Mr. Pebble i Gruda - Mariusz Ziomecki

Mr. Pebble i Gruda

0,0

Po tragicznej śmierci żony ceniony poeta Jan Kamyk zrywa kontakty z Polską. Osiedla się na amerykańskim Środkowym Zachodzie jako John Pebble, początkujący nauczyciel akademicki i ojciec samotnie wychowujący opóźnionego w rozwoju, utalentowanego muzycznie syna. Jego uporządkowaną, sielankową wręcz egzystencję przerywa wstrząs: paparazzi z Warszawy wręcza Mr. Pebble kasetę z nagraniem; zaszokowany mężczyzna rozpoznaje na nim głos zmarłej – z którą mimo upływu lat łączy go niezwykle silna więź…

Akcja powieści toczy się Polsce i w USA, wśród pokolenia, które dorastało w siermiężnych czasach Gomułki, wkraczało w dorosłość w epoce gierkowskiej, przeżywało początki opozycji, festiwal pierwszej Solidarności, dramat stanu wojennego, zmagania reżimu z opozycją, samotność emigracji. Korzenie dramatów, które splatają losy bohaterów, sięgają w głąb polskiej historii: do pewnego incydentu z wojny 1920 roku, do powstania warszawskiego, wreszcie do Holocaustu i okupacji na kresach.

Mariusz Ziomecki (ur. 1952), budował rurociąg orenburski w ZSRR jako ładowniczy, był reporterem warszawskiego tygodnika „Kultura”, emigrantem po wprowadzeniu stanu wojennego, komentatorem wielkiego amerykańskiego dziennika „The Detroit Free Press”, a od 1992 roku w Polsce twórcą i szefem licznych tytułów prasowych, programów telewizyjnych, nawet serwisu internetowego. Autor słuchowisk, scenariuszy filmowych oraz powieści. Mieszka w Warszawie, choć najbardziej u siebie czuje się w dolinie rzeki Drwęcy, na dawnym krzyżackim pograniczu.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

PROLOG

Moja żona Marietta odeszła w tajemniczych, do dziś nie do końca wyjaśnionych, przynajmniej dla mnie, okolicznościach. Odeszła tak, jak żyła: na własnych warunkach i bez oglądania się za siebie. Jej charakterystyczny, elegancki styl dało się rozpoznać nawet w okruchach relacji naocznych świadków zdarzenia, którym się zdawało, że coś widzieli. Odkąd sięgam pamięcią – a poznałem ją wiosną 1968 roku jako rudowłosą licealistkę – Marietka zawsze się wyróżniała wśród innych i to ona ustalała reguły gry.

Potem jednym krokiem przeszła w nicość – bo dosłownie był to krok – i na trwałe zmieniła życiowe orbity tych z nas, którzy krążyli wokół niej jak elektrony wokół jądra. A przecież stanowiliśmy grupę silnych osobowości, w której wodziło się za łby dwóch kipiących od testosteronu samców alfa. Jeden z nich zrobił karierę w tajnych służbach, a drugi latami toczył wyrównaną wojnę z aparatem ucisku totalitarnego państwa. Był też przyszły biochemik, który według gazety „The New York Times” znalazł się w polu widzenia komitetu noblowskiego, oraz osobnik tak nieprawdopodobnie i wszechstronnie utalentowany, że całe otoczenie, łącznie z nauczycielami, uważało go po cichu za wcielenie diabła. Druga z dziewczyn obecnie doradza kolejnym rządom Polski w delikatnych negocjacjach międzynarodowych. Na koniec wreszcie, w grupie ulągł się poeta, jak wszyscy z tego plemienia uparty i chodzący własnymi ścieżkami. A jednak bez żadnej wątpliwości to właśnie Marietta wytyczała kierunki, cele oraz dekretowała ich bolesne zakończenia. Jej decyzje i jej wybory wyznaczały fazy naszego życia.

Na swój Baratron [1] wybrała dach w śródmieściu Warszawy. Ten sam, z którego jej matka zeskoczyła 31 lat wcześniej, dokładnie co do dnia. Moim zdaniem, choć tu jestem odosobniony, Marietta zrobiła krok w pustkę z podobnych – psychologicznie rzecz biorąc, identycznych – pobudek. W tym kraju przekleństwa losu parzą się ze sobą i powielają w nieskończoność zabójcze potomstwo, jak mioty lśniących czarnych diabłów.

Dopiero po tym, gdy budynek PAST-y zabrał mi żonę, zacząłem dostrzegać jego dziwaczną formę. Budowla jest przysadzista i przypomina wieżę warowną, masywną w proporcjach, rozszerzoną na samej górze. Kiedyś nawet były tam blanki, ale po wojennej dewastacji gmachu tego detalu już nie odtworzono. Dla starszego pokolenia warszawiaków jest symbolem heroicznej potyczki w czasie Powstania Warszawskiego. Młodsi wydają się nie dostrzegać budynku, gdyż dziwaczna konstrukcja, protoplasta współczesnych wieżowców, w ciągu stulecia wtopiła się w krajobraz centrum miasta.

Moja żona weszła na samo obrzeże dachu nad jego wschodnią ścianą, od strony ulic Zielnej i Marszałkowskiej. W decydujących minutach – według nielicznych świadków, których pełne sprzeczności, podszyte lękiem zeznania dano mi do przeczytania – nie zdradzała wahań typowych dla samobójców, którzy wybierają skok z wysokości. Od początku postępowała w sposób celowy i sprytny. Strażnika w holu głównym minęła, odwracając jego uwagę, jak upierał się zainteresowany, bądź korzystając z jego karygodnej nieobecności na stanowisku służbowym, jak uznał prowadzący śledztwo oficer milicji. Nie niepokojona przez nikogo z personelu urzędów ulokowanych wówczas przy Zielnej, mimo oficjalnie wzmożonej czujności stanu wojennego, dostała się po schodach na ostatnie piętro. Wejście na strych oraz właz na dach były zamknięte na kłódki, ale pokonała je sprawnie, jak przystało na członkinię grupy, która od miesięcy umieszczała nadajniki konspiracyjnego radia na najwyższych punktach stolicy.

W kieszeni jej ciemnozielonej kurtki o wojskowym kroju, popularnej wtedy „douglasówki”, według śledczego znaleziono komplet wytrychów. Oczywiście nie rozpoznałem tych metalowych haczyków jako jej własności. O ile mi wiadomo, nie zrobił tego również Rysio, jej ojciec, a mój teść; on zapewne mówił szczerze.

Finał, który nastąpił po wyjściu Marietty na dach, odtwarzam głównie w wyobraźni. Małą pomocą w tej rekonstrukcji są strzępy informacji od naocznych świadków, większą – znajomość charakteru i zwyczajów mojej żony. Przede wszystkim jednak opieram się na intuicji; to główny instrument nawigacyjny w moim życiu. Poza korporacją poetów intuicja uchodzi za wątpliwy kompas, ale znam wiele gorszych.

Obraz zdarzeń tworzyłem z wewnętrznymi oporami, niemal wbrew sobie. Jak ktoś, kto zmusza się, by spojrzeć na twarz drogiej osoby po otwarciu trumny. Na koniec jednak musiałem wypełnić tę lukę. Czytałem akta ze zgrozą i chciwie zarazem. Najważniejszym z dokumentów była relacja młodej matki, spisana przeciekającym długopisem na żółtawym, pełnym zadr papierze. 22 sierpnia 1984 roku, około południa, z powodu załamania się pogody owa matka pospiesznie wracała z wózkiem z Ogrodu Saskiego. Przy pawilonach spojrzała do góry, na chmury gnane wiatrem, by ocenić, czy zdąży do domu przed burzą. Na szczycie budynku PAST-y dostrzegła na tle nieba sylwetkę kobiety, która stała na skraju dachu i zdejmowała kurtkę. Ten widok był zaskakujący, podkreśliła zeznająca, bo zaczynała się ulewa. Kobieta uwalniała się z okrycia, jakby krępowało jej ruchy. Następnie „dziwnym gestem”, na wyciągniętej ręce, uniosła kurtkę nad przepaść.

Ten gest był mi doskonale znany. Po tresurze w angielskich szkołach dla dzieci dyplomatów Marietta witała się, podając dłoń na wyprostowanym przedramieniu, wysoko uniesioną (natychmiast cofała ją, gdy ktoś rozumiał to jako zaproszenia do pocałowania w rękę). W tej tragicznej chwili wysunęła więc ramię odruchowym, dumnym gestem i wypuściła kurtkę z palców – jak mokrego ptaka, który łopocząc ciężkimi połami, niezgrabnie zlatywał w dół w strugach deszczu.

Sądzę, że nie odprowadzała jej wzrokiem. Skoro raz już podjęła decyzję, nie wahała się: uniosła się na palce, odchyliła do przodu i – jestem o tym przekonany – zamknęła oczy. Marietta zawsze zamykała oczy w najważniejszych momentach.

Widzę ją, jak w strugach deszczu zaczyna swój lot: płynnie, z wdziękiem baletnicy okręca się wokół swej osi i w tym piruecie, z płomieniem włosów wokół głowy, sfruwa ku osłupiałym świadkom. Minie cała wieczność, zanim zza pawilonów dobiegnie ich odgłos spotkania ciała z chodnikiem, wielowarstwowy dźwięk, na który składa się trzask gruchotanych kości i mdląca eksplozja tkanek rozrywanych przez krew. I kolejna wieczność, zanim czyjeś „Jezus Maria!” przerwie ciszę, gdy już wybrzmi ten sekundowy akord śmierci.

Marietta poszła śladem swojej matki, choć też do końca nie wiemy dlaczego. Można powiedzieć, że padła ofiarą morderstwa doskonałego, którego licznych zagadek ani ja, ani nikt z jej przyjaciół i kochanków nie zdołał rozwiązać. Prawdę zna tylko zabójca i staram się pogodzić z myślą, że ten ktoś w słońcu nie rzuca cienia. Choć czasami nachodzi mnie niewytłumaczalne przeczucie, że kiedyś, jakoś, coś ukaże się jednak naszym oczom.

Na razie przypuszczamy tylko, że moja żona odziedziczyła po matce niebezpieczną kombinację cech: tę samą zdumiewającą siłę i identyczną, tragiczną słabość. Siły miała dosyć, by przetrwać podwójny faul, triumf zła połączony ze zdradą osób najbliższych – niestety, włącznie ze mną. Zło, które ją dosięgło, było banalnej, podłej odmiany, w czasach junty pospolite jak pleśń, zimno i depresja. Do tego przywykła. Zdrada, z kolei, wyrosła z małej wiary tych, od których oczekiwała zaufania absolutnego. W niedobrych czasach, czyli w naszych stronach prawie zawsze, tylko takie zaufanie, odporne na korozję logiki i rozumu, niesie nadzieję ocalenia. Tymczasem zawiedliśmy. Wszyscy razem i każde z nas osobno. Marietta przeżyłaby i ten cios. Była przecież młodą matką, poza tym przekonywałem się wielokrotnie, jak twarda była ta pełna wdzięku, żywotna kobieta. Jej psychiczny pancerz krył jednak kruchy punkt: honor.

Ten rodzaj słabości jest niewidoczny gołym okiem, trudno się domyślić jego istnienia, gdyż honor wypadł z obiegu w naszych czasach. Rzadki jak albinizm – czasem myślę: jak trąd – nadal zabija wielu z tych, którzy wciąż noszą jego gen w krwiobiegu.

Ale było coś jeszcze. Ukryte w cieniu, złowieszcze.

Tak czy inaczej, Marietta zostawiła nas uginających się pod ciężarem poczucia winy, zdumionych własną małością, kwestionujących – chyba tylko Filek był wyjątkiem – niedawne logiczne racje i żelazne, wydawało się, argumenty. Przyjaciele nerwowo przetrząsali zakamarki sumień, ale przecież największym winowajcą byłem ja, jej mąż.

Prawda była taka, że odsuwałem się od żony w ostatnich miesiącach jej życia. Gdy przypominam sobie swoje egoistyczne racje, ogarnia mnie rozpacz. Nie zostałem skrojony na bohatera. Moja misja jest inna. Ale przecież nie przychodziło mi do głowy, że na najzwyklejszej, ludzkiej płaszczyźnie zawiodę tak koszmarnie, na całej linii i, co najgorsze – nieodwracalnie.

Marietta nie dała mi możliwości roztkliwiania się nad sobą. Przed odejściem powierzyła mi zadanie, którym musiałem zająć się natychmiast: Antoś miał wówczas niespełna półtora roku. Miałem go nie tylko odchować, ale też uratować. Przerwać łańcuch nieszczęść, nie dopuścić, by stara klątwa przeszła na kolejne pokolenie.

Dzieciak w tym wieku jest absorbujący, dnie miałem więc wypełnione po brzegi. Nocami gryzłem się. O czym moja biedna żona myślała, rozstając się ze światem? Czy żegnała się z nami, stojąc tam, na krawędzi? Znając obyczaje Marietty, wiem, że pożegnania były. Krótkie, rzeczowe jak uścisk dłoni, z nieoczekiwanie ciepłą nutą na koniec. Wiem, co mogła chcieć przekazać poszczególnym osobom; umiałbym prawie ubrać to w słowa. Najważniejszego jednak nie musiałem zgadywać. Dla mnie jednego Marietta zostawiła list. Napisany jej okrągłym pismem, włożony do koperty z napisem „Janek” i przyciśnięty do drzwi lodówki magnesem w kształcie czerwono-białego muchomorka.

Zanim wyszła z domu, zapewne kilka minut po jedenastej przed południem, i na pętli przy zbiegu ulic Olbrachta i Redutowej wsiadła w autobus pospieszny linii B do śródmieścia, zadbała o sprawy doczesne. Skrupulatnie wysprzątała dwupokojowe mieszkanie. Zrobiła porządek w swoich papierach (odkryłem, że niektóre spaliła na blasze od piekarnika). Popłaciła na poczcie rachunki, a nawet wysłała do urzędu odwołanie od odmownej decyzji w sprawie założenia nam telefonu. Na kilku osobnych kartkach przygotowała dla mnie szczegółową instrukcję obsługi naszej rodziny. Był tam adres apteki, gdzie kierowniczka odkładała dla nas niemieckie mleko w proszku Humana, i wykaz dni, kiedy przyjeżdżała „pani od mięsa”, milkliwa chłopka spod Pułtuska, która zaopatrywała nasz blok w cielęcinę i schab. Wpisała numer telefonu pana Grzesia ze stacji CPN, chciwego prostaka, który nocą za łapówki sprzedawał nam chrzczoną wodą benzynę bez kartek, oraz adres prywatnego warsztatu przy ulicy Bema, w którym serwisowała zastawę. Zapisała kod do szyfrowej kłódki naszego wciąż okradanego boksu w piwnicy, nazwisko i numer mieszkania ciecia naszego bloku („Pamiętaj, raportuje do bezpieki”) i kilka innych praktycznych informacji.

Na stole w pokoju znalazłem książeczki zdrowia oraz zeszyt, w którym pediatra Antosia, doktor Aleksy Knypel, zapisywał zalecenia dla małego. Nie tylko medyczne: na pierwszej stronie zeszytu widniał rysunek wesołego słonia, złożony z liter imienia i nazwiska doktora, oraz kategoryczne przykazanie: NATYCHMIAST SPRAWIĆ MU BRATA LUB SIOSTRĘ!

Długo czytałem i odkładałem te kartki, zanim odważyłem się otworzyć kopertę. List zaczynał się sucho, pożegnanie Marietty nie zawierało wyjaśnień ani przeprosin. Moja żona wiedziała, że jestem „zadaniowy” i najlepszą strategią postawienia mnie do pionu jest zasypanie lawiną poleceń. Długo omawiała sprawy życiowe. Dopiero w dalszej części tekstu pojawił się znowu nagłówek i odezwał się jej czuły głos – jak łyk tlenu w chwili gdy już dusiłem się z żalu.


Panie mężu, kochany (choć chwilowo w to wątpisz) – ostrzegałam Cię kiedyś, na samym początku naszej znajomości, że być może będę musiała przedwcześnie Cię opuścić. Pamiętasz? Tak to czułam; jak dziś widać, słusznie. Nie wiedziałam tylko, że rozwidlenie naszych dróg, miejsce, w którym się rozstaniemy, leży tak blisko.

(Tak, wciąż liczę po cichu, że jeszcze zdarzy się cud. Ale jeśli czytasz ten list, znaczy, że wypełnił się najgorszy scenariusz. Strasznie mi przykro, kochany).

Wszyscy jesteśmy zakładnikami naszego charakteru i wychowania. Taki jest Twój brat – mam przeczucie, że jednak wyliże się z tych okropnych kontuzji – i taka jestem ja. Tego nie zmienisz, nie trać więc czasu na rozpacz. Nie poddawaj się rozpamiętywaniu tego, co było. Ani poczuciu winy, bo na to, co mi się przytrafiło, nie miałeś, mężu, wpływu. Choć pewnie uważasz inaczej. Pamiętaj jednak, że to ja Was opuszczam. Ciebie i syneczka. Biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za tę potworną decyzję. Przebacz mi, jeżeli potrafisz, ale nie staraj się nadmiernie. Skup swoje siły, swoją energię i dobrą wolę, za którą tak Cię podziwiam, na najważniejszym. Teraz musisz być dzielny i pogodny, mój mężu, bo chcę – proszę i błagam! – byś kochał Antosia za nas oboje.

Nie wolno Ci odmówić mojej ostatniej prośbie. Musisz być dla niego ojcem i matką jednocześnie. Musisz robić wszystko, co wolno i czego podobno nie wolno, by go chronić. Nie tylko przed skutkami mojego odejścia. Spraw, by Antoś nie został kolejnym straceńcem z naszych rodzin. Jeżeli nie znajdziesz innego rozwiązania, wychowaj go źle. Z góry zgadzam się na to. Chcę, żeby był egoistą. Albo wywieź go daleko stąd i zatrzyj za wami ślady. Cokolwiek go uchroni, ja to aprobuję.

Jak Ci, mężu, wiadomo, jestem ateistką integralną. Nie tylko sama nie wierzę w istnienie boga, ale nie wierzę również, że wierzą w niego inni (lubiłeś pytać, czy to dotyczy też naszego papieża; prawda, on jeden sprawia mi pewien kłopot). Nie wierzę w życie wieczne. Dlatego nie mogę obiecać Wam, że będę patrzeć na Was z nieba i opiekować się Wami. Choć bardzo bym tego chciała.

Zostajecie sami na świecie. Ta myśl przeraża mnie bardziej niż to, że już niedługo przestanę myśleć, widzieć, czuć... Być.

Ale na wszelki wypadek nie czyńcie szkody nocnym owadom. Pozwólcie im wlatywać w letnie noce przez otwarte okna waszego domu. Gdziekolwiek on będzie stał. Być może to ja, pod postacią rudej ćmy, będę sprawdzała, czy dobrze sobie radzicie, moi wspaniali mężczyźni. Czy umyliście zęby, czy pocałowaliście się na dobranoc, czy śpicie mocno, głębokim snem, bezpieczni pod moimi skrzydłami.

Jezu...

m

PS I pamiętaj, kochany, żeby zakraplać mu uszy.


Dwa dni po śmierci Marietty zidentyfikowałem jej zwłoki w prosektorium przy ulicy Lindleya w obecności cywilnego funkcjonariusza milicji oraz pracownika szpitala. Cywil palił papierosa; od drugiego, starszego mężczyzny, cuchnęło alkoholem. Ciało leżało na wózku, niedbale przykryte spękaną ceratą. Gdy cywil uchylił ją dla mnie, zobaczyłem, że twarz Marietty w momencie upadku była zwrócona ku górze. Zmiażdżony tył czaszki nadał jej wygląd rozpłaszczonej maski. Pociemniałe od zaschniętej krwi włosy utworzyły sztywny kaptur.

Na metalowym stoliku obok noszy leżały znalezione przy zmarłej przedmioty: popękane okulary z zeissowskimi szkłami, portmonetka, dowód osobisty, skasowany bilet autobusowy. Oraz niewielka stara książka, kieszonkowe wydanie wierszy oprawione w powycieraną, w dwóch miejscach przedziurawioną, skórę. Ten tomik wyrwał mnie z letargu, jak sprężyna, która uruchamia ukryty mechanizm.

Podpisałem protokół podsunięty przez cywila i posłusznie pozwoliłem wyprowadzić się z budynku na zlewane falami zimnego deszczu podwórko szpitala. Wróciłem tam po półgodzinie z butelką wódki z pobliskiego sklepu dolarowego Pewex. Dobiłem targu z alkoholikiem z prosektorium: w zamian za trzy czwarte litra wyborowej wręczył mi relikwię rodu Sokalów, „Poezyje” Norwida, wydany we Lwowie w roku 1891 kieszonkowy reprint wcześniejszej o trzy dekady edycji lipskiej. Wewnątrz książki, na głębokości strony 93 oraz kilka centymetrów obok, na głębokości strony 114, opierały swoje mosiężne łby dwa pociski z broni ręcznej, wystrzelone w odstępie 24 lat w trakcie dwóch wielkich wojen. Gdyby któryś z nich przedarł się przez warstwy skóry i papieru, moja żona nie przyszłaby na świat, a ja miałbym w życiu inne zmartwienia.

Resztę rzeczy denatki kazałem przekazać ojcu samobójczyni. Sam nie chciałem mieć z nim nic do czynienia. Tomik zabrałem do domu, a potem dalej, na emigrację, jak amforę z zakorkowanym w środku złośliwym dżinem. Nie rozumiałem, dlaczego Marietta zabrała ze sobą tę książkę w ostatnią drogę. Dziwiłem się też sobie, że wyciągnąłem po nią rękę w strasznej chwili i zadałem sobie trud, by ją odzyskać. Później wielokrotnie byłem bliski pozbycia się feralnego tomiku; rozważałem podarowanie go wydziałowi slawistyki czy wręcz dyskretne pozostawienie go na półce któregoś z antykwariatów wokół uniwersytetu w Ann Arbor. Ale to nie spotkałoby się z aprobatą mojej żony – choć nie powiedziałaby mi marnego słowa. Na koniec zagrzebałem rozstrzelaną książkę na strychu, w walizce niechcianych rupieci z powoli zapominanej przeszłości.

Wiadomość o śmierci Marietty błyskawicznie rozniosła się po mieście. Co było dość dziwne, biorąc pod uwagę żałosny stan ówczesnej telefonii oraz niechęć ludzi do korzystania z linii podsłuchiwanych przez tajniaków. Znajomi, którzy wcześniej demonstracyjnie przestali u nas bywać, stukali do drzwi już następnego dnia po wydarzeniach na Zielnej. Przybywali w grupach po kilka osób ze względu na brak benzyny i trudności w namawianiu taksówkarzy do jazdy na daleką Wolę. Ostentacyjnie okazywali mi serdeczność, jakby chcieli dać do zrozumienia, że niezręczny problem, który rzucał się cieniem na nasze relacje, przeminął. Kobiety wstawiały do lodówki przygotowane dla nas potrawy, mężczyźni oferowali pomoc w załatwianiu formalności pogrzebowych. Troskliwie dopytywali, kto się teraz zajmie małym. O Marietcie zaraz po przywitaniu wypowiadali po kilka ostrożnych, starannie przemyślanych zdań i już nie wracali do tematu.

Z naszej paczki nie pojawił się prawie nikt. Filek się ukrywał, a Konstanty zniknął prawie rok wcześniej i nikt nie miał pojęcia, gdzie nasz Leonardo teraz chleje. Miszka siedział w Stanach, w tym swoim wymarzonym Harvardzie, a Bodek odbywał kolejną tajemniczą misję gdzieś za granicą. Te absencje nie robiły mi większej różnicy. Byłem odrętwiały psychicznie. Przed pogrzebem wywiesiłem na drzwiach kartkę, że „Jan i Antoś nie przyjmują wizyt. Przepraszamy”. Tylko Iza nie zniechęciła się i nacisnęła klawisz dzwonka, pod którym ciemniała wydrapana kluczem słynna dziura w tynku – pamiątka z czasu, gdy moja ciężarna żona odczuwała nieodparty apetyt na minerały; dziura przestała pogłębiać się dopiero, gdy Iza kupiła w sklepie zoologicznym wapno dla papug. Po chwili wahania wpuściłem aplikantkę radcowską; była jednak wyjątkiem. Pod wieloma względami zresztą.

Świecki pogrzeb samobójczyni na warszawskich Powązkach odbył się dyskretnie i szybko. Wyłożona szarym kamieniem, przypominająca sprasowany popiół „sala pogrzebowa” sprawiała wrażenie pustej. Członkowie rodziny też nie dopisali. Moi rodzice byli zdruzgotani wcześniejszym nieszczęściem: Olo, mój młodszy brat, ścigany przez milicjantów po akcji ulotkowej, wpadł pod samochód. Poharatany, ze złamanym kręgosłupem, torturowany przez bóle, których gburowaci lekarze nie chcieli lub nie umieli uśmierzać, Olo rozpaczliwie trzymał się życia w nieoświetlonym, śmierdzącym szpitalu. Bez opieki matki, która trwała przy nim 24 godziny na dobę, przegrałby tę walkę z całą pewnością. Nasz ojciec, z kolei, już wcześniej odsunął się od ludzi. Przestał robić wyjątki dla kogokolwiek. Gdybyście znali jego historię, nie dziwilibyście się specjalnie.

Tak więc Mariettę żegnała garstka osób. Była Kosia, jej ukochana opiekunka, postarzała w ciągu tych kilku dni. Pojawił się też ojciec: z opuszczoną głową wkroczył do sali w towarzystwie oficera ochrony tuż przed wyniesieniem trumny i nie odezwał się do nikogo w trakcie krótkiej ceremonii nad grobem. Był też mój drugi brat, Stanisław, i siostra, Zosia. Obok niej dostrzegłem spuchniętą od płaczu, ubraną w czarną sukienkę Izę. No i byłem tam ja z Antosiem na rękach. Może pojawił się ktoś jeszcze, ale nie pamiętam.

W sumie nieliczna grupa, jeśli wziąć pod uwagę, jak znaną w Warszawie osobą była zmarła. W następnych dniach i tygodniach próbowałem skupić się na pisaniu – jedynym, co mi do tej pory wychodziło. Ale niepojęty, również dla mnie samego, głos wewnętrzny przestał dyktować linijki wierszy. Zacząłem więc jeździć do pracy w wydawnictwie przy ulicy Wiejskiej, licząc, że rutynowe zajęcia przyniosą mi ukojenie. Niestety, Kosia gasła, załamana stratą Marietty, którą wychowywała od dziecka. Staruszka nie mogła już dźwigać ciężaru opieki nad ruchliwym malcem. W listopadzie cicho odeszła na cmentarz i kruchy porządek naszego świata znów się rozsypał. Od tej pory praktycznie zamknąłem się w domu. Jedną z nielicznych zalet komuny było to, że wobec tak zwanej inteligencji twórczej nie egzekwowano obowiązku przychodzenia do pracy. Moja skromna pensja pojawiała się co miesiąc na koncie w PKO i w zasadzie nikogo nie interesowało, czy bywam w biurze.

Uczyłem się więc pielęgnacji małego dziecka i niepostrzeżenie odkrywałem kontynent ojcostwa. Jego znaczenie miało urosnąć dla mnie do olbrzymich rozmiarów, ale, podróżnik z konieczności, pierwsze kroki stawiałem nieporadnie. Pękały mi w rękach butelki do karmienia, brudziłem się zawartością pieluch. Wokół siebie widziałem mrok: przytłaczający smutek każdego dnia i brak perspektyw na przyszłość. Na dodatek pewnego popołudnia dałem się zaskoczyć i próg mieszkania przekroczył zwalisty mężczyzna o grubo ciosanych rysach, z włosami źle ufarbowanymi na brąz. Człowiek ten był kiedyś moim przyjacielem, ale to minęło. Wtedy nienawidziłem go już każdym atomem mojego ciała. A gdy Filek zadał mi pytanie, na które nie chciałem znać odpowiedzi, gdy ostrożnie jeszcze, z wahaniem sformułował swoje roszczenie i wyciągnął rękę, by pogłaskać głowę mojego dzieciaka, wpadłem w panikę. Wiedziałem, że z nim akurat nie potrafię się zmierzyć, był zbyt mocny.

Jednak mój anioł stróż wreszcie się ocknął i sprawił mały cud. Był to jeden z tych słabo wytłumaczalnych, a przecież częstych zbiegów okoliczności, bez których przetrwanie w ludzkim świecie nie wydaje się w ogóle możliwe. Przed naszymi drzwiami zmaterializował się kurier ambasady amerykańskiej w Warszawie i wręczył mi żółtą, tak zwaną manilową kopertę z zamknięciem na sznurek. W środku znajdował się list od profesora slawistyki jednego z uniwersytetów na Środkowym Zachodzie. Dżentelmen, którego mętnie pamiętałem z jakiegoś spotkania sprzed roku czy dwóch lat, proponował mi stypendium na swoim wydziale. Uczepiłem się tej nitki, choć szansa uzyskania zgody na wyjazd, na dodatek z dzieckiem, wydawała się bliska zera.

W kraju, gdzie granice zostały oficjalnie zatrzaśnięte po ogłoszeniu stanu wojennego, panowała istna obsesja ucieczki. Miliony ogarniętych klaustrofobią obywateli śniło o emigracji, ludzie próbowali przedzierać się przez zieloną granicę, przemykać kajakami na Bornholm; najbardziej zdesperowani porywali samoloty. Władza na to odpowiadała, zaciskając mocniej w pięści klucze do zamków. Jednak złożyłem wniosek w biurze paszportowym przy ulicy Kruczej. O dziwo, już po kilku dniach poproszono mnie tam na rozmowę. Mężczyzna o nijakich, trudnych do zapamiętania rysach twarzy zaprowadził mnie do pokoju z kratą w oknie. Usiadłem na rozchwianym krześle. Poinformował, że dostanę paszport, Antoś również. Był jednak warunek: do dokumentu zostanie wbita pieczątka: „Z prawem do jednokrotnego przekroczenia granicy”. Oznaczało to, że opuścimy kraj na stałe, wyjaśnił, a przed wyjazdem będę musiał sprzedać mieszkanie. Gdybym się zdecydował, chętnie pomoże w tej ostatniej sprawie...

Nie zastanawiałem się długo. W grudniu 1984 roku, na dzień przed Wigilią, po załatwieniu kafkowskich formalności odlecieliśmy z Antonim pachnącym czystością boeingiem Trans American Airlines do Frankfurtu, a stamtąd jumbo jetem do Detroit. Była to ucieczka, nie wyjazd. O decyzji nałożenia butów emigranta nie poinformowałem nikogo ze znajomych. Z rodziny wiedziała tylko moja siostra Zosia. Ale nawet ona nigdy nie poznała mojego pierwszego adresu na kampusie ani późniejszego, gdy już osiedliśmy na stałe w miasteczku Dearborn. Nie podałem jej nawet domowego numeru telefonu.

Zaczepiłem się na Uniwersytecie Stanowym Michigan w Ann Arbor początkowo jako stypendysta, później doktorant, by na koniec rozpocząć mozolną wspinaczkę po szczeblach kariery akademickiej. Przykleiłem się jak huba do drzewa wielkiej instytucji naukowej, a ta godziła się na to z powodów, które niewiele miały wspólnego z moimi talentami dydaktycznymi, domniemaną pasją badawczą czy nawet z faktem, że rozemocjonowani przybysze z Polski stanu wojennego cieszyli się w owym czasie pewną sympatią w Stanach Zjednoczonych. Przyjęto mnie, bo byłem poetą, a poeci tworzą mafię.

W Ann Arbor odkryłem, że jest to tajne sprzysiężenie, którego macki oplatają świat, a członkostwo zależy wyłącznie od kapryśnych opinii innych poetów. Z pozoru skłóceni i zawistni, wierszokleci wspierają się w kwestiach praktycznych. Dla osobnika, u którego wyczują Głos, zawsze znajdzie się stypendium, chałtura w radiu, zamówienie na recenzję czy cienki, ale pewny etacik na jakimś wydziale literatury. Żyć z samej poezji udaje się nielicznym szczęśliwcom, ale czasy, kiedy poeci umierali z głodu na zimnych strychach, też szczęśliwie przeminęły. Akademik, który pomógł mi wydostać się z Polski, obdarzony, jak go określali cyniczni koledzy, „większym sercem niż posturą”, palący niewyobrażalnie smrodliwe cygara profesor Lyle Carliss, okazał się jednym z wysokich kapłanów tego bractwa.

Z jego poparciem udało mi się sklecić nową egzystencję w Stanach. Stworzyłem Antoniemu dom. Odbudowałem się jako poeta i z czasem zacząłem nawet pisać po angielsku, co najbardziej zdumiewało mnie samego. Uniknąłem doświadczeń początkujących emigrantów, degradacji towarzyskiej i pracy fizycznej przy „klinowaniu ofisów” albo smołowaniu dachów. Zatarłem też za sobą ślady tak dokładnie, jak potrafiłem.

Przyjąłem amerykańskie nazwisko – takie, które może kojarzyć się tamtejszym odbiorcom poezji. Od początku przedstawiam się nim studentom, czytelnikom, krytykom i redaktorom magazynów. Nie kontaktuję się z nikim w kraju, a sekretarka naszego wydziału, Mary-Rose, z zasady nie łączy do mnie telefonów z Polski – chyba że dzwoni „Soshza”. Nie udziela też informacji żadnym osobom, które czasem pytają w biurze z ciężkim słowiańskim akcentem o poet from Poland lub nadsyłają w tej sprawie pozbawione rodzajników pisma oficjalne. Z biegiem lat liczba takich zapytań wydaje się rosnąć, ale Mary-Rose wykonuje moje instrukcje co do joty. Zosia pozostaje jedynym ogniwem, które łączy mnie z Europą, rodziną i całym poprzednim życiem. Przysyła listy na adres wydziału, trzy do czterech razy w roku umawiamy się na rozmowy telefoniczne. Stąd wiem, że mój brat Olo przeżył, że Stach ponownie się ożenił i ma bliźniaczki, a tata znów pracuje naukowo. Kiedyś, na początku emigracji, odchorowywałem te rozmowy, wywoływały fale tęsknoty. A teraz? Nasze kontakty z Zośką pozostają zdawkowe pewnie dlatego, że tak się przyzwyczailiśmy.

Emigranci są nielogiczni. Opuszczają rodzinny kraj, bo nie potrafią w nim dalej żyć, ale w nowym miejscu irytuje ich wszystko, co jest inne. Bo amerykańskie koty i mewy są wielkie jak prosiaki, a wiewiórki jakieś takie szare. Bo jedzenie z supermarketu ma smak waty, a domy ci idioci budują ze sklejki; jak się schodzi po schodach do sypialni, to w living room szkło dzwoni w komodzie. A w ogóle ci Jankesi są jak dzieci, szybko się nudzą, nawet święta Bożego Narodzenia zaliczają pospiesznie, już dzień po Wigilii wyrzucają choinki. Ja też nie uniknąłem idealizowania „starego kraju”, choć w Ameryce generalnie mi się podoba, a od rodaków trzymam się na zdrowy dystans. To z powodu Antoniego nie mogłem do końca zapomnieć o Polsce. Odkryłem, że dzieciakowi nie można zabrać wszystkiego: matki, rodziny, a na dodatek kraju i całej przeszłości. Puste miejsca czymś trzeba wypełnić.

Więc wypełniam je opowieściami. Co wieczór malec słucha bajek, których bohaterami są Ciastek, Chłopczyk Ulepiony z Chlebowej Masy, oraz cała galeria kłótliwych, ekscentrycznych postaci, które Ciastek ratuje z tarapatów. Postaciami tymi są członkowie naszej rodziny oraz przyjaciele, a miejscem akcji – Polska. Antoś domaga się bajek regularnie. Ulizany na mokro, pachnący słodką dziecinną pastą do zębów, chudziutki chłopaczyna we flanelowej piżamce z wizerunkami postaci z „Gwiezdnych Wojen”, pilnuje co wieczór, żeby tata nie oszukiwał.

– Morze zmartwiło się i zaczęło jeszcze raz liczyć ziarenka piasku: sto bimbalionów pięćset miliardów sto milionów dziewięćset tysięcy pięćdziesiąt osiem, sto bimbalionów pięćset miliardów sto milionów dziewięćset tysięcy pięćdziesiąt dziewięć, sto bimbalionów pięćset miliardów sto milionów dziewięćset tysięcy sześćdziesiąt… Gwiazdy z góry przyglądały się tym rachunkom swoimi złotymi oczami, nawet wiatr ucichł, żeby nie przeszkadzać. Miliard ziarenek piasku, sto miliardów, tysiąc miliardów… Upływały godziny. I nagle na plażę wbiegł labrador, przykucnął i zrobił na piasku ogromną, soczystą kupę…

– Tato! – Antoś z oburzenia siada na łóżku. – Przestań! Nasza Bośka nigdy by tak nie zrobiła!!

Wychyla się z piętrowego łóżka i spogląda na Bośkę, która waruje na podłodze otoczona plastikowym złomem zabawek. Labrador o sierści koloru biszkopta przymilnie macha ogonem.

– Masz absolutną rację. – Przytulam chłopca, całuję i ponownie układam. – Zorientowałeś się od razu. Bystry z ciebie synek.

– Przeproś Bośkę.

Z powagą pochylam się i potrząsam przednią łapą psa.

– Przepraszam, Bosiu.

– To dzisiaj już trzeci raz – napomina mnie Antoni.

– Więcej nie będę – obiecuję. – Zamknij oczy i słuchaj. Więc na koniec morze policzyło wszystkie ziarenka i znów się rozpłakało. Wciąż brakuje? – zapytał Ciastek. Tak, jednego… Buuuuuuu!!! Nie płacz, powiedział Ciastek. Coś mi przyszło do głowy. Chyba wiem, gdzie ono może być. Zdjął z nogi trampek i po plaży rozniósł się tak ohydny zapach, że morze zrobiło się zielone i zwymiotowało…

– TATO!!!

– Ojej! Zdjął z nogi trampek, podniósł go do góry, potrząsnął i co z niego wypadło?

– Ziarenko piasku!! – wykrzykuje zachwycony Antoś. – I morze zaraz przestało płakać, a Ciastek wrócił do domku rybaka, gdzie spali mama i ty, dziadek i babcia, i Zośka, i Olo, i pan Konstanty…

– A przed nami były jeszcze długie wakacje. Morze było wdzięczne Ciastkowi za znalezienie zguby i pięknie się odwdzięczało. Każdego ranka witała ich słoneczna pogoda.

– Nad polskim morzem jest tak zawsze – mówi mały z przekonaniem.

– Woda była ciepła, nie było fal i rodzice wszystkim pozwalali się kąpać.

– Nawet maluchom?

– Nawet zupełnym maleńtasom. Dobranoc, synku.

– Opowiedz jeszcze, jak pocałowaliście się z mamą.

– Jutro.

– Dzisiaj! Pierwsza bajka się nie liczy, bo oszukiwałeś. Ja chcę o pałacu…

Antoni wie, że nie będę się długo opierał. Kiedy jestem w domu, czyli prawie zawsze, nie opuszczamy wieczornych bajek i spędzamy przy nich tyle czasu, ile on chce. To jest nasz nienaruszalny rytuał.

– Po polsku czy po angielsku?

– Nie pamiętasz? Pałac opowiada się po polsku! – Antoś chichocze. Bawi go, że nie pamiętam takich oczywistych rzeczy. – Popatrz. – Wskazuje małą łapką oprawioną fotografię na ścianie i naśladuje ton głosu swojej nauczycielki, siostry Mary: – Zastanów się sam, tatusiu. Czy wyście wtedy z mamą rozmawiali po angielsku? Przypomnij sobie, jestem pewny, że to wiesz. No, proszę, czekam na twoją odpowiedź!


Na tej fotografii mamy po osiemnaście lat. Był czerwiec 1970 roku, właśnie zdaliśmy maturę. Krzysztof Klenczon odszedł z Czerwonych Gitar i założył Trzy Korony. Krążyły niepokojące pogłoski o grożącym rozpadzie grupy the Beatles, a w Polsce wahadło historii wychyliło się skrajnie w stronę stetryczałego komunizmu, by wkrótce zacząć mozolną, dwudziestoletnią wspinaczkę w kierunku normalności. My głównie imprezowaliśmy. Najlepszą prywatkę tego roku zorganizował rzecz jasna Konstanty; na osiemnaste urodziny zaprosił klasę „do nieba”. Co miał na myśli, odkryliśmy dopiero przed północą, gdy strażnik Pałacu Kultury i Nauki, krewny solenizanta, po cichu zawiózł nas radziecką windą, z taboretem i bakelitowym telefonem w środku, na zamkniętą już dla publiczności platformę widokową najwyższego budynku w kraju.

Platforma do dziś znajduje się nieco poniżej spiczastego dachu i oferuje widok na wszystkie strony świata. Krążyliśmy po kamiennych tarasach, popijając słodkie wino i podziwiając krzywiznę Ziemi. Wokół nas płytkim snem zasypiało miasto: od zachodu mroczna Ochota i Wola, potem ciemniał Żoliborz, Śródmieście i Starówka, oddzielone Wisłą od starej Pragi. Na koniec, po obejściu platformy dokoła, można było podziwiać Mokotów z rosnącym w oddali górotworem blokowisk Stegien i Ursynowa. Śródmieście w czasach Gomułki oświetlano marnie, a pozostawione w wielu miejscach ruiny potęgowały wrażenie, że metropolia, jak zmaltretowane zwierzę, wciąż kuli się przed spodziewanym ciosem. Jednak czerwcowa noc była bezchmurna, a po zapaleniu świec żółty piaskowiec na ścianach pałacu nabierał ruchliwego ciepła; na szczycie kamiennej wieży czuliśmy się bezpieczni. Łatwo ulegaliśmy nastrojom, ponieważ po skończeniu szkoły zaciążyło nam poczucie dorosłości i nowo odkryty lęk przed przemijaniem.

Tej nocy bawiliśmy się bez żadnych hamulców.

Chłopcy zadbali o wyposażenie prywatkowe: Bodek przytaszczył swój skarb, magnetofon z zakładów im. Kasprzaka, szpule z taśmami i elektryczny przedłużacz. Torba Konstantego zawierała zielone butelki słodkiego wermutu i musztardówki, pozostali ukryli pod koszulami wódkę i piwo. Marietta, bogata w dobra materialne, miała zachodni aparat fotograficzny z lampą błyskową. To nim Laśka pstryknął nam nad ranem grupowe zdjęcie. Postacie wyjęte z ciemności światłem flesza: Iza przytula się do Konstantego, który unosi w górę szklankę alkoholu, a ja, niepewnie jeszcze, obejmuję Mariettę. Miszka robi głupią minę, jak zawsze, gdy nie wie, jak się zachować. Tylko Bodek po prostu patrzy w obiektyw.

Na fotografii brak Filka. Dlatego tę właśnie, spośród trzech, które zachowały się w albumie z tamtej nocy, wybrałem do karmienia wyobraźni dzieciaka. Powiększona i oprawiona w ramkę ze szkłem miała oszukiwać jego rosnący głód matki i pustkę w duszy, jaką rodzi brak przynależności. Dałem Antoniemu nas z czasów, gdy już stawaliśmy się piękni, choć nie do końca byliśmy opierzeni; na dziewczynach widać jeszcze resztki dziecięcego tłuszczyku, a gęste czupryny chłopców nie mieszczą się na głowach, co sprawia, że trochę przypominamy pędzle. Wtedy kochaliśmy się już, jak nam się zdawało, na całe życie, choć żadne z nas za skarby nie użyłoby tego słowa.


– Gdy nadszedł dzień najhuczniejszych urodzin obchodzonych przez przyjaciół twojej mamy – rozpocząłem opowieść – zebraliśmy się w środku miasta, gdzie Konstanty wyznaczył nam zbiórkę. Nie mieliśmy pojęcia, jaka czekała nas niespodzianka.

– Ciastek wie, że pojedziecie windą na szczyt pałacu – piszczy Antoś.

– On wie wszystko.

– To była bardzo szybka winda, szybsza niż ta w Federal Building w Detroit. Pamiętasz, tatusiu, jak mi się zakręciło w głowie?

– Tamta winda w Warszawie była zaczarowana – mówię uroczyście. – Nie zatrzymała się na ostatnim piętrze, tylko jechała wciąż wyżej i wyżej. Aż znalazła się nad chmurami. Windziarz nazywał się pan Ludwik Jerzy Kern. A jego pomocnik – Ferdynand Wspaniały!

– Tatusiu! Takich nazwisk nie ma w bajce!

Dzieci są dogmatyczne i nie lubią zmian raz ustalonego porządku.

– Dobrze. Więc winda wyrwała się z pałacu i wywiozłaby nas nie wiadomo gdzie, pewnie do środka Drogi Mlecznej, gdyby Ciastek nie wypatrzył małego guzika z czerwoną gwiazdką i napisem POWRÓT. Nacisnął go bez zastanowienia. Usłyszeliśmy pisk, jak w hamującym samochodzie, i winda zatrzęsła się. Potem powoli opadła tam, gdzie chcieliśmy trafić: na trzydzieste piętro Pałacu Kultury. Wszyscy strasznie się cieszyli, że mają tylko dla siebie takie wspaniałe miejsce. Ale zaraz pojawił się następny problem: nikt nie potrafił znaleźć gniazdka elektrycznego. Bez prądu, jak wiadomo, nie ma muzyki, a bez muzyki przyjęcie nie może się udać. Na szczęście Ciastek ruszył na poszukiwania i wypatrzył gniazdko. Bodo uruchomił magnetofon i nad Warszawę popłynęły takty piosenki Beatlesów „Ob-la-di, Ob-la-da”.

Desmond has a barrow in the market place

Molly is a singer in the band – Antoś zaczyna cienkim głosikiem.

Dołączam do niego i śpiewamy dalej razem:

– Desmond says to Molly „girl I like your face”

And Molly says this as she takes him by a hand.

Ob-la-di, ob-la-da life goes on, bra

La la how the life goes on…

– Poza twoją mamą nikt z nas nie rozumiał słów, ale piosenki Beatlesów podobały nam się. Były wesołe i świetnie się przy nich skakało. Albo, przy tych wolnych, przytulało. A o to przecież chodziło.

– Ciastek zauważył, że ty byłeś smutny. Przez Izę.

– Tak. Ciastek to dobry obserwator. Nie da się go oszukać. Byłem smutny. Iza właśnie tego wieczoru powiedziała mi, że już więcej nie będziemy ze sobą chodzić.

– Była twoją narzeczoną od początku roku szkolnego – podpowiada.

– Właśnie. Kompletnie mnie tym zerwaniem zaskoczyła. Udawałem oczywiście, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Ale zanim zdążyłem wymyślić coś głupiego, co chłopcy często robią w takich sytuacjach, twoja mama zaprosiła mnie do tańca.

– I ją pocałowałeś!

– Nie tak od razu.


TO KOBIETY WYBIERAJĄ MĘŻCZYZN. Dopiero później do mnie dotarło, że dziewczyny ukartowały wszystko między sobą. Wymieniły się chłopakami tamtej nocy, a całej operacji dokonały tak gładko, że obaj zainteresowani niewiele poczuli. Konstanty i ja znów znaleźliśmy się w ramionach – tyle że inaczej obejmujących i pachnących. Nie było sensu protestować: ramiona były słodkie, oczy dziewczyn błyszczały kocio, szpule magnetofonu kręciły się, alkohol niósł szalone obietnice. Świat należał do nas.

Jako nastolatek byłem niezgrabny. Zazdrościłem kolegom – głównie Konstantemu i Filkowi – którzy świetnie tańczyli. Podziwiałem, jak prowadzili partnerki, okręcali, puszczali wirujące i znów łapali. Nieomylnie znajdowali rytm, a ich nogi i biodra poruszały się niezależnie od ramion. Tymczasem ja, obciążony rodzinnie brakiem muzykalności, na parkiecie byłem sztywny jak kij. Wychodziłem wyłącznie do wolnych kawałków, a mimo to partnerkom w każdym momencie groziło rozdeptanie. Nie pomagały lekcje udzielane mi przez siostrę.

Tamtej nocy na szczycie pałacu Marietta jednak sprawiła cud. „Nie myśl o krokach – szepnęła mi do ucha, gdy Bodek puścił «Annę Marię» Czerwonych Gitar. – Myśl o mnie”. Kołysaliśmy się w miejscu, objęci. Przestawałem się denerwować. Gdy zaczął się przebój „Napisz, proszę, chociaż krótki list” Grupy ABC i Haliny Frąckowiak, zaczęliśmy przemieszczać się po piaskowcowych płytach. Czułem się coraz pewniej i lepiej.

Bodek układał swoje nagrania jak zawodowy disk jockey; „przytulanki” przeplatał szybkimi kawałkami. Jako następny zabrzmiał rockowy „Help”. Chciałem zdezerterować, ale Marietta przytrzymała mnie ramionami. Poruszyła biodrami, zrobiła krok, potem drugi. Prowadziła, a mnie zaskakująco łatwo przyszło za nią podążać. Stopy i kolana, które nie chciały być mi posłuszne, teraz słuchały jej… Nim się obejrzałem, już wirowaliśmy na środku tarasu, a ona odfruwała i przyfruwała do mojej ręki.

A potem, patrząc mi prosto w oczy, zaczęła powtarzać słowa piosenki. Po latach spędzonych na Zachodzie z łatwością tłumaczyła angielskie teksty. Gdy teraz starannie wymawiała każde słowo z osobna, tekst stawał się i dla mnie z grubsza zrozumiały. Czułem, jak dostaję gęsiej skórki:

Help me if you can I’m feeling downAnd I do appreciate you being round…Help me get my feet back on the groundWon’t you please, please help me… [2]

– …Tatusiu, fałszujesz!!! – Antoś zrywa się z pościeli i, podskakując w górę i w dół, jak Beatlesi na filmie z koncertów w Hamburgu, swoim cienkim głosikiem wyśpiewuje pierwszą zwrotkę:

When I was younger, so much younger than today,

I never needed anybody’s help in any way

But now these days are gone I’m not so self assured…

– Okay. – Łapię chłopaka na ręce i ponownie układam na łóżku. Otulam go kocykiem, jak małe dziecko, którym fizycznie już nie jest – choć przecież na zawsze nim pozostanie. – Obaj wiemy, o co chodzi, mój piosenkarzu. Wolisz słuchać dalej bajki czy sobie pośpiewamy?

– Posłucham. – Mały ziewa.

– Tańczyliśmy i bawiliśmy się do upadłego. Na szczycie kamiennej wieży, kilkaset metrów nad dachami domów, nie musieliśmy ściszać muzyki ani obawiać się, że do drzwi zastuka milicjant wezwany przez sąsiadów. Jednak wkrótce, jak zwykle na prywatkach, skończył nam się alkohol.

– Tatusiu!!!

– Ups! Oczywiście miałem na myśli, synku, że skończyły się nam soczki. Na szczęście strażnicy pałacowi odsprzedali nam kilka butelek z własnych zapasów…


MNIEJ WIĘCEJ W TYM SAMYM CZASIE ODKRYLIŚMY, że na tarasie i w pomieszczeniach, do których mieliśmy dostęp, nie było toalety. A niektórzy z kolegów już zaczynali chorować. Jedni rzygali po kątach, inni – co wydawało się lepszym pomysłem – przez barierkę na zewnątrz. Pijaniusieńki Konstanty demonstrował, jak wykorzystać pustą butelkę po winie jako „pisuar ręczny”. Średnio mu to, prawdę mówiąc, wychodziło. Mimo tych utrudnień impreza rozwijała się prawidłowo. W ciemnych zakamarkach obściskiwały się pary, a wypełnione nową zawartością butelki wylatywały z tarasu, by rozbijać się bezgłośnie daleko w dole, na grani pałacu, daru narodu radzieckiego dla narodu polskiego.

Ja i Marietta też nie wypuszczaliśmy się z objęć.

– I po raz pierwszy pocałowałeś mamę – podpowiada mały sennym głosem.

– Tak, To było mniej więcej wtedy.

– I byliście zakochani. A potem ja się urodziłem.

– Zgadza się, kochanie.

Antoś ziewa i zasypia. Dla niego historia kończy się w tym miejscu.


O TRZECIEJ NAD RANEM NIEBO NAD PRAGĄ zaczęło się rozjaśniać i widzieliśmy coraz więcej detali na dachach śródmieścia. Ptaki krążyły wokół pałacu na wysokości naszych oczu, jak małe staroświeckie aeroplany szykujące się do ataku na King Konga. Usta Marietty miały smak, którego jeszcze nie znałem: była w nim obietnica. Jej oczy, ogromne w zbliżeniu, potwierdzały to, co sugerował ruchliwy język. Byłem jeszcze prawiczkiem, Iza nawet w klasie maturalnej nie zgadzała się na wiele. Wcałowywałem się w Mariettę bez tchu, coraz bardziej odurzony, dotykałem jej coraz śmielej.

Bodo wyłączył już swój sprzęt grający; na tarasie słychać było poranne ćwierkanie ptaków. Marietta oparła się plecami o ścianę, gdy moja ręka mimowolnie zaczęła wędrówkę pod jej sukienką. Nie odpychała mnie, przeciwnie, wciągnęła brzuch, otwierając mi drogę. Oszołomiony sięgałem dalej, aż chwyciła moją dłoń i przycisnęła do siebie z całej siły. Trwaliśmy tak, na skraju rozkoszy, przez małą wieczność.

Odsunęła mnie łagodnym gestem. Wygładziła sukienkę. Znów przybliżyła twarz do mojej. Czubki naszych nosów zetknęły się. Jej źrenice sondowały bez pośpiechu moją pryszczatą, płytką duszę. Drgnąłem, gdy zaczęła nucić niskim głosem:

Help, I need somebody

Help, not just anybody…

Całowałem ją i przysięgałem, że może na mnie liczyć. Od dziś należę do niej i nie jestem just anybody

I wtedy Marietta niespodziewanie zaczęła płakać.

Jej zielone oczy pociemniały. Gdy wydała z siebie pierwszy szloch, chciałem ją pocieszyć, ale odepchnęła mnie. Zanim się zorientowałem, wskoczyła na balustradę tarasu. Ta balustrada, z prymitywnie ociosanego kamienia, była szeroka, ale w tamtych czasach wokół platformy widokowej nie było jeszcze ochronnych siatek ani żadnych innych zabezpieczeń. Marietta wyprostowała się, ręce wysunęła na boki. Stała nad przepaścią spokojnie jak na szkolnej równoważni.

Byliśmy wszyscy nietrzeźwi, ale zdałem sobie sprawę, co dziewczynie grozi. Należało ją koniecznie ściągnąć z tego murku. Ale bałem się, że ją wystraszę, robiąc nieostrożny ruch.

– Nie wolno ci! – krzyknęła, zgadując moje myśli.

Nie ruszałem się z miejsca.

– Marietta, zejdź.

Zmrużyła oczy, chwiejąc się leciutko. Myślała nad czymś intensywnie.

– Nie możesz się we mnie zakochiwać, rozumiesz? Nie wolno ci!

Przyrzekłem jej więc brak miłości. Będę obojętny jak bryła lodu, aż oboje się zestarzejemy. Nie dostanie ode mnie kwiatka na żadnego ósmego marca i nie będę nosił w portfelu jej zdjęcia. Przysięgałem cynizm i niewierność, byle tylko zeszła z barierki. Ale nie słuchała. Zalewając się łzami, balansowała nad przepaścią.

– Błagam cię, Marietta, zejdź. Chodź do mnie.

– Nie zbliżaj się!

Liczyłem, że ktoś zauważy, co się dzieje. Jednak wszyscy, łącznie z Filkiem, byli zajęci własnymi sprawami. Bodek, najsprawniejszy fizycznie i zawsze wiedzący, co robić, też jak na złość zniknął gdzieś ze swoim bezcennym magnetofonem. Musiałem działać sam.

– Marietko, zrobisz coś dla mnie? – zapytałem najspokojniej, jak umiałem.

– Nie zejdę – krzyknęła. – I widzę, jak się skradasz. Stój!

– Chcę tylko, żebyś przesunęła się trochę w prawą stronę – wyjaśniłem. – Do ściany. I oparła się o nią ręką.

Namyślała się przez chwilę, potem, szurając stopami, dotarła do brzegu sekcji balustrady. Sięgnęła ręką do ściany z piaskowca i ustabilizowała swoją pozycję.

Tak lepiej.

– Czy mogę też tam wejść i postać obok ciebie? – Mimo chłodu czułem, jak moja koszula robi się mokra na plecach.

Zielone oko łypnęło na mnie z niepokojem.

– Platfus z ciebie, na wuefie spadasz z równoważni – zauważyła. – Lepiej nie. Ale skoro tak bardzo się upierasz, możesz tu usiąść.

Byłem jej wdzięczny za tę kompromisową propozycję. Starałem się nie patrzeć za siebie, gdy lokowałem na balustradzie mój dygocący tyłek. Ścisnąłem palcami wyszczerbioną krawędź kamienia.

– Lepiej zejdź – poradziła Marietta.

Uspokajałem się. Rzecz nie okazała się aż tak strasznie trudna.

– Z tobą. Albo też stanę.

Nie uwierzyła mi, milczała. Ta kamienna płyta jest szeroka, mówiłem sobie w myślach. Co najmniej trzy razy szersza od szkolnej równoważni. A barierka ma najwyżej metr dwadzieścia wysokości. Żadna sztuka na tym stanąć. Nieważne, co jest za plecami.

Kolana mi dygotały jak kastaniety, gdy się prostowałem. Wreszcie stanąłem obok dziewczyny i też sięgnąłem ręką w bok, do zbawczej ściany. Nakryłem jej dłoń swoją, wilgotną od potu.

– Znów będę płakać – powiedziała. – Jesteś taki dobry. Ale mnie nie warto kochać.

– Mam inną opinię.

– Jestem z gruntu zła. Zepsuta. Egoistka i podła.

– To mnie opisałaś.

– I nie jestem dziewicą.

– Ja też.

– Kłamiesz. – Parsknęła śmiechem.

Czułem, że się czerwienię.

– Nic dobrego cię ze mną nie spotka – powiedziała ciszej.

– Skąd wiesz? Znasz przyszłość?

– Mam przeczucia. Przychodzą nie wiadomo skąd. Kiedy mnie całujesz, jest mi dobrze. Jak mnie dotykasz, unoszę się w chmurach. A potem coś mi szepcze w głowie, że kiedyś będziemy naprawdę razem, ale ja będę musiała odejść. Boję się.

– Nie płacz. Piłaś wódkę. To głupie myśli.

– Proszę, zostaw mnie. Tak będzie lepiej.

– Chodźmy się kochać – powiedziałem wreszcie właściwą rzecz. Marietta skinęła rudą głową, otarła łzy z buzi wierzchem dłoni. Przykucnęliśmy i razem zeskoczyliśmy na podłogę. Kilka kwadransów później obejmowaliśmy się na jej wąskiej, panieńskiej leżance w pokoiku przy ulicy Nowotki. Mój pierwszy raz nie wyszedł tak heroicznie, jak bym sobie życzył, ale na koniec, po kilku podejściach, dopłynęliśmy razem do portu. Marietta głośno jęczała, potem krzyknęła przeraźliwie. Zupełnie jej nie obchodziło, co pomyślą obudzeni domownicy. Wtedy znałem już – a właściwie wydawało mi się, że znam – jej niewiarygodnie tolerancyjnego ojca. Szokowało mnie to wszystko; stosunki w moim domu, a mieszkałem nieopodal, były diametralnie różne.

To, co zdarzyło się tamtego ranka, było pierwszym przebłyskiem, zaledwie zapowiedzią miłości, która miała dopiero nadejść po kilku latach. Prawdziwą parą zostaliśmy z Mariettą pod koniec studiów. Zamieszkaliśmy razem i znów minęło sporo czasu, zanim złożyliśmy podpisy na akcie w Urzędzie Stanu Cywilnego przy placu Zamkowym na Starym Mieście. Później nieraz przychodziło mi do głowy, że lepiej by się stało, gdybyśmy nie utrzymali równowagi na tamtej balustradzie.

Powinniśmy byli spłynąć razem, objęci, w kamienną czeluść, w której naszej wieczności strzegłyby figury bożków Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej: toporne, barczyste robotnice, wielkogłowi hutnicy i żołnierze.


OSTROŻNIE ZDEJMUJĘ ŚPIĄCEMU ANTOSIOWI grube okulary. Bez nich oczy mojego syna odzyskują normalną wielkość, a jego blada buzia z niebieskimi żyłkami na skroniach wydaje się mniej bezbronna. Chłopiec przekręca się na bok. Otulam go kocem po raz kolejny, gdy w kuchni rozlega się dźwięk telefonu.

Gdy odwieszam słuchawkę, nadal jest ten sam piątkowy wieczór 9 czerwca 1995 roku, ćwierć wieku od tamtych wydarzeń i prawie jedenaście lat, odkąd zdarłem z siebie polską skórę. Wyszedłem z tamtego losu, zatrzasnąwszy za sobą drzwi, i wyrzuciłem klucz. Zrobiłem to, by ratować malutkiego, a już skrzywdzonego przez żarłoczne fatum syna. Teraz otacza mnie spokój cichego, ślicznego przedmieścia, które ocieniają stare drzewa. Bezpieczeństwo zapewnia nam najsilniejsza i najprzyzwoitsza demokracja, jaką zna planeta. Wszystko jest takie same, ale zarazem już zupełnie inne.

Nasza kryjówka została wytropiona.

Niewiarygodne, ale jednak się stało. Nie wiem, co zrobię. Możemy znów uciec; tak zorganizowałem nasze sprawy, że mógłbym zniknąć z Antonim z Dearborn w czasie krótszym niż 24 godziny.

Moje prawo jazdy i paszport mówią, że nazywam się John J. Pebble i mam 43 lata. Dokumenty są autentyczne, wydane lege artis przez Sekretarza Stanu Michigan oraz Departament Stanu rządu federalnego USA.

Z upływem lat coraz słabiej reaguję na dawne nazwisko. Tu, w Stanach, łatwo porzuca się trudne do wymówienia, zbyt długie czy z innych powodów niewygodne names, nadane nam w odległych zakątkach świata. Na europejski koncept, że wcześniejsze nazwisko jest „prawdziwe”, patrzy się z politowaniem, jako na jeden z przesądów „starego świata”. Przyjąłem ten punkt widzenia za swój.

A jednak, gdy podniosłem słuchawkę telefonu, a męski głos zapytał po polsku, czy ma przyjemność z Janem Kamykiem, straciłem głos. Wiedziałem z przeraźliwą jasnością, że oto kończy się nasza spokojna egzystencja. Czeka nas z Antonim kolejne trzęsienie ziemi, a przez słuchawkę dobiegł mnie jego pierwszy pomruk.

Czarny diabeł, morderca doskonały mojej żony, odnalazł nas po dekadzie ciszy.



Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki













Izie






Motto:

Gruda:

Miłość nie szuka nigdy siebie
Ani o siebie ma staranie;
Miłowanemu tworzy niebo
I tam, gdzie piekieł są otchłanie.


Kamyk:

Jedynie siebie miłość szuka;
Dla swego szczęścia i rozkoszy
Miłowanego spętać pragnie;
Wbrew niebu mury piekieł wznosi.


William Blake, „The Clod and the Pebble”
1794

Mariusz Ziomecki

MR. PEBBLE
I GRUDA

próbka

powieść

Czarna Owca
Warszawa 2011






Przypisy




1. W starożytnych Atenach przepaść, do której wrzucano przestępców. [wróć do tekstu]

2. Pomóż mi, jeśli możesz, jestem zdołowany, doceniam to, że jesteś przy mnie, pomóż mi znów stanąć na nogi, bardzo proszę, pomóż mi (tłum. autora). [wróć do tekstu]