Na Balu Szczęścia. Autobiografia - Edith Piaf

Na Balu Szczęścia. Autobiografia

0,0

W autobiografii „Na balu szczęścia” Edith Piaf opowiada swoją historię, która rozpoczyna się 19 grudnia 1915 roku, gdy na schodach kamienicy przy jednej z paryskich ulic przyszła na świat jako Édith Giovanna Gassion , a kończy w 1958 roku, w którym publikacja została wydana po raz pierwszy (5 lat przed śmiercią diwy). Wydawnictwo uzupełniają unikalne fotografie artystki.

W 2013 świat obchodzi 50-tą rocznicę śmierci Edith Piaf.

Czy słyszeliście popis słowika? Trudzi się. Waha. Pokasłuje. Dławi się. Wzlatuje i opada. I nagle znajduje. Wokalizuje. Bulwersuje. – Jean Cocteau

Edith Piaf zafascynowała mnie. To artystka życia. – Patricia Kaas

Od małego chłopaka wychowywałem się muzycznie m.in. na piosenkach Edith Piaf. Ta fascynacja trwa do dzisiaj i na koncertach przekazuję ją dalej. – Michał Bajor

Głos, który płonął nienasyceniem, pasją i pożądaniem, który narodził się, by żyć do nieprzytomności. Piaf jest dla mnie symbolem artyzmu w najczystszej formie – bez kompromisu, kamuflażu, udawania. – Abel Korzeniowski

Im dłużej Jej nie ma, tym bardziej Jej brakuje. Niezwykły Głos, zniewalająca osobowość. Prawda. Bezpretensjonalność. Uwielbiam Jej piosenki... – Marek Niedźwiecki

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
144217-1_jpg
144217-2_jpg
144217-3_jpg

Ty­tuł ory­gi­na­łu: AU BAL DE LA CHAN­CE

Co­py­ri­ght by © L’Ar­chi­pel, 2003

The co­ver pho­to © Ro­ger Viol­let („Edith Piaf”) / Get­ty Ima­ges / Flash Press Me­dia

All other ima­ges in this book are re­pro­du­ced by kind per­mis­sion of © Les Amis d’Edith Piaf

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Dre­am Bo­oks (A di­vi­sion of Dre­am Mu­sic Ltd.), War­saw, Po­land 2013

Co­ver de­si­gned by Piotr Mac­ko­wiak (Dre­am Bo­oks)/Hu­bert Zie­liń­ski

(nu­jim de­sign)

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Mag­da­le­na Plu­ta & Dre­am Bo­oks, 2013

Tłu­ma­cze­nie: Mag­da­le­na Plu­ta

Re­dak­cja: ze­spół

Ko­rek­ta: Do­ro­ta Kas­sja­no­wicz, ze­spół

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-934595-9-9 (opra­wa twar­da)

ISBN: 978-83-936945-0-1 (e-book)

Dre­am Mu­sic Sp. z o.o.

ul. Wspól­na 50 lok. 9, 00-687 War­sza­wa, Pol­ska

Tel. +48-22-4035713

Fax +48-22-4035713

E-mail: info@dre­am­mu­sic.pl

We­bsi­te: www.dre­am­mu­sic­bo­oks.com.pl, www.dre­am­mu­sic.pl

Skład i ła­ma­nie: Ewa Ma­jew­ska

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

144217-4_jpg
144217-5_jpg

PRZEDMOWA

T’ava­is un nom d’oise­au et tu chan­ta­is comm’cent

Comm’cent dix mil­le oise­aux

qu’au­ra­ient la gor­ge en sang…

A une chan­teu­se mor­te1

LÉO FER­RÉ

Z wy­jąt­kiem Geo­r­ges’a Bras­sen­sa i Ja­cqu­es’a Bre­la żad­ne­mu in­ne­mu ar­ty­ście pio­sen­ki fran­cu­skiej nie po­świę­co­no tylu dzieł, co Edith Piaf. Bio­gra­fie, wspo­mnie­nia bli­skich – i bar­dziej da­le­kich – al­bu­my z fo­to­gra­fia­mi, zmo­ry aneg­dot mniej lub bar­dziej praw­dzi­wych, mniej lub bar­dziej fan­ta­stycz­nych, pró­by ana­liz te­ma­tycz­nych etc. Nie­któ­re wy­da­wa­ne na­wet po dwa czy trzy razy, tak lu­kra­tyw­na wy­da­wa­ła się zło­ta żyła.

Dzi­siaj ca­łość tych dzieł za­my­ka się licz­bą pięć­dzie­się­ciu to­mów, do któ­rych na­le­ży do­rzu­cić kil­ka pu­bli­ka­cji za­gra­nicz­nych (Pol­ska, Szwe­cja, Wiel­ka Bry­ta­nia…), uka­zu­ją­cych, do ja­kie­go stop­nia sła­wa la Môme wy­kro­czy­ła poza gra­ni­ce pu­blicz­no­ści fran­ko­foń­skiej, sta­jąc się nie­pod­wa­żal­ną uni­wer­sal­ną re­no­mą.

Edith Piaf sama weź­mie udział w two­rze­niu tego bi­blio­gra­ficz­ne­go po­mni­ka, pod­pi­su­jąc swo­im na­zwi­skiem dwie książ­ki wspo­mnie­nio­we za­ty­tu­ło­wa­ne Na balu szczę­ścia oraz Moje ży­cie. Rzecz ja­sna, nie na­pi­sa­ła żad­nej z nich: oby­dwie po­wsta­ły w wy­ni­ku spo­tkań z dzien­ni­ka­rzem, któ­ry pod­jął się na­stęp­nie nadać bo­ga­tej su­ro­wej ma­te­rii okre­ślo­ną for­mę. Efek­tem są opo­wie­ści w pierw­szej oso­bie: Piaf zda­je się swo­bod­nie pro­wa­dzić pió­ro ścież­ka­mi pa­mię­ci.

Na balu szczę­ścia - książ­ka, któ­rą trzy­ma­cie w rę­kach – zo­sta­ła w ten spo­sób na­pi­sa­na przez Lo­uis-René Dau­ve­na, dzien­ni­ka­rza Ra­dio-Cité i La Vie Pa­ri­sien­ne i, na­wia­sem mó­wiąc, spe­cja­li­stę od hi­sto­rii cyr­ku. Po raz pierw­szy uka­za­ła się dru­kiem wio­sną 1958, z przed­mo­wą Je­ana Coc­te­au2.

Moje ży­cie po­ja­wi­ło się w księ­gar­niach na po­cząt­ku 1964 roku, trzy mie­sią­ce po śmier­ci śpie­wacz­ki3. Jest to kom­pi­la­cja ar­ty­ku­łów i wy­wia­dów już pu­bli­ko­wa­nych przez Je­ana Noli w ty­go­dni­ku Fran­ce-Di­man­che, w la­tach 1961-1963, a na­stęp­nie pod­da­nych ob­rób­ce sto­sow­nie do oko­licz­no­ści, w celu nada­nia im jed­no­li­te­go sty­lu i moż­li­wie du­żej spój­no­ści nar­ra­cyj­nej.

Wie­le rze­czy w tych dwóch dzie­łach zo­sta­ło wy­my­ślo­ne. Ich rów­no­le­gła lek­tu­ra czę­sto od­sła­nia nam cał­ko­wi­cie róż­ne wer­sje tej sa­mej aneg­do­ty lub tego sa­me­go epi­zo­du z ży­cia śpie­wacz­ki. Fa­bu­ła, prze­ry­so­wa­nie czy pro­ste prze­ina­cze­nie praw­dy nie leżą da­le­ko od sie­bie. Istot­nie, w zbio­rze wspo­mnień po­wsta­łych oko­ło dzie­się­ciu lat póź­niej – tym ra­zem pod­pi­sa­nym wła­snym na­zwi­skiem – po­świę­co­nych nie­ży­ją­cej już pie­śniar­ce, Jean Noli wy­ja­śnia nie­jed­no­krot­nie, że żad­ne z nich nie za­wra­ca­ło so­bie gło­wy praw­dą hi­sto­rycz­ną, gdy cho­dzi­ło o to, by po­ru­szyć czy­tel­ni­ka. Dwo­je wspól­ni­ków, wy­my­śla­ją­cych i ubar­wia­ją­cych we­dle wła­snej woli aneg­do­ty, przy­ta­cza­ne póź­niej przez nie­któ­rych bio­gra­fów jako po­twier­dzo­ne fak­ty – któ­re sta­no­wią od­tąd część naj­więk­szych mi­tów „le­gen­dy Piaf”.

Je­den z wie­lu przy­kła­dów. Na dłu­go za­nim zo­sta­ła la Môme Piaf, w cza­sach gdy jesz­cze jako bied­na dziew­czy­na śpie­wa­ła na uli­cach, by się z dnia na dzień utrzy­mać, Edith mia­ła có­recz­kę Mar­cel­le, któ­ra żyła nie­speł­na osiem­na­ście mie­się­cy, bo w cią­gu kil­ku dni za­bra­ło ją śmier­tel­ne za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych4. Nie ma­jąc zła­ma­ne­go gro­sza na za­pła­ce­nie kosz­tów po­grze­bu ani sił na śpie­wa­nie, by coś za­ro­bić, Edith po­ży­cza od róż­nych osób kil­ka­dzie­siąt fran­ków. Jest to jed­nak kwo­ta da­le­ce nie­wy­star­cza­ją­ca i by ją uzu­peł­nić, mło­da ko­bie­ta nie ma in­ne­go wyj­ścia, jak się pro­sty­tu­ować. „Ja­kiś typ, któ­ry szedł za mną w górę uli­cy Bel­le­vil­le, za­cze­pił mnie jak dziew­kę. Zgo­dzi­łam się. Po­szłam z nim za dzie­sięć fran­ków. Żeby urzą­dzić po­grzeb mo­je­mu dziec­ku!”5.

Aby ten ob­raz uczy­nić jesz­cze bar­dziej roz­dzie­ra­ją­cym – a za­ra­zem god­nym re­ali­zmu ulicz­nych pio­se­nek, któ­re sta­no­wi­ły wów­czas trzon jej re­per­tu­aru – Piaf opo­wia­da ten epi­zod w Swo­im ży­ciu, so­wi­cie okra­sza­jąc go pa­to­sem i sen­ty­men­tal­ną nutą: wzru­szo­ny hi­sto­rią dziew­czyn­ki, któ­ra zmar­ła tego sa­me­go ran­ka, klient po­zwa­la jej odejść z umó­wio­ny­mi dzie­się­cio­ma fran­ka­mi, ni­cze­go w za­mian nie żą­da­jąc.

Jean Noli zdra­dza nam ge­ne­zę tej bu­du­ją­cej i me­lo­dra­ma­tycz­nej wer­sji. Nie za­po­mi­naj­my, że w chwi­li, gdy Noli prze­pro­wa­dza swój wy­wiad, Edith Piaf nie jest już ano­ni­mo­wą ulicz­ną że­bracz­ką, któ­rą do­pie­ro od­kry­je Lo­uis Le­plée, lecz gwiaz­dą, któ­rej sła­wa sze­ro­ko wy­kro­czy­ła poza gra­ni­ce Eu­ro­py. Po pro­stu jed­ną z naj­więk­szych gwiazd na świe­cie.

„Oba­wiam się, Edith, że je­że­li opo­wie pani, iż od­da­ła się temu męż­czyź­nie, to ten upa­dek za­szo­ku­je czy­tel­nicz­ki…

– Ma pan ra­cję. Co by pan su­ge­ro­wał?

– Po­wie­dział­bym, że kie­dy zna­la­zła się pani z nie­zna­jo­mym w po­ko­ju, wy­buch­nę­ła pani pła­czem.

– To do­bry po­mysł. A co da­lej?

– Da­lej fa­cet za­py­tał o po­wód łez, a pani opo­wie­dzia­ła mu o śmier­ci dziec­ka. To wzbu­dzi­ło jego li­tość, dał pie­nią­dze i nie ty­ka­jąc pani, wy­szedł.

– Ma pan ra­cję. To ład­niej­sze i po­ucza­ją­ce6”.

Po czym Noli do­rzu­ca ko­men­tarz, któ­ry wie­le mówi o sile au­to­su­ge­stii, jaką mają nie­któ­re oso­by: „Kil­ka dni póź­niej Edith, wra­ca­jąc do tego epi­zo­du, opo­wie­dzia­ła mi go z ta­kim za­koń­cze­niem, ja­kie jej za­su­ge­ro­wa­łem. Za­py­ta­łem ją wte­dy nie­win­nie:

– I ten po­czci­wiec na­wet pani nie tknął, Edith?

– Ani odro­bi­nę. Oka­zał się gen­tle­ma­nem”.

W ten spo­sób Edith utrwa­la­ła więk­szość le­gend, któ­re two­rzą jej mit, przy czym naj­czę­ściej ro­bi­ła to, za­cho­wu­jąc po­zo­ry ab­so­lut­nej szcze­ro­ści. Tak jak­by sama prze­ko­na­ła się w koń­cu, że wszyst­ko to zda­rzy­ło się na­praw­dę. War­to się przy tym za­trzy­mać, gdyż z pew­no­ścią nie było w tym żad­ne­go świa­do­me­go pra­gnie­nia oszu­stwa. A zwłasz­cza chę­ci oszu­ka­nia swo­jej pu­blicz­no­ści, któ­rą Edith za­wsze da­rzy­ła ogrom­nym sza­cun­kiem; na­wet gdy cza­sa­mi śpie­wa­ła dla niej aż do cał­ko­wi­te­go wy­czer­pa­nia. Mo­że­my mieć pew­ność: Edith Piaf nie była oszust­ką ani kłam­czu­chą. Tę ko­bie­tę ce­cho­wa­ły głę­bo­ka uczci­wość i szcze­rość; była przy tym tro­chę sen­ty­men­tal­na, przez co nie­kie­dy pa­da­ła ofia­rą wła­snej na­iw­no­ści. A tak­że ofia­rą chci­wo­ści tych, któ­rzy w bliż­szym lub dal­szym oto­cze­niu po­tra­fi­li nad­uży­wać jej nie­wy­czer­pa­nej wspa­nia­ło­myśl­no­ści. Do tego stop­nia, że umie­ra­ła, to­nąc w dłu­gach… Ona, jed­na z naj­le­piej opła­ca­nych gwiazd na świe­cie.

Ów ci­chy współ­udział Piaf w two­rze­niu tej mi­to­lo­gii, w któ­rą ko­niec koń­ców sama uwie­rzy­ła, nie jest jako taki zja­wi­skiem wy­jąt­ko­wym. Wie­le osób pu­blicz­nych, w tym ar­ty­ści, lubi wno­sić po­praw­ki w spi­sy­wa­ne wspo­mnie­nia czy po­wie­rza­ne oso­bom trze­cim opo­wie­ści o swo­im dzie­ciń­stwie, po­cząt­kach ka­rie­ry i osią­gnię­ciu sła­wy, któ­ra nie znie­sie od­tąd, żeby co­kol­wiek po­ło­ży­ło się na niej naj­mniej­szym cie­niem. Te prze­ina­cze­nia hi­sto­rii zmie­rza­ją na ogół ku ide­ali­za­cji lub – w naj­gor­szym ra­zie – utrzy­my­wa­niu ta­jem­ni­cy. W przy­pad­ku Edith Piaf idzie to za­wsze w kie­run­ku nad­mia­ru pa­to­su i ża­ło­sno­ści, za któ­ry­mi kry­je się nie­za­prze­czal­ny ma­so­chizm. A tak­że idea od­we­tu.

Od­we­tu ma­rze­nia za bo­le­sne lata dzie­ciń­stwa i mło­do­ści, na­zna­czo­ne nę­dzą uli­cy, roz­pa­czą i gło­dem. Tak­że od­we­tu za pew­ną ba­nal­ność nie­szczę­ścia: je­śli na­wet prze­ży­ła dzie­ciń­stwo w nę­dzy, to wy­ol­brzy­mia bie­dę i ta­ra­pa­ty, żeby wy­da­wa­ły się jesz­cze bar­dziej wznio­słe. Jak­by pra­gnę­ła sil­niej pod­kre­ślić prze­by­tą dro­gę i wy­do­być na tyle, na ile moż­na, kon­trast mię­dzy rynsz­to­kiem po­cząt­ków i szczy­tem suk­ce­su.

Po­mię­dzy tymi dwo­ma ob­ra­za­mi Épi­na­lu, ja­ki­mi są wy­ży­ny i ko­le­iny, oso­ba Edith Piaf pod­da­wa­na jest opi­som i ana­li­zom już prze­szło pół wie­ku… i wca­le nie jest ła­two od­dzie­lić w nich praw­dę od fał­szu.

Fakt, że Piaf sama uwie­rzy­tel­ni­ła więk­szość opo­wie­ści, któ­re two­rzą jej mi­to­lo­gię, i że były one sze­ro­ko roz­po­wszech­nia­ne przez pra­sę bru­ko­wą, z pew­no­ścią nie uła­twia pra­cy bio­gra­fom, któ­rzy – w j ej wy­pad­ku – wy­da­ją się prze­pi­sy­wać je­den od dru­gie­go, nie usi­łu­jąc do­trzeć do źró­deł tych opo­wie­ści ani pod­jąć rze­czy­wi­ste­go tru­du po­szu­ki­wa­nia. Tym bar­dziej że le­gen­dy te tak do­brze przy­sta­ją do owe­go uni­wer­sum złych chłop­ców, ulicz­nych dziew­czyn, żoł­nie­rzy wy­ru­sza­ją­cych do ko­lo­nii, po­zba­wio­nych skru­pu­łów su­te­ne­rów, „Mômes de la Clo­che” i mi­ło­ści jed­nej nocy, któ­re sta­no­wić będą trzon re­per­tu­aru śpie­wacz­ki – przy­najm­niej w pierw­szym okre­sie jej ka­rie­ry.

Poza tym, jak po­dać w wąt­pli­wość praw­dzi­wość wy­da­rzeń, je­śli osta­tecz­nie rę­czą za nie oso­by pu­blicz­ne, i to rę­czą do tego stop­nia, że gra­we­ru­ją je na pły­tach pa­miąt­ko­wych ta­blic? I tak, po­ni­żej wej­ścia do bu­dyn­ku pod nu­me­rem 72 przy uli­cy Bel­le­vil­le w Pa­ry­żu mo­że­my zo­ba­czyć ta­bli­cę z ja­sne­go mar­mu­ru z ta­kim oto na­pi­sem:

Na stop­niach tego domu

19 grud­nia 1915 r.

uro­dzi­ła się w naj­więk­szej nę­dzy

EDITH PIAF,

któ­rej głos miał po­ru­szyć póź­niej

cały świat.

Te na­ro­dzi­ny na uli­cy, w sa­mym środ­ku zimy, okra­szo­ne ma­low­ni­czy­mi szcze­gó­ła­mi są – by rzec praw­dę – jed­nym z moc­niej­szych ak­cen­tów le­gen­dy Piaf.

Czu­jąc pierw­sze bóle, jej mat­ka7 rze­ko­mo wy­bra­ła się z mę­że­mOj­ciec Edith Piaf, Lo­uis Gas­sion, uro­dził się w Fa­la­ise (Ca­lva­dos)

10 maja 1881 roku. Jako wę­drow­ny akro­ba­ta opie­ko­wał się cór­ką, za­bie­ra­jąc ją ze sobą na to­ur­nées, kie­dy opu­ści­ła ją mat­ka. Po­zo­stał z Edith w do­brych sto­sun­kach aż do swo­jej śmier­ci 3 mar­ca 1944 roku. na pie­cho­tę do naj­bliż­sze­go szpi­ta­la; za­sko­czo­na roz­po­czy­na­ją­cym się po­ro­dem, mia­ła się schro­nić we wnę­kę drzwi, Lo­uis zaś po­biegł po ka­ret­kę. Jed­nak wstę­pu­jąc do po­bli­skich bi­stro, by za­wcza­su świę­to­wać szczę­śli­we wy­da­rze­nie, wró­cił do żony gru­bo po roz­wią­za­niu, na wpół pi­ja­ny i, rzecz ja­sna, z ni­czym. W tym cza­sie za­ję­li się nią ja­ko­by dwaj po­li­cjan­ci, któ­rzy roz­cią­gnę­li na chod­ni­ku swo­je pe­le­ry­ny, żeby mat­ka i dziec­ko nie zmar­z­li, a za­miesz­ka­ła w po­bli­żu pie­lę­gniar­ka po­dob­no prze­cię­ła pę­po­wi­nę zwy­kły­mi no­życz­ka­mi, oczy­wi­ście nie ste­ry­li­zu­jąc ich.

Czy trud­no so­bie wy­obra­zić Fréhel lub świet­ną Ber­thę Sy­lvę, jak o tym śpie­wa­ją?

Jak zwy­kle rze­czy­wi­stość jest jed­nak bar­dziej ba­nal­na. Wy­star­czy z cie­ka­wo­ści zaj­rzeć do ar­chi­wum od­dzia­łu po­łoż­ni­cze­go szpi­ta­la Te­non, przy rue de la Chi­ne, kil­ka­set me­trów od uli­cy Bel­le­vil­le, żeby się do­wie­dzieć – a po­twier­dza to re­jestr – że owe­go słyn­ne­go 19 grud­nia 1915 roku nie­ja­ka Ani­ta Ma­il­lard, po mężu Gas­sion, wy­da­ła na świat có­recz­kę o imio­nach Edith Gio­van­na, ko­rzy­sta­jąc z po­mo­cy dok­to­ra Ju­les’a De­fleu­ra, in­ter­ni­sty Ja­cqu­es’a Go­vie­ta oraz po­łoż­nej Je­an­ny Gro­ize.

Po­zo­sta­je chy­ba tyl­ko za­cy­to­wać jed­ną z ostat­nich kwe­stii z pięk­ne­go we­ster­nu Joh­na For­da Czło­wiek, któ­ry za­bił Li­ber­ty Va­lan­ce’a. W tym kla­sycz­nym dzie­le swo­je­go ga­tun­ku głów­ny bo­ha­ter, gra­ny przez Ja­me­sa Ste­war­ta, zdra­dza prze­pro­wa­dza­ją­cym z nim wy­wiad dzien­ni­ka­rzom, że jego re­pu­ta­cja, a na­stęp­nie bły­sko­tli­wa ka­rie­ra po­li­tycz­na opie­ra­ją się na nie­po­ro­zu­mie­niu, na oszu­stwie: nie on bo­wiem jest czło­wie­kiem, któ­ry za­bił krwio­żer­cze­go Li­ber­ty Va­lan­ce’a, wie­le lat wcze­śniej ter­ro­ry­zu­ją­ce­go oko­li­cę. Na co, drąc w jego obec­no­ści tekst wy­wia­du, re­dak­tor na­czel­ny lo­kal­ne­go dzien­ni­ka oświad­cza: „Pa­nie Stod­dard, kie­dy le­gen­da jest pięk­niej­sza od rze­czy­wi­sto­ści, za­wsze dru­ku­je­my le­gen­dę!”.

I tak wła­śnie jest z ży­ciem Edith Piaf.

Ko­niec koń­ców bez wąt­pie­nia jej to cią­ży­ło… Rzecz ja­sna, nie­świa­do­mie, gdyż nig­dy nie prze­sta­ła roz­gła­szać tych hi­sto­rii, w któ­re osta­tecz­nie sama – jak wi­dzie­li­śmy – wie­rzy­ła. Cią­ży­ło do tego stop­nia, że któ­re­goś dnia stwier­dzi­ła: „Kie­dy już umrę, tyle zo­sta­nie o mnie po­wie­dzia­ne, że tak na­praw­dę nikt nie bę­dzie wie­dział, kim by­łam”8.

Na balu szczę­ścia to pierw­sza spo­śród wszyst­kich ogło­szo­nych dru­kiem ksią­żek o Piaf i jed­na z dwóch, któ­re uka­za­ły się za jej ży­cia9. W po­rów­na­niu z tym, co póź­niej mo­gło zo­stać na­pi­sa­ne o śpie­wacz­ce, za­wie­ra względ­nie mało eks­tra­wa­gan­cji, je­że­li oczy­wi­ście za­ak­cep­tu­je­my opo­wieść o na­ro­dzi­nach na scho­dach przy uli­cy Bel­le­vil­le, o któ­rej wie­my już, co na­le­ży my­śleć, i nad któ­rą ar­tyst­ka wca­le się nie roz­wo­dzi. Co do resz­ty, cho­dzi głów­nie o drob­ne prze­ina­cze­nia fak­to­gra­ficz­ne, mo­gą­ce wy­ni­kać z nie­do­kład­nej pa­mię­ci, z ce­lo­wych po­mi­nięć osła­nia­ją­cych ży­cie oso­bi­ste jej i pew­nej licz­by pa­nów, któ­rzy się w nim po­ja­wi­li, lub nie­znacz­nych upięk­szeń aneg­dot za­sad­ni­czo wia­ry­god­nych. Nie ma za­tem nic głę­bo­ko ukry­te­go w dzie­le, któ­re czy­ta się z wiel­ką przy­jem­no­ścią. Edith przed­sta­wia się w nim żywo i ze sma­kiem, woli nie za­trzy­my­wać się zbyt dłu­go przy tych, któ­rzy ją zra­ni­li, aby le­piej wy­ra­zić swo­je uczu­cie i po­dziw wo­bec dro­gich jej przy­ja­ciół czy śpie­wa­czek, chęt­nie uwa­ża­nych za groź­ne ry­wal­ki: Da­mii, Fréhel, Ma­rii Du­bas itp.

Po­mi­ja­jąc fakt, że na­le­ża­ły nie­zu­peł­nie do tego sa­me­go po­ko­le­nia – więk­szość była już u szczy­tu sła­wy, kie­dy la Môme Piaf de­biu­to­wa­ła10 – Edith nie omi­nę­ła nig­dy żad­nej oka­zji, aby­pu­blicz­nie wy­ra­zić głę­bo­ki sza­cu­nek do nich i pod­kre­ślić to, co we­dług niej im za­wdzię­cza­ła. Ist­nie­je na ten te­mat cha­rak­te­ry­stycz­na aneg­do­ta. 3 lip­ca 1953 roku Ma­rie Du­bas i Edith spo­ty­ka­ją się w Metz, gdzie obie śpie­wa­ją. Edith jest wów­czas gwiaz­dą zna­ną na ca­łym świe­cie – zwłasz­cza w Sta­nach Zjed­no­czo­nych – pod­czas gdy Ma­rie Du­bas, zresz­tą ucho­dzą­ca za „mo­nu­ment pio­sen­ki”, po­dą­ża śla­da­mi Tour de Fran­ce, z mia­sta do mia­sta, by śpie­wać na ko­lej­nych eta­pach wy­ści­gu. Spo­tka­nie od­by­wa się po wy­stę­pach obu ar­ty­stek.

„Pod­czas roz­mo­wy za­uwa­ży­ła, że mó­wię do niej per pani. Zwró­ci­ła mi na to uwa­gę:

– Nie mó­wisz mi po imie­niu, Edith?

– Nie, Ma­rie – od­po­wie­dzia­łam. – Zbyt pa­nią po­dzi­wiam. Mia­ła­bym wra­że­nie, że coś jest nie w po­rząd­ku…”11.

Taka wła­śnie była Edith Piaf. Nie­wąt­pli­wie naj­więk­sza śpie­wacz­ka w ca­łych dzie­jach pio­sen­ki fran­cu­skiej…, ale przede wszyst­kim uro­cza ko­bie­ta o tak wiel­kim ser­cu, że, jak słusz­nie za­uwa­żył Guy Béart, „był to pło­mień, któ­ry pło­nął, oświe­tla­jąc in­nych”.

W tej książ­ce Edith Piaf i jej „skry­ba” Lo­uis-René Dau­ven zde­cy­du­ją się roz­po­cząć opo­wieść w mo­men­cie spo­tka­nia tej nie­zna­nej jesz­cze wte­dy ulicz­nej śpie­wacz­ki z Lo­uisem Le­pléem, czło­wie­kiem, któ­ry da jej pierw­szą praw­dzi­wą szan­sę, po­zwa­la­jąc za­de­biu­to­wać w swo­im ka­ba­re­cie Ger­ny’s, i nada jej pierw­szy pseu­do­nim sce­nicz­ny: la Môme Piaf. Mamy za­tem paź­dzier­nik 1935 roku, mło­da ko­bie­ta za kil­ka ty­go­dni skoń­czy dwa­dzie­ścia lat. Dwa­dzie­ścia lat, przy­wo­ła­nych tu je­dy­nie szcząt­ko­wo, w bły­ska­wicz­nych re­mi­ni­scen­cjach, ale ma­ją­cych za­sad­ni­cze zna­cze­nie dla zro­zu­mie­nia jej oso­by, roz­wo­ju i tego nie­po­ha­mo­wa­ne­go pra­gnie­nia ży­cia, ko­cha­nia i by­cia ko­cha­ną – któ­re Bru­no Co­qu­atrix okre­ślił w na­stę­pu­ją­cy spo­sób: „Przez całe ży­cie mści­ła się za swo­ją strasz­li­wą mło­dość”.

Strasz­li­wą! Przy­miot­nik nie jest żad­ną mia­rą prze­sa­dzo­ny, na­wet je­że­li zda­rza­ło się cza­sa­mi, że chwi­la względ­ne­go szczę­ścia ła­go­dzi­ła ob­raz ca­ło­ści.

Kie­dy Edith Gio­van­na Gas­sion przy­cho­dzi na świat, 19 grud­nia 1915 roku, Eu­ro­pę pu­sto­szy jed­na z naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­cych wo­jen w ca­łej hi­sto­rii ludz­ko­ści. Męż­czyź­ni są na fron­cie, grzę­zną w bło­tach oko­pów, a na ty­łach cy­wi­le ra­dzą so­bie, jak mogą, żeby prze­żyć. Ani­ta Ma­il­lard, zwa­na Line Mar­sa, jest ulicz­ną śpie­wacz­ką. Edith jest cór­ką ar­tyst­ki o ka­byl­skich ko­rze­niach, któ­ra pod pseu­do­ni­mem Aïcha­Aïcha (Emma Saïd Ben Ma­ha­med) uro­dzi­ła się w Mo­ga­do­rze (Ma­ro­ko)

10 grud­nia 1876 roku. Zmar­ła w 1930 roku. pre­zen­tu­je w wę­drow­nym cyr­ku nu­mer z tre­so­wa­ny­mi pchła­mi. Świę­tu­jąc swo­je dzie­więt­na­ste uro­dzi­ny, w dniu po­wszech­nej mo­bi­li­za­cji, po­ślu­bia12 akro­ba­tę i mima, po­zna­ne­go na Fo­ires de Pa­ris Lo­uisa Gas­sio­na, sil­ne­go, po­staw­ne­go męż­czy­znę, któ­ry prze­stał już na­wet li­czyć swo­je mi­ło­sne przy­go­dy.

Kie­dy żona Ani­ta uprze­dza go, że wkrót­ce bę­dzie ro­dzić, Lo­uis sta­ra się o prze­pust­kę. Na­wet je­że­li przy­je­chał do Pa­ry­ża na kil­ka dni przed roz­wią­za­niem, nie ma żad­ne­go po­twier­dze­nia, że był obec­ny przy po­ro­dzie w szpi­ta­lu Te­non – być może rze­czy­wi­ście aku­rat świę­to­wał to wy­da­rze­nie w oko­licz­nych ba­rach.

Dziew­czyn­ka, któ­ra przy­cho­dzi na świat, nie­mal w wi­gi­lię Bo­że­go Na­ro­dze­nia, otrzy­ma na chrzcie imio­na Edith Gio­van­na. Edith w hoł­dzie dla Edith Ca­vell, an­giel­skiej pie­lę­gniar­ki miesz­ka­ją­cej w Bel­gii i za­strze­lo­nej przez Niem­ców 12 paź­dzier­ni­ka 1915 roku za zor­ga­ni­zo­wa­nie ewa­ku­acji ran­nych alian­tów ze­bra­nych w jej szpi­ta­lu. O spra­wie zro­bi­ło się wów­czas gło­śno i dziel­na pie­lę­gniar­ka sta­ła się po­pu­lar­ną bo­ha­ter­ką. Je­śli cho­dzi o Gio­van­nę – imie­nia tego Edith za­wsze bę­dzie nie­na­wi­dzić – jest to po pro­stu, zgod­nie z do­syć po­wszech­ną wów­czas prak­ty­ką, dru­gie imię jej mat­ki, uro­dzo­nej we Wło­szech, cho­ciaż nie­ma­ją­cej żad­nej ro­dzi­ny po­cho­dze­nia za­al­pej­skie­go.

Kil­ka dni po na­ro­dzi­nach Edith Lo­uis Gas­sion wra­ca na front. Po­now­nie uj­rzy cór­kę do­pie­ro w roku 1917, przy oka­zji no­wej prze­pust­ki. Dziec­ko szyb­ko sta­je się cię­ża­rem dla mat­ki, któ­ra za­ra­bia­jąc wy­łącz­nie śpie­wa­niem, nie wie, jak so­bie z tym brze­mie­niem po­ra­dzić. Aby od­zy­skać swo­bo­dę dzia­ła­nia, po­wie­rza nie­mow­lę bab­ce Aïchy, któ­ra miesz­ka w ru­de­rze przy uli­cy Rébe­val, wą­skiej i krę­tej prze­czni­cy Bel­le­vil­le, nie­opo­dal słyn­ne­go nu­me­ru 72. Mimo jej ka­byl­skie­go po­cho­dze­nia na­ka­zy Ko­ra­nu nie prze­szka­dza­ją Aïchy cał­ko­wi­cie po­grą­żyć się w al­ko­ho­li­zmie. Kie­dy Lo­uis Gas­sion wra­ca do Pa­ry­ża po dwóch la­tach nie­obec­no­ści, od­kry­wa ze zgro­zą, że mle­ko dla jego cór­ki jest roz­cień­cza­ne czer­wo­nym wi­nem, pod pre­tek­stem, iż to wzmac­nia dziec­ko i za­bi­ja za­raz­ki. Poza tym có­recz­ka jest prze­raź­li­wie chu­da i brud­na, cho­dzi boso za­rów­no zimą, jak i la­tem, cała po­kry­ta ro­bac­twem i stru­pa­mi.

Oj­ciec de­cy­du­je się po­wie­rzyć dziec­ko swo­jej mat­ce, Lo­uisie, któ­ra miesz­ka w Ber­nay, w Eure, gdzie kli­mat po­wi­nien być lep­szy dla tego ma­łe­go szkie­le­ci­ku, ja­kim sta­ła się Edith. Wy­wo­dzą­ca się z ro­dzi­ny, w któ­rej było dwa­dzie­ścio­ro dwo­je dzie­ci, Lo­uise – sama uro­dzi­ła ich czter­na­ścio­ro – pra­cu­je jako ku­char­ka… w domu pu­blicz­nym pro­wa­dzo­nym przez swo­ją ku­zyn­kę. To ma­te­riał na jed­ną z owych „re­ali­stycz­nych” pio­se­nek. Pro­sty­tut­ki z przy­byt­ku są bo­wiem za­chwy­co­ne, przy­gar­nia­jąc dziew­czyn­kę, na któ­rą mogą prze­nieść za­wie­dzio­ny czę­sto in­stynkt ma­cie­rzyń­ski. Dla Edith jest to szczę­śli­wy okres. Wszy­scy się nią zaj­mu­ją i roz­piesz­cza­ją. Na zdję­ciu z tam­tej epo­ki wi­dać ślicz­ną dziew­czyn­kę o peł­nych po­licz­kach i bez­kre­snym spoj­rze­niu, po­zu­ją­cą ni­czym dzie­cię­cy mo­del z pięk­ną ja­sną wstąż­ką we wło­sach. Tym­cza­sem na sku­tek źle le­czo­ne­go za­pa­le­nia ro­gów­ki Edith pra­wie ślep­nie. Całe Ber­nay jest tym po­ru­szo­ne. Pe­wien le­karz, co­dzien­ny klient „przy­byt­ku” z uli­cy Sa­int-Mi­chel, za­pi­su­je kro­ple do oczu i za­le­ca no­sić czar­ną prze­pa­skę przez wie­le ty­go­dni, któ­re zmie­nią się w dłu­gie mie­sią­ce.

Wiel­ki po­eta an­giel­ski Wil­liam Bla­ke ma­wiał, że „bur­de­le [po­wsta­ją] z ce­gieł re­li­gii”. W tym kon­kret­nym wy­pad­ku to naj­święt­sza praw­da. Mimo klątw miej­sco­we­go pro­bosz­cza pen­sjo­na­riusz­ki z uli­cy Sa­int-Mi­chel są wie­rzą­ce i to tak głę­bo­ko, że zde­ter­mi­no­wa­ne ko­niecz­no­ścią za­pew­nie­nia Bo­że­go wspar­cia me­dy­cy­nie, po­sta­na­wia­ją wraz z Lo­uisą zor­ga­ni­zo­wać piel­grzym­kę do Li­sieux. Sce­na god­na jest opo­wia­da­nia Dom Pani Tel­lier Mau­pas­san­ta: umó­wio­ne­go dnia damy te przy­wdzie­wa­ją naj­pięk­niej­sze to­a­le­ty, za­my­ka­ją przy­by­tek i uda­ją się lek­kim po­wo­zi­kiem mo­dlić się do świę­tej Te­re­sy, by przy­wró­ci­ła wzrok ich ma­łej pu­pil­ce.

Kil­ka ty­go­dni póź­niej, kie­dy ku­ra­cja dok­to­ra li­ber­ty­na w koń­cu przy­no­si efek­ty, Edith wresz­cie może zdjąć prze­pa­skę. Wi­dzi! Wszy­scy – czy ra­czej wszyst­kie – wpa­da­ją w za­chwyt, wy­chwa­la­jąc świę­tą z Li­sieux.

Mamy tu do czy­nie­nia z dru­gim moc­nym punk­tem le­gen­dy Piaf. W ten „cud” ona sama bę­dzie wie­rzyć bar­dzo moc­no, do tego stop­nia, że nig­dy nie roz­sta­nie się z por­tre­tem świę­tej, do któ­rej bę­dzie się mo­dlić przed każ­dym istot­nym wy­da­rze­niem – jak na przy­kład pre­mie­ra w Olym­pii czy waż­ne wal­ki Mar­ce­la Cer­da­na – po­dob­nie jak ze zło­tym me­da­li­kiem z wi­ze­run­kiem swo­jej pro­tek­tor­ki, któ­ry bę­dzie no­si­ła na szyi aż do śmier­ci. Z cza­sem, w wy­wia­dach, sen­sa­cyj­nych ar­ty­ku­łach i po­wta­rza­nych w nie­skoń­czo­ność bio­gra­fiach, zwy­kłe za­pa­le­nie ro­gów­ki sta­nie się cał­ko­wi­tą śle­po­tą. Sama Edith bę­dzie mó­wi­ła o cza­sie, kie­dy była „nie­wi­do­ma” i „cud” zo­sta­nie jako taki osta­tecz­nie za­twier­dzo­ny. Od­zy­skaw­szy wzrok, dziew­czyn­ka uczęsz­cza tro­chę do szko­ły Paul-Bert w Ber­nay, aż do dnia, kie­dy przy­by­wa po nią oj­ciec i włą­cza ją do wę­drow­ne­go spek­ta­klu, któ­ry aku­rat wy­sta­wia. Edith ma wte­dy do­pie­ro sie­dem lat i nie po­tra­fi ro­bić nic, co mo­gło­by do­star­czyć roz­ryw­ki tłu­mom, ale Lo­uis Gas­sion my­śli, że gdy ta­kie małe dziec­ko bę­dzie zbie­ra­ło dat­ki, pu­blicz­ność się wzru­szy i za­ro­bek oka­że się więk­szy.

Na dal­szych stro­nach Edith wy­zna­je wsty­dli­wie: „Oj­ciec Gas­sion nie był czu­ły. Nie raz do­sta­łam w twarz, i to moc­no. Nie umar­łam od tego”. Fak­tycz­nie, róż­ne świa­dec­twa, ja­ki­mi dys­po­nu­je­my na te­mat tej epo­ki, zgod­nie po­twier­dza­ją, że akro­ba­ta miał rękę, de­li­kat­nie mó­wiąc, szyb­ką i że Edith ścią­ga­ła na sie­bie razy czę­ściej, niż po­win­na. Ma to swo­je zna­cze­nie, gdyż tego „zwy­cza­ju” nie po­zby­ła się nig­dy… I z pew­no­ścią nie przez przy­pa­dek ani też nie dla lep­sze­go efek­tu wspo­mnie­li­śmy wy­żej o nie­za­prze­czal­nym ma­so­chi­zmie śpie­wacz­ki.

Śpiąc naj­czę­ściej pod go­łym nie­bem albo na za­ple­czach bi­stro, nie­kie­dy w nędz­nych ho­te­lo­wych po­ko­ikach – gdy uda­ło się ze­brać wię­cej dat­ków albo Lo­uis Gas­sion zna­lazł so­bie ko­goś na jed­ną noc – oj­ciec i cór­ka wie­dli ten cy­gań­ski ży­wot, pe­łen przy­gód i nę­dzy, przez osiem lat, nie do­ja­da­jąc, ale za­wsze ma­jąc pod do­stat­kiem wina i kiep­skie­go ko­nia­ku na roz­grzew­kę, kie­dy zim­no sta­wa­ło się zbyt do­kucz­li­we. Do­ra­sta­ją­ca dziew­czyn­ka przy­zwy­cza­ja­ła się stop­nio­wo do al­ko­ho­lu, i to w wie­ku, kie­dy wy­star­cza ra­czej sy­rop roz­cień­czo­ny wodą.

Wy­da­je się, że tro­chę przy­pad­ko­wo, w cią­gu tych lat włó­czę­gi, Edith od­kry­ła siłę od­dzia­ły­wa­nia swo­je­go gło­su na tłu­my. W każ­dym ra­zie w pew­nym mo­men­cie oj­ciec i cór­ka spo­strze­gli, że do­chód jest więk­szy niż zwy­kle. Od tej pory Edith śpie­wa­ła na za­koń­cze­nie każ­de­go przed­sta­wie­nia, za­nim pod­su­nę­li pu­blicz­no­ści ka­pe­lusz. Na­bie­ra­jąc pew­no­ści sie­bie i wzbo­ga­ca­jąc re­per­tu­ar o mod­ne pio­sen­ki, jesz­cze przez ja­kiś czas wy­stę­po­wa­ła z oj­cem, aż w wie­ku do­kład­nie pięt­na­stu lat zde­cy­do­wa­ła się roz­wi­nąć wła­sne skrzy­dła.

Ko­lej­ne lata na­le­żą do trud­nych. Edith żyje z dnia na dzień, śpie­wa­jąc na uli­cach i po­dwór­kach, w to­wa­rzy­stwie swo­jej przy­ja­ciół­ki Mo­mo­ne13. Zwłasz­cza zimy są bar­dzo cięż­kie, gdyżz po­wo­du mro­zu lu­dzie nie otwie­ra­ją okien, a więc śpie­wa­nie na po­dwór­kach tra­ci sens. Zo­sta­je tyl­ko uli­ca… pod wa­run­kiem, oczy­wi­ście, że bę­dzie się uwa­żać na funk­cjo­na­riu­szy żan­dar­me­rii, któ­rzy nie lu­bią zgro­ma­dzeń, roz­pę­dza­ją pu­blicz­ność i prze­ga­nia­ją li­no­skocz­ków.

Aby tego unik­nąć, Edith wpa­da na po­mysł, żeby śpie­wać w ko­sza­rach. Wpraw­dzie za każ­dym ra­zem trze­ba się ubie­gać o po­zwo­le­nie puł­kow­ni­ka, ale kie­dy się już to za­ła­twi, pu­blicz­ność jest za­pew­nio­na, a miej­sce wy­stę­pu – ja­dło­daj­nia albo foy­er – ogrze­wa­ne.

Na­sto­lat­ka jest wte­dy w okre­sie peł­ne­go roz­bu­dze­nia sek­su­al­ne­go i ci do­brze od­ży­wie­ni męż­czyź­ni, czy­ści i mę­scy, w mun­du­rach ma­ry­na­rzy, le­gio­ni­stów lub ka­wa­le­rzy­stów, ją pod­nie­ca­ją. Nie ma po­trze­by gdzie in­dziej szu­kać źró­deł owych fan­ta­zma­tów „dziew­czy­ny żoł­nie­rza”, któ­re Edith Piaf pie­lę­gno­wać bę­dzie przez całe ży­cie i któ­re od­naj­du­je­my w jej licz­nych pio­sen­kach.

Wio­sną 1932 za­miesz­ku­je z mło­dym po­słań­cem, Lo­uisem Du­pon­tem, któ­re­mu uro­dzi wkrót­ce cór­kę o imie­niu Mar­cel­le. Po­nie­waż wy­na­gro­dze­nie „Ma­łe­go Lo­uisa” nie wy­star­cza­ło na za­spo­ko­je­nie trzech wy­głod­nia­łych żo­łąd­ków, Edith wra­ca do śpie­wa­nia na uli­cy, z dziec­kiem w ra­mio­nach. Może się to wy­da­wać me­lo­dra­ma­tycz­ne, ale Edith, cier­pią­ca na syn­drom po­rzu­ce­nia przez mat­kę, za żad­ne skar­by nie chcia­ła roz­sta­wać się z có­recz­ką.

Jed­nak mimo do­brej woli ani Edith, ani Mo­mo­ne nie wie­dzą, jak wła­ści­wie zaj­mo­wać się nie­mow­lę­ciem – skąd by zresz­tą mia­ły wie­dzieć, sko­ro żad­na nie mia­ła nig­dy praw­dzi­wej ro­dzi­ny, i same są jesz­cze du­ży­mi dzieć­mi? Nie­speł­na osiem­na­ście mie­się­cy póź­niej ma­leń­ka Cécel­le umie­ra na za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych. Mał­żon­ko­wie nie wy­trzy­mu­ją tego dra­ma­tu, tym bar­dziej że Edith nie jest wier­ną żoną, i „Mały Lo­uis” zni­ka, aby już nig­dy nie po­wró­cić. Nie ma­jąc gro­sza na po­kry­cie kosz­tów po­grze­bu, Edith zmu­szo­na jest się pro­sty­tu­ować, aby po­cho­wać cór­kę.

Zbyt wie­le złych wspo­mnień wią­że ją z Bel­le­vil­le. Na­gle od­czu­wa po­trze­bę zmia­ny kli­ma­tu i de­cy­du­je się za­miesz­kać w dziel­ni­cy Pi­gal­le. Jej to­wa­rzy­stwo zmie­nia się wów­czas cał­ko­wi­cie i Edith w mniej­szym lub więk­szym stop­niu ule­ga wpły­wom śro­do­wi­ska. Nie tego su­te­ne­rów naj­gor­sze­go ka­li­bru, ale al­fon­sów na ma­lut­ką ska­lę, ża­ło­snych zu­chwal­ców, ło­bu­zów jed­ne­go dnia, któ­rym zda­rzy się ukrad­kiem wy­jąć maj­cher. Je­den z su­te­ne­rów, któ­ry zo­stał jej ko­chan­kiem, usi­łu­je wy­pro­wa­dzić ją na uli­cę. Edith, mimo że musi zmie­nić swo­je oby­cza­je, kon­se­kwent­nie się bro­ni, aż zo­sta­nie za­war­te szcze­gól­ne po­ro­zu­mie­nie: bę­dzie nadal śpie­wa­ła na uli­cach, po­nie­waż nie chce ro­bić nic in­ne­go, ale prze­ka­zu­jąc co wie­czór swo­je­mu pro­tek­to­ro­wi taką samą kwo­tę, jak cie­szą­ca się do­brym zdro­wiem pro­sty­tut­ka.

Te lata na Pi­gal­le moc­no za­cią­żą na jej ży­ciu. Nie tyl­ko dla­te­go, że związ­ki z tym śro­do­wi­skiem bę­dzie jej wy­ty­ka­ła po­li­cja na­za­jutrz po śmier­ci Lo­uisa Le­plée­go i że ga­ze­ty pew­ne­go typu bez że­na­dy będą pi­sa­ły o tym wiel­ką czcion­ką. Przede wszyst­kim dla­te­go, że Edith stwo­rzy w swo­im dzie­le pew­ną oso­bi­stą mi­to­lo­gię, w któ­rej ide­ali­zo­wać bę­dzie złe­go chłop­ca i dziew­czy­nę z uli­cy tak da­le­ce, iż uczy­ni z niech ar­che­ty­py po­pu­lar­nych bo­ha­te­rów, sym­bo­le pew­nej kon­cep­cji wol­no­ści, tro­chę tak, jak mógł to zro­bić Ari­sti­de Bru­ant w koń­cu XIX stu­le­cia. Za to, dzię­ki no­wym kon­tak­tom, śpie­wacz­ka otrzy­mu­je swo­je pierw­sze an­ga­że w tanc­bu­dach na Pi­ga­la­ku, w Juan-les-Pins, To­ur­bil­lon czy Chan­til­ly i na za­ba­wach lu­do­wych, gdzie wy­stę­pu­je, w za­leż­no­ści od hu­mo­ru, pod róż­no­rod­ny­mi pseu­do­ni­ma­mi: Ta­nia, De­ni­se Jay czy Hu­gu­et­te Hélia. Jed­nak­że, na­wet je­śli epo­ka ta wkrót­ce przej­dzie do prze­szło­ści, Edith na­le­ży do uli­cy. Dla­te­go po­mię­dzy ko­lej­ny­mi an­ga­ża­mi nie omiesz­ka tam wra­cać, by śpie­wać lu­do­we pio­sen­ki i sy­cić się kli­ma­tem uli­cy za­wsze, gdy od­czu­je taką po­trze­bę.

I wła­śnie z uli­cy na­dej­dzie jej naj­więk­sza ży­cio­wa szan­sa. Ta, któ­ra za­de­cy­du­je o jej przy­szło­ści i prze­zna­cze­niu, tak jak się to cza­sa­mi zda­rza. Do­sko­na­le wie­dzą o tym wy­traw­ni gra­cze – kiep­ska kar­ta z pierw­sze­go roz­da­nia może przy­nieść zwy­cię­stwo.

Zda­rze­nie to ma miej­sce pew­ne­go paź­dzier­ni­ko­we­go po­po­łu­dnia roku 1935. Tego dnia, wraz z Mo­mo­ne, zde­cy­do­wa­ły się śpie­wać w za­moż­nych dziel­ni­cach mia­sta. Sta­nę­ły u zbie­gu uli­cy Troy­on i alei Mac-Ma­hon, w po­bli­żu pla­cu Éto­ile. W gru­pie ota­cza­ją­cych je ga­piów stał ele­ganc­ki męż­czy­zna, przy­słu­chu­jąc się Edith ze szcze­gól­ną uwa­gą; kie­dy Mo­mo­ne zbie­ra­ła pie­nią­dze, sko­rzy­stał z tego, żeby się przed­sta­wić…

Ale nie od­bie­raj­my so­bie przy­jem­no­ści słu­cha­nia sa­mej Edith, któ­ra opo­wie nam ciąg dal­szy…

Marc RO­BI­NE

WSTĘP

Lubię nie­wy­mu­szo­ność, z jaką Sten­dhal uży­wa sło­wa „ge­niusz”. Do­strze­ga ge­niusz w ko­bie­cie wsia­da­ją­cej do sa­mo­cho­du, ko­bie­cie, któ­ra po­tra­fi się uśmie­chać, w szu­le­rze da­ją­cym wy­grać prze­ciw­ni­ko­wi. Krót­ko mó­wiąc, po­zba­wia to sło­wo wznio­sło­ści. Chcę przez to po­wie­dzieć, że te ko­bie­ty i ten gracz w tej jed­nej chwi­li ku­mu­lu­ją wszyst­kie ta­jem­ne moce, któ­re two­rzą ich wdzięk i po­zwa­la­ją osią­gnąć mi­strzo­stwo. Przej­mu­jąc kon­wen­cję Sten­dha­la, po­wiem, że Edith Piaf jest ge­nial­na. Jest nie­zrów­na­na. Nig­dy do­tąd nie było Edith Piaf i nig­dy już nie bę­dzie. Jak Yvet­te Gu­il­bert czy Yvon­ne Geo­r­ge, jak Ra­chel lub Réja­ne, jest gwiaz­dą, któ­ra spa­la się w sa­mot­no­ści nocy na fran­cu­skim fir­ma­men­cie. To ją wła­śnie kon­tem­plu­ją sple­cio­ne pary, któ­re umie­ją jesz­cze ko­chać, cier­pieć i umie­rać.

Po­pa­trz­cie na tę małą osób­kę, któ­rej ręce są ni­czym łap­ki jasz­czur­ki prze­my­ka­ją­cej po­śród ruin. Po­pa­trz­cie na jej czo­ło

Bo­na­par­te­go, jej oczy nie­wi­do­mej, któ­ra do­pie­ro co od­zy­ska­ła wzrok. Jak bę­dzie śpie­wać? Jak bę­dzie wy­ra­żać sie­bie? Jak wy­do­bę­dzie ze swej wą­skiej pier­si wiel­kie skar­gi nocy? I oto śpie­wa czy też ra­czej, ni­czym kwiet­nio­wy sło­wik, pró­bu­je śpie­wu mi­ło­ści.

Czy sły­sze­li­ście po­pis sło­wi­ka? Tru­dzi się. Waha. Po­ka­słu­je. Dła­wi się. Wzla­tu­je i opa­da. I na­gle znaj­du­je. Wo­ka­li­zu­je. Bul­wer­su­je.

Bar­dzo szyb­ko Edith Piaf, któ­ra pod­da­je pró­bie sie­bie i pu­blicz­ność, od­na­la­zła swój ton. I oto głos, któ­ry wy­do­by­wa się z jej wnę­trza, głos, któ­ry wy­peł­nia ją od stóp do głów, roz­wi­ja się w wy­so­ką falę czar­ne­go ak­sa­mi­tu. Ta cie­pła fala za­le­wa nas, prze­ni­ka, roz­prze­strze­nia się w na­szych wnę­trzach. Klam­ka za­pa­dła. Edith Piaf, ni­czym nie­wi­docz­ny sło­wik, któ­ry przy­siadł na ga­łę­zi drze­wa, sama też sta­nie się nie­wi­docz­na. Zo­sta­nie z niej tyl­ko spoj­rze­nie, bla­de ręce, wo­sko­we ob­li­cze, któ­re przy­cią­ga świa­tło, oraz głos, któ­ry pęcz­nie­je, ro­śnie, ro­śnie, któ­ry z wol­na zaj­mu­je jej miej­sce i po­więk­sza­jąc się jak cień na ścia­nie, god­nie za­stą­pi tę nie­śmia­łą dziew­czyn­kę. Od tej chwi­li ge­niusz Pani Edith Piaf sta­je się wi­docz­ny i każ­dy to po­twier­dza. Ona prze­ra­sta samą sie­bie. Prze­ra­sta swo­je pio­sen­ki, prze­ra­sta ich mu­zy­kę i sło­wa. Prze­ra­sta nas. Ulicz­na du­sza wni­ka do wszyst­kich po­koi w mie­ście. To już nie Pani Edith Piaf śpie­wa: to pada deszcz, wie­je wiatr, to roz­po­ście­ra się księ­ży­co­wa po­świa­ta.

„Usta cie­nia”. Ter­min wy­da­je się stwo­rzo­ny dla tych ust wy­ro­ku­ją­cych.

Jean COC­TE­AU

Le long de l’her­be,

L’eau co­ule et fait des ronds,

Le ciel su­per­be

Eblo­uit les envi­rons.

Le grand so­le­il joue aux bo­ules

Avec les pom­miers fleu­ris,

Les bals de­vant l’eau qui co­ule

Ra­bâchent des airs de Pa­ris.

Dan­se, dan­se au bal de la chan­ce,

Dan­se, dan­se, ma rêve­rie!

L’amo­ur, ça co­ule au fil de l’eau!

Dan­se, dan­se, au bal de la chan­ce,

Dan­se, dan­se, mon co­eur d’oise­au!

Po źdźbłach

tra­wy spły­wa woda i za­ta­cza krę­gi,

wspa­nia­ły nie­bo­skłon roz­świe­tla oko­li­ce

Ogrom­ne słoń­ce gra w bule

z kwit­ną­cy­mi ja­bło­nia­mi,

Na ba­lach przy pły­ną­cej wo­dzie

roz­brzmie­wa­ją me­lo­die Pa­ry­ża

Tańcz, tańcz na balu szczę­ścia,

Tańcz, tańcz, ma­rze­nie moje!

Mi­łość spły­wa z wody nur­tem!

Tańcz, tańcz na balu szczę­ścia,

Tańcz, tańcz, moje ser­ce pta­szy­ny!

I

Mais un beau jour rem­pli d’éto­iles

Mon ciel tout bleu sera sans vo­ile…

Adieu les cieux co­uverts de plu­ie

D’un coup s’éc­la­ir­ci­ra ma vie.

Un coin tout bleu

E. PIAF – M. MON­NOT, 194214

Dla­cze­go te wspo­mnie­nia, któ­re chcia­ła­bym snuć tro­chę od przy­pad­ku do przy­pad­ku, nie mia­ły­by się roz­po­czy­nać w dniu, kie­dy Los po­pro­wa­dził mnie za rękę, aby zgod­nie z prze­zna­cze­niem uczy­nić ze mnie śpie­wacz­kę?

144217-6_jpg

Par­ty­tu­ry i pły­ty Edith Piaf

Zda­rzy­ło się to na kil­ka lat przed woj­ną, w ulicz­ce są­sia­du­ją­cej z pla­cem Eto­ile, zwy­czaj­nej ulicz­ce Troy­on bez prze­szło­ści. W tam­tych cza­sach śpie­wa­łam tam, gdzie po­nio­sły mnie nogi, a to­wa­rzy­szy­ła mi w tym przy­ja­ciół­ka, któ­rej drob­na ręka wy­cią­ga­ła się do prze­chod­niów w pro­szą­cym ge­ście.

Tego dnia – a było to po­nu­re paź­dzier­ni­ko­we po­po­łu­dnie roku 1935 – pra­co­wa­ły­śmy u zbie­gu uli­cy Troy­on i alei Mac-Ma­hon. Bla­da, roz­czo­chra­na, z go­ły­mi no­ga­mi, to­nąc w płasz­czu z dziu­ra­mi na łok­ciach, któ­re­go poły się­ga­ły mi do ko­stek, śpie­wa­łam pio­sen­kę Je­ana Le­no­ira:

Elle est née com­me un mo­ine­au,

Elle a vécu com­me un mo­ine­au,

Elle mo­ur­ra com­me un mo­ine­au15.

Kie­dy skoń­czy­łam, a moja przy­ja­ciół­ka pro­si­ła „sza­cow­ne to­wa­rzy­stwo” o dat­ki, pod­szedł do mnie męż­czy­zna o apa­ry­cji wiel­kie­go pana. Za­uwa­ży­łam go, kie­dy jesz­cze śpie­wa­łam. Słu­chał mnie z dużą uwa­gą, ale marsz­czył brwi.

Za­trzy­mał się przede mną. Ude­rzy­ła mnie de­li­kat­na nie­bie­ska bar­wa jego oczu i nie­co smut­na ła­god­ność spoj­rze­nia.

– Czyś ty przy­pad­kiem nie zwa­rio­wa­ła? – rzekł mi bez wstę­pu. – Znisz­czysz so­bie głos!

Nie od­po­wie­dzia­łam. Oczy­wi­ście mia­łam ja­kieś po­ję­cie o tym, że głos może się „znisz­czyć”, ale się tym nie mar­twi­łam: mia­łam inne tro­ski, bar­dziej do­raź­ne i pil­niej­sze. Mó­wił da­lej:

– Je­steś skoń­czo­ną idiot­ką!… Po­win­naś zdać so­bie spra­wę…

Był gład­ko ogo­lo­ny, do­brze ubra­ny i wy­glą­dał miło, ale nie ro­bił na mnie spe­cjal­ne­go wra­że­nia. Bę­dąc dziec­kiem Pa­ry­ża, re­ago­wa­łam żywo i umia­łam się od­ciąć. Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Prze­cież mu­szę coś jeść!

– Oczy­wi­ście, moja mała… Tyl­ko że mo­gła­byś pra­co­wać in­a­czej. Dla­cze­go ma­jąc taki głos, nie śpie­wasz w ka­ba­re­cie?

Już mia­łam mu po­wie­dzieć, że w ta­kim stro­ju, w dziu­ra­wym swe­trze, szma­tła­wej spód­nicz­ce i pan­to­flach za du­żych przy­najm­niej o dwa nu­me­ry nie mogę się nig­dzie po­ka­zać, ale po­prze­sta­łam na stwier­dze­niu:

– Bo nie mam an­ga­żu! – Po czym do­da­łam drwią­co i bez­czel­nie: – No, chy­ba że pan miał­by coś dla mnie…

– A je­śli zła­pię cię za słów­ko?

– Niech pan spró­bu­je!… To się pan prze­ko­na!…

Uśmiech­nął się roz­ba­wio­ny i po­wie­dział:

– Do­brze, spró­bu­je­my. Na­zy­wam się Lo­uis Le­plée i pro­wa­dzę ka­ba­ret Ger­ny’s. Przyjdź w po­nie­dzia­łek o czwar­tej. Za­śpie­wasz mi wszyst­kie swo­je pio­sen­ki… wte­dy zo­ba­czy­my, co moż­na z cie­bie zro­bić16.

Nie prze­sta­jąc mó­wić, na­gry­zmo­lił swo­je na­zwi­sko i ad­res na mar­gi­ne­sie ga­ze­ty, któ­rą trzy­mał w ręku. Od­darł ka­wa­łek pa­pie­ru i po­dał mi go wraz z pię­cio­fran­ko­wym bank­no­tem. Po­tem od­szedł, ale naj­pierw po­wtó­rzył jesz­cze:

– W po­nie­dzia­łek o czwar­tej. Nie za­po­mnij!

Wci­snę­łam skra­wek pa­pie­ru i bank­not do kie­sze­ni i za­czę­łam zno­wu śpie­wać. Ten czło­wiek roz­ba­wił mnie, ale nie­zbyt wie­rzy­łam w te jego opo­wie­ści.

Wie­czo­rem, kie­dy wró­ci­ły­śmy z przy­ja­ciół­ką do na­szej klit­ki wy­naj­mo­wa­nej w ob­skur­nym ho­te­lu przy uli­cy Or­fi­la, od razu zde­cy­do­wa­łam, że nie pój­dę na to spo­tka­nie.

W po­nie­dzia­łek cał­kiem o nim za­po­mnia­łam. Póź­nym po­po­łu­dniem le­ża­łam jesz­cze w łóż­ku, kie­dy na­gle przy­po­mnia­łam so­bie roz­mo­wę z męż­czy­zną z uli­cy Troy­on.

– Po­patrz, dzi­siaj mia­łam się spo­tkać z tym pa­nem, któ­ry mnie za­py­tał, dla­cze­go nie wy­stę­pu­ję w ka­ba­re­cie!

Na co usły­sza­łam:

– Ja bym na two­im miej­scu po­szła. Nig­dy nie wia­do­mo!

Ro­ze­śmia­łam się.

– Być może! Ale ja nie idę. Prze­sta­łam już wie­rzyć w Swię­te­go Mi­ko­ła­ja…

A jed­nak go­dzi­nę póź­niej ubra­łam się szyb­ko i po­pę­dzi­łam do me­tra. Dla­cze­go zmie­ni­łam zda­nie? Nie mam po­ję­cia. Były mistrz świa­ta w bok­sie, „Roc­ky” Mar­cia­no, my­śląc o tym, jak mógł zo­stać gang­ste­rem i ja­kich pu­ła­pek za­sta­wio­nych przez ży­cie zdo­łał unik­nąć bez naj­mniej­szej wła­snej za­słu­gi, je­dy­nie dla­te­go, „że tak się uło­ży­ło”, my­śląc o wszyst­kich szczę­śli­wych zbie­gach oko­licz­no­ści, z któ­rych sko­rzy­stał, mówi, że „tam na gó­rze” ktoś musi go bar­dzo lu­bić… Chęt­nie po­wie­dzia­ła­bym to też o so­bie. Szłam na to spo­tka­nie, ni­cze­go się nie spo­dzie­wa­jąc, prze­ko­na­na, że tyl­ko tra­cę czas. Tym­cza­sem te­raz za nic w świe­cie nie chcia­ła­bym go prze­oczyć.

Ger­ny’s mie­ścił się pod nu­me­rem 54 przy uli­cy Pier­re-Cha­ron. Kie­dy tam do­tar­łam, była pią­ta. Le­plée cze­kał na mnie na pro­gu. Rzu­cił okiem na ze­ga­rek, któ­ry miał na ręku.

– Go­dzi­na spóź­nie­nia – po­wie­dział. – Obie­cu­ją­ce! A co to do­pie­ro bę­dzie, kie­dy zo­sta­niesz gwiaz­dą!

Po­wstrzy­ma­łam się od od­po­wie­dzi i po­szłam za nim, po raz pierw­szy wcho­dząc – co praw­da póź­nym po­po­łu­dniem – do jed­ne­go z tych ele­ganc­kich noc­nych lo­ka­li, któ­re dla bied­nej dziew­czy­ny, jaką by­łam, sta­no­wi­ły ide­al­ne ucie­le­śnie­nie luk­su­su. Te ka­ba­re­ty, gdzie po­da­wa­no szam­pa­na i ka­wior – nie wy­obra­ża­łam so­bie, by moż­na tam było ser­wo­wać coś in­ne­go – na­le­ża­ły do świa­ta, z któ­re­go tacy jak ja byli wy­klu­cze­ni.

Sala świe­ci­ła pust­ką po­grą­żo­na w pół­mro­ku, z wy­jąt­kiem jed­ne­go rogu, w któ­rym do­strze­głam pia­ni­no. Były tam dwie oso­by: ja­kaś dama, żona le­ka­rza, jak się póź­niej do­wie­dzia­łam, i pia­ni­sta, któ­ry już sie­dział przy kla­wia­tu­rze. Co za as! Na szczę­ście, gdyż nie mia­łam nut, co mu jed­nak nie prze­szko­dzi­ło mi akom­pa­nio­wać i to bar­dzo do­brze, na ile mogę to oce­nić, pa­trząc wstecz.

Przed­sta­wi­łam Le­plée­mu cały mój re­per­tu­ar: za­dzi­wia­ją­co róż­no­rod­ny, ale by rzec wszyst­ko, bar­dziej nie­jed­no­li­ty niż „uło­żo­ny”, od ostrych re­fre­nów Da­mii do słod­ka­wych me­lo­dii Tina Ro­sie­go. Le­plée prze­rwał mi, kie­dy skoń­czy­łam pio­sen­ki i mia­łam przejść do arii ope­ro­wych.

Z po­cząt­ku onie­śmie­lo­na, szyb­ko na­bra­łam pew­no­ści sie­bie. W koń­cu, co mam do stra­ce­nia? Poza tym, kil­ka słów za­chę­ty ze stro­ny Le­plée­go wy­na­gro­dzi­ło mój pierw­szy wy­si­łek i te­raz wkła­da­łam w pio­sen­ki już całe ser­ce. Może nie tyle po to, żeby zdo­być an­gaż, w mo­ich oczach wciąż bar­dzo mało praw­do­po­dob­ny, ile by spra­wić przy­jem­ność temu panu, któ­ry ze­chciał się mną za­in­te­re­so­wać i do któ­re­go czu­łam te­raz za­ufa­nie i nie­mal sym­pa­tię.

Od­mó­wiw­szy za­tem wy­słu­cha­nia mnie w Fau­ście, Le­plée pod­szedł do mnie, ser­decz­nym ge­stem po­ło­żył mi rękę na ra­mie­niu, czym mnie za­sko­czył, i rzekł:

– Bar­dzo do­brze, moja mała, dasz so­bie radę, je­stem prze­ko­na­ny. Za­czniesz tu­taj w pią­tek, za czter­dzie­ści fran­ków dzien­nie. Tyl­ko twój re­per­tu­ar to nie to… Masz pe­wien styl. Po­trze­bu­jesz pio­se­nek, któ­re od­po­wia­da­ły­by two­jej oso­bo­wo­ści. Na­uczysz się czte­rech: Nini Peau d’Chien, Les Mômes de la clo­che, La Val­se bru­neJe me fais to­ute pe­ti­te. Dasz radę na pią­tek?

– Oczy­wi­ście!

– Jesz­cze jed­no! Masz ja­kąś inną su­kien­kę?

– Mam czar­ną spód­nicz­kę, lep­szą od tej, i wła­śnie ro­bię so­bie na dru­tach swe­te­rek. Ale nie jest jesz­cze skoń­czo­ny…

– A zdą­żysz z nim na pią­tek?

– Och! Z pew­no­ścią.

Wca­le nie by­łam tego pew­na, ale od­po­wiedź na­rzu­ci­ła się sama i we wła­ści­wym to­nie. Nie będę ry­zy­ko­wa­ła utra­ty wszyst­kie­go z po­wo­du szcze­gó­łu, któ­ry w mo­ich oczach miał mi­ni­mal­ne zna­cze­nie.

– Do­brze – po­wie­dział Le­plée. – Ju­tro o czwar­tej przyjdź na pró­bę. – I ze zło­śli­wym bły­skiem w oku do­rzu­cił: – Tyl­ko przy­jedź ra­czej przed szó­stą, ze wzglę­du na pia­ni­stę!

Już by­łam na pro­gu. Za­trzy­mał mnie.

– A jak ty się wła­ści­wie na­zy­wasz?

– Edith Gas­sion.

– To nie jest na­zwi­sko na sce­nę.

– Na­zy­wam się też Ta­nia.

– To do­bre dla Ro­sjan­ki…

– A tak­że De­ni­se Jay…

Skrzy­wił się.

– To wszyst­ko?

– Nie. Jesz­cze Hu­gu­et­te Hélia…

Pod tym na­zwi­skiem zna­na by­łam na za­ba­wach lu­do­wych. Le­plée oce­nił je rów­nie su­ro­wo jak po­zo­sta­łe.

– Nie­szcze­gól­ne!

Po­pa­trzył na mnie przez dłuż­szą chwi­lę w za­my­śle­niu, a po­tem po­wie­dział:

– Je­steś praw­dzi­wym wró­bel­kiem Pa­ry­ża i ta­kie imię by­ło­by dla cie­bie do­bre: wró­be­lek. Nie­ste­ty, jest już za­ję­te17! Trze­ba po­szu­kać cze­goś in­ne­go… Wró­be­lek w gwa­rze pa­ry­skiej to piaf. Dla­cze­go nie mia­ła­byś się na­zy­wać Piaf? – Za­sta­no­wił się jesz­cze przez chwi­lę, po czym rzekł: – Po­sta­no­wio­ne! Bę­dziesz się na­zy­wa­ła Piaf!

Zo­sta­łam ochrzczo­na na resz­tę ży­cia.