Na jednej linie - Wanda Rutkiewicz

Na jednej linie

0,0

Najsłynniejsza polska himalaistka, opowiada o swojej drodze od pierwszych wspinaczek w Karkonoszach po zdobycie Mount Everestu w 1978 roku. Wspomina dom rodzinny, pierwsze fascynacje sportem, fotografią, literaturą, studia a później pracę w Instytucie Maszyn Matematycznych. Ostatecznie miłością jej życia stały się jednak góry i to im poświęcała cały wolny czas. Dzięki zapiskom w dzienniku, który prowadziła m.in. w czasie wyprawy na Everest, poznamy kulisy wypraw wysokogórskich, postawy ludzi w ekstremalnych sytuacjach, ich walkę z własnymi słabościami i górskim żywiołem.

Dodaj komentarz


W zeszłym roku minęło 20 lat od śmierci Wandy Rutkiewicz i nadal pozostaje ona jedną z najważniejszych polskich himalaistek. W tej książce poznajemy jej historię, która wyszła spod jej pióra. Bardzo ciekawa pozycja, dzięki niej możemy poznać co siedzi w głowie ludzi, który ryzykują życie dla wspinaczki.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne

Ja­nusz Ba­rec­ki

Co­py­ri­ght © by Mi­chał Błasz­kie­wicz i Ewa Ma­tu­szew­ska

Co­py­ri­ght for pho­to­gra­phs © Mi­chał Błasz­kie­wicz i Ewa Ma­tu­szew­ska

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa 2010

ISBN 978-83-244-0252-6

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. Smol­na 11, 00-375 War­sza­wa

tel./faks (22) 827-94-15

iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

POWRÓT DO CZASU ZAPRZESZŁEGO

Pierw­sze wy­da­nie Na jed­nej li­nie uka­za­ło się w roku 1986, choć do pi­sa­nia przy­stą­pi­ły­śmy z Wan­dą w kil­ka mie­się­cy po zdo­by­ciu przez nią 16 paź­dzier­ni­ka 1978 roku Mo­unt Eve­re­stu. Tak dłu­gi był wów­czas cykl wy­daw­ni­czy a i my nie po­tra­fi­ły­śmy na­rzu­cić so­bie ry­go­ru, ko­niecz­ne­go przy pi­sa­niu. Tro­chę tłu­ma­czy­ły nas oko­licz­no­ści – prze­ży­ły­śmy stan wo­jen­ny, pierw­szą wy­pra­wę Wan­dy na K2, wy­rzu­ce­nie mnie z re­dak­cji za przy­na­leż­ność do NSZZ „So­li­dar­ność” i parę in­nych wy­da­rzeń, moc­no osa­dzo­nych w ów­cze­snych re­aliach po­li­tycz­nych i spo­łecz­nych. Trze­ba wspo­mnieć, że wspól­ne pi­sa­nie książ­ki było dla nas obu zu­peł­nie no­wym do­świad­cze­niem, mo­gą­cym za­koń­czyć się cał­ko­wi­tą po­raż­ką pod każ­dym wzglę­dem. Tak się nie sta­ło. Na­ro­dzi­ła się przy­jaźń, dla mnie, mimo nie­obec­no­ści Wan­dy, wciąż sta­no­wią­ca istot­ną war­tość.

Wra­cam do po­cząt­ków tej przy­jaź­ni, dzię­ki ko­lej­ne­mu wy­da­niu Na jed­nej li­nie. Po wie­lu la­tach znów roz­po­czę­łam wę­drów­kę z Wan­dą od Gór So­ko­lich po Hi­ma­la­je. Opo­wieść o gó­rach i lu­dziach gór jest, mimo mo­jej po­mo­cy, jej wła­sną, peł­ną au­ten­ty­zmu opo­wie­ścią. Czy­tel­nik może po­znać Wan­dę ze wszyst­ki­mi jej za­le­ta­mi i wa­da­mi, cza­sem ma­łost­ko­wą, cza­sem wiel­ko­dusz­ną, nie pa­mię­ta­ją­cą uraz, ale też po­tra­fią­cą ostro wal­czyć o swo­je. W tej książ­ce nie ma ani jed­ne­go sło­wa, któ­re­go by nie za­ak­cep­to­wa­ła (nie­kie­dy po ostrych dys­ku­sjach). Dla­te­go jako głę­bo­ko nie­spra­wie­dli­we ode­bra­łam zda­nie wbio­gra­mie Wan­dy, za­miesz­czo­nym w Wiel­kiej En­cy­klo­pe­dii Ta­trzań­skiej Zo­fii i Wi­tol­da H. Pa­ry­skich. Brzmi ono na­stę­pu­ją­co: „W jej au­to­biogr. książ­ce Na jed­nej li­nie (Wa, 1986) nar­ra­cja zo­sta­ła miej­sca­mi wy­raź­nie wy­pa­czo­na przez nie­wła­ści­wą in­ge­ren­cję au­tor­ską in­nej oso­by”. Wi­docz­nie zna­ko­mi­ci znaw­cy Tatr nie zna­li na tyle do­brze Wan­dy, by przy­pusz­czać, że kto­kol­wiek mógł in­ge­ro­wać w jej tekst w ja­ki­kol­wiek spo­sób, a zwłasz­cza nie­wła­ści­wie. En­cy­klo­pe­dia uka­za­ła się w roku 1995, w trzy lata po za­gi­nię­ciu Wan­dy, wte­dy ja­koś nie my­śla­łam o spro­sto­wa­niu. Dziś, choć za­bra­kło głów­nych bo­ha­te­rów, czu­ję we­wnętrz­ną po­trze­bę wy­ja­śnie­nia tej krzyw­dzą­cej nas obie su­ge­stii.

Sta­jąc na szczy­cie Mo­unt Eve­re­stu, Wan­da wy­ru­szy­ła w swą „Ka­ra­wa­nę do ma­rzeń”, choć wte­dy o tym jesz­cze nie wie­dzia­ła, ani też nie my­śla­ła. Po Mo­unt Eve­re­ście po­zo­sta­ło trzy­na­ście ośmio­ty­sięcz­ni­ków – to mu­sia­ło po­bu­dzać wy­obraź­nię. Ko­ro­na Hi­ma­la­jów mo­gła stać się ce­lem ży­cio­wym, zwłasz­cza dla ko­goś, kto całe swo­je ży­cie pod­po­rząd­ko­wał gó­rom. Od roku 1978 do 1991 Wan­da zdo­by­ła: Mo­unt Eve­rest, Nan­gę Par­bat, K2, Shi­sha Pang­mę, Ga­sher­brum II, Ga­sher­brum I, Cho Oyu i An­na­pur­nę. Za­gi­nę­ła przy pró­bie zdo­by­cia swe­go dzie­wią­te­go ośmio­ty­sięcz­ni­ka, trze­cie­go szczy­tu Zie­mi, Kang­czen­dżon­gi, z 12 na 13 maja 1992 roku. Ale jej śla­dem po­szły inne al­pi­nist­ki, prze­ko­na­ne że w gro­nie zdo­byw­ców wszyst­kich ośmio­ty­sięcz­ni­ków mogą się zna­leźć rów­nież ko­bie­ty, co przed Wan­dą nie było ta­kie oczy­wi­ste.

To, co Wan­da roz­po­czę­ła, zdo­by­wa­jąc Mo­unt Eve­rest, za­koń­czy­ła Ko­re­an­ka Oh Eun-sun, 27 kwiet­nia 2010 roku zdo­by­wa­jąc An­na­pur­nę, swój czter­na­sty ośmio­ty­sięcz­nik. Jed­nak styl, w ja­kim osią­gnę­ła Ko­ro­nę Hi­ma­la­jów, bu­dzi wąt­pli­wo­ści i każe się za­sta­no­wić nad ta­kim spo­so­bem ob­co­wa­nia z gó­ra­mi. Po pierw­sze, do dziś nie ma ofi­cjal­ne­go po­twier­dze­nia zdo­by­cia przez Ko­re­an­kę Kang­czen­dżon­gi w roku 2009. Po dru­gie, śro­do­wi­sko al­pi­ni­stycz­ne ma też za­strze­że­nia co do wspar­cia udzie­la­ne­go jej przez pro­fe­sjo­nal­ne eki­py. To­wa­rzy­szy­li jej licz­ni Szer­po­wie, he­li­kop­te­ry, sta­cje te­le­wi­zyj­ne, sło­wem praw­dzi­wy, ko­mer­cjal­ny hi­ma­laj­ski show. Dla spon­so­rów jej wy­praw za­pew­ne cel uświę­cał środ­ki, wszyst­ko inne było bez zna­cze­nia.

Dla Wan­dy dro­ga do Ko­ro­ny Hi­ma­la­jów­by­ła „Ka­ra­wa­ną do ma­rzeń”. Czym sta­ła się dla Oh Eun-sun? Spraw­nie funk­cjo­nu­ją­cą fir­mą re­kla­mo­wą? Zna­ko­mi­cie przy­go­to­wa­ną i prze­pro­wa­dzo­ną ak­cją, wktó­rej ona mia­ła się  t y l k o  wspi­nać? Nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć na te py­ta­nia. Wła­ści­wie nie chcę na nie od­po­wia­dać. Moje my­śle­nie o al­pi­ni­zmie ukształ­to­wa­ło się w za­mierz­chłej epo­ce, kie­dy to lu­dzie szli w góry z we­wnętrz­nej po­trze­by, nie za­sta­na­wia­jąc się nad tym, w ja­kiej kam­pa­nii re­kla­mo­wej będą mo­gli „sprze­dać” wspi­nacz­ko­we suk­ce­sy. Dla­te­go też wra­cam do cza­su za­prze­szłe­go ze smut­kiem – że już mi­nął, ale i z wdzięcz­no­ścią – że był mi dany.

EWA MA­TU­SZEW­SKA

Za­ko­pa­ne, 13 maja 2010

1-1_jpg

RO­DZI­CE WAN­DY – ZBI­GNIEW I MA­RIA BŁASZ­KIE­WI­CZO­WIE. PŁU­GI ANY NA LI­TWIE

1-2_jpg

WAL­KI O PRZE­TRWA­NIE UCZO­NO JĄ OD NAJ­MŁOD­SZYCH LAT

1-3_jpg

ĆWI­CZE­NIE RÓW­NO­WA­GI NA PLO­CIE PRZED DO­MEM WE WRO­CŁA­WIU

1-4_jpg

SIAT­KÓW­KA NA­UCZY­ŁA WAN­DĘ GRY ZE­SPO­ŁO­WEJ

1-5_jpg

EPI­ZOD ŻE­GLAR­SKI – NA PO­KŁA­DZIE OME­GI NA MA­ZU­RACH

1-6_jpg

DO­BRZE JEST WCZE­ŚNIEJ PO­ĆWI­CZYĆ W SKAŁ­KACH

1-7_jpg

UDA­ŁO SIĘ! TRE­NING W SKAŁ­KACH, CZY­LI GÓ­RACH SO­KO­LICH

1-8_jpg

WSPI­NACZ­KA W SO­KO­LI­KACH PRA­WIE ZA­WSZE SPRA­WIA­ŁA JEJ RA­DOŚĆ

1-9_jpg

GÓRY TO NIE TYL­KO WSPI­NACZ­KA. SZRE­NI­CA 1964 ROK

1-10_jpg

WY­BÓR WŁA­ŚCI­WE­GO HAKA WY­MA­GA CHWI­LI ZA­STA­NO­WIE­NIA

1-11_jpg

NA GRA­NI W PA­MI­RZE

1-12_jpg

MY WSZY­SCY Z TATR…

1-13_jpg

NA ŁĄCZ­CE W TA­CON­NAZ. ALPY 1966 ROK

1-14_jpg

WY­ŚCI­GI SA­MO­CHO­DO­WE – Z MAR­CI­NEM OSIOW­SKIM

1-15_jpg

W AL­PACH FRAN­CU­SKICH Z KRZYSZ­TO­FEM CIE­LEC­KIM

1-16_jpg

„HOP, HOP, SZKLAN­KĘ PIWA!” – TO­AST PO WY­ŚCI­GU SA­MO­CHO­DO­WYM

1-17_jpg

WAN­DA RUT­KIE­WICZ Z HA­LI­NĄ KRÜGER-SY­RO­KOM­SKĄ

1-18_jpg

PIK LE­NI­NA, 1970 ROK. OD LE­WEJ AN­DRZEJ ZA­WA­DA, WAN­DA RUT­KIE­WICZ, WO­ŁO­DIA PRO­KO­PIEN­KO

1-19_jpg

W AL­PACH AU­STRIAC­KICH

1-20_jpg

WSPI­NACZ­KA NA EIGER. 1973 ROK

1-21_jpg

NA PÓŁ­NOC­NYM FI­LA­RZE EIGE­RU. 1973 ROK

1-22_jpg

NA SZCZY­CIE GA­SHER­BRUM III. 1975 ROK. OD LE­WEJ ALI­SON CHA­DWICK-ONYSZ­KIE­WICZ, WAN­DA RUT­KIE­WICZ I KRZYSZ­TOF ZDZI­TO­WIEC­KI

1-23_jpg

WSPI­NACZ­KA W AL­PACH NA PÓŁ­NOC­NEJ ŚCIA­NIE MAT­TER­HOR­NU. 1978 ROK

1-24_jpg

KRY­STY­NA PAL­MOW­SKA NA MAT­TER­HOR­NIE

1-25_jpg

DRO­GA NA MO­UNT EVE­REST PRZEZ LA­BI­RYNT LO­DOW­CA KHUM­BU 1978 ROK

1-26_jpg

WAN­DA NA NAJ­WYŻ­SZYM SZCZY­CIE ZIE­MI – 16 PAŹ­DZIER­NI­KA 1978 ROKU

PIERWSZY WYCIĄG

Kie­dy roz­po­czę­łam wy­czy­no­we upra­wia­nie spor­tu, ro­dzi­ce nie pro­te­sto­wa­li, za­chwy­ce­ni jed­nak nie byli. Wy­zna­wa­li za­sa­dę, że sport – roz­wi­ja­jąc or­ga­nizm i kształ­tu­jąc oso­bo­wość – w ży­ciu czło­wie­ka od­gry­wa bar­dzo waż­ną rolę. Ale nie sport wy­czy­no­wy. Za­wo­dy, ry­wa­li­za­cja, po­goń za wy­ni­kiem – te ele­men­ty spor­tu trak­to­wa­li tro­chę po­gar­dli­wie. Nie­mniej ode­gra­li dużą rolę w kształ­to­wa­niu mo­ich pierw­szych za­in­te­re­so­wań spor­to­wych, szcze­gól­nie oj­ciec – że­glarz, strze­lec spor­to­wy i pły­wak. Z za­wo­du in­ży­nier sa­ni­tar­ny, twór­ca sied­miu pa­ten­tów z za­kre­su oczysz­cza­nia ście­ków, do wszyst­kie­go miał in­ży­nier­skie po­dej­ście. Po­tra­fił zro­bić pra­wie wszyst­ko, a do cze­go­kol­wiek się za­brał, ro­bił to zna­ko­mi­cie. Dwu­oso­bo­wa hu­laj­no­ga, spe­cjal­ne wią­za­nia do nart, wła­sno­ręcz­nie skon­stru­owa­ne buty z łyż­wa­mi, sto­ja­ki do sko­ku wzwyż – wszyst­ko to było dzie­łem ojca.

Miesz­ka­li­śmy we Wro­cła­wiu, w Par­ku Szczyt­nic­kim. Upra­wia­nie spor­tu w ta­kich wa­run­kach było ła­twe. Zimą – łyż­wy na sta­wie i nar­ty na sto­kach wro­cław­skie­go „Chim­bo­ra­zo” (wy­ga­sły wul­kan, naj­wyż­szy szczyt w An­dach Ekwa­dor­skich, 6272 m), la­tem – sko­ki wzwyż, gim­na­sty­ka akro­ba­tycz­na na po­lan­kach par­ko­wych i pły­wa­nie na ba­se­nach Sta­dio­nu Olim­pij­skie­go.

W domu mie­li­śmy bi­blio­tecz­kę, w któ­rej znaj­do­wa­ły się książ­ki po­świę­co­ne pra­wie każ­dej dys­cy­pli­nie spor­tu, ale pod­ręcz­ni­ka al­pi­ni­zmu nie było.

Pierw­sze wy­pra­wy gór­skie na So­bót­kę, ma­ją­cą „aż” 718 m, były przez ojca bar­dzo sta­ran­nie or­ga­ni­zo­wa­ne. Chciał nas (mia­łam młod­sze ro­dzeń­stwo – sio­strę i bra­ta) na­uczyć za­bie­ra­nia wła­ści­we­go ekwi­pun­ku na naj­ła­twiej­sze na­wet wy­ciecz­ki. Nic nas nie po­win­no za­sko­czyć – zmia­na po­go­dy, przy­mu­so­wy noc­leg czy ko­niecz­ność przy­rzą­dze­nia po­sił­ku. „Być przy­go­to­wa­nym na wszyst­ko” – ta de­wi­za ojca utkwi­ła mi w pa­mię­ci bar­dzo moc­no.

W pierw­szych la­tach szkol­nych cho­dzi­łam po gó­rach dzię­ki har­cer­stwu. Tra­fi­łam do zna­ko­mi­tej dru­ży­ny pro­wa­dzo­nej przez Da­nu­tę Wań­ko­wicz oraz mał­żeń­stwo Da­nu­tę i Jó­ze­fa Łu­ka­sze­wi­czów Urzą­dza­li­śmy pie­sze wy­pra­wy po Be­ski­dach – Wy­so­kim, Ni­skim i Wy­spo­wym. Po­zna­wa­li­śmy kraj, lu­dzi, folk­lor. Na obo­zach har­cer­skich, sto­su­jąc się do wska­zó­wek dru­ha – w „cy­wi­lu” ma­te­ma­ty­ka – wszyst­ko ro­bi­li­śmy sa­mo­dziel­nie. Od roz­sta­wia­nia na­mio­tów, zbi­cia pry­czy z żer­dek i uple­ce­nia ze sznur­ka po­sła­nia po­cząw­szy, aż do zbu­do­wa­nia gli­nia­ne­go pie­ca w zie­mi.

Lata szko­ły śred­niej to czas upra­wia­nia wie­lu dys­cy­plin lek­ko­atle­tycz­nych – skok wzwyż, rzut oszcze­pem, pchnię­cie kulą – w Mię­dzysz­kol­nym Klu­bie Spor­to­wym „Pa­ra­sol”, gdzie tre­ne­rem i wy­cho­waw­cą mło­dzie­ży był inż. Ro­man Gu­der­ski. Wte­dy rów­nież za­czę­ła mi się po­do­bać siat­ków­ka.

Ta­try po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam naj­pierw z da­le­ka – pod­czas wy­ciecz­ki szkol­nej, na­stęp­nie zaś – po ma­tu­rze. Grup­ka za­przy­jaź­nio­nych osób z mo­jej kla­sy po­sta­no­wi­ła uczcić zda­nie ma­tu­ry wę­drów­ką, na któ­rej tra­sie zna­la­zły się rów­nież Ta­try. To pierw­sze z nimi spo­tka­nie było dla mnie bar­dzo zna­czą­ce. Cho­dzi­li­śmy po szla­kach Hali Gą­sie­ni­co­wej, we­szli­śmy na Ka­spro­wy Wierch, wresz­cie po­je­cha­li­śmy do Mor­skie­go Oka. Wi­dok Mor­skie­go Oka za­fa­scy­no­wał mnie. Płasz­czy­zna sta­wu, nad nią ogrom­ne szczy­ty i szum nie­po­dob­ny do żad­ne­go in­ne­go. Szum wia­tru, drzew, po­to­ku. Sie­dzia­łam na brze­gu sta­wu, pa­trząc na góry i słu­cha­jąc ci­che­go plu­sku wody, ob­my­wa­ją­cej przy­brzeż­ne ka­mie­nie.

Chcia­ła­bym tu po­zo­stać – my­śla­łam. Ale nie za­sta­na­wia­łam się, w jaki spo­sób. Ot, pierw­sze wra­że­nie. Być może były to do­zna­nia ko­goś, kto w ogó­le jest wraż­li­wy na for­mę. Nie­któ­rzy lu­dzie cho­dzą do ko­ścio­ła przede wszyst­kim dla­te­go, że lu­bią na­strój, mo­nu­men­tal­ność, spo­kój, sku­pie­nie, mu­zy­kę or­ga­no­wą.

I nie­wie­le ma to wspól­ne­go z praw­dzi­wą wia­rą. Może wła­śnie taki cha­rak­ter mia­ły moje ów­cze­sne wra­że­nia znad Mor­skie­go Oka – bar­dzo sil­ne, ale bez więk­szych kon­se­kwen­cji w naj­bliż­szym cza­sie.

Na stu­diach, któ­re roz­po­czę­łam w Po­li­tech­ni­ce Wro­cław­skiej, w dal­szym cią­gu upra­wia­łam lek­ko­atle­ty­kę, a tak­że siat­ków­kę – gra­łam w AZS-ie wro­cław­skim. W roku 1961 zo­sta­łam po­wo­ła­na do ka­dry ju­nio­rek i wy­je­cha­łam z re­pre­zen­ta­cją Wro­cła­wia na za­wo­dy o Pu­char Ziem Nad­odrzań­skich i Nad­bał­tyc­kich. Były to moje pierw­sze mię­dzy­na­ro­do­we me­cze. Rów­nież tego roku star­to­wa­łam w lek­ko­atle­tycz­nych mi­strzo­stwach Pol­ski klu­bów uczel­nia­nych, na któ­rych za­ję­łam pierw­sze miej­sce w pchnię­ciu kulą.

Na me­czach siat­ków­ki czę­sto sie­dzia­łam na ław­ce re­zer­wo­wych, po­dzi­wia­jąc te lep­sze, przede wszyst­kim Ma­rię Pan­ko­wą-Śliw­ko­wą, ka­pi­ta­na pol­skiej dru­ży­ny na Igrzy­skach Olim­pij­skich w To­kio, gdzie Po­lki za­ję­ły trze­cie miej­sce. Wów­czas nie sta­wia­łam so­bie za cel gra­nia w ka­drze na­ro­do­wej, tak jak za­czy­na­jąc wspi­nać się, nie my­śla­łam o Eve­re­ście. Po pro­stu an­ga­żo­wa­łam się na tyle moc­no, że osią­ga­łam pew­ne suk­ce­sy, któ­re z ko­lei sta­wa­ły się bodź­cem do dal­szych dzia­łań.

W pierw­szych la­tach stu­diów, oprócz na­uki, zaj­mo­wa­łam się jesz­cze wie­lo­ma spra­wa­mi: spor­tem, fo­to­gra­fią, li­te­ra­tu­rą, wę­drów­ka­mi po gó­rach. Z cie­ka­wo­ści cho­dzi­łam też na wy­bra­ne za­ję­cia na in­nych kie­run­kach, któ­re stu­dio­wa­li moi ko­le­dzy. Chcia­łam wie­dzieć, o czym mó­wią na uni­wer­sy­tec­kich wy­kła­dach fi­zy­ki, astro­no­mii czy pra­wa.

Po­przez śro­do­wi­sko stu­denc­kie po­zna­wa­łam cie­ka­wych lu­dzi o róż­no­rod­nych za­in­te­re­so­wa­niach. Jed­nym z nich był Bog­dan Jan­kow­ski, ko­le­ga z wyż­sze­go roku na Wy­dzia­le Łącz­no­ści. Od kil­ku lat upra­wiał wspi­nacz­kę, w Ta­try jeź­dził la­tem i zimą. Na so­bo­ty i nie­dzie­le wy­jeż­dżał wspi­nać się w Skał­ki, czy­li Góry So­ko­le le­żą­ce w pa­śmie Ru­daw Ja­no­wic­kich pod Je­le­nią Górą. Pew­ne­go dnia za­pro­po­no­wał mi taki wy­jazd w re­wan­żu za po­ży­cze­nie no­ta­tek z ma­te­ma­ty­ki.

Pierw­szy dzień w Skał­kach przy­niósł mi do­zna­nia, któ­re osła­bi­ły wszyst­kie do­tych­cza­so­we fa­scy­na­cje. Od­na­la­złam coś dla sie­bie i wie­dzia­łam, że przy tym po­zo­sta­nę. Prze­ży­łam wów­czas całą gamę uczuć: strach i ra­dość z jego po­ko­na­nia, sku­pie­nie i de­ter­mi­na­cję, uwol­nie­nie się od siły cią­że­nia, nie­zwy­kle sil­ny kon­takt z przy­ro­dą, ze ska­łą, któ­ra była moim opar­ciem. Jej za­pach, za­pach zie­mi w szcze­li­nach skal­nych, po­wie­trza i lasu. I chwi­la wią­za­nia się liną z part­ne­rem, da­ją­ca po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, gdyż jest on i lina. Po­tem by­łam tam wie­lo­krot­nie in­struk­to­rem, szko­ląc adep­tów ta­ter­nic­twa. I za każ­dym ra­zem pa­trzy­łam na nich tro­chę z per­spek­ty­wy wła­snych prze­żyć pod­czas pierw­szych wspi­na­czek.

Mo­imi part­ne­ra­mi na pierw­szej wspi­nacz­ce w Skał­kach byli Bog­dan Jan­kow­ski i Wła­dek Ber­wiń­ski. Wspi­na­li­śmy się na „Su­kien­ni­ce” dro­gą, któ­rą wy­ko­rzy­stu­je się do zej­ścia. Wów­czas mó­wi­ło się, że są to „Su­kien­ni­ce dro­gą przez czoł­ga­nie”. Póź­niej ten od­ci­nek prze­cho­dzi­łam w mak­sy­mal­nym od­chy­le­niu od ska­ły, co przy pierw­szym przej­ściu nie przy­szło mi do gło­wy Wprost prze­ciw­nie; kle­iłam się do ścia­ny, ma­jąc złu­dze­nie, że je­stem przez to bez­piecz­niej­sza.

Po do­tar­ciu na szczyt „Su­kien­nic” by­łam roz­cza­ro­wa­na, że ko­le­dzy po dro­dze nie wbi­ja­li w szcze­li­ny ha­ków. A ja tak bar­dzo chcia­łam pójść na dro­gę „ha­ko­wą”! Są­dzi­łam, że na dro­dze „ha­ko­wej” wspi­na­ją­cy się wbi­ja­ją haki i że jest ona wyż­szym stop­niem wta­jem­ni­cze­nia. Tym­cza­sem, choć rze­czy­wi­ście na trud­nych wspi­nacz­kach wbi­ja się haki, to jed­nak we wspi­nacz­ce kla­sycz­nej słu­żą one wy­łącz­nie do ase­ku­ra­cji. Okre­śle­nie „wspi­nacz­ka ha­ko­wa” za­re­zer­wo­wa­ne jest dla dróg, na któ­rych wspi­na­ją­cy się ko­rzy­sta z wbi­tych ha­ków, uży­wa­jąc ich jako chwy­tów i stop­ni. Wy­tłu­ma­czo­no mi rów­nież, że okrą­głe pier­ście­nie z zam­ka­mi to nie klam­ry, lecz ka­ra­bin­ki, i że wspi­na­nie się po klam­rach to zu­peł­nie coś in­ne­go.

Po tych wszyst­kich wy­ja­śnie­niach na­le­ża­ło zje­chać ze szczy­tu. Zjaz­dy w Skał­kach są emo­cjo­nu­ją­ce – prze­wie­szo­ny te­ren, brak kon­tak­tu ze ska­łą. Je­dy­nym opar­ciem jest lina, na któ­rej wisi się w po­wie­trzu. Pierw­szy w ży­ciu zjazd z wy­so­ko­ści oko­ło 20 me­trów to duże prze­ży­cie!

Za­ło­ży­łam klucz zjaz­do­wy, opa­sa­łam się liną, pro­wa­dząc ją przez lewe pod­udzie, pra­wy bark i ple­cy. Linę przed sobą trzy­ma­łam pra­wą ręką na wy­so­ko­ści twa­rzy, lewą – linę zwi­sa­ją­cą z tyłu, się­ga­ją­cą pod­nó­ża ska­ły. Przez od­po­wied­ni kąt opa­sa­nia liną cia­ła mia­łam re­gu­lo­wać szyb­kość zjaz­du. Z góry ase­ku­ro­wa­no mnie dru­gą liną, co jest nie­zbęd­ne przy zjaz­dach po­cząt­ku­ją­cych wspi­na­czy.

Po wej­ściu w klucz zjaz­do­wy wy­słu­cha­łam in­struk­cji, co da­lej ro­bić. Mia­łam wy­chy­lać się stop­nio­wo poza kra­wędź plat­for­my szczy­to­wej. W uszach mi szu­mia­ło, z trud­no­ścią ro­zu­mia­łam, co do mnie mó­wią. To chy­ba naj­gor­szy mo­ment dla każ­de­go po­cząt­ku­ją­ce­go wspi­na­cza. A sto­ją­cy na gó­rze po­na­gla­li:

– No, po­chyl się! Za­przyj się no­ga­mi o ska­łę!

– Nie klej się do ścia­ny! Wy­pro­stuj nogi! Od­py­chaj się no­ga­mi!

A mnie drżą ręce i nogi, ser­ce ude­rza szyb­ciej. Na ko­niec de­cy­zja – zjeż­dżam! Pole wi­dze­nia na­gle się zmniej­szy­ło. Prze­sta­łam bać się wy­so­ko­ści. Po­wo­li opusz­cza­łam się, pra­wie nie sły­sząc po­krzy­ki­wań z góry. W pew­nym mo­men­cie usły­sza­łam:

– Od­chyl rękę do tyłu!

Po­słu­cha­łam. Za­czę­łam zjeż­dżać szyb­ciej. Szyb­szy zjazd – szyb­sze prze­su­wa­nie się liny po cie­le, po­wo­du­ją­ce opa­rze­nia skó­ry. Czer­wo­na prę­ga na no­dze od liny to ro­dzaj pa­so­wa­nia na ta­ter­ni­ka.

Na dole Skał­ki wy­da­ły mi się mniej strasz­ne. Ko­le­dzy uzna­li, że już wy­star­cza­ją­co dłu­go zaj­mo­wa­li się moją oso­bą i po­szli wspi­nać się gdzie in­dziej. Po­sta­no­wi­łam ro­zej­rzeć się tro­chę. Nie­co na lewo od dro­gi, któ­rą nie­daw­no prze­szłam, wy­pa­trzy­łam do­syć wy­so­ki ko­min skal­ny. Po­my­śla­łam, że spró­bu­ję wspiąć się w nim choć parę me­trów.

Wspi­nacz­ka w ko­mi­nie jest pra­wie in­stynk­tow­na i na­tu­ral­na. W szer­szej czę­ści ko­mi­na za­pie­ra­łam się ple­ca­mi o jed­ną ścia­nę, sto­pa­mi o dru­gą i pod­pie­ra­jąc się rę­ko­ma, prze­su­wa­łam się wy­żej. Po oko­ło 10 me­trach ko­min nie­co się zwę­ził. Za­miast stóp kli­no­wa­łam ko­la­na. Jesz­cze wy­żej ko­min był tak wą­ski, że utknę­łam w nim za­kli­no­wa­na, nie mo­gąc zde­cy­do­wać się na wyj­ście. Dal­sza dro­ga wio­dła bo­wiem stro­mą ścian­ką skal­ną. Po kil­ku przy­miar­kach uda­ło mi się ją po­ko­nać. Sta­nę­łam na ma­łych stop­niach. Mo­głam przy­trzy­mać się ręką, ale przede mną był na­stęp­ny trud­ny od­ci­nek. Do­wie­dzia­łam się póź­niej, że w ska­li ta­ter­nic­kiej jest on okre­śla­ny jako „nad­zwy­czaj trud­ny”. Bez do­brych chwy­tów i stop­ni, ma­jąc pod no­ga­mi kil­ka­na­ście me­trów otwar­tej prze­strze­ni, trze­ba się wspiąć trzy­me­tro­wą ścia­ną ko­mi­na na ła­twą już plat­for­mę pod­szczy­to­wą. Wy­co­fać się tą samą dro­gą, któ­rą tu­taj do­tar­łam, nie mia­łam od­wa­gi. Ba­łam się rów­nież pójść wy­żej.

Dłu­go nie mo­głam zde­cy­do­wać się na opusz­cze­nie wy­god­nych stop­ni. Wspi­na­łam się metr wy­żej, ogar­niał mnie strach i co­fa­łam się. Od­po­czy­wa­łam przed ko­lej­ną pró­bą, usi­łu­jąc po­ko­nać strach.

Spo­glą­da­jąc w dół, zo­ba­czy­łam na­raz kil­ka unie­sio­nych ku mnie, za­nie­po­ko­jo­nych twa­rzy. Usły­sza­łam chór sprzecz­nych po­le­ceń i re­to­rycz­nych py­tań:

– Złaź na­tych­miast!

– Nie, cze­kaj spo­koj­nie, idzie­my!

– Po jaką cho­le­rę tam la­złaś?

Któ­ryś z ko­le­gów za­czął wspi­nać się, by za­bez­pie­czyć mnie przed spad­nię­ciem. Zdo­pin­go­wa­na tym i roz­złosz­czo­na skon­cen­tro­wa­łam się i raz jesz­cze do­bra­łam się do pie­kiel­nej ścian­ki. Strach ustą­pił. Nie my­śla­łam, co bę­dzie, je­że­li noga ze­śliź­nie się z mi­kro­stop­nia, a ręce za­ci­śnię­te na ob­łych wy­pu­kło­ściach ścia­ny nie utrzy­ma­ją cię­ża­ru cia­ła.

Na­resz­cie! Zna­la­złam so­lid­ny chwyt! Szyb­ko pod­cią­gnę­łam się na rę­kach i zna­la­złam się w ła­twym te­re­nie. Szczyt był tuż. Zdo­by­ty sa­mo­dziel­nie, mój wła­sny!

Czy by­łam od­waż­na? Nie za bar­dzo. Za ów­cze­sną od­wa­gą, nie­współ­mier­ną do umie­jęt­no­ści, kry­ła się nie­świa­do­mość i brak wy­obraź­ni. Ale ra­dość po przej­ściu za­wa­ży­ła na tym, że po­zo­sta­łam przy wspi­nacz­ce, a nie przy po­przed­nio upra­wia­nych spor­tach. Choć nie tyl­ko ra­dość…

Al­pi­nizm, a wła­ści­wie ta­ter­nic­two skła­da­ło się dla mnie z trzech rów­no­rzęd­nych ele­men­tów: współ­to­wa­rzy­sze, wspi­nacz­ka oraz przy­ro­da, wśród któ­rej to wszyst­ko się od­by­wa­ło. Na pierw­szym eta­pie wspi­na­nia naj­waż­niej­si byli lu­dzie. Ci, któ­rych po­zna­łam w Skał­kach, sta­li się dla mnie bar­dzo waż­ni. Pa­no­wa­ła wśród nich at­mos­fe­ra praw­dzi­wej ser­decz­no­ści, no­we­go ota­cza­li od po­cząt­ku opie­ką, przyj­mo­wa­li za swo­je­go. At­mos­fe­ra ro­dzin­na była bar­dzo ty­po­wa dla wro­cław­skie­go śro­do­wi­ska al­pi­ni­stycz­ne­go, któ­re two­rzy­li nie­ba­nal­ni lu­dzie.

Na przy­kład Bog­dan Jan­kow­ski, któ­re­go de­wi­zą było, że co­kol­wiek robi, musi ro­bić to do­brze, Adam Uznań­ski – se­nior wro­cław­skich wspi­na­czy, dłu­go­let­ni pre­zes Wro­cław­skie­go Klu­bu Wy­so­ko­gór­skie­go, Ka­zek Gła­zek – po uszy tkwią­cy w swej uko­cha­nej ma­te­ma­ty­ce, Ta­de­usz Zip­ser – ar­chi­tekt, Ja­cek Kol­bu­szew­ski – li­te­rat, au­tor wie­lu ksią­żek o gó­rach, a tak­że Ja­nusz Fe­reń­ski i Ro­mek Be­bak – praw­ni­cy i gro­to­ła­zi, któ­rzy nie tyl­ko zna­ko­mi­cie się wspi­na­li, ale rów­nież wy­my­śla­li wspa­nia­łe za­ba­wy.

Klub Wy­so­ko­gór­ski był może po­waż­niej­szy, gro­to­ła­zi zaś od­zna­cza­li się nie­po­skro­mio­ną fan­ta­zją, ale oby­dwa śro­do­wi­ska prze­ni­ka­ły się – tu i tam były te same oso­by, pa­no­wał też po­dob­ny styl za­baw i sur­re­ali­stycz­nych dow­ci­pów. Wszy­scy po­zo­sta­wa­li­śmy pod uro­kiem fan­ta­zji Pio­tra Woj­cie­chow­skie­go, twór­cy Pod­ha­lań­skiej Aka­de­mii Wie­dzy, au­to­ra sza­lo­nych sztuk, jak „Ro­wer pan­cer­ny”, „Po­wrót do­cen­ta Pu­dy­ny” czy „Ge­nial­ny wy­na­la­zek pro­fe­so­ra Lec­lan­che”, gra­nych w pry­wat­nych do­mach oraz w Piw­ni­cy gro­to­ła­zów. Piotr do dziś w swej po­waż­nej twór­czo­ści na­wią­zu­je do tam­tych dni:

…Wspo­mi­nam czas daw­niej­szy nie­co, Wroc­law, stu­denc­ką sto­łów­kę na Szew­skiej­kie­dy to po­chy­le­ni nad gru­la­mi i so­sem pół­mię­snym ra­dzi­li­śmy, jak tu się fi­zycz­nie przy­go­to­wać do se­zo­nu ja­ski­nio­we­go i wspi­nacz­ko­we­go, kie­dy se­sja eg­za­mi­na­cyj­na mor­der­cza, ma­te­ria­łu do wku­cia ster­ty, cza­su mało. W bi­blio­te­ce mózg puch­nie, ale bi­cep­sy fla­cze­ją. Ktoś, kto po­tem w Pod­ha­lań­skiej Aka­de­mii do­chra­pał się lau­rów i ty­tu­łów, wpadł na ideę „tre­nin­gu ukry­te­go­nie­siesz ka­je­cik cie­niut­ki – ale mię­śnie gra­ją prze­sad­nie, jak­byś dźwi­gał wór że­la­stwa; schy­lasz się, aby tramp­ki za­sznu­ro­wać – schy­lasz się prze­sad­nie, do zgrzy­tu krę­gów,jak­byś chciał so­bie ucho przy­dep­tać; się­gasz po sło­ik ze smal­cem na pół­ce – tak się­gasz, jak­by ta pół­ka była w po­ło­wie pół­noc­ne­go Fi­la­ra Mię­gu­szo­wiec­kie­go…

Dłu­gie lata po­zo­sta­wa­łam pod uro­kiem Ska­łek. Nie tyl­ko dla­te­go, że mo­głam się po nich wspi­nać, ale dla­te­go, że byli lu­dzie, z któ­ry­mi tam jeź­dzi­łam, swo­ista at­mos­fe­ra – po­dob­na tro­chę do tej z har­cer­stwa – po la­tach znów od­na­le­zio­na.

Wspi­na­nie w Skał­kach nie było ce­lem sa­mym w so­bie, lecz jed­nym ze spo­so­bów by­cia lu­dzi ze sobą. Na­sze so­bot­nio-nie­dziel­ne wy­jaz­dy nie mia­ły cha­rak­te­ru tre­nin­gu. Był to pe­wien ce­re­mo­niał – ro­bi­ło się trzy, czte­ry dro­gi, sie­dzia­ło się nie­co dłu­żej na gó­rze, po­ga­dy­wa­ło… Był czas, by po­pa­trzeć wo­kół, fo­to­gra­fo­wać, a po zej­ściu na­zbie­rać drew­na na ogni­sko, spraw­dzić, czy lis miesz­ka cią­gle w ja­mie pod gła­zem. Po­tem na­stęp­na dro­ga, a po niej obiad. Wie­czo­ra­mi sia­dy­wa­ło się na skal­nym bal­ko­ni­ku i pro­wa­dzi­ło dłu­gie roz­mo­wy. Spa­li­śmy w ko­le­bie pod ogrom­nym gła­zem, któ­ry przy­ty­ka­jąc do gra­ni­to­wej tur­ni Su­kien­nic, two­rzył na­tu­ral­ne schro­nie­nie, osmo­lo­ne dy­mem ogni­ska i prze­cie­ka­ją­ce nie­co w cza­sie desz­czu.

Po­tem to wszyst­ko zmie­ni­ło się. W Skał­ki przy­jeż­dża­ło się, by zro­bić co naj­mniej pięt­na­ście dróg. Z jed­nej wcho­dzi­ło się na­tych­miast w dru­gą, pra­wie nie roz­wią­zu­jąc się. Tre­no­wa­no, po­ko­nu­jąc tę samą dro­gę po kil­ka­na­ście razy, co­raz szyb­ciej, w co­raz lep­szym sty­lu.

Po­przed­nia ce­le­bra­cja stwa­rza­ła coś w ro­dza­ju tra­dy­cji domu ro­dzin­ne­go. Tyl­ko że z domu ro­dzin­ne­go za­zwy­czaj ucie­ka się. I ja ucie­kłam – bo chcia­łam wię­cej, trud­niej, sa­mo­dziel­nie.

Po­wo­li na­bie­rał zna­cze­nia dru­gi ele­ment sta­no­wią­cy dla mnie o isto­cie al­pi­ni­zmu – spor­to­we po­dej­ście do wspi­nacz­ki, któ­re ukształ­to­wa­ło się po­przez wcze­śniej­sze upra­wia­nie in­nych spor­tów. Ten ele­ment mu­siał wy­stą­pić, bym po­zo­sta­ła przy wspi­nacz­ce. Moje spor­to­we po­dej­ście do al­pi­ni­zmu po­le­ga­ło na po­dej­mo­wa­niu co­raz trud­niej­szych ce­lów. Nie­raz za­sta­na­wia­łam się, czy ra­dość po ukoń­cze­niu wspi­nacz­ki była inna niż po wy­gra­nym me­czu siat­ków­ki. W pew­nej mie­rze jest po­dob­na, nie tyl­ko bo­wiem wy­nik jest waż­ny, li­czy się też sama dzia­łal­ność, ruch, ry­wa­li­za­cja i nie­pew­ność wy­ni­ku.

W cza­sie waż­ne­go me­czu, pod­czas Pu­cha­ru Ziem Nad­odrzań­skich i Nad­bał­tyc­kich, we­szłam na bo­isko i… zu­peł­nie nie pa­mię­tam, jak gra­łam. By­łam jak w tran­sie. Po­tem przez trzy ko­lej­ne noce „gra­łam” cały mecz, od po­cząt­ku do koń­ca. Rano bu­dzi­łam się tak zmę­czo­na, jak gdy­by wy­da­rzy­ło się to na­praw­dę. Ze wspi­nacz­ką było tro­chę in­a­czej – prze­ży­wa­łam ją przez wie­le dni, ale na ja­wie.

Współ­dzia­ła­nie w ze­spo­le wspi­nacz­ko­wym i dru­ży­nie siat­ków­ki jest, wbrew po­zo­rom, bar­dzo po­dob­ne. Wza­jem­na za­leż­ność i ta sama przy­jem­ność pły­ną­ca z ze­spo­ło­we­go dzia­ła­nia. Ale ko­niec wy­gra­ne­go me­czu jest spra­wą umow­ną, zwią­za­ną ze zdo­by­ciem 15 punk­tów w ostat­nim se­cie. Po­tem na­stę­pu­je zej­ście z bo­iska, szat­nia z za­pa­chem prze­po­co­nych ubrań, na­try­ski i szyb­ki po­wrót do co­dzien­no­ści. W gó­rach ko­niec wspi­nacz­ki jest bar­dzo na­tu­ral­ny – jest nim szczyt. Do­oko­ła nie­ogra­ni­czo­na prze­strzeń, słoń­ce, cza­sem wiatr i deszcz, cza­sem mgła. A my na szczy­cie, po­przez wy­si­łek i zmę­cze­nie oczysz­cze­ni i wol­ni, choć na chwi­lę sta­je­my się cząst­ką na­tu­ry. I być może ten ele­ment kon­tak­tu z na­tu­rą, prze­strzen­ność al­pi­ni­zmu, za­wa­żył na mo­jej de­cy­zji, kie­dy nad­szedł czas do­ko­na­nia wy­bo­ru.

W 1964 roku roz­po­czę­łam pra­cę za­wo­do­wą w In­sty­tu­cie Au­to­ma­ty­ki Sys­te­mów Ener­ge­tycz­nych we Wro­cła­wiu, jed­no­cze­śnie ro­biąc dy­plom na uczel­ni. Zro­bi­ło się kru­cho z cza­sem. Pra­ca od 7.15 do 14.15, trzy razy w ty­go­dniu tre­ning i me­cze siat­ków­ki, a do tego jesz­cze Skał­ki – za­zwy­czaj w so­bo­ty i w nie­dzie­le, kie­dy to bar­dzo czę­sto od­by­wa­ły się jed­no­cze­śnie me­cze. Nie mo­głam więc jeź­dzić w Skał­ki, gdy były roz­gryw­ki A kla­sy, póź­niej II ligi. Były też zgru­po­wa­nia re­pre­zen­ta­cji mło­dzie­żo­wej, po­wo­ły­wa­no mnie na me­cze mię­dzy­pań­stwo­we. W trak­cie przy­go­to­wań do Igrzysk Olim­pij­skich w To­kio by­łam jesz­cze w ka­drze olim­pij­skiej. Jed­nak na igrzy­ska nie po­je­cha­łam.

Wła­śnie wte­dy zmie­nio­no prze­pi­sy. Fa­wo­ry­zo­wa­ły one za­wod­nicz­ki wyż­sze, ma­ją­ce więk­sze szan­se przy blo­ku i przy ata­ku. Pró­bo­wa­łam nad­ra­biać skocz­no­ścią, chy­tro­ścią, ale wy­da­wa­ło mi się, że moż­li­wo­ści w siat­ków­ce mam ogra­ni­czo­ne. Osią­gnę­łam pe­wien po­ziom umie­jęt­no­ści, któ­re­go nie mo­głam już prze­kro­czyć.

Ostat­ni raz gra­łam w siat­ków­kę w re­pre­zen­ta­cji Pol­ski AZS na Uni­wer­sja­dzie w Bu­da­pesz­cie w 1965 roku. Poza mną był już pierw­szy wspi­nacz­ko­wy wy­jazd let­ni w Alpy, w roku 1964. Po Bu­da­pesz­cie jesz­cze se­zon gra­łam we wro­cław­skiej Gwar­dii, po czym po­że­gna­łam się z siat­ków­ką wy­czy­no­wą. Po­zo­stał już tyl­ko al­pi­nizm, bar­dzo wów­czas ab­sor­bu­ją­cy, jak wszyst­ko na po­cząt­ku. Ale pierw­sze kro­ki były poza mną, już coś uda­ło mi się osią­gnąć. Wie­dzia­łam, ku cze­mu zmie­rzam.

Na­stą­pił wspa­nia­ły okres gro­ma­dze­nia „dóbr” Jak­że wte­dy było waż­ne zdo­by­cie kil­ku do­brych ka­ra­bin­ków, lin czy ha­ków! Ja­kie to­czy­ły się dys­ku­sje na te­mat sprzę­tu, spo­so­bu wią­za­nia liny, tech­ni­ki wspi­nacz­ki. Ciu­ła się ten sprzęt, ciu­ła i cią­gle jesz­cze nie jest to. Póź­niej do­bre­go sprzę­tu jest wię­cej, ale szyb­ko się nisz­czy. Jest się już do­brym wspi­na­czem, a sprzęt albo nie naj­lep­szy, albo pod­nisz­czo­ny. Naj­gor­sze jed­nak cze­ka pra­wie każ­de­go z nas – ma się wresz­cie już ten wy­ma­rzo­ny, do­bry sprzęt, ale nie jest się już do­brym al­pi­ni­stą!

Po let­nich wspi­nacz­kach w Skał­kach po­zna­łam za­sa­dy wspi­nacz­ki zi­mo­wej w Śnież­nych Ko­tłach, le­żą­cych mię­dzy Łab­skim Szczy­tem a Szre­ni­cą w Kar­ko­no­szach. Ska­la trud­no­ści, eks­po­zy­cja, dłu­gie, kil­ku­go­dzin­ne doj­ścia, ty­po­wy wy­so­ko­gór­ski cha­rak­ter, zimą ogrom­ne na­wi­sy, lo­do­spa­dy, la­wi­ny – wszyst­ko to spra­wia, że Śnież­ne Ko­tły – wy­cho­dzą­ce na grań żle­ba­mi 150-200 m wy­so­ko­ści – są eta­pem po­śred­nim mię­dzy Skał­ka­mi a Ta­tra­mi. Jest to zna­ko­mi­ty te­ren tre­nin­go­wy przed po­waż­ny­mi zi­mo­wy­mi dro­ga­mi ta­trzań­ski­mi dla wspi­na­czy ze śro­do­wi­ska su­dec­kie­go. Rów­nież i ja w Śnież­nych Ko­tłach uczy­łam się ase­ku­ra­cji przy uży­ciu cze­ka­na, po­słu­gi­wa­nia się ra­ka­mi, śru­ba­mi, igła­mi lo­do­wy­mi, rą­ba­nia stop­ni w lo­dzie.

Po in­dy­wi­du­al­nych wspi­nacz­kach i bliż­szym po­zna­niu śro­do­wi­ska wro­cław­skich ta­ter­ni­ków wstą­pi­łam do ów­cze­sne­go Wro­cław­skie­go Koła Klu­bu Wy­so­ko­gór­skie­go jako czło­nek-sym­pa­tyk. Po pew­nym cza­sie zo­sta­łam człon­kiem-uczest­ni­kiem. W na­stęp­nych la­tach moją dzia­łal­no­ścią gór­ską w du­żej mie­rze kie­ro­wał klub, na­da­jąc nie­ja­ko urzę­do­wy cha­rak­ter moim ini­cja­ty­wom.

I wła­śnie jako czło­nek klu­bu, ze skie­ro­wa­niem w gar­ści, w lip­cu 1962 roku po­je­cha­łam do „szkół­ki ta­ter­nic­kiej” na Hali Gą­sie­ni­co­wej.

ZAPACH TATR

Na­le­żę do tych nie­licz­nych wspi­na­czy, któ­rzy za­czę­li upra­wiać ta­ter­nic­two, pra­wie nie zna­jąc Tatr. Do ta­ter­nic­twa nie do­cho­dzi­łam po­przez tu­ry­sty­kę wy­so­ko­gór­ską, ucząc się wspi­nacz­ki, po­zna­wa­łam jed­no­cze­śnie Ta­try. Zna­łam je z map i prze­wod­ni­ków, zna­łam spo­ro fak­tów z hi­sto­rii ich zdo­by­wa­nia, a tak­że na­zwi­ska naj­lep­szych ta­ter­ni­ków i al­pi­ni­stów, umia­łam wy­mie­nić wszyst­kie szczy­ty w głów­nej gra­ni Tatr, to­po­gra­fii uczy­łam się z al­bu­mów.

Z po­ma­tu­ral­nej wy­ciecz­ki w góry nie­wie­le po­zo­sta­ło mi w pa­mię­ci, to­też po przy­jeź­dzie do Za­ko­pa­ne­go nie bar­dzo orien­to­wa­łam się, jak dojść na Halę Gą­sie­ni­co­wą…

Do „Mu­ro­wań­ca” przy­szłam z ogrom­nym ple­ca­kiem: dużo je­dze­nia, ma­szyn­ka ben­zy­no­wa, pa­li­wo, sprzęt wspi­nacz­ko­wy i bi­wa­ko­wy. Zgło­si­łam się do dy­żur­ki GOPR-u, gdzie po­wie­dzia­no mi, w któ­rej sali miesz­ka­ją „kur­san­ci”. Dłu­go sta­łam pod drzwia­mi peł­na obaw: kogo i co tam za­sta­nę? Na­głe szarp­nię­cie drzwi z tam­tej stro­ny nie po­zo­sta­wi­ło mi wy­bo­ru – mu­sia­łam wejść.

„Kur­san­ci” le­że­li na łóż­kach, od­po­czy­wa­jąc po tru­dach pierw­szych przejść. Nowa oso­ba zwró­ci­ła ogól­ną uwa­gę, co nie do­da­wa­ło mi śmia­ło­ści. Po­sy­pa­ły się py­ta­nia: kim je­stem, czym się zaj­mu­ję, skąd się wzię­łam? W obro­nę przed cie­kaw­ski­mi wziął mnie je­den z in­struk­to­rów, Zby­szek Jur­kow­ski:

– Daj­cie jej spo­kój, niech dziew­czy­na roz­pa­ku­je się i od­pocz­nie. Nie wi­dzi­cie, jaka jest prze­ra­żo­na?

Szkół­kę na Hali Gą­sie­ni­co­wej pro­wa­dził wów­czas Mi­chał Ga­jew­ski – peł­nią­cy obo­wiąz­ki na­czel­ni­ka GOPR-u, in­struk­to­ra­mi zaś byli lu­dzie zna­ni w śro­do­wi­sku ta­ter­nic­kim; na­zwi­ska nie­któ­rych zwią­za­ne są z hi­sto­rią ta­ter­nic­twa i al­pi­ni­zmu w Pol­sce. Mo­imi bez­po­śred­ni­mi in­struk­to­ra­mi byli: „Szla­chet­ny”, czy­li Zdzi­sław Ja­ku­bow­ski, póź­niej­szy eta­to­wy kie­row­nik „Szko­ły Ta­ter­nic­twa” na Hali oraz Ry­szard Ber­be­ka, brat bar­dziej zna­ne­go wśród al­pi­ni­stów Krzysz­to­fa.

Na­stęp­ne­go dnia prze­pro­wa­dzo­no spraw­dzian na­szych umie­jęt­no­ści. Pra­wie każ­dy miał już pew­ne do­świad­cze­nie wspi­nacz­ko­we, a przy­najm­niej po­wi­nien je mieć. Spraw­dzian do­ty­czył nie tyl­ko umie­jęt­no­ści po­słu­gi­wa­nia się liną, zna­jo­mo­ści za­sad ase­ku­ra­cji, ale rów­nież tech­ni­ki wspi­nacz­ki. Cała im­pre­za od­by­wa­ła się na Żół­tej Igle, tra­dy­cyj­nym po­li­go­nie no­wi­cju­szy. Dzie­ją się tam za­zwy­czaj rze­czy strasz­ne, po la­tach wspo­mi­na­ne jed­nak przez by­łych kur­san­tów z roz­rzew­nie­niem.

Pod­cho­dzi­my pod Żół­tą Igłę. Opusz­cza­my szlak tu­ry­stycz­ny i wcho­dzi­my w piarg. Nie­po­kój – nie ob­su­nie się? Wy­da­je się, że każ­dy ruch na zbo­czu spo­wo­du­je ru­sze­nie ka­mien­nej la­wi­ny. Pod Żół­tą Igłą wią­że­my się. Uży­wa­li­śmy wów­czas lin si­za­lo­wych. Nowe spra­wia­ły nam wie­le kło­po­tu, gdyż w cza­sie wspi­nacz­ki skrę­ca­ły się w wę­zły kosz­ma­ry. Trze­ba było czę­sto roz­plą­ty­wać tę „sa­ła­tę” i nie­wie­le po­ma­gał wcze­śniej­szy za­bieg pro­stu­ją­cy – mo­cze­nie, a na­stęp­nie su­sze­nie na­pię­tej, roz­wie­szo­nej mię­dzy drze­wa­mi liny.

Zwią­za­li­śmy się pod pa­cha­mi wę­złem ta­trzań­skim skraj­nym. Nie były jesz­cze uży­wa­ne wspor­ki, czy­li ta­śmy lub pę­tle na uda, pod­wią­za­ne do tego wę­zła. Przy wią­za­niu się pod pa­cha­mi liną lub spe­cjal­nym pa­sem w cza­sie upad­ku całe ob­cią­że­nie szło na klat­kę pier­sio­wą. Sto­so­wa­no rów­nież wią­za­nie w pa­sie, ale przy tym spo­so­bie ase­ku­ra­cji ist­nia­ło nie­bez­pie­czeń­stwo, że śro­dek cięż­ko­ści może prze­su­nąć się i de­li­kwen­ta ob­ró­ci no­ga­mi do góry lub może na­stą­pić szarp­nię­cie tak sil­ne, że spo­wo­du­je we­wnętrz­ne ob­ra­że­nia.

Po spraw­dzia­nie po­gru­po­wa­no nas w ze­spo­ły o mniej wię­cej wy­rów­na­nych umie­jęt­no­ściach. By­łam w ze­spo­le z Wit­kiem Błoń­skim i Ada­mem Trza­ską. Naj­czę­ściej cho­dzi­li­śmy na dro­gi o stop­niu trud­no­ści II lub III, czy­li „dość trud­no” lub „trud­no”.

Na za­koń­cze­nie kur­su na­gro­dą dla naj­lep­szych było wspi­na­nie się na dro­gach o ska­li trud­no­ści IV i przej­ście „set­ki”. Jest to dro­ga na Za­chod­nim Ko­ściel­cu – wschod­nim że­brem od stro­ny Zmar­z­łe­go Sta­wu.

Za­zwy­czaj ze schro­ni­ska wy­cho­dzi­li­śmy oko­ło 7.30. Wspi­nacz­ki były krót­kie: że­bra Gra­na­tów – pra­we, lewe i środ­ko­we, grań Ko­ściel­ców, grań od Nie­bie­skiej Tur­ni do Świ­ni­cy bez usko­ku oraz Za­wra­to­wa Tur­nia. Wszyst­kie te dro­gi nie prze­kra­cza­ły ska­li trud­no­ści III. Przej­ście za­chod­niej ścia­ny Za­dnie­go Ko­ściel­ca, dro­gi trud­niej­szej, było dla na­sze­go ze­spo­łu du­żym prze­ży­ciem, zwłasz­cza że do trud­no­ści tech­nicz­nych do­łą­czy­ła się na­gła ule­wa, któ­ra zmu­si­ła nas do po­spiesz­ne­go wy­co­fa­nia się.

Wy­co­fu­jąc się ze ścia­ny, zo­sta­wi­li­śmy ka­ra­bi­nek z pę­tlą. Ka­ra­bi­nek cięż­ki, so­lid­ny, od­ku­pio­ny od wspi­na­cza z NRD. Sprzęt mie­li­śmy wów­czas tak skrom­ny, że stra­ta jed­ne­go na­wet ka­ra­bin­ka wy­da­wa­ła się nie­po­we­to­wa­na. Mie­li­śmy ich za­le­d­wie trzy! To­też na­stęp­ne­go dnia wró­ci­łam z Ada­mem na ścia­nę, by od­zy­skać na­szą wła­sność. Oczy­wi­ście, bez wie­dzy in­struk­to­ra, nie za­bie­ra­jąc też liny, a je­dy­nie pę­tlę. Wspię­li­śmy się na znacz­ną wy­so­kość. W trud­nym miej­scu ogar­nął nas na­gle strach, nie­po­zwa­la­ją­cy pójść wy­żej ani też zde­cy­do­wać się na od­wrót. Tro­chę to trwa­ło, za­nim z du­ży­mi emo­cja­mi wy­co­fa­li­śmy się w koń­cu do pod­nó­ża ścia­ny.