Jest za sprytny, żeby szukać schronienia w tych miejscach, które zwykle odwiedza – wtrącił Sam. – Chcesz, żebym ci pomógł?

– Tak, jeśli odpowiada to Jamesowi.

– Jak najbardziej – potwierdził James i zwrócił się do Jonathana: – A co u ciebie?

– Korzystając z otrzymanej informacji, odzyskałem większą część dobytku lorda Besthorpe’a i zwróciłem mu do rąk własnych. Nikomu nic się nie stało – zameldował.

– Rozumiem, że nie aresztowałeś sprawcy?

– Nie. To był mały, chuderlawy urwis. Nie mogłem go zatrzymać.

James roześmiał się, przypomniał sobie bowiem, jak przed laty zrobił dokładnie to samo i w ten sposób uratował przed życiem w występku Johna Pottona. Chłopak wyrósł na sympatycznego i uczciwego młodzieńca, który teraz pracował dla Jonathana.

– Ten mały urwis stał na czatach – ciągnął Jonathan. – Pozostałych nakryłem na dzieleniu łupu. Wzięli nogi za pas i zostawili smarkacza, żeby poniósł konsekwencje, ale jeszcze ich dopadnę. Chłopak podał mi ich imiona w zamian za wolność...

Właśnie wtedy ich spotkanie przerwał Luke Vail, który ubłagał odźwiernego, by go wpuścił. Zdjął kapelusz, skłonił się przed zebranymi i zwrócił się do Jonathana:

– Milordzie, pilnie potrzebuję waszej pomocy. Moja siostra... Louise zniknęła. Cała rodzina odchodzi od zmysłów ze strapienia. Słyszałem, że milord jest członkiem Klubu Dżentelmenów, który rozwiązuje zagadkowe sprawy, więc przyszło mi do głowy, że może pan zgodzi się pomóc w jej poszukiwaniach.

Jonathan przyjrzał mu się uważnie. Młody człowiek miał na sobie ciemny strój kleryka, zupełnie niepasujący do jego postawnej postury i młodzieńczego uroku.

– Ja cię znam, prawda? – spytał.

– Tak, milordzie. Jestem Luke Vail. Chodziliśmy do tej samej szkoły, chociaż nie do tej samej klasy. Mój ojciec jest proboszczem w Chipping Barnet, w sąsiedztwie majątku ojca milorda. A ja za dwa tygodnie mam zostać wikarym w Bedfordshire.

– Louise, powiadasz? – zainteresował się Jonathan. – Zdaje się, że raz ją widziałem, będąc na nabożeństwie w kościele twojego ojca. Z reguły chodzimy jednak do kościoła Zbawiciela. To była bardzo ładna dziewczynka.

– Przestała już być dziewczynką, milordzie. Ma dwadzieścia lat i jest oczkiem w głowie ojca, bo to jedyna panna w rodzinie.

– Kiedy znikła? – spytał Jonathan. – I w jakich okolicznościach?

– Wczoraj po południu, kiedy nikogo nie było w domu. Matka wróciła z zakupami i zobaczyła, że Louise nie ma. Fartuch, rękawiczki i graca, której używała w ogrodzie, leżały porzucone na grządce. To zupełnie do niej niepodobne. Nigdy nie rozrzuca rzeczy, zwykle wszystko równo układa w szopie i dopiero potem wraca do domu. Przepytałem całą służbę. Nasz młody ogrodnik powiedział, że widział ją, biegnącą ogrodową alejką, jakby ścigał ją sam diabeł. To jego słowa, nie moje. Podobno siedziała dosyć długo w altance w głębi ogrodu, nagle wstała i pobiegła z powrotem do domu. Potem widział jeszcze, że Louise wychodzi z niewielkim sakwojażem...

– Może uciekła z kochankiem? – przerwał mu Ash.

– Na pewno nie! – oburzył się Luke. – Nie zrobiłaby tego, nawet gdyby miała kochanka!

– Czy ogrodnik z nią rozmawiał? – spytał Jonathan.

– Nie. Powiedział, że nie jemu wypytywać panienkę i że panienka często chodziła do wsi z koszykiem żywności albo torbą ubrań dla biedaków. Jest z tego znana, więc w ogóle nie zwrócił na to uwagi.

– Może wobec tego poszła w odwiedziny do przyjaciół? – podsunął James. – Sprawdzałeś?

– Naturalnie. Nikt jej nie widział.

– Pytałeś, czy nie wsiadła do dyliżansu? – ciągnął James.

– Tak, zaraz na samym początku. Tam też nikt jej nie widział, a przecież we wsi wszyscy ją znają, więc gdyby wyjechała, ktoś na pewno by zauważył. Jej klacz stoi w stajni. Pojechałem do odległego o jakieś trzy mile domu mojego brata Matthew, na wypadek gdyby przyszło jej do głowy właśnie tam się wybrać. Nie zastałem jej i nikt jej nie widział. Szukałem przy trakcie i w jedną, i w drugą stronę, na wypadek gdyby zdarzyło się jakieś nieszczęście, ale też bez skutku. U Marka także jej nie było. To kolejny z braci. Mieszka pod Rickmansworth i prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, jak Louise mogłaby do niego trafić. Ktoś musiałby ją podwieźć. On też jej jednak nie widział. Nie wiemy, co dalej robić. Matka jest zrozpaczona.

– Mogę to zrozumieć – przyznał James. – Zapewne nie zostawiła żadnych śladów, które wskazywałyby na jej zamiary?

– Nie. Bardzo proszę, aby milordowie potraktowali tę sprawę z powagą. Są panowie jedyną nadzieją.

– Tak też robimy – zapewnił go James. – Nasz klub zajmuje się jednak tropieniem przestępców. Jeśli nie popełniono żadnego przestępstwa...

– Proszę o uczynienie wyjątku. Ona na pewno dobrowolnie nie strapiłaby rodziców, pozostając całą noc poza domem. Obawiamy się, że stało się coś strasznego. Proszę nam pomóc ją znaleźć, błagam... – mówił łamiącym się głosem.

– Wygląda to jak zadanie dla ciebie, Jonathanie – powiedział w końcu James. – I nie wolno ci tracić czasu, bo inaczej trop wystygnie.

Jonathan posłusznie wstał.

– Jak się do nas dostałeś? – spytał Luke’a.

– Przyjechałem konno.

– To dobrze. Niezwłocznie wrócimy do twojego domu. Miejmy nadzieję, że tłum już się przerzedził.

Dopóki nie minęli szubienicy w Tyburn, nie mogli jechać obok siebie. Wieszanie już zakończono i ciało odcięto, ale część ludzi wciąż jeszcze kręciła się po okolicy, rozprawiała o całym wydarzeniu, kupowała pamiątki i czekała, by sprawdzić, czy nie będzie jeszcze innych więźniów, których spotka ten sam los. Zwykle w dni wieszania tracono więcej niż jednego skazańca. Gdy wreszcie obaj podróżni znaleźli się na przejezdnym trakcie, a gwar za nimi ucichł i był już jedynie szmerem, Jonathan dokładniej wypytał Luke’a o zniknięcie siostry. Czy stało się coś, co mogło je spowodować? Czy była w domu nieszczęśliwa? Czy wyrażała zamiar złożenia wizyty przyjaciółkom lub krewnym? Na żadne z tych pytań młody człowiek nie odpowiedział jasno. A gdy został poproszony o opisanie Louise, odrzekł jedynie:

– Och, jest piękna.

– To niewiele pomoże. Jak wygląda? Wysoka czy niska? Gruba czy chuda? Jaki ma kolor włosów i oczu?

Jonathan wciąż mgliście pamiętał dziewczynkę z kościoła ubraną w niebieską sukienkę z dymki i mającą we włosach wielką niebieską kokardę. Jej włosy były wtedy gęste i kręcone.

– Jest chyba wysoka jak na kobietę, i szczupła. Włosy ma brązowe, ale nie takie zwyczajne. Z niezwykłym połyskiem. Jej oczy są... – Urwał, żeby się zastanowić. – Chyba zielone. A może brązowe. Nie jestem pewien, milordzie.

– Nie ma cech charakterystycznych?

– Nie nosi sztucznych pieprzyków. Nie pudruje się. Nie ma peruki. Nie potrzebuje tego wszystkiego.

Było to dość typowe. Mężczyźni nigdy nie wyróżniali się spostrzegawczością, gdy chodziło o ich siostry, choć swoje kochanki potrafili opisywać bardzo trafnie.

Gdy przybyli na plebanię w Barnet, Jonathana powitali ponury duchowny i kobieta odchodząca od zmysłów z rozpaczy. Mężczyzna był przeciętnego wzrostu i takiejż budowy ciała, nosił perukę i okulary. Kobieta zbliżała się do pięćdziesięciu lat, była drobna i schludna, miała siwiejące włosy i szare oczy z niebieskawym połyskiem. Para wydawała się skłócona, ale próbowała przezwyciężyć dzielące ich różnice, by godnie ugościć przybysza i odpowiedzieć na jego pytania. Potrafili jednak tylko powtórzyć to, co wcześniej powiedział Luke. Louise wyszła, a ponieważ nikogo wtedy nie było w domu, zostawiła wiadomość, że nie zajmie jej to wiele czasu i wkrótce wróci. Ani przez chwilę nikt nie sądził, że chciała ich tak bardzo zmartwić. Naturalnie, miała gorącą głowę i za sprawą braci zawsze tęskniła do przygód, ale to nie znaczyło, że nie liczyła się z innymi. Nie skrzywdziłaby muchy, a tym bardziej nikogo z rodziny, zwłaszcza że wszyscy ją kochali.

– Czy mogę zobaczyć liścik? – spytał.

Pani Vail przyniosła kartkę, bardzo pogniecioną i noszącą liczne ślady łez.

Najdrożsi Rodzice,

Mówią, że ci, którzy podsłuchują, nigdy nie słyszą o sobie niczego dobrego, ale ponieważ nie potrafiłam oprzeć się pokusie, więc na pewno rozumiecie, dlaczego muszę wyruszyć w tę podróż. Nie będzie trwała długo, więc nie martwcie się o mnie, obiecuję wrócić tak szybko, jak tylko będę mogła.

Wasza kochająca

Louise

– O czym pisze? Co podsłuchała? – spytał Jonathan.

– Nic takiego – odparła pani Vail. – Rozmawiałam z mężem. Okno było otwarte, a ona pieliła grządkę. Nie mieliśmy pojęcia, że nas słyszy.

– Czy to, o czym państwo rozmawiali, mogło ją unieszczęśliwić?

Rodzice popatrzyli po sobie tak, jakby nie chcieli odpowiedzieć, więc w końcu odezwał się Luke:

– Zawsze była wesoła. Nie miała powodu czuć się nieszczęśliwa.

Jonathan nabrał pewności, że państwo Vail coś ukrywają. Zwłaszcza matka wydawała się zakłopotana.

– O której godzinie państwo wyszli, a o której wrócili?

– To było tak w pół drogi do południa – odpowiedział wielebny. – Musiałem odwiedzić umierającego parafianina, pojechałem do niego gigiem. Po drodze podwiozłem żonę do Barnet, żeby mogła zrobić zakupy, i umówiliśmy się, że potem podjadę do domu jej przyjaciółki i razem wrócimy na plebanię. Z powrotem byliśmy około piątej po południu.

– A młody pan Vail? – zainteresował się Jonathan, zwracając się do Luke’a.

– Jeździłem konno. Wróciłem do domu tuż przed rodzicami, ale nie zainteresowałem się nieobecnością Louise, dopóki mama nie zaczęła się tym martwić.

– Czyli dom był pusty przez pięć godzin. Czy mogę porozmawiać ze służbą?

– Bez wątpienia – powiedział wielebny. – Ale ze wszystkimi już sam rozmawiałem.

Jonathan pił herbatę, którą mu podano, a tymczasem wezwano służących. Wszyscy kolejno zaprzeczali, by cokolwiek wiedzieli o miejscu pobytu Louise albo o powodzie, dla którego zdecydowała się opuścić dom. Następnie Jonathan dostał pozwolenie, by obejrzeć ogród i porozmawiać ze służbą pracującą poza domem.

Młody człowiek, pielący grządkę, podniósł głowę na jego widok. Prawdopodobnie był to młody ogrodnik wspomniany wcześniej przez Luke’a.

– Rozumiem, że to ty widziałeś pannę Vail, zanim opuściła dom – zaczął Jonathan. – Wielebny poprosił mnie, abym pomógł ją znaleźć.

– Zachowywała się dziwnie i tak państwu powiedziałem, ale z nią nie rozmawiałem. Teraz żałuję, że nie spróbowałem, bo kiedy wróciłem do domu, przekonałem się, że znikła również moja siostra.

– Twoja siostra? Myślisz, że są razem?

– No mus, że tak. Panna Vail nie byłaby taka nierozważna, żeby wybrać się samopas dalej niż do wsi. A Betty zostawiła liścik. Napisała, że czeka ją przygoda, ale to wielka tajemnica, więc nie wolno mi pisnąć ni słówka. Kiedy jednak zobaczyłem, jak martwi się pani Vail, natychmiast jej powiedziałem, żeby ją pocieszyć. I chyba mi się udało. A mnie to złości, bo ja też martwię się o Betty. Nie powinna była się zgodzić na coś takiego.

– Dobrze zrobiłeś, że mi o tym powiedziałeś. Ile osób ze służby pracuje poza domem?

– Tylko ja i woźnica Jaggers. Milord znajdzie go w stajni. – Wskazał w stronę zabudowań gospodarskich.

Wyglądało na to, że Jaggers był z rodziną od małego, więc o chłopcach i ich młodszej siostrze mógł opowiedzieć jego lordowskiej mości wszystko.

– Rozpieszczona była – wspominał – choć nie tak, by ganić. Takie małe słoneczko, zawsze uśmiechnięte, no i dla rodziców upragniona córka po trzech chłopakach. A oni traktowali ją jak czwartego, zawsze razem szaleli i psocili.

– Rodzina nie zawsze mieszkała w Chipping Barnet, prawda? Zdaje mi się, że pamiętam inną parafię z czasów, gdy byłem chłopcem.

– Pochodzą z Yorkshire. Ja też tam mieszkałem i przeprowadziłem się tutaj razem z nimi. Zawsze dla nich powoziłem.

– A gdzie w Yorkshire?

– Moresdale.

– Czy panna Vail mogła pojechać właśnie tam?

Stary wzruszył ramionami.

– Pytała mnie o to wcześniej tego dnia, ale ona ciągle zadawała mnóstwo pytań. Nie zwróciłem na to uwagi.

– Kiedy pytała? O której godzinie?

– Około południa, jeśli dobrze mi się zdaje.

– Czy była wzburzona?

– Nie, tylko spytała tak, jakby ją to ciekawiło. Szczotkowała wtedy klaczkę.

– Ale klaczki nie wzięła?

– Nie. I o gig też nie mogła poprosić, bo pojechał nim wielebny.

– Czyli albo poszła piechotą, albo zamierzała wsiąść do dyliżansu.

– Gdyby była taka niemądra, żeby jechać dokądś dyliżansem, bałbym się o nią. Drogi są takie okropne i pełno na nich zbójców! Mam nadzieję, że milord sprowadzi ją z powrotem całą i zdrową.

Jonathan podziękował woźnicy i wrócił do domu, gdzie zastał panią Vail, siedzącą samą w salonie.

– Właśnie rozmawiałem z waszym woźnicą, szanowna pani. Powiedział mi, że rodzina przeprowadziła się tutaj z Moresdale.

– Tak, przed piętnastoma laty.

– Czy sądzi pani, że jej córka z jakiegoś powodu mogłaby chcieć tam wrócić?

– Nie wie, gdzie to jest. Miała zaledwie pięć lat, kiedy się wyprowadziliśmy. Wątpię, czy potrafiłaby sobie przypomnieć. Zresztą po co miałaby tam wracać?

– Nie wiem, ale może pani spróbuje wysnuć jakieś przypuszczenie – nie dawał za wygraną. – Dlaczego, na przykład, Louise rzuciła na grządkę swoje ubranie do pracy w ogrodzie? Wygląda to tak, jakby coś ją zaskoczyło. Czy może mi pani powiedzieć, co takiego?

– Nie, milordzie.

– Nie może pani czy nie chce?

– Nie mogę. I błagam, żeby milord nie pytał.

Dama była bardzo poruszona, więc Jonathan nabrał pewności, że coś ukrywa.

– Proszę pani, zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby odnaleźć jej córkę, ale niezbędne jest, abym wszystko wiedział. To zrozumiałe, prawda? Nie mogę posuwać się po omacku.

– Proszę mi wybaczyć, milordzie, ale niedobrze się czuję. – Próbowała wziąć się w garść, widać było jednak, że wiele ją to kosztuje. – Mogę powiedzieć tylko tyle, że rozmawialiśmy z mężem o miejscu, w którym Louise przyszła na świat, i to mogło wzbudzić jej zainteresowanie, ale nie sądzę, by próbowała tam pojechać. Wcześniej nigdy sama nie podróżowała. To miejsce leży dwieście mil stąd i Bóg wie, co tam teraz się dzieje...

Urwała nagle, jakby oczami wyobraźni zobaczyła jakiś straszliwy obraz, którego nie sposób wyrazić słowami.

Jonathan uznał, że kobieta lęka się czego innego niż trudy podróży czekające córkę.

– Czyli sądzi pani, że ona zmierza właśnie tam?

– To możliwe – przyznała z niechęcią.

– Czy ona ma jakieś pieniądze? Bez pieniędzy daleko nie zajedzie.

– Wielebny daje jej kieszonkowe.

– Czy za tę kwotę mogłaby swobodnie podróżować?

– Nie wiem. Ma mało okazji do wydawania. Falbany i wstążki nigdy jej nie interesowały, więc mogła trochę zaoszczędzić. Poza tym... – Urwała i przełknęła ślinę. – Obawiam się, że czasem zdarza jej się grywać w karty z Lukiem i jego przyjaciółmi. Zawsze potem chełpi się, ile od nich wygrała.

Omal nie roześmiał się głośno na myśl o córce proboszcza uprawiającej hazard, ale zważywszy na sytuację, powstrzymał się.

– Jak dużo wygrywa?

– Nie mam pojęcia. To tylko bagatelna rozrywka, ale gdyby mój mąż o tym usłyszał, byłby bardzo zły. Nie sądzę, by chodziło o więcej niż kilka szylingów. – Pani Vail była bardzo skrępowana pytaniami i wyraźnie chciała, by jak najszybciej przesłuchanie się skończyło. – Proszę za nią jechać, milordzie, i bezpiecznie sprowadzić ją z powrotem.

– Zrobię, co będę mógł, aby ją odnaleźć, ale nie zmuszę jej do powrotu. To chyba pani rozumie?

– Tak. Proszę ją jednak przekonać. Bardzo proszę. I niech pan koniecznie pilnuje, żeby nie stała jej się krzywda!

Jonathan nie był usatysfakcjonowany wynikami rozmowy, nie sądził jednak, by udało mu się wydobyć od żony proboszcza więcej, dlatego opuścił plebanię. Odnajdywanie zbiegłych córek nie było na ogół przedmiotem zainteresowania klubu, ale nie miał czasu na powrót do Londynu, zwłaszcza że James na pewno wyjechał już na prowincję do rodziny. Jonathan dobrze wiedział, że decyzja spoczywa w jego rękach. Była w tej historii tajemnica, a jeśli przy okazji złamano prawo, istniał również powód, by się nią zająć. Poza tym naprawdę zaciekawiła go historia zniknięcia Louise Vail.

– Nie wiem, po co nam było tłuc się tyle czasu do Londynu, skoro po chwili wsiedliśmy z powrotem do dyliżansu – narzekała Betty, gdy pojazd zatrzymał się przy gospodzie Pod Czerwonym Lwem w Barnet. – Zmieniła pani zdanie, panno Louise?

– Pst – uciszyła służącą Louise, dyskretnie rozglądając się po innych pasażerach, żeby sprawdzić, czy tego nie usłyszeli. Na szczęście w hałasie, związanym ze zmianą koni, oprócz pokrzykiwań woźniców i stajennych niewiele było słychać. – Jestem przecież panem Louisem Smithem, a ty panią Smith. Masz mnie nazywać Lou, tak jak ci mówiłem. A odpowiedź na twoje pytanie brzmi „nie”. Nie zmieniłem zdania. Nie moglibyśmy wsiąść tu do dyliżansu, bo wszyscy bez trudu by nas poznali.

Betty zachichotała.

– Nie w tych strojach.

Louise popatrzyła na siebie. Ubrała się w spodnie, które kiedyś należały do jednego z jej braci. Do tego miała niebieski wełniany szustokor z olbrzymimi kieszeniami i perłowymi guzikami, długą, dopasowaną kamizelkę, białą płócienną koszulę i czarny halsztuk, wszystko również pożyczone z zasobów braci. Włosy związała z tyłu w harcap na modłę wojskową i przewiązała czarną wstążką, a na głowę włożyła trójgraniasty kapelusz. Całości dopełniał pas, przy którym wisiała niewielka szpada Matthew, brat bowiem przestał ją nosić, odkąd stał się duchownym. W wielkiej kieszeni Louise miała również pistolet, wykradziony z szuflady w pokoju Luke’a wraz z mieszkiem, zawierającym kule, proch i hubkę. Umiała dobrze strzelać, ale nigdy nie próbowała tego robić inaczej, jak do celu, bardzo więc wątpiła, czy odważyłaby się użyć broni w innych okolicznościach. Mimo wszystko z pistoletem czuła się bezpieczniej i bardziej męsko.

Na przebranie zdecydowała się po głębokim zastanowieniu, gdy rozważała najlepszy możliwy sposób podróżowania. Uznała, że jako mężczyzna będzie bezpieczniejsza, a wiedziała, że na strychu plebanii leżą różne stare ubrania. Jednak perspektywa podróżowania nawet w męskim przebraniu budziła w niej lęk, choć nie aż tak wielki, by pokonał jej determinację. Gorzej, że nie bardzo wiedziała, dokąd się udać. Na szczęście Jaggers był gadatliwy i lubił jej opowiadać historie z dzieciństwa, które spędził w Yorkshire. Tam też został wzięty do służby przez wielebnego „jeszcze przed wyjazdem na południe”, jak sam to ujmował. Ponieważ starego nie trzeba było nawet szczególnie zachęcać, wkrótce zdobyła nazwę miejsca, tego samego, o którym wspomniała w rozmowie matka.

– To daleko – powiedział Jaggers. – Jeszcze za Yorkiem, panno Louise. Tam panienka przyszła na świat.

Zastanowiło ją, czy woźnica zna prawdę, ale nie mogła przecież pytać wszystkich po kolei, czy wiedzą, że wielebny nie jest jej prawdziwym ojcem.

Wychodziła z domu z sakwojażem z przebraniem i kilkoma kobiecymi strojami, gdy zauważyła, że przygląda jej się Alfred, ich młody ogrodnik. Pomyślała nawet, że jej przygoda skończyła się, zanim się zaczęła, ale chłopak nie wykazał szczególnego zainteresowania, pewnie dlatego, że często widywał, jak chodziła z torbą, gdy nosiła do wsi stare ubrania. Uznała więc, że jeśli będzie zachowywała się naturalnie, nie wzbudzi żadnych podejrzeń. Uśmiechnęła się do niego i poszła swoją drogą.

Właśnie wtedy przyszło jej do głowy, że może spytać siostrę Alfreda, czy nie zostałaby jej towarzyszką podróży. Alfred z Betty mieszkali w chacie na drugim końcu wsi. Betty miała siedemnaście lat, nieco mniej niż Alfred, i pomagała mu jako gospodyni. Rodziców stracili. Dziewczyna miała okrągłą, rumianą twarz, niebieskie oczy i cienkie, bardzo jasne włosy. Zawsze była czysta i schludnie ubrana. Na propozycję podróży zareagowała niemal dziecięcym podnieceniem.

– Nigdy dotąd nie opuszczałam domu – przyznała. – Będę miała co opowiadać dzieciom, jeśli kiedykolwiek znajdę sobie męża.

W ten sposób Louise rozwiązała jeszcze jeden problem: w jaki sposób i gdzie przebrać się w męski strój. Betty uważała to za świetny żart, więc nie należało wyprowadzać jej z błędu.

– Nie odważyłabym się stąd wyjechać w normalnym kobiecym stroju – wyjaśniła Louise. – Nie dotarłybyśmy daleko, gdyby ktoś mnie poznał i doniósł wielebnemu.

Betty wzięła swoją najlepszą sukienkę, noszoną na gorset, sznurowaną z tyłu i mającą dekolt osłonięty bawełnianą chustą. We dwie wyglądały jak całkiem zwyczajna para, co znakomicie odpowiadało zamysłowi Louise.

– Tak, tylko po co musiałyśmy najpierw jechać do Londynu? – nie ustępowała Betty. – Nigdy dotąd nie byłam w tak przerażająco wielkim mieście.

Louise nigdy wcześniej nie podróżowała publicznym dyliżansem i nie miała pojęcia, gdzie dyliżans się zatrzymuje, więc po prostu ruszyły w stronę Londynu z sakwojażami w ręku. Wkrótce jednak stało się jasne, że muszą znaleźć środek transportu. Ich bagaż, choć bardzo skromny, był ciężki, poza tym Louise wiedziała, że jej nieobecność zostanie wkrótce zauważona i rozpoczną się poszukiwania. Gdyby znaleziono ją kilka mil od domu, idącą pieszo, przeżyłaby niewyobrażalne upokorzenie. Zatrzymały więc furmana i poprosiły o podwiezienie. Dotarły do stolicy i skierowały się do gospody Pod Niebieskim Dzikiem w Holborn, gdzie, jego zdaniem, można było znaleźć dyliżanse do niemal każdego miasta, jakie tylko można sobie wyobrazić.

Okazało się jednak, że pierwszy dyliżans na północ odjeżdża dopiero nazajutrz. Przez całą noc Louise z Betty chodziły bez celu, nie odważyły się bowiem nigdzie poprosić o pokój. O świcie udały się do gospody, by opłacić przejazd do Yorku. Louise przeżyła prawdziwy wstrząs, gdy usłyszała cenę. Trzy gwinee oznaczały bowiem, że nie zostanie im wiele na noclegi po drodze. Louise obawiała się nawet, że pieniędzy zabraknie i będzie musiała sprzedać biżuterię, której zresztą zabrała niewiele. Co więcej, zupełnie nie miała pojęcia, co robić po przyjeździe do Yorku. Powiedziała jednak Betty, z pewnością, na jaką umiała się zdobyć, że rozwiążą ten problem, gdy przyjdzie na to czas.

Zajmowała miejsce w dyliżansie z zapartym tchem, nie była bowiem pewna, czy ktoś znajomy nie wsiądzie do niego w Barnet, tam jednak okazało się, że nie ma żadnych chętnych, więc wkrótce pojazd znów potoczył się naprzód. Kości zostały rzucone.

Louise zamierzała odnaleźć Catherine Fellowes i, jeśli to możliwe, uzyskać odpowiedzi na swoje pytania. Przemknęło jej przez myśl, że dama, której szuka, przeprowadziła się albo umarła. Smutno byłoby nie móc jej poznać. Ciekawość zawsze była silną cechą charakteru Louise, tym razem jednak powodowało nią coś więcej. Musiała odkryć, kim jest. Nie oznaczało to oczywiście, że chce opuścić kochających ją ludzi. Zawsze będą bliscy jej sercu. Przeciwnie, zamierzała wrócić, co zresztą napisała w liściku. Miała nadzieję, że zrozumieją to, co musiała zrobić, bo przecież kochała ich wciąż nie mniej niż przedtem.

Poradziła Betty, by ułożyła się do snu, i sama zrobiła to samo. W pobliżu stolicy często trzeba było wnosić opłaty za przejazd, ale nawet tam zimą ciężkie wozy rozjeżdżały trakty i na lato pozostawały wyschnięte koleiny. Dyliżans rzucał niemiłosiernie i nawet o chwili snu nie było mowy. Przejechali przez Hatfield, zmienili konie w zajeździe Książę Yorku w Ganwick Corner, a potem jeszcze raz w Stevenage. Zbliżali się bez przeszkód do Baldock, gdy nagle coś się zdarzyło.

Louise drzemała, ale ocknęła się raptownie wyrwana ze snu krzykiem straży. Rozległ się strzał i pojazd nagle stanął.

– Zbójcy! – krzyknęła, gdy drzwi otworzyły się na oścież i postać w czarnej pelerynie i masce, dzierżąca w ręce pistolet, nakazała wyjść na drogę czworgu podróżnym.

Mary Nichols

Nieustraszona piękność

Tłumaczenie:
Bożena Kucharuk