Nawiedzony - Linda Winstead Jones

Nawiedzony

0,0

Gideon Raintree jest detektywem policyjnym w Wilmington (Karolina Północna). Stuprocentową wykrywalność zabójstw zawdzięcza swej nadprzyrodzonej umiejętności porozumiewania się z duchami ofiar. Na miejscu brutalnej zbrodni spotyka przydzieloną mu nową partnerkę – ładną, bardzo niezależną detektyw Hope Malory. Oboje stają się celami dla seryjnej zabójczyni nasłanej przez Ansara. Kontrola energii elektrycznej i dar przewidywania pomogą im przetrwać ataki, ale czy zdążą dostać się do zagrożonej siedziby klanu Raintree, zwanej Sanktuarium? Doskonały thriller z domieszką zdolności nadprzyrodzonych. Plus namiętność i gorące uczucie…

Ciąg dalszy w książce pod tytułem Sanktuarium.

Dodaj komentarz


Jak widać niektórzy nie potrafią powstrzymać się od złośliwości. Ktoś był bliski prawdy? Nieistotne. Skupmy się na książce, ba ta jest wbrew pozorom ciekawa. „Nawiedzony” to druga część historii rodziny Raintree. Bohater potrafi władać elektrycznością. Szkoda tylko, ze autorka poszła drogą romansu (czego my chcemy od pisarki, która zajmuje się romansami?) a nie wątku fantastycznego. Byłaby z tego o wiele ciekawsza historia moim zdaniem


I tak wiesz lepiej, więc moja odpowiedź jest zbędna. A na przyszłość polecam pilnować własnych" uniwersalnych komentarzy.


To druga książka z serii o rodzinie Raintree (są trzy). Każda z nich napisała inna autorka. To historia paranormalna, ale bez wampirów czy innych stworów. Magii tu jednak sporo. Kryje się w ludziach. Ciekawy motyw na świetną historię, ale autorka (jak i jej koleżanki po fachu) „utkwiła” w opowieści miłosnej. Sam bohater nawet ciekawy, bo ma władzę nad elektrycznością i jest... policjantem.
@Yoanna twój komentarz jest tak uniwersalny, że można „przykleić” go do każdej książki. Czytałaś? Mocno wątpię.


Przeciętne czytadło. Nie ma tu nic oryginalnego i odkrywczego, więc można sięgnąć po lekturę tej książki tylko jeśli mamy ochotę na coś bardzo niewymagającego. Prosta fabuła, nieskomplikowana akcja, przeciętni bohaterowie. Czyta się szybko, ale to ciut za mało, by z czystym sumieniem móc tę powieść polecać innym. Wątek romansowy mocno przewidywalny, a elementy nadprzyrodzone raczej nie zaspokoją głodu fanów fantastyki.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

GIDEON

Nazywam się Raintree. To więcej niż nazwisko, więcej niż miejsce na drzewie genealogicznym. To anomalia w moim DNA.

Piętno przeznaczenia.

Mówiąc krótko, magia istnieje. Otacza nas, ale większość ludzi nie potrafi jej dostrzec. Ja zawsze byłem wyczulony na jej przejawy. Mam magię we krwi. Moich przodków nazywano czarodziejami, magami i wróżbitami. Nazywano ich także demonami i diabłami. I jak tu się dziwić, że wieki temu postanowili ukrywać swoje talenty przed światem. Ukrywać, powiedziałem, a nie je pogrzebać. To wielka różnica. Nie można się wyrzec swojej mocy, uciec od odpowiedzialności tylko po to, by nam się łatwiej żyło.

Każdy członek rodu ma unikalny dar. Niektóre z nich są potężne, inne słabe; są też mniej i bardziej użyteczne. Ale wszystkie są nadprzyrodzone. Mój dar jest związany z energią elektryczną. Mogę okiełznać wszelką elektryczność, która nas otacza. Jestem gromowładny. Często przepalam komputery i żarówki, ale nauczyłem się nad tym panować.

Rozmawiam też z duchami, które są po prostu niepojętą dla nas formą energii elektrycznej. To umiejętność przydatna w mojej obecnej profesji.

Ja, Gideon Raintree, jestem w chwili obecnej jedynym policyjnym detektywem w mieście Wilmington w Karolinie Północnej, który specjalizuje się w wykrywaniu sprawców morderstw.

Linda Winstead Jones

Nawiedzony

Tłumaczyła
Elżbieta Chlebowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Poniedziałek – 3.37 rano

Telefon dzwoniący w środku nocy oznaczał tylko jedno – czyjąś śmierć.

– Gideon Raintree – powiedział zaspanym głosem.

– Przepraszam, że cię budzę.

Zdziwiony, że słyszy głos Dantego, z miejsca oprzytomniał.

– Co się stało?

– W kasynie wybuchł pożar. Mogło być gorzej, ale i tak jest wystarczająco źle. Nie chciałem, żebyś zobaczył to w porannych dziennikach telewizyjnych i niepokoił się o mnie. Zadzwoń za parę godzin do Mercy, daj jej znać, że nic mi się nie stało. W najbliższych dniach będę miał tu urwanie głowy.

Gideon usiadł, całkowicie obudzony.

– Jeśli mnie potrzebujesz, jestem do twojej dyspozycji.

– Dziękuję, ale nie trzeba. Nie powinieneś latać samolotami w tym tygodniu, poza tym wszystko jest w porządku. Chciałem ci dać znać, zanim wpadnę w taki wir rozmów z policją, inspektorami i agentami ubezpieczeniowymi, że nie będę miał ani chwili na telefon.

Gideon przeczesał palcami włosy. Za oknem fale Atlantyku rozbijały się o brzeg i cofały. Ponowił propozycję przyjazdu do Reno. Mógłby wziąć samochód. Ale Dante tylko powtórzył, że ze wszystkim sobie poradzi, i zakończył rozmowę. Gideon nastawił budzik na piątą trzydzieści. Rano zadzwoni do Mercy. To musiał być ogromny pożar, skoro Dante oczekuje, że wzmianka o nim trafi do ogólnokrajowych wiadomości.

Opadł na łóżko. Może jeszcze zdoła zasnąć? Wsłuchał się w monotonny szum fal. Za tydzień będzie letnie przesilenie; energię elektryczną, która go przepełniała, było coraz trudniej opanować. Jej niespodziewane erupcje oznaczały najczęściej obecność jakiegoś ducha w pobliżu, ale w najbliższych dniach nawet bez duchów Gideon będzie stanowił śmiertelne zagrożenie dla wszelkich elektronicznych urządzeń. Może powinien wziąć parę wolnych dni i trzymać się z dala od komendy?

Przymknął oczy i zasnął.

Pojawiła się bez ostrzeżenia, unosiła się nad brzegiem łóżka i uśmiechała do niego. Miała prostą białą sukienkę i rozpuszczone ciemne włosy. Emma, tak się przedstawiła, bo takie imię będzie nosiła pewnego dnia, pojawiała się zawsze pod postacią dziecka. Nie przypominała innych duchów, które go nawiedzały. Przychodziła tylko we śnie i była nietknięta trudami ziemskiego bytowania. Nie domagała się sprawiedliwości, nie dręczyło jej poczucie, że zostawiła jakieś niezałatwione sprawy, nie miała złamanego serca. Zamiast tego przynosiła ze sobą światło, miłość i pokój. Upierała się, by go nazywać tatusiem.

– Dzień dobry, tatusiu.

Gideon westchnął i usiadł. Emma nawiedziła go po raz pierwszy trzy miesiące temu, ale od tego czasu jej wizyty stawały się coraz częstsze. Kto wie? Może w którymś z poprzednich wcieleń był ojcem, ale z pewnością w tym życiu nie miał dzieci i nie zamierzał ich mieć.

– Dzień dobry, Emmo.

– Jestem taka szczęśliwa – rzekła i zaśmiała się. Jej śmiech brzmiał dziwnie znajomo, a radość była zaraźliwa. Powtarzał sobie, że to miłe uczucie zażyłości nie ma żadnego znaczenia.

– Czemu jesteś szczęśliwa?

– Już niedługo przyjdę do ciebie, tatusiu.

– Emmo, kochanie. Powtarzałem ci wiele razy, że nie zamierzam mieć dzieci, więc możesz przestać mnie nazywać tatusiem.

– Nie bądź niemądry, tatusiu. Przecież masz mnie.

Dziewczynka, która mu kiedyś powiedziała, że na tym świecie będzie nosiła imię Emma, miała zielone oczy jego rodziny, jego ciemnobrązowe włosy i miodową cerę. Ale i tak nie zamierzał wierzyć świadectwu własnych oczu. Przecież to tylko sen.

– Przykro mi, kochanie, ale żeby zostać dzieckiem, trzeba mieć mamusię, a nie tylko tatusia. Tymczasem ja nie znam nikogo, z kim chciałbym się ożenić, więc tym razem musisz sobie wybrać innego ojca.

– Jesteś taki uparty – stwierdziła dziewczynka beztrosko. – Niedługo przybędę, tatusiu. Sam się przekonasz. Będę w księżycowym promieniu.

Gideon nie stronił od kobiet, ale jego związki nie trwały długo. Zbyt wiele rzeczy musiał ukrywać, by dopuścić partnerkę do prawdziwej bliskości. Żona i dziecko? Mowy nie ma. Wystarczy, że musi się liczyć z nowym szefem, swoją rodziną i nawiedzającymi go duchami. Nie chciał ponosić odpowiedzialności za kolejne osoby. Dlatego kobiety przychodziły i odchodziły, a Gideon pilnował się, by żadna nie stała się dla niego ważna i nie postanowiła zostać na stałe.

To Dante ma obowiązek kontynuować ich ród, spłodzić potomstwo. Gideon spojrzał na szafkę, gdzie leżał ostatni talizman z zaklęciem na płodność, już gotowy do zapakowania i wysłania bratu.

Z chwilą, gdy urodzą się dzieci Dantego, Gideon przestanie być następcą dranira, głowy rodu Raintree. Nie był stworzony do roli przywódcy. Rola dranira przerażała go prawie tak samo, jak rola męża i ojca.

Starszy brat ma teraz wiele innych spraw na głowie, więc należy poczekać parę dni z wysyłką amuletu.

– Uważaj. – Emma zbliżyła się, jakby przesunął ją powiew wiatru. – Ona jest bardzo zła, tatusiu. Bardzo zła. Musisz być wyjątkowo ostrożny.

– Nie nazywaj mnie tatusiem. – I po zastanowieniu dodał: – Kto jest bardzo zły?

– Wkrótce się dowiesz. Uważaj na mój księżycowy promień, tatusiu.

– Promień księżyca – mruknął cicho. – Co za głupstwa...

– Właśnie się zaczęło – szepnęła Emma, rozpływając się w powietrzu.

Zaterkotał budzik i wyrwał Gideona ze snu. Co za dziwaczne majaczenia. Spojrzał do góry, spodziewając się zobaczyć tam małą zjawę. Halucynacje na pograniczu snu i jawy bywają niezwykle realistyczne i trudno się z nich otrząsnąć.

Podszedł do przeszklonych drzwi i otworzył je na oścież. Prowadziły na taras wychodzący na plażę. Widok oceanu dodawał mu sił. Czasem mu się zdawało, że uderzenia fal są zsynchronizowane z biciem jego serca, a w oceanie było tyle elektryczności, że odbierał ją wszystkimi zmysłami.

Musi zadzwonić do Mercy, opowiedzieć jej, co stało się w kasynie. Będzie się martwiła, choć Dantemu nic się nie stało.

Potem powinien pojawić się w pracy. Był pewien, że to Frank Stiles zamordował Johnny’ego Raya Blacka, ale nie miał na to żadnych dowodów. Właściwie powinien wziąć parę dni wolnego, dopóki nie skończy się letnie przesilenie. Mógłby zabrać akta do domu i popracować nad nimi w spokoju.

Wtedy przypomniały mu się ostatnie słowa Emmy, jakby znowu szepnęła mu je do ucha: „Właśnie się zaczęło”.

PROLOG

Niedziela – północ

Poziom adrenaliny podskoczył jej tak szybko, że Tabby nie była w stanie ustać w miejscu. Szybka wspinaczka po schodach na drugie piętro była wysiłkiem niewartym wzmianki. Skrzywiła się na widok zielonych drzwi, z których płatami odchodziła farba, a numer mieszkania był przekrzywiony. Jaki szanujący się Raintree może mieszkać w takiej norze?

Tabby od dawna na to czekała. Czasem wydawało jej się, że od zawsze. Nie należała do osób cierpliwych, ale wstrzymywała się, czekając na właściwy moment. Wielokrotnie słyszała, że zadanie musi być wykonane w ściśle określonym terminie. I oto wreszcie może zrobić coś, do czego się tak długo przygotowywała. Z pudełkiem pizzy w dłoni zapukała do drzwi, mocno i szybko. Planowała wszystko od roku. Nadszedł czas.

– Kto tam? – spytał niecierpliwie kobiecy głos.

– Pizza – odparła.

Osoba po drugiej stronie zdjęła łańcuch, odsunęła zasuwę i drzwi otworzyły się ze skrzypieniem.

Tabby jednym rzutem oka oszacowała stojącą przed nią dziewczynę. Dwadzieścia dwa lata, metr sześćdziesiąt wzrostu, zielone oczy, włosy ufarbowane na różowo. Ona.

– Myślę, że to pomyłka – zaczęła kobieta, ale nie miała szansy dokończyć zdania.

Nowo przybyła wepchnęła ją do środka. Odrzuciła puste pudełko po pizzy i pokazała nóż, który trzymała w lewej ręce.

– Jedno słowo, a zginiesz – zagroziła, zanim Echo zdążyła wydać z siebie głos.

Oczy dziewczyny zrobiły się okrągłe. Dziwne, ale nie było w nich niczego szczególnego. Jej tęczówki były całkiem przeciętne, szarozielone. A tyle słyszała o charakterystycznych zielonych oczach rodu Raintree.

Jeden cios i zadanie zostanie wykonane. Tabby nie chciała się spieszyć, rozkoszowała się każdą minutą. Była empatką, ale zamiast odczytywać uczucia i myśli innych ludzi, karmiła się ich strachem. Nienawiść i przerażenie miały słodki odurzający smak. Wzmacniały ją. W tej chwili spijała każdą kroplę śmiertelnej zgrozy, jaka emanowała z dziewczyny, i czuła się wspaniale. Czuła się potężna, fizycznie i psychicznie. Aż kręciło jej się w głowie.

– Nie mam pieniędzy – jęknęła żałośnie Echo, coraz bardziej przestraszona. – Dam ci wszystko, czego chcesz.

– Wszystko, czego chcę – powtórzyła Tabby, popychając Echo, aż ta uderzyła plecami o ścianę.

Tak się stanie. To, czego naprawdę chciała, kryje się w głowie dziewczyny. Jej dar przewidywania przyszłości. Jeśli naprawdę jest tak potężny, prorokini nie robiła z niego dobrego użytku, sądząc po tym obskurnym mieszkaniu. Jaka szkoda, że zupełnie wyjątkowy talent marnuje się w takiej roztrzęsionej nieudacznicy.

Tabby czasem śniła o tym, że wchłania w siebie wszystkie talenty swoich ofiar. Teoretycznie było to możliwe, powinno jej się kiedyś udać. Na razie nie potrafiła urzeczywistnić swoich snów. Ale nadejdzie taki dzień, kiedy znajdzie zaklęcia czarnej magii, które przeniosą ją na kolejny etap osobniczej ewolucji.

Byłoby dobrze, gdyby dar profetyczny przeniósł się z duszy małej prorokini do jej własnej. Ta myśl ją podnieciła. Tabby przesunęła koniuszkiem noża po smukłej białej szyi. Na skórze pojawiła się krew. Dziewczyna wydała z siebie jakiś zdławiony odgłos, a strach, który wypełnił pomieszczenie, był mocny i aromatyczny.

Mogłaby się zabawiać z Echo Raintree przez całą noc, ale Cael kazał zabić ją szybko i sprawnie. Podkreślił to parę razy. To nie czas na zabawę. Jesteś żołnierzem. Wojowniczką. Trzeba odłożyć na bok prywatne upodobania. Zdecydowanie nie chciała narazić się Caelowi.

Uśmiechnęła się i cofnęła rękę z nożem. Echo nabrała nadziei, a Tabby pozwoliła jej na złudzenie, że to zwykły napad rabunkowy, który zaraz się skończy.

A to był dopiero początek.