Nie ma ekspresów przy żółtych drogach - Andrzej Stasiuk

Nie ma ekspresów przy żółtych drogach

0,0

…staje się co jakiś czas, żeby odpocząć, żeby się obejrzeć, żeby policzyć, ile już było, a ile jeszcze zostało. Taka jest ta książka: sprawdzam gdzie byłem, gdzie jestem, dokąd się wybieram. Oprócz tego oczywiście niezwykła ilość celnych spostrzeżeń, głębokich przemyśleń oraz barwnych opisów.

Z szacunkiem: Autor

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

An­drzej Sta­siuk

Nie ma eks­pre­sów
przy żół­tych dro­gach

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA
Fo­to­gra­fia na okład­ce © by DEN­NIS STOCK / MA­GNUM PHO­TOS / FO­RUM
Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny RO­BERT OLEŚ

Co­py­ri­ght © by AN­DRZEJ STA­SIUK, 2013

Re­dak­cja MAG­DA­LE­NA BU­DZIŃ­SKA
Ko­rek­ta AGA­TA CZER­WIŃ­SKA / D2D.PL
MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL,
Re­dak­cja tech­nicz­na i skład RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej EWA KRA­JEW­SKA / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-667-9

* * *

Za­baj­ka­le. Kra­sno­ka­mieńsk

Piach, sta­ry be­ton, ziel­sko. Nie chcą nas w ho­te­lu z sza­rej ce­gły. Ner­wo­wo się na­ra­dza­ją. Same ko­bie­ty. Pach­nie z kuch­ni. Ale w koń­cu się go­dzą, tyl­ko pro­szą, żeby ni­ko­mu nie mó­wić, że tu miesz­ka­my. Gdzieś z głę­bi wy­cho­dzi kil­ku chiń­skich ko­le­ja­rzy. Idą do wyj­ścia, a my do po­ko­ju, któ­ry jest tak ni­ski, że do­ty­kam dło­nią su­fi­tu. Okno też jest ni­skie i wy­cho­dzi na ziel­ska.

Na­stęp­ne­go dnia je­dzie­my na wschód. Za­czy­na się step. Po pra­wej jesz­cze kil­ka­na­ście drzew, wśród nich ko­nie szu­ka­ją cie­nia, po­tem nie ma już nic. Po ho­ry­zont tyl­ko tra­wa. Szu­tro­wa dro­ga wspi­na się na ko­lej­ne grzbie­ty, ale zno­wu jest tyl­ko zie­leń. Nie­skoń­czo­ność zie­le­ni pod błę­kit­nym nie­bem. Za­wsze chcia­łem to zo­ba­czyć, wy­obra­ża­łem so­bie, ale nie po­dej­rze­wa­łem, że jest aż ta­kie. Tak ogrom­ne, tak pro­ste i pięk­ne. Że przy­po­mi­na coś w ro­dza­ju re­li­gii.

Je­cha­li­śmy do Kra­sno­ka­mień­ska. Mu­sie­li­śmy mieć ja­kiś cel, ja­kiś punkt w tym bez­kre­sie. Tam się wy­do­by­wa­ło naj­wię­cej ura­nu w Ro­sji. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent. Dla elek­trow­ni, dla okrę­tów pod­wod­nych, dla ra­kiet i bomb. Ja­kaś gro­za się od tego roz­po­ście­ra­ła nad ste­pem. Pro­mie­nio­wa­ła. Mia­sto było me­lan­cho­lij­ne. Sza­re be­to­no­we blo­ki i tyle. To­po­le, kurz, wiatr i ziel­sko. Jak na pro­du­cen­ta po­tę­gi świa­to­we­go mo­car­stwa wy­glą­da­ło smęt­nie. Ale cały ten wschód był taki: o nic nie dbał poza upo­rczy­wym ist­nie­niem, poza upar­tym utrzy­my­wa­niem się na po­wierzch­ni. Resz­ta nie mia­ła zna­cze­nia.

Sta­ra dro­ga Gró­dek – Ja­błon­na Lac­ka

Tędy zmar­li wę­dro­wa­li na cmen­tarz, któ­ry znaj­do­wał się na dru­gim ki­lo­me­trze za wsią. Trum­ny całą dro­gę nie­śli na ra­mio­nach krew­ni. Męż­czyź­ni zmie­nia­li się co ja­kiś czas, do­bie­ra­jąc wzro­stem. Tak po­ko­na­ła tę dro­gę moja bab­ka, tak po­ko­nał ją dzia­dek. Po obu stro­nach ro­sły drze­wa, więc szło się w cie­niu. W każ­dym ra­zie la­tem. Zimą od pól ciął ostry wiatr. Naj­pięk­niej było je­sie­nią. Kra­jo­braz miał w so­bie coś akwa­re­lo­we­go. Mgła lek­ko roz­my­wa­ła ko­lo­ry. Czer­wie­nie, żół­cie, si­no­ści, błę­ki­ty i reszt­ki zie­le­ni. Lek­ko to fa­lo­wa­ło, smu­ży­ło, prze­pa­da­ło w od­le­gło­ści. Pej­zaż koń­czył się, ale poza nim było coś, co nie­od­par­cie po­cią­ga­ło wy­obraź­nię. Nic kon­kret­ne­go, nic wy­ra­zi­ste­go. To była ra­czej próż­nia, pust­ka wy­peł­nio­na mlecz­nym świa­tłem je­sie­ni. Ile­kroć je­stem w tam­tych stro­nach, za­trzy­mu­ję się na cmen­ta­rzu i wy­pa­tru­ję. Cza­sa­mi tam­to po­wra­ca w ja­kiejś po­sta­ci. Ten blask wy­do­by­wa­ją­cy się z nie­zna­ne­go. Może z miej­sca, do­kąd ode­szli zmar­li. A może tyl­ko z głę­bi na­sze­go umy­słu.

Dro­ga nu­mer 993. Łysa Góra, po­tem krzy­żów­ka na Fo­lusz. Zmierzch

Naj­le­piej, gdy je­dzie się od Du­kli, bo wi­dok trwa wte­dy dłu­żej, nie trze­ba się za­trzy­my­wać ani od­wra­cać wzro­ku. No i musi być dość po­god­nie. W każ­dym ra­zie musi być wi­dać Li­wocz: ogrom­ną, sze­ro­ką, roz­sia­dłą górę, za któ­rą za­raz sto­czy się słoń­ce. Za­my­ka kra­jo­braz od pół­noc­ne­go za­cho­du. A tego kra­jo­bra­zu jest nie­zwy­kła ilość. Jak­by zie­mia tu­taj spe­cjal­nie się za­pa­dła i utwo­rzy­ła ogrom­ny am­fi­te­atr. Kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów pej­za­żu. Domy, wsie, wie­że ko­ścio­łów, drze­wa, za­gaj­ni­ki, fa­li­ste, dłu­gie li­nie wzgórz, mie­dze, pio­no­we kre­secz­ki to­pól, wszyst­ko za­to­pio­ne w czer­wo­no­zło­tym bla­sku.

Po­tem zjeż­dża się w dół, za­raz jest Żmi­gród, skręt w pra­wo, Ry­nek, zjazd i za­raz w lewo, i przez most nad Wi­sło­ką. Po dzie­się­ciu ki­lo­me­trach zja­wia się ten sam wi­dok, ale już pod in­nym ką­tem i zoom nie­co go po­więk­sza i przy­bli­ża. Zmierzch zgęst­niał, ale mgli­ste po­wie­trze prze­cho­wu­je reszt­ki bla­sku. Moż­na zje­chać z głów­nej w pra­wo, w bocz­ną do Dę­bow­ca i sta­nąć. To, co jest w dole, przy­po­mi­na ob­raz. Li­wocz jest bli­żej i nie do­mi­nu­je nad kra­jo­bra­zem, ale go ochra­nia. Za­sła­nia od pół­noc­nych wia­trów. U jego pod­nó­ża zno­wu domy, wsie, ko­ścio­ły, mie­dze, dro­gi, pierw­sze świa­tła w oknach jak da­le­kie iskry, zwie­rzę­ta wra­ca­ją z pa­stwisk, sły­chać owa­dzi bzyk mo­to­cy­kla, je­sie­nią i wio­sną snu­ją się wstąż­ki dymu z ognisk, zimą z ko­mi­nów pio­no­wo do nie­ba cią­gną sza­ro­błę­kit­ne nit­ki. Zno­wu po­zio­me, fa­lu­ją­ce li­nie kra­jo­bra­zu spo­ty­ka­ją się z pio­no­wy­mi kon­tu­ra­mi to­pól ro­sną­cych wzdłuż dróg i ostrym stoż­kiem wie­ży ko­ściel­nej w Cie­kli­nie. Ile­kroć my­ślę, jak po­wi­nien wy­glą­dać kraj, do któ­re­go się tę­sk­ni, wi­dzę ten pej­zaż. Ide­al­ny i nie­osią­gal­ny za­ra­zem. Przy­cho­dzi mi do gło­wy, że czło­wiek po­wi­nien się ro­dzić w ta­kim kra­jo­bra­zie, spę­dzać w nim dzie­ciń­stwo i po­tem go opusz­czać, by wie­dzieć, co zna­czy utra­co­na mi­łość.

Brack. Lot­ni­sko

Le­cie­li­śmy z Mo­skwy do Ir­kuc­ka. Ro­bi­ło się już ja­sno. W dole w sza­rym świe­tle po­ran­ka po­ja­wi­ło się tyl­ko o ton ciem­niej­sze lu­stro wody. „Eto Baj­kał”, po­wie­dział ni to do sie­bie, ni to do mnie mło­dy Ro­sja­nin obok. Po­wie­dział to z po­dzi­wem i usza­no­wa­niem na­leż­nym temu śród­lą­do­we­mu mo­rzu. Ale to nie był Baj­kał. To był Zbior­nik Brac­ki. Sztucz­ne je­zio­ro dłu­go­ści sze­ściu­set ki­lo­me­trów i miej­sca­mi sze­ro­kie na dwa­dzie­ścia pięć. Po chwi­li wy­lą­do­wa­li­śmy w Brac­ku. Nie wia­do­mo dla­cze­go. Ir­kuck le­żał trzy­sta pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na po­łu­dnie. Pa­dał deszcz. Pod­je­chał lot­ni­sko­wy au­to­bus – cię­ża­rów­ka z do­ro­bio­ną ka­bi­ną, coś w ro­dza­ju osi­no­bu­su. Zsze­dłem po schod­kach na pły­tę i zo­ba­czy­łem, że wszyst­ko jest tu­taj sta­re i znę­ka­ne. Spę­ka­ny be­ton, ziel­sko w szpa­rach, pla­my ole­ju, ten po­jazd, do któ­re­go mie­li­śmy się za­ła­do­wać. Pierw­szy raz by­łem w Ro­sji i od razu tak da­le­ko. Za­wieź­li nas do hali. Przy­po­mi­na­ła pro­win­cjo­nal­ny dwo­rzec au­to­bu­so­wy, tyle że wiel­ki. Był ra­nek. Lu­dzie szli z to­bo­ła­mi. Brud­ne szy­by, de­ski, nę­dza i smu­tek baru z kawą bez za­pa­chu i chiń­ski­mi zup­ka­mi. Jed­nak już po chwi­li wie­dzia­łem, że nie będę mógł się ode­rwać od tego kra­ju, że nie będę mógł go za­po­mnieć. Po­nie­waż od­na­la­złem tu­taj śla­dy eks­pe­ry­men­tu na glo­bal­ną ska­lę. Ko­mu­nizm nie był re­wo­lu­cją ma­te­ria­li­stycz­ną. On był w swej isto­cie an­ty­ma­te­ria­li­stycz­ny. Pró­bo­wał unie­waż­nić ma­te­rię, za­ne­go­wać jej przy­dat­ność, jej ko­niecz­ność. Wszyst­ko o tym świad­czy­ło. Ten spę­ka­ny be­ton, to ziel­sko, cała ta roz­pacz i brzy­do­ta wy­zie­ra­ją­ca z rze­czy. Ko­śla­wość i za­ra­zem ogrom. Tro­pi­łem to, nie mo­głem ode­rwać wzro­ku. Od Brac­ka o szó­stej rano w desz­czu.

Ułan Ba­tor, Man­dal­go­wʹ, Da­lan­dzad­gad, Man­laj, Man­dal, Sajn­szand, Dza­myn Üüd

Dzie­sięć dni na Gobi. Ty­siąc sześć­set, ty­siąc osiem­set ki­lo­me­trów. Bez my­cia. Nie było wody. Po pro­stu. Tyle co do pi­cia i go­to­wa­nia. Pu­sty­nia jest żół­ta, jest sza­ra, zło­ci­sta i zie­lo­na. Dzie­sięć dni przy ogni­sku z wiel­błą­dzie­go na­wo­zu. Cza­sa­mi tra­fia­li­śmy na za­ro­śla sak­sau­ło­we i wte­dy mie­li­śmy tro­chę drew­na. Gdy roz­bi­ja­li­śmy wie­czor­ne obo­zy, wo­kół za­le­ga­ła ab­so­lut­na ci­sza. Po ho­ry­zont. Chy­ba że zry­wał się wiatr. Dzie­sięć dni w kuc­ki, w na­mio­cie, na ko­la­nach. Zwi­ja­nie, roz­wi­ja­nie. Trze­ba było uwa­żać na skor­pio­ny. Go­bij­skie są zie­lon­ka­we i nie­po­zor­ne. Dwa razy wi­dzia­łem mo­ka­sy­na da­le­ko­wschod­nie­go. Wsta­wa­łem o szó­stej rano i sze­dłem przed sie­bie. Prę­dzej czy póź­niej na­ty­ka­łem się na śla­dy wiel­błą­dów. Cza­sa­mi sta­wa­li­śmy w jur­tach. Pa­ste­rze przyj­mo­wa­li nas bez zdzi­wie­nia. Przy­glą­da­li się dys­kret­nie. Czę­sto­wa­li mlecz­ną her­ba­tą i su­szo­nym se­rem. Po­tem od­jeż­dża­li­śmy. Pa­trzy­li dłu­go w ślad za nami, w ślad za ob­cy­mi, któ­rych nie mie­li już wię­cej spo­tkać. Jur­ta od jur­ty o dzie­siąt­ki ki­lo­me­trów. Spo­tka­li­śmy jeźdź­ca. Sie­dział w cie­niu swo­je­go ko­nia i na coś cze­kał. Wo­kół po wid­no­krąg nie było nic, tyl­ko słoń­ce i nie­ru­cho­me po­wie­trze. Po­pro­sił na­sze­go kie­row­cę o wodę. Wy­pił całą bu­tel­kę. Pół­to­ra li­tra. Od­je­cha­li­śmy. Zo­stał sam w krót­kim koń­skim cie­niu. Ten kraj jest hip­no­tycz­ny. Nie ma lep­sze­go kra­ju do po­dró­żo­wa­nia. Je­dzie się w głąb pej­za­żu, a jed­no­cze­śnie w głąb cza­su. Bo pra­wie wszyst­ko jest tu­taj ta­kie samo jak było daw­niej. Nie­mal się nie zmie­ni­ło. Trze­ba żyć w kuc­ki, przy ogniu. Na­słu­chu­jąc nocą.

Su­cza­wa. Pa­mięć

To, co mi­nę­ło, po­wra­ca. Wcho­dzi jak czu­ła igła w ser­ce. Wy­star­czy szcze­gół. Dźwięk, za­pach, ob­raz, chwi­la. Do­strze­gasz coś ką­tem oka i mi­nio­ne po­wra­ca z nie­spo­dzie­wa­ną siłą. Dzie­ciń­stwo. Za­wsze jed­nak dzie­ciń­stwo i nie spo­sób do­strzec, gdzie prze­bie­ga jego gra­ni­ca. Dzie­sięć, dwa­na­ście lat? Jak­by póź­niej­szy czas nie miał już tej mocy. Su­cza­wa daw­no temu, ra­nek, kil­ko­ro dzie­ci bawi się pod ścia­ną ob­skur­ne­go blo­ku. Sza­ry ko­lor ce­gieł i pia­chu spra­wia, że co­fam się o czter­dzie­ści lat i na kil­ka se­kund zni­ka te­raź­niej­szość, by zro­bić miej­sce let­nie­mu po­ran­ko­wi u dziad­ków na wsi. To jest ośle­pia­ją­ce jak de­li­kat­na ma­gne­zja. Dzie­ci, sza­ry pia­sek, sza­ry mur. Tak dzia­ła pa­mięć. Nie spo­sób od­gad­nąć jej praw. Trwa­ło chwi­lę. Tak­sów­ka wio­zła nas na dwo­rzec. Jak­by śmierć się od­da­li­ła, jak­by na ten uła­mek cza­su utra­ci­ła swo­ją wła­dzę. Tak.

Czytelnik

Miał spe­cjal­nie skon­stru­owa­ne łóż­ko. Za­bie­rał je na­wet w za­gra­nicz­ne po­dró­że, bo nie mógł znieść mięk­kich, za­pa­da­ją­cych się po­słań. Wo­ził też spe­cjal­ny po­dest, któ­ry moż­na było usta­wić nad se­de­sem, po­nie­waż nie zno­sił sia­dać; mu­siał ku­cać. Ale łóż­ko było naj­waż­niej­sze. Nie­wy­klu­czo­ne, że wię­cej cza­su spę­dzał w po­zy­cji ho­ry­zon­tal­nej niż wer­ty­kal­nej. Tra­wił i czy­tał. Już w mło­do­ści sfor­mu­ło­wał myśl o naj­więk­szym szczę­ściu: „Co­dzien­nie do­sko­na­le ja­dam, do­ga­dza­jąc swo­je­mu brzu­cho­wi, i dbam o zdro­wie. Mogę rów­nież czy­tać ta­kie książ­ki, na ja­kie mam tyl­ko ocho­tę. To na­praw­dę wspa­nia­łe”, pi­sał do przy­ja­cie­la. Póź­niej, gdy zdo­był nie­ogra­ni­czo­ną wła­dzę, w nie­ogra­ni­czo­nej rów­nież licz­bie ka­zał spro­wa­dzać do swo­je­go spe­cjal­ne­go łóż­ka ko­bie­ty. Jego oso­bi­sty le­karz twier­dził, że cza­sem było ich jed­no­cze­śnie czte­ry albo pięć. Wszyst­kie mło­de, odu­rzo­ne jego obec­no­ścią. Nig­dy się nie mył, nig­dy nie czy­ścił zę­bów. Usta płu­kał her­ba­tą, swo­je tłu­ste cia­ło ka­zał wy­cie­rać go­rą­cym ręcz­ni­kiem.

Łóż­ko skon­stru­owa­ne było tak, by mo­gły się na nim zmie­ścić sto­sy ksią­żek. Wy­le­gi­wał się i czy­tał. Jak więk­szość ty­ra­nów był kimś w ro­dza­ju nie­speł­nio­ne­go ar­ty­sty. Pro­jek­to­wał fik­cje, a po­tem je re­ali­zo­wał. Bo czym­że in­nym, je­śli nie za­wrot­ną fik­cją, był po­mysł wy­tę­pie­nia wszyst­kich wró­bli w pań­stwie, po­nie­waż pta­ki nisz­czą plo­ny? I rze­czy­wi­ście – cały kraj, kil­ka­set mi­lio­nów lu­dzi, dniem i nocą pod­no­si­ło zgiełk, wy­ma­chi­wa­ło ki­ja­mi, rzu­ca­ło ka­mie­nia­mi, tłu­kło w garn­ki tak, by sza­re zło­dzie­jasz­ki ani na mo­ment nie za­zna­ły spo­ko­ju, by ani na chwi­lę nie mo­gły przy­siąść. Pta­ki umie­ra­ły w lo­cie z wy­czer­pa­nia. Całe Chi­ny za­ście­lo­ne były pta­si­mi ciał­ka­mi, ale umie­ra­ją­cy z gło­du chło­pi mie­li przy­najm­niej co jeść.

Ty­ra­ni bio­rą się z lek­tur. Ci naj­więk­si czy­ta­li bez­u­stan­nie. Prze­ry­wa­li tyl­ko po to, by fik­cję za­mie­nić w rze­czy­wi­stość. Nasz bo­ha­ter za­bi­jał mi­lio­ny, a po­tem za­szy­wał się w swo­im bar­ło­gu, by ko­pu­lo­wać i czy­tać. Nie lu­bił prze­ma­wiać, źle mó­wił po man­da­ryń­sku, nie miał ni­ko­go bli­skie­go, le­żał i czy­tał. Lek­tu­rę mie­szał z wy­my­słem, a na­stęp­nie wzy­wał swo­ich pod­da­nych, któ­rzy za­sia­da­li na wy­tar­tych krze­słach w no­gach łóż­ka, i roz­ka­zy­wał: „Zmień­cie Chi­ny w kra­inę świń, dzię­ki temu bę­dzie dużo łaj­na oraz aż za dużo mię­sa, któ­re trze­ba bę­dzie wy­eks­por­to­wać w za­mian za że­la­zo i stal”. Albo ogła­szał, że kraj przy­stę­pu­je do po­je­dyn­ku z Wiel­ką Bry­ta­nią w hut­nic­twie i za kil­ka­na­ście lat ma w tej dzie­dzi­nie zwy­cię­żyć. Chło­pi po­rzu­ca­li pra­cę w polu i bu­do­wa­li we wsiach pry­mi­tyw­ne dy­mar­ki. Z bra­ku rudy prze­ta­pia­li garn­ki, łyż­ki, klam­ki, cały nędz­ny me­tal, któ­ry zna­leź­li w swych le­pian­kach. Gdy kraj zna­lazł się na skra­ju sa­mo­za­gła­dy, gdy ofia­ry Wiel­kie­go Sko­ku za­czę­to li­czyć w dzie­siąt­kach mi­lio­nów, Wiel­ki Ster­nik wy­co­fał się na swo­je po­sła­nie, by czy­tać o do­ko­na­niach daw­nych ce­sa­rzy. Na przy­kład o tym, jak Qin Shi Hu­ang, któ­ry zjed­no­czył Ce­sar­stwo, ka­zał spa­lić wszyst­kie księ­gi, wy­mor­do­wać uczo­nych i wszyst­ko za­cząć od po­cząt­ku. Taka była zresz­tą idea „re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej”, któ­rą Mao pro­kla­mo­wał. Tyle że ksiąg do spa­le­nia na­zbie­ra­ło się znacz­nie wię­cej, a za­mor­do­wa­nych „uczo­nych” były ko­lej­ne mi­lio­ny.

Dla­te­go w koń­cu po­je­cha­łem go obej­rzeć. Ko­lej­ka wiła się wo­kół mau­zo­leum. Set­ki, może ty­sią­ce lu­dzi. Ple­ca­ki mu­sie­li­śmy od­dać na prze­cho­wa­nie. Po­li­cjan­ci go­ni­li nas jak by­dło do za­ła­dun­ku. Po scho­dach, do pierw­szej sali z ja­snym po­są­giem, pod któ­rym skła­da­ło się kwia­ty, i za­raz do dru­giej, gdzie le­żał pod szkłem. Ró­żo­wy, wzdę­ty, okry­ty chiń­ską fla­gą. Le­d­wo się dało mu­snąć wzro­kiem, bo już go­ni­li da­lej. Po­li­cjant w bia­łych rę­ka­wicz­kach w ab­sur­dal­nym ge­ście kładł pa­lec na ustach, że niby ci­cho, bo się zbu­dzi. Se­kun­da, dwie wi­do­ku tłu­ste­go, na­pom­po­wa­ne­go tru­pa.

O zmierz­chu Tia­nan­men pu­sto­sze­je. Woj­sko i po­li­cja spę­dza­ją wszyst­kich z tego naj­więk­sze­go pla­cu świa­ta. Żeby miał spo­kój. Może czy­ta w tym swo­im akwa­rium. Na bra­mie Za­ka­za­ne­go Mia­sta wisi jego gi­gan­tycz­ny por­tret. Tłu­sta twarz bez wy­ra­zu z bro­daw­ką na bro­dzie. Pa­trzy wprost na miej­sce wła­sne­go po­chów­ku.

Kucając

Ro­dzą się, gdy jest zim­no. W lu­tym albo na po­cząt­ku mar­ca. Jest w tym pe­wien ro­dzaj obo­jęt­ne­go okru­cień­stwa. Na ze­wnątrz gwiaź­dzi­sty mróz, a tam wśród czte­rech drew­nia­nych i wca­le nie naj­cie­plej­szych ścian przy­cho­dzi na świat coś tak kru­che­go. W do­ty­ku jest zim­ne, bo po­kry­te bło­na­mi pło­do­wy­mi, wy­dzie­li­na­mi, reszt­ka­mi tego po­przed­nie­go ży­cia, któ­re było na poły ży­ciem wod­nym, a tu­taj ten mróz i tro­chę strach, że za­raz za­mar­z­nie. Trze­ba więc wziąć wie­cheć sia­na, wy­trzeć to, roz­ma­so­wać, aż sta­nie się jako tako su­che. Mimo że nie za­wsze jest się na miej­scu, dają so­bie ja­koś radę. Zwłasz­cza te tak zwa­ne pry­mi­tyw­ne rasy, pra­daw­ne, nie­zep­su­te ho­dow­lą, zmie­nia­ją­cą dzi­kie zwie­rzę w wy­ra­fi­no­wa­ny pro­dukt, któ­ry bez czło­wie­ka już so­bie nie po­ra­dzi.

No ale ten lu­to­wy mróz za­wsze spro­wa­dzał coś w ro­dza­ju oba­wy i współ­czu­cia. Do­pó­ki nie po­je­cha­łem do Mon­go­lii i nie zo­ba­czy­łem owczych zi­mo­wisk gdzieś na skra­ju Al­tan els – tej naj­da­lej na pół­noc wy­su­nię­tej pu­sty­ni na Zie­mi. To na­wet nie były bu­dyn­ki, tyl­ko za­gro­dy z ka­mie­nia ukry­te w za­głę­bie­niach te­re­nu, by chro­nić od pół­noc­nych wia­trów cią­gną­cych znad Sy­be­rii. I zi­mo­wy­mi tem­pe­ra­tu­ra­mi oscy­lu­ją­cy­mi w oko­li­cy mi­nus trzy­dzie­stu pię­ciu stop­ni.

Więc te­raz już się tak nie przej­mu­ję. Wy­cie­ram tym wiech­ciem i spraw­dzam, czy sta­ją na nogi. A nogi mają naj­więk­sze, nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gie, na za­pas, bo prze­cież to bę­dzie je­dy­na broń tych stwo­rzeń, dość bez­bron­nych. Cza­sem z tym wsta­wa­niem się ocią­ga­ją, bo sła­be, bo ciut za wcze­śnie, bo ży­cie się jesz­cze nie roz­pa­li­ło i trze­ba po­ma­gać: przede wszyst­kim po­ka­zać dro­gę do ma­mi­ne­go cyc­ka. Pod­sta­wić cy­cek pod nos, we­tknąć do pyszcz­ka, przy­trzy­mać. Bo cy­cek rzecz naj­waż­niej­sza. Wła­ści­wie jak się za­sta­no­wić, to resz­ty mat­ki mo­gło­by nie być. Tyl­ko ten obrzmia­ły, go­rą­cy cyc, pe­łen mle­ka. W po­rów­na­niu z taką na przy­kład kozą owca ma go mniej, ale jest za to tłust­sze, gęst­sze, słod­sze i w isto­cie nie przy­po­mi­na w sma­ku mle­ka, tyl­ko ja­kiś wy­ra­fi­no­wa­ny de­ser. Może przy­po­mi­na samo ży­cie, jego esen­cję? I gdy już ta cie­pła ma­szy­ne­ria ru­szy, gdy to spłasz­czo­ne jak ryba, dłu­go­no­gie i – na pierw­szy rzut oka – cał­kiem nie­uda­ne ja­gnię do­pad­nie źró­dła, to ra­czej mo­że­my być spo­koj­ni: bę­dzie żyło.

I to jak! Co­raz bar­dziej. Z dnia na dzień co­raz moc­niej. Za­raz spęcz­nie­je, za­okrą­gli się, na­bie­rze ma­syw­nej cie­le­sno­ści. Żeby ssać, bę­dzie bo­dło bez­li­to­śnie cyca w tym swo­im ja­gnię­cym przy­klę­ku i mer­da­jąc na boki wpół­be­z­wład­nym, zwi­sa­ją­cym ja­gnię­cym ogon­kiem. Pięć merd­nięć i z byka w wy­mię, pięć merd­nięć i zno­wu bru­tal­ny ma­saż, żeby le­piej pły­nę­ło do pyszcz­ka. To cia­ło tak wą­tłe na po­cząt­ku, ta­kie ja­kieś le­d­wo spo­jo­ne, roz­la­złe, po dwóch, trzech ty­go­dniach za­mie­nia się w cie­le­sną kulę. W mię­sny po­cisk. To­czy się, tur­la, rwie do przo­du, po­kry­te mło­dą, de­li­kat­ną weł­ną, od­bi­ja się tyl­ny­mi no­ga­mi, wy­ko­nu­je pi­ru­ety i sal­ta na przed­nich. W chwi­lach ab­so­lut­ne­go owcze­go szczę­ścia w idio­tycz­nie ko­micz­ny spo­sób wy­bi­ja się ze wszyst­kich czte­rech i ni­czym na sprę­ży­nach po­dą­ża w ba­ra­nią dal. Wy­star­czy po­god­ny dzień i tro­chę słoń­ca. Po­nie­waż owce są w tym wzglę­dzie cał­kiem jak lu­dzie.

Tej zimy przy­by­ły trzy i wszyst­kie są czar­ne. Za­cho­dzę do nich czę­ściej, niż na­ka­zy­wał­by owczar­ski obo­wią­zek, i po pro­stu pa­trzę. Emil Cio­ran na­pi­sał kie­dyś, że za­miast wciąż obłęd­nie i na wy­przód­ki się cy­wi­li­zo­wać, „po­win­ni­śmy za­wsze­ni i po­god­ni ku­cać w cie­ple zwie­rząt”, albo ja­koś po­dob­nie. Czy­tam wy­ra­fi­no­wa­nych fi­lo­zo­fów, ale po­tra­fię ich na­uki przy­jąć je­dy­nie pro­sto­dusz­nie i bez­po­śred­nio. Idę więc i ku­cam. Cze­kam, aż się zbli­żą i po­czu­ją mój obcy, ludz­ki, ale prze­cież zna­ny za­pach. Aż za­po­mną na chwi­lę o nie­uf­no­ści, dzię­ki któ­rej żyją, i po­dej­dą w za­sięg do­ty­ku. Te­raz ja wcią­gam w noz­drza ich woń. W cie­płe, su­che dni jest ostra, wy­ra­zi­sta i odu­rza. Jest w niej coś da­le­kie­go i ar­cha­icz­ne­go. Je­śli to mie­li­śmy, to utra­ci­li­śmy daw­no i na za­wsze.

Kie­dyś za­błą­dzi­li­śmy nocą na Gobi. W cią­gu paru chwil zro­bi­ło się ab­so­lut­nie ciem­no. Do obo­zu mie­li­śmy parę ki­lo­me­trów. Nie było ani iskry, ani świa­teł­ka – nic. Sze­dłem przed sie­bie i wą­cha­łem mrok. My­śla­łem: cóż, naj­wy­żej zwi­nie­my się w kłę­bek i do­cze­ka­my świ­tu. Ale wą­cha­łem ciem­ność i w koń­cu po­czu­łem tę przed­wiecz­ną woń zwie­rząt sto­ją­cych pod go­łym nie­bem, niby udo­mo­wio­nych, ale nie do koń­ca. Za nit­ką za­pa­chu po kil­ku­na­stu mi­nu­tach do­tar­li­śmy do jur­ty. Obok była za­gro­da dla by­dląt. Pa­ste­rze po­mo­gli nam dojść do na­szej fur­go­net­ki i na­mio­tów.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.
www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­ce
tel./fax +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75
e-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl,
to­masz@czar­ne.com.pl, do­mi­nik@czar­ne.com.pl,
ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­wa
tel. +48 18 351 00 70
e-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­wa
tel./fax +48 22 621 10 48
e-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl,
do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl
tel. 504 564 092, 605 955 550
agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Skład: D2D.PL
ul. Morsz­ty­now­ska 4/7, 31-029 Kra­ków,
tel. +48 12 432 08 52, e-mail: info@d2d.pl

Wo­ło­wiec 2013
Wy­da­nie I