Mroczna Wieża VII: Mroczna Wieża - Stephen King

Mroczna Wieża VII: Mroczna Wieża

0,0

Członkowie ka-tet zostają rozdzieleni. Pere Callahan toczy w nowojorskim Dixie Pig swój ostatni bój z wampirami. Susan jest świadkiem narodzin potwornego Mordreda i widzi, jak przeistaczające się w pająka niemowlę pożera Mię – własną matkę. Roland i Eddie utknęli w innym świecie –  Maine, 1977 – i bardzo pragną połączyć się z resztą ka-tet.

Dodaj komentarz


Ostatni tom cyklu. Cała seria zapada mocno w pamięć, a w przypadku tego tomu nie jest inaczej. Oczywiście można się tu dopatrywać mniej ciekawych momentów, jednak aby wychwycić kunszt Stephena Kinga trzeba patrzeć na całość cyklu. Zarówno świat, jaki i bohaterowie których stworzył sa niezwykle fascynujący i przyciągają na długie chwile. Polecam wszystkim wielbicielom twórczości autora i fanom Mrocznej Wieży.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

O książce

Roland i jego ka-tet zostają rozdzieleni. Père Callahan toczy swój ostatni bój z wampirami; Susannah jest świadkiem narodzin potwornego Mordreda, a Roland i Eddie utknęli w Maine lat 70.

Po uwolnieniu się od prześladowców Roland wraz z towarzyszami wyrusza do zamku Karmazynowego Króla. Po drodze muszą stoczyć walkę z załogą więzienia Algul Siento, która chce zniszczyć ostatnie Promienie, by doprowadzić do zawalenia się Mrocznej Wieży.

Czy u celu swej wędrowki Roland odnajdzie sens istnienia? Czy kres jego podróży będzie zarazem początkiem?

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa – odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. – powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.com
www.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDER
DOLORES CLAIBORNE
GRA GERALDA
DESPERACJA
REGULATORZY
SKLEPIK Z MARZENIAMI
BEZSENNOŚĆ
ZIELONA MILA
MARZENIA I KOSZMARY
KOMÓRKA
CZWARTA PO PÓŁNOCY
CHUDSZY
TO
BASTION
OCZY SMOKA
PO ZACHODZIE SŁOŃCA
CZTERY PORY ROKU
UCIEKINIER
CZARNA BEZGWIEZDNA NOC
CUJO
PODPALACZKA
ROK WILKOŁAKA
MROCZNA POŁOWA
WOREK KOŚCI
DZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONA
NOCNA ZMIANA
ŁOWCA SNÓW
OSTATNI BASTION BARTA DAWESA
BLAZE
PAN MERCEDES
ZNALEZIONE NIE KRADZIONE

MROCZNA WIEŻA

ROLAND
(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)
POWOŁANIE TRÓJKI
ZIEMIE JAŁOWE
CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ
WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA
WILKI Z CALLA
PIEŚŃ SUSANNAH
MROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCA
DŁUGA DROGA DO DOMU
ZDRADA
UPADEK GILEAD
BITWA O JERICHO HILL
POCZĄTEK PODRÓŻY
SIOSTRZYCZKI Z ELURII
BITWA O TULL

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe Hill
W WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’Nan
TWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:
THE DARK TOWER VII: THE DARK TOWER

Copyright © Stephen King 2004
All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2006

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: Vincent Chong

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-281-9

Wydawca
WYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.
Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa
www.wydawnictwoalbatros.com
Facebook

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em.eu

Ten, kto mówi, a nikt go nie słucha, jest niemy.

Tak więc, Wytrwały Czytelniku, ta ostatnia księga cyklu
Mrocznej Wieży

Jest zadedykowana Tobie.

Długich dni i przyjemnych nocy.

Nic nie słychać? Choć gwar dokoła? Wzrastał przecież

Jak gdyby dźwięk dzwonu. Wymieniał mi imiona

Wszystkich awanturników przepadłych, mnie podobnych –

Jaki ten był silny, tamten jaki zuchwały,

Jakie ów miał szczęście – a każdy już zgubiony!

Zgubiony! Dźwięk jeden – lata klęsk mi obwieścił.

I oto tam stali rzędem na stoku – zebrani,

By i na mój koniec patrzeć – żywa rama

Do jeszcze jednego portretu; w blasku łuny

Ujrzałem ich wszystkich i poznałem. A jednak,

Wciąż nieustraszony, do ust mój róg podniosłem

I zadąłem: „Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął”.

Robert Browning
Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął

Urodziłem się

Z sześciostrzałowcem w dłoni

I z bronią

Stać będę, aż przyjdzie koniec

Bad Company

Kim się stałem?

Mój przyjaciel najlepszy

Jak wszyscy, których znałem

Odchodzi, by nie wrócić

Zabierzcie sobie pospołu

Moje imperium popiołu

Ja każdego zawiodę

Ja każdego zranię

Trent Reznor

CZĘŚĆ PIERWSZA
MAŁY CZERWONY KRÓL
DAN-TETE

Rozdział 1
CALLAHAN I WAMPIRY

1

Ojciec Don Callahan był niegdyś katolickim proboszczem w miasteczku zwanym Salem, którego nie ma już na żadnej mapie. Nie przejmował się tym. Takie koncepcje jak rzeczywistość przestały mieć dla niego znaczenie.

Były kapłan trzymał teraz w dłoni dziwny artefakt, figurkę żółwia wyrzeźbioną w kości słoniowej. Posążek miał lekko wyszczerbiony pysk, a na grzbiecie rysę w kształcie znaku zapytania, lecz mimo to był piękny.

Piękny i potężny. Trzymając go w dłoni, Callahan czuł jego moc, mrowiącą jak prąd.

– Jaki piękny – szepnął do stojącego przy nim chłopca. – To Żółw Maturin. Maturin, prawda?

Chłopcem był Jake Chambers, który pokonał długą drogę, żeby wrócić tutaj, na Manhattan, niemal do punktu wyjścia.

– Nie wiem – odparł. – Prawdopodobnie. Ona nazywa go sköldpadda. Ten żółw może nam pomóc, ale nie zabije bandytów, którzy tam na nas czekają.

Ruchem głowy wskazał Dixie Pig. Zastanawiał się, czy mówiąc „ona”, miał na myśli Susannah czy Mię. Kiedyś powiedziałby, że to bez znaczenia, gdyż obie były ściśle związane ze sobą. Teraz jednak uważał, że to ma albo niebawem będzie miało znaczenie.

– Będziesz? – zapytał Jake, co oznaczało: Będziesz dzielny? Będziesz walczył? Będziesz zabijał?

– O tak – odparł spokojnie Callahan. Wepchnął kościanego żółwia o mądrych oczach i zadrapanym grzbiecie do kieszeni na piersi, razem z dodatkowymi nabojami, po czym przez materiał poklepał figurkę, upewniając się, że jest bezpieczna. – Będę strzelał, póki nie skończą się kule albo póki nie padnę. Jeśli skończą się kule, a ja będę żył, będę walił… kolbą.

Pauza była tak krótka, że Jake nawet jej nie zauważył. A jednak w tym ułamku sekundy Biel przemówiła do ojca Callahana. Była siłą, którą znał od dawna, jeszcze z czasów dzieciństwa, chociaż później wątpił w nią przez kilka lat, stopniowo przestawszy rozumieć pierwotną moc. Lecz tamte dni minęły i Biel znowu była jego, dziękować Bogu.

Jake skinął głową i powiedział coś, co Callahan ledwie dosłyszał. Słowa chłopca nie miały żadnego znaczenia. Natomiast miały je słowa

(Gana)

być może zbyt wielkiego, aby zwać go Bogiem.

Chłopiec musi żyć, wibrował głos. Cokolwiek się tu zdarzy, cokolwiek się stanie, chłopiec musi żyć. Twoja rola w tej historii już prawie się zakończyła. Jego nie.

Przeszli obok umieszczonej na chromowanym słupku tabliczki z napisem (WSTĘP WZBRONIONY! WŁASNOŚĆ PRYWATNA). Miedzy nimi truchtał Ej, najlepszy przyjaciel Jake’a, z podniesionym łbem i kłami jak zwykle odsłoniętymi w szerokim uśmiechu. Na szczycie schodów Jake sięgnął do płóciennej torby, którą Susannah-Mia zabrała z Calla Bryn Sturgis, i wyjął dwa talerze. Stuknął jednym o drugi, kiwnął głową, słysząc metaliczny brzęk, po czym powiedział:

– Pokaż, co masz.

Callahan wyjął rugera. Kiedyś Jake zabrał tę broń z Calla New York, a teraz znalazła się tu z powrotem. Życie to krąg, i Bogu dzięki. Père na moment podniósł lufę rugera na wysokość prawego policzka, jakby szykował się do pojedynku. Potem dotknął kieszeni na piersi, z nabojami i żółwiem. Sköldpadda.

Jake skinął głową.

– Tam, w środku, jesteśmy razem. Zawsze razem, z Ejem między nami. Zaczniemy na trzy i nie skończymy, dopóki będziemy żyli.

– Nie skończymy.

– Właśnie. Gotów?

– Oczywiście. Bóg z tobą, chłopcze.

– I z tobą, Père. Raz… dwa… trzy.

Jake otworzył drzwi. Równym szeregiem weszli w półmrok przesycony słodkawą wonią pieczonego mięsa.

2

Jake szedł z przekonaniem, że idzie na śmierć, pamiętając o dwóch rzeczach, które powiedział mu Roland Deschain, jego prawdziwy ojciec. Bitwy trwające pięć minut rodzą legendy żyjące tysiąc lat. Oraz: Kiedy przyjdzie twój dzień, nie musisz umierać szczęśliwy, lecz powinieneś umierać z satysfakcją, gdyż przeżyłeś swoje życie od początku po kres, zawsze służąc ka.

Jake Chambers z satysfakcją rozejrzał się po Dixie Pig.

3

I ujrzał wszystko z krystaliczną jasnością. Zmysły miał tak wyostrzone, że czuł nie tylko zapach pieczonego mięsa, ale i rozmarynu, którym je natarto; słyszał nie tylko spokojny rytm swojego oddechu, lecz także miarowy niczym przybój szum krwi, płynącej w górę, w kierunku mózgu, i spływającej w dół, ku sercu.

Pamiętał również inne stwierdzenie Rolanda, że nawet najkrótsza potyczka, od pierwszego strzału do upadku ciała, wydaje się długa jej uczestnikom. Czas wydłuża się i rozciąga w nieskończoność. Jake pokiwał wówczas głową, udając, że rozumie.

Teraz rozumiał.

Przede wszystkim pomyślał, że jest ich zbyt wielu – po prostu za dużo. Ocenił, że jest ich około setki, w większości ci, których Père Callahan nazywał „siepaczami”. (Były wśród nich kobiety, ale Jake nie wątpił, że do nich również odnosi się to określenie). Tu i ówdzie dostrzegł postacie, które niewątpliwie były wampirami: znacznie szczuplejsze, a niektóre chude jak kije, o popielatoszarej cerze i spowite ciemnobłękitną aurą.

Ej stał przy nodze Jake’a, ze skupionym wyrazem lisiego pyszczka, cicho skomląc.

Unosząca się w powietrzu woń pieczystego nie była zapachem wieprzowiny.

4

Za drzwiami rozdzielamy się. Na odległość dziesięciu stóp… jeśli będziemy mieli tyle wolnego miejsca. Rozumiesz, Père? – tak powiedział Jake na chodniku i zbliżając się do podium maître d’, Callahan zaczął przesuwać się w prawo od chłopca, aby zachować zaleconą odległość.

Jake powiedział mu również, żeby krzyczał, najgłośniej i najdłużej jak potrafi, i Callahan już otwierał usta, żeby to zrobić, kiedy znowu przemówiła do niego Biel. Tylko jednym słowem, ale to wystarczyło.

Sköldpadda, powiedziała.

Callahan wciąż trzymał rugera na wysokości prawego policzka. Teraz lewą ręką sięgnął do kieszeni na piersi. Nie widział wszystkiego z taką krystaliczną jasnością jak jego młody towarzysz, lecz i tak dostrzegał wiele: jaskrawy pomarańczowo-szkarłatny flambeaux ścian, świece na każdym stole umieszczone w szklanych kloszach lampionów, upiornie żółtawo lśniące serwety. Na ścianie z lewej strony sali wisiał gobelin ukazujący rycerzy ucztujących ze swymi damami przy biesiadnym stole. Sprawiał wrażenie – Callahan nie był pewien dlaczego, gdyż słane przez obraz bodźce były nazbyt subtelne – że ci ludzie właśnie uspokajali się po jakimś gwałtownym wydarzeniu, na przykład pożarze w kuchni albo wypadku samochodowym na ulicy.

A może któraś z dam urodziła dziecko, pomyślał Callahan, zaciskając dłoń na żółwiu. To zawsze dobry przerywnik między przekąskami a głównym daniem.

– Oto nadchodzą ka-mais z Gilead! – wykrzyknął ktoś z nerwowym podnieceniem.

Callahan był prawie pewien, że to nie mógł być ludzki głos. Wydawał się zbyt brzęczący. Dostrzegł stworzenie przypominające jakąś monstrualną hybrydę ptaka i człowieka. Stwór stał na odległym końcu sali, miał na sobie zwykłe dżinsy i gładką białą koszulę, lecz jego głowę pokrywały ciemnożółte i gładkie pióra, a ślepia były niczym krople smoły.

– Brać ich! – wrzasnął ten upiornie zabawny stwór, odrzucając na bok serwetkę.

Pod nią miał jakiś dziwny przedmiot. Callahan domyślił się, że to broń, chociaż przypominała coś, co można zobaczyć w serialu Star Trek. Jak też to nazywali? Fazer? Paralizator?

Nieważne. Callahan trzymał w dłoni znacznie lepszą broń i chciał mieć pewność, że oni wszyscy ją zobaczą. Zrzucił z najbliższego stołu tabliczkę z numerem oraz szklany klosz ze świecą, po czym ze zręcznością magika zerwał z blatu obrus. Najgorsza rzecz to zaplątać się w decydującej chwili w fałdy lnu. Następnie – ze zręcznością, o jakiej nawet nie marzył jeszcze tydzień wcześniej – wskoczył na krzesło i wszedł na stół. Znalazłszy się na nim, podniósł rękę, zaciskając palce na dolnej części skorupy żółwia, pozwalając tamtym dobrze się przyjrzeć.

Mógłbym coś zanucić, pomyślał. Może Midnight Becomes You albo I Left My Heart in San Francisco.

W tym momencie znajdowali się w Dixie Pig dokładnie od trzydziestu czterech sekund.

5

Nauczyciele spotykający się z dużymi grupami młodzieży na sali wykładowej lub w szkolnej auli powiedzą wam, że nastolatki, nawet świeżo wykąpane i czyste, roztaczają woń hormonów, tak intensywnie produkowanych przez ich ciała. Każda grupa zestresowanych ludzi wydziela podobny zapach i Jake swymi nadzwyczaj wyostrzonymi zmysłami tutaj też go wyczuł. Kiedy mijali podium maître d’ (głównego szantażysty, jak zwykł nazywać go ojciec Jake’a), zapach gości był jeszcze słaby – woń ludzi dochodzących do siebie po jakimś emocjonującym wydarzeniu. Kiedy jednak stwór na końcu sali krzyknął, Jake wyraźniej poczuł tę woń. Metaliczny zapach, dostatecznie przypominający odór krwi, żeby zwiększyć napięcie i jeszcze bardziej wyostrzyć zmysły. Tak, zauważył, że Ptak Dziwak zrzuca serwetę; owszem, zauważył ukrytą pod nią broń i wiedział, że stojący na stole Callahan jest łatwym celem. Jake przejął się tym znacznie mniej niż groźbą, jaką niósł głos Ptaka Dziwaka. Odchylił do tyłu prawą rękę, zamierzając rzucić pierwszy z dziewiętnastu talerzy i amputować głowę z rozdziawionymi ustami, kiedy Callahan podniósł w górę żółwia.

To się nie uda, nie tutaj, pomyślał Jake, lecz zanim zdążył do końca sformułować tę myśl, pojął, że to jednak działa. Świadczył o tym ich zapach, w którym nie było już agresji. Ci, którzy zaczęli wstawać od stołów – siepacze z ziejącymi czerwienią dziurami w czołach, wampiry spowite jaśniejszą i intensywniejszą błękitną aurą – gwałtownie usiedli z powrotem, jakby nagle przestali panować nad swoimi mięśniami.

– Brać ich, to ci, których Sayre… – Ptak Dziwak zamilkł. Jego lewa dłoń – jeśli takie paskudne szpony można nazwać dłonią – dotknęła kolby dziwnej broni i opadła. Błysk w ptasich ślepiach przygasł. – To ci, których Sayre… S-S-Sayre… – Znowu zamilkł. Po chwili pisnął: – Och, sai, cóż za piękną rzecz trzymasz w ręce?

– Wiesz, co to jest – odparł Callahan.

Jake szedł dalej i Callahan, pamiętając o tym, co młody rewolwerowiec powiedział mu na zewnątrz – pilnuj, bym za każdym razem gdy spojrzę w prawo, widział twój profil – zeskoczył ze stołu i ruszył naprzód, wciąż trzymając żółwia w górze. Niemal czuł panującą w sali ciszę, ale…

Była jeszcze jedna sala. Sądząc po dolatujących z niej śmiechach i ochrypłych wrzaskach, całkiem blisko, i trwała w niej uczta. Po lewej. Za gobelinem z biesiadującymi rycerzami i damami. Coś się tam dzieje, pomyślał Callahan, i zapewne nie jest to przyjacielska partyjka pokera.

Usłyszał przyspieszony i cichy oddech wiecznie uśmiechniętego Eja, jak sapanie małego silnika. I jeszcze coś. Głośny grzechot, któremu towarzyszyło ciche i szybkie szczękanie. Zimny dreszcz niepokoju przeszedł po plecach Callahana. Coś kryło się pod stołami.

Ej zauważył nacierające insekty i zastygł jak pies myśliwski, z podniesioną łapą i wyciągniętym pyskiem. Przez moment poruszał się tylko pokryty ciemną i aksamitną skórą nos, marszczący się, gdy Ej pokazywał ostre jak igły kły, wygładzający się i znowu marszczący.

Owady nacierały. Czymkolwiek były, Żółw Maturin w uniesionej dłoni Père Callahana nie robił na nich wrażenia. Gruby facet w smokingu z szerokimi klapami wykrztusił niemal pytająco do Ptaka Dziwaka:

– Nie mieli dotrzeć dalej niż tu, Meiman, ani stąd uciec. Kazano nam…

Ej skoczył, warcząc przez zaciśnięte kły. Ten pomruk nie przypominał żadnego z wydawanych przez niego zwykle dźwięków; Callahanowi kojarzył się z napisem w komiksowym dymku. Arrrr!

– Nie! – krzyknął zaniepokojony Jake. – Ej, nie!

Na okrzyk chłopca śmiechy i gwar za gobelinem ucichły, jakby ucztujący tam nagle zdali sobie sprawę, że w pierwszej sali coś się zmieniło.

Ej nie zwrócił uwagi na okrzyk Jake’a. Błyskawicznie zmiażdżył trzy owady, jednego po drugim. Obrzydliwy trzask pękających pancerzy odbił się głośnym echem w nagłej ciszy. Bumbler nie próbował jeść tych insektów wielkości myszy, tylko energicznym ruchem głowy cisnął je w kąt i wyszczerzył kły w złowrogim uśmiechu.

Pozostałe owady wycofały się pod stoły.

Jest do tego stworzony, pomyślał Callahan. Może kiedyś wszystkie bumblery to robiły. Tak jak niektóre teriery są szkolone do

Ochrypły krzyk zza gobelinu przerwał mu te rozmyślania.

– Humes! Ka-humes!

Callahan miał absurdalną chęć zawołać: Gesundheit!

Zanim zdążył wykrzyknąć cokolwiek, nagle jego myśli wypełnił głos Rolanda.

6

– Jake, idź.

Chłopiec ze zdumieniem spojrzał na Père Callahana. Szedł ze skrzyżowanymi rękami, gotowy rzucić talerzem w pierwszego, kto śmie się poruszyć. Ej znów truchtał przy jego nodze, chociaż nieustannie poruszał łbem na boki, wodząc ślepkami błyszczącymi z podniecenia na myśl o kolejnej potyczce.

– Pójdziemy razem – powiedział Jake. – Nic nam nie zrobią, Père! I jesteśmy już blisko. Prowadzili ją tędy… przez tę salę… a potem przez kuchnię…

Callahan nie zwracał na niego uwagi. Wciąż wysoko trzymając żółwia (jak latarnię w ciemnej jaskini), szedł w kierunku gobelinu. Cisza za nim była straszniejsza od krzyków i gorączkowych, ochrypłych śmiechów. Była niczym wycelowana broń. Chłopiec stanął.

– Idź, póki możesz – rzekł Callahan, siląc się na spokój. – Dołącz do niej, jeśli zdołasz. Tego życzy sobie twój dinh. Taka jest również wola Bieli.

– Nie zdołasz…

– Idź, Jake!

Siedzący w Dixie siepacze, przestraszeni lub nie widokiem sköldpadda, zaczęli mamrotać lękliwie, gdy usłyszeli te słowa, i trudno się dziwić, gdyż głos dobywający się z ust Callahana nie był jego głosem.

– Masz jeszcze szansę i musisz ją wykorzystać! Znajdź ją! Rozkazuję ci jako twój dinh!

Jake szeroko otworzył oczy, słysząc, że Callahan mówi głosem Rolanda. Opadła mu szczęka. Potoczył wokół oszołomionym wzrokiem.

Na sekundę przed tym, zanim gobelin po lewej został odgarnięty na bok, Callahan zauważył coś, czego mniej spostrzegawcze oczy zapewne by nie dostrzegły: będące głównym daniem pieczyste miało ludzką postać. Ci rycerze i ich damy jedli ludzkie ciało i pili ludzką krew. Obraz na gobelinie przedstawiał ucztę kanibali.

W następnej chwili prastare stwory przerwały swoją wieczerzę, odrzuciły na bok obsceniczną kotarę i z wrzaskiem wpadły do sali, szczerząc wielkie kły, które nie pozwalały im domknąć zdeformowanych pysków. Ich oczy były czarne jak smoła, a skóra na policzkach i czołach – a nawet na grzbietach rąk – porośnięta twardą szczeciną. Podobnie jak wampiry w jadalni, one również były otoczone poświatą, ale jadowicie fioletową, tak ciemną, że niemal czarną. Z kącików ich oczu i ust sączył się śluz. Wpadły z wrzaskiem i śmiechem, a wydawało się, że nie tworzą tych dźwięków, lecz wychwytują je wprost z powietrza, jak coś obdarzonego własnym życiem.

Callahan znał je. Oczywiście, że je znał. Czyż nie został niegdyś wysłany tutaj przez jednego z nich? Były to prawdziwe wampiry, pierwszego stopnia, ukrywane i teraz wypuszczone na intruzów.

Uniesiony w powietrze żółw wcale ich nie powstrzymał.

Callahan ujrzał wytrzeszczone, błyszczące ze zgrozy oczy Jake’a, który na widok potworów zapomniał o swojej misji.

Nie wiedząc, co wydobędzie się z jego ust, dopóki nie usłyszał własnego głosu, Callahan zawołał:

– Najpierw zabiją Eja! Zabiją go na twoich oczach i wypiją jego krew!

Ej warknął, słysząc swoje imię. Na ten dźwięk Jake jakby trochę oprzytomniał, ale Callahan nie miał czasu zajmować się jego losem.

Żółw ich nie powstrzyma, ale przynajmniej zatrzyma tamtych. Kule się ich nie imają, ale…

Z uczuciem déjà vu – a czemu nie, przecież przeżył już to wszystko w domu chłopca, Marka Petrie – Callahan wsunął rękę za pazuchę rozpiętej koszuli i wyjął złoty krucyfiks. Krzyż stuknął o kolbę rugera, a potem zawisł poniżej broni. Emanował jasną, niebieskawobiałą poświatą. Dwa pierwsze stwory już miały złapać Callahana i wciągnąć go w tłum, ale cofnęły się, wrzeszcząc z bólu. Callahan zauważył, że ich skóra skwierczy i zaczyna się topić. Ten widok sprawił mu dziwną przyjemność.

– Precz ode mnie! – zawołał. – Tak nakazuje wam boża moc! Tak nakazuje wam moc Chrystusa! Tak nakazuje ka Świata Pośredniego! Tak nakazuje moc Bieli!

Mimo to jeden rzucił się na niego – zdeformowany szkielet w zbutwiałym, pokrytym mchem garniturze. Na szyi nosił jakąś ozdobę… czyżby krzyż maltański? Zamachnął się szponiastą dłonią na krucyfiks Callahana. Père w ostatniej chwili opuścił rękę, i szpony wampira przeszły tuż nad nią. Callahan bez namysłu doskoczył do stwora i wbił krzyż w czoło pokryte cienką i pożółkłą jak pergamin skórą. Złoty krucyfiks wszedł jak rozżarzony pogrzebacz w masło. Stwór w garniturze koloru rdzy wydał przeciągły krzyk bólu i zdumienia, po czym zatoczył się w tył. Callahan wyrwał krzyż i przez moment, zanim stwór przycisnął obie szponiaste dłonie do czoła, widział ziejącą dziurę. Potem gęsta, żółta zawiesina zaczęła przesączać się przez szponiaste palce potwora. Kolana ugięły się pod nim i runął na podłogę między dwoma stolikami. Jego kompani cofnęli się w popłochu, wrzeszcząc z wściekłości. Twarz stwora rozpadała się pod przyciśniętymi do niej szponami. Jego aura zgasła jak zdmuchnięta świeczka i w następnej chwili została po nim tylko kałuża żółtej, półpłynnej tkanki, wylewającej się niczym wymiociny z rękawów marynarki i nogawek spodni.

Callahan raźnie ruszył na pozostałych. Już się nie bał. I nie czuł wstydu, który jak cień towarzyszył mu od chwili, gdy Barlow odebrał mu i złamał krzyż.

W końcu jestem wolny, pomyślał. W końcu wolny, Bogu wszechmogącemu dzięki. A potem: Myślę, że to odkupienie. To wspaniałe, prawda? Rzeczywiście wspaniałe.

– Rzuć to! – krzyknął jeden z tamtych, zasłaniając rękami twarz. – Rzuć tę paskudną błyskotkę waszego nieudolnego Boga, jeśli masz odwagę!

Błyskotka nieudolnego Boga, akurat. Jeśli tak, to czemu się kulicie ze strachu?

Walcząc z Barlowem, nie odważył się odpowiedzieć na to wyzwanie, i to go zgubiło. W Dixie Pig Callahan pokazał krzyż stworowi, który śmiał to powiedzieć.

– Nie muszę dowodzić mojej wiary czemuś takiemu jak ty, sai – rzekł głośno i wyraźnie Père.

Zmusił prastare monstra do odwrotu. Wycofały się prawie do łukowatego przejścia, przez które wkroczyły. Na dłoniach i twarzach stojących przed Callahanem stworów pojawiły się wielkie, czarne, rakowate narośle, żrące niczym kwas cienką jak pergamin skórę.

– Poza tym nigdy nie porzuciłbym starego przyjaciela. Mogę go jednak schować, jeśli chcecie.

I schował krzyż pod koszulę.

Kilka wampirów natychmiast rzuciło się na niego, szczerząc długie kły w namiastce uśmiechu. Callahan wyciągnął ku nim ręce. Jego palce (i lufa rugera) jarzyły się jak zanurzone w błękitnym ogniu. Oczy żółwia również rozbłysły światłem – cała skorupa lśniła.

– Cofnijcie się! – krzyknął Callahan. – Tak nakazuje wam moc Boga i Bieli!

7

Gdy straszliwy szaman stawił czoło Praojcom, Meiman, taheen, poczuł, że straszna, cudowna poświata żółwia nieco słabnie. Zobaczył, że chłopiec odszedł, i to go zaniepokoiło, ale przynajmniej poszedł dalej, a nie wymknął się na zewnątrz, więc jeszcze wszystko może dobrze się skończyć. Jeśli jednak chłopak znajdzie drzwi do Fedic i przejdzie przez nie, Meiman może mieć naprawdę poważne kłopoty. Sayre bowiem odpowiada przed Walterem o’Dim, a Walter odpowiada przed samym Karmazynowym Królem.

Nieważne. Nie wszystko naraz. Najpierw załatwić szamana. Napuścić na niego Praojców. Potem ruszyć za chłopcem, na przykład zawołać, że przyjaciel prosi go o pomoc, to może się udać i…

Meiman (Kanarek dla Mii, Ptak Dziwak dla Jake’a) ruszył naprzód i jedną ręką złapał Andrew – grubasa w smokingu z wyłogami – a drugą jego jeszcze grubszą flamę. Wskazał na stojącego plecami do nich Callahana.

Tirana gwałtownie pokręciła głową. Meiman otworzył dziób i syknął. Skuliła się i odsunęła od niego. Detta Walker już zostawiła ślady swoich palców na jej masce, która teraz wisiała w strzępach na szczęce i szyi. Czerwona rana na środku czoła otwierała się i zamykała, niczym skrzela zdychającej ryby.

Meiman odwrócił się do Andrew, po czym puścił go na moment, żeby wskazać szamana i upiornie wymownym gestem przeciągnąć szponami po swoim pokrytym pierzem gardle. Andrew kiwnął głową i odepchnął pulchną dłoń żony, która próbowała go powstrzymać. Jego ludzka maska okazała się na tyle dobra, że widać było, jak odziany w elegancki smoking stwór zbiera odwagę. Potem ze zduszonym okrzykiem rzucił się naprzód i ścisnął kark Callahana nie rękami, ale pulchnymi przedramionami. W tej samej chwili jego flama z wrzaskiem doskoczyła i wytrąciła kościanego żółwia z ręki Père. Sköldpadda odbił się od czerwonego dywanu, wpadł pod jeden ze stołów i tam (jak pewna papierowa łódka, którą niektórzy z was może pamiętają) na zawsze znikł z tej opowieści.

Praojcowie trzymali się w bezpiecznej odległości, tak samo jak wampiry trzeciej kategorii, ucztujące w sali biesiadnej, ale te stwory wyczuły słabość przeciwnika i ruszyły na niego, najpierw z obawą, potem z rosnącą pewnością siebie. Otoczyły Callahana, zatrzymały się, a potem rzuciły się nań hurmem.

– W imię boże nakazuję wam odejść! – zawołał Callahan, oczywiście bezskutecznie. W przeciwieństwie do wampirów, stwory z krwawymi ranami na czołach nie reagowały na imię boże. Callahan mógł tylko mieć nadzieję, że Jake nie przystanął i nie zawrócił, lecz razem z Ejem pognał jak wiatr do Susannah. Uratować ją, jeśli zdołają. Umrzeć z nią, jeśli nie. I zabić jej dziecko, jeśli nadarzy się okazja. Powinni byli zrobić to w Calla, kiedy mieli szansę.

Coś ugryzło go w kark. Wampiry zaraz zaatakują, nie zważając na krzyż. Rzucą się na niego jak rekiny, kiedy zwęszą zapach świeżej krwi. Pomóż mi, Boże, daj mi siłę, pomyślał Callahan i poczuł nagły przypływ sił. Uskoczył w lewo, gdy szpony wbiły się w jego koszulę, rozdzierając ją na strzępy. Na moment uwolnił prawą rękę, w której wciąż trzymał rugera. Skierował go w ruchliwą, spoconą, nienawistnie wykrzywioną twarz grubasa o imieniu Andrew i wbił lufę broni (zakupionej w odległej przeszłości do obrony domu przez ewidentnego paranoika i członka zarządu stacji telewizyjnej, którym był ojciec Jake’a) w krwawy otwór na czole stwora.

– Nieee! Nie odważysz się! – wrzasnęła Tirana i gdy sięgnęła po broń, przód jej sukni w końcu pękł, odsłaniając ogromne piersi. Były pokryte szorstkim futrem.

Callahan nacisnął spust. Ruger huknął ogłuszająco głośno w zamkniętej przestrzeni jadalni. Głowa Andrew rozpadła się jak pęcherz napełniony krwią, która opryskała stojących za nim kamratów. Ci zawyli ze zgrozy i oburzenia. Callahan zdążył jeszcze pomyśleć: To chyba nie miało być tak, a może? A także: Czy to wystarczy, żeby przyjąć mnie do klubu? Czy stałem się rewolwerowcem?

Może nie. Niedaleko, między dwoma stolikami, stał człowiek-ptak, na przemian otwierając i zamykając dziób. Wydęta gardziel zdradzała wzburzenie.

Uśmiechając się i brocząc krwią, Callahan podparł się na łokciu i wycelował rugera.

– Nie! – wrzasnął Meiman, bezradnie zakrywając twarz zdeformowanymi rękami. – Nie, nie możesz

Mogę, pomyślał z dziecinną radością Callahan i ponownie wypalił. Meiman zrobił dwa chwiejne kroki w tył, potem jeszcze jeden. Zawadził o stół i upadł nań. Trzy żółte pióra zawisły w powietrzu i leniwie opadły.

Callahan usłyszał przeraźliwe wycie, w którym nie było gniewu czy strachu, lecz głód. Zapach krwi w końcu dotarł do nozdrzy potworów i nic ich już nie powstrzyma. Tak więc, jeśli nie chce do nich dołączyć…

Père Callahan, niegdyś ojciec Callahan z miasteczka Salem, skierował rugera w górę. Nie tracił czasu na poszukiwanie wieczności w ciemnej lufie, ale po prostu oparł ją sobie pod brodą.

– Hile, Rolandzie! – rzekł i wiedział,

(falą są, niesioną na fali)

że go usłyszano.

– Hile, rewolwerowcze!

Nacisnął spust, gdy prastare stwory rzuciły się na niego całą gromadą. Odór zimnych i żądnych krwi oddechów spowił go, ale nie pozbawił sił. Jeszcze nigdy nie wydawał się sobie tak silny. Najszczęśliwsze dni przeżył wtedy, kiedy był zwyczajnym wędrowcem, nie kapłanem, ale powsinogą. Teraz czuł, że wkrótce będzie mógł powrócić do tego życia i wędrować do woli, wypełniwszy swój obowiązek. To było przyjemne uczucie.

– Obyś znalazł swoją Wieżę, Rolandzie, zdobył ją i wspiął się na jej szczyt!

Kły starych wrogów, prastarych braci i sióstr stwora, który zwał siebie Kurtem Barlowem, wbiły się weń jak sztylety. Callahan wcale tego nie czuł. Z uśmiechem pociągnął za spust i uciekł im na dobre.

Rozdział 2
NA FALI

1

Podążając szutrową boczną drogą, która wiodła do domu pisarza w miasteczku Bridgton, Eddie i Roland znaleźli pomarańczowego pick-upa z napisem: POGOTOWIE ENERGETYCZNE MAINE. Opodal mężczyzna w żółtym kasku i pomarańczowej odblaskowej kamizelce obcinał gałęzie zagrażające nisko zawieszonym przewodom elektrycznym. Czy Eddie wyczuł wtedy coś, jakąś wzbierającą moc? Może zapowiedź fali pędzącej ku nim ścieżką Promienia? Później tak mu się wydawało, ale nie był tego pewien. Bóg wie, że i tak był w dziwnym nastroju. Czy nie miał po temu powodu? Ilu ludzi spotkało swego stwórcę? No cóż… Stephen King nie stworzył Eddiego Deana, młodego człowieka, którego polem działania był raczej Brooklyn, a nie Bronx – jeszcze nie, nie w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym, ale Eddie był pewien, że King zrobi to w swoim czasie. Inaczej skąd by się tu wziął?

Eddie obszedł furgonetkę i zapytał spoconego mężczyznę z sekatorem w rękach o drogę do Turtleback Lane w miasteczku Lovell. Facet z pogotowia energetycznego dość chętnie mu ją wskazał, po czym dodał:

– Jeśli naprawdę chcecie dzisiaj dotrzeć do Lovell, powinniście podążać drogą numer trzydzieści dziewięć. Niektórzy nazywają ją Bagnista.

Podniósł rękę i potrząsnął głową, jakby uprzedzając pytanie Eddiego, chociaż ten nie odezwał się słowem, od kiedy zapytał o drogę.

– Wiem, że jest siedem mil dłuższa i wyboista jak cholera, ale dzisiaj nie przejedziecie przez East Stoneham. Gliniarze ją zablokowali. Stanowi, miejscowi, nawet ci z biura szeryfa Oxford County.

– Żartujesz – powiedział Eddie, ponieważ uznał, że to bezpieczna odpowiedź.

Mężczyzna ponuro potrząsnął głową.

– Chyba nikt nie wie, o co chodzi, ale zdaje się, że była jakaś strzelanina… słychać było serie z broni automatycznej i wybuchy. – Poklepał sfatygowaną i pokrytą opiłkami drewna krótkofalówkę przypiętą do pasa. – Po południu słyszałem nawet raz czy dwa słowo na „t”. I nic dziwnego.

Eddie nie miał pojęcia, co to za słowo na „t”, ale wiedział, że Roland chce już ruszać. Wyczuwał rosnące zniecierpliwienie rewolwerowca, niemal widział, jak gorączkowo kręci młynka palcami, gestem oznaczającym „chodźmy, chodźmy”.

– Mówię o terroryzmie – rzekł facet z pogotowia, po czym zniżył głos. – Ludzie myślą, że takie gówno nie może się zdarzyć w Ameryce, kolego, ale mam dla ciebie wiadomość. Może. Jeśli nie dziś, to prędzej czy później ktoś wysadzi Statuę Wolności albo Empire State Building, oto co myślę. Prawicowcy, lewicowcy albo przeklęte Araby. Za dużo tu wariatów.

Eddie, który w przeciwieństwie do swego rozmówcy osobiście poznał historię dziesięciu następnych lat, skinął głową.

– Zapewne masz rację. W każdym razie dzięki za informację.

– Nie chciałem, żebyście tracili czas. – I gdy Eddie otworzył lewe przednie drzwiczki forda Johna Culluma, mężczyzna zapytał: – Mieliście jakieś kłopoty? Wygląda pan nieszczególnie. I lekko pan kuleje.

Eddie rzeczywiście miał kłopoty: został zraniony w ramię i postrzelony w prawą łydkę. Żadna z tych ran nie była poważna i w natłoku wydarzeń prawie o nich zapomniał. Teraz znów go bolały. Na Boga, dlaczego nie chciał wziąć tabletek przeciwbólowych, które proponował mu Aaron Deepneau?

– Taak – rzekł. – Właśnie dlatego jadę do Lovell. Ugryzł mnie pies. Będę musiał pogadać sobie z jego właścicielem.

Kiepska bajeczka i niezbyt skomplikowana, ale nie był pisarzem. To robota Kinga. W każdym razie wystarczyła, żeby udało mu się zasiąść za kierownicą forda galaxie Culluma, zanim facet z pogotowia zdążył zadać następne pytania, co Eddie uznał za sukces. Szybko odjechał.

– Wskazał ci drogę? – spytał Roland.

– Taak.

– To dobrze. Mamy do załatwienia kilka spraw, Eddie. Musimy jak najszybciej dogonić Sussanah. A także Jake’a i Père Callahana. Ponadto dziecko przychodzi na świat, czymkolwiek jest. Może już przyszło.

Skręć w prawo, kiedy znów wyjedziesz na drogę do Kansas, powiedział Eddiemu facet z pogotowia (Kansas jak u Dorotki, Toto i Cioteczki Em, wszystko naraz). I Eddie tak zrobił. A zatem pojechali na północ. Słońce schowało się za drzewami po ich lewej, pogrążając dwupasmową asfaltówkę w głębokim cieniu. Eddie miał wrażenie, że czas wymyka mu się z palców niczym jakiś bajecznie kosztowny materiał, zbyt gładki, by go uchwycić. Przycisnął gaz i stary ford Culluma, chociaż grzechocząc zaworami, odrobinę przyspieszył. Eddie podciągnął do pięćdziesięciu pięciu i na tym poprzestał. Mogliby jechać szybciej, ale droga do Kansas była zarówno kręta, jak i źle utrzymana.

Roland wyjął z kieszeni spodni kartkę z notesu, rozwinął ją i zaczął studiować (Eddie wątpił, by rewolwerowiec wiele z tego dokumentu wyczytał, bo pismo tego świata na zawsze miało pozostać dla niego tajemnicą). Na samej górze kartki, nad nakreślonym drżącą ręką, ale całkowicie legalnym tekstem Aarona Deepneau (oraz najważniejszym podpisem Calvina Towera), widniał uśmiechnięty bóbr z kreskówki oraz napis ZATAMUJ, CO NAJWAŻNIEJSZE. Idiotyczny dowcip.

Nie lubię głupich pytań ani głupich zabaw, pomyślał Eddie i nagle uśmiechnął się. Był głęboko przekonany, że Roland z całą pewnością tak uważa, mimo że podczas podróży Blainem Mono kilka zadanych w odpowiedniej chwili głupich pytań uratowało im życie. Eddie otworzył usta, żeby przypomnieć, że dokument, który mógł się okazać najważniejszym w dziejach ludzkości – ważniejszym niż Magna Charta, Deklaracja niepodległości czy teoria względności Alberta Einsteina – poprzedza głupia gra półsłówek. No i czy Roland lubi jabłka? Zanim jednak zdążył powiedzieć choć słowo, uderzyła ich fala.

2

Noga ześlizgnęła mu się z pedału gazu – na szczęście. Gdyby nie zwolnił, obaj z Rolandem z pewnością zostaliby ciężko ranni, może nawet zabici. Gdy uderzyła ich fala, panowanie nad kierownicą forda galaxie Johna Culluma znikło zupełnie z listy priorytetów Eddiego Deana. Jak ruch kolejki górskiej, która wjeżdża na szczyt pierwszego wzniesienia… przechyla się… leci… A ty spadasz w nagły podmuch rozgrzanego letniego powietrza, czując ucisk w klatce piersiowej i żołądek podchodzący do gardła.

W tym momencie Eddie zauważył, że wszystko, co nie było umocowane w samochodzie Culluma, unosi się w powietrzu: popiół z popielniczek, dwa długopisy oraz spinacz z deski rozdzielczej, a także dinh Eddiego i ka-mai dinh, zacny stary Eddie Dean. Nic dziwnego, że żołądek podchodził mu do gardła! (Nie zdawał sobie sprawy z tego, że sam samochód, który powoli zatrzymał się na poboczu, również się unosi, leniwie się kołysząc pięć lub sześć cali nad ziemią, niczym łódka na powierzchni niewidzialnego oceanu).

W następnej chwili biegnąca szpalerem drzew droga znikła. Bridgton również. Znikł cały świat. Dźwięk dzwonów, odrażający i wywołujący mdłości, budził chęć zgrzytania zębami w proteście… Tylko że zęby także znikły.

3

Roland również poczuł, że wzlatuje, unosi się jak coś, co zerwało więzi z ziemską grawitacją. Usłyszał dzwony i poczuł, że zostaje przeniesiony przez barierę egzystencji, ale rozumiał, że nie jest to prawdziwa bariera – a przynajmniej nie taka, jaką napotkali wcześniej. Było to coś, co Vannay nazywał aven kal, co oznaczało unoszonych wiatrem lub falą. Forma kal, w odróżnieniu od bardziej rozpowszechnionej kas, wskazywała na niszczycielską siłę nie wiatru, lecz huraganu, nie fali, lecz tsunami.

Sam Promień chce z tobą pomówić, Gaduło, rzekł Vannay w jego myślach, nazywając go Gadułą, dawnym złośliwym przezwiskiem, którym Vannay obdarzył milczącego chłopca, syna Stevena Deschaina. Kulawy, błyskotliwy nauczyciel przestał go tak nazywać (zapewne na żądanie Corta), kiedy Roland skończył jedenaście lat. Jeśli tak, to lepiej pilnie go słuchaj.

Będę pilnie słuchał, odparł Roland i spadł. Zaparło mu dech i zemdliło go, gdy poczuł, jaki jest lekki.

Znowu dzwony. Potem nagle ponownie się unosił, tym razem nad salą pełną pustych łóżek. Wystarczył mu jeden rzut oka, by poznać, że właśnie tu Wilki trzymały dzieci porywane z pogranicznych miasteczek. Na przeciwległym końcu pokoju…

Czyjaś dłoń złapała go za ramię. Roland spojrzał w lewo i zobaczył unoszącego się obok Eddiego. Był nagi. Obaj byli nadzy, ich ubrania zostały w świecie pisarza.

Roland już widział to, co pokazywał mu Eddie. Na drugim końcu sali zsunięto razem dwa łóżka. Na jednym z nich leżała biała kobieta. Nogi – Roland był pewien, że widział je u Susannah, kiedy w transie przenosili się do Nowego Jorku – miała szeroko rozłożone. Kobieta z głową szczura – z pewnością jedna z taheen – pochylała się nad rozchylonymi udami swojej pacjentki.

Obok białej kobiety leżała czarnoskóra, której nogi kończyły się tuż poniżej kolan. Unosząc się nago w powietrzu, pomimo mdłości, pomimo bariery, Roland nigdy w życiu nie ucieszył się tak na czyjś widok. Eddie również. Rolland usłyszał w myślach jego radosny okrzyk i wyciągnął rękę, żeby uciszyć młodzieńca. Musiał go uciszyć, gdyż Susannah spoglądała na nich, niemal na pewno ich widziała i jeśli do nich przemówi, chciał usłyszeć każde jej słowo. Bo choć słowa te padną z jej ust, zapewne wypowie je Promień. To będzie głos Niedźwiedzia albo Żółwia.

Obie kobiety miały na głowach hełmy przypominające stalowe kaptury, połączone segmentowym metalowym przewodem.

To jakiś rodzaj złączenia umysłów – głos Eddiego ponownie wypełnił głowę Rolanda, zagłuszając wszystkie myśli. A może

Cicho! – przerwał mu Roland. Cicho, Eddie, na pamięć twego ojca!

Mężczyzna w białym fartuchu wziął z tacy groźnie wyglądające kleszcze i odsunął na bok pielęgniarkę o szczurzej głowie. Pochylił się i zerknął między nogi Mii, trzymając kleszcze nad głową. W pobliżu, w koszulce zadrukowanej słowami ze świata Eddiego i Susannah, stał stwór o łbie drapieżnego ptaka.

Wyczuje nas, pomyślał Roland. Jeśli zostaniemy tu dłużej, na pewno nas wyczuje i podniesie alarm.

Susannah patrzyła na niego rozgorączkowanymi oczami spod stalowego kaptura. Pełnymi zrozumienia. Widziała ich, naprawdę.

Wypowiedziała słowo i Roland wyczuł intuicją, że to słowo nie padło z ust Susannah, lecz Mii. Jednakże był to też głos Promienia, siły być może dostatecznie rozumnej, by pojąć rozmiary zagrożenia, i próbującej się ratować.

Chassit. Usłyszał to w swoich myślach, ponieważ byli ka-tetan-tet; ujrzał również, jak bezgłośnie poruszają się wargi Susannah, gdy spoglądała w górę, gdzie się unosili, patrząc na coś, co działo się w tym momencie w jakimś innym gdzieś i kiedyś.

Taheen o jastrzębim łbie popatrzył w górę, być może podążając za jej spojrzeniem, a może swoimi nadzwyczaj wyczulonymi uszami wychwytując dzwony. W tym momencie lekarz opuścił kleszcze i wepchnął je pod koszulę Mii. Wrzasnęła. Susannah krzyknęła razem z nią. I tak jakby siła tych połączonych krzyków mogła odepchnąć w dal bezcielesną postać Rolanda, podobnie jak październikowy wiatr porywa i niesie nasionko mleczu, rewolwerowiec poczuł, że gwałtownie się wznosi, tracąc przy tym kontakt z tym światem, ale zachowując w pamięci to słowo. Przyniosło mu wyraźne wspomnienie matki pochylonej nad jego łóżeczkiem. To było w kolorowym pokoju, w przedszkolu, i teraz oczywiście rozumiał te kolory, które akceptował jako mały chłopiec, akceptował jak niedawno wyrosły z pieluch dzieciak akceptuje wszystko: ze szczerym podziwem i głębokim przekonaniem, że to wszystko czary.

Okna przedszkola były z kolorowego szkła, przedstawiającego Łuki Tęczy, oczywiście. Przypomniał sobie pochyloną nad nim matkę, z twarzą uświęconą tym cudownym różnobarwnym światłem, z kapturem odrzuconym na plecy, tak że mógł przemknąć po wygięciu jej szyi oczami dziecka

(to wszystko czary)

i duszą kochanka, pamiętał, jak pomyślał, że będzie ją adorował i odbierze ojcu, jeśli ona go zechce; że wezmą ślub i będą mieli dzieci, i będą żyli wiecznie w tej baśniowej krainie zwanej Świetlistą; a ona śpiewała mu, Gabrielle Deschain śpiewała swemu małemu chłopcu o wielkich oczach, patrzących na nią poważnie z poduszki, chłopcu o twarzy już poznaczonej śladami niespokojnego życia, śpiewała bezsensowną kołysankę, której słowa brzmiały tak:

Dziecię moje, dziecię drogie,

Przynieś jagód mi, niebogie.

Chussit, chissit, chassit!

Byś miał pełen kosz w mig!

Byś miał pełen kosz w mig, pomyślał, unoszony jak piórko przez ciemność i straszliwe dźwięki dzwonów transu. Kiedyś, gdy ją o to zapytał, powiedziała mu, że niektóre z tych słów miały jednak sens – były liczbami w dawnej mowie. Chussit, chissit, chassit: siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście.

Chassit to dziewiętnaście, pomyślał. Oczywiście, zawsze dziewiętnaście. I nagle on i Eddie znów znaleźli się w jasnym świetle, upiornym pomarańczowym świetle, razem z Jakiem i Callahanem. Zobaczył nawet Eja stojącego przy lewej nodze Jake’a, ze zjeżonym futrem i zmarszczonym nosem, pokazującego ostre kły.

Chussit, chissit, chassit, pomyślał Roland, patrząc na swego syna, małego chłopca stojącego w sali biesiadnej Dixie Pig, przed przytłaczającą przewagą liczebną wroga. Chassit to dziewiętnaście. Mieć pełen kosz. Jaki kosz? Co to oznacza?

4

W Bridgton, przy drodze do Kansas, dwunastoletni ford Johna Culluma (sto sześć tysięcy na liczniku i dopiero się rozkręca, jak lubił mówić ludziom Cullum), leniwie kołysał się na miękkim poboczu, dotykając go przednimi kołami i znów je unosząc, żeby tylne przez moment całowały żwir. Wewnątrz dwaj mężczyźni, wyglądający nie tylko na nieprzytomnych, ale przezroczystych, ospale kolebali się w rytm ruchów pojazdu, niczym zwłoki w zatopionej łodzi. Wokół nich unosiły się rupiecie, jakie można znaleźć w każdym często używanym samochodzie: popiół, długopisy, spinacze, najstarszy na świecie orzeszek ziemny, pens spod tylnego siedzenia, sosnowe szpilki z mat podłogowych, a nawet jedna mata. W ciemności schowka na rękawiczki różne rzeczy cichutko stukały w zamknięte drzwiczki.

Przypadkowy przechodzień niewątpliwie stanąłby oniemiały na widok tych wszystkich przedmiotów (Oraz tych ludzi! Ludzi, którzy mogli być martwi!) unoszących się w samochodzie niczym w kapsule statku kosmicznego w stanie nieważkości. Nikt jednak nie nadszedł. Ci, którzy mieszkali po tej stronie Long Lake, przeważnie spoglądali za wodę, ku East Stoneham, chociaż nie było już tam na co patrzeć. Nawet dym prawie się rozwiał.

Samochód unosił się leniwie, a w jego wnętrzu Roland z Gilead powoli zawisł pod dachem, przycisnął kark do brudnej podsufitki i wyciągnął nogi zza przedniego fotela, żeby je wyprostować. Eddie z początku utknął za kierownicą, lecz po chwili przypadkowy wstrząs uwolnił go i on również uniósł się pod dach, z otępiałą i senną miną. Srebrna nitka śliny prysnęła mu z kącika ust i popłynęła w powietrzu, lśniąca i pełna maluteńkich banieczek, obok pokrytego zakrzepłą krwią policzka.

5

Roland wiedział, że Susannah widziała go i zapewne także Eddiego. To dlatego tak usilnie starała się wypowiedzieć to jedno słowo. Jednakże Jake i Callahan nie widzieli ich. Chłopiec i Père weszli do Dixie Pig, co było bardzo odważne lub bardzo głupie, a teraz musieli skupić całą swą uwagę na tym, co tam znaleźli.

Czy Jake postąpił lekkomyślnie, czy nie, Roland był z niego dumny. Zauważył, że chłopiec trzyma się w bezpiecznej odległości od Callahana, zachowując odpowiedni (w każdej sytuacji inny) kąt i dystans, uniemożliwiający zabicie dwóch rewolwerowców jednym strzałem. Obaj przyszli tu gotowi walczyć. Callahan trzymał broń Jake’a… i jeszcze coś – jakąś figurkę. Roland był prawie pewien, że był to can-tah, jeden z pomniejszych bożków. Chłopiec miał talerze Susannah – w torbie, zdobyte nie wiadomo gdzie.

Rewolwerowiec dostrzegł grubą kobietę, której człowieczeństwo kończyło się na wysokości szyi. Nad trzema obwisłymi podbródkami jej maska wisiała w strzępach. Spoglądając na wyzierający spod nich szczurzy łeb, Roland nagle zrozumiał bardzo wiele spraw. Niektóre mógł pojąć wcześniej, gdyby całej jego uwagi – tak jak uwagi chłopca i ojca Callahana – nie zajmowały inne problemy.

Na przykład siepacze, ludzie Callahana. Mogli być taheenami, pokracznymi stworami nienależącymi do tego czy tamtego świata, lecz jakiegoś leżącego pomiędzy tymi dwoma. Z pewnością nie były to stworzenia, które Roland nazywał Powolnymi Mutantami, gdyż te powstały w wyniku niefortunnych wojen i katastrofalnych eksperymentów dawnych ludzi. Nie, to mogli być prawdziwi taheeni, czasem zwani trzecim ludem albo can-toi, no właśnie, Roland znał jednych i drugich. Ilu taheenów służyło teraz istocie znanej jako Karmazynowy Król? Kilku? Wielu?

Wszyscy?

Jeśli ta trzecia odpowiedź była prawidłowa, Roland podejrzewał, że droga do Wieży będzie naprawdę ciężka. Jednakże spoglądanie poza linię horyzontu nie leżało w charakterze rewolwerowca i w tym wypadku ten brak wyobraźni był prawdziwym błogosławieństwem.

6

Zobaczył to, co chciał zobaczyć. Chociaż can-toi – czyli siepacze, ludzie Callahana – otoczyli Jake’a i Père ze wszystkich stron (przy czym dwaj z nich, ci pilnujący drzwi prowadzących na Sześćdziesiątą Pierwszą Ulicę, nawet nie widzieli pary intruzów), Père unieruchomił ich figurką, tak jak Jake potrafił oczarować i zafascynować ludzi kluczem, który znalazł na opuszczonej parceli. Żółty taheen o ciele mężczyzny i głowie gronostaja miał pod ręką broń, ale nie próbował po nią sięgnąć.

Mimo to bystre oko Rolanda, wyćwiczone w wynajdywaniu wszelkich możliwych pułapek i zasadzek, natychmiast dostrzegło inny problem. Na ścianie ujrzał bluźnierczą parodię Ostatniej Biesiady Elda i w pełni zrozumiał jej znaczenie w ciągu kilku sekund, zanim została odgarnięta na bok. I ten zapach mięsa, ludzkiego mięsa. To również zrozumiałby wcześniej, gdyby miał okazję się zastanowić… tylko że życie w Calla Bryn Sturgis pozostawiało mu niewiele czasu do namysłu. W Calla, tak jak w książce, życie niosło jedno wydarzenie po drugim.

Teraz jednak wszystko było jasne, czyż nie? Ci siepacze byli niewątpliwie taheenami albo ogrami, jeśli kto woli. Za gobelinem znajdowali się ci, których Callahan nazywał wampirami pierwszej kategorii, a Roland Praojcami – zapewne najpaskudniejsze i najpotężniejsze stwory pozostałe po osłabnięciu Prim. I podczas gdy taheeni mogli tak stać i gapić się na posążek w uniesionej ręce Callahana, Praojcowie nawet na niego nie spojrzą.

Spod stołu z chrzęstem wypłynęła fala chrząszczy. Roland już kiedyś je widział. Gdyby miał jeszcze jakieś wątpliwości, myśląc o tym, co znajduje się za gobelinem, natychmiast rozwiałby je widok tych pasożytniczych krwiożerców: pcheł Praojców. Zapewne w obecności bumblera nie były groźne, ale kiedy widzi się je w takiej liczbie, Praojcowie zawsze są w pobliżu.

Gdy Ej rzucił się na chrząszcze, Roland z Gilead zrobił jedyną rzecz, jaka przyszła mu do głowy: spłynął do Callahana.

Przeniknął Callahana.

7

Père, jestem tu.

Tak, Rolandzie. Co

Czas ucieka. KAŻ MU STĄD WYJŚĆ. Musisz. Każ mu wyjść, dopóki jeszcze jest czas!

8

I Callahan spróbował. Chłopiec, oczywiście, nie chciał iść. Patrząc na niego oczami Père, Roland pomyślał z lekkim rozgoryczeniem: Powinienem lepiej nauczyć go zdrady. Choć wszyscy bogowie wiedzą, że starałem się, jak mogłem.

– Idź, póki możesz – rzekł Callahan, siląc się na spokój. – Dołącz do niej, jeśli zdołasz. Tego życzy sobie twoj dinh. Taka jest również wola Bieli.

To powinno było wystarczyć, ale nie, chłopiec wciąż się ociągał – o bogowie, był niemal równie uparty jak Eddie! – i Roland nie mógł dłużej czekać.

Père, pozwól.

Nie czekając na odpowiedź, Roland przejął władzę. Już czuł, jak fala, aven kal, zaczyna słabnąć. I Praojcowie mogli zjawić się w każdej chwili.

– Idź, Jake! – zawołał, używając ust i strun głosowych Père niczym megafonu. Gdyby zaczął się zastanawiać, jak to zrobić, zupełnie by się pogubił, ale rozmyślania nigdy nie były jego mocną stroną i z radością zobaczył, jak chłopiec nagle szeroko otworzył oczy. – Masz jeszcze szansę i musisz ją wykorzystać! Znajdź ją! Rozkazuję ci jako twój dinh!

W tym momencie, tak jak w szpitalnej sali Susannah, Roland ponownie poczuł, że unosi się w powietrzu, lekki jak pajęczyna albo puszek dmuchawca, opuszczając umysł i ciało Callahana. Przez moment usiłował powrócić, niczym pływak próbujący na chwilę pokonać silny prąd i dopłynąć do brzegu, ale okazało się to niemożliwe.

– Rolandzie! – usłyszał zaniepokojony głos Eddiego. – Jezu, Rolandzie, co to takiego?

Gobelin został gwałtownie odgarnięty na bok. Stwory, które wpadły do sali, były stare i paskudne, o potwornych gębach zdeformowanych przez ogromne zębiska i rozwartych przez wystające kły, tak grube jak przedramiona rewolwerowca, o pomarszczonych i porośniętych szczeciną brodach śliskich od krwi i kawałków mięsa.

Pomimo to – na wszystkich bogów! – chłopiec nie ruszył się z miejsca!

– Najpierw zabiją Eja! – zawołał Callahan, ale Roland nie sądził, żeby powiedział to Père. To chyba Eddie użył głosu Callahana, tak jak przed chwilą Roland. Widocznie znalazł jakieś łagodniejsze prądy albo zebrał siły. W każdym razie zdołał wejść na miejsce, z którego został wyparty Roland. – Zabiją go na twoich oczach i wypiją jego krew!

To wreszcie wywarło skutek. Chłopiec odwrócił się i uciekł razem z Ejem biegnącym obok niego. Przebiegł tuż przed taheenem o łbie gronostaja i między dwoma siepaczami, lecz żaden z nich nie próbował go złapać. Wciąż gapili się jak zahipnotyzowani na żółwia, którego Callahan trzymał w wysoko podniesionej dłoni.

Praojcowie wcale nie zwrócili uwagi na uciekającego chłopca. Roland był pewien, że tak będzie. Z opowieści Père wiedział, że jeden z Praojców przybył do miasteczka Salem, w którym Callahan był proboszczem. Père przeżył to spotkanie – co udało się niewielu tym, którzy bez broni i symboli swej wiary stawili czoło takim potworom – lecz zanim potwór puścił go wolno, zmusił do posmakowania jego skażonej krwi. W ten sposób oznakował go dla innych.

Callahan skierował ku nim symbol swej wiary, lecz nim Roland zdążył zobaczyć coś więcej, wciągnęła go ciemność. Znów zaczęły bić dzwony, niemal doprowadzając go do szaleństwa swym straszliwym dzwonieniem. Gdzieś w oddali słyszał słabe wołania Eddiego. Roland wyciągnął rękę w ciemności, zawadził o ramię Eddiego, zgubił go, znalazł jego dłoń i zdołał ją złapać. Potoczyli się, spleceni w uścisku, nie chcąc się rozdzielić, mając nadzieję nie zgubić się w pozbawionym drzwi mroku pomiędzy światami.

Rozdział 3
EDDIE DZWONI

1

Eddie ocknął się w starym samochodzie Johna Culluma, tak jak czasem jako nastolatek budził się z koszmarnego snu: oszołomiony i zdyszany ze strachu, kompletnie zdezorientowany, nie wiedząc, kim jest, a tym bardziej gdzie.

Miał sekundę, by uświadomić sobie, że – chociaż zdawało się to niewiarygodne – razem z Rolandem unoszą się spleceni niczym nienarodzone bliźniaki w łonie matki. Tuż przed jego nosem przepłynął ołówek oraz spinacz. A także plastikowe pudełko, w którym rozpoznał opakowanie taśmy klejącej. Nie trać czasu, John, pomyślał. To żaden ślad, po prostu najzwyklejszy ślepy zaułek.

Coś ocierało się o jego kark. Czyżby podsufitka zdezelowanego forda Johna Culluma? Na Boga, a wydawało się, że…

Nagle grawitacja wróciła i spadli wraz z mnóstwem drobiazgów, które posypały się wokół jak grad. Unoszący się w kabinie forda dywanik wylądował na kierownicy. Eddie rąbnął brzuchem w oparcie przedniego fotela i ze świstem wypuścił powietrze z płuc. Roland wylądował obok niego, na obolałym biodrze. Jęknął chrapliwie, po czym zaczął gramolić się na przednie siedzenie.

Eddie otworzył usta. Zanim zdążył coś powiedzieć, w myślach usłyszał głos Callahana: Hile, Rolandzie! Hile, rewolwerowcze!

Jak potężny psychiczny wysiłek musiał podjąć Père, żeby przemówić z tamtego świata? Słychać było słabe, lecz wyraźne, zwierzęce, triumfalne wrzaski. Nieartykułowane wycia.

Szeroko otwarte i zdumione oczy Eddiego napotkały bladoniebieskie oczy Rolanda. Ujął lewą dłoń rewolwerowca, myśląc: On odchodzi. Wielki Boże, myślę, że Père odchodzi.

Obyś znalazł swoją Wieżę, Rolandzie, zdobył ją

– …i wspiął się na jej szczyt! – dopowiedział Eddie.

Znowu byli w samochodzie Johna Culluma, zaparkowanym – nieco krzywo, ale poza tym prawidłowo – na poboczu drogi do Kansas. Letni dzień chylił się ku wieczorowi, lecz Eddie widział pomarańczowy piekielny blask restauracji, która wcale nie była restauracją, ale jaskinią kanibali. Na samą myśl o tym, że są takie stwory, że ludzie codziennie przechodzą obok ich kryjówki, nie wiedząc, co znajduje się w środku, nie widząc, jak tamci świdrują i wybierają ofiary pożądliwymi spojrzeniami…

Wtem, zanim zdołał dokończyć tę myśl, głośno krzyknął; widmowe kły wbiły się w jego kark, policzki i brzuch, poczuł na wargach parzące pocałunki i przeszywający ból rozrywanych genitaliów. Z wrzaskiem zaczął oganiać się wolną ręką, dopóki Roland nie złapał go za nią i nie przytrzymał.

– Przestań, Eddie. Przestań. Już ich nie ma.

Znieruchomiał. Kontakt przerwał się i ból zelżał. Oczywiście Roland miał rację. W przeciwieństwie do Père udało im się uciec. Eddie zauważył, że oczy Rolanda są szkliste od łez.

– Jego też nie ma. Callahana.

– A wampiry? No wiesz, kanibale? Czy… Czy one…?

Eddie nie zdołał dokończyć zdania. Myśl, że Père Callahan został jednym z nich, była zbyt okropna, aby wypowiedzieć ją na głos.

– Nie, Eddie. Wcale nie. On…

Roland wyjął rewolwer. Stal błysnęła w gasnącym świetle popołudnia. Na moment wepchnął sobie lufę pod brodę, patrząc przy tym na Eddiego.

– Uciekł im – powiedział Eddie.

– Tak, czym z pewnością bardzo je rozwścieczył.

Eddie kiwnął głową. Nagle poczuł się kompletnie wykończony. Rany znowu zaczęły go boleć. Nie boleć – rwać.

– To dobrze – powiedział. – A teraz wepchnij broń na miejsce, zanim odstrzelisz sobie łeb. – A kiedy Roland zrobił to, Eddie dodał: – Co się z nami działo przed chwilą? Wpadliśmy w trans, czy to było następne trzęsienie Promienia?

– Sądzę, że jedno i drugie – odparł Roland. – Jest takie zjawisko zwane aven kal, przypomina falę przepływającą wzdłuż ścieżki Promienia. To ona nas uniosła.

– I pozwoliła zobaczyć to, co chcieliśmy widzieć.

Roland zastanawiał się nad tym przez chwilę, po czym stanowczo pokręcił głową.

– Zobaczyliśmy to, co Promień chciał nam pokazać. Tam, dokąd chciał nas zabrać.

– Rolandzie, czy uczyłeś się o tym, kiedy byłeś chłopcem? Czy twój stary kumpel Vannay dawał lekcje… Sam nie wiem… anatomii Promieni i Łuków Tęczy?

Roland uśmiechał się.

– Tak, chyba uczono nas tego zarówno na lekcjach historii, jak i summa logicales.

– Logi… co?

Roland nie odpowiedział. Spoglądał przez szybę samochodu Culluma, wciąż próbując złapać oddech – dosłownie i w przenośni. To naprawdę nie było takie trudne, nie tu; pobyt w tej części Bridgton był niczym pobyt w sąsiedztwie tamtej opuszczonej parceli na Manhattanie. Ponieważ w pobliżu był generator. Nie sai King, jak początkowo sądził Roland, ale potencjał sai Kinga… to, co sai King mógł stworzyć, mając dosyć świata i czasu. Czyż King również nie został porwany przez aven kal, a może nawet stworzył tę falę, która go uniosła?

Człowiek nie może się podnieść, ciągnąc za swoje sznurowadła, choćby nie wiem jak się starał, mówił Cort, kiedy Roland, Cuthbert, Alain i Jamie ledwie odrośli od ziemi. Cort przemawiał wesołym i pewnym siebie głosem, który stopniowo stawał się coraz bardziej szorstki, w miarę jak ostatnia grupa jego uczniów szykowała się do próby męskości. Może jednak Cort mylił się co do tych sznurowadeł. Może w pewnych okolicznościach człowiek mógłby się podnieść. Albo zrodzić wszechświat ze swojego pępka, jak podobno zrobił to Gan. Czy jako pisarz King nie był stwórcą? I czyż tworzenie nie jest w istocie robieniem czegoś z niczego – dostrzeganiem świata w ziarnku piasku lub podciąganiem się na własnych sznurówkach?

I co on, Roland, tu robi, siedząc i snując takie filozoficzne rozważania, podczas gdy dwaj członkowie jego tet zniknęli?

– Wpraw ten pojazd w ruch – powiedział, usiłując zignorować wyraźnie słyszalny, słodki pomruk głosu Promienia, a może Gana Stwórcy. – Musimy dostać się na Turtleback Lane w mieście Lovell i sprawdzić, czy uda nam się znaleźć drogę do miejsca, gdzie jest Susannah.

I nie tylko Susannah. Jeśli Jake zdołał umknąć potworom z Dixie Pig, on również się tam skieruje. Co do tego Roland nie miał cienia wątpliwości.

Eddie wyciągnął rękę do dźwigni zmiany biegów – pomimo tych okropnych wstrząsów silnik starego forda w dalszym ciągu pracował – ale zaraz ją cofnął. Odwrócił się i obrzucił Rolanda ponurym spojrzeniem.

– Co cię gryzie, Eddie? Cokolwiek to jest, powiedz natychmiast. Dziecko przychodzi na świat… może już przyszło. Niebawem ona już nie będzie im potrzebna!

– Wiem – rzekł Eddie. – A jednak nie możemy jechać do Lovell. – Skrzywił się, jakby te słowa sprawiały mu dotkliwy ból. Roland domyślał się, że zapewne właśnie tak było. – Jeszcze nie.

2

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, słuchając słodkiego i cichego szumu Promienia, pomruku, który chwilami zmieniał się w wesołe głosy. Siedzieli, spoglądając na gęstniejące cienie między drzewami, gdzie kryły się miliony twarzy i miliony opowieści… o nieodkrytych drzwiach, o utraconym.

Eddie prawie się spodziewał, że Roland na niego krzyknie – nie byłby to pierwszy raz – a może nawet zdzieli po głowie, jak robił to dawny nauczyciel rewolwerowca, Cort, gdy jego uczniowie byli leniwi lub uparci. Eddie niemal miał taką nadzieję. Na Shardika, porządny cios w szczękę mógłby rozjaśnić mu w głowie.

Tylko że tu nie chodzi o zamęt w głowie, i dobrze o tym wiesz. Myślisz trzeźwiej od niego. Gdyby tak nie było, odszedłbyś z tego świata i ruszył na poszukiwanie zaginionej żony.

Roland wreszcie przemówił:

– Zatem co robimy? To?

Pochylił się i podniósł złożoną kartkę papieru, zapisaną drobnym pismem Aarona Deepneau. Roland spoglądał na nią przez chwilę, po czym krzywiąc się, z niesmakiem rzucił na kolana Eddiego.

– Wiesz, jak bardzo ją kocham – powiedział Eddie cichym, zduszonym głosem. – Dobrze wiesz.

Roland skinął głową, ale nie patrzył na niego. Zdawał się spoglądać na swoje popękane i zakurzone buty oraz brudną podłogę przy podnóżku po stronie pasażera. Te spuszczone oczy i wzrok prawie złamały Eddiemu serce. Roland z Gilead, który stał się niemal idolem Eddiego, odwracał od niego spojrzenie. Mimo to Eddie nalegał. Jeśli w ogóle był czas na błędy, już się skończył. Koniec gry.

– Ruszyłbym do niej bez namysłu, gdybym sądził, że mogę. Rolandzie, zrobiłbym to natychmiast! Musimy jednak zakończyć nasze sprawy na tym świecie. Ponieważ ten świat jest jednokierunkowy. Kiedy opuścimy go dziś, dziewiątego lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku, nigdy tu nie wrócimy. Musimy…

– Eddie, już to przerabialiśmy.

Roland wciąż na niego nie patrzył.

– Owszem, ale czy ty to rozumiesz? Została nam jedna kula i jeden talerz. Właśnie dlatego przybyliśmy do Bridgton! Bóg wie, że chciałem udać się na Turtleback Lane od razu, jak tylko John Cullum powiedział nam o tym miejscu, ale uznałem, że musimy zobaczyć się z tym pisarzem i porozmawiać z nim. I miałem rację, prawda? – Eddie mówił niemal błagalnie. – Prawda?

Roland w końcu spojrzał na niego. Eddie się ucieszył. Sytuacja była wystarczająco trudna, wystarczająco okropna, nawet bez tego umykającego, spuszczonego wzroku rewolwerowca.

– Jeśli zostaniemy tu trochę dłużej, może nie będzie to miało żadnego znaczenia. Jeżeli skupimy się na tych dwóch kobietach leżących obok siebie na łóżkach, Rolandzie… jeśli skupimy się na Suze oraz Mii… to być może uda nam się przeskoczyć do ich świata właśnie w tym momencie. Nie sądzisz?

Po długiej chwili namysłu, którą Eddie przeczekał, wstrzymując oddech, rewolwerowiec skinął głową. Nie udałoby im się przeniknąć tam, gdzie była Susannah, gdyby na Turtleback Lane znaleźli to, co rewolwerowiec w myślach zaczął nazywać „starymi drzwiami”, ponieważ one zawsze prowadziły w to samo miejsce. Gdyby jednak gdzieś w pobliżu Turtleback Lane w Lovell znaleźli jakieś magiczne drzwi, pozostałe po osłabnięciu Prim, to owszem, może zdołaliby przeskoczyć tam, dokąd chcieli. Jednakże takie drzwi też bywają niebezpieczne. Przekonali się o tym sami w Jaskini Głosów, gdzie drzwi zamiast Rolanda i Eddiego posłały do Nowego Jorku Jake’a i Callahana, w ten sposób krzyżując wszystkie ich plany w Krainie Dziewiętnastki.

– Co jeszcze musimy zrobić? – zapytał Roland.

W jego głosie nie było gniewu, ale Eddie usłyszał w nim nutę znużenia i niepewności.

– Cokolwiek to jest, na pewno będzie trudne. To mogę ci zagwarantować.

Eddie wziął pokwitowanie i spojrzał na nie równie ponuro, jak każdy Hamlet w historii dramatu spoglądał na czaszkę biednego Yoricka. Potem znów popatrzył na Rolanda.

– Ten dokument daje nam tytuł własności do opuszczonej parceli z różą. Musimy okazać go Mosesowi Carverowi z Holmes Dental Industries. A gdzie on jest? Nie wiemy.

– Skoro o nim mowa, Eddie, to nawet nie wiemy, czy on jeszcze żyje.

Eddie parsknął śmiechem.

– Prawdę mówisz, piękne dzięki! Czemu więc nie miałbym zawrócić? Zawiozę nas z powrotem do domu Stephena Kinga. Możemy wyciągnąć od niego dwadzieścia lub trzydzieści dolców… ponieważ, bracie, nie wiem, czy zauważyłeś, ale obaj nie mamy złamanego centa… i co więcej, możemy go namówić, żeby stworzył dla nas jakiegoś naprawdę twardego prywatnego detektywa, kogoś wyglądającego jak Bogart i dokopującego przeciwnikom jak Clint Eastwood. Niech taki wytropi dla nas Carvera!

Potrząsnął głową, jakby chciał oprzytomnieć. Pomruk głosów słodko rozbrzmiewał w uszach, idealne antidotum na ponure bicie dzwonów.

– Chcę powiedzieć, że moja żona ma gdzieś tam okropne kłopoty, z tego, co wiem, może jest pożerana żywcem przez wampiry lub krwiożercze chrząszcze, a ja siedzę na poboczu wiejskiej drogi, z facetem, któremu najlepiej wychodzi zabijanie ludzi, i usiłuję wymyślić sposób na założenie jakiejś cholernej korporacji!

– Zwolnij – rzekł Roland. Teraz, kiedy postanowił zostać jeszcze przez jakiś czas w tym świecie, najwidoczniej się uspokoił. – Powiedz mi, co twoim zdaniem powinniśmy zrobić, zanim na dobre strząśniemy z naszych butów kurz tego gdzieś i kiedyś.

Eddie powiedział mu.

3

Roland słyszał już wcześniej o wielu trudnościach dotyczących transakcji, ale nie całkiem rozumiał, w jak kłopotliwej sytuacji znaleźli się obecnie. Owszem, byli właścicielami opuszczonej parceli przy Drugiej Alei, lecz ich prawny tytuł do niej opierał się na holograficznym dokumencie, który byłby do podważenia w sądzie, szczególnie gdyby siły kryjące się pod szyldem Sombra Corporation wystawiły przeciwko nim legion prawników.

Eddie chciał dostarczyć pisemne potwierdzenie transakcji Mosesowi Carverowi, razem z wiadomością, że jego chrześnica, Odetta Holmes – w lecie tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku zaginiona od trzynastu lat – żyje i ma się dobrze, a przede wszystkim chce, żeby Carver przejął opiekę nie tylko nad parcelą, ale nad pewną różą, która tam rośnie.

Mosesa Carvera – jeśli jeszcze żył – należało przekonać do włączenia tak zwanej Tet Corporation do Holmes Industries (lub vice versa). To nie koniec! Powinien poświęcić resztę swego życia (a Eddie miał wrażenie, że Carver może już być w wieku Aarona Deepneau) na stworzenie gigantycznej korporacji, której jedynym prawdziwym celem byłoby utrudnianie wszelkich posunięć dwom innym olbrzymim korporacjom – Sombra i North Central Positronics, a nawet zduszenie ich w zarodku, jeśli to możliwe, niedopuszczenie do przeobrażenia się w monstrum, które pozostawi za sobą ślady zniszczeń w całym Świecie Pośrednim i zada śmiertelny cios Mrocznej Wieży.

– Może powinniśmy zostawić to pokwitowanie sai Deepneau – głośno myślał Roland, kiedy wysłuchał Eddiego do końca. – On przynajmniej mógłby odszukać Carvera, zobaczyć się z nim i opowiedzieć za nas tę historię.

– Nie. Postąpiliśmy słusznie, zatrzymując kwit. – Była to jedna z niewielu rzeczy, co do których Eddie miał całkowitą pewność. – Gdybyśmy zostawili ten kwit Aaronowi Deepneau, zostałby z niego tylko popiół.

– Uważasz, że Tower namówiłby przyjaciela, żeby zmienił zdanie i zniszczył umowę?

– Wiem, że tak by się stało – odparł Eddie. – A gdyby nawet Deepneau wytrzymał niekończące się ględzenie starego przyjaciela: „Spal ją, Aaronie, oni mnie podeszli, a teraz chcą wycyckać, wiesz o tym równie dobrze jak ja, spal ją, potem wezwijmy gliniarzy, żeby zajęli się tymi draniami”, myślisz, że Moses Carver uwierzyłby w taką zwariowaną opowieść?

Roland uśmiechnął się ponuro.

– Nie sądzę, żeby jego wiara lub niewiara miała jakieś znaczenie, Eddie. Pomyśl tylko. Jaką część naszej zwariowanej historii Aaron Deepneau naprawdę usłyszał?

– Niewielką – przyznał Eddie. Zamknął oczy i przycisnął do nich nasady dłoni. Mocno. – Przychodzi mi do głowy tylko jedna osoba, która mogłaby przekonać Mosesa Carvera, żeby zrobił to, o co chcemy go prosić, lecz ona jest zajęta czymś innym. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku. Do tego czasu Carver będzie już martwy, tak jak Deepneau i może sam Tower.

– No to co możemy zrobić bez niej? Co cię zadowoli?

Eddie myślał, że może Susannah mogłaby się cofnąć do roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego bez nich, ponieważ ona jeszcze tam nie była. No cóż… była tam w transie, ale nie sądził, żeby to się liczyło. Podejrzewał, że mogłoby się to nie udać wyłącznie dlatego, że należała do ka-tet jego i Rolanda. A może z jakiegoś innego powodu? Trudno powiedzieć. Wczytywanie się w klauzule napisane maczkiem na dole strony nigdy nie było jego ulubionym zajęciem. Spojrzał na Rolanda, zamierzając zapytać, co o tym sądzi, ale rewolwerowiec go ubiegł.

– A co z naszym dan-tete? – spytał.

Chociaż Eddie znał to słowo – oznaczające małego boga lub zbawcę – nie od razu zrozumiał, co Roland chce przez to powiedzieć. Po chwili pojął. Czyż dan-tete z Waterford nie pożyczył im samochodu, w którym teraz siedzieli, za co niech będą mu dzięki?

– Cullum? To o nim mówisz, Rolandzie? O facecie kolekcjonującym piłki baseballowe z autografami?

– Prawdę powiadasz – odparł Roland tonem, który wskazywał nie na rozbawienie, lecz lekkie zniecierpliwienie. – Nie przytłaczaj mnie swoim entuzjazmem dla tego pomysłu.

– Przecież… kazałeś mu odejść! A on się zgodził!

– I powiedziałbyś, że tryskał entuzjazmem na myśl o wyjeździe do Vermongu?

– …montu – poprawił Eddie, nie zdoławszy powstrzymać uśmiechu. Jednakże uśmiechnięty czy nie, przede wszystkim był zaniepokojony. Pomyślał, że to nieprzyjemne skrobanie, które słyszy w wyobraźni, to odgłos pozbawionej trzech palców dłoni Rolanda, macającej na samym dnie beczki.

Rewolwerowiec wzruszył ramionami, jakby nie dbał o to, czy Cullum mówił o podróży do Vermontu, czy do Baronii o’Garlan.

– Odpowiedz na moje pytanie.

– Cóż…

Cullum rzeczywiście nie wykazał ani krzty entuzjazmu dla tego pomysłu. Od pierwszej chwili zachowywał się raczej jak jeden z nich, a nie jak przedstawiciel trawożerów, wśród których żył. (Eddie bez trudu rozpoznawał trawożerów, gdyż sam był jednym z nich, dopóki Roland nie porwał go i nie zaczął szkolić na zabójcę). Culluma najwyraźniej intrygowali rewolwerowcy oraz cel ich obecności w jego miasteczku. Roland jednak bardzo stanowczo formułował swoje żądania i ludzie zwykle słuchali jego poleceń.

Teraz zakręcił w powietrzu palcem prawej ręki, znajomym gestem zdradzającym zniecierpliwienie. Pospiesz się, na pamięć twego ojca. Załatwiaj się albo złaź z kibla.

– Podejrzewam, że on wcale nie chciał iść – rzekł Eddie. – To jednak nie oznacza, że wciąż jest w swoim domu w East Stoneham.

– Jest tam. Nigdzie się nie ruszył.

Eddie z najwyższym trudem ukrył zdziwienie.

– Skąd możesz to wiedzieć? Zdołałeś nawiązać z nim kontakt, tak?

Roland potrząsnął głową.

– No to jak…

– Ka.

– Ka? Ka? A co to, kurwa, znaczy?

Twarz Rolanda była stara i znużona, poszarzała pod opalenizną.

– Kogo jeszcze znamy w tej części świata?

– Nikogo, ale…

– Zatem to on – powiedział obojętnie Roland, jakby wyjawiał dziecku jakiś powszechnie znany fakt, na przykład góra jest tam, gdzie masz głowę, a dół tam, gdzie twoje stopy dotykają ziemi.

Eddie już się szykował, żeby mu powiedzieć, że to głupota, po prostu idiotyczny zabobon, ale ugryzł się w język. Pomijając Deepneau, Towera, Stephena Kinga oraz obrzydliwego Jacka Andoliniego, John Cullum był jedyną osobą, którą znali w tym świecie (albo na tym piętrze Wieży, jeśli wolicie myśleć w ten sposób). I po wszystkim, co Eddie widział przez kilka ostatnich miesięcy – do licha, przez ostatni tydzień – czy mógł drwić z przesądów?

– W porządku – powiedział Eddie. – Chyba powinniśmy spróbować.

– Jak się z nim skontaktujemy?

– Możemy zadzwonić do niego z Bridgton. Ale w opowieści, Rolandzie, taka drugoplanowa postać jak John Cullum nigdy nie zeszłaby z ławki rezerwowych, żeby uratować mecz. Uważano by to za brak realizmu.

– Jestem pewien, że w życiu często tak bywa – powiedział Roland.

Eddie roześmiał się. A cóż innego mógł zrobić, do licha? Oto cały Roland.

4

BRIDGTON HIGH STREET 1
HIGHLAND LAKE 2
HARRISON 3
WATERFORD 6
SWEDEN 9
LOVELL 18
FRYEBURG 24

Właśnie minęli tę tablicę, gdy Eddie powiedział:

– Poszperaj w schowku na rękawiczki, Rolandzie. Sprawdź, czy ka, Promień lub cokolwiek zostawiło tam kilka centów na telefon.

– W schowku na rękawiczki? Masz na myśli ten?

– Taak.

Roland najpierw spróbował przekręcić chromowany przycisk na panelu, potem nacisnął go. W środku panował bałagan, do czego przyczynił się niewątpliwie krótkotrwały stan nieważkości forda. Były tam pokwitowania z bankomatów, bardzo stara tubka czegoś, co Eddie zidentyfikował jako „pastę do zębów” (Roland zdołał odczytać widniejący na niej napis HOLMES DENTAL), fotografia uśmiechniętej dziewczynki – być może siostrzenicy Culluma – na kucyku, coś, co w pierwszej chwili wziął za laskę dynamitu (Eddie wyjaśnił, że to czerwona raca alarmowa), czasopismo noszące tytuł YANKME… oraz pudełko na cygara. Roland nie zdołał odcyfrować widniejącego na nim napisu, ale wydawało mu się, że brzmi „opłatki”. Pokazał pudełko Eddiemu, któremu zaświeciły się oczy.

– Napisano na nim „opłaty” – rzekł. – Może miałeś rację co do Culluma i ka. Otwórz je, Rolandzie, bardzo cię proszę.

Dziecko, które sprezentowało wujowi pudełko, pieczołowicie (choć niezręcznie) umieściło z przodu zamykającą wieczko zasuwkę. Roland odsunął ją, otworzył pudełko i pokazał Eddiemu zawartość – mnóstwo srebrnych monet.

– Czy to wystarczy na telefon do domu Culluma?

– Taak – odparł Eddie. – Wygląda na to, że wystarczyłoby na telefon do Fairbanks na Alasce. Ale niewiele nam to pomoże, jeśli Cullum jest już w drodze do Vermontu.

5

Rynek Bridgton był wciśnięty między drogerię i pizzerię z jednej, a kino (Magiczna Lampa) i sklep ogólnospożywczy (Reny’ego) z drugiej strony. Pomiędzy kinem a sklepem znajdował się niewielki placyk z ławeczkami i trzema budkami telefonicznymi.

Eddie przejrzał zawartość pudełka na cygara i wręczył Rolandowi sześć dolarów w dwudziestopięciocentówkach.

– Chcę, żebyś poszedł tam – powiedział, wskazując drogerię – i kupił mi aspirynę. Poznasz ją, kiedy zobaczysz opakowanie?

– Astyna. Poznam.

– Chcę najmniejsze, jakie mają, ponieważ sześć dolców to naprawdę niewiele. Potem wejdź w następne drzwi, do lokalu Bridgton Pizza and Sandwiches. Jeśli zostanie ci jeszcze co najmniej szesnaście tych monet, powiedz, że chcesz dużego maca.

Roland skinął głową, co nie uspokoiło Eddiego.

– Powtórz.

– Maca.

– Dużego maca.

– Przecież mówię… maca.

– To niezupełnie… – Eddie odpuścił. – Rolandzie, powtórz za mną: „kiepściucha”.

– Kiepściucha.

– Dobrze. Jeśli zostanie ci co najmniej szesnaście monet, poproś o kiepściucha. Potrafisz powiedzieć: „z kupą smaru”?

– Z kupą smaru.

– Taak. Jeżeli zostanie ci mniej niż szesnaście, poproś o sandwicza z salami i serem. Sandwicza, nie pajdę chleba.

– Sandacza z salome.

– Prawie dobrze. I nie mów nic więcej, chyba że naprawdę będziesz musiał.

Roland skinął głową. Eddie miał rację, lepiej będzie się nie odzywać. Ledwie ktoś na Rolanda spojrzy, natychmiast w głębi serca wie, że nie jest z tych stron. A wtedy ludzie zaczynają się go bać. Lepiej nie pogarszać sprawy.

Ruszając ulicą, rewolwerowiec trzymał dłoń przy prawym biodrze – stary nawyk, który tym razem nie podnosił na duchu, gdyż oba rewolwery spoczywały w bagażniku forda galaxie, owinięte w pasy z nabojami.

Zanim zdążył zrobić następny krok, Eddie złapał go za ramię. Rewolwerowiec odwrócił się, unosząc brwi i mierząc przyjaciela wyblakłymi oczami.

– W naszym świecie mamy takie powiedzenie, Rolandzie… tonący brzytwy się chwyta.

– I co to oznacza?

– Właśnie to – odparł ponuro Eddie. – To, co robimy. Życz mi szczęścia, kolego.

Roland kiwnął głową.

– Tak, mnie też się ono przyda. Nam obu.

Zaczął się odwracać, lecz Eddie znowu go zatrzymał. Tym razem mina Rolanda zdradzała lekkie zniecierpliwienie.

– Nie daj się zabić, przechodząc przez ulicę – rzekł Eddie i dodał, przedrzeźniając sposób mówienia Culluma: – Letników ci tu więcej niż pcheł na psie. I nie jeżdżą na kuniach.

– Idź dzwonić, Eddie – powiedział Roland i pewnym krokiem przeszedł przez główną ulicę Bridgton, niespiesznym tempem, podobnie jak kroczył tysiącem głównych ulic tysiąca miasteczek.

Eddie przez chwilę obserwował go, po czym podszedł do telefonu i przeczytał instrukcję. Potem podniósł słuchawkę i zadzwonił do biura numerów.

6

On nigdzie się nie ruszył, powiedział rewolwerowiec, mówiąc z niezachwianą pewnością siebie o Johnie Cullumie. Dlaczego? Ponieważ Cullum był ich ostatnią szansą, poza nim nie mieli do kogo zadzwonić. Innymi słowy, tak nakazywało ka Rolanda z Gilead.

Po krótkim oczekiwaniu telefonistka z biura numerów wymamrotała numer telefonu Culluma. Eddie starał się go zapamiętać – zawsze miał dobrą pamięć do liczb, Henry czasem nazywał go małym Einsteinem – lecz tym razem wolał za bardzo nie ufać swoim umiejętnościom. Zawsze mogło coś się stać z jego procesami myślowymi (w co nie wierzył) lub z jego zdolnością do zapamiętywania niektórych rzeczy w tym świecie (co wydawało mu się bardziej prawdopodobne). Ponownie pytając o numer – i zapisując go w warstwie kurzu zalegającego na półeczce budki telefonicznej – Eddie zaczął się zastanawiać, czy w dalszym ciągu potrafiłby przeczytać książkę lub nadążać za akcją filmu. Mocno w to wątpił. I jakie to miało znaczenie? W Magicznej Lampie obok grali Gwiezdne wojny i Eddie pomyślał, że nic by się nie stało, gdyby dotarł do kresu swojej drogi i jeszcze dalej, nie oglądając ponownie Luke’a Skywalkera i nie słuchając głośnego sapania Dartha Vadera.

– Dziękuję pani – powiedział telefonistce i już miał wybrać numer, gdy za jego plecami rozległa się seria eksplozji. Eddie błyskawicznie odwrócił się i opuścił prawą dłoń, spodziewając się Wilków, łamaczy albo tego sukinsyna Flagga…

Zobaczył kabriolet pełen głupio uśmiechniętych licealistów o opalonych twarzach. Jeden z nich właśnie rzucił na ulicę kilka petard pozostałych zapewne po Czwartym Lipca – takich, jakie ich rówieśnicy z Calla Bryn Sturgis nazywali pukaczami.

Gdybym miał na biodrze rewolwer, mógłbym zastrzelić paru tych smarkaczy, pomyślał Eddie. Chcecie się bawić, no to macie. Dobrze. A może nie. Tak czy owak musiał przyznać, że być może stanowi zagrożenie dla spokojnych obywateli.

– Jakoś to przeżyję – mruknął Eddie, po czym dodał ulubione stwierdzenie, jakim wielki mędrzec i znany ćpun kwitował wszystkie drobne problemy: – Umowa stoi.

Wybrał numer Johna Culluma, kręcąc staromodną obrotową tarczą, a kiedy mechaniczny głos – być może praprapraprababki Blaine’a Mono – poprosił go o wrzucenie dziewięćdziesięciu centów, Eddie wrzucił dolara. A co tam, przecież ratował świat.

Telefon zadzwonił raz… drugi… I ktoś go odebrał!

– John! – niemal krzyknął Eddie. – Co za cholerne szczęście! John, mówi…

Na drugim końcu rozległ się głos. Jako dziecię późnych lat osiemdziesiątych Eddie wiedział, że to zła wróżba.

– …się z Johnem Cullumem z Cullum Caretakin i Camp Checkin – rozpoznał powolną jankeską wymowę Culluma. – Otrzymałem nagłe wezwanie, wiesz, i nie mam zielonego pojęcia, kiedy wrócę. Jeśli to dla ciebie kłopot, to przepraszam, ale możesz zadzwonić do Gary’ego Crowella pod dziewięćset dwadzieścia sześć pięćset pięćdziesiąt pięć pięć lub Juniora Bakera pod dziewięćset dwadzieścia dziewięć czterysta dwadzieścia jeden jeden.

Początkowy niepokój Eddiego znikł – zniikł, jak powiedziałby Cullum – dokładnie w chwili, gdy usłyszał nagraną na taśmie informację, że Cullum nie ma zielonego pojęcia, kiedy wróci. Ponieważ Cullum był właśnie tam, w swojej przytulnej chatce na zachodnim brzegu Keywadin Pond, spędzając czas na zbyt wypchanej i miękkiej sofie albo na jednym z dwóch tak samo wypchanych i miękkich foteli. Siedział i słuchał wiadomości rejestrowanych przez niewątpliwie rozklekotaną automatyczną sekretarkę z lat siedemdziesiątych. Eddie wiedział o tym, ponieważ… no cóż…

Po prostu wiedział.

Prymitywne nagranie nie zdołało całkowicie zamaskować wisielczego humoru, który wkradł się do głosu Culluma.

– Jasne, jeśli nie chcesz gadać z nikim, tylko z moją skromną osobą, możesz zostawić wiadomość po sygnale. Streszczaj się.

To ostatnie życzenie zabrzmiało jak „spadaj”.

Eddie zaczekał na sygnał, po czym powiedział:

– Tu Eddie Dean, John. Wiem, że tam jesteś i myślę, że czekałeś na mój telefon. Nie pytaj mnie, dlaczego tak sądzę, bo sam nie wiem, ale…

Eddie usłyszał głośny trzask, a potem głos Culluma – żywego Culluma.

– Hej, synu, dobrze opiekowałeś się moim fordem?

Przez chwilę Eddie był zbyt rozbawiony, by odpowiedzieć, gdyż silny wschodni akcent Culluma sprawił, że to pytanie zabrzmiało zupełnie inaczej: dobrze opiekowałeś się moim lordem?

– Chłopcze? – zapytał zaniepokojony nagle Cullum. – Jesteś tam jeszcze?

– Tak – odparł Eddie. – I ty też. Myślałem, że wybierasz się do Vermontu, John.

– No cóż, powiem ci coś. Nie było tu takiego poruszenia chyba od tysiąc dziewięćset dwudziestego trzeciego roku, kiedy w South Stoneham spłonął sklep obuwniczy. Gliniarze zablokowali wszystkie drogi wyjazdowe z miasteczka.

Eddie był pewien, że przepuszczali mieszkańców mogących okazać odpowiednie dokumenty, ale zignorował tę kwestię na rzecz innej.

– Chcesz mi powiedzieć, że nie potrafiłbyś wydostać się z miasteczka, nie napotykając żadnego gliniarza, gdybyś miał taki kaprys?

Zapadła krótka cisza. Eddie wyczuł, że ktoś stanął za jego plecami. Nie odwrócił się, żeby spojrzeć. Wiedział, że to Roland. Któż inny mógłby roztaczać woń – subtelną, ale wyraźną – innego świata?

– No dobrze – powiedział w końcu Cullum. – Może znam jeden czy dwa leśne trakty, które dochodzą do Lovell. Lato było suche, więc pewnie mógłbym nimi przejechać.

– Jeden czy dwa?

– No, powiedzmy trzy lub cztery.

Znów zapadła cisza, której Eddie nie przerywał. Za dobrze się bawił.

– Pięć lub sześć – poprawił się Cullum, a Eddie postanowił i na to nie reagować. – Osiem – przyznał wreszcie stary i kiedy Eddie parsknął śmiechem, przyłączył się do niego. – Co ci chodzi po głowie, synu?

Eddie zerknął na Rolanda, który w dwóch pozostałych mu palcach prawej ręki trzymał opakowanie aspiryny. Z wdzięcznością wziął od niego tabletki.

– Chcę, żebyś przyjechał do Lovell – rzekł do Culluma. – Wygląda na to, że będziemy musieli znów się trochę naradzić.

– Taa i wychodzi na to, że się tego spodziewałem – powiedział Cullum – chociaż wcale się nad tym nie zastanawiałem. Wydawało mi się, że wkrótce będę w drodze do Montpellier, ale wciąż znajdowałem tutaj jeszcze coś do zrobienia. Gdybyś zadzwonił pięć minut wcześniej, numer byłby zajęty, bo dzwoniłem do Charliego Beemera. No wiesz, to jego żona i szwagierka zginęły na rynku. A potem pomyślałem: „Do licha, powinienem jeszcze dobrze tu posprzątać, zanim wrzucę graty na tył furgonetki i ruszę”. Jak powiedziałem, wcale się nad tym nie zastanawiałem, ale w głębi duszy czekałem na twój telefon, od kiedy tu wróciłem. Gdzie cię znajdę? Na Turtleback Lane?

Eddie otworzył opakowanie aspiryny i pożądliwie spojrzał na rządek tabletek. Ćpun zawsze zostanie ćpunem, pomyślał. Nawet jeśli poprzestaje na czymś takim.

– Taa – wycedził przez zęby. Od kiedy poznał Rolanda w samolocie Delty, mającym wylądować na lotnisku Kennedy’ego, nabrał wprawy w naśladowaniu regionalnych dialektów. – Mówiłeś, że ta droga odchodzi od Route siedem i ma zaledwie dwie mile, tak?

– Tak. Stoi przy niej kilka bardzo ładnych domów. – I po krótkim namyśle: – Wiele z nich jest na sprzedaż. Ostatnio pojawiało się tam sporo gości. Jak może już wspominałem. Takie historie denerwują ludzi, a bogatych ludzi przynajmniej stać na to, żeby wynieść się z okolicy, gdzie nie mogą spać po nocach.

Eddie nie mógł już dłużej czekać. Wziął trzy aspiryny i wrzucił je do ust, rozkoszując się gorzkim smakiem rozpuszczających mu się na języku tabletek. Chociaż ból był dotkliwy, chętnie zniósłby dwukrotnie silniejszy, gdyby tylko miał jakieś wieści od Susannah. Ona jednak milczała. Doszedł do wniosku, że kontakt z nią, w najlepszym razie słaby, zerwał się po przyjściu na świat tego przeklętego dziecka Mii.

– Wy, chłopcy, może powinniście trzymać spluwy pod ręką, jeśli zmierzacie na Turtleback w Lovell – rzekł Cullum. – Co do mnie, to chyba wrzucę dubeltówkę do furgonetki, zanim się stąd wyniosę.

– Czemu nie? – powiedział Eddie. – Może poszukasz swojego samochodu przy tej drodze, co? Znajdziesz go tam.

– Taak, tego starego forda trudno przeoczyć – przyznał Cullum. – Powiedz mi coś, synu. Nie jadę do Vermontu, ale mam wrażenie, że zamierzasz gdzieś mnie posłać, jeśli tylko się zgodzę. Może powiesz mi gdzie?

Eddie pomyślał, że Mark Twain zapewne zatytułowałby następny rozdział niewątpliwie barwnego życia Johna Culluma „Jankes z Maine na dworze Karmazynowego Króla”, ale postanowił nie mówić tego głośno.

– Byłeś kiedyś w Nowym Jorku?

– O rany, tak. Kiedy służyłem w wojsku, byłem tam na dwudniowej przepustce – powiedział wolno, zabawnie bulgocząc. – Odwiedziłem Radio City Music Hall oraz Empire State Building, tyle pamiętam. Musiałem jednak zwiedzić również kilka innych miejsc, ponieważ z portfela zniknęło mi trzydzieści dolarów, a parę miesięcy później okazało się, że mam trypra.

– Tym razem będziesz zbyt zajęty, żeby złapać trypra. Zabierz karty kredytowe. Wiem, że je masz, ponieważ w schowku na rękawiczki widziałem wydruki z bankomatów.

Miał szaloną ochotę rozciągnąć ostatnie słowo, robiąc z niego „baaanko-maatów”.

– Straszny tam bajzel, no nie? – spytał wesoło Cullum.

– Tak, przywodzi na myśl resztki butów przeżutych przez psa. Zobaczymy się w Lovell, John.

Eddie odwiesił słuchawkę. Spojrzał na torbę w ręku Rolanda i pytająco uniósł brwi.

– To kiepściuch – rzekł Roland. – Z kupą smaru, cokolwiek to oznacza. Osobiście wolałbym sos, który nie jest tak podobny do spermy, ale twoja wola.

Eddie przewrócił oczami.

– O rany, ty to potrafisz narobić człowiekowi apetytu.

– Naprawdę?

Eddie przypomniał sobie, że Roland niemal zupełnie nie ma poczucia humoru.

– Naprawdę, naprawdę. Chodźmy. Mogę zjeść moją kanapkę ze spermą, jadąc. Ponadto powinniśmy porozmawiać o tym, jak załatwimy naszą sprawę.

7

Obaj uważali, że powinni wyjawić Johnowi Cullumowi taką część historii, jaką zdoła znieść, nie tracąc zaufania do nich (i zdrowych zmysłów). Potem, jeśli wszystko dobrze pójdzie, powierzą mu umowę kupna-sprzedaży i poślą do Aarona Deepneau. Z wyraźnym poleceniem, żeby nie rozmawiał z Deepneau w obecności Calvina Towera, któremu nie można ufać.

– Cullum i Deepneau mogą razem odnaleźć Mosesa Carvera – rzekł Eddie. – I myślę, że mogę podać Cullumowi dość informacji o Suze… z jej prywatnego życia… żeby przekonać Carvera, że ona żyje. Potem jednak… no cóż, wiele zależy od tego, czy uda im się go przekonać. I jak ochoczo, w tak podeszłym wieku, będą chcieli pracować dla Tet Corporation. Hm, może nas zaskoczą! Wprawdzie nie wyobrażam sobie Culluma w garniturze i krawacie, ale Culluma podróżującego po kraju i sypiącego piach w tryby interesów Sombra…? – Zastanowił się, przechylając głowę, po czym kiwnął nią z uśmiechem. – Taak. To mogę sobie wyobrazić.

– Chrzestny Susannah też pewnie jest starym piernikiem – zauważył Roland. – Tylko o innym kolorze skóry. Tacy ludzie często znajdują wspólny język, kiedy tworzą an-tet. I może będę mógł dać Johnowi Cullumowi coś, co pomoże mu przekonać Carvera, żeby się do nas przyłączył.

– Znak?

– Tak.

Zaintrygował Eddiego.

– Jaki?

Zanim jednak Roland zdążył odpowiedzieć, zobaczyli coś, co sprawiło, że Eddie gwałtownie przydepnął pedał hamulca. Znajdowali się w Lovell, na Route 7. Przed nimi poboczem drogi szedł chwiejnie starzec o zmierzwionych, długich siwych włosach. Miał na sobie podarte i brudne łachmany, których w żadnym razie nie można by nazwać szatą. Chude ręce i nogi pokryte były licznymi zadrapaniami. A także wrzodami płonącymi ognistą czerwienią. Stopy miał bose, a ich palce zakończone nie paznokciami, lecz paskudnymi i groźnie wyglądającymi żółtymi pazurami. Pod pachą trzymał resztki jakiegoś drewnianego przedmiotu, który mógł być połamaną lirą. Eddie pomyślał, że nie można było wyglądać bardziej niestosownie na drodze, na której jedynymi napotkanymi dotychczas przechodniami byli ludzie o poważnych minach, najwyraźniej przybyli „z daleka”, ćwiczący w eleganckich nylonowych szortach, czapeczkach baseballowych i bawełnianych koszulkach (jeden z nich miał na koszulce napis NIE STRZELAĆ DO TURYSTÓW).

Postać truchtająca poboczem Route 7 odwróciła się do nich i Eddie mimo woli wydał okrzyk przerażenia. Jej oczy łączyły się nad garbem nosa, przypominając dwa żółtka zlewające się na patelni. Z jednej dziurki nosa sterczał długi kieł. Mimo to najgorsza była ciemnozielona poświata, która otaczała twarz tego stworzenia. Jakby posmarowano skórę jakąś rzadką, fluoryzującą mazią.

Stwór zauważył ich i natychmiast uciekł do lasu, porzucając połamaną lirę.

– Chryste! – wrzasnął Eddie.

Jeśli to był jeden z gości, to miał nadzieję nigdy nie oglądać następnego.

– Stań, Eddie! – krzyknął Roland i zaparł się jedną ręką o deskę rozdzielczą, gdy stary ford Johna Culluma zatrzymał się w chmurze pyłu, w miejscu gdzie stwór znikł w krzakach.

– Otwórz bagażnik – powiedział Roland, wysiadając. – Wyjmij rewolwer.

– Rolandzie, nie mamy czasu, a Turtleback Lane leży trzy mile stąd na północ. Naprawdę uważam, że…

– Zamknij się i rób, co mówię! – ryknął Roland, po czym pobiegł na skraj lasu. Nabrał tchu, a kiedy zawołał w ślad za uciekającym stworem, na dźwięk jego głosu Eddie dostał gęsiej skórki. Zaledwie raz czy dwa razy słyszał Rolanda przemawiającego tym tonem, więc zdążył zapomnieć, że w żyłach rewolwerowca płynie królewska krew.

Roland powiedział najpierw coś, czego Eddie nie zrozumiał, po czym dodał:

– Wyjdź tu, o Dziecię Rodericka, nieszczęsne, zagubione, i skłoń się przede mną, Rolandem, synem Stevena z rodu Elda!

Przez chwilę nic się nie działo. Eddie otworzył bagażnik i wyjął rewolwer Rolanda. Roland przypasał go, nie zerknąwszy na Eddiego, bez słowa podziękowania.

Minęło może trzydzieści sekund. Eddie otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zanim zdołał wykrztusić cokolwiek, zakurzone liście przydrożnych krzaków zaczęły się trząść. Po chwili wyłonił się z nich pokraczny stwór. Szedł chwiejnie, z pochyloną głową. Przód jego łachmanów znaczyła duża mokra plama. Eddie poczuł odór moczu, ostry i mdlący.

Mimo to stworzenie przyklękło i podniosło jedną zdeformowaną dłoń do czoła, zrezygnowanym gestem, który wzbudził współczucie Eddiego.

– Hile, Rolandzie z Gilead, Rolandzie z rodu Elda! Czy pokażesz mi jakiś sigul, mój drogi?

W miasteczku zwanym River Crossing stara kobieta, Ciotka Talitha, dała Rolandowi srebrny krzyżyk na srebrnym łańcuszku. Od tej pory nosił go na szyi. Teraz wyjął go spod koszuli i pokazał klęczącemu stworzeniu, w którym Eddie domyślał się Powolnego Mutanta, umierającego na skutek choroby popromiennej. Stwór wydał chrapliwy okrzyk podziwu.

– Czy pragniesz zaznać spokoju u kresu swej drogi, o Dziecię Rodericka? Czy pragniesz spokoju oczyszczenia?

– Tak, mój drogi – odparł ze szlochem stwór, po czym dodał jeszcze kilka zdań w dziwnym języku, którego Eddie nie rozumiał. Eddie rozejrzał się na boki, spodziewając się zobaczyć jakieś nadjeżdżające pojazdy – w końcu był to szczyt letniego sezonu – lecz Route 7 z obu stron była pusta. Przynajmniej przez chwilę dopisało im szczęście.

– Ilu was jest w tych stronach? – zapytał Roland, przerywając gościowi. Mówiąc to, wyjął rewolwer, podniósł go i przycisnął do koszuli na piersi.

Dziecię Rodericka, nie podnosząc głowy, machnęło ręką, wskazując kierunek.

– Delah, rewolwerowcze – odpowiedziało – gdyż tutaj światy są ścieśnione, bo anro con fa; sey-sey desene fanno billet cobair can. Ja Chevin devar dan. Ponieważ żal mi ich. Can-toi, can-tah, can Discordia, aven la cam mah can. May-mi? Iffin lah vainen, eth

– Ilu dan devar?

Stwór rozważył pytanie Rolanda, po czym pięć razy pokazał rozstawione palce (Eddie zauważył, że miał ich dziesięć). Pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt czego? – Eddie nie wiedział.

– I Discordia? – spytał ostro Roland. – Prawdę mówisz?

– Och tak, tak mówię ja, Chevin z Chayven, syn Hamila, minstrel z Południowych Równin, które niegdyś były moim domem.

– Powiedz, jak nazywa się miasto, które leży w pobliżu Discordii, to cię puszczę.

– Ach, rewolwerowcze, wszyscy tam są martwi.

– Nie sądzę. Mów.

– Fedic! – wrzasnął Chevin z Chayven, wędrowny muzyk, który nigdy nie sądził, że jego życie zakończy się w takiej odległej, obcej krainie. Nie na równinach Świata Pośredniego, lecz w górach zachodniego Maine. Nagle podniósł okropną, jarzącą się twarz do Rolanda. Rozłożył ręce jak ukrzyżowany. – Fedic za Górami Gromu, na ścieżce Promienia! V Shardik, V Maturin, na drodze do Mrocznej Wie

Rewolwer Rolanda odezwał się tylko raz. Kula trafiła klęczącego w środek czoła, kończąc dzieło zniszczenia. Gdy pocisk odrzucił stwora w tył, Eddie zobaczył, że ciało Chevina z Chayven zmienia się w zielonkawy dym, zwiewny jak skrzydło szerszenia. Przez moment Eddie widział zęby potwora, unoszące się w powietrzu jak widmowy sznur korali, a potem i one znikły.

Roland wsunął rewolwer z powrotem do kabury, po czym wyprostował dwa palce okaleczonej prawej ręki i nakreślił nimi znak w powietrzu, gestem, który Eddie uznał za błogosławieństwo.

– Spoczywaj w pokoju – rzekł Roland.

Potem odpiął pas i zaczął owijać go wokół kabury.

– Rolandzie, czy to był… Powolny Mutant?

– Owszem, chyba można tak nazwać to nieszczęsne stworzenie. Jednak Rodericki pochodzą spoza znanych mi ziem, chociaż zanim świat poszedł naprzód, oddawały cześć Arthurowi Eldowi. – Odwrócił się do Eddiego. Twarz miał zmęczoną, ale oczy błyszczące. – Nie wątpię, że Fedic to miejsce, gdzie Mia ma urodzić dziecko. To tam zabrała Susannah. W pobliżu ostatniego zamku. Będziemy musieli wrócić do Gór Gromu, ale najpierw musimy udać się do Fedic. Dobrze wiedzieć.

– Mówił, że żal mu kogoś. Kogo?

Roland tylko potrząsnął głową i nie odpowiedział na pytanie Eddiego. Obok z warkotem przemknęła ciężarówka z coca-colą, a daleko na zachodzie zagrzmiało.

– Fedic Discordii – wymamrotał rewolwerowiec. – Fedic Czerwonej Śmierci. Jeśli ocalimy Susannah… i Jake’a… wrócimy do pogranicznych Calla. Opuścimy je, kiedy załatwimy tam nasze sprawy. A wtedy znów skierujemy się na południowy wschód.

– I co? – spytał niespokojnie Eddie. – I co potem, Rolandzie?

– I zatrzymamy się dopiero wtedy, kiedy dotrzemy do Wieży. – Wyciągnął ręce i zobaczył, że lekko mu drżą. Potem spojrzał na Eddiego. Twarz miał zmęczoną, lecz nieulękłą. – Nigdy nie byłem tak blisko. Słyszę, jak szepczą do mnie wszyscy zmarli przyjaciele i ich zmarli ojcowie. Ich szepty to oddech Wieży.

Eddie przez chwilę spoglądał na Rolanda, zafascynowany i przestraszony, a potem zdobył się na tytaniczny wysiłek i przerwał milczenie.

– No cóż – rzekł, idąc z powrotem do drzwiczek forda – jeśli któryś z tych szeptów podpowie ci, co mam rzec Cullumowi, żeby go przekonać i skłonić do zrobienia tego, co chcemy, to daj mi znać.

Eddie wsiadł do samochodu i zamknął drzwi, zanim Roland zdążył odpowiedzieć. Oczami duszy widział, jak Roland unosi wielki rewolwer. Widział, jak celuje do klęczącego i naciska spust. Jego dinh i przyjaciel. Czy mógł być pewien, że Roland nie postąpiłby tak samo z nim… albo z Suze… lub Jakiem… gdyby przeczucie podpowiedziało mu, że to przybliży go do Wieży? Nie mógł. A mimo to pójdzie z nim. Poszedłby, nawet gdyby w głębi serca wiedział – broń, Panie Boże! – że Susannah nie żyje. Ponieważ musiał. Ponieważ Roland stał się dla niego kimś znacznie ważniejszym, był nie tylko jego mistrzem i przyjacielem.

– Moim ojcem – mruknął pod nosem Eddie na moment przed tym, zanim Roland otworzył drzwiczki po stronie pasażera i wsiadł.

– Mówiłeś coś, Eddie? – spytał Roland.

– Tak – odparł. – Jeszcze trochę. Właśnie to powiedziałem.

Roland kiwnął głową. Eddie wrzucił bieg i ford potoczył się po Turtleback Lane. W oddali – ale nieco bliżej niż poprzednio – znowu zagrzmiało.

Rozdział 4
DAN-TETE

1

Gdy zbliżał się czas rozwiązania, Susannah Dean rozejrzała się wokół, ponownie licząc wrogów, jak nauczył ją Roland. Nigdy nie sięgaj po broń, mówił, dopóki nie wiesz, ilu jest przeciwników, albo nie nabierzesz pewności, że nigdy nie zdołasz ich zliczyć, lub zdecydujesz, że pora umierać. Nie wiedziała, jak sobie poradzi z tym strasznym, wdzierającym się w jej myśli hełmem, który miała na głowie, ale czymkolwiek był, nie przejmował się jej próbami policzenia obecnych przy narodzinach małego Mii. To dobrze.

Był tu Sayre, kierujący wszystkim siepacz, z czerwonym pulsującym otworem na środku czoła. I Scowther, lekarz gmerający między nogami Mii, szykujący się do odebrania porodu. Kiedy Scowther stał się trochę zbyt arogancki, Sayre nieco go poturbował, ale zapewne nie tak bardzo, żeby wpłynęło to na jego umiejętności. Poza Sayrem było tu jeszcze pięciu innych siepaczy, ale poznała nazwiska tylko dwóch z nich. Ten o obwisłych policzkach buldoga i wielkim brzuszysku to Haber. Obok niego stał ptakopodobny, o pokrytym brązowym pierzem łbie i złowrogich ślepiach jastrzębia. Ten stwór chyba nazywał się Jey, a może Gee. Tak więc siedmiu, wszyscy uzbrojeni w automatyczne pistolety, tkwiące w kaburach na szelkach. Broń Scowthera wystawała spod białego fartucha za każdym razem, kiedy się pochylił. Susannah już zdecydowała, że ten pistolet będzie jej.

Były tam też trzy blade, humanoidalne stwory, stojące za Mią. Susannah była przekonana, że stwory spowite ciemnoniebieską aurą to wampiry. Zapewne te, które Callahan nazywał wampirami trzeciej kategorii. (Père kiedyś nazwał je rybkami-pilotami rekinów). To dziesięciu. Dwa wampiry miały kusze, trzeci zaś coś w rodzaju elektrycznego miecza, teraz przygaszonego tak, że zaledwie migotał stłumionym blaskiem. Jeśli zdoła odebrać Scowtherowi broń (kiedy mu ją odbierzesz, słodziutka, poprawiła się w myślach, gdyż czytała Siłę pozytywnego myślenia i wierzyła w każde napisane przez wielebnego Peale’a słowo), najpierw skieruje ją w tego, który ma elektryczny miecz. Bóg wie jakie obrażenia może zadać taki miecz, ale Susannah Dean nie miała ochoty się dowiedzieć.

Była tam też pielęgniarka, położna z głową wielkiego brązowego szczura. Na widok pulsującego czerwonego oka na środku jej czoła Susannah doszła do wniosku, że większość siepaczy nosi ludzkie maski, zapewne po to, żeby nie płoszyć zwierzyny na chodnikach Nowego Jorku. Może nie wszyscy wyglądali w rzeczywistości jak szczury, ale była przekonana, że żaden z nich nie przypomina Roberta Gouleta. Położna o głowie szczura jako jedyna z obecnych nie miała żadnej broni, przynajmniej Susannah nie zdołała jej dostrzec.

Jedenaścioro. Jedenaścioro wrogów w tym ogromnym i prawie opuszczonym szpitalu, który – czego była pewna – nie znajdował się na Manhattanie. Jeśli zamierzała ich załatwić, powinna to zrobić wtedy, kiedy będą zajęci dzieckiem Mii – jej ukochanym małym.

– Wychodzi, doktorze! – nerwowo zawołała podekscytowana położna.

Miała rację. Susannah przestała liczyć, gdy przetoczyła się po niej fala bólu, najgorszego z dotychczasowych. Po nich obu. Zatapiając je. Krzyknęły obie. Scowther kazał Mii przeć, przeć TERAZ!

Susannah zamknęła oczy i również parła, ponieważ to także jej dziecko… już nie. Poczuła, jak ból wypływa z niej niczym woda spływająca do ciemnego kanału, i przytłoczył ją głęboki smutek. Gdyż to dziecko wpływało w Mię. Susannah zdołała jeszcze przekazać kilka słów ostatniej wiadomości. Cokolwiek się teraz stanie, ten etap się zakończył. Susannah Dean wydała zduszony okrzyk ulgi i żalu – okrzyk niczym pieśń.

I wtedy, zanim zaczął się koszmar – coś tak okropnego, że aż po dzień swego wyjścia na jasną polanę miała zapamiętać każdy szczegół jakby skąpany w rozbłysku oślepiającego światła – poczuła, że ciepła dłoń zaciska się na jej nadgarstku. Susannah obróciła głowę, przechylając ją wraz z nieprzyjemnym ciężarem hełmu. Usłyszała swój jęk. Napotkała spojrzenie Mii. Mia rozchyliła wargi i wypowiedziała jedno jedyne słowo. Susannah nie mogła go usłyszeć z powodu wrzasków Scowthera (który teraz pochylał się, zerkając między nogi Mii, i trzymał w dłoniach kleszcze). A jednak zrozumiała, że Mia usiłuje dotrzymać słowa.

Uwolnię cię, jeśli będę mogła, obiecała jej, i słowo, które teraz Susannah usłyszała w myślach i odczytała z warg rodzącej, brzmiało chassit.

Susannah, słyszysz mnie?

Słyszę cię bardzo dobrze.

Czy rozumiesz nasze położenie?

Tak. Pomogę uciec tobie i twojemu małemu, jeśli zdołam. Albo

Zabij nas, jeśli nie zdołasz! – dokończyła Mia. Jeszcze nigdy jej głos nie rozbrzmiewał tak głośno. Susannah była pewna, że tylko częściowo dzięki łączącemu je przewodowi. Obiecaj mi, Susannah, córko Dana!

Zabiję was oboje, jeśli

Nie dokończyła. To jednak chyba wystarczyło Mii, i dobrze, gdyż Susannah nie zdołałaby powiedzieć nic więcej, nawet gdyby od tego zależało ich życie. Przypadkiem spojrzała na sufit ogromnej sali. Na środku pomieszczenia, nad rzędami łóżek, zobaczyła Eddiego i Rolanda. Byli ledwie widoczni, znikali w sklepieniu i wyłaniali się zeń, patrząc na nią niczym widmowe ryby.

Znowu przeszył ją ból, ale tym razem nie tak straszny. Poczuła, jak jej uda twardnieją wskutek parcia, ale miała wrażenie, że dzieje się to gdzieś daleko. Nieważne. Istotne było tylko, czy naprawdę to widzi, czy też tylko tak jej się wydaje. Czyżby przemęczony umysł, pragnący wybawienia, stworzył to złudzenie, żeby ją pocieszyć?

Niemal w to uwierzyła. Pewnie uwierzyłaby, gdyby obaj nie byli nadzy i otoczeni przedziwną kolekcją wiszących wokół nich śmieci: pudełka zapałek, groszku, popiołu, pensa. I dywanik, na Boga! Dywanik z samochodu, z wytłoczonym na nim napisem FORD.

– Doktorze, widzę głów…

Przestraszony pisk, gdy doktor Scowther zupełnie nie po dżentelmeńsku odepchnął Siostrę Szczurzycę na bok i pochylił się jeszcze niżej nad spojeniem ud Mii. Jakby zamierzał wyciągnąć jej małego zębami. Jastrząb Jey czy też Gee podekscytowanym tonem mówił coś do Buldoga, czyli Habera.

Oni naprawdę tam są, pomyślała Susannah. Ten dywanik jest dowodem. Nie wiedziała, dlaczego dywanik miałby być dowodem, po prostu tak było. Bezgłośnie wymówiła słowo, które powiedziała jej Mia: chassit. Hasło. Ono otworzy przynajmniej jedne drzwi, a może wiele. Nawet nie przyszło jej do głowy, że Mia mogła skłamać. Były połączone ze sobą, nie tylko przewodem i hełmami, ale znacznie prymitywniejszym (i o wiele potężniejszym) aktem narodzin. Nie, Mia nie kłamała.

– Przyj, ty przeklęta leniwa suko! – prawie zawył Scowther, a Roland z Eddiem nagle zniknęli na dobre spod sufitu, jakby zdmuchnięci siłą jego oddechu. Być może tak właśnie było.

Susannah obróciła się na bok, czując, jak włosy oblepiają jej czaszkę, zdając sobie sprawę z tego, że jej ciało oblewa się potem, całymi galonami potu. Przysunęła się trochę bliżej do Mii, nieco bliżej Scowthera, odrobinę bliżej do ponacinanej na krzyż kolby pistoletu, wystającej spod fartucha.

– Leż spokojnie, siostro, posłuchaj mnie – powiedział jeden z siepaczy i dotknął ramienia Susannah. Jego dłoń była zimna i wiotka, nabrzmiała wałeczkami tłuszczu. Susannah przeszedł dreszcz. – To zaraz się skończy i wtedy wszystkie światy się zmienią. Kiedy ten dołączy do Łamaczy w Jądrze Gromu…

– Zamknij się, Straw! – warknął Haber i odepchnął niedoszłego pocieszyciela Susannah. Potem znów z zaciekawieniem zaczął obserwować poród.

Mia wyprężyła się, jęcząc. Szczurzyca położyła dłonie na jej biodrach i łagodnie przycisnęła do łóżka.

– Nie tak, nie tak, przyj brzuchem.

– Wypchaj się, suko! – wrzasnęła Mia i Susannah poczuła tylko słabe ukłucie bólu, to wszystko. Kontakt między nimi słabł.

Starając się skoncentrować, Susannah sięgnęła w głąb umysłu:

– Hej! Pozytronowa damo! Jesteś tam?

– Łączność… przerwana… – rozległ się przyjemny kobiecy głos. Tak jak poprzednio, rozległ się w głowie Susannah, lecz tym razem wydawał się słaby, nie groźniejszy od dźwięku z radia, ledwie słyszalnego z powodu zakłóceń atmosferycznych. – Powtarzam: łączność… przerwana. Mamy nadzieję, że będziecie pamiętać o North Central Positronics, która zaspokoi wszelkie wasze potrzeby w dziedzinie zwiększania zdolności umysłowych. A także o Sombra Corporation! Liderze w dziedzinie łączności międzymózgowej!

Gdzieś w głębi umysłu Susannah rozległ się mrożący krew w żyłach pisk i łączność została przerwana. Upiornie uprzejmy kobiecy głos zamilkł, zastąpiony nagłą pustką. Susannah poczuła się tak, jakby wyrwała się z jakiejś stopniowo zaciskającej się wokół niej pułapki.

Mia znów krzyknęła i Susannah zawtórowała jej. Częściowo dlatego, że nie chciała, by Sayre i jego kompani zauważyli, że kontakt między nią a Mią został zerwany, a częściowo ze szczerego żalu. Straciła więź z kobietą, która w pewien sposób stała się jej siostrą.

Susannah! Suze, jesteś tam?

Słysząc ten nowy głos, podniosła się na łokciu, na moment niemal zapominając o leżącej obok kobiecie. To przecież…

Jake? Czy to ty, kochasiu? To ty, prawda? Słyszysz mnie?

TAK! – krzyknął. – W końcu! Boże, z kim rozmawiałaś? Krzycz dalej, żebym mógł cię znaleźć i…

Głos zamilkł, ale zdążyła jeszcze usłyszeć dobiegający z oddali huk wystrzałów. Jake do kogoś strzelał? Nie wydawało jej się. Miała wrażenie, że ktoś strzelał do niego.

2

– Teraz – krzyknął Scowther. – Teraz, Mia! Przyj! Najmocniej jak potrafisz! Z całej siły! PRZYJ!

Susannah próbowała przetoczyć się bliżej – Och, jestem zatroskana i chcę pocieszyć, widzicie, jaka jestem zatroskana i chcę ją tylko pocieszyć – ale ten zwany Strawem odciągnął ją. Łączący je przewód napiął się i naprężył.

– Trzymaj się z daleka, suko – powiedział Straw i po raz pierwszy Susannah musiała wziąć pod uwagę możliwość, że nie uda jej się zdobyć broni Scowthera. Ani żadnej innej.

Mia znowu krzyknęła, wzywając jakiegoś obcego boga w jakimś obcym języku. Kiedy próbowała unieść tułów, położna – Alia, Susannah wydawało się, że pielęgniarka ma na imię Alia – znowu przycisnęła ją do łóżka, co Scowther skwitował pomrukiem, w którym brzmiała nuta satysfakcji. Odrzucił kleszcze, które trzymał w ręku.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytał Sayre.

Prześcieradła między rozłożonymi nogami Mii były teraz mokre od krwi i przywódca zaniepokoił się.

– Nie będą mi potrzebne! – odparł pospiesznie Scowther. – Ma dobrą budowę do rodzenia. Mogłaby urodzić tuzin, jedno po drugim, w równych odstępach, jakby sadziła ryż w rządku. Już wychodzi, gładko jak po maśle!

Scowther zrobił taki ruch, jakby zamierzał wziąć dużą miskę leżącą na sąsiednim łóżku, a potem zdecydował, że nie ma czasu, i zamiast tego wsunął swoje różowe dłonie między uda Mii. Tym razem kiedy Susannah spróbowała przysunąć się bliżej Mii, Straw jej nie powstrzymał. Wszyscy, wampiry i siepacze, patrzyli zafascynowani na ostatnią fazę porodu, stłoczeni w nogach dwóch zsuniętych razem łóżek. Tylko Straw stał obok Susannah. Tak więc wampir z ognistym mieczem spadł na dalszą pozycję: zdecydowała, że pierwszy zginie Straw.

– Jeszcze raz! – zawołał Scowther. – Dla twojego dziecka!

Tak samo jak siepacze i wampiry, Mia zapomniała o obecności Susannah. Zrozpaczonym, pełnym bólu spojrzeniem obrzuciła Sayre’a.

– Będę go mogła zatrzymać, panie? Proszę, powiedz, że będę go mogła zatrzymać, choćby na krótko!

Sayre wziął ją za rękę. Maska skrywająca jego prawdziwą twarz skrzywiła się w uśmiechu.

– Tak, moja droga – rzekł. – Mały będzie twój na wiele lat. A teraz przyj.

Mia, nie wierz w jego kłamstwa! – zawołała Susannah, ale tylko w myślach. I dobrze. Lepiej żeby na razie zupełnie zapomnieli o jej obecności. Skoncentrowała się na kimś innym. Jake! Jake, gdzie jesteś?

Żadnej odpowiedzi. Niedobrze. Boże, proszę, niech on jeszcze żyje.

Może jest tylko zajęty. Ucieka… kryje się… walczy. Milczenie wcale nie musi oznaczać, że…

Mia zawyła, chyba bluzgając potokiem przekleństw, jednocześnie prąc. Wargi jej już i tak rozciągniętej pochwy rozszerzyły się jeszcze bardziej. Popłynęło więcej krwi, powiększając rozległą plamę na prześcieradle. Nagle w tej szkarłatnej powodzi Susannah dostrzegła czarno-biały owal. Biel była skórą. Czerń włoskami.

Ta biało-czarna plama zaczęła znikać w czerwieni i Susannah pomyślała, że dziecko się schowa, niegotowe do wyjścia na świat, ale Mia miała dość czekania. Zaczęła przeć ze wszystkich sił, trzymając drżące pięści na wysokości skroni, mrużąc oczy i zaciskając zęby. Na środku jej czoła nabrzmiała niebezpiecznie pulsująca żyła; druga pojawiła się na szyi.

–  HEEJ! – krzyknęła. – WYCHODŹ, ŚLICZNY DRANIU! WYYCHODŹ!

– Dan-tete – powiedział Jastrząb Jey, a pozostali powtórzyli z szacunkiem: – Dan-tete… dan-tete… nadchodzi dan-tete. Przybywa mały bóg.

Tym razem główka dziecka nie pojawiła się, ale dosłownie wyskoczyła. Susannah zobaczyła dygoczące życie, przyciśnięte do piersi piąstki. Ujrzała niebieskie oczy, szeroko otwarte, a ponadto zaskakująco przytomne i podobne do oczu Rolanda. Dostrzegła smoliście czarne rzęsy. Perliły się na nich kropelki krwi, niczym jakaś barbarzyńska biżuteria. Susannah dostrzegła – czego nigdy miała nie zapomnieć – jak dolna warga dziecka przez moment zawadziła o wargi sromowe matki. Usta maleństwa na chwilę się rozchyliły, ukazując równy rząd białych ząbków. Nie kłów, ale idealnie równych zębów, lecz ich widok w ustach noworodka przejął Susannah zgrozą. Tak samo jak widok penisa, nieproporcjonalnie dużego i w pełnym wzwodzie. Susannah oceniła, że jest dłuższy od jej małego palca.

Rycząc z bólu i triumfu, Mia wsparła się na łokciach, łzy płynęły z wytrzeszczonych oczu. Wyciągnęła rękę i zacisnęła ją niczym stalową obręcz na przegubie Sayre’a, podczas gdy Scowther zręcznie chwycił dziecko. Sayre z krzykiem próbował się wyrwać, ale równie dobrze mógłby… no, na przykład wyrywać się zastępcy szeryfa w Oxfordzie w stanie Missisipi. Szmer podziwu umilkł i zapadła pełna zaskoczenia cisza. W niej Susannah wyraźnie usłyszała, jak trzeszczą kości ręki Sayre’a.

– CZY ON ŻYJE? – rzuciła pytanie Mia w twarz zaskoczonego lekarza. Ślina pryskała jej z ust. – POWIEDZ MI, TY PARSZYWY SUKINSYNU, CZY MÓJ MAŁY ŻYJE!

Scowther podniósł chłopczyka na wysokość swojej twarzy. Piwne oczy Sayre’a napotkały spojrzenie niebieskich oczu dziecka. Gdy malec z wyzywająco sterczącym penisem wisiał w uścisku Scowthera, Susannah wyraźnie dostrzegła szkarłatne znamię na lewej pięcie niemowlęcia. Jakby malec na moment przed opuszczeniem łona Mii zanurzył stopę we krwi.

Zamiast dać noworodkowi klapsa, Scowther nabrał tchu i wydmuchnął powietrze w twarz dziecka. Mały Mii zamrugał z zabawnego (i bezsprzecznie ludzkiego) zdziwienia. Wciągnął powietrze, przetrzymał je w płucach i wypuścił. Mógł być Królem Królów lub niszczycielem światów, ale przychodził na świat jak wielu przed nim: piszcząc ze złości. Słysząc ten wrzask, uspokojona Mia zalała się łzami. Paskudne stwory wokół łóżka matki były oddanymi sługami Karmazynowego Króla, lecz nawet one nie pozostały obojętne wobec tego, co przed chwilą widziały. Zaczęły klaskać i śmiać się. Susannah z lekkim niesmakiem stwierdziła, że mimo woli przyłączyła się do nich. Słysząc hałas, dziecko zaczęło ze zdumieniem rozglądać się wokół.

Szlochając, z policzkami zalanymi łzami i glutem wiszącym z nosa, Mia wyciągnęła ręce.

– Dajcie mi go! – załkała, tak załkała Mia, córka niczyja i matka jedynaka. – Dajcie mi go potrzymać, błagam, dajcie mi mojego syna! Pozwólcie mi potrzymać mojego małego! Dajcie mi mojego ślicznego!

A dziecko odwróciło główkę na dźwięk matczynego głosu. Susannah przysięgłaby, że to niemożliwe, ale równie niemożliwe były narodziny dziecka zupełnie przytomnego i ze wszystkimi zębami. Pod każdym innym względem niemowlę wydawało się zupełnie normalne: pulchne i prawidłowo uformowane, ludzkie, a więc śliczne. Owszem, miało czerwone znamię na pięcie, ale ileż dzieci rodzi się z różnymi znamionami? Czy według rodzinnej legendy jej własny ojciec nie urodził się z czerwonymi rękami? To piętno nawet nie będzie widoczne, chyba że chłopiec pójdzie na plażę.

Trzymając niemowlę w powietrzu, Scowther spojrzał na Sayre’a. W tym momencie Susannah bez trudu mogła wyrwać Scowtherowi pistolet. Nawet nie przyszło jej to do głowy. Zapomniała o telepatycznym okrzyku Jake’a, a także o dziwnej wizycie Rolanda i jej męża. Była równie oczarowana jak Jey, Straw, Haber i cała reszta, urzeczona przybyciem tego dziecka na sfatygowany świat.

Sayre niemal niedostrzegalnie skinął głową i Scowther opuścił Mordreda, wciąż kwilącego (i rozglądającego się, zapewne w poszukiwaniu matki) w objęcia czekającej Mii.

Mia natychmiast odwróciła małego, żeby mu się przyjrzeć. Susannah przeszedł dreszcz niepokoju i obawy. Mia najwyraźniej oszalała. Widać to było po jej oczach, po sposobie, w jaki jej usta jednocześnie krzywiły się i uśmiechały, a ślina, różowa i gęsta od krwi z przygryzionego języka, spływała z kącików ust na brodę, ale przede wszystkim po jej triumfalnym śmiechu. Może za kilka dni odzyska umysłową równowagę, ale…

Ta suka nigdy nie dojdzie do siebie, odezwała się Detta, nie bez współczucia. Za dużo przeszła i to ją załamało. Ześwirowała, wiesz o tym równie dobrze jak ja!

– Och, jaki śliczny! – zawodziła Mia. – Och, te twoje błękitne oczka, ta skóra biała jak niebo przed pierwszym śniegiem! Twoje sutki jak słodkie jagódki, twój ptaszek i kulki gładkie jak brzoskwinki! – Powiodła wzrokiem wokół, najpierw spoglądając na Susannah, zupełnie obojętnie przesuwając wzrokiem po jej twarzy, a potem na pozostałych. – Spójrzcie na mojego małego, wy nieszczęśni i kalecy, na mojego ślicznego malca, na mojego chłopca! – krzyczała wyzywająco, śmiejąc się oszalałymi oczami i płacząc. – Spójrzcie, za co oddałam wieczność! Patrzcie na mojego Mordreda, przyjrzyjcie mu się dobrze, gdyż nigdy nie zobaczycie nikogo podobnego!

Chrapliwie dysząc, obsypała okrwawioną, zaskoczoną twarz malca pocałunkami, rozmazując sobie krew na ustach i upodabniając się przez to do pijaczki, która usiłowała uszminkować sobie wargi. Śmiała się i całowała pulchny i obwisły podwójny podbródek niemowlęcia, jego sutki, pępek, czubek sterczącego penisa, a także – podniósłszy go wyżej drżącymi rękami, przy czym dzieciak z komicznym zdumieniem wybałuszał na nią oczy – ucałowała oba jego kolana, a potem stopki. Susannah usłyszała pierwsze cmoknięcia: nie dziecka ssącego matczyną pierś, ale Mii całującej kształtne paluszki stóp malca.

3

Twe dziecko to zguba Rolanda, pomyślała chłodno Susannah. Jeśli nie uda mi się zrobić nic więcej, mogę przynajmniej chwycić pistolet Scowthera i zabić je. Wystarczą mi dwie sekundy.

Przy jej refleksie – niesamowitym refleksie rewolwerowca – zapewne mogłaby to zrobić. Lecz nie była w stanie się ruszyć. Przewidywała rozmaite zakończenia tego aktu, ale nie spodziewała się szaleństwa Mii, które całkowicie ją zaskoczyło. Susannah pomyślała, że naprawdę miała szczęście, iż kontakt z Positronics się przerwał. Gdyby tak się nie stało, być może oszalałaby tak samo jak Mia.

Ten kontakt może was znowu połączyć, siostro. Nie sądzisz, że powinnaś coś zrobić, dopóki jeszcze możesz?

A jednak nie mogła, w tym problem. Zamarła z podziwu jak urzeczona.

– Przestań! – warknął Sayre. – Nie masz go obśliniać, tylko karmić! Jeśli chcesz go zatrzymać, pospiesz się! Pozwól mu ssać! Czy może mam wezwać mamkę? Jest wiele takich, które oddałyby wszystko za taką możliwość!

– Nigdy w życiu! – wykrzyknęła za śmiechem Mia, ale przycisnęła dziecko do piersi i niecierpliwie rozchyliła poły zgrzebnej białej koszuli, odsłaniając prawą pierś. Susannah zrozumiała, dlaczego tak podobała się mężczyznom: nawet teraz ta pierś była idealną, zwieńczoną koralem półkulą, bardziej odpowiednią dla męskich dłoni i żądzy niż do karmienia dziecka. Mia przyłożyła małego do piersi. Przez moment szukał jej równie komicznie, jak przedtem się gapił, trącając twarzą sutek, jakby się od niego odbijał. Po chwili zamknął różane płatki ust na sterczącym różowym pączku piersi i zaczął ssać.

Wciąż się śmiejąc, Mia gładziła zmierzwione i zlepione krwią czarne kędziorki malca. W uszach Susannah ten śmiech brzmiał jak krzyk.

Podłoga zatrzeszczała pod nadchodzącym robotem. Był nieco podobny do Andy’ego, Robota Posłańca – tak samo chudy i wysoki (osiem stóp wzrostu), o takich samych jasnoniebieskich oczach, giętkich kończynach i błyszczącym ciele. W ramionach niósł duże szklane naczynie pełne zielonego światła.

– A co to za cholerstwo? – warknął Sayre.

Jego głos zdradzał złość i zdziwienie.

– Inkubator – wyjaśnił Scowther. – Lepiej się zabezpieczyć.

Kiedy się odwrócił, aby spojrzeć, kabura z pistoletem znalazła się w zasięgu ręki Susannah. To była doskonała okazja, lepsza nigdy jej się nie nadarzy, i dobrze o tym wiedziała, ale zanim zdążyła chwycić broń, mały Mii zmienił się.

4

Susannah zobaczyła, jak czerwone światło spływa po gładkiej skórze dziecka, od czubka głowy do znamienia na prawej nodze. Nie był to odblask, ale blask, który dobywał się jakby z jego wnętrza, a przynajmniej tak się jej wydawało. I nagle, gdy malec leżał na wklęśniętym brzuchu Mii, z wargami zaciśniętymi na jej sutku, po czerwonym błysku nadszedł drugi, czarny, rozchodzącą się falą zmieniając dziecko w paskudnego gnoma, przeciwieństwo różowiutkiego niemowlęcia, które wyszło z łona Mii. Jednocześnie jego ciało zaczęło się zmniejszać, nogi kurczyły się i wtapiały w tułów, głowa opadała na ramiona – pociągając za sobą pierś Mii, wydętą jak gardziel żaby. Błękitne oczy stały się czarne jak smoła, a potem znów niebieskie.

Susannah próbowała wrzasnąć. Nie mogła.

Na bokach czarnego stwora wyrosły rakowate narośle i pękły, wypuszczając z siebie odnóża. Czerwone znamię na pięcie było w dalszym ciągu widoczne, lecz teraz przypominało plamę czerwieni na odwłoku czarnej wdowy. Gdyż niewątpliwie tym było to stworzenie. Pająkiem. Mimo to dziecko nie znikło do końca. Na grzbiecie pająka sterczało przezroczyste wybrzuszenie. Susannah dostrzegła w nim zdeformowaną twarzyczkę i niebieskie iskierki oczu.

– Co…? – powiedziała Mia i zaczęła podnosić się na łokciach. Z jej prawej piersi płynęła krew. Mały pił ją jak mleko, nie roniąc ani kropli. Sayre stał przy Mii nieruchomo jak posąg, z rozdziawionymi ustami i wybałuszonymi oczami. Czegokolwiek oczekiwał – czegokolwiek kazano mu oczekiwać – to z pewnością nie tego. Detta w umyśle Susannah ze złośliwą satysfakcją patrzyła na jego zaskoczenie: wyglądał jak komik Jack Benny, usiłujący rozbawić oporną publiczność.

Mia przez chwilę zdawała się pojmować, co zaszło, gdyż zaczęła jej się wydłużać mina – pod wpływem przestrachu i być może bólu. Potem na jej twarz powrócił anielski uśmiech. Wyciągnęła rękę i pogłaskała wciąż ssącego jej pierś stwora, czarnego pająka z ludzką główką i czerwonym znamieniem na porośniętym szczeciną odwłoku.

– Czy on nie jest piękny? – zawołała. – Czy mój syn nie jest piękny, jasny jak letnie słonko?

To były jej ostatnie słowa.