Mroczna Wieża V: Wilki z Calla - Stephen King

Mroczna Wieża V: Wilki z Calla

0,0

Do Calla Bryn Sturgis, miasteczka położonego w miejscu zwanym pograniczem, zbliżają się hordy Wilków - tajemniczych, uzbrojonych po zęby stworów w wilczych maskach. Regularnie co dwadzieścia parę lat napadają na mieszkańców okolicznych miejscowości i porywają ich dzieci. Poddane bliżej nieokreślonym, złowrogim rytuałom dzieci wracają później jako pokury, istoty upośledzone umysłowo.

Dodaj komentarz


Podobno ten tom cyklu został zainspirowany filmem "Siedmiu samurajów". Trudno powiedzieć, bo filmu nie oglądałam. Napotykamy tu za to klimat znany z innych powieści Kinga. Małe, zapomniane miasteczko z dręczącą je tajemnicą. I ws umie można na tym zakończyć. W tej powieści widać pewne "zmęczenie" historią. Coraz częstsze dłużyzny, akcji niewiele, napięcie co chwilę "siada". Rozwlekły styl autora tutaj się w żaden sposób się nie sprawdza, za to może zniechęcić do dalszego poznawania przygód grupy Ka-Tet.


Grupa Ka-ta przybywa do Calla, co jakiś czas napadanego przez stworzenia przypominające wilki. Choć lubię wilki, nie jest to moja ulubiona część cyklu. Trochę nudno, trochę przydługo. Ot, najwyraźniej zmęczenie tematem dało o sobie znać. Zwłaszcza gdy książki czyta się jedna po drugiej. Jak dla mnie poprzednie części były o wiele bardziej wciągające. Tu mało akcji, a za dużo dłużyzny.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

O książce

Do miasteczka na pograniczu, Calla Bryn Sturgis, regularnie co dwadzieścia lat przybywają Wilki z krainy zwanej Jądrem Gromu. Napadają na mieszkańców i porywają ich potomstwo. Poddane złowrogim rytuałom dzieci wracają do domów jako upośledzone umysłowo istoty – pokury. Zrozpaczeni ludzie zwracają się o pomoc do Rolanda z Gilead i jego towarzyszy. Przerywając poszukiwania Mrocznej Wieży, rewolwerowiec postanawia stawić czoło napastnikom, nie wiedząc, że od wyniku tego starcia zależą losy Świata Pośredniego.

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory — powieści, zbiory opowiadań i komiksy — opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa — odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. — powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.com
www.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDER
DOLORES CLAIBORNE
GRA GERALDA
DESPERACJA
REGULATORZY
SKLEPIK Z MARZENIAMI
BEZSENNOŚĆ
ZIELONA MILA
MARZENIA I KOSZMARY
KOMÓRKA
CZWARTA PO PÓŁNOCY
CHUDSZY
TO
BASTION
OCZY SMOKA
PO ZACHODZIE SŁOŃCA
CZTERY PORY ROKU
UCIEKINIER
CZARNA BEZGWIEZDNA NOC
CUJO
PODPALACZKA
ROK WILKOŁAKA
MROCZNA POŁOWA
WOREK KOŚCI
DZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONA
NOCNA ZMIANA
ŁOWCA SNÓW
OSTATNI BASTION BARTA DAWESA
BLAZE
PAN MERCEDES
ZNALEZIONE NIE KRADZIONE

MROCZNA WIEŻA

ROLAND
(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)
POWOŁANIE TRÓJKI
ZIEMIE JAŁOWE
CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ
WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA
WILKI Z CALLA
PIEŚŃ SUSANNAH
MROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCA
DŁUGA DROGA DO DOMU
ZDRADA
UPADEK GILEAD
BITWA O JERICHO HILL
POCZĄTEK PODRÓŻY

Wkrótce

SIOSTRZYCZKI Z ELURII
BITWA O TULL

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe Hill
W WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’Nan
TWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:
THE DARK TOWER V: WOLVES OF THE CALLA

Copyright © Stephen King 2003
All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2004

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: Vincent Chong

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-268-0

Wydawca
WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.
Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa
www.wydawnictwoalbatros.com
Facebook

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Spis treści

Streszczenie

Prolog. POKUR

Część pierwsza. Trans

Rozdział 1. TWARZ W WODZIE

Rozdział 2. NOWOJORSKA DŻUNGLA

Rozdział 3. MIA

Rozdział 4. NARADA

Rozdział 5. OVERHOLSER

Rozdział 6. DROGA ELDA

Rozdział 7. TRANS

Część druga. Trans

Rozdział 1. NAMIOT

Rozdział 2. SUCHA GAŁĄŹ

Rozdział 3. OPOWIEŚĆ KSIĘDZA (NOWY JORK)

Rozdział 4. DALSZY CIĄG OPOWIEŚCI KSIĘDZA (UKRYTE DROGI)

Rozdział 5. OPOWIEŚĆ O SZARYM DICKU

Rozdział 6. OPOWIEŚĆ STAREGO JAFFORDSA

Rozdział 7. NOKTURN, GŁÓD

Rozdział 8. SKLEP TOOKA; NIEODKRYTE DRZWI

Rozdział 9. ZAKOŃCZENIE OPOWIEŚCI KSIĘDZA (NIEODKRYTE)

Część trzecia. Wilki

Rozdział 1. SEKRETY

Rozdział 2. DOGAN, CZĘŚĆ 1

Rozdział 3. DOGAN, CZĘŚĆ 2

Rozdział 4. SZCZUROŁAP

Rozdział 5. ZEBRANIE MIESZKAŃCÓW

Rozdział 6. PRZED BURZĄ

Rozdział 7. WILKI

Epilog. JASKINIA PRZEJŚCIA

Od autora

Posłowie

Tę książkę dedykuję Frankowi Mullerowi,
który słyszy głosy w mojej głowie.

STRESZCZENIE

Wilki z Calla to piąty tom długiej opowieści zainspirowanej poematem Roberta Browninga Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął. Szósty tom, Pieśń Susannah, ukaże się w 2004 roku. Siódmy i ostatni, zatytułowany Mroczna Wieża, zostanie wydany pod koniec tego samego roku.

Pierwsza część cyklu, Roland, opowiada o tym, jak Roland Deschain z Gilead ściga i w końcu dopada Waltera, człowieka w czerni, który udawał przyjaciela ojca Rolanda, lecz w rzeczywistości służył Karmazynowemu Królowi odległego Końca Świata. Schwytanie półczłowieka Waltera jest dla Rolanda kolejnym krokiem na drodze do Mrocznej Wieży, w której ma nadzieję znaleźć sposób na powstrzymanie lub nawet odwrócenie procesu coraz szybszego rozpadu Świata Pośredniego i powolnej śmierci Promieni.

Kiedy spotykamy Rolanda, Mroczna Wieża jest jego obsesją, Świętym Graalem i jedynym celem w życiu. Dowiadujemy się, jak czarnoksiężnik Marten próbował wykluczyć młodego Rolanda z gry, starając się, by w niełasce odesłano go na Zachód. A jednak Rolandowi udało się pokrzyżować plany Martena, głównie dzięki mądremu wyborowi broni podczas inicjacji.

Steven Deschain, ojciec Rolanda, wysyła swego syna oraz dwóch jego przyjaciół (Cuthberta Allgooda i Alaina Johnsa) do nadmorskiej Baronii Mejis, głównie po to, by chłopiec znalazł się poza zasięgiem Waltera. Tam Roland poznaje Susan Delgado i zakochuje się w niej. Dziewczyna ma groźną nieprzyjaciółkę, wiedźmę Rheę z Cöos, która zazdrości jej urody i jest szczególnie niebezpieczna, ponieważ ma jedną z kryształowych kul zwanych Tęczą Czarnoksiężnika… lub kryształami. Istnieje trzynaście takich kul, z których najpotężniejszą i najniebezpieczniejszą jest Czarna Trzynastka. Roland i jego przyjaciele przeżywają wiele przygód w Mejis i chociaż uchodzą z nich z życiem (a także z różowym kryształem), Susan Delgado, śliczna dziewczyna w oknie, zostaje spalona na stosie. Tę opowieść zawiera czwarty tom cyklu, Czarnoksiężnik i kryształ.

Czytając kolejne tomy Mrocznej Wieży, odkrywamy, że świat rewolwerowca jest w ważny i niesamowity sposób powiązany z naszym. Pierwsze z tych powiązań poznajemy, kiedy Jake, chłopiec mieszkający w 1977 roku w Nowym Jorku, spotyka Rolanda w opuszczonym zajeździe na trasie dyliżansów, wiele lat po śmierci Susan Delgado. Między światem Rolanda a naszym znajduje się dużo drzwi, a jednymi z nich jest śmierć. Jake trafia do zajazdu na pustyni, po tym jak został wepchnięty pod samochód jadący Czterdziestą Trzecią Ulicą. Kierowcą samochodu był niejaki Enrico Balazar. Popychającym był niebezpieczny psychopata Jack Mort – uosobienie Waltera na nowojorskim poziomie Mrocznej Wieży.

Zanim Jake i Roland dopadną Waltera, Jake ginie ponownie… dlatego że rewolwerowiec, postawiony przed okrutnym wyborem między życiem przybranego syna i Mroczną Wieżą, wybiera Wieżę. Ostatnie słowa Jake’a, zanim chłopiec runie w przepaść, brzmią: „Więc idź. Są światy inne niż ten”.

Do rozstrzygającego spotkania Rolanda z Walterem dochodzi w pobliżu Morza Zachodniego. W czasie długiej nocnej rozmowy człowiek w czerni przepowiada Rolandowi przyszłość za pomocą dziwnej talii kart tarota. Trzy z tych kart – Więzień, Władczyni Mroku i Śmierć („lecz jeszcze nie dla ciebie, rewolwerowcze”) – zwracają szczególną uwagę Rolanda.

Tom drugi, Powołanie Trójki rozpoczyna się na brzegu Morza Zachodniego niedługo po tym, jak Roland budzi się po spotkaniu z Walterem. Wyczerpanego rewolwerowca atakuje horda mięsożernych homarokoszmarów i zanim zdoła im uciec, traci dwa palce prawej ręki. Rana jest zainfekowana i ruszając w dalszą drogę wzdłuż brzegu Morza Zachodniego, rewolwerowiec jest chory i bliski śmierci.

W trakcie swej wędrówki napotyka stojące na plaży drzwi. Prowadzą one do Nowego Jorku w trzech różnych „niegdyś”. Z 1987 roku Roland powołuje Eddiego Deana, Więźnia, niewolnika heroiny. Z 1964 roku Odettę Susannah Holmes, kobietę, która straciła nogi, wepchnięta pod skład metra przez psychopatycznego Jacka Morta. To ona jest Władczynią Mroku; w jej umyśle skrywa się druga, skłonna do przemocy osobowość: gwałtowna i sprytna Detta Walker, która zamierza zabić Rolanda i Eddiego, kiedy rewolwerowiec sprowadza ją do Świata Pośredniego.

Roland sądzi, że skompletował Trójkę, powołując Eddiego i Odettę, gdyż Odetta ma podwójną osobowość, gdy jednak Odetta i Detta zmieniają się w Susannah (głównie dzięki miłości i odwadze Eddiego Deana), rewolwerowiec pojmuje swój błąd. Uświadamia sobie jeszcze coś: udrękę, jaką sprawia mu nieustanne wspomnienie Jake’a, chłopca, który w chwili śmierci mówił o innych światach.

Ziemie jałowe zaczynają się od paradoksu: Roland postrzega Jake’a jako postać jednocześnie żywą i martwą. W Nowym Jorku z końca lat siedemdziesiątych Jake’a Chambersa dręczy to samo pytanie: żywy czy martwy? Jaki? Zabiwszy gigantycznego niedźwiedzia zwanego Mirem (przez dawnych ludzi, którzy panicznie się go bali) lub Shardikiem (przez Wielkich Dawnych, którzy go zbudowali), Roland z Eddiem i Susannah, idąc tropem bestii, odkrywają ścieżkę Promienia, znaną jako Shardik do Maturina, Niedźwiedź do Żółwia. Niegdyś było sześć takich Promieni, łączących dwanaście portali znajdujących się na krańcach Świata Pośredniego. W miejscu, gdzie się przecinają, w środku świata Rolanda (i – być może – wszystkich innych światów) wznosi się Mroczna Wieża, centrum wszystkich „gdzieś” i „kiedyś”.

Eddie i Susannah już nie są więźniami świata Rolanda. Zakochani w sobie, znajdujący się na dobrej drodze, aby również zostać rewolwerowcami, stają się pełnoprawnymi uczestnikami wyprawy i dobrowolnie towarzyszą Rolandowi, ostatniemu seppe-sai (sprzedawcy śmierci), kroczącemu ścieżką Shardika, drogą Maturina.

W mówiącym kręgu niedaleko Bramy Niedźwiedzia dziura czasowa zostaje załatana i paradoks rozwiązany przez powołanie prawdziwego Trzeciego. Jake ponownie wkracza do Świata Pośredniego w wyniku niebezpiecznego rytuału, podczas którego wszyscy czworo – Jake, Eddie, Susannah i Roland – pamiętają oblicza swych ojców i zachowują się z honorem. Wkrótce potem czwórka zmienia się w piątkę, gdy Jake zaprzyjaźnia się z billy-bumblerem. Bumblery, przypominające skrzyżowanie borsuka z szopem i psem, potrafią wypowiadać niektóre słowa. Jake nazywa swego nowego przyjaciela Ejem.

Wędrowcy zmierzają w kierunku Ludu, gdzie zdegenerowani potomkowie dwóch frakcji toczą niekończącą się walkę. W drodze do miasta, w niewielkim River Crossing, spotykają grupkę starych ludzi, pamiętających dawne dni. Ci rozpoznają w Rolandzie rycerza z dawnych czasów, „nim świat poszedł naprzód”, i podejmują ze czcią jego wraz z przyjaciółmi. Opowiadają pielgrzymom o jednoszynowym pociągu, który być może w dalszym ciągu jeździ z miasta Lud, przez ziemie jałowe, ścieżką Promienia do Mrocznej Wieży.

Ta wieść przeraża, lecz nie zaskakuje Jake’a, który przed opuszczeniem Nowego Jorku nabył dwie książki w księgarni prowadzonej przez mężczyznę o dającym do myślenia nazwisku Calvin Tower (Wieża). Jedną z nich jest zbiór zagadek z wydartymi rozwiązaniami. Druga, Charlie Puf-Puf, to bajka, w której pobrzmiewają groźne echa Świata Pośredniego. Na przykład w Wysokiej Mowie, którą posługiwał się dorastający w Gilead Roland, słowo char oznacza śmierć.

Ciotka Talitha, matrona z River Crossing, daje Rolandowi srebrny krzyżyk na łańcuszku i wędrowcy ruszają w dalszą drogę. Podczas przeprawy przez walący się most nad rzeką Send Jake zostaje porwany przez umierającego (i bardzo niebezpiecznego) bandytę Gashera, który zabiera swego jeńca do podziemnej kryjówki Tik-Taka, ostatniego przywódcy frakcji Siwych.

Podczas gdy Roland i Ej ruszają na ratunek Jake’owi, Eddie i Susannah odnajdują Kolebkę Ludu i budzą Blaine’a Mono. Blaine jest ostatnim naziemnym urządzeniem sterowanym przez ogromny system komputerowy, znajdujący się pod miastem Lud, i interesują go wyłącznie zagadki. Obiecuje zawieźć wędrowców aż do ostatniej stacji swej trasy… jeśli zadadzą mu zagadkę, której nie zdoła rozwiązać. W przeciwnym wypadku, powiada Blaine, czeka ich śmierć.

Roland uwalnia Jake’a, pozostawiając umierającego Tik-Taka. Andrew Quick jednak żyje. Na pół oślepiony, z okropną raną twarzy, zostaje uratowany przez człowieka, który podaje się za Richarda Fannina. Przedstawia się również jako Wieczny Przybysz, demon, przed którym ostrzegano Rolanda.

Wędrowcy opuszczają umierające miasto Lud i podążają dalej, tym razem koleją jednoszynową. Fakt, że kierujący tym pociągiem sztuczny mózg rozpada się wraz z miastem, a różowy superekspres mknie po rozsypującym się torze z szybkością przekraczającą osiemset mil na godzinę, w niczym nie poprawia sytuacji. Tylko zadając Blaine’owi zagadkę, której komputer nie zdoła rozwiązać, bohaterowie mogą ujść z życiem.

Na początku tomu Czarnoksiężnik i kryształ Eddie istotnie zadaje taką zagadkę, pokonując Blaine’a typowo ludzką bronią: brakiem logiki. Pociąg zatrzymuje się w mieście Topeka w stanie Kansas, wyludnionym przez zarazę zwaną supergrypą. Kiedy ruszają dalej ścieżką Promienia (teraz będącą apokaliptyczną wersją międzystanowej autostrady I-70), dostrzegają niepokojące znaki. WYSŁAWIAJCIE KARMAZYNOWEGO KRÓLA, głosi jeden. STRZEŻ SIĘ WĘDRUJĄCEGO GOŚCIA, głosi drugi. A uważni czytelnicy szybko się zorientują, że ów Wędrujący Gość jest bardzo podobny do Richarda Fannina.

Opowiedziawszy swoim przyjaciołom historię Susan Delgado, Roland dociera z nimi do zbudowanego na autostradzie pałacu z zielonego szkła, niezwykle przypominającego ten, którego Dorotka szukała w Czarnoksiężniku z krainy Oz. W sali tronowej tego wielkiego zamczyska spotykają nie Wielkiego i Strasznego Oza, lecz Tik-Taka, ostatniego uchodźcę z ginącego miasta Lud. Umierający Tik-Tak zmienia się w prawdziwego Czarnoksiężnika. To odwieczny wróg Rolanda, Marten Broadcloak, w niektórych światach znany jako Randall Flagg, w innych jako Richard Fannin, a w jeszcze innych jako John Farson (Dobry Człowiek). Roland i jego przyjaciele nie są w stanie zabić tej zjawy, która po raz ostatni ostrzega ich, żeby zrezygnowali z wyprawy do Mrocznej Wieży („Przeciwko mnie będziesz miał tylko niewypały, Rolandzie, stary przyjacielu – powiedział rewolwerowcowi”), ale udaje im się ją przegnać.

Po ostatniej wyprawie, której celem było zdobycie kryształu Czarnoksiężnika, i po poznaniu jeszcze jednego przerażającego faktu – że Roland z Gilead zabił własną matkę, wziąwszy ją za wiedźmę imieniem Rhea – wędrowcy powracają do Świata Pośredniego i na ścieżkę Promienia. Ruszają w dalszą drogę i w tym momencie spotykamy się z nimi na pierwszych stronach Wilków z Calla.

Powyższe streszczenie w żadnym razie nie jest wyczerpującym podsumowaniem pierwszych czterech tomów cyklu Mrocznej Wieży. Jeśli ich nie czytaliście, radzę zrobić to teraz albo zrezygnować z lektury. Wszystkie te książki są częściami jednej długiej opowieści, którą należy przeczytać od początku do końca, a nie rozpoczynać od środka.

Szanowny panie, nasza specjalność to ołów.

Steve McQueen
Siedmiu wspaniałych

Najpierw uśmiechy, potem kłamstwa. Dopiero potem kule.

Roland Deschain z Gilead

Krew, która płynie w tobie
płynie i we mnie,
ilekroć spojrzę w lustro,
twoją twarz widzę.
Weź mnie za rękę,
Wesprzyj się na mnie.
Jużeśmy prawie wolni,
Mały wędrowcze.

Rodney Crowell

OPÓR

19

PROLOG
POKUR

1

Los obdarzył (choć niewielu farmerów użyłoby takiego słowa) Tiana trzema kawałkami ziemi: Nadrzecznym Polem, na którym jego rodzina od niepamiętnych czasów sadziła ryż; Przydrożnym Polem, gdzie ka-Jaffordsowie uprawiali buraki cukrowe, dynie lub zboże od równie wielu lat i pokoleń, oraz Sukinsynem, czyli ugorem, który dawał tylko skały, pęcherze i zawiedzione nadzieje. Tian nie był pierwszym z Jaffordsów, który postanowił zrobić coś z tymi dwudziestoma akrami za ich rodzinnym domem. Jego dziad, we wszystkich innych sprawach przeważnie wykazujący zdrowy rozsądek, był przekonany, że znajdzie tam złoto. Mama Tiana była równie pewna tego, że można uprawiać na tej ziemi porin, będący cenną przyprawą. Natomiast Tian miał kręćka na punkcie madrygału. To jasne, że madrygał doskonale obrodzi na Sukinsynie. Po prostu musi tam obrodzić. Tian zdobył tysiąc nasion (które kosztowały go majątek) i schował je pod podłogą swojej sypialni. Teraz, żeby zasiać je w przyszłym roku, musiał tylko rekultywować Sukinsyna. Łatwiej to powiedzieć, niż zrobić.

Klan Jaffordsów mógł się poszczycić żywym inwentarzem, między innymi trzema mułami, ale tylko szaleniec próbowałby orać mułem Sukinsyna. Nieszczęsne zwierzę, wykorzystane do wykonania tego zadania, zapewne jeszcze przed południem pierwszego dnia padłoby ze złamaną nogą lub użądlone na śmierć. Przed kilkoma laty taki los o mało nie spotkał jednego z wujów Tiana. Przybiegł z powrotem do domu, wrzeszcząc na całe gardło, ścigany przez olbrzymie zmutowane osy o żądłach wielkości gwoździ.

Znaleźli ich gniazdo (a raczej znalazł je Andy, który nie obawiał się os, choćby nie wiem jak wielkich), polali je naftą i spalili, ale mogły być tam inne. I te dziury. Do licha, były wszędzie, a nie można spalić dziur, no nie? Nie da się. Sukinsyn leżał na czymś, co starzy ludzie nazywali „luźnym gruntem”. Było na nim niemal tyle samo dziur, co głazów, nie mówiąc już o jaskiniach, przynajmniej jednej, z której wydobywały się opary paskudnie cuchnącego gazu. Kto wie, jakie strachy i zjawy mogły czaić się w jej ciemnej gardzieli?

A najgorsze dziury kryły się tam, gdzie człowiek (ani muł) nie mógł ich zauważyć. W żadnym razie, panie szanowny, nie dało się. Zawsze kryły się w niewinnie wyglądających kępach chwastów i wysokiej trawy. Jeśli muł trafił na taką, dawał się słyszeć głośny trzask, jakby pękła gałąź, po czym przeklęte zwierzę padało na ziemię, szczerząc zęby, wytrzeszczając ślepia, i ryczało z bólu pod niebiosa. Przynajmniej dopóki nie skróciło się jego cierpień, a w Calla Bryn Sturgis zwierzęta były bardzo cenne, nawet te rzadko używane jako pociągowe.

Tak więc Tian orał swoją siostrą. A czemu nie? Tia była pokurem, więc właściwie do niczego innego się nie nadawała. Była rosłą dziewuchą – pokury często osiągają spore rozmiary – a także chętną, Jezusie-Człowieku miej ją w opiece. Stary Człowiek zrobił jej jezusowe drzewko, które nazywał „krusyfiksem”, a ona nosiła je przez cały czas. Teraz kołysało się i obijało o jej spoconą skórę, kiedy ciągnęła pług. Ten był przytroczony do jej ramion rzemienną uprzężą. Idąc za nią, trzymając pług za rączki z żelaznego drzewa i kierując ruchami siostry za pomocą lejców, Tian stękał, szarpał i popychał, gdy lemiesz wchodził zbyt głęboko, grożąc uwięźnięciem. Był koniec Pełnej Ziemi, lecz tutaj, na Sukinsynie, było gorąco jak w środku lata. Kombinezon Tii był ciemny od potu i kleił się do jej długich i masywnych ud. Za każdym razem gdy Tian potrząsał głową, żeby odgarnąć spadające na oczy włosy, pot pryskał z nich na wszystkie strony.

– Dawaj, suko! – wrzasnął. – Tamuj leży głaz, co może złamać lemiesz. Ślepa jesteś?

Nie ślepa i nie głucha – po prostu pokur. Skręciła w lewo energicznie. Idący za nią Tian zachwiał się, gwałtownie szarpnięty, i otarł sobie łydkę o inny głaz, którego nie zauważył i jakimś cudem ominął lemieszem. Czując strużki spływającej mu po nodze krwi, zadał sobie pytanie (nie po raz pierwszy), co za szaleństwo sprowadza tu wiecznie Jaffordsów. W głębi serca przeczuwał, że madrygał nie wzejdzie tutaj, tak samo jak kiedyś porin, chociaż można było na tym ugorze uprawiać diabelskie ziele. Taak, mógłby mieć to gówno na całych dwudziestu akrach, gdyby chciał. Chodzi jednak o to, żeby do tego nie dopuścić, i od tego zawsze zaczynano prace polowe w sezonie Nowej Ziemi. Diabelskie ziele…

Pług skręcił w prawo, a potem skoczył do przodu, o mało nie wyrywając mu rąk ze stawów.

– Auu! – krzyknął. – Spokojnie, dziewczyno! Ręce mi nie odrosną, jak mi je wyrwiesz, no nie?

Tia uniosła szeroką, spoconą twarz ku zasnutemu nisko wiszącymi chmurami niebu i ryknęła śmiechem. Panie Jezu, naprawdę ryczała jak osioł. A jednak to był śmiech, ludzki śmiech. Tian czasem mimo woli zastanawiał się, czy ten śmiech rzeczywiście coś wyraża. Czy ona rozumiała choć trochę z tego, co mówił, czy też reagowała tylko na ton jego głosu? Czy któryś z pokurów…

– Dzień dobry, sai – rozległ się głośny i beznamiętny głos za jego plecami. Właściciel głosu zignorował zaskoczony okrzyk Tiana. – Miłych i licznych dni na tej ziemi. Przybyłem tu po długiej wędrówce i jestem do twoich usług.

Tian gwałtownie odwrócił się. Zobaczył tuż obok Andy’ego – w całej dwumetrowej okazałości – i o mało nie klapnął na tyłek, gdy siostra zrobiła kolejny energiczny krok do przodu. Gwałtownie szarpnięte lejce wyślizgnęły mu się z dłoni i z głośnym klaśnięciem owinęły wokół szyi. Tia, nieświadoma niczego, zrobiła kolejny krok. Lejce zacisnęły się na szyi Tiana, pozbawiając go tchu. Zarzęził, rozpaczliwie szarpiąc rzemienie. Andy przyglądał się temu ze swym szerokim i głupawym uśmiechem.

Tia ponownie szarpnęła uprząż, zwalając Tiana z nóg. Wylądował na kamieniu, który boleśnie wbił mu się między pośladki, ale przynajmniej znów mógł oddychać. Przynajmniej przez chwilę. Przeklęte, pechowe pole! Zawsze takie było! I zawsze będzie!

Tian chwycił lejce, zanim znów zacisnęły mu się na szyi, i wrzasnął:

– Stój, ty suko! Zatrzymaj się, jeśli nie chcesz, żebym ukręcił ci te wielkie i bezużyteczne cyce!

Tia posłusznie zatrzymała się i obejrzała, sprawdzając, o co chodzi. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Podniosła muskularną rękę – lśniącą od potu – i wskazała palcem.

– Andy! – powiedziała. – Andy przyszedł.

– Nie jestem ślepy – warknął Tian i wstał, rozcierając sobie pośladki. Czy z nich też płynęła krew? Jezusie-Człowieku, podejrzewał, że tak.

– Dzień dobry, sai – zwrócił się do niej Andy i trzykrotnie stuknął trzema palcami w metalową szyję. – Długich dni i przyjemnych nocy.

Chociaż Tia z pewnością słyszała standardową odpowiedź na to powitanie – „A tobie dwakroć tyle” – co najmniej tysiąc razy, zdołała tylko podnieść swą szeroką twarz ku niebu i znów ryknąć tym głupawym śmiechem. Przez moment Tian poczuł zadziwiająco dotkliwy ból, nie ramion, szyi czy pokiereszowanych pośladków, lecz serca. Pamiętał ją jako małą dziewczynkę, śliczną i szybką jak ważka, bystrą jak mało kto. Potem…

Zanim jednak zdołał dokończyć tę myśl, napłynęła następna. Przestraszył się. Wieści mogły przyjść akurat teraz, kiedy jestem tutaj. Na tym przeklętym polu, gdzie nic się nie udaje i wszystko idzie źle. Przecież to już czas, no nie? To już ten czas.

– Andy – powiedział.

– Tak! – odparł z uśmiechem Andy. – Andy, wasz przyjaciel! Wróciłem po długiej podróży, aby wam służyć. Chcesz poznać swój horoskop, sai Tian? Mamy Pełną Ziemię. Księżyc ma czerwoną barwę. W Świecie Pośrednim nazywano go Księżycem Łowczyni. Spotkanie z przyjacielem! Powodzenie w interesach! Wpadniesz na dwa pomysły, jeden dobry, drugi zły…

– Tym złym było oranie tego pola – przerwał mu Tian. – Daj spokój cholernemu horoskopowi, Andy. Po co przyszedłeś?

Uśmiech Andy’ego zapewne nie mógł wyrażać zakłopotania – w końcu był robotem, ostatnim w Calla Bryn Sturgis oraz w promieniu wielu mil i kół – a mimo to Tianowi wydał się zakłopotany. Robot wyglądał jak dorosły narysowany przez dzieciaka – niewiarygodnie wysoki i chudy. Nogi i ręce miał ze srebrzystego metalu. Głowę jak beczka z nierdzewnej stali, i elektroniczne oczy. Tułów, niewiele grubszy od rurki, złocisty. Na środku tego, co u człowieka byłoby torsem, znajdowała się tabliczka:

NORTH CENTRAL POSITRONICS, LTD
WRAZ Z
LaMERK INDUSTRIES
PRODUKT:

ANDY

Model: POSŁANIEC (I Wiele Innych Funkcji)

Numer seryjny: DNF-44821-V-6

Tian nie wiedział i nie dbał o to, dlaczego ten głupek przetrwał, podczas gdy wszystkie inne roboty przestały istnieć – już od wielu pokoleń. Można go było spotkać w każdym zakątku Calla (której granic nie opuszczał), kroczącego na swych niewiarygodnie cienkich srebrzystych nogach, zaglądającego wszędzie i od czasu do czasu popiskującego do siebie, gdy magazynował (a może kasował, kto to wie?) informacje. Śpiewał piosenki, roznosił plotki oraz wieści z jednego końca miasta na drugi – gdyż robot Andy był niestrudzonym wędrowcem i Posłańcem – i ze szczególnym upodobaniem zdawał się przekazywać horoskopy, chociaż wszyscy w miasteczku zgodnie twierdzili, że przeważnie bezwartościowe.

Robił jednak coś jeszcze, i to coś bardzo ważnego.

– Po co tu przyszedłeś, ty kupo złomu? Odpowiadaj! Czy to Wilki? Przybywają z Jądra Gromu?

Tian stał, patrząc na głupkowato uśmiechniętą metalową twarz Andy’ego, czując strużkę zimnego potu, spływającą po plecach, i modląc się gorąco, żeby ten dureń zaprzeczył i ponownie zaproponował podanie horoskopu lub zaśpiewanie wszystkich dwudziestu lub trzydziestu zwrotek piosenki Zieleni się żytko, zieleni.

Wciąż uśmiechnięty Andy odpowiedział:

– Tak, sai.

– Chryste i Jezusie-Człowieku – rzekł Tian (z opowieści Starego Człowieka domyślał się, że te dwa słowa oznaczają to samo, ale nigdy nie próbował tego dociec). – Kiedy?

– Minie jedna pora księżycowa, zanim tu dotrą – odparł wciąż uśmiechnięty Andy.

– Od pełni do pełni?

– Prawie, sai.

Zatem trzydzieści dni, mniej więcej. Trzydzieści dni do przybycia Wilków. I nie było sensu się łudzić, że Andy się myli. Nikt nie miał pojęcia, w jaki sposób robot z takim wyprzedzeniem wie, kiedy Wilki przybywają z Jądra Gromu, ale wiedział. I nigdy się nie mylił.

– Pieprzyć cię za te parszywe wieści! – wykrzyknął Tian, zły na siebie za drżenie głosu. – Co z ciebie za pożytek?

– Przykro mi, że to złe wieści – rzekł Andy. Coś głośno szczęknęło w jego trzewiach, a oczy rozjarzyły się intensywniejszym błękitem, gdy zrobił krok do tyłu. – Może chcesz poznać swój horoskop? Mamy koniec Pełnej Ziemi, szczególnie sprzyjający czas do zakończenia starych spraw i poznania nowych ludzi…

– I pieprzę twoje fałszywe proroctwa!

Tian pochylił się, podniósł grudę ziemi i cisnął nią w robota. Tkwiący z bryle kamyk z brzękiem odbił się od metalowej powłoki Andy’ego. Tia jęknęła i zaczęła płakać. Andy cofnął się o jeszcze jeden krok, przy czym jego długi cień przesunął się po Sukinsynie. Wciąż się uśmiechał tym znienawidzonym, głupkowatym uśmiechem.

– A może piosenkę? Nauczyłem się bardzo zabawnej od Manni na północnym krańcu miasta. Nazywa się Jak trwoga to do Boga.

Gdzieś z wnętrza Andy’ego wydobył się drżący brzęk drumli, a potem dźwięki fortepianu.

– Brzmi tak…

Pot spływał Tianowi po policzkach i przylepiał swędzące jądra do ud. Cuchnący zapach jego głupiej obsesji. Tia z tępą miną, rycząca wniebogłosy. I ten zidiociały, przynoszący złe wieści robot, szykujący się do odśpiewania jakiegoś cholernego psalmu Mannich.

– Cicho bądź, Andy – powiedział dość spokojnie, ale przez zaciśnięte zęby.

– Sai – zgodził się robot, po czym na szczęście zamilkł.

Tian podszedł do płaczącej siostry, objął ją ramieniem i poczuł jej intensywny (chociaż nie tak znów nieprzyjemny) zapach. Nie była to woń obsesji, lecz pracy i posłuszeństwa. Westchnął i pogładził jej drżące ramię.

– Przestań, ty wielka mazgajowata cipo.

Te przykre słowa powiedział niezwykle łagodnie, a ona zareagowała na ton głosu. Zaczęła się uspokajać. Jej brat stał, czując ucisk biodra siostry tuż poniżej żeber (ponieważ była od niego o dobrą stopę wyższa) i przypadkowy przechodzień z pewnością przystanąłby na ich widok, zdumiony podobieństwem twarzy i ogromną różnicą wzrostu. Przynajmniej to podobieństwo wydawało się zupełnie naturalne: byli bliźniakami.

Uspokoił siostrę, łącząc czułe słowa ze zniewagami – od kiedy wróciła ze wschodu jako pokur, Tian Jaffords nie zwracał się do niej inaczej – i wreszcie przestała szlochać. A gdy po niebie przemknął kruk, zataczając kręgi i jak zwykle wydając szereg nieprzyjemnych dźwięków, wskazała ptaka palcem i roześmiała się.

Tiana ogarnęło dziwne uczucie, tak obce jego naturze, że nawet nie potrafił go nazwać.

– To nie w porządku – powiedział. – Nie, ludzie. Na Jezusa-Człowieka i wszystkich innych bogów, nie w porządku.

Spojrzał na wschód, gdzie wzgórza wtapiały się w ścianę nieprzeniknionej ciemności, która mogła być, lecz nie była warstwą chmur. Był to skraj Jądra Gromu.

– To nie w porządku, co z nami robią.

– Na pewno nie chcesz poznać swojego horoskopu, sai? Widzę lśniące monety i piękną czarnowłosą damę.

– Czarnowłose damy będą musiały obejść się beze mnie – odparł Tian i zaczął ściągać uprząż z szerokich ramion siostry. – Jestem żonaty, o czym z pewnością dobrze wiesz.

– Wielu żonatych mężczyzn ma kochanki – zauważył Andy. W uszach Tiana zabrzmiało to jak szyderstwo.

– Nie ci, którzy kochają swoje żony. – Tian przerzucił uprząż przez ramię (zrobił ją sam, gdyż w większości zagród zawsze jej brakowało) i ruszył w kierunku domu. – A w każdym razie nie farmerzy. Pokaż mi farmera, którego stać na kochankę, a ucałuję twoje błyszczące dupsko. Zbieraj się, Tia. Ruszaj nogami.

– Dom? – spytała.

– Właśnie.

– Obiad w domu? – Spojrzała na niego niepewnie, z nadzieją. – Ziemniaki? – I po chwili dodała: – Sos?

– Jasne – powiedział Tian. – Do licha, czemu nie?

Tia radośnie krzyknęła i popędziła w kierunku zabudowań. Kiedy biegła, miała w sobie coś, co niemal budziło podziw. Jak zauważył kiedyś ich ojciec, niedługo przed tą jesienią, podczas której odszedł, „Bystra czy głupia, ale kawał z niej baby”.

Tian powoli poszedł za nią, ze spuszczoną głową, wypatrując dziur, które jego siostra omijała, nawet nie patrząc na nie, jakby miała w głowie narysowaną mapę, gdzie zaznaczono je wszystkie. To dziwne nowe uczucie wciąż rosło. Znał gniew – jak każdy farmer, któremu krowy padły na mleczną chorobę lub letni grad położył pokotem zboże – lecz to uczucie było głębsze. Czuł wściekłość, a ta była dla niego czymś nowym. Szedł powoli, ze spuszczoną głową i zaciśniętymi pięściami. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że Andy idzie za nim, dopóki robot nie powiedział:

– Są jeszcze inne wieści, sai. Na północny zachód od miasta, ścieżką Promienia, nadchodzą obcy ze Świata Zewnętrznego…

– Chrzanić Promień, obcych i ciebie – warknął Tian. – Zostaw mnie w spokoju, Andy.

Robot na chwilę zatrzymał się w miejscu, wśród głazów, chwastów i jałowych pagórków Sukinsyna, tego ugoru należącego do Jaffordsów. Z jego wnętrza wydobywały się ciche piski. Migotał oczami. Potem postanowił pójść i porozmawiać ze Starym Człowiekiem. Ten nigdy nie kazał mu się chrzanić. Stary Człowiek zawsze chciał poznać swój horoskop.

A ponadto interesował się obcymi.

Andy ruszył w kierunku miasta i Naszej Łaskawej Pani.

2

Zalia Jaffords nie widziała, jak mąż i szwagierka wracają z Sukinsyna, nie słyszała, jak Tia raz po raz zanurza głowę w stojącej przed stodołą beczce z deszczówką, a potem prycha niczym koń. Zalia była po północnej stronie domu, wieszając pranie i pilnując dzieci. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że Tian wrócił, dopóki nie zobaczyła, jak patrzy na nią z okna kuchni. Zdziwił ją jego widok, a jeszcze bardziej wyraz twarzy. Był blady jak ściana, nie licząc dwóch jaskrawych plam rumieńców na policzkach i trzeciej, płonącej niczym piętno na środku czoła.

Wrzuciła do kosza na bieliznę kilka klamerek, które wciąż trzymała w ręce, i ruszyła w kierunku domu.

– Gdzie idziesz, muśka? – zawołał Heddon, a Hedda zawtórowa-ła: – Gdzie idziesz, mamuśka?

– Nieważne – odrzekła. – Wy miejcie oko na maluchy.

– Czemuuu? – zaskomliła Hedda. Doprowadziła ten skowyt do perfekcji. Pewnego dnia przeciągnie strunę i matka zatłucze cholerę.

– Ponieważ jesteście najstarsi – powiedziała.

– Ale…

– Zamknij się, Heddo Jaffords.

– Przypilnujemy ich, muśka – obiecał Heddon. Jak zawsze zgodliwy. Może nie tak sprytny jak jego siostra, ale spryt to nie wszystko. Na pewno nie. – Chcesz, żebyśmy rozwiesili pranie?

– Hed-donnn…! – znów zaskomliła jego siostra. Zalia jednak nie miała teraz dla nich czasu. Obrzuciła wzrokiem pozostałych: Lymana i Lię, którzy byli pięciolatkami, a także dwuletniego Aarona. Malec siedział goły na ziemi i z upodobaniem postukiwał kamieniem o kamień. On jeden nie był bliźniakiem, jakże zazdrościły go jej inne kobiety z wioski! Dlatego że Aaron zawsze będzie bezpieczny. Podczas gdy pozostałe dzieci: Heddon i Hedda… Lyman i Lia…

Nagle zrozumiała, co mógł oznaczać niespodziewany powrót męża do domu w środku dnia. Modliła się do bogów, żeby tak nie było, ale kiedy weszła do kuchni i zobaczyła, jak spogląda na dzieci, nabrała pewności, że jednak tak jest.

– Powiedz mi, że to nie Wilki – powiedziała sucho i pospiesznie. – Powiedz, że nie.

– One – odparł Tian. – Trzydzieści dni, jak twierdzi Andy. Od pełni do pełni. A w tej sprawie Andy nigdy…

Zanim zdołał dokończyć, Zalia przycisnęła dłonie do skroni i krzyknęła. Na podwórku Hedda drgnęła. Już chciała pobiec do domu, ale Heddon powstrzymał ją.

– Przecież nie wezmą takich małych dzieci jak Lyman i Lia, prawda? – zapytała męża. – Może Heddę lub Heddona, ale nie moje maluchy? Przecież one dopiero za pół roku będą miały sześć lat!

– Wilki zabierają nawet trzyletnie dzieci, o czym dobrze wiesz – rzekł Tian.

Raz po raz otwierał i zaciskał dłonie. To uczucie w nim wciąż rosło – uczucie, które było silniejsze od gniewu.

Z twarzą zalaną łzami popatrzyła na niego.

– Może nadszedł czas powiedzieć nie – oznajmił Tian głosem, którego sam nie poznał.

– Tylko jak? – szepnęła. – Jak, na wszystkich bogów, możemy to zrobić?

– Nie wiem – odparł. – Podejdź tu, kobieto, błagam cię.

Podeszła, rzuciwszy jeszcze jedno spojrzenie przez ramię piątce dzieci na podwórku – jakby upewniając się, że wciąż są tam wszystkie, że Wilki jeszcze ich nie zabrały – po czym przeszła do pokoju stołowego. Na fotelu w kącie przy wygasłym kominku siedział starzec, śpiąc z głową opartą na piersi. Strużka śliny spływała mu z pomarszczonych, bezzębnych ust.

Z tego pokoju widać było stodołę. Tian przyciągnął żonę do okna i wskazał palcem.

– Tam – powiedział. – Widzisz ich, kobieto? Widzisz ich dobrze?

Oczywiście, że widziała. Siostra Tiana, mająca prawie sześć i pół stopy wzrostu, stała w rozpiętym kombinezonie; jej wielkie piersi lśniły od wody, którą piła z beczki z deszczówką. W drzwiach stodoły tkwił Zalman, brat Zalii. Ten miał prawie siedem stóp wzrostu i był wielki jak Lord Perth albo Andy, o twarzy równie pozbawionej wyrazu jak twarz Tii. Na widok dorodnej młodej dziewczyny pokazującej piersi dorodnemu młodzieńcowi mogłaby wyrosnąć buła w spodniach, ale nie Zally’emu. Jemu to się nie zdarzy. Był pokurem.

Zalia odwróciła się do Tiana. Popatrzyli na siebie, mężczyzna i kobieta, którzy nie byli pokurami tylko dzięki ślepemu szczęściu. Oboje wiedzieli, że równie dobrze to Zal i Tia mogli stać tutaj i patrzeć na stojących przy stodole Tiana i Zalię, o wielkich ciałach i pustych głowach.

– Oczywiście, że widzę – powiedziała mężowi. – Myślisz, że jestem ślepa?

– A czy czasem nie chciałabyś być ślepa? – zapytał. – Żeby ich nie widzieć, co?

Zalia nie odpowiedziała.

– To nie w porządku, kobieto. Nie w porządku. Nigdy nie było w porządku.

– Przecież od niepamiętnych czasów…

– Chrzanić niepamiętne czasy! – zawołał Tian. – To dzieci! Nasze dzieci!

– Chcesz, żeby Wilki puściły Calla z dymem? Poderżnęły nam wszystkim gardła i wypaliły oczy z oczodołów? Bo wiesz, że tak bywało. Dobrze wiesz.

Pewnie, że wiedział. Tylko kto mógł zaprowadzić porządek, jeśli nie mieszkańcy Calla Bryn Sturgis? Przecież w tych stronach nie było żadnych władz, nawet szeryfa. Byli zdani wyłącznie na siebie. Nawet przed laty, gdy w wewnętrznych baroniach panował dobrobyt i ład, tutaj rzadko dostrzegano oznaki tego porządku. Tu, na pograniczu, życie zawsze było ciężkie. Potem zaczęły przybywać Wilki i stało się jeszcze cięższe. Kiedy się to zaczęło? Od ilu pokoleń? Tian nie wiedział, ale uważał, że „niepamiętne czasy” to zbyt długo. Wilki napadały pograniczne wioski już wtedy, kiedy starzec był mały, to pewne. Porwały jego brata bliźniaka, kiedy siedział z nim na ziemi, grając w bierki. „Wzione go, bo był bliży drogi” – mówił im dziad (wiele razy). „Gdybym jo tedy wyszeł pirszy z doma, jo by siedzioł bliży drogi i wzieny by mnie. Bóg je dobry!”. A potem całował drewniany krucyfiks, który dał mu Stary Człowiek, unosił go ku niebu i chichotał.

Pradziad jednak mówił, że za jego czasów – czyli pięć lub nawet sześć pokoleń wcześniej, jeśli Tian dobrze to obliczył – nie było Wilków nadciągających na siwych koniach z Jądra Gromu. Tian spytał go kiedyś: „A czy wtedy też prawie wszystkie dzieci rodziły się parami? Czy starzy ludzie coś o tym mówili?”. Dziad długo zastanawiał się nad tym, po czym potrząsnął głową. Nie, nie pamiętał, co starzy ludzie opowiadali mu o tym.

Zalia spoglądała na Tiana z niepokojem.

– Sądzę, że nie jesteś w odpowiednim nastroju, by myśleć o takich sprawach, spędziwszy cały ranek na tym skalistym ugorze.

– Stan mojego umysłu nie ma wpływu na to, kiedy tu przybędą i kogo zabiorą – powiedział Tian.

– Nie popełnisz jakiegoś głupstwa? Nie zrobisz czegoś głupiego na własną rękę?

– Nie – odparł.

Bez wahania. Już coś planuje – pomyślała i pozwoliła sobie na nikłą iskierkę nadziei. Tian z pewnością nie mógł nic zrobić przeciw Wilkom – nikt z mieszkańców wioski nie mógł – ale na pewno nie był głupi. W tej wiosce, w której większość mężczyzn potrafiła myśleć tylko o sadzeniu (lub wsadzaniu w sobotni wieczór), Tian był niezwykłym zjawiskiem. Potrafił się podpisać i wypisać słowa, które układały się w napis: KOCHAM CIĘ, ZALLY (czym ją zdobył, chociaż nie umiała odczytać tego, co nakreślił na ziemi), umiał dodawać liczby, a także liczyć od dużych do małych, co jego zdaniem było jeszcze trudniejsze. Czy mógł…?

Wolała nie kończyć tej myśli. A jednak, kiedy jej matczyne serce i umysł znów zwróciły się ku Heddzie i Heddonowi, Lii i Lymanowi, bardzo chciała żywić tę nadzieję.

– Co więc…?

– Zamierzam zwołać zebranie mieszkańców. Roześlę wici.

– Przyjdą?

– Kiedy usłyszą wieści, przyjdą wszyscy. Omówimy to. Może tym razem zechcą walczyć. Może zechcą walczyć o swoje dzieci.

Za ich plecami skrzypiący starczy głos zakrakał:

– Ty głupi pomiocie.

Tian i Zalia odwrócili się, trzymając się za ręce, i spojrzeli na starego. „Pomiot” to ostre słowo, ale Tian uznał, że stary patrzy na nich – na niego – dość życzliwie.

– Czemu tak mówisz, dziadku? – zapytał.

– Po takim spotkaniu, co je planujesz, ludzie spaliliby pół okolicy, gdyby byli upici – odparł stary. – Ale trzeźwi… – Pokręcił głową. – Ci nigdy się nie ruszą.

– Myślę, że tym razem możesz się mylić, dziadku – powiedział Tian i zimny strach ścisnął serce Zalii.

A jednak gdzieś głęboko pod nim tliła się ciepła iskierka nadziei.

3

Byłoby mniej narzekań, gdyby uprzedził ich co najmniej dzień wcześniej, lecz Tian nie miał takiego zamiaru. Nie mogli sobie pozwolić na stratę choćby jednego dnia. I kiedy posłał Heddona i Heddę z wiciami, ludzie przyszli. Wiedział, że przyjdą.

Sala posiedzeń znajdowała się na końcu głównej ulicy, za sklepem Tooka i naprzeciw namiotu na placu zabaw, który teraz, pod koniec lata, był zakurzony i ciemny. Wkrótce mieszkanki miasteczka zaczną dekorować go na dożynki, chociaż tych w Calla nigdy nie obchodzono zbyt hucznie. Oczywiście dzieci zawsze cieszyły się, widząc kukły rzucane do ogniska, a co śmielsi młodzieńcy z nadejściem nocy kradli swój przydział całusów, ale to wszystko. Różne potańcówki i festyny mogły pasować w Świecie Pośrednim i innych, ale nie tu. Tutaj mieli poważniejsze sprawy na głowie niż obchodzenie dożynek.

Na przykład Wilki.

Niektórzy mężczyźni – z zasobnych farm na zachodzie i trzech na południu – przyjechali konno. Eisenhart z Rocking B miał nawet karabin i skrzyżowane na piersi pasy z amunicją. (Tian Jaffords wątpił, czy naboje są jeszcze dobre i czy z tej starej flinty udałoby się wystrzelić, nawet gdyby były). Delegacja Mannich przyjechała stłoczona na wozie zaprzężonym w parę zmutowanych rumaków – jeden był trzyoki, a drugi miał wielką różową narośl sterczącą na grzbiecie. Większość mężczyzn z Calla przybyła na mułach i osiołkach, ubrana w białe spodnie i długie, kolorowe koszule. Twardymi od odcisków palcami zdejmowali sombrera, pozostawiając je wiszące na rzemykach na plecach, i wchodzili do sali posiedzeń, niespokojnie popatrując na siebie. Ławy były zrobione z sosnowego drewna. Ponieważ nie było kobiet i pokurów, zebrani zapełnili ledwie trzydzieści z dziewięćdziesięciu ław. Słychać było gwar rozmów, ale żadnych śmiechów.

Tian stał przed budynkiem, trzymając w ręce wici i obserwując, jak słońce opada za horyzont i złocista tarcza powoli zanurza się w chmurach barwy zakażonej krwi. Kiedy dotknęła horyzontu, jeszcze raz popatrzył na główną ulicę. Była pusta, nie licząc kilku pokurów siedzących na schodach do składu Tooka. Wszyscy byli ogromni i nie nadawali się do niczego prócz wyrywania głazów z ziemi. Nie dostrzegł już żadnych mężczyzn nadjeżdżających na mułach. Nabrał powietrza, wypuścił je z płuc, po czym znów zaczerpnął tchu i spojrzał na ciemniejące niebo.

– Jezusie-Człowieku, nie wierzę w ciebie – powiedział. – Jeśli jednak tam jesteś, to pomóż mi teraz. I podziękuj Bogu.

Potem wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi sali narad odrobinę mocniej, niż było to konieczne. Gwar ucichł. Stu czterdziestu mężczyzn, w większości farmerów, patrzyło, jak wychodzi przed nich, łopocząc szerokimi nogawkami białych spodni, stukając buciorami o podłogę z tekowego drewna. Spodziewał się, że w tym momencie będzie przestraszony, może nawet niezdolny powiedzieć słowa. Był farmerem, a nie aktorem czy politykiem. Potem pomyślał o swoich dzieciach i kiedy spojrzał na zgromadzonych, okazało się, że bez trudu może patrzeć im w oczy. Wici w jego ręku nawet nie zadrżały. Gdy przemówił, słowa wydobywające się z jego ust padały płynnie, gładko i sensownie. Może ci ludzie nie zrobią tego, na co liczył – może stary miał co do nich rację – ale wyglądało na to, że chętnie go wysłuchają.

– Wszyscy wiecie, kim jestem – zaczął, stojąc z rękami zaciśniętymi na czerwonawym trzonku starych wici. – Tian Jaffords, syn Luke’a, mąż Zalii Hoonik. Mamy z nią piątkę, dwie pary i jedynaka.

W tym momencie wśród zebranych rozległy się szepty, zapewne komentujące, jakimi szczęściarzami są Tian i Zalia, że mają Aarona. Tian zaczekał, aż głosy ucichną.

– Przez całe życie mieszkam w Calla. Dzieliłem z wami khef, a wy ze mną. Teraz proszę, żebyście wysłuchali tego, co powiem.

– Dzięki ci, sai – mruknęli. Była to zwyczajowa odpowiedź, lecz dodała otuchy Tianowi.

– Przybywają Wilki – rzekł. – Otrzymałem tę wieść od Andy’ego. Będą tutaj za trzydzieści dni, od pełni do pełni.

Znów rozległy się szepty. Tian słyszał w nich przestrach i gniew, lecz nie zdziwienie. Andy był niezwykle skuteczny, gdy chodziło o roznoszenie wiadomości.

– Nawet ci z nas, którzy umieją trochę czytać i pisać, nie mają papieru do pisania – ciągnął Tian – tak więc nie mogę wam dokładnie powiedzieć, kiedy były tu ostatnio. Nie ma żadnych zapisów, rozumiecie, tylko przekazy z ust do ust. Wiem, że byłem już chłopcem, a więc to ponad dwadzieścia lat…

– Dwadzieścia cztery – rozległ się głos z tyłu sali.

– Nii, dwadzieścia trzy – poprawił ktoś siedzący bliżej.

Wstał Reuben Caverra. Był pulchnym mężczyzną o okrągłej, wesołej twarzy. Teraz jednak nie było na niej uśmiechu, tylko niepokój.

– Zabrali Ruth, moją siostrę, wysłuchajcie mnie, proszę.

Odpowiedział mu pomruk – ledwie słyszalne westchnienie – mężczyzn stłoczonych na ławkach. Mogli rozsiąść się po całej sali, ale woleli siedzieć blisko siebie. Czasem niewygoda ma swoje dobre strony, pomyślał Tian.

Reuben mówił:

– Bawiliśmy się pod wielką sosną na podwórku przed domem, kiedy przybyły. Od tego czasu co roku robię znak na korze. Nawet kiedy ją zwróciły, w dalszym ciągu to robiłem. Teraz są tam dwadzieścia trzy nacięcia, to oznacza dwadzieścia trzy lata.

Po tych słowach usiadł.

– Dwadzieścia trzy czy dwadzieścia cztery, to żadna różnica – powiedział Tian. – Ci, którzy byli dziećmi, kiedy Wilki pojawiły się tu ostatnio, są już dorośli i mają swoje dzieci. Te dranie mogą tu zebrać obfite żniwo. Piękny zbiór dzieci. – Zamilkł na moment, dając im szansę domyślenia się tego, co po chwili dorzucił głośno: – Jeśli na to pozwolimy. Jeśli pozwolimy Wilkom zabrać nasze dzieci w góry, a potem odesłać nam jako pokury.

– A co, do diabła, możemy zrobić? – odezwał się mężczyzna siedzący w środkowych ławkach. – To nie są ludzie!

Jego słowom zawtórował głośny (i zgnębiony) pomruk aprobaty.

Jeden z Mannich wstał, zaciskając granatowy płaszcz na kościstych ramionach. Powiódł po zebranych złowrogim wzrokiem. Zdaniem Tiana nie było to spojrzenie szaleńca, ale też na pewno nie było to spojrzenie człowieka przy zdrowych zmysłach.

– Wysłuchajcie mnie, proszę – rzekł.

– Dzięki ci, sai – odpowiedzieli zebrani z szacunkiem i rezerwą.

Rzadko można było zobaczyć w mieście Manniego, a teraz było ich tu aż ośmiu. Tian był rad, że przybyli. Jeśli coś mogło podkreślić powagę sytuacji, to z całą pewnością pojawienie się Mannich.

Drzwi sali otworzyły się i do środka wślizgnął się jeszcze jeden człowiek. Miał na sobie długi czarny płaszcz. Na czole widniała blizna. Nikt z zebranych, włącznie z Tianem, nie zauważył jego przybycia. Wszyscy obserwowali Mannich.

– Słuchajcie, co mówi Księga Manni: Gdy anioł śmierci przybył nad Ayjip, zabił pierworodnego w każdym domostwie, którego progu nie skropiono krwią ofiarnego jagnięcia. Tak rzecze Księga.

– Chwała Księdze – powiedzieli chórem pozostali Manni.

– Może też powinniśmy tak zrobić – ciągnął ich przedstawiciel. Mówił spokojnie, lecz żyłka na jego czole gwałtownie pulsowała. – Może powinniśmy zmienić te trzydzieści dni w festiwal radości dla naszych malców, a potem je uśpić i skropić ziemię ich krwią. Niech Wilki zabiorą na wschód ich ciała, jeśli chcą.

– Oszalałeś – zaprotestował Benito Cash, urażony, a jednocześnie niemal rozbawiony. – Ty i twoi ludzie. Nie zamierzamy zabijać naszych dzieci!

– A czy te, które wrócą, nie będą jak martwe? – odparł Manni. – Wielkie bezmyślne stworzenia! Puste skorupy!

– Właśnie, a co z ich braćmi i siostrami? – zapytał Vaughn Eisenhart. – Bo Wilki zabierają tylko po jednym z każdej pary, o czym dobrze wiecie.

Wstał drugi Manni, z jedwabistą siwą brodą spływającą na pierś. Pierwszy mówca usiadł. Stary człowiek, Henchick, spojrzał na pozostałych, a potem na Tiana.

– Ty trzymasz wici, młodzieńcze. Czy mogę mówić?

Tian skinieniem głowy udzielił mu głosu. Całkiem niezły początek. Niech przyjrzą się zagrodzie, w której siedzą, niech dobrze się rozejrzą. Był przekonany, że w końcu znajdą tylko dwa wyjścia: pozwolić Wilkom zabrać po jednym dziecku z każdej pary bliźniąt, tak jak zawsze, albo walczyć. Aby jednak je dostrzec, muszą pojąć, że każde inne wyjście prowadzi w ślepą uliczkę.

Starzec mówił spokojnie. Nawet ze smutkiem.

– Tak, to okropny pomysł. Mimo to pomyślcie: gdyby Wilki przybyły i nie znalazły żadnego dziecka, może na zawsze dałyby nam spokój.

– Owszem, może – warknął jeden z drobnych farmerów, który nazywał się Jorge Estrada. – Albo i nie. Manni-sai, czy naprawdę zabiłbyś wszystkie dzieci w mieście z powodu tego, co może się stać?

Zebrani przyjęli to głośnym pomrukiem aprobaty. Wstał inny drobny farmer, Garrett Strong. Na jego twarzy przypominającej buldoga malował się upór. Wepchnął kciuki za pas.

– Lepiej pozabijajmy się wszyscy – oznajmił. – Zarówno dzieci, jak i dorośli.

Manni nie wyglądał na urażonego. Odziani w granatowe płaszcze jego towarzysze również.

– To jedno z możliwych rozwiązań – rzekł stary. – Możemy o nim porozmawiać, jeśli inni zechcą.

Usiadł.

– Ja nie chcę – powiedział Garrett Strong. – To tak, jakbyś obciął sobie ten cholerny łeb, żeby zaoszczędzić na goleniu. Słuchajcie mnie, proszę.

Rozległ się głośny śmiech i okrzyki „słuchamy cię pilnie!”. Garrett usiadł, nieco uspokojony, i zaczął poszeptywać coś z Vaughnem Eisenhartem. Jeden z farmerów, Diego Adams, przysłuchiwał się ich rozmowie. W jego czarnych oczach malowało się głębokie skupienie.

Wstał następny drobny farmer – Bucky Javier. Miał bystre niebieskie oczka, małą głowę i czoło mocno cofnięte w stosunku do porośniętego kozią bródką podbródka.

– A gdybyśmy odeszli stąd na jakiś czas? – zapytał. – Gdybyśmy zabrali nasze dzieci i wrócili na zachód? Może aż nad zachodnią odnogę Wielkiej Rzeki?

Przez moment wszyscy w milczeniu rozważali ten śmiały pomysł. Zachodnia odnoga rzeki Whye znajdowała się prawie w Świecie Pośrednim… gdzie, zdaniem Andy’ego, ostatnio pojawił się pałac z zielonego szkła, który później znikł. Tian już miał odpowiedzieć mówcy, gdy nagle wyręczył go Eben Took, sklepikarz. Tian przyjął to z ulgą. Miał nadzieję, że będzie mógł milczeć jak najdłużej. Kiedy już się wygadają, powie im, co należy zrobić.

– Oszalałeś? – zapytał Eben. – Wilki przybędą, zobaczą, że nas nie ma, i puszczą wszystko z dymem: farmy i rancza, uprawy i zapasy, buraki i zboże. Nie będziemy mieli do czego wracać.

– A jeśli ruszą za nami? – wtrącił Jorge Estrada. – Myślisz, że takim jak Wilki trudno byłoby nas znaleźć? Spalą wszystko, tak jak mówi Took, a potem dościgną nas i zabiorą nam dzieci!

Jeszcze głośniejsze pomruki aprobaty. Szuranie buciorów o sosnowe deski. I liczne okrzyki: „Słuchajcie go, słuchajcie!”.

– Poza tym – powiedział Neil Faraday, wstając i ściskając przed sobą swoje wielkie i brudne sombrero – nigdy nie zabierają wszystkich naszych dzieci.

Powiedział to wystraszonym i nawołującym do rozsądku głosem, który sprawił, że Tian zacisnął zęby. Tej rady obawiał się najbardziej. Tego fałszywego głosu rozsądku.

Jeden z Mannich, młody i bez brody, parsknął głośnym i wzgardliwym śmiechem.

– Ach, jedno ocalone z dwóch! I tak jest dobrze, prawda? Dziękujmy Bogu!

Mówiłby dalej, lecz Henchick zacisnął sękatą dłoń na jego ramieniu. Młodzieniec nie powiedział już nic więcej, ale też nie pochylił pokornie głowy. Miał gniewny błysk w oczach i zaciskał zęby.

– Nie mówię, że tak jest dobrze – rzekł Neil. Zaczął tak szybko obracać w dłoniach sombrero, że Tianowi lekko zakręciło się w głowie. – Musimy jednak stawić czoło rzeczywistości, prawda? No cóż. One nie zabierają wszystkich. Na przykład moja córka Georgina jest dziarska i bystra…

– Tak, a twój syn George to wielki pustogłowy dureń – rzekł Ben Slightman. Był nadzorcą Eisenharta i nie znosił głupców. Zdjął okulary, wytarł je chustką i z powrotem umieścił na nosie. – Widziałem go siedzącego na schodach Tooka, kiedy jechałem ulicą. Dobrze mu się przyjrzałem. Jemu i kilku innym, równie pustogłowym.

– Przecież…

– Wiem – rzekł Slightman. – To trudna decyzja. Może lepiej mieć paru pustogłowych niż same trupy. – I po chwili dodał: – Albo stracić tylko co drugie dziecko, a nie wszystkie.

Ben Slightman usiadł wśród okrzyków „słuchajcie go” i „dzięki ci”.

– Zawsze zostawiają nam dość, żebyśmy przetrwali, prawda? – zapytał farmer, którego gospodarstwo znajdowało się na zachód od domu Tiana, na samym skraju Calla. Nazywał się Louis Haycox i mówił rozważnym, kwaśnym tonem. Pod obwisłym wąsem jego wargi wykrzywiał niewesoły uśmiech. – Nie zabijemy naszych dzieci – rzekł, spoglądając na Mannich. – Niech was Bóg ma w opiece, panowie, ale nie wierzę, żebyście nawet wy potrafili to zrobić, gdyby przyszło co do czego. A przynajmniej nie wszyscy z was. Nie możemy spakować manatków i ruszyć na zachód czy w inną stronę świata, ponieważ opuścilibyśmy nasze gospodarstwa. Spaliliby je, jak nic, a potem dogonili nas i zabrali nam dzieci. Potrzebują ich, bogowie wiedzą do czego. Zawsze wszystko sprowadza się do tego samego: jesteśmy farmerami, większość z nas. Jesteśmy silni, gdy babrzemy się w ziemi, i słabi, gdy tego nie robimy. Ja mam dwoje dzieci, czteroletnich, i bardzo je kocham. Nie chciałbym stracić żadnego z nich. Mimo to poświęciłbym jedno, żeby uratować drugie. I moją farmę.

Jego słowa przyjęto pomrukiem aprobaty.

– A czy mamy inne wyjście? Mówię tak: popełnilibyśmy najstraszliwszy błąd, budząc gniew Wilków. Chyba że moglibyśmy stawić im czoło. Ja stanąłbym przeciwko nim, gdyby to było możliwe. Lecz nie widzę takiej możliwości.

Przy każdym jego słowie Tian podupadał na duchu. Jakie szkody wyrządziło to, co powiedział? Bogowie i Jezusie-Człowieku!

Wayne Overholser wstał z ławy. Był najbogatszym farmerem w Calla Bryn Sturgis, czego dowodził wielki brzuch.

– Słuchajcie mnie, proszę.

– Dzięki ci, sai – mruknęli.

– Powiem wam, co zrobimy – rzekł, spoglądając wokół. – Co zawsze robiliśmy, ot co. Czy ktoś z was chce mówić o stawianiu czoła Wilkom? Czy ktoś jest tak szalony? Czym? Dzidami i kamieniami, kilkoma łukami i pałkami? Albo czterema zardzewiałymi starymi strzelbami, takimi jak ta?

Wskazał kciukiem na karabin Eisenharta.

– Nie śmiej się z mojej broni, synu – rzekł Eisenhart, lecz uśmiechnął się przy tym ze smutkiem.

– Przyjdą i zabiorą dzieci – ciągnął Overholser, rozglądając się wokół. – Niektóre. A potem znów zostawią nas w spokoju na całe pokolenie lub dłużej. Tak było i tak będzie i moim zdaniem powinniśmy dać temu spokój.

Po tych słowach nastąpiły nieprzyjazne pomruki, ale Overholser przeczekał je.

– Dwadzieścia trzy czy dwadzieścia cztery, to nieważne – powiedział, kiedy ucichły. – Tak czy owak, to szmat czasu. Długi okres spokoju. Może zapomnieliście o paru sprawach, ludzie. Na przykład o tym, że dzieci są jak plon. Bóg zawsze zsyła następne. Wiem, że to brzmi okropnie. Tak jednak żyliśmy i tak musi być dalej.

Tian nie czekał na dalsze wypowiedzi. Gdyby pozwolił im podążać tą drogą, straciłby wszelkie szanse przekonania zgromadzonych. Podniósł wici.

– Słuchajcie, co powiem! Słuchajcie, proszę! – zawołał.

– Dzięki ci, sai – odpowiedzieli.

Overholser nieufnie spojrzał na Tiana.

I masz rację, że mi nie ufasz – pomyślał farmer. Ponieważ mam już dość takiego tchórzliwego zdrowego rozsądku jak twój.

– Wayne Overholser jest mądrym człowiekiem – rzekł Tian – i dlatego nie chciałbym zaprzeczać jego słowom. Poza tym mógłby być moim ojcem.

– A może nim jest – zawołał jedyny fornal Garretta Stronga, niejaki Rossiter, wywołując chóralny wybuch śmiechu. Nawet Overholser uśmiechnął się, słysząc ten żart.

– Synu, jeśli nie chcesz zaprzeczać moim słowom, to nie rób tego – powiedział.

Uśmiechał się, ale tylko wargami.

– Muszę – odparł Tian. Zaczął przechadzać się tam i z powrotem przed ławkami. Wici z rdzawoczerwonych piór kołysały się w jego dłoniach. Podniósł głos, dając im znać, że nie mówi już tylko do wielkiego farmera. – Muszę, ponieważ sai Overholser jest w takim wieku, że mógłby być moim ojcem. Jego dzieci są dorosłe, rozumiecie, i o ile mi wiadomo, ma ich tylko dwoje, dziewczynkę i chłopca. – Zamilkł na moment, po czym wypuścił zabójczy pocisk. – A urodziły się w odstępie dwóch lat.

Innymi słowami, pojedynczo. Obojgu nie groziło nic ze strony Wilków, choć tego nie musiał głośno mówić. Tłum szeptał.

Overholser poczerwieniał z gniewu.

– Taka gadanina to parszywe świństwo! To, co powiedziałem, nie ma nic wspólnego z tym, czy one są bliźniakami, czy nie! Daj mi wici, Jaffords. Mam jeszcze kilka słów do powiedzenia.

Zebrani zaczęli jednak tupać w deski, z początku powoli, potem coraz szybciej, aż tupanie zmieniło się w łoskot przypominający grad. Overholser gniewnie spoglądał wokół, tak czerwony, że prawie purpurowy.

– Chcę mówić! – krzyknął. – Wysłuchajcie mnie, proszę!

Odpowiedziały mu okrzyki: „nie, nie”, „Jaffords ma wici”, „siadaj i słuchaj”. Tian doszedł do wniosku, że Overholser stosunkowo późno dowiedział się, że najlepszy i najbogatszy gospodarz w okolicy nie jest szczególnie lubiany. Ci, którzy mieli mniej umiejętności lub szczęścia (co przeważnie sprowadzało się do tego samego), mogli zdejmować kapelusze, gdy mijał ich w bryczce lub powozie, mogli przysłać ubitą świnię lub krowę w podzięce, gdy bogaty przysyłał swoich robotników do pomocy przy stawianiu domu lub stodoły, mogli go oklaskiwać, kiedy podczas noworocznej zabawy składał się na zakup fortepianu, który teraz stał pod namiotem na placu zabaw. A jednak ci sami mieszkańcy Calla z dziką satysfakcją tupali teraz nogami, zagłuszając Overholsera.

Ten, nienawykły do takiego traktowania – a ściśle mówiąc, takiego lekceważenia – spróbował ponownie.

– Oddaj mi wici, słyszysz, proszę!

– Nie – odparł Tian. – Dam ci je później, nie teraz.

Te słowa wywołały głośne wiwaty, głównie ze strony najmniej zamożnych farmerów i ich robotników. Manni nie przyłączyli się do wrzawy. Skupili się tak ciasno, że wyglądali jak wielki granatowy kleks na środku sali. Byli najwyraźniej zaskoczeni takim obrotem wydarzeń. Tymczasem Vaughn Eisenhart i Diego Adams podeszli do Overholsera i zaczęli mu coś szeptać.

Masz szansę – pomyślał Tian. Wykorzystaj ją jak najlepiej.

Podniósł wici i wszyscy ucichli.

– Każdy będzie miał okazję zabrać głos – powiedział. – Co do mnie, mówię tak: nie możemy dłużej żyć, pochylając głowy i milcząc, kiedy Wilki przybywają i zabierają nasze dzieci. Oni…

– Oni zawsze je oddają – wtrącił cicho Farren Posella.

– Oddają tylko skorupy! – wrzasnął Tian i usłyszał kilka okrzyków: „słuchajcie go”.

Nie dość, ocenił. Zdecydowanie za mało. Na razie.

Ponownie zniżył głos. Nie chciał naciskać. Overholser próbował tego i nic nie zdziałał mimo swojego tysiąca akrów.

– Zwracają nam skorupy. A co z nami? Jak to wpływa na nas? Ktoś mógłby rzec, że to nic, że Wilki zawsze były częścią naszego życia w Calla Bryn Sturgis, niczym sporadyczne cyklony lub trzęsienia ziemi. Lecz to nieprawda. Pojawiają się najwyżej od sześciu pokoleń. Tymczasem Calla istnieje od tysiąca lat albo dłużej.

Stary Manni o kościstych ramionach i złowrogim spojrzeniu podniósł się z ławy.

– On mówi prawdę, ludzie. Farmerzy… a wśród nich i Manni… byli tutaj, gdy w górach Jądra Gromu jeszcze nie zapanowały ciemności, nie mówiąc o Wilkach.

Przyjęli tę rewelację spojrzeniami pełnymi podziwu, co najwyraźniej usatysfakcjonowało starego, który skinął głową i usiadł.

– Tak więc Wilki są właściwie czymś nowym – rzekł Tian. – Przybyły tutaj chyba z sześć razy w ciągu stu dwudziestu lub stu czterdziestu lat. Kto to wie dokładnie? Gdyż, co wiadomo, czas jakoś zmienił swój bieg.

Ciche pomruki. Kiwanie głowami.

– W każdym razie raz na pokolenie – ciągnął Tian. Zdawał sobie sprawę z tego, że przeciwnicy skupiają się wokół Overholsera, Eisenharta i Adamsa. Ben Slightman mógł przyłączyć się do nich lub nie… pewnie tak. Tych ludzi nie zdołałby poruszyć, gdyby nawet był obdarzony językiem anioła. No cóż, może poradzi sobie bez nich. Jeśli namówi pozostałych. – Przybywają raz na pokolenie i zabierają dzieci. Ile? Trzy tuziny? Cztery? Sai Overholser nie ma małych dzieci, ja jednak mam, i to nie jedną parę, lecz dwie. Heddona i Heddę, Lymana i Lię. Kocham wszystkich czworo, ale za miesiąc zabiorą mi dwoje z nich. A kiedy tu wrócą, będą pokurami. Ta iskra, która czyni z człowieka rozumną istotę, zgaśnie w nich na zawsze.

Słuchajcie go, słuchajcie – dało się wyczuć westchnienie zgromadzonych w sali.

– Ilu z was jest ojcami bliźniąt, które mają włosy jedynie na głowach? – zapytał Tian. – Podnieście ręce!

Sześciu mężczyzn podniosło ręce. Potem jeszcze dwóch. I czterech. Ilekroć Tian myślał, że to już wszyscy, znowu ktoś niechętnie podnosił dłoń. W końcu naliczył dwadzieścia dwie osoby, a nie byli to wszyscy, którzy mieli dzieci. Widział, że Overholser stropił się na widok tak licznej grupy. Diego Adams także uniósł dłoń i Tian z zadowoleniem zauważył, że odsunął się od Overholsera, Eisenharta i Slightmana. Trzej Manni też podnieśli ręce. Jorge Estrada i Louis Haycox również. I wielu innych, których znał, w czym nie było nic dziwnego, gdyż znał tu prawie każdego. Zapewne wszystkich poza kilkoma przybyszami, pracującymi na małych farmach za skromną zapłatę i gorący posiłek.

– Za każdym razem, gdy przybywają i porywają nasze dzieci, zabierają nam trochę serca i ducha – mówił dalej Tian.

– Och, daj spokój, synu – wszedł mu w słowo Eisenhart. – Trochę przesadzasz…

– Zamknij się, ranczerze – rozległ się głos. Należał do mężczyzny, który przyszedł ostatni, tego z blizną na czole. Pobrzmiewał gniewem i pogardą. – Ma wici. Niech wypowie się do końca.

Eisenhart gwałtownie się odwrócił, aby zobaczyć, kto śmiał tak do niego mówić. Zobaczył i nic nie odpowiedział. To nie zdziwiło Tiana.

– Dzięki, Père1 – rzekł spokojnie. – Już prawie skończyłem. Wciąż myślę o drzewach. Można oberwać liście ze zdrowego drzewa, a ono przeżyje. Wyryć wiele imion na jego korze, a ta odrośnie i zabliźni rany. Można nawet wyciąć z niego rdzeń, a mimo to zdoła przeżyć. Jeśli jednak będziecie wycinać z niego rdzeń raz po raz, przyjdzie taki czas, że nawet najmocniejsze drzewo obumrze. Widziałem to na mojej farmie, i to przykry widok. Obumierają od środka. Widać to po liściach, gdy żółkną od nasady pnia do końców gałęzi. I właśnie to Wilki robią z naszą wioską. Tak dzieje się z Calla.

– Słuchajcie go! – zawołał Freddy Rosario z sąsiedniej farmy. – Słuchajcie go dobrze!

Freddy też miał bliźniaki, choć te były jeszcze przy piersi i zapewne bezpieczne.

– Mówicie, że jeśli stawimy im opór, zabiją nas i spalą wioskę od końca do końca – ciągnął Tian.

– Tak – rzekł Overholser. – Ja tak mówię. I nie tylko ja.

Wokół niego rozległy się pomruki aprobaty.

– A jednak za każdym razem, gdy stoimy z pokornie schylonymi głowami i opuszczonymi rękami, Wilki odbierają to, co jest nam droższe niż zbiory, domy i zagrody; zabierają coraz więcej drewna z drzewa życia, którym jest nasza wioska! – zawołał donośnie Tian, podnosząc wysoko dłoń, w której ściskał wici. – Jeśli wkrótce nie zaczniemy walczyć, zginiemy! To wam mówię, ja, Tian Jaffords, syn Luke’a! Jeśli szybko nie stawimy im oporu, sami staniemy się pokurami!

Głośne okrzyki „słuchajcie go”. Donośne tupanie nogami. Nawet oklaski.

George Telford, inny ranczer, szepnął coś do Eisenharta i Overholsera. Wysłuchali go, a potem skinęli głowami. Telford wstał. Był siwowłosy, opalony i przystojny w ogorzały sposób, który podobał się kobietom.

– Powiedziałeś już swoje, synu? – zapytał łagodnie, jakby zwracał się do dziecka, chcąc się dowiedzieć, czy dość się nabawiło i jest gotowe do popołudniowej drzemki.

– Chyba tak – odparł Tian. Nagle wpadł w przygnębienie. Telford nie był gospodarzem równym Vaughnowi Eisenhartowi, ale umiał mówić. Tian podejrzewał, że mimo wszystko przegra.

– Mogę dostać wici?

Tian zastanawiał się nad odmową, ale co by to dało? Powiedział już, co miał do powiedzenia. Próbował. Może on i Zalia powinni spakować manatki i ruszyć na zachód, w kierunku Świata Pośredniego. Według Andy’ego do przybycia Wilków został cały miesiąc. W trzydzieści dni można przebyć szmat drogi.

Oddał wici.

– Wszyscy podziwiamy pasję młodego sai Jaffordsa i z pewnością nikt nie wątpi w jego odwagę – rzekł George Telford. Mówiąc, przyciskał wici do piersi… na wysokości serca. Wodził oczami po zebranych, sprawiając wrażenie osoby nawiązującej kontakt wzrokowy z każdym obecnym na sali. – Musimy jednak myśleć nie tylko o tych dzieciach, które zostaną porwane, ale i tych, które pozostaną, prawda? W rzeczy samej, powinniśmy chronić wszystkie dzieci, czy to bliźnięta, czy trojaczki, czy pojedyncze, takie jak Aaron Jaffords. – Teraz Telford zwrócił się do Tiana. – Co powiesz swoim dzieciom, kiedy Wilki zastrzelą ich matkę i może spopielą dziada jednym ze swych świetlnych kijów? Co zrobisz, żeby zagłuszyć ich krzyki? Powiesz, że trzeba osłodzić swąd spalonej skóry i płonących plonów? Że ratujemy dusze czy też rdzeń jakiegoś wymyślonego drzewa?

Odczekał chwilę, dając Tianowi czas na odpowiedź, lecz ten żadnej nie znalazł. Niemal ich przekonał… ale nie wziął pod uwagę Telforda. Złotoustego sukinsyna Telforda, który już dawno osiągnął taki wiek, że nie musiał obawiać się Wilków wjeżdżających na jego podwórze na wielkich siwych koniach.

Telford kiwnął głową, jakby nie oczekiwał od Tiana niczego innego poza milczeniem, i znowu zwrócił się do siedzących na ławach.

– Kiedy przybędą Wilki – rzekł – przyjadą tu z zionącą ogniem bronią, znanymi wam świetlnymi kijami i strzelbami, i latającymi metalowymi rzeczami. Nie pamiętam, jak się nazywają te…

– Brzęczki – zawołał ktoś.

– Bzyczki! – krzyknął ktoś inny.

– Znicze! – wrzasnął trzeci.

Telford kiwał głową i uśmiechał się łagodnie. Jak nauczyciel do zdolnych uczniów.

– Czymkolwiek są, latają w powietrzu, szukając celu, a kiedy go znajdą, rozkładają wirujące ostrza, ostre jak brzytwy. W pięć sekund mogą pokroić człowieka od stóp do głów, zostawiając tylko krąg krwi i włosów. Nie wątpcie w moje słowa, gdyż widziałem to na własne oczy.

– Słuchajcie go, słuchajcie go dobrze! – zawołali ludzie na ławach. W ich oczach pojawił się strach.

– Same Wilki są przerażające – ciągnął Telford, gładko przechodząc od jednej opowieści do drugiej. – Wyglądają trochę jak ludzie, ale nie są ludźmi. Są większe i znacznie groźniejsze. A stwory, którym służą w Jądrze Gromu, są o wiele straszniejsze. Słyszałem, że to wampiry. Być może istoty o łbach ptaków i zwierząt. Na pół martwi roninowie Strzaskanego Hełmu. Wojownicy Szkarłatnego Oka.

Zebrani szeptali. Na wspomnienie Oka nawet Tian poczuł zimny dreszcz przebiegający mu po plecach niczym stadko szczurów.

– Wilki sam widziałem, o innych mi mówiono – mówił dalej Telford. – I choć nie wszystko musi być prawdą, wierzę jednak w znaczną część tych opowieści. Lecz zostawmy Jądro Gromu i tych, którzy mogą tam mieszkać. Trzymajmy się faktów. Naszym problemem są Wilki i to nam wystarczy. Szczególnie że przybywają tu uzbrojone po zęby! – Z ponurym uśmiechem potrząsnął głową. – Co mamy zrobić? Może strącać je z tych wielkich koni, rzucając podkowami, sai Jaffords? Jak uważasz? – Jego słowa przyjęto drwiącym śmiechem. – Nie mamy broni, którą moglibyśmy z nimi walczyć. – Teraz mówił sucho i beznamiętnie, jak człowiek robiący podsumowanie. – A nawet gdybyśmy mieli, jesteśmy farmerami, ranczerami i hodowcami bydła, nie wojownikami. My…

– Skończ z tą tchórzliwą gadaniną, Telford. Powinieneś się wstydzić.

Ta chłodna wypowiedź wywołała głośne okrzyki zdumienia. Zatrzeszczały ławki i kości, gdy zebrani odwrócili głowy, aby spojrzeć na mówiącego. Wtedy powoli, jakby spełniając ich oczekiwania, siwowłosy spóźnialski w czarnym płaszczu z karbowanym kołnierzykiem podniósł się z ławy na samym końcu sali. Blizna na jego czole – mająca kształt krzyża – była dobrze widoczna w świetle lamp naftowych.

Był to Stary Człowiek.

Telford stosunkowo szybko otrząsnął się z zaskoczenia, lecz kiedy przemówił, Tian wciąż słyszał w jego głosie zdumienie.

– Wybacz, Père Callahan, ale mam wici i…

– Do diabła z waszymi pogańskimi wiciami i waszą tchórzliwą gadaniną – przerwał mu Père.

Ruszył głównym przejściem, ostrożnie stawiając zartretyzowane nogi. Nie był tak stary jak Manni, nie mówiąc już o Tianowym dziadku (który podawał się za najstarszego człowieka nie tylko tutaj, ale i w Calla Lockwood na południu), a mimo to wydawał się starszy od nich obu. Starszy niż czas. Częściowo zawdzięczał to oczom ponuro spoglądającym spod blizny na czole (zdaniem Zalii po ranie, którą sam sobie zadał). W jeszcze większym stopniu swojemu głosowi. Chociaż był tutaj od tylu lat, że zdołał stworzyć ten dziwny kościół Jezusa-Człowieka i przekonać do swej wiary połowę mieszkańców Calla, nawet obcy ani przez chwilę nie pomyślałby, że Père Callahan pochodzi stąd. O jego odmienności świadczyła beznamiętna i nosowa wymowa oraz często niezrozumiały sposób mówienia, który nazywał „ulicznym slangiem”. Niewątpliwie pochodził z jednego z tych innych światów, o których wciąż gadali Manni, chociaż nigdy o tym nie wspominał, i teraz Calla Bryn Sturgis była jego domem. Cieszył się powszechnym i niekwestionowanym autorytetem, który nie pozwalał podważyć jego prawa do zabierania głosu bez wici.

Mógł być młodszy od dziada Tiana, lecz Père Callahan mimo to był Starym Człowiekiem.

4

Spojrzał na mężczyzn z Calla Bryn Sturgis, nie zaszczycając nawet zerknięciem George’a Telforda. Temu opadła ręka, w której trzymał wici. Usiadł w pierwszym rzędzie, wciąż je trzymając.

Callahan zaczął od jednego ze swych slangowych wyrażeń, lecz wszyscy zebrani byli farmerami, więc nikomu nie musiał wyjaśniać, co to oznacza.

– To kupa kurzego łajna.

Znów powoli zmierzył ich wzrokiem. Większość nie mogła spojrzeć mu w oczy. Po chwili nawet Eisenhart i Adams opuścili wzrok. Overholser trzymał podniesioną głowę, lecz pod nieustępliwym spojrzeniem Starego Człowieka ranczer wyglądał raczej jak naburmuszone dziecko, w każdym razie w jego spojrzeniu nie było nic wyzywającego.

– Kupa kurzego łajna – powtórzył mężczyzna w czarnym płaszczu i karbowanym kołnierzyku, z naciskiem wymawiając każdą sylabę. Spod rozchylonego płaszcza błysnął złoty krzyżyk. Drugi, na jego czole – który według Zalii sam wyrył sobie paznokciem w akcie pokuty za jakiś straszny grzech – lśnił w blasku lamp niczym tatuaż. – Ten młody człowiek nie jest jednym z mojego stadka, ale ma rację i sądzę, że wszyscy o tym wiecie. Wiecie to w głębi waszych serc. Nawet ty, panie Overholser. I ty, George’u Telfordzie.

– Nic podobnego – zaprzeczył Telford, lecz jego głos zabrzmiał słabo, odarty z poprzedniego uniesienia.

– Wszystkie twoje kłamstwa wyjdą ci bokiem, jak powiedziałaby moja matka. – Callahan posłał Telfordowi nikły uśmiech, którego Tian nie chciałby być adresatem. Potem Callahan zwrócił się do Tiana: – Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś ujął to lepiej niż ty dzisiaj, chłopcze. Dzięki ci, sai.

Tian zdołał podnieść rękę, a nawet zdobył się na uśmiech. Czuł się jak postać z jakiejś głupiej jarmarcznej sztuki, ocalony w ostatniej chwili na skutek boskiej interwencji.

– Wiem ja coś o tchórzostwie, o tym, co może z wami zrobić – rzekł Callahan do siedzących na ławach mężczyzn. Podniósł prawą dłoń, zniekształconą i oszpeconą jakimś dawnym oparzeniem, przyjrzał się jej uważnie, a potem znów opuścił. – Można powiedzieć, że znam je z własnego doświadczenia. Wiem, że jedna tchórzliwa decyzja prowadzi do następnej… i jeszcze jednej… i jeszcze… aż jest za późno, by zawrócić, za późno, by coś zmienić. Panie Telford, zapewniam, że drzewo, o którym mówił młody Jaffords, nie jest wymyślone. Calla Bryn Sturgis grozi straszne niebezpieczeństwo. Zagrożone są wasze dusze.

– Zdrowaś Mario, łaski pełna – rzekł ktoś po lewej stronie sali – Pan z Tobą… błogosławiony owoc żywota Twojego, Je…

– Skończ z tym – warknął Callahan. – Zostaw to na niedzielę. – Bacznie zmierzył zebranych roziskrzonymi, zapadniętymi oczami. – Na ten wieczór zapomnijmy o Bogu, Maryi i Panu Jezusie. A także o świetlnych prętach i zniczach Wilków. Musicie walczyć. Jesteście mężczyznami, czyż nie? Zatem postępujcie jak mężczyźni. Przestańcie zachowywać się niczym psy pełzające na brzuchach i liżące buty okrutnego pana.

Słysząc to, Overholser poczerwieniał i zaczął podnosić się z ławy. Diego Adams złapał go za ramię i szepnął coś do ucha. Overholser na moment znieruchomiał w pół ruchu, a potem z powrotem opadł na ławę. Adams wstał.

– To brzmi nieźle, padrone – rzekł z ciężkim akcentem. – I odważnie. Może jednak powinniśmy poznać odpowiedzi na kilka pytań. Jedno z nich zadał Haycox. Jak ranczerzy i farmerzy mają stawić czoło uzbrojonym zabójcom?

– Wynajmując własnych uzbrojonych zabójców – odparł Callahan.

Na moment zapadła głucha, zdumiona cisza. Wydawało się, że Stary Człowiek powiedział coś w nikomu nieznanym języku. W końcu Diego Adams odezwał się ostrożnie:

– Nie rozumiem.

– Jasne, że nie rozumiesz – odparł Stary Człowiek. – Tak więc słuchaj i ucz się. Ranczerze Adams i wy wszyscy, słuchajcie i uczcie się. Niecałe sześć dni jazdy na zachód od nas, podążając na południowy wschód ścieżką Promienia, nadchodzą trzej rewolwerowcy i jeden praktykant. – Uśmiechnął się na widok ich zaskoczenia. Potem zwrócił się do Slightmana: – Ten praktykant jest niewiele starszy od twojego chłopaka, Ben, ale już szybki jak wąż i śmiertelnie groźny jak skorpion. Pozostali są o wiele szybsi i groźniejsi. Wiem o tym od Andy’ego, który ich widział. Potrzebujecie broni większego kalibru? Oto ona. Gwarantuję wam to.

Tym razem Overholser zerwał się z ławy. Twarz płonęła mu jak w gorączce. Wielki brzuch trząsł się, zdradzając oburzenie właściciela.

– A cóż to za bajki na dobranoc? – spytał. – Jeśli nawet kiedyś byli tacy ludzie, to przestali istnieć wraz z Gilead. A prochy Gilead wiatr rozwiewa już od tysiąca lat.

Jego słowom nie towarzyszyły szepty poparcia ani wzburzenia. Wszyscy milczeli. Tłum zamarł, urzeczony jednym mitycznym słowem: rewolwerowcy.

– Mylisz się – rzekł Callahan – ale nie musimy się o to spierać. Możemy pójść i sami sprawdzić. Myślę, że wystarczy mała grupka. Jaffords… ja… i może ty, Overholser? Chcesz iść z nami?

– Nie ma żadnych rewolwerowców! – wrzasnął Overholser.

Siedzący za nim Jorge Estrada wstał.

– Père Callahan, niech cię Bóg ma w opiece…

– I ciebie, Jorge.

– Gdyby nawet byli tam rewolwerowcy, to co mogliby zdziałać przeciwko czterdziestu lub sześćdziesięciu wrogom? I nie przeciwko czterdziestu lub sześćdziesięciu zwyczajnym ludziom, lecz przeciwko Wilkom?

– Słuchajcie go, bo mówi rozsądnie! – zawołał Eben Took, sklepikarz.

– I czemu mieliby za nas walczyć? – ciągnął Estrada. – Jakoś wiążemy koniec z końcem, ale to wszystko. Co moglibyśmy im zaoferować oprócz kilku gorących posiłków? A kto zgodzi się umierać za obiad?

– Słuchajcie go, słuchajcie! – krzyknęli chórem Telford, Overholser i Eisenhart. Inni rytmicznie tupali w deski podłogi.

Stary Człowiek zaczekał, aż przestaną tupać.

– Na plebanii mam książki. Pół tuzina – powiedział po chwili.

Chociaż większość zebranych o tym wiedziała, wzmianka o książkach – o takiej ilości papieru – wywołała chóralne westchnienie podziwu.

– Według jednej z nich rewolwerowcom nie wolno było przyjmować żadnego wynagrodzenia. Prawdopodobnie dlatego, że wywodzili się od samego Arthura Elda.

– Elda! Elda! – zaczęli szeptać Manni i kilku z nich podniosło w górę pięści z wystawionymi palcami… znak odpędzający demony.

Rusz to stado – pomyślał Stary Człowiek – i popędź je do Teksasu. Zdołał powstrzymać śmiech, ale nie uśmiech, który wykrzywił mu wargi.

– Czy mówisz o rycerzach przemierzających ziemię i czyniących dobro? – spytał Telford lekko kpiącym tonem. – Chyba jesteś za stary na takie opowiastki, Père.

– Nie o rycerzach – sprostował cierpliwie Callahan – lecz rewolwerowcach.

– Jak trzech ludzi mogłoby stawić czoło Wilkom, Père? – zapytał Tian.

Według Andy’ego jednym z rewolwerowców była kobieta, lecz Callahan nie widział powodu, by jeszcze bardziej mącić im w głowach (choć łobuzerska strona jego natury mimo wszystko pragnęła to zrobić).

– Na to pytanie może odpowiedzieć ich dinh. Zapytamy go. I wiesz, Tian, że oni nie będą walczyć tylko dla strawy. Na pewno nie.

– No to czego mogą żądać? – zapytał Bucky Javier.

Callahan pomyślał, że tamci mogą pragnąć tego, co leżało pod deskami kościoła. To dobrze, gdyż to coś się zbudziło. Stary Człowiek, który kiedyś uciekł z miasteczka zwanego w innym świecie Salem, chciał się tego pozbyć. Jeśli szybko tego nie zrobi, to coś go zabije.

Ka przyszło do Calla Bryn Sturgis. Ka jak wiatr.

– W swoim czasie, panie Javier – odparł Callahan. – Wszystko w swoim czasie, sai.

Tymczasem w sali posiedzeń dał się słyszeć szept. Słowo przelatywało z ust do ust między ławkami, podszyte nadzieją i lękiem.

Rewolwerowcy.

Rewolwerowcy na zachodzie, przybyli ze Świata Pośredniego.

I to była prawda, niech ich Bóg ma w opiece. Ostatnie śmiertelnie groźne dzieci Arthura Elda zbliżały się do Calla Bryn Sturgis, podążając ścieżką Promienia. Ka jak wiatr.

– Czas, byście się zachowali jak mężczyźni – rzekł do zebranych Père Callahan. Pod blizną na czole jego oczy płonęły niczym dwa węgle, lecz w głosie pobrzmiewało współczucie. – Czas powstać, panowie. Pora stanąć do walki.

CZĘŚĆ PIERWSZA
TRANS

Rozdział 1
TWARZ W WODZIE

1

Czas jest jak twarz w wodzie – to powiedzenie z dawnych lat, z odległego Mejis. Dean nigdy tam nie był.

Chociaż był… w pewien sposób. Roland którejś nocy powiódł całą czwórkę swoich towarzyszy – Eddiego, Susannah, Jake’a i Eja – do Mejis, snując długą opowieść, gdy obozowali na miedzystanowej autostradzie, przy zjeździe do Kansas, którego nigdy nie było. Tamtej nocy opowiedział im historię Susan Delgado, swej pierwszej miłości. Może jedynej. A także opowiedział im, jak ją utracił.

Powiedzenie to mogło być prawdziwe, kiedy Roland był chłopcem niewiele starszym od Jake’a Chambersa, lecz Eddie uważał, że jeszcze celniejsze jest teraz, gdy świat rozłaził się jak sprężyna w antycznym zegarku. Roland powiedział im nawet o tym, że w Świecie Pośrednim nie można już ufać wskazaniom kompasu; to, co wczoraj bezsprzecznie leżało na zachodzie, jutro mogło znaleźć się na południowym zachodzie, choć wydawałoby się to szaleństwem. A czas zmieniał się w podobny sposób. Były dni, które zdaniem Eddiego trwały czterdzieści godzin, a po niektórych nadchodziły noce (takie jak noc, kiedy Roland zabrał ich do Mejis) wydające się trwać jeszcze dłużej. Albo zdarzało się popołudnie, gdy miałeś wrażenie, że niemal dostrzegasz rozchodzący się mrok, kiedy noc gnała ci na spotkanie zza horyzontu. Eddie zastanawiał się, czy czas się pogubił.

Opuścili miasto zwane Lud, wiezieni przez Blaine’a Mono (i zagadki). Jake kilkakrotnie mówił, że Blaine jest cierpieniem, lecz ten – a raczej to – okazał się czymś znacznie gorszym. Blaine Mono był szalony. Eddie wykończył go brakiem logiki („To coś, w czym jesteś szczególnie dobry, kochasiu” – powiedziała mu Susannah), po czym wszyscy wysiedli w Topece, która niezupełnie była częścią świata Eddiego, Susannah i Jake’a. I dobrze, gdyż ten świat – w którym zawodowy zespół baseballowy Kansas City nazywano Królami, coca-colę nozz-a-lą, a wielkim japońskim producentem samochodów nie był koncern Honda lecz Takuro – został zniszczony przez jakąś zarazę, która zabiła prawie wszystkich. Tak więc niechaj ma cię w opiece Takuro Spirit – pomyślał Eddie.

Kiedy tam był, wyraźnie odczuwał upływ czasu. Przeważnie bał się jak cholera – podejrzewał, że wszyscy czworo się bali, może oprócz Rolanda – ale owszem, wydawało się to realne i wyraziste. Nie miał wrażenia, że czas prześlizguje mu się między palcami, kiedy z nabojami w uszach szli po autostradzie numer siedemdziesiąt, spoglądając na porzucone pojazdy i słysząc jękliwy brzęk tego, co Roland nazywał błoną.

A jednak po spotkaniu w kryształowym pałacu ze starym znajomym Jake’a, Tik-Takiem, oraz starym znajomym Rolanda (Flaggiem… czy też Martenem… a może Maerlynem) czas zmienił swój bieg.

Chociaż nie od razu. Podróżowaliśmy w tej przeklętej różowej kuli… widzieliśmy, jak Roland przez pomyłkę zabił swoją matkę… a kiedy wróciliśmy

Tak, właśnie wtedy to się stało. Obudzili się na polance, jakieś trzydzieści mil od zielonego pałacu. Wciąż go widzieli, ale wszyscy czworo zdawali sobie sprawę z tego, że znajduje się w innym świecie. Jakaś istota – lub siła – przeniosła ich nad błonę lub przez nią i z powrotem na ścieżkę Promienia. I to coś, a może ktoś, troskliwie zaopatrzyło każdego z nich w lunch i nozz-a-lę do popicia oraz znane im ciasteczka Keeblera.

W pobliżu, przyczepiona do gałęzi drzewa, była wiadomość od istoty, której Roland nie zdołał zabić w pałacu. „Wyrzeknijcie się Wieży. To jest ostatnie ostrzeżenie”. Po prostu śmieszne. Roland równie chętnie wyrzekłby się Wieży, jak zabił ukochanego bumblera Jake’a, żeby upiec go na rożnie na obiad. Nikt z nich nie wyrzekłby się Mrocznej Wieży Rolanda. Będą z nim do końca, niech Bóg ma ich w opiece.

– Zostało nam jeszcze trochę dnia – powiedział Eddie, kiedy znaleźli wiadomość od Flagga. – To co, skorzystamy z niego?

– Oczywiście – odparł Roland z Gilead. – Skorzystamy.

I tak też zrobili, podążając ścieżką Promienia przez bezkresne pola, oddzielone od siebie pasami gęstych, irytujących krzaków. Nigdzie nie było widać ludzi. Dzień po dniu i noc po nocy niebo było zasnute nisko wiszącymi chmurami. Ponieważ podążali ścieżką Promienia, chmury znajdujące się bezpośrednio nad nimi czasami rozstępowały się, ukazując nieco błękitu, ale nigdy na długo. Pewnej nocy rozstąpiły się na tyle, żeby pokazać tarczę księżyca w pełni, z dobrze widoczną na niej twarzą o paskudnym, ironicznym uśmiechu domokrążcy. To, zdaniem Rolanda, świadczyło, że jest koniec lata, lecz Eddie miał wrażenie, że znaleźli się gdzieś poza czasem, gdzie trawy pożółkły lub całkiem uschły, drzewa (te nieliczne, które tu rosły) były bezlistne, a krzewy karłowate i zbrązowiałe. Zwierzyny było mało i po raz pierwszy od wielu tygodni – od kiedy opuścili las, w którym władał niedźwiedź Shardik, cyborg – czasami kładli się spać z pustymi brzuchami.

A jednak to wszystko, rozmyślał Eddie, nie było tak irytujące jak zatracenie poczucia czasu: niemożność określenia godziny, dnia, tygodnia i pory roku. Być może księżyc powiedział Rolandowi, że jest koniec lata, lecz świat wokół nich wyglądał jak w pierwszym tygodniu listopada, sennie oczekując na zimę.

Czas, doszedł wtedy do wniosku Eddie, w znacznej mierze tworzą wydarzenia. Kiedy dzieje się mnóstwo ciekawych rzeczy, czas zdaje się płynąć szybko. Jeśli tkwisz w masie zwyczajnego nudnego gówna, wydaje się zwalniać. A kiedy nic się nie dzieje, czas też robi sobie wakacje. Pakuje manele i jedzie na Coney Island. Upiorne, lecz prawdziwe.

Czy rzeczywiście nic się nie działo? Eddie zastanawiał się nad tym (a nie mając nic do roboty poza popychaniem wózka Susannah przez jedno monotonne pole po drugim, pozostawało mnóstwo czasu na takie rozważania). Jedynym szczególnym wydarzeniem, jakie przychodziło mu do głowy, od kiedy powrócili z zielonego pałacu, było to, co Jake nazywał tajemniczą liczbą, która prawdopodobnie nie miała żadnego znaczenia. Aby dostać się do środka Blaine’a w Kolebce Ludu, musieli rozwiązać pewną matematyczną zagadkę i Susannah powiedziała, że magiczna liczba była pozostałością po tym wydarzeniu. Eddie wcale nie był pewien, czy to prawda, ale co tam, to tylko teoria.

A poza tym, cóż takiego szczególnego jest w liczbie dziewiętnaście? Tajemnicza liczba, rzeczywiście. Po namyśle Susannah orzekła, że to liczba pierwsza, jedna z tych, które otworzyły bramę do Blaine’a Mono. Eddie dodał, że to jedyna liczba, która przy odliczaniu zawsze znajduje się między osiemnaście a dwadzieścia. Jake uśmiał się z tego i powiedział mu, żeby nie zachowywał się jak kretyn. Eddie, który siedział przy ognisku i rzeźbił królika (który niebawem miał dołączyć do kota i psa, już schowanych w plecaku), odpowiedział, że Jake nie powinien wyśmiewać jego jedynego prawdziwego talentu.

2

Wędrowali ścieżką Promienia przez pięć lub sześć tygodni, kiedy natrafili na dwie stare bruzdy, które kiedyś niewątpliwie były drogą. Ta nie wiodła dokładnie ścieżką Promienia, ale Roland mimo to w nią skręcił. Orzekł, że biegnie dostatecznie blisko Promienia. Eddie myślał, że wędrówka drogą pomoże im się odnaleźć, pozbyć tego denerwującego wrażenia uwięzienia w morskiej ciszy, ale nie. Droga wiodła przez kolejne tarasowo wznoszące się pola. W końcu znaleźli się na szczycie długiej, biegnącej z północy na południe grani. Po drugiej stronie droga schodziła w dół, zagłębiając się w ciemny las. Niemal jak z bajki, pomyślał Eddie, gdy podążali w cieniu drzew. Drugiego dnia wędrówki przez puszczę (a może trzeciego… lub czwartego) Susannah zastrzeliła jelonka, którego mięso było wyborne po monotonnej diecie wegetariańskich burritos rewolwerowca, lecz w leśnych ostępach nie czaiły się orki ani trolle, ani nawet elfy – z ciasteczek Keeblera czy innych. Nie napotkali też następnego jelonka.

– Wciąż szukam chatki z piernika – rzekł Eddie.

Już od kilku dni wędrowali krętą ścieżką przez stary las. A może od tygodnia. Był pewien tylko tego, że wciąż znajdują się stosunkowo blisko ścieżki Promienia. Mogli stwierdzić to, patrząc na niebo… Czuli to.

– Jakiej chatki z piernika? – zapytał Roland. – Czy to też jakaś opowieść? Jeśli tak, chętnie jej posłucham.

Oczywiście. Rewolwerowiec był łasy na opowieści, szczególnie na te, które rozpoczynały się od słów: „Pewnego razu, kiedy wszyscy mieszkali w lesie”. Tylko że słuchał ich w dziwny sposób. Z lekkim roztargnieniem. Eddie wspomniał o tym Susannah, a ta od razu utrafiła w sedno, jak to często się jej udawało. Miała poetycki, niemal niesamowity dar celnego ujmowania uczuć w słowa.

– Dlatego że nie słucha z szeroko otwartymi oczami, jak dziecko, któremu czyta się do poduszki – powiedziała. – A ty chciałbyś, żeby słuchał w taki sposób, kochasiu.

– A jak on słucha?

– Jak antropolog – odparła bez namysłu. – Jak antropolog usiłujący poznać jakąś obcą kulturę na podstawie mitów i legend.

Miała rację. I jeśli sposób, w jaki Roland go słuchał, trochę irytował Eddiego, to zapewne dlatego, że w głębi duszy uważał, że jeśli ktoś miał tu przeprowadzać naukowe analizy, to raczej on, Suze lub Jake. Przecież to oni pochodzili ze znacznie bardziej zaawansowanego „niegdyś”. Czyż nie?

Tak czy inaczej, we czwórkę odkryli mnóstwo opowieści znanych w obu światach. Roland oświadczył, że Sen Diany jest niesamowicie podobny do opowiadania Dama lub tygrys, które wszyscy troje byli nowojorczycy czytali w szkole. Opowieść o lordzie Perthu trochę przypominała biblijną przypowieść o Dawidzie i Goliacie. Roland słyszał wiele opowieści o Jezusie, który umarł na krzyżu, aby odkupić grzechy tego świata, i powiedział Eddiemu, Susannah oraz Jake’owi, że Pan Jezus ma wielu wyznawców także w Świecie Pośrednim. Ponadto w obu światach znano niektóre piosenki. Jedną z nich była Beztroska miłość. Inną Hey Jude, chociaż w świecie Rolanda pierwsze słowa brzmiały „Hey Jude, widzę cię, synu”.

Eddie co najmniej godzinę opowiadał Rolandowi historię Jasia i Małgosi, niemal bezwiednie robiąc ze złej, zjadającej dzieci wiedźmy… Rheę z Cöos. Kiedy doszedł do tego, jak próbowała utuczyć dzieci, przerwał i zapytał Rolanda:

– Znasz to? Inną wersję tej historii?

– Nie – odrzekł Roland – ale jest dobra. Opowiedz ją całą, proszę.

Eddie zrobił to, kończąc zwyczajowym „a potem żyli długo i szczęśliwie”, rewolwerowiec zaś pokiwał głową.

– Nikt nie żyje potem długo i szczęśliwie, lecz pozwólmy tym dzieciom, żeby same się o tym przekonały, no nie?

– Taak – mruknął Jake.

Ej dreptał przy nodze chłopca, jak zwykle spoglądając nań z uwielbieniem swymi ślepkami w złocistych obwódkach.

– Taak – powiedział, doskonale naśladując ponury pomruk chłopca.

Eddie położył rękę na ramieniu Jake’a.

– Szkoda, że jesteś tutaj, a nie w Nowym Jorku – zauważył. – Gdybyś był tam, Jakey, zapewne miałbyś teraz własnego psychiatrę. Pracowałby z tobą nad twoimi pretensjami do rodziców. Dotarł do sedna nierozwiązanych konfliktów. Może przepisałby ci jakieś porządne lekarstwa. Ritalinę albo coś podobnego.

– Prawdę mówiąc, wolę być tutaj – odpowiedział Jake i spojrzał na Eja.

– Taak – mruknął Eddie. – Nie mam ci tego za złe.

– Takie opowieści nazywano „bajkami dla dzieci” – głośno myślał Roland.

– Zgadza się – potwierdził Eddie.

– W tej historii nie było nic dziecinnego.

– Racja – przytaknął Eddie. – To raczej kategoria literatury. W naszym świecie była literatura kryminalna i przygodowa… literatura fantastycznonaukowa… opowieści z Dzikiego Zachodu… i bajki dla dzieci. Rozumiesz?

– Tak – odparł Roland. – Czy ludzie w waszym świecie zawsze chcieli poczuć tylko jeden smak? Słuchać tylko jednego rodzaju opowieści?

– Podejrzewam, że jesteś bliski prawdy – powiedziała Susannah.

– Nikt nie jadał gulaszu? – spytał Roland.

– Może czasem na kolację – oświadczył Eddie – lecz jeśli chodzi o rozrywkę, to rzeczywiście wolimy trzymać się jednego rodzaju i nie pozwalamy, aby na kulturalnym talerzu jeden rodzaj mieszał się z innym. Chociaż wydaje się to nudne, kiedy ujmujesz sprawę w taki sposób.

– Ile bajek znajduje się w tym zbiorze?

Bez wahania – i niewątpliwie bez namysłu – Eddie, Susannah i Jake jednocześnie wypowiedzieli to samo słowo: „Dziewiętnaście”!

A w chwilę później Ej powtórzył chrapliwym głosem:

– Dziwiętnaście!

Popatrzyli po sobie i roześmiali się, ponieważ słowo „dziewiętnaście” stało się ich prywatnym żartem, zastępując inne chwytliwe słowo, nadużywane przez Eddiego i Jake’a. W tym śmiechu jednak była odrobina niepewności, ponieważ cała ta historia z dziewiętnastką wydawała się trochę niesamowita. Eddie bezwiednie wyrył tę liczbę na boku swojego najnowszego drewnianego zwierzęcia, niczym znak głoszący: Hej, kolego, witaj na naszej ziemi! Nasze ranczo nazywamy B-19. Susannah i Jake przyznali się, że znoszą drewno na ognisko w naręczach po dziewiętnaście gałęzi. Oboje nie potrafili wyjaśnić dlaczego. Po prostu to wydawało im się właściwe.

Pewnego ranka Roland zatrzymał ich na skraju lasu, przez który wędrowali. Wskazał na niebo, ku któremu jedno szczególnie stare drzewo wyciągało sękate konary. Te gałęzie układały się na tle nieba w liczbę dziewiętnaście. Wyraźnie dziewiętnaście. Wszyscy to widzieli, lecz Roland dostrzegł to pierwszy.

Mimo to Roland, dla którego złe znaki i przepowiednie były czymś równie zwyczajnym jak kiedyś dla Eddiego żarówki i alkaliczne baterie, wykazywał dziwną skłonność do ignorowania niezwykłego i nagłego zainteresowania swych towarzyszy liczbą dziewiętnaście. Stali się sobie bliscy, myślał, tak bliscy jak tylko to możliwe w ka-tet, tak więc wzajemnie zarażali się swymi myślami, zwyczajami i lekkimi obsesjami, niczym grypą. Uważał, że w pewnym stopniu zawdzięczają to obecności Jake’a.

– Masz taki dar, Jake – powiedział. – Nie jestem pewien, czy równie silny jak u mojego dawnego przyjaciela Alaina, lecz klnę się na bogów, że chyba tak.

– Nie wiem, o czym mówisz – odparł Jake, marszcząc brwi ze zdziwienia.

Eddie wiedział – tak jakby – i podejrzewał, że Jake z czasem też to zrozumie. Przynajmniej wtedy, kiedy czas znów zacznie płynąć w normalny sposób.

Co stało się w dniu, w którym Jake przyniósł drożdżowe kule.

3

Zatrzymali się na posiłek (znów te utrapione wegetariańskie burritos, bo jelenie mięso już się skończyło, a ciasteczka Keeblera były zaledwie słodkim wspomnieniem). Eddie zauważył, że Jake znikł, więc zapytał rewolwerowca, czy wie, gdzie podział się chłopak.

– Odłączył się. Uszliśmy od tego momentu jakieś pół koła – odparł Roland, wskazując na drogę dwoma pozostałymi palcami prawej dłoni. – Nic mu nie jest. Wszyscy poczulibyśmy, gdyby było inaczej.

Roland spojrzał na swoje burrito, po czym bez entuzjazmu ugryzł kawałeczek. Eddie otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale ubiegła go Susannah.

– O, już jest. Hej, kochasiu, co tam masz?

Jake niósł stertę jakichś okrągłych przedmiotów, podobnych do piłek tenisowych. Tylko że te piłki nie odbiłyby się od ziemi, gdyż sterczały z nich małe kolce. Kiedy chłopiec podszedł bliżej, Eddie poczuł ich zapach – cudowną woń świeżo upieczonego chleba.

– Sądzę, że chyba nadają się do jedzenia – oznajmił Jake. – Pachną jak świeży chleb, który moja matka lub pani Shaw… nasza gosposia… kupowały u Zabara. – Spojrzał na Susannah oraz Eddiego i uśmiechnął się. – Znacie piekarnię Zabara?

– Ja na pewno tak – odparła Susannah. – Wszystko najlepsze, mniam. Rzeczywiście pięknie pachną. Jeszcze żadnej nie zjadłeś, prawda?

– Skądże.

Spojrzał pytająco na Rolanda. Rewolwerowiec rozwiał wszelkie wątpliwości, biorąc jeden owoc, obrywając kolce i wgryzając się w miąższ.

– Drożdżowe kule – rzekł. – Nie widziałem ich od nie wiem jak dawna. Są cudowne. – Jego niebieskie oczy rozbłysły. – Nie jedzcie kolców. Nie są trujące, ale kwaśne. Możemy usmażyć te owoce, jeśli zostało nam trochę jeleniego sadła. Wtedy smakowałyby jak mięso.

– Wydaje się, że to dobry pomysł – rzekł Eddie. – Obżerajcie się. Co do mnie, to chyba daruję sobie te grzyby, czy cokolwiek to jest.

– To wcale nie są grzyby – zauważył Roland. – Raczej rodzaj jagód.

Susannah wzięła jeden owoc, spróbowała, a potem ugryzła większy kęs.

– Lepiej nie rezygnuj, kochany – poradziła. – Przyjaciel mojego taty, Pop Mose, powiedziałby, że są „pierwsza klasa”.

Wzięła od Jake’a następny owoc i przesunęła kciukiem po jego jedwabistej powierzchni.

– Możliwe – odparł Eddie – ale w liceum czytałem taką książkę, zdaje się, że miała tytuł Zawsze mieszkaliśmy w zamku, w której stuknięta dziewucha otruła czymś takim całą swoją rodzinę. – Nachylił się do Jake’a, podnosząc brwi i rozciągając usta w uśmiechu, który miał być przerażający. – Struła całą rodzinę i wszyscy umarli w męczarniach!

Eddie spadł z pnia, na którym siedział, i zaczął tarzać się po szpilkach i zeschniętych liściach, robiąc okropne miny i wydając zduszone dźwięki. Ej biegał wokół niego, nawołując Eddiego i przeraźliwie warcząc.

– Przestańcie – powiedział Roland. – Gdzie je znalazłeś, Jake?

– Kawałek stąd – odparł. – Na polance, którą zobaczyłem z drogi. Tam jest tego pełno. Ponadto, jeśli macie apetyt na mięso… bo ja mam… jest tam mnóstwo śladów. Śladów… pozostawionych niedawno. – Poszukał wzrokiem spojrzenia Rolanda. – Bardzo… niedawno.

Mówił powoli, jak ktoś, kto nie potrafi płynnie mówić w obcym języku.

Roland uśmiechnął się kącikiem ust.

– Mów spokojnie i wyraźnie – rzekł. – Co cię niepokoi, Jake?

Chłopiec odpowiedział, ledwie poruszając wargami:

– Jacyś ludzie obserwowali mnie, kiedy zrywałem te kule. – Zamilkł i zaraz dodał: – Teraz też nas obserwują.

Susannah wzięła jeden owoc, przyjrzała mu się z upodobaniem. A potem podniosła i powąchała go jak kwiat.

– Przy drodze, którą przyszliśmy? Po prawej stronie?

– Tak – odparł Jake.

Eddie przycisnął do ust zaciśniętą pięść, jakby tłumił kaszel.

– Ilu? – spytał.

– Chyba czterech.

– Pięciu – poprawił Roland. – Może nawet sześciu. W tym jedna kobieta. I chłopiec niewiele starszy od Jake’a.

Jake spojrzał na niego zaskoczony.

– Od jak dawna tu są? – zaciekawił się Eddie.

– Idą za nami od wczoraj – odparł Roland. – Nadeszli od wschodu.

– I nic nam nie powiedziałeś? – zdziwiła się Susannah. Mówiła śmiało, nie usiłując zasłonić ust i zamaskować słów.

Roland spojrzał na nią i leciutko mrugnął.

– Byłem ciekaw, kto z was wyczuje ich pierwszy. Prawdę mówiąc, stawiałem na ciebie, Susannah.

Obrzuciła go chłodnym spojrzeniem i nic nie powiedziała. Eddie pomyślał, że w tym spojrzeniu było wiele Detty Walker, i ucieszył się, że nie popatrzyła tak na niego.

– I co z nimi zrobimy? – zapytał Jake.

– Na razie nic – odparł rewolwerowiec.

Jake’owi wyraźnie się to nie spodobało.

– A co będzie, jeśli oni są jak ka-tet Tik-Taka? Jak Gasher, Hoots i inni?

– Nie są.

– Skąd wiesz?

– Ponieważ już by na nas napadli i stali się żerem dla much.

Na to nie było dobrej odpowiedzi, więc ponownie ruszyli w drogę. Wiodła przez gęste cienie, wijąc się między wiekowymi drzewami. Zanim minęło dwadzieścia minut, Eddie usłyszał odgłosy śledzących (lub tropiących) ich ludzi: trzask łamanych gałązek, szelest poszycia, a raz nawet cichy głos. Drewnianonodzy, mówiąc słowami Rolanda. Eddie z niesmakiem myślał o tym, że tak długo nie zauważył ich obecności. Zastanawiał się też, z czego żyli ci ludzie. Jeśli z tropienia i łapania zwierzyny, to nie byli w tym zbyt dobrzy.

Eddie Dean pod wieloma względami, czasem tak subtelnymi, że sam nie zdawał sobie z tego sprawy, stał się częścią Świata Pośredniego, lecz wciąż odmierzał odległość w milach, a nie w kołach. Domyślał się, że uszli ich prawie piętnaście od miejsca, gdzie Jake dołączył do nich, przynosząc drożdżowe kule i wieści, zanim Roland zarządził postój. Zatrzymali się na środku drogi, jak robili to zawsze, od kiedy weszli do tego lasu. W ten sposób zmniejszali ryzyko wzniecenia pożaru.

Eddie i Susannah naznosili sporo suchych gałęzi, podczas gdy Roland i Jake rozbili obóz i zabrali się do obierania przyniesionych przez chłopca owoców. Susannah bez trudu przetaczała swój wózek pod prastarymi drzewami, układając gałęzie na podołku. Eddie krążył w pobliżu, podśpiewując pod nosem.

– Zerknij no w lewo, kochasiu – powiedziała Susannah.

Zrobił to i w oddali dostrzegł pomarańczowy błysk. Ogień.

– Nie są zbyt dobrzy, co?

– Nie. Prawdę mówiąc, trochę mi ich żal.

– Domyślasz się, czego chcą?

– Hm, nie, ale przypuszczam, że Roland ma rację… powiedzą nam, kiedy będą gotowi. Albo dojdą do wniosku, że nie jesteśmy tymi, o których im chodzi, i zmyją się. No, wracajmy.

– Chwileczkę. – Podniósł jeszcze jedną gałąź, zawahał się, a potem wziął następną. Teraz dobrze. – W porządku – oznajmił.

Kiedy wracali, policzył swoje gałęzie i te na podołku Susannah. Oboje mieli po dziewiętnaście.

– Suze – rzekł, a gdy spojrzała na niego, dodał: – czas znów zaczął płynąć.

Nie spytała, co ma na myśli, tylko skinęła głową.

4

Eddie nie wytrwał długo w postanowieniu niejedzenia drożdżowych kul; pachniały zbyt ładnie, gdy skwierczały w jelenim tłuszczu, który Roland (ten skrupulatny, przezorny facet) schował do swojej starej, sfatygowanej torby. Eddie nałożył sobie porcję na jeden z antycznych talerzy, które znaleźli w lasach Shardika, i pochłonął ją.

– Są równie smaczne jak homar – rzekł i natychmiast przypomniał sobie te potwory z plaży, które odcięły Rolandowi palce. – Chciałem powiedzieć, że równie dobre jak hot dogi od Nathana. Przepraszam, że żartowałem z ciebie, Jake.

– Nie szkodzi – odparł z uśmiechem chłopiec. – Twoje żarty nigdy nie są złośliwe.

– Powinniście wiedzieć o jednym – powiedział Roland. Uśmiechał się… ostatnio uśmiechał się znacznie częściej… ale patrzył na nich z powagą. – Wszyscy. Drożdżowe kule czasem sprowadzają bardzo żywe sny.

– Chcesz powiedzieć, że można się nimi zaprawić? – zapytał niespokojnie Jake. Myślał o swoim ojcu. Elmer Chambers korzystał z najróżniejszych przyjemności.

– Zaprawić? Nie wiem, czy…

– Zaćpać. Odlecieć. Mieć wizje. Jak wtedy, kiedy zażyłeś meskalinę i wszedłeś do kamiennego kręgu, w którym to coś prawie… no wiesz, prawie zrobiło mi krzywdę.

Roland zastanowił się, wspominając. W tym kamiennym kręgu był uwięziony jakiś rodzaj sukuba. Gdyby pozostawili mu wolną rękę, niewątpliwie dokonałby seksualnej inicjacji Jake’a Chambersa, a potem zapieprzył go na śmierć. Roland zmusił stwora, żeby przemówił, a demon, żeby go ukarać, zesłał mu obraz Susan Delgado.

– Rolandzie?

Jake patrzył na niego z niepokojem.

– Nie przejmuj się, Jake. To grzyby powodują takie efekty, o jakich myślisz… wpływają na świadomość, wyostrzają ją… a nie drożdżowe kule. To tylko jadalne jagody. Jeśli wasze sny będą zbyt żywe, po prostu przypomnijcie sobie, że to tylko sen.

Eddie uznał to za bardzo dziwną przemowę. Przede wszystkim taka troska o ich zdrowie psychiczne nie leżała w charakterze Rolanda. Ponadto rewolwerowiec nie zwykł gadać po próżnicy.

Wydarzenia znowu przyspieszyły bieg i on też o tym wie, pomyślał Eddie. Przez chwilę byliśmy poza czasem, lecz teraz zegar znów ruszył. Zaczyna się gra, jak powiadają.

– Będziemy kolejno stać na warcie, Rolandzie? – zapytał Eddie.

– Nie ma potrzeby – odparł beztrosko rewolwerowiec i zaczął przygotowywać sobie skręta.

– Naprawdę nie uważasz ich za niebezpiecznych, prawda? – odezwała się Susannah i spojrzała na las, którego poszczególne drzewa zaczynały gubić się w wieczornym mroku. Blask ogniska, który zauważyli wcześniej, już zgasł, lecz idący za nimi ludzie wciąż tam byli. Susannah wyczuwała ich obecność. Wcale się nie zdziwiła, kiedy spojrzała na Eja i zobaczyła, że bumbler patrzy w tym samym kierunku.

– Sądzę, że właśnie na tym może polegać ich problem – rzekł Roland.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał Eddie, ale Roland nie wyjaśnił swoich słów. Wyciągnął się na drodze, podłożywszy sobie pod głowę zrolowaną jelenią skórę, spoglądał w ciemne niebo i palił.

Po chwili ka-tet Rolanda pogrążyło się we śnie. Nie wystawili warty i nikt ich nie niepokoił.

5

Sny, kiedy przyszły, wcale nie były snami. Wszyscy o tym wiedzieli, może poza Susannah, której tak naprawdę tej nocy wcale tam nie było.

Mój Boże, znów jestem w Nowym Jorku, pomyślał Eddie. I zaraz potem: Wróciłem do Nowego Jorku. To dzieje się naprawdę.

I tak było. Znalazł się w Nowym Jorku. Na Drugiej Alei.

Właśnie wtedy Jake i Ej wyszli zza rogu Pięćdziesiątej Czwartej Ulicy.

– Cześć, Eddie – powiedział z uśmiechem Jake. – Witaj w domu.

To gra, pomyślał Eddie. Zaczyna się gra.