Mroczne miejsca - Peter Robinson

Mroczne miejsca

0,0

Kiedy w tajemniczych okolicznościach znika dwóch młodych mężczyzn, miejscowa społeczność jest zaniepokojona. Niedługo później w opuszczonym hangarze z czasów drugiej wojny światowej zostaje odkryta plama krwi, a należącą do jednego z zaginionych przyczepę ktoś podpala – nie wróży to niczego dobrego.

Przydzielony do sprawy nadinspektor Banks i jego zespół są skonsternowani. Wkrótce dochodzi do tragicznego wypadku samochodowego i przerażającego odkrycia. Śledztwo nabiera tempa, prowadząc w zupełnie nowym kierunku. Banks i jego ludzie rozpaczliwie poszukują zaginionego chłopaka, który ma klucz do zagadki. Zaczyna się wyścig z czasem, a oni sami zamieniają się w ściganą zwierzynę...

„Trzymające w napięciu powieści o Alanie Banksie i tajemnice, z którymi przychodzi mu się mierzyć, są – mówiąc krótko – najlepszymi na rynku. Przeczytajcie choć jedną, a sami się przekonacie”. STEPHEN KING

„Klasyczny Robinson: skomplikowana fabuła połączona z doskonałą charakterystyką postaci”.Observer

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tyt.png

Tytuł oryginału:

IN THE DARK PLACES

Copyright © 2014 by Eastvale Enterprises, Inc.

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Szara Sowa

Redakcja: Marcin Grabski i Olga Rutkowska

Korekta: Marta Chmarzyńska, Grzegorz Krzymianowski, Edyta Malinowska-Klimiuk

ISBN: 978-83-8110-025-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

Dla Sheili

„Popatrz tylko na te osamotnione domy, otoczone polami i zamieszkałe głównie przez niedouczonych biedaków, którzy niewiele wiedzą o prawie. Pomyśl o okrutnych uczynkach czy potajemnych zbrodniach, które mogą być popełniane w takich miejscach, każdego roku i bez niczyjej wiedzy”.

SIR ARTHUR CONAN DOYLE,
PRZYGODY SHERLOCKA HOLMESA BUCZYNA (1892)

Rozdział 1

Terry Gilchrist wyszedł z lasu naprzeciwko wielkiego hangaru, który wznosił się przed nim niczym magazyn rozbitych niezidentyfikowanych obiektów latających w Nowym Meksyku. Z tym że był on nie w Nowym Meksyku, lecz w North Yorkshire.

Hangar stał pośrodku ogromnego terenu pokrytego popękanym i poprzerastanym chwastami betonem, ogrodzonego wysokim na dwa metry płotem z metalowej siatki zwieńczonej drutem kolczastym. Na podwójnej, zamkniętej na kłódkę bramie widniał ogromny napis: TEREN PRYWATNY – WSTĘP WZBRONIONY. Jakieś pół kilometra za hangarem linią kolejową East Coast mknął pociąg pasażerski zmierzający na King’s Cross.

Jak zwykle w tym miejscu Gilchrist spuścił Peaches ze smyczy. Przestrzeń była tutaj dostatecznie otwarta, mógł ją więc mieć na oku, poza tym suka wracała, kiedy zagwizdał albo zawołał ją po imieniu.

Peaches zaczęła węszyć wzdłuż płotu i już po chwili znalazła w nim dziurę, pewnie tę samą, z której korzystały dzieciaki, kiedy chciały pograć koło hangaru w krykieta, zapalić trawkę albo obmacywać się z miejscowymi dziewczętami. Tym razem jednak – zamiast, jak to miała w zwyczaju, obwąchiwać beton i chwasty – Peaches pobiegła w stronę ziejącego czernią wejścia do hangaru i zniknęła w środku.

Czekając, aż pies załatwi swoje sprawy, Gilchrist oparł laskę o drzewo, wyciągnął ramiona, żeby oprzeć się o pień, i zaczął wykonywać serię prostych ćwiczeń na nogę, które zalecili mu wojskowi lekarze. Byli zadowoleni z postępów, jakie już poczynił – chociaż o lasce, już po czterech miesiącach zaczął chodzić na spacery, mimo iż początkowo byli przekonani, że z nogą nic już nie będzie można zrobić. Gilchrist chciał się jednak pozbyć laski, mógł zaś to osiągnąć, jedynie stopniowo i powoli odbudowując tkankę mięśniową. Być może jego noga nigdy już nie będzie  w y g l ą d a ć  tak samo, ale postanowił sobie, że będzie funkcjonować jak dawniej.

Skończył, ale Peaches wciąż nie wracała, wobec tego gwizdnął i zawołał ją po imieniu. W odpowiedzi usłyszał tylko szczekanie, które przeszło w skowyt. Zawołał znowu, nieco bardziej zdecydowanym tonem, nadal jednak było słychać tylko skowyt, a Peaches się nie pojawiała. Nie chciała wrócić. Co się z nią, do licha, działo?

Zirytowany Gilchrist chwycił laskę i ruszył wzdłuż ogrodzenia w poszukiwaniu dziury, którą przedostała się Peaches. Kiedy zobaczył otwór, mina mu zrzedła. Był pewien, że uda mu się przezeń przeleźć, okazało się jednak, że będzie to trudne i bolesne. Do tego cały się pobrudzi. Znowu zawołał. Peaches wciąż szczekała i skowyczała, jak gdyby to  o n a  wołała  j e g o. 

Żeby przedostać się przez dziurę w siatce, Gilchrist musiał położyć się płasko na ziemi i najpierw przełożyć przez nią ręce, żeby potem, odpychając się nimi od ogrodzenia, przepełznąć na drugą stronę. Kiedy leżał na brzuchu, wróciło dobrze mu znane uczucie i jego mózg zalała fala strachu, zupełnie go paraliżując. Wtedy jak przez mgłę usłyszał szczekanie Peaches i ponownie zaczął się przepychać. Podniesienie się z ziemi było kolejną przeszkodą, ponieważ w zasadzie nie mógł zgiąć chorej nogi w kolanie, nie odczuwając przy tym koszmarnego bólu. Jakoś jednak zdołał wstać, podciągając się na oczkach drucianej siatki. Stanął wreszcie, ciężko dysząc, i oparł się o ogrodzenie. Ubranie miał wilgotne i całe w błocie. Złapał laskę i poszedł do hangaru.

Wewnątrz panował mrok, ale przez ogromne wrota wpadało dość światła, kiedy więc oczy Gilchrista przywykły do ciemności, mógł coś zobaczyć. Peaches stała z prawej strony, koło ściany, jakieś piętnaście metrów od niego. Nadal szczekała, machając ogonem. Gilchrist podszedł do niej, zastanawiając się, co takiego obudziło w niej ten upór i tak duże podekscytowanie. Zdenerwowanie ustąpiło miejsca ciekawości.

Podłoga w hangarze również była z betonu, jak teren wokół niego, i tak samo popękana. Mimo braku światła ze szczelin wyrastały chwasty. Słyszał bębniący o blaszany dach deszcz i pojękiwanie wiatru pod niewidocznym w ciemnościach sufitem. Wstrząsnął nim mimowolny dreszcz, kiedy podszedł do Peaches.

Choć panował mrok, mężczyzna dostrzegł, że suka obwąchuje ciemną plamę na betonie, dopiero jednak kiedy poświecił swoim telefonem komórkowym, zobaczył, że jej zainteresowanie wzbudziła wielka kałuża krwi, w której nurzały się odłamki kości i strzępy szarej materii. Przed oczami stanął mu natychmiast widok krwi na piasku i poczuł, jak panika podchodzi mu do gardła z gorzkim smakiem żółci.

„Weź się w garść” – upomniał sam siebie, kilkakrotnie głęboko odetchnął i pochylił się, żeby dokładniej obejrzeć wszystko w świetle komórki. Nie miał tak dobrego węchu jak Peaches, ale z bliska i tak poczuł metaliczny zapach krwi. Pamiętał go aż nadto dobrze.

W jego umyśle natychmiast obudziła się myśl: „Ktoś tutaj stracił życie”.

– Cholerny skradziony traktor – narzekała Annie Cabbot. – Czym sobie na to zasłużyłam? Powiedz mi, Doug. Po co harowałam tyle lat, żeby zostać inspektorem? Ryzykowałam życiem i zdrowiem? To ma być wydział zabójstw i poważnych przestępstw? Skradziony traktor? Po to przyszłam na ten świat?

– To przestępstwo wiejskie – odparł posterunkowy Dougal Wilson, na chwilę odrywając wzrok od drogi, żeby posłać Annie przelotny uśmiech. – A przestępstwo wiejskie to przestępstwo poważne. Przynajmniej według nowego naczelnika.

– Chryste, można by pomyśleć, że znowu mamy wybory.

– Cóż – powiedział Wilson – rzecz w tym, że to nie pierwszy zaginiony sprzęt rolniczy w ostatnim czasie, nie wspominając o jakiejś krowie od czasu do czasu albo owcy. Poza tym to  j e s t  bardzo drogi traktor.

– Mimo wszystko… Ten rolnik, do którego jedziemy, jest przyjacielem naczelnika?

– Nie, ale o ile mi wiadomo, jego żona przyjaźni się z komendant rejonową Gervaise. Jakiś klub książki czy coś w tym stylu.

– Hm. Nie wiedziałam, że pani Gervaise lubi czytać. Ukryte walory. Ona i Alan muszą mieć ze sobą dużo wspólnego. I gdzie się podziewa nadinspektor Banks, kiedy jest najbardziej potrzebny? Powiem ci gdzie. Otóż pojechał do Kumbrii na sprośny weekend ze swoją dziewczyną.

– Obawiam się, że do Umbrii, szefowo – bąknął Wilson.

– Umbria? To jeszcze gorzej. Tam na pewno świeci słońce. – Annie przerwała, kiedy Wilson wjechał na wąski, łukowaty most z kamienia. Takie mosty zawsze wprawiały Annie w niepokój. Nigdy nie było wiadomo, czy coś nie nadjeżdża z drugiej strony. Najlepiej było zamknąć oczy i wcisnąć gaz do dechy. Zamknęła oczy, a Wilson przyśpieszył. Udało się im.

– Co on ma z tymi Włoszkami? – podjęła wątek. – Najpierw była Joanna Passero, ta, z którą pojechał do Estonii.

– Nie jest Włoszką, tylko Szkotką. Po rozwodzie wróciła do panieńskiego nazwiska. Zwyczajna Joanna MacDonald. – Wilson się zarumienił. – No, może nie taka zwyczajna, ale wiesz, o co mi chodzi. Pracuje w kwaterze głównej hrabstwa w wywiadzie kryminalnym. Prawdziwa wschodząca gwiazda.

– Zawsze uważałam, że jest coś kryminalnego w wywiadzie kwatery głównej – powiedziała Annie. Zerknęła na Wilsona podejrzliwie. – A tak przy okazji, to skąd o tym wszystkim wiesz?

Wilson poprawił okulary na nosie.

– Jedna z korzyści bycia zwykłym posterunkowym. Przywilej niskiej rangi. Człowiek słyszy wszystkie najlepsze plotki.

Annie się uśmiechnęła.

– Pamiętam. Jak przez mgłę. Mimo wszystko cholerny skradziony traktor. Wierzyć się nie chce. – Wytężyła wzrok, żeby między poruszającymi się wycieraczkami dojrzeć drogowskaz. – Chyba jesteśmy na miejscu, Doug. Gospodarstwo Beddoesów. Jest droga.

– Wiem. Widzę. – Wilson skręcił tak gwałtownie, że samochód niemal stracił przyczepność w błocie.

Ziemia była przesiąknięta wodą i błotnista nawierzchnia nabrała konsystencji owsianki. Musieli się trzymać, kiedy samochód podskakiwał z chlupotem na ciągnącej się przez pół kilometra bitej drodze prowadzącej do gospodarstwa, narażając resory na niepotrzebny wysiłek. Annie pomyślała z ulgą, że przynajmniej był to samochód służbowy, nie zaś jej nowa czerwona astra.

Wilson wjechał na podwórze, na którym błoto było równie paskudne, i zaparkował obok srebrnego bmw. Za nim stał wyglądający na nowy range rover. Podwórze przypominało wszystkie inne w okolicy: dwupiętrowy budynek mieszkalny z wapienia, z kamiennym dachem, otoczony zabudowaniami gospodarskimi – stodołą, także z wapienia, z wielkimi wrotami z drewna z łuszczącą się zieloną farbą, coś na kształt garażu z blachy falistej, chlewnia, z której dobiegało zadowolone pochrząkiwanie jej lokatorek, tarzających się zapewne w błocie albo czymś gorszym, i kurnik, tak ufortyfikowany, że na jego widok miejscowe lisy musiały zmykać z podkulonym ogonem.

Annie wysiadła z samochodu i uderzyły ją typowe wiejskie zapachy. Świnie na pewno miały w tym spory udział. I błocko. Nigdy nie wiadomo, w co się wdepnie, idąc przez takie podwórze. Falujące pola rzepaku, które w maju rozkwitną jaskrawą żółcią, teraz wyglądały ponuro i groźnie pod posępnym ołowianym niebem. „Zupełnie jak w Wichrowych Wzgórzach” – pomyślała Annie, chociaż wiedziała, że od tamtego krajobrazu dzielą ją kilometry. Z kłębiących się ponuro ciemnych chmur co chwilę padał deszcz, raz rzęsisty, kiedy indziej drobny kapuśniaczek, a po pustkowiu hulał wiatr.

Annie przygotowała się na zimny i mokry dzień na wsi – w końcu był dopiero koniec marca – dżinsy miała więc wpuszczone w czerwone kalosze, na głowie plastikowy kapelusz w kolorowe kwiatki, a pod wodoodporną kurtką ciepły sweter. Doug Wilson prezentował się nieco bardziej profesjonalnie, w garniturze od Marksa i Spencera, kapeluszu trilby i beżowym prochowcu z epoletami i paskiem. „W zasadzie – myślała Annie – przypomina trochę prywatnego detektywa z filmów z lat pięćdziesiątych, gdyby nie okulary. Kiedy zdejmuje kapelusz, nadal wygląda jak Daniel Radcliffe w roli Harry’ego Pottera”.

Wejście do domu osłaniał łukowaty ganek, na którym pozbyli się wierzchnich okryć. Kiedy Annie zdjęła przeciwdeszczowy kapelusz, jej brązowe włosy opadły w nieładzie na ramiona. Po kolorze blond nie został już nawet ślad – zapuściła włosy i pozwoliła im wrócić do naturalnej barwy. Z pełnym przekonaniem mogła zaświadczyć, że jako blondynka wcale nie bawiła się lepiej.

Drzwi otworzył im wysoki, żylasty mężczyzna po pięćdziesiątce, z bujną siwą czupryną i lekką opalenizną. Nosił dżinsy i pulower w serek, spod którego wystawała jasnoniebieska koszula. Mimo swobodnego ubioru Annie wydał się podobny raczej do biznesmena na kierowniczym stanowisku niż do rolnika. Roztaczał wokół siebie aurę władzy i bogactwa, której trudno doszukiwać się u mieszkańców wsi.

– Na pewno jesteście z policji – powiedział, zanim zdążyli pokazać mu swoje legitymacje. Przytrzymał drzwi, usuwając się na bok. – Macie mokre płaszcze? Jeśli tak, wnieście je do środka. Szybko je wysuszymy.

– Bardzo to miłe z pana strony – rzekła Annie, rozcierając ręce, po czym sięgnęła po legitymację. – Inspektor Cabbot i posterunkowy Wilson.

– Jestem John Beddoes. Zapraszam do środka.

Większość znanych Annie wiejskich domów – co prawda wiele ich nie było – wydzielała smakowitą woń świeżo upieczonego ciasta, a także marcepanu, cynamonu i goździków, ale u Beddoesów można było jedynie wyczuć cytrynowy odświeżacz powietrza.

– Na pewno uważacie, że tracicie tylko swój cenny czas – zaczął Beddoes. – Nie wspominając o marnowaniu policyjnych środków, ale to nie pierwsze takie przestępstwo, do którego doszło tu w ciągu ostatniego roku.

– Mamy tego świadomość, proszę pana – odparła Annie. – Dlatego tutaj jesteśmy.

Beddoes zaprowadził ich do przytulnego salonu. Najpierw zaprosił ich, żeby usiedli na kanapie, która z całą pewnością nie została kupiona w zwykłym sklepie z meblami, następnie zawołał żonę.

– Pat? Przyszli państwo z policji, kochanie.

Do pokoju weszła Patricia Beddoes. Miała na sobie dopasowane markowe dżinsy, adidasy i pomarańczowy T-shirt. Była atrakcyjną kobietą – z fryzurą, która musiała sporo kosztować – przy tym dobre dziesięć lat młodszą od męża. Chociaż dopiero co wróciła ze słonecznych wakacji, jej opalenizna wyglądała na sztuczną, jak po samoopalaczu, z rodzaju tych, jakimi popisują się młode bohaterki serialu Coronation Street. Annie wydała się osobą nieco chłodną i surową, o trochę zbyt ostrych rysach, jej serdeczny uśmiech był jednak chyba szczery, uścisk dłoni zdecydowany, poza tym z miejsca zaproponowała im herbatę. Annie i Wilson nie odmówili. Żadne nie jadło jeszcze śniadania. Na zewnątrz lał deszcz, wiatr tłukł się o szyby, zaparkowane samochody i blaszany garaż.

– Paskudna pogoda, prawda? – odezwał się John Beddoes. – Mówią, że na razie nie ma szans na poprawę.

Wszyscy zgodnie twierdzili, że był to najbardziej deszczowy marzec, jaki odnotowano dotąd w historii, i Annie nie zamierzała się spierać. Poza kilkoma dniami na początku miesiąca wcale nie było również ciepło. Zapowiadali nawet opady śniegu. I wszystko to po ciężkiej zimie, wyjątkowo trudnej dla rolników, którzy w śnieżnych zamieciach potracili sporo owiec na wrzosowiskach.

– Jak rozumiem, byli państwo na wakacjach? – zapytała.

– Tak, w Meksyku. Może się wydać dziwne, że wyjechaliśmy akurat teraz, chociaż żadna pora nie jest dobra dla rolników, ale nie mamy żadnych owiec ani krów, nie musimy się więc martwić o jagnienie czy cielenie. – Skinął głową w kierunku kuchni. – Poza tym Patricia potrzebowała odpoczynku.

– Rozumiem. – Annie nie sądziła, żeby wielu rolników mogło sobie pozwolić na wyjazd do Meksyku, tym bardziej że wiecznie utyskiwali na niskie ceny skupu narzucone przez Unię Europejską, zaporowe opłaty i Bóg wie co jeszcze, choć w dzisiejszych czasach podobne wakacje nie mogły być aż tak drogie dzięki tanim lotom i okazyjnym cenom all inclusive. Dla Annie jednak wakacje w towarzystwie bandy gburów w kostiumach w zwierzęce wzory, zlanych śmierdzącymi kokosem olejkami do opalania i sikających do basenu po tanim piwie, były równie atrakcyjne, jak mokra niedziela w Walii czy Yorkshire. – Domyślam się, że dopiero co państwo wrócili.

– Wczoraj późnym wieczorem. Koło wpół do dwunastej. Mieliśmy wrócić wczesnym rankiem, ale lot do Nowego Jorku był opóźniony i nie zdążyliśmy na połączenie. Cóż… wiecie, jak to jest, kiedy człowiek utknie w poczekalni hali odlotów.

Annie nie miała najmniejszego pojęcia, ponieważ nigdy w takiej poczekalni nie była.

– I wtedy zorientowali się państwo, że doszło do kradzieży?

– Tak. Zauważyłem, że ktoś włamał się do garażu, i natychmiast zadzwoniłem na policję. Muszę przyznać, że zareagowaliście błyskawicznie. Znacznie szybciej niż kiedyś. Ten umundurowany facecik, który przyjechał wczoraj, także był bardzo wyrozumiały.

– Posterunkowy Valentine? – upewniła się Annie. – Rzeczywiście, proszę pana, to bardzo wrażliwy młody człowiek.

– I co zrobiliście w tej sprawie? – zainteresował się Beddoes.

– Rozesłaliśmy opis traktora. Zielony deutz-fahr agrotron, jeśli się nie mylę? Nasi ludzie go szukają, mają pod obserwacją porty i tak dalej. Jesteśmy w kontakcie ze służbą celną. Znają szczegóły: numer rejestracyjny, numer seryjny silnika. Oczywiście przestępcy prawie natychmiast je zmieniają, ale zdarzają się leniwi albo niechlujni. Z doświadczenia wiemy, że większość skradzionego sprzętu bardzo szybko jest wywożona z kraju.

John Beddoes westchnął.

– Mój traktor jest już w jakiejś cholernej Albanii. Jest wart co najmniej sto tysięcy.

Weszła jego żona, niosąc tacę, i obsłużyła wszystkich. Annie słyszała grające w kuchni radio. Ken Bruce puszczał w Radio 2 stare, dobre przeboje. Runaway. Znała tę piosenkę, ale nie pamiętała, kto ją śpiewał.

– Zakładam, że nie wiedzą państwo, kiedy dokładnie skradziono traktor? – zapytała Annie.

Doug Wilson po raz kolejny poprawił okulary i pochylił się nad notesem.

Beddoes pokręcił głową.

– Nie było nas tylko przez tydzień. Nie mamy zbyt wiele ziemi. Głównie pod uprawę. Trochę kukurydzy, warzyw, ziemniaków. Przede wszystkim rzepak. Jesteśmy dostawcami dla producenta oleju z najwyższej półki. Jak pewnie sami zauważyliście, mamy także trochę świń i kur, na potrzeby miejscowych restauracji. Świnie rasy brytyjskiej. Doskonałe mięso. Dlatego w zeszłym tygodniu nie było nic specjalnego do roboty.

– Słyszałam, że niektóre rasy świń mogą być cenne – powiedziała Annie. – Pańskie także?

– Owszem, w zasadzie tak.

– Ciekawe, dlaczego ich również nie zabrano.

– Nie sądzi pani, że ci ludzie zajmują się konkretnymi rzeczami? Pozbyć się traktora i świni to nie to samo. Poza tym trzeba wiedzieć, jak należy się obchodzić ze świniami. Potrafią być wyjątkowo wredne.

– Pewnie tak – zgodziła się z nim Annie, choć na świniach zupełnie się nie znała. Wiedziała tylko, że śmierdzą i kwiczą, ona zaś ich nie je. – Ale skoro złodzieje już wiedzą, że ma pan tu świnie, może warto byłoby się zastanowić nad jakimś systemem zabezpieczeń?

– To znaczy, co niby miałbym zrobić? Chyba tylko czuwać przez całą noc ze strzelbą.

– Na pana miejscu zapomniałabym o strzelbie. Można sobie narobić przez to sporo kłopotów. Lepsze byłoby specjalne ogrodzenie albo alarm czy straż sąsiedzka, tego rodzaju rzeczy.

– Rozeznam się.

– Gdzie był klucz?

Beddoes rozejrzał się.

– Jaki klucz?

– Do traktora. Ponieważ jest nowoczesny i drogi, na pewno ma różne zabezpieczenia.

– Tak.

– Gdzie więc trzyma pan do niego klucz?

– Wisi na haczyku w garażu.

– A kluczyki do samochodów? Range rovera i bmw.

Beddoes poklepał się po kieszeni spodni.

– Z innymi kluczami. Zawsze mam je przy sobie.

– Ale klucza do traktora nie zabrał pan ze sobą na wyjazd?

– Przesłuchuje mnie pani czy chce mi pomóc odzyskać skradziony traktor?

Annie i Wilson wymienili spojrzenia.

– Proszę pana – mówiła dalej Annie – w tej chwili staramy się ustalić, w jaki sposób traktor został skradziony. Według mnie najważniejszą sprawą było jego uruchomienie. Raczej trudno byłoby go wepchnąć do jakiejś ciężarówki.

– Skąd mam wiedzieć, jak to się stało? – Beddoes poczerwieniał na twarzy i zaczął wymachiwać rękami. – Byliśmy spóźnieni. Pat… Ta cholerna taksówka już czekała. Po prostu nie pomyślałem. Garaż był bezpiecznie zamknięty, kiedy odjeżdżaliśmy, na litość boską!

– John – powiedziała jego żona. – Uspokój się. Twoje ciśnienie.

Beddoes przygładził dłonią włosy.

– Oczywiście. Przepraszam. – Znowu zwrócił się do Annie. – Teraz, już po fakcie, wiem, że to głupie, nie chciałem, żeby firma ubezpieczeniowa wiedziała, ale ja… to znaczy my przeważnie jesteśmy na miejscu, więc to żaden problem. Często po prostu zostawiam traktor na podwórzu z kluczykiem w stacyjce. Jak człowiek wsiada do traktora, to chce od razu jechać, a nie szukać jakichś cholernych kluczyków. W tym wypadku garaż był bezpiecznie zamknięty, poza tym ktoś miał na wszystko oko. Co jeszcze miałem zrobić?

– Nie mam pojęcia – powiedziała Annie. – Kto się opiekował gospodarstwem na czas państwa nieobecności?

– Frank Lane z doliny. Karmił świnie i kurczaki i ogólnie wszystkiego doglądał. Oczywiście nie mam do niego żadnych pretensji. Tak jak ja, nie mógł przecież stać na warcie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Poza tym ma własne gospodarstwo, na dodatek o wiele większe od naszego. – Roześmiał się. – Frank jest  p r a w d z i w y m  rolnikiem, o czym nie omieszka nam przypomnieć przy każdej nadarzającej się okazji. Ma zresztą syna łobuza, o którego musi się martwić. Jesteśmy mu zwyczajnie wdzięczni, że mógł nam pomóc.

– Dlaczego jego syn jest łobuzem? – zainteresowała się Annie.

– Och, zawsze były z nim kłopoty, odkąd był małym brzdącem. Złośliwe półdiablę. Jakiś czas temu miał nawet do czynienia z policją.

– To znaczy?

– Frank nie wdawał się w szczegóły, ale chyba chodziło o kradzież samochodu. Tak, żeby się przejechać. Dostał warunek, miał to odpracować społecznie, coś w tym stylu. Nie chciałem nic Frankowi mówić, ale jeśli mam być szczery, to mnie zawsze się wydawał pozbawiony ambicji, taki mały szkodnik. Już nie mieszka na wsi, czasem jednak odwiedza ojca.

– Mógłby ukraść traktor?

– Tego nie powiedziałem. Nie jest chyba aż tak bardzo nieuczciwy. – Beddoes wziął głęboki oddech. – Tylko zagubiony. O mnie Frank mówi, że jestem rolnikiem hobbystą, zresztą jak oni wszyscy tutaj. I chyba mają rację. Ale urodziłem się i dorastałem w gospodarstwie do dwunastego roku życia.

– Rozumiem – powiedziała Annie. – Czy między panem i innymi rolnikami dochodziło do jakichś zatargów?

– Nie nazwałbym tego zatargami, raczej zawiścią. Kpią sobie ze mnie, nabijają się, wykluczają ze swoich małych klik, ale tacy właśnie są. Wiecie, jacy są ludzie z Yorkshire. Bóg jeden wie, ilu trzeba lat, żeby człowieka zaakceptowali, jeśli w ogóle.

– Dochodziło ostatnio do jakichś kłótni, sporów?

– Nic takiego nie przychodzi mi na myśl.

– Mnie również nie – wtrąciła Patricia.

Annie zanotowała, że trzeba porozmawiać z Frankiem Lane’em i jego „synem łobuzem”. Na podstawie dochodzenia było już wiadomo, że odpowiedzialni za gwałtowny wzrost kradzieży sprzętu rolniczego korzystali z tak zwanych zwiadowców – zwykle miejscowych kierowców zajmujących się dostawami lub sezonowych pracowników, którzy zdobywali zaufanie rolników, pomagając im w remontach, pracach polowych czy tępieniu szkodników, w zależności od pory roku. „Syn łobuz” za odpowiednią dolę mógł bez problemu brać udział w tego rodzaju machinacjach. Albo za narkotyki. W okolicy było mnóstwo upraw marihuany. Annie co prawda nie widziała nic złego w tym, że ktoś od czasu do czasu zapalił sobie skręta. Sama w końcu dorastała w komunie artystów pod St Ives, gdzie towaru było pod dostatkiem. Mieszkała tam z ojcem i całym mnóstwem przewijających się artystycznych typów, zwykłych nieudaczników, choć może nawet trafił się wśród nich jakiś diler. Policja nie przejmowała się jednak kilkoma sztachnięciami trawki – interesowały ją wielki biznes i krociowe zyski, ponieważ to przyciągało najgorszych międzynarodowych przestępców i gangi. Na ich działalność nie można było przymykać oka.

– Ma pan zamontowany alarm? – zapytała.

Beddoes prychnął.

– Gdzie, tutaj? Cholerna strata pieniędzy, co już powiedziałem wczoraj tamtemu posterunkowemu. Każdy szanujący się przestępca dawno dałby nogę, zanim pojawiłby się jakikolwiek wóz patrolowy, pod warunkiem że akurat byłby wolny.

Annie uświadomiła sobie, że prawdopodobnie Beddoes ma rację. W zasadzie nie miała już o co pytać gospodarzy, nie było więc powodu, żeby przedłużać wizytę. Skinęła głową Wilsonowi.

– Skontaktujemy się z państwem, jak tylko coś ustalimy – oznajmiła. – Jeszcze tylko szybko rozejrzymy się po gospodarstwie.

– Oczywiście – rzekł Beddoes. – Proszę mnie informować na bieżąco.

Patricia Beddoes stała tuż za mężem, z ręką na jego ramieniu.

– Dziękujemy za herbatę, proszę pani – powiedział Doug Wilson, jak zawsze uprzejmy młody człowiek.

– Nie ma za co. Do widzenia.

Założyli przeciwdeszczowe ubrania i brnąc przez błocko, ruszyli do garażu, w którym John Beddoes trzymał traktor. Posterunkowy Valentine sprawdził go oczywiście wcześniej, oni zaś nie zauważyli niczego, o czym nie wspomniałby w swoim raporcie. Według Annie włamywacz posłużył się łomem. Cała metalowa sztaba była wyrwana z drewnianych drzwi, a ciężka kłódka leżąca w błocie pozostała nietknięta. Annie zrobiła jej zdjęcie swoim telefonem, potem wyjęła z kieszeni plastikową torebkę i za pomocą ołówka włożyła do niej kłódkę.

– Każdy dzieciak włamałby się do tego garażu w pięć sekund – powiedziała Annie z niesmakiem. – Idziemy, Doug. Jak wrócimy do komisariatu, przyślemy techników, żeby przeszukali błoto. Nie ma pośpiechu.

– Biedny Beddoes – rzekł Wilson, kiedy wycieraczki na przedniej szybie zaczęły pracować, a policyjne volvo zadrżało, budząc się do życia.

– Och, ja bym się nad nim tak nie użalała. To bmw wygląda mi na nowe. A traktor, jak sam powiedziałeś, także musiał sporo kosztować.

Annie usadowiła się możliwie najwygodniej na siedzeniu pasażera, przecierając zaparowaną boczną szybę. W przeciwieństwie do Banksa, który zawsze musiał mieć wszystko pod kontrolą, nie obchodziło jej, kto siedział za kierownicą. Sama nie lubiła prowadzić, zwłaszcza w taką pogodę. Poza tym bez względu na aurę w nawierzchniach dróg aż roiło się od dziur. „Ten tydzień nie zaczął się najlepiej” – pomyślała. Jeszcze nie minęło poniedziałkowe południe, a ją już bolały plecy, jedyne zaś, o czym marzyła, to wrócić do domu i ze stosem plotkarskich czasopism wziąć długą kąpiel w wannie.

Kiedy sierżant Winsome Jackman przyjechała na opuszczone lotnisko, przy bramie stał już zaparkowany policyjny radiowóz, a dwoje mundurowych – kobieta paliła papierosa – rozmawiało z mężczyzną stojącym po drugiej stronie drucianego ogrodzenia. Mężczyzna był wysoki i szczupły, miał na sobie kurtkę moro, nieprzemakalne spodnie, ciężkie buciory i baseballową czapkę – czarną z białą literą A z przodu. Był wyższy od Winsome, ale odrobinę się garbił i wspierał na lasce. Nie potrafiła stwierdzić, czy używał jej do spacerów, czy naprawdę była mu potrzebna. Przez czapkę z daszkiem trudno było określić, ile lat ma mężczyzna, ale wydawał się zbyt mody, żeby chodzić o lasce, chyba że miał jakiś wypadek. Obok niego spokojnie siedział pies rasy beagle, który widząc nadchodzącą Winsome, zaczął węszyć.

Posterunkowa w mundurze przedstawiła się i rzuciła niedopałek, gasząc go podeszwą buta. Dyspozytorka powiedziała Winsome przez telefon, że ktoś poinformował o znalezieniu plamy krwi w nieużywanym hangarze w pobliżu torów. Winsome musiała pojechać na miejsce, ocenić sytuację i rozważyć wszystkie za i przeciw wezwaniu grupy techników. Wiatr targał jej włosy i przeszywał do szpiku kości. Padający deszcz ziębił jak lodowaty prysznic.

– Co mamy? – zapytała Winsome.

– Zamknięte na kłódkę, proszę pani – powiedział policjant, pokazując bramę. – Nic pilnego, uznaliśmy więc, że najlepiej będzie, jak zaczekamy na panią.

Winsome popatrzyła na mężczyznę za płotem. Mimowolnie pomyślała, że wygląda jak ktoś uwięziony w obozie albo ośrodku. Miał w sobie coś z wojskowego, chociaż nie potrafiła powiedzieć, na czym opiera swoje przypuszczenie.

– Jak się pan tam dostał, panie…?

– Gilchrist. Terry Gilchrist. Kawałek dalej jest dziura. Ale nie polecam. Jest ciasna, poza tym pełno tam błota.

Gestem wskazał mocno ubrudzone kurtkę i spodnie. Winsome miała na sobie czarne dżinsy i zimowy płaszcz z paskiem, może nie najelegantszy z jej strojów, ale i tak nie zamierzała go pobrudzić. Jak się domyślała, dwojgu posterunkowych także nie uśmiechało się przeciskanie przez dziurę w płocie i brudzenie mundurów.

– Wiecie, kto jest właścicielem tego miejsca?

– Chyba rząd. Wchodzi pani?

Winsome westchnęła.

– Dobry policjant zawsze jest przygotowany – powiedziała i zawróciła do samochodu.

Otworzyła bagażnik, wyjęła latarkę i szczypce do cięcia metalu, po czym podeszła z powrotem do bramy. Przez płot podała Gilchristowi latarkę i jednym szybkim, mocnym cięciem rozerwała kłódkę, która z brzękiem spadła na beton. Z pomocą Gilchrista otworzyła bramę. Skrzydła bramy ze zgrzytem zaczęły sunąć po półokrągłych żłobieniach w popękanym betonie. „Chyba nie otwierano ich zbyt często – zauważyła w myślach Winsome – ale co jakiś czas na pewno. I chyba nawet całkiem niedawno, sądząc po wyglądzie żłobień”.

Gilchrist uśmiechnął się do niej.

– Dziękuję, że mnie pani uratowała – powiedział. – Już myślałem, że nigdy stąd nie wyjdę.

Winsome odwzajemniła uśmiech.

– Bo nie wyjdzie pan. Przynajmniej nie od razu.

Gilchrist odwrócił się.

– Proszę za mną.

Kiedy szedł w kierunku hangaru, z drepczącym mu przy nodze psem, jego laska stukała o twarde podłoże. Ze sposobu, w jaki kulał, Winsome mogła wywnioskować, że laska nie była na pokaz. Dlaczego więc jej używał? Miał wypadek? Był ranny na wojnie?

Winsome zatrzymała się w wejściu i przyjrzała hangarowi. Pomyślała, że gdyby zaszła taka konieczność, pomieściłoby się w nim kilka samolotów. Nie miała pojęcia, ile spitfire’ów czy lancasterów liczy eskadra, nie wiedziała nawet, czy hangar był używany w czasie wojny. Pamiętała, że jej dziadek ze strony matki walczył podczas drugiej wojny światowej i zginął gdzieś w Normandii niedługo po inwazji. Wątpiła, żeby razem z nim służyło wielu Jamajczyków – musiał być przerażony i bardzo samotny bez swoich pobratymców. W takich miejscach zawsze nachodziły ją podobne myśli.

Gilchrist stał na wybetonowanej posadzce, a pies zaczął machać ogonem. Winsome weszła do hangaru i stanęła obok mężczyzny. Zapaloną latarkę trzymała na wysokości oczu, świecąc na podłogę. Winston pokazał jej miejsce, gdzie na popękanym betonie widniała wielka ciemna plama kształtem przypominająca nieco Amerykę Południową. Rzeczywiście, wyglądała jak zakrzepła krew. Było można również wyczuć znajomą woń rozkładu. Winsome przykucnęła. W miejscu, gdzie znajdowałaby się Brazylia, zobaczyła kawałki kości i szarej materii przyklejone do szkarłatnej plamy. „Mózg” – pomyślała, sięgając po telefon. Może oboje się mylili, może to była zwykła farba albo rdza wymieszana z wodą, teraz jednak, kiedy ujrzała to na własne oczy, doskonale rozumiała, dlaczego Gilchrist zaniepokoił się dostatecznie mocno, żeby zawiadomić policję. Rzecz jasna, mogła to być także krew zwierzęcia, ale wystarczy proste badanie, żeby to stwierdzić.

Winsome wybrała numer na posterunek, wyjaśniła, w czym rzecz, poprosiła, żeby poinformować o wszystkim komendant Gervaise i przysłać Jasminder Singh, specjalistkę od plam krwi, a także posterunkową Gerry Masterson.

Kiedy posterunkowy Doug Wilson zaparkował za ubłoconą toyotą RAV4, Annie pomyślała, że gospodarstwo Lane’a wygląda o wiele skromniej od posiadłości Beddoesów. Frontowy ganek domu przypominał zasnuty pajęczynami składzik z wywróconymi na drugą stronę parasolami, kaloszami i kilkoma zardzewiałymi łopatami. Sam dom również był mniejszy i bardziej zaniedbany, w dachu brakowało kilku dachówek, a rynna, z której woda kapała do studzienki odpływowej, wisiała pod niebezpiecznym kątem. Podwórze było nieuporządkowane i otoczone mniejszą liczbą zabudowań gospodarczych. Wyglądały na stare i na pewno wymagały remontu. Jedna stodoła stała właściwie w ruinie. W powyginanym kojcu z drucianej siatki kilka wychudzonych kur dziobało coś na mokrej ziemi. Annie wątpiła, żeby Frank Lane trzymał w zamkniętym garażu traktor Deutz-Fahr Agrotron, mimo że garaż miał nawet kłódkę. Zastanawiała się, co tak naprawdę łączyło obu rolników. Beddoes powiedział niewiele, ale Lane musiał chyba zazdrościć nowemu sąsiadowi bogactwa. Może nawet żywił do niego urazę? A Beddoes – czy traktował pozostałych rolników z góry, czy też raczej pomagał im ze szczerego serca? Może uważali, że bogaty sąsiad tylko bawi się w gospodarza, podczas gdy dla nich był to naprawdę ciężki kawałek chleba. Sam zresztą o tym wspomniał. Doszła do wniosku, że w ostatecznym rozrachunku może to mieć znaczenie.

Wysiedli z samochodu i starali się omijać najgorsze błocko, które było chyba jeszcze bardziej grząskie od tego na podwórzu Beddoesa. Przynajmniej deszcz przeszedł w jednostajną mżawkę, a spomiędzy chmur tu i ówdzie wyglądało błękitne niebo. „Na nowy płaszcz nie wystarczy” – jak mawiał jej ojciec, ale może przynajmniej na niedużą chusteczkę.

Annie zastukała w drzwi, które otworzył im szeroki w barach mężczyzna po czterdziestce, w dżinsach i wymiętej koszuli. Miał wąsatą, ogorzałą twarz i Annie pomyślała, że tak właśnie powinien wyglądać prawdziwy rolnik. Lane, usatysfakcjonowany dokumentami, które mu pokazali, wpuścił ich do środka. Miał ciężkie, znużone ruchy, jakby latami zbyt ciężko pracował – może przez brak pomocy, a może dlatego, że doskwierały mu trudy życia. Uprawa roli była ciężką fizyczną pracą, codzienną wielogodzinną harówką, od której rzadko albo wcale nie było odpoczynku, chociaż – z drugiej strony – była to praca sezonowa, zależna od kaprysów pogody. Podczas gdy Beddoes wydawał się jednak silny i sprawny, przygarbiony Lane wyglądał na zmęczonego.

W salonie powietrze było ciężkie i zatęchłe, nie było czuć zapachu odświeżacza. Herbaty także im nie zaproponowano. Z każdego kąta wyzierało to samo zaniedbanie i niechlujstwo co na podwórzu.

Frank Lane sprzątnął jakieś gazety i zaprosił gestem, żeby usiedli na wysłużonej kanapie, sam zaś zajął fotel przy kominku, na którym to fotelu bez wątpienia zwykle zasiadał. Obok przepełnionej popielniczki stojącej na oparciu można było dostrzec wypalone papierosami dziury.

Gdy wszyscy w miarę możliwości już się rozgościli, a Doug Wilson wyjął długopis i notes, Lane popatrzył na Annie, wyraźnie dając do zrozumienia, żeby przeszli do rzeczy.

– Jesteśmy tu w sprawie traktora pańskiego sąsiada. Jak rozumiem, pan Beddoes poprosił, żeby miał pan na oku jego gospodarstwo w czasie, kiedy razem z żoną byli na wakacjach w Meksyku?

– No – powiedział Lane, zapalając papierosa. – Cholerny Meksyk. Też coś. Ale trudno mieć na wszystko oko, jeśli się nie mieszka na miejscu, co nie, a ja mam tu dość własnej roboty. Starałem się, jak mogłem.

– Nie wątpię – rzekła Annie. – Nikt pana nie obwinia. Ale jak pan sobie poradził? Co miał pan robić?

– Jeździłem tam co drugi dzień, karmiłem świnie i kury, sprawdzałem, czy wszystko jest pozamykane jak należy. Beddoes nie mówił, żeby pilnować tego traktora. Wyglądało, że wszystko jest w porządku.

– Jest pan bardzo dobrym sąsiadem.

Lane parsknął pogardliwym śmiechem.

– Dobrosąsiedztwo nie ma tu nic do rzeczy. Beddoes przyzwoicie mi zapłacił.

– Ach, rozumiem.

– Człowiekowi należy się zapłata za pracę. Zresztą on może sobie na to pozwolić.

– Kiedy był pan tam po raz ostatni?

– W sobotę. Na dzień przed ich powrotem.

– W niedzielę pan tam nie pojechał?

– Nie. Mieli wrócić z samego rana. Skąd miałem wiedzieć, że coś się tam porobiło z ich lotem? Nikt do mnie nie zadzwonił ani w ogóle.

– I w sobotę wszystko było w porządku?

– Tak. Inaczej coś bym chyba powiedział, no nie?

Annie westchnęła w duchu. „Znowu to samo”. Przyzwyczaiła się już do swarliwych i protekcjonalnych mieszkańców Yorkshire, co nie znaczyło, że przestało jej to przeszkadzać.

– O której to było godzinie?

– Późnym popołudniem. Koło piątej.

– Można więc założyć, że traktor skradziono po zmroku w sobotni wieczór?

– Jak odjeżdżałem o piątej, wszystko było pozamykane. To chyba jasne, że ukradli go w nocy, co nie?

– Był pan w domu w sobotę wieczorem?

– Zawsze jestem w domu, chyba że idę w pole. Może pani nie zauważyła, młoda damo, ale jest pora jagnienia, a jak się nie ma pomocy, to się pracuje całymi dniami i nocami. Te młode nie zawsze wiedzą, o której powinny przyjść na świat.

– Czy podczas tego tygodnia zauważył pan coś niepokojącego u Beddoesów? Coś słyszał? Może widział?

– Nie. Ale nie dziwota. Byliście tam, to wiecie, że mieszkamy trochę daleko od siebie. Co najmniej trzy kilometry, w prostej linii.

– Tak, ale chyba usłyszałby pan, dajmy na to, pracujący traktor, prawda?

Twarz Lane’a wykrzywił kpiący uśmieszek.

– Chyba nie myślicie, że tak po prostu do niego wsiedli i odjechali? Musieli go czymś wywieźć, jakąś ciężarówką czy coś.

– Ale musiałby być przy tym jakiś hałas? – zapytała Annie, zawstydzona swoją pomyłką. – Ciężarówka, furgonetka, laweta… Cokolwiek.

– No, ale czasem słychać ciężarówki albo samochody. Nawet traktory. Na wsi to normalne.

– W środku nocy?

– No, jak człowiek tak haruje, to w nocy śpi jak kłoda. Nie usłyszałbym anioła zagłady, jak trąbi. Powiedziałem, że nie słyszałem nic dziwnego, i tak było. Zgłosiłbym to chyba, co nie?

– Co pan robił w sobotę wieczorem?

– Oglądałem telewizję, jak mi się wreszcie udało. Zresztą to nie wasza sprawa. Potem spałem.

– Może pani Lane coś słyszała?

Lane prychnął.

– Musiałaby mieć nadludzkie zdolności. Jest u swojej matki, w Whitby.

– Och. Jej matka choruje?

– Nie. A szkoda. Stara jest zdrowa jak koń. I zmierzła.

– To znaczy, że żona pojechała do niej na wakacje?

– Chyba można tak powiedzieć. – Znowu prychnął. – Takie dłuższe.

Annie westchnęła.

– Proszę pana – powiedziała – próbuję tylko ustalić fakty.

– Dobra, fakty, choć to nie wasza sprawa. Nie ma jej. Odeszła. Dała nogę. Zwiała. Krzyżyk na drogę. Nie będzie jej już ze dwa lata, a ta stara nie chce jej puścić. I dobrze. Niech ma za swoje.

– Przykro mi to słyszeć.

– Nie ma potrzeby – warknął Lane z pociemniałą twarzą. – Bo mnie nie. Nie wiem tylko, jak się to ma do traktora Beddoesa.

– Próbujemy ustalić okoliczności, o ile to możliwe, proszę pana – wtrącił się Doug Wilson. – To rutynowa procedura.

Lane popatrzył na niego obojętnie.

– Mówił już ktoś panu, że wygląda pan jak ten gość, co grał Harry’ego Pottera?

Wilson zaczerwienił się jak burak.

– Oglądał je pan z synem, tak? – zapytała Annie. – Filmy o Harrym Potterze?

– Syna mi w to nie mieszajcie.

– Jest tutaj? Możemy z nim porozmawiać? Może on coś słyszał?

Lane ze złością zdusił papierosa w popielniczce. Na tapicerkę poleciały iskry. „Zakrawa na cud, że już dawno nie puścił wszystkiego z dymem” – przemknęło Annie przez myśl.

– Już tu nie mieszka. Mówi, że to nie miejsce dla młodego człowieka. Nic do roboty, tylko nuda. Zaczynam myśleć, że może ma rację.

– Czym się w takim razie zajmuje? – nie ustępowała Annie.

– Mnie nie pytajcie. Mieszka w mieście. Zachciało mu się być na swoim. Nic nie poradzę, że się zapija na umór, jak oni wszyscy, albo pali ecstasy.

Annie powstrzymała się, żeby mu nie powiedzieć, że ecstasy się nie pali. Nie chciała jeszcze bardziej go rozdrażnić.

– Czy pana syn ma do czynienia z narkotykami?

– Mnie o to nie pytajcie. Nie zwierza mi się.

– Sam pan o tym wspomniał.

– Bo wy coś gadaliście. Nie miałem nic na myśli. Może ma, może nie ma. Nic mnie to zresztą nie obchodzi.

Annie mu nie uwierzyła. Wyczuwała, że pod płaszczykiem gniewu i agresji Lane’a kryją się smutek, żal i poczucie winy. Może nawet miłość. Ale czuła także, że ta złość i ten żal nad samym sobą sięgają głęboko. Z doświadczenia wiedziała, że ludziom brak cierpliwości, często również wiedzy, żeby przedrzeć się przez pokłady czyjejś agresji i opryskliwości do kryjących się pod nimi dobroci i braku pewności siebie. Czasem może i próbowali, szybko jednak dochodzili do wniosku, że życie jest za krótkie, szacują więc straty i wycofują się, szukają kogoś innego, bardziej otwartego, łatwiejszego w obejściu. Może tak właśnie zrobili żona i syn Lane’a.

– Jak się nazywa? – zapytała Annie.

– Na chrzcie daliśmy mu Michael, ale mówią na niego Mick. A o co chodzi?

– Z tego, co wiem, jakiś czas temu miał kłopoty. Chodziło o jakąś kradzież samochodu?

– Głupi gnojek. Ale to właściwie nic takiego. Burza w szklance wody.

– Mimo to dostał wyrok w zawieszeniu.

– Dzisiaj każdemu dzieciakowi za byle co dają zawieszenie. Ale to nic nie znaczy. Dawniej to było zachowanie antyspołeczne. Dziś nazywa się jakoś inaczej. Trzeba odpracować społecznie.

– Ile syn ma lat?

– Dziewiętnaście.

– Gdzie dokładnie mieszka w Eastvale?

– Nie znam numeru, ale to jeden z tych wieżowców. Paskudne osiedle. Jakby nie miał porządnego domu. Zdaje się, że mieszka z jakąś wywłoką.

Annie wiedziała, o którym osiedlu mówi Lane. Osiedle East Side Estate było najstarsze i cieszyło się najgorszą opinią w mieście. Bez trudu powinni tam znaleźć Micka Lane’a.

– Mieszka z kobietą?

– Tak mówi.

– Z kim?

– Nie wiem. Nie przyprowadził jej do domu na herbatkę. Ale jeśli mieszka w komunalce, to chyba musi być puszczalska, co nie?

Annie znała East Side Estate i niektórych tamtejszych mieszkańców, co jednak nie znaczyło, że zgadzała się z opinią Lane’a.

– Widuje pan Micka?

– Czasem wpada.

– Ma samochód?

– Używanego peugeota. Zdezelowany grat.

– Kiedy był tutaj po raz ostatni?

– Ze dwa tygodnie temu.

– Pracuje? – zapytała Annie.

– Nie wspominał.

– Potrafi coś konkretnego?

– No, w gospodarstwie nie było z niego pożytku, to na pewno. Och, umiał pracować fizycznie, do owiec także miał rękę, nieźle strzygł i w ogóle. Ale nie miał rolnictwa we krwi. Za leniwy. Umie rysować i malować, to mu trzeba przyznać. Tylko na co to komu?

Annie zaczynała mieć dość Franka Lane’a. Jej ojciec, Ray, był artystą i rysowanie czy malowanie było dla niego bardzo ważne. Annie także szkicowała i malowała, chociaż traktowała to wyłącznie jako hobby, podobnie jak Beddoes pracę na roli.

– Jak pan sobie radzi całkiem sam, bez żony i syna?

– Jakoś daję radę. Nie przeszkadza mi, że jestem sam. Mam ciszę i spokój. Ale muszę płacić, kiedy potrzebuję pomocy, co nie? Dokładam z oszczędności, choć niewiele już tego zostało. To nie jest robota dla jednego człowieka, zwłaszcza jak są żniwa albo kiedy trzeba siać czy strzyc owce. Albo jak jest jagnienie.

– To musi być ciężkie życie.

Lane stęknął i zapalił kolejnego papierosa.

Annie zakaszlała. Nie zareagował.

– Jak się panu układa z Johnem Beddoesem? – zapytała.

Po raz pierwszy Lane namyślił się, zanim odpowiedział.

– Beddoes jest w porządku – powiedział burkliwie. – Jak na amatora, znaczy się. Ma się za nie wiadomo kogo, ale właściwie nie ma się do czego przyczepić. Ani do tej jego żony, Patricii. Zawsze byli dla mnie dobrzy, odkąd Katie odeszła. Nie ich wina, że mają w życiu lepiej.

– To znaczy?

– Są tu nowi, co nie? Miastowi. Przyjechali dopiero siedem lat temu. – Potarł kciuk palcem wskazującym. – Rolnik dżentelmen. Hobbysta. Ale strasznie się o to wkurza. Uważa, że ludzie patrzą na niego z góry. Może i tak. Ja się do takiego życia wychowałem. To gospodarstwo należało do mojego ojca, a przedtem do jego ojca. I tak dalej. John Beddoes kupił zabudowania i grunty od Neda Fairbairna, jak ten już sam sobie nie radził. Nic w tym złego. Czasy się zmieniają. Sam zresztą dokupiłem trochę ziemi, za dobrą cenę. Ale nie zaszkodzi mieć trochę pieniędzy na boku, co nie?

– Jakich pieniędzy?

– Beddoes był jakąś szychą w City. Bankier, broker giełdowy… czy co oni tam robią. Duże pieniądze. Banda złodziei, jeśli o mnie chodzi. Dobrze mi zapłacił, żebym popilnował jego gospodarstwa, a pieniądze mi się przydadzą. Szkoda tego traktora, ale nic nie mogłem poradzić, chyba że stać na warcie przez cały tydzień. Wypasiony traktor i w ogóle. Sam się prosił o kłopoty, jak nic. Bóg wie, do czego właściwie był mu potrzebny. – Wymierzył gruby paluch w Annie. – Wy powinniście zwracać większą uwagę na przestępstwa. Jak często widać tu radiowóz?

– Robimy, co w naszej mocy, proszę pana – powiedziała Annie. – Ale to trochę jak z pracą na roli: brakuje nam ludzi, a mamy pod kontrolą bardzo duży obszar.

– No, niby tak… ale coś trzeba z tym zrobić.

– Czy Beddoesowie mają dzieci? – zapytała Annie.

– Nigdy o żadnych nie wspominali.

W zasadzie zostało powiedziane już wszystko. Wilson schował notes i ruszyli do drzwi. Lane tkwił nieruchomo w swoim fotelu i paląc papierosa, gapił się przed siebie. Nie pożegnał ich.

– Cóż, miło było – powiedziała Annie, kiedy samochód, podskakując, wyjeżdżał na drogę.

Wtedy zauważyła coś, na co wcześniej nie zwróciła uwagi: kilka rzędów czegoś, co wyglądało jak martwe myszy przybite gwoździami do drewnianego płotu. Przyjrzała się lepiej i stwierdziła, że truchła są za duże jak na myszy. Drgnęła z obrzydzenia. Może to szczury?

– Co to jest, do cholery? – zapytała Wilsona, znanego eksperta od wszystkiego, co miało związek z Yorkshire.

– Krety – powiedział, odwracając się ku niej z uśmiechem. – Łapacz kretów tak je przybija.

– Dobry Boże. Dlaczego?

– Żeby pokazać, że wykonuje swoją robotę – wyjaśnił Wilson. – I oczywiście jako ostrzeżenie.

– Ostrzeżenie? Dla kogo?

– Dla innych kretów.

Terry Gilchrist mieszkał w starym domu robotnika rolnego jakieś sto metrów na zachód od miasteczka Drewick, od którego odgradzał go spłachetek pola podzielonego na działki zabudowane szklarniami i szopami. Gilchrist miał własny ogród, zadbany – co Winsome mogła ocenić przez okno – chociaż wszystko uginało się pod strugami deszczu i chwiało w porywach wiatru. Leżące za działkami Drewick, pomijając normański kościół z kwadratową wieżą i kilka rezydencji z wapienia i otoczaków, było w zasadzie miejscowością w całości zbudowaną po wojnie, leżącą w połowie drogi między Northallerton i Thirsk, w której oprócz domów znajdowały się pojedyncze sklepy, świetlica i pub. Większość budynków była wzniesiona z czerwonej cegły, z dachami z czerwonej dachówki, głównie bungalowów i bliźniaków, prostopadle do głównej ulicy stało zaś kilka krótkich rzędów domów szeregowych. Z domu Gilchrista do hangaru było może półtora kilometra i Winsome uznała, że lepiej będzie się im rozmawiało u niego niż na wietrze i deszczu. Posterunkowym z radiowozu kazała pozostać na miejscu do czasu przyjazdu Gerry i Jasminder.

Gilchrist wziął od niej płaszcz i zaproponował filiżankę herbaty, co Winsome przyjęła z wdzięcznością. Widziała, jak wstając, skrzywił się z bólu, zaproponowała więc, że mu pomoże.

– Może ja to zrobię?

– Nie, przywykłem, dziękuję bardzo.

Winsome wyjęła notes i czekając, aż gospodarz wróci, przygotowała sobie kilka pytań. Po chwili zjawił się z imbrykiem i kubkami, a kiedy nalewał herbatę, Winsome przyjrzała mu się z bliska. Zauważyła, że jest znacznie młodszy, niż można było sądzić po jego kalectwie. Przez wojnę się postarzał. Szaleństwo Blaira zaczęło się w 2003 roku od inwazji na Irak, fiasko w Afganistanie było jeszcze wcześniej. Jeśli Gilchrist brał w tym udział jako młody człowiek, powiedzmy od 2000 roku, to teraz musiał być między trzydziestką a czterdziestką. Trudno było dokładniej ocenić jego wiek. Miał gęstą czuprynę jasnych włosów, mocno zarysowaną szczękę i przejrzyste niebieskie oczy. Był nawet wyższy od Winsome i trzymał się po wojskowemu, choć także lekko się garbił, no i kulał. Wydawał się odrobinę nieśmiały, ale miał w sobie coś solidnego i budzącego zaufanie, Winsome czuła się więc w jego obecności bezpiecznie. Co prawda rzadko odczuwała zagrożenie, tym razem jednak była tego absolutnie pewna, do czego raczej nie przywykła. Stwierdziła, że się zastanawia, czy Gilchrist wstydzi się swojego kalectwa, czy to przez nie sprawia wrażenie nieśmiałego i skrępowanego. Napiła się herbaty earl grey i przeszła do sedna.

– Czy wcześniej widział pan coś dziwnego w hangarze?

Gilchrist poklepał psa.

– Nawet tym razem niczego takiego nie zauważyłem. Spuściłem Peaches ze smyczy, ale nie chciała wrócić. Ponieważ nigdy się tak nie zachowuje, poszedłem po nią.

– Poprzednio nigdy się to nie zdarzyło?

– Nie.

– Od jak dawna pan tu mieszka?

Gilchrist rozejrzał się po pokoju.

– Wychowałem się tutaj. Dom należał do moich rodziców. Zginęli, kiedy byłem za granicą. Wypadek samochodowy. Ironia losu, nie uważa pani? Ja gdzieś w świecie staram się unikać kul, ich zaś zabija pijany kierowca, który wychodzi ze wszystkiego bez szwanku. – Wzruszył ramionami. – Cóż. Jestem jedynakiem. Hipoteka została spłacona. Dom odziedziczyłem.

Kiedy mówił o ironii losu, w jego głosie pobrzmiewały jednocześnie gniew i rezygnacja. Winsome znała kilku żołnierzy, którzy po bitewnych przeżyciach odsunęli się od ludzi, Gilchrist jednak zdawał się do nich nie należeć – był po prostu zraniony i zły. Podjęła przerwaną rozmowę.

– Kiedy wrócił pan z…

– Afganistanu. Prowincja Helmand. Potrafię o tym mówić. Nieco ponad rok temu.

– Jak często wyprowadza pan Peaches w okolice lotniska?

– Co jakiś czas, może raz na tydzień czy coś koło tego.

– Wiedział więc pan o dziurze w ogrodzeniu?

– Tak. Wydaje mi się, że była tam od zawsze. Sam kiedyś tam się bawiłem i widziałem, jak miejscowe dzieciaki przez nią przełażą. Ale one zawsze wszędzie włażą, prawda? Nie robią nic złego. Młodsi grają w krykieta, starsi wypijają po kilka puszek taniego piwa, całują się i obściskują z dziewczynami. Dokąd mają pójść, biedaki? Nie wyrządzają żadnej szkody.

– Może działo się tam coś jeszcze? Jakiś bijatyki czy nawet ustawki? Na przykład walki kogutów?

Gilchrist pokręcił głową.

– Nigdy nic takiego nie widziałem i o niczym podobnym nie słyszałem. Ale raz czy dwa widziałem, jak wjeżdżają tam ciężarówki i po jakimś czasie wyjeżdżają. Poza tym nic.

– Ciężarówki? Od kiedy?

– Od jakiegoś roku. Odkąd mieszkam tu sam.

– Jak często?

Gilchrist namyślał się przez chwilę.

– Może trzy, cztery razy w ciągu roku. To się nie dzieje regularnie.

Winsome pomyślała, że Gerry Masterson może sprawdzić, jakie firmy korzystają z lotniska i hangaru. Jeśli okaże się to konieczne.

– Uważa pan, że miejsce jest własnością rządu.

– Tylko tak przypuszczam. Choć w zasadzie nie mam pojęcia. Wiem jedynie, że podczas ostatniej wojny była to baza sił powietrznych. Jesteśmy na skraju doliny Mowbray, okolica jest płaska, wtedy nie było tu właściwie drzew. Posadzili je dopiero w latach pięćdziesiątych, kiedy budowano Drewick, chyba po to, żeby odgrodzić miasteczko od torów. Kilka lat temu mówiło się, że mają tutaj budować kolejne domy, teraz podobno ma być centrum handlowe. Według mnie ludzie nie chcą mieszkać tak blisko torów. To dość ruchliwa linia. Do Londynu albo do West Country w Szkocji. Centrum handlowemu to jednak nie przeszkadza, prawda?

Winsome dość często korzystała z pociągów East Coast. Pomyślała, że mnóstwo osób mieszka przy torach kolejowych, widywała przecież mijane podwórka z klatkami dla królików, zaniedbane szopy z czerwonej cegły, pranie rozwieszone na sznurach i stare opony na drzewach. Ale może Gilchrist miał rację i takie miejsca przestały być atrakcyjną lokalizacją dla nowych osiedli. Centrum handlowe ma więcej sensu. Na uboczu, gdzie hałas nie stanowi problemu.

Na razie wyczerpała już wszystkie pytania, które miała do Gilchrista, przynajmniej do czasu, kiedy będzie wiedziała coś więcej na temat ewentualnych zdarzeń w hangarze. Dopijając herbatę, pogawędziła z nim jeszcze chwilę, po czym stwierdziła, że powinna wrócić na lotnisko, żeby spotkać się z kolegami. Gilchrist pomógł jej założyć płaszcz – kiedy bez trudu wsuwała ręce w rękawy, pomyślała, że miło jest być traktowaną w ten sposób.

Rozdział 2

Banks miał wrócić do pracy dopiero we wtorek, ale w poniedziałek rano niecierpliwość kazała mu wziąć taksówkę i prosto z lotniska Durham Trees Valley pojechać do komendy policji w Eastvale. Po drodze podrzucił Orianę do domu. Spędził przemiły weekend w wiosce nad Jeziorem Trazymeńskim, gdzie razem z Orianą i jej liczną włoską rodziną podziwiali wyspę Polvese. Rodzice Oriany – tak jak ona – mieszkali w Yorkshire, ale w wiosce w Umbrii było mnóstwo ciotek, wujków, bratanków, bratanic i kuzynów. Banks i Oriana przez większość czasu objadali się świeżo złowionymi rybami, rozmawiali, pili miejscowe wino Montefalco i chodzili na długie spacery brzegiem jeziora albo po okolicy, wśród gajów oliwnych, winnic i wijących się potoków.

A teraz znaleźli się z powrotem w mokrym i wietrznym Yorkshire.

W gabinecie Banks rzucił bagaż i powiesił płaszcz przeciwdeszczowy. Na wyjazd zabrał ze sobą niewielką weekendową torbę, do której zapakował ubrania i przybory toaletowe, a także zniszczoną skórzaną saszetkę, w której miał najważniejsze rzeczy – iPoda, komórkę, książkę, notes, długopis, kilka czasopism, portfel i klucze. W biurze nie było dla niego żadnych wiadomości i wszystko wyglądało tak samo jak w czwartek, kiedy je opuścił. Nietypowo cichym jak na tę porę korytarzem poszedł do pokoju detektywów, gdzie znalazł tylko posterunkową Gerry Masterson piszącą coś na klawiaturze komputera.

– Gerry, co słychać?

– Wcześnie pan wrócił. Wszystko w porządku?

– Jak najlepszym. Przyjechałem prosto z lotniska. Skoro wróciłem, pomyślałem, że równie dobrze mogę przyjść i sprawdzić, czy coś się działo pod moją nieobecność.

– Jest pan tytanem pracy, nadinspektorze.

– Gdzie są wszyscy?

– W tej chwili? Trudno powiedzieć.

– Wystarczy ogólnie. Dzieje się coś konkretnego?

Gerry odchyliła się na krześle i splotła ręce za głową. Bujne rude prerafaelickie włosy miała spięte, żeby nie przeszkadzały jej w pracy.

– W zasadzie nic – powiedziała. – Ściślej rzecz biorąc, mamy jeden skradziony traktor, czym zajmują się inspektor Cabbot i posterunkowy Wilson, i tajemniczą plamę krwi, którą bada sierżant Jackman.

– Rzeczywiście, przestępstwa ciężkie. – Banks przyciągnął sobie puste krzesło Douga Wilsona i usiadł twarzą do biurka Gerry. – Powiedz coś więcej.

– Ale nie bardzo jest co, sir. Minął się pan z Dougiem. Wpadł na chwilę, żeby sprawdzić jakieś nazwiska w związku ze skradzionym traktorem. Szukają niejakiego Micka Lane’a.

– Pierwsze słyszę.

– Jego tatuś jest sąsiadem pana Beddoesa, któremu skradziono traktor.

– Robi się coraz ciekawiej.

Gerry się roześmiała.

– Tak jest, nadinspektorze. Może trzeba było zostać w Umbrii?

– Dobrze by było. A co z tą plamą krwi?

– Terry Gilchrist twierdzi, że znalazł ją podczas spaceru z psem. Komendantka wysłała sierżant Jackman do zbadania sprawy.

– Pani komendant jest u siebie?

– Ma spotkanie w kwaterze głównej hrabstwa. – Zadzwonił telefon Gerry. – Przepraszam, sir.

– Jasne.

Banks wstał i wrócił do siebie, rozmyślając, którym z poważnych przestępstw popełnionych podczas jego nieobecności musi zająć się osobiście. Skradzionym traktorem czy tajemniczą plamą krwi? Traktor nie był pierwszym kosztownym sprzętem rolniczym skradzionym w ciągu kilku ostatnich miesięcy, jak dotąd jednak nie mieli żadnych konkretnych tropów. Może ten chłopak, Lane, o którym wspomniała Gerry, doprowadzi ich do przełomu w sprawie?

Chwilę później Gerry zajrzała do jego gabinetu.

– Wiadomość z centrali, sir. Sierżant Jackman dzwoniła właśnie z tego opuszczonego lotniska koło Drewick, po drugiej stronie autostrady A1.

– Wiem, gdzie to jest – powiedział Banks.

– Wygląda na to, że nasz ekspert amator od plam krwi miał rację. W tym starym hangarze Winsome znalazła coś, co wygląda na zakrzepłą krew. Wysłali tam już więcej radiowozów, pani Singh również jest w drodze.

– Dobrze – rzekł Banks, chwytając płaszcz i saszetkę. – To pewnie jakiś lis czy inne zwierzę, ale i tak wolę tajemniczą krew od skradzionego traktora. Na co czekamy?

Annie ustaliła, że Mick Lane został aresztowany półtora roku temu za kradzież samochodu, którym postanowił się przejechać, w wyniku czego powstały szkody wycenione na dwa tysiące funtów. Nie był to żaden wypasiony traktor, tylko zwykła zdezelowana honda, ale i tak – według Annie – warto było się dokładniej przyjrzeć Mickowi Lane’owi. Ponieważ miał wtedy siedemnaście lat i był to jego pierwszy konflikt z prawem, został skazany na prace społeczne i dozór sądowy. Wyglądało na to, że wyciągnął odpowiednie wnioski i jak na razie nie popełnił żadnego przestępstwa. Albo go nie złapali. Ponadto – jak wyjaśnił jego kurator – Mick Lane mieszkał obecnie na East Side Estate z dwudziestoczteroletnią Alex Preston, która miała na koncie czteroletni wyrok za kradzież w sklepie i ośmioletniego syna Iana. Kurator nie potrafił powiedzieć, czy dalej uprawia złodziejski proceder, ale w komisariacie jej nazwisko nie było znane. Może przy Micku sporządniała?

Doug zatrzymał samochód przed blokiem mieszkalnym na East Side Estate i Annie pomyślała, że w deszczu osiedle prezentuje się lepiej. W słońcu byłoby zbyt brudne, zbyt jaskrawe i zbyt zdewastowane. Budynek, wraz z drugim identycznym, został naprędce zbudowany za pierwszych rządów premiera Wilsona, w okresie prosperity, kiedy „postęp” i „biała gorączka technologii” były kluczowymi pojęciami w polityce. Z architektonicznego punktu widzenia jedyne, co można było powiedzieć o tych blokach, sprowadzało się do stwierdzenia, że jeszcze stały. Ze społecznego zaś – wielu tego żałowało. Szczęśliwie nie zbudowano ich więcej i miały tylko po dziesięć pięter. Choć Eastvale było pięknym miastem targowym i atrakcją turystyczną, leżało nieco na uboczu Parku Narodowego Yorkshire Dales, nie obowiązywały w nim więc surowe przepisy budowlane, inaczej bowiem osiedla East Side Estate nie byłoby w ogóle, a już na pewno nie powstałyby te dwa obskurne wieżowce. Turyści nie powinni oglądać czegoś tak koszmarnego.

– Założyć blokadę kierownicy? – zapytał Doug.

– Nie – odparła Annie. – Nie ma sensu zawracać sobie głowy. Jak ktoś będzie chciał się przejechać policyjnym wozem, blokada na pewno mu w tym nie przeszkodzi. Tutaj każdy ma przecinak.

– Wolnego, szefowo – powiedział Wilson. – Wychowałem się na takim osiedlu. Źle się wyrażasz o środowisku, z którego pochodzę. Możesz za to beknąć. To nie jest politycznie poprawne.

– Przepraszam. Mówisz poważnie? Byłam pewna, że wychowałeś się na wsi. Dużo wiesz o łapaczach kretów i tak dalej.

– Rozpoznaję teren. Wiele rzeczy mnie interesuje.

– Naprawdę mieszkałeś na takim osiedlu?

– Gorszym. – Wilson poprawił okulary na nosie. – W Sheffield. Po co miałbym kłamać? Choć nie ma się również czym chwalić. A tak szczerze, nie było aż tak źle, jak niektórzy myślą. Mieliśmy szczęście. Trafili się nam przyzwoici sąsiedzi. Gdyby ktoś potrzebował, ściągnęliby z grzbietu ostatnią koszulę, serio. Albo przynajmniej z czyjegoś.

Annie się roześmiała.

– Idziemy.

Weszli do budynku i nacisnęli przycisk windy.

– Gdyby to był film – powiedziała Annie – winda by nie działała i musielibyśmy drapać się na ósme piętro obok szukających zwady naćpanych ziomali z nożami.

– Gdyby zaś działała – rzekł Wilson – byłaby cała w graffiti i cuchnęłaby moczem.

Winda zatrzymała się, dygocząc, i drzwi się rozsunęły. W środku cała była pokryta graffiti i cuchnęła moczem. Mimo to wsiedli do niej. Annie zatkała ręką nos i nacisnęła przycisk z numerem osiem. Drzwi się zamknęły, ale winda ani drgnęła. Annie spróbowała jeszcze raz. W dalszym ciągu nic. Poczuła, jak ogarnia ją panika – zawsze cierpiała na lekką klaustrofobię – na szczęście jednak przycisk otwierania drzwi zadziałał, wysiedli więc i schodami ruszyli w górę. Na piątym piętrze musieli przepchnąć się przez bandę zakapturzonych ziomali. Mijając ich, usłyszeli, jak któryś powiedział coś o Harrym Potterze i cała reszta ryknęła śmiechem. Wilson poczerwieniał na twarzy i zrobił ruch, jakby chciał zdjąć okulary. Annie przytrzymała go za łokieć, żeby przypadkiem nie odwrócił się i nie przyłożył żartownisiowi.

– Dougal, nie warto. Daj spokój. To na pewno przez te okulary.

– Jasne, szefowo – odparł przez zaciśnięte zęby. – Chyba umówię się jutro do optometrysty, żeby mi dobrał soczewki kontaktowe.

– To na pewno pomoże – zgodziła się Annie. – Może powinieneś zrobić też coś z włosami, no i pozbyć się różdżki…

Wilson obrócił się, żeby zmierzyć ją wściekłym spojrzeniem, zaraz jednak twarz rozpromieniła mu się w uśmiechu.

– Jasne. Tym również się zajmę.

– Jesteśmy – powiedziała Annie. – Ósme piętro.

Szli balkonem między oknami i drzwiami a sięgającą pasa balustradą, obok rowerów bez kół, wózków i porzuconej lodówki, niemal blokujących przejście. Annie musiała jednak przyznać, że widok, jaki się stąd rozpościerał, był przepiękny. Spoglądając na zachód, wzrok sięgał daleko za tory kolejowe prowadzące do Eastvale: ku ruinom zamku, rynkowi, wodospadom i – jeszcze dalej – ku Hindswell Woods i zboczom dolin, teraz szarych od deszczu i mgły. Było również widać „ulicę milionerów” w Eastvale, przy której mieszkała nowa dziewczyna Banksa, Oriana, a ludzie płacili grube miliony za taki sam widok jak stąd. I oczywiście za duży dom. I może za nieco więcej ciszy i spokoju, no i za mniejszą przestępczość.

Annie zapukała do drzwi. Chwilę później drzwi się uchyliły, przytrzymywane przez łańcuch, i przez szparę wyjrzała młoda kobieta, marszcząc czoło.

– O co chodzi? Czym mogę służyć?

– Alex Preston?

Kobieta skinęła głową.

– Policja – powiedziała Annie, pokazując legitymację. – Możemy wejść i chwilę porozmawiać?

– Chodzi o Iana? Nic mu się nie stało? A może o Michaela? Jakieś złe wieści?

– Dlaczego tak pani myśli? O ile mi wiadomo, nic się nikomu nie stało.

– Całe szczęście.

Kobieta zdjęła łańcuch i otworzyła drzwi. Wchodziło się wprost do salonu.

Annie podejrzewała, że wobec mieszkańców East Side Estate żywi takie same uprzedzenia jak każdy, może z wyjątkiem Franka Lane’a – pracując w policji, ma się w takim wypadku klapki na oczach – zdumiała się więc, widząc czystość i porządek panujące w niewielkim mieszkanku. Alex Preston wyraźnie robiła, co mogła, dysponując dość ograniczonymi środkami. Meble, chociaż niedrogie, były względnie nowe, wyczyszczone i zadbane, na ścianach w gustownym pastelowym odcieniu tu i ówdzie wisiały ładnie wyeksponowane reprodukcje zdjęć. Powietrze pachniało sosnowym odświeżaczem. W pokoju rzucał się w oczy przede wszystkim telewizor z płaskim ekranem, ale stał skromnie w kącie, nie zawadzając. Była także elektryczna imitacja kominka z płonącymi węglami, na której ustawiono ramki z fotografiami uśmiechniętego chłopca. Było ponadto kilka zdjęć Alex w towarzystwie młodego mężczyzny, zapewne Micka Lane’a.

Wszystko to nie uśpiło rzecz jasna uprzedzeń Annie, podobnie jak jej podejrzliwej natury. Zaczęła się zastanawiać, jakim cudem i skąd Alex Preston i Mick Lane brali na to wszystko pieniądze.