Motywy osobiste - Aleksandra Marinina

Motywy osobiste

0,0

Za pragnieniem zemsty często skrywają się najciemniejsze pragnienia: żądza władzy, bogactwa oraz najbardziej dziwaczne ambicje...

By odkryć motywy okrutnej zbrodni, NASTAZJA KAMIEŃSKA musi sięgnąć w głąb tajemnic z przeszłości.

Nowym wyzwaniem dla Nastii Kamieńskiej jest okrutne morderstwo starego lekarza w małym miasteczku w głębi Rosji. Wstępna analiza nasuwa kilka prostych rozwiązań, jednak w miarę postępów śledztwa Nastia odkrywa, że korzenie zbrodni wyraźnie tkwią w przeszłości. Historie pacjentów ofiary pełne są tajemnic i wielu z nich miało powód do zemsty.

Kiedy akcja przenosi się do Moskwy, bieg zdarzeń nabiera zawrotnego tempa. Córka zabitego lekarza przypadkowo spotyka ekscentrycznego naukowca, który na wieść o śmierci jej ojca nagle znika. W mieście pojawia się coraz więcej trupów a jednocześnie trwa wyścig wielkich potentatów farmakologicznych o fotel w Dumie.

Wszystkie wątki są ze sobą powiązane. Gdzieś w przeszłości leży makabryczne zdarzenie, które wywołało lawinę morderstw, szantaży i zdrad. Trzeba ją jak najszybciej stłumić i zatrzymać paraliżujący miasto horror. Czy Nastia Kamieńska odnajdzie właściwe motywy osobiste?

Ten porywający kryminał zaskakuje do ostatniej strony. Fascynujące portrety psychologiczne; bogate, realistyczne tło społeczne i specyfika rosyjskich obyczajów po raz kolejny potwierdzają, że Marinina jest w najwyższej formie.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rozdział 1

Dzisiaj niedziela, a jutro Dzień Kosmonautyki. Traf chciał, że skończyli robotę akurat w przeddzień święta, więc można jechać do domu. Świąteczny poniedziałek nie jest, rzecz jasna, dniem wolnym od pracy, mimo to… W dzieciństwie Walerij Stiecenko chciał zostać kosmonautą, dwunasty kwietnia był jego ulubionym dniem w roku, wolał go bardziej od swoich urodzin czy sylwestra. Czytał książki o kosmosie, interesował się fizyką, uprawiał sport. Zresztą nie pora teraz na wspominki! I tak nic z tych rzeczy się nie przydało. Chociaż właściwie… Gdyby nie dobra kondycja fizyczna, raczej nie mógłby z pięćdziesiątką na karku pracować w brygadzie remontowej, stać godzinami na drabinie z podniesionymi rękami, wyrównując sufity i ściany czy montując rozmaite elementy dekoracyjne. Teraz w modzie jest empire i różne ozdobniki, zwyczajne bielenie sufitu i tapetowanie mało komu już wystarcza, klienci domagają się sztukaterii, choćby taniej, ze styropianu, skleconej w podmoskiewskim warsztacie.

Mieszkanie w domu położonym dwieście metrów od autostrady remontowali przez pięć miesięcy, namęczyli się, nim dogodzili właścicielom, którzy sami właściwie nie wiedzieli, czego chcą, i bez przerwy żądali, żeby „jakoś poprawić”. Parę dni temu pokazało się wreszcie światełko w tunelu, robota zbliżała się do końca, toteż wszyscy w brygadzie postanowili się sprężyć, nie szczędzili sił ani czasu, żeby najpóźniej w niedzielę uwolnić się od znienawidzonego obiektu, a zarazem od właścicieli, na których nie mogli już patrzeć. Do tej pory majster przestrzegał regulaminu pracy, dawał im wolne, najczęściej w soboty i w niedziele, czasami w środku tygodnia – zależy, jak posuwała się robota i czy dowieziono materiały – więc Walerij prawie co tydzień wpadał na dzień albo dwa do swoich, do Tweru, ale podczas tego weekendu musiał pracować. Za to teraz czeka go odpoczynek, sen i jedzenie. Z wyjątkiem majstra nikt w brygadzie nie pochodzi z Moskwy, wszyscy mają rodziny w innych miastach, stęsknili się i pilno im do domu, poza tym urobili sobie ręce po łokcie. Tyrali do drugiej w nocy, przed jedenastą kończyli „głośne” prace, żeby sąsiedzi się nie awanturowali, i jeszcze przez trzy godziny uwijali się po cichu; spali też tam, w obiekcie, na dmuchanych materacach, w ubraniu i bez pościeli, zrywali się o siódmej, pili szybko herbatę, połykali kanapki i od razu zabierali się do pracy. Wszyscy chcieli jak najszybciej skończyć. No i skończyli, chwała Bogu, akurat w niedzielę, więc można jechać do domu.

Po tym, jak majster obejrzał obiekt i odebrał robotę, zgodnie ze zwyczajem posiedzieli razem, odprężyli się, uczcili okazję. Będąc już pod dobrą datą, Walerij Stiecenko pojechał do mieszkania, które wynajmował na obrzeżach Moskwy z kolegami z brygady, braćmi Russu, żeby się umyć, przebrać i spakować. Bracia też przyjechali, zamierzali wszyscy razem wyruszyć na dworzec: mieli po drodze – parę lat temu Mołdawianie Russu osiedlili się z rodzinami w Smoleńsku, więc wracali do domu z Dworca Białoruskiego, a Stiecenko po odsiadce zamieszkał w Twerze, jego pociąg odchodził z Dworca Leningradzkiego. Razem dotrą do metra, dojadą do linii okrężnej i się na nią przesiądą.

Walerij Stiecenko zawsze umiał liczyć pieniądze, nawet po pijaku; dawno by przepadł, gdyby nie potrafił kalkulować. Nawyk pozostał, nie ulotnił się w ciągu lat spędzonych w kolonii karnej, a także podczas długiego okresu posuchy i przypadkowego dorabiania. Najlepszy jest nocny pociąg do Petersburga o pierwszej pięćdziesiąt trzy, są w nim miejsca siedzące, które kosztują tylko sto osiemdziesiąt pięć rubli, więc jedzie się prawie za darmo. Są też inne pociągi w nocy, pełno ich, ale nie w każdym jest wagon z miejscami siedzącymi albo nawet kuszetka, w której bilet kosztuje pięćset dwadzieścia trzy ruble, a więc znacznie drożej, no a gdyby jechać w wagonie sypialnym, to w ogóle można zbankrutować – za miejsce trzeba zapłacić ponad dziewięćset rubli. Walerij nie musi się wylegiwać, sama podróż to nic takiego, na siedząco też dojedzie. Najważniejsze, żeby były bilety na tamten pociąg z miejscami siedzącymi. W przeciwnym razie trzeba będzie zapłacić za miejsce w kuszetce albo, co gorsza, w wagonie sypialnym, a to Walerijowi się nie uśmiecha. Przez pięć miesięcy zarobił niezłą kasę, ale musi oszczędzać. Kto wie, jak długo posiedzi w Twerze, zanim majster złapie nowe zlecenie, zadzwoni i powie: „Przyjeżdżaj, Walerka, robota nie będzie czekać”? Telefon może się odezwać już za tydzień, Stiecenko nawet nie zdąży się wyspać i porządnie najeść, a może dopiero za trzy miesiące. To znaczy, że od początku trzeba oszczędzać. Z drugiej strony, jak tu cokolwiek uciułać, gdy córeczka nie może się doczekać tatusia, który przywiezie pieniądze i nakupi prezentów, nie mówiąc już o artykułach pierwszej potrzeby? Walerij kochał swoją małą psotnicę i rozpieszczał ją, jak tylko mógł.

Powinien jednak się pilnować i nie szastać forsą. Więc chociaż do pociągu było jeszcze sporo czasu, postanowił pojechać wcześniej, razem z braćmi Russu – chciał zdążyć na dworzec przed północą. Wolał zaczekać na swój pociąg, niż przepuścić wszystkie pociągi, a na ten o pierwszej pięćdziesiąt trzy nie będzie już miejsc siedzących. Na dobrą sprawę Walerij może też pojechać tym o zero trzydzieści dziewięć czy zero pięćdziesiąt, albo nawet o pierwszej czy o pierwszej dwadzieścia. Sęk w tym, że gdy wsiądzie do swojego ulubionego pociągu o pierwszej pięćdziesiąt trzy, na dworcu w Twerze spotka Kota, to znaczy Sieńkę Kotowa, który co tydzień z niedzieli na poniedziałek odbiera swoją przyjaciółkę wracającą z Moskwy. Kot będzie samochodem, więc na pewno podrzuci Stiecenkę do domu i nie weźmie pieniędzy, Walerij nieraz się o tym przekonał. A jeśli wybierze inny pociąg, będzie musiał albo czekać na Kota i szlajać się po peronie, albo szukać łebka. Wtedy na nic się zda oszczędzanie.

Po niedawnych zamachach w moskiewskim metrze bracia Russu bali się jeździć koleją podziemną, strach jeszcze ich nie opuścił, ale nie mieli wyjścia, musieli jechać. Żeby nie myśleć o strasznych rzeczach, przez całą drogę gadali jak najęci, usta im się nie zamykały. Stiecenkę ogarnęła irytacja, od wypitego alkoholu huczało mu w głowie, znowu mieszali wódkę z colą dla lepszego efektu, więc paplanina braci go drażniła. Ledwie wytrzymał, aż pociąg dojedzie do Biełoruskiej i Russu wysiądą z wagonu. On musiał się tłuc jeszcze do Komsomolskiej, ale to już niedaleko, raptem trzy przystanki.

– Walerka, to ty, brachu?

Głos rozległ się tuż nad uchem i mimo łoskotu pociągu niemal ogłuszył Walerija. Obrócił się zaskoczony. Jakiś facet, ubrany zwyczajnie, niedrogo, żeby nie powiedzieć biednie, luźna kurtka, za duża o dwa rozmiary – Walerij stwierdził to na pierwszy rzut oka, a oko miał wyćwiczone jeszcze z dawnych czasów, gdy kręcił się wśród cinkciarzy oraz spekulantów i doskonale znał się na ciuchach, firmach i rozmiarach. Workowate spodnie, które tamten miał na sobie, wyglądały na niezbyt czyste. Za to gęba wydawała się mgliście znajoma, ale Walerij nie potrafił sobie na poczekaniu przypomnieć, skąd go zna.

– No ja – odparł ostrożnie. – A ty coś za jeden?

– Nie poznajesz? – Facet spoglądał na niego z rozbawieniem. – Chociaż właściwie nie ma się co dziwić, minęło tyle lat. No dalej, rusz głową, mój drogi, wytęż pamięć.

W końcu Stiecenko sobie przypomniał. Wspomnienie nie należało wprawdzie do przyjemnych, ale nie mógł się wyprzeć znajomości, to fakt. Przypomniał sobie nawet imię faceta – Giennadij. Nazwisko wyleciało mu jednak z głowy, pamiętał, że było zwyczajne, coś jak Iwanow albo Sidorow.

– Co u ciebie? Gdzie mieszkasz, jak żyjesz? – z ożywieniem ciągnął Giennadij.

Stiecenko nie ma się czym specjalnie pochwalić, ale też niczego nie musi ukrywać, w końcu ten Giennadij zna jego najmroczniejsze tajemnice. Odparł więc krótko, nie wdając się w szczegóły, że mieszka w Twerze, pracuje w Moskwie w brygadzie remontowej, zarabia, ile się da, jednym słowem, nie narzeka, choć mogło być lepiej, gdyby miał więcej szczęścia.

Giennadij klepnął go w ramię z uznaniem.

– Dobrze się urządziłeś, brachu. Wiesz co? Chodźmy się gdzieś napić, uczcimy spotkanie, w końcu nie widzieliśmy się kopę lat.

Walerij chętnie by sobie golnął, zwłaszcza za frajer. Ale z drugiej strony, co z pociągiem… Jeżeli nie zdąży na ten o pierwszej pięćdziesiąt trzy, nie wiadomo, kiedy w ogóle dotrze do domu.

– Czekam na pociąg – wybąkał niepewnie.

– O której?

– Ostatni odjeżdża o pierwszej pięćdziesiąt trzy.

– Nie rób z igły wideł! – Giennadij się roześmiał. – Dopiero wpół do dwunastej. Zdążysz dziesięć razy, nawet pieszo, zobacz, jesteśmy już koło Prospektu Mira, stąd tylko dwa kroki do Kałanczowki1. No dalej, ruszaj się, trzeba oblać spotkanie.

– Nie jestem odpowiednio ubrany… – odparł Stiecenko z wahaniem.

Jego strój nadawał się do pociągu, ale w restauracji na pewno by raził.

– Myślisz, że cię zapraszam do knajpy? Wybacz, brachu, ale mnie nie stać, żyję z emerytury, a z nią człowiek nie zaszaleje. Ale mam to i owo przy sobie.

Giennadij mrugnął porozumiewawczo i pokazał szyjkę butelki wystającą z wewnętrznej kieszeni obszernej kurtki.

– Zaraz znajdziemy zaciszny kącik, jakiś plac zabaw dla dzieci, wysuszymy flaszkę i pojedziesz sobie do Tweru do… Masz tam kogoś? Żonę? Czy tylko babę?

Stiecenko miał „tylko babę”, ale mieszkał z nią od wielu lat i wychowywał wspólne dziecko, więc traktował ją jak żonę.

– Żonę – wybąkał niechętnie.

– No to świetnie. A więc idziemy. – Giennadij pociągnął go w stronę otwartych drzwi. – Wzniesiemy toast za jej zdrowie.

Czemu dałem się namówić? – tłukło się Walerijowi po głowie. – Po kiego diabła mi ten koleś? Wolałbym go nie widzieć i nie pamiętać. Warto jednak przepłukać gardło, bo po wódce z colą kac jest wyjątkowo parszywy… Może rzeczywiście mi ulży. I nie będę musiał stawiać. Najważniejsze, że nie wydam forsy.

Wjechali schodami ruchomymi na górę i wyszli na ulicę. Giennadij skręcił w lewo i poprowadził Stiecenkę koło apteki, salonu jubilerskiego i kwiaciarni. Gdy mijali jakieś ogrodzenie, Walerij pomyślał: To pewnie tutaj. Za płotem jest chyba podwórze. Ale Giennadij maszerował dalej.

– Daleko jeszcze? – zapytał z niezadowoleniem.

– Nie bój się, nie zabłądzimy, znam tutaj każdy kamień. – Giennadij uśmiechnął się pod nosem. – Wal za mną śmiało.

Na wszelki wypadek Walerij rzucił okiem w głąb podwórza za ogrodzeniem i zorientował się, że mieści się tam jakieś biuro. Prawie udało mu się odczytać szyld, chyba było tam jakieś stowarzyszenie i restauracja. Rzeczywiście nie mają tutaj czego szukać.

Minęli długi parterowy budynek z zamkniętymi już sklepikami i barami, a Giennadij wciąż parł przed siebie.

– Słuchaj no, tam już widać zakręt – nieśmiało zauważył Stiecenko, którego zaczęło nieznośnie suszyć, może za sprawą przykrych wspomnień, a może był to efekt nieprzerwanego działania wódki z colą. Pragnął dotrzeć na miejsce, otworzyć butelkę i sobie pociągnąć.

– Właśnie tam zasuwamy – niewzruszenie odparł Giennadij.

Skręcili w zaułek Grocholski, przecięli ulicę i po jakichś dwustu metrach znaleźli się w przejściu prowadzącym na podwórze okolone drzewami, za którym znajdował się dom z reklamą salonu ortopedycznego.

– To tutaj? – z nadzieją zapytał Walerij.

– A co? Miejsce pierwsza klasa. W rogu jest altana, widzisz?

Walerij wytężył wzrok – oświetlenie było tylko przy domu, podwórze, drzewa i altana tonęły w nieprzeniknionych ciemnościach. Mężczyzna z trudem wypatrzył altanę, odniósł jednak wrażenie, że w środku ktoś się porusza.

– Tam ktoś jest.

– Wiadomo, bezdomni. – Giennadij machnął ręką. – W niczym nam nie przeszkodzą. Zresztą pewnie już śpią.

Przekradli się do altany, w której rzeczywiście ulokowali się na noc dwaj osobnicy, chyba od dawna niemyci, bo biła od nich niemiła woń.

– Ej, panowie. – Giennadij szturchnął nogą chrapiące i posapujące ciała. – Jazda, wstawać.

Jeden z bezdomnych obudził się i odchrząknął. W ciemności nie było widać twarzy, więc Stiecenko nawet nie mógł stwierdzić, czy mężczyzna jest stary.

– Czego tam?

– Spływajcie stąd, chcemy z kolegą posiedzieć i oblać spotkanie. – Giennadij wyjął z zanadrza dwie butelki piwa i wręczył bezdomnemu. – Idźcie wypić za nasze zdrowie, zluzujcie teren.

Stiecenko zdumiał się, jak wiele potrzebnych i pożytecznych rzeczy kryje się w kieszeniach obszernej kurtki Giennadija: nie tylko flaszka wódki, ale też dwie butelki piwa. Pewnie jest tam również jakaś zagrycha. Walerijowi zrobiło się raźniej na duszy. Co prawda bezdomny wzbudził w nim całkiem uzasadnione obawy: z jakiej racji miałby ustąpić legalnie zajęte miejsce obcym przybyszom? Zaraz zacznie pyskować, rzuci się do bitki… Ale mężczyzna nie zamierzał wszczynać burdy, piwo zrobiło swoje, zaczął budzić towarzysza.

– Wstawaj, Pryszczaty, no dalej, wstawaj, mamy fart, grzejemy za dom, tam se łykniemy…

Drugi bezdomny pozwolił się wyprowadzić. Coś takiego, ależ tutaj jest ciemno, zdziwił się Walerij, przed chwilą niby byli tu jeszcze dwaj faceci, zrobili jednak parę kroków i rozpłynęli się w powietrzu, jakby nigdy nie istnieli. To dopiero dziwy.

Usiedli na ławce pod ścianą, Giennadij wyciągnął butelkę i plastikowe kubeczki, które – jak się okazało – również mieściły się w przepastnych kieszeniach kurtki. Nalał kolejkę. Stiecenko wypił od razu, nawet nie czekał na toast, chociaż doskonale widział, że Giennadij zamierza coś powiedzieć. Ten podniósł swój kubeczek i już otworzył usta, lecz nagle odstawił naczynie na ławkę, nachylił się i zaczął się czemuś przypatrywać.

– Co jest? – Walerij się zdziwił.

– Coś mi przebiegło po nodze, chyba szczur. Nie widzisz?

Stiecenko też się nachylił i przyświecając sobie zapalniczką, zajrzał pod ławkę. Nie zobaczył żadnego szczura, tylko pustą paczkę po papierosach, z dziesięć niedopałków i zgniecione opakowanie po lodach. Nic więcej nie zobaczył. Zupełnie nic.

*

Północna ściana była z litego szkła, Ardajew nie zauważył innych poważnych przeróbek niedużego domu. Szklana ściana to rzecz zrozumiała, w końcu właściciel jest artystą, potrzebuje pomieszczenia na pracownię. Ale dlaczego nic więcej nie zmienił? Nie starczyło mu pieniędzy? Nonsens, Ardajew dowiadywał się swoimi kanałami – dochody tego domorosłego pacykarza są więcej niż przyzwoite, na adaptację domu powinno wystarczyć. Może facet ma węża w kieszeni? Z drugiej strony, stawia samochód pod gołym niebem, nie wybudował garażu ani nawet zwyczajnej wiaty, a przecież taka bryka jest warta sporo kasy, Ardajew się na tym zna. Wygląda na to, że właściciel nie dba o majątek. Czy to możliwe, żeby dusigrosz miał za nic swoją krwawicę? Jeżeli facet naprawdę jest sknerą, to źle wróży. Wprawdzie to nie tragedia, ale taka sytuacja spowoduje pewne trudności. No i kiedy gość wreszcie się zmyje?

Ardajew siedział w samochodzie zaparkowanym dwie przecznice od domu malarza i czekał, aż ten wyjedzie. Wcześniej zasięgnął języka, więc wiedział, że pomoc domowa ma dzisiaj wolne, ponieważ nie pracuje w soboty, a malarz jest zaproszony na przyjęcie z okazji chrzcin kolejnego dziecka kolejnego autorytetu kryminalnego, który postawił sobie za cel zdobycie opinii szanowanego obywatela i zajęcie należnego mu miejsca w elitarnym towarzystwie. Goście zostali sproszeni na trzecią, jest już dwadzieścia po drugiej, a malarz, żeby go pokręciło, wciąż siedzi w domu i nie wychodzi. Widocznie uważa, że nie dotyczą go zasady savoir-vivre’u.

Gdy o wpół do trzeciej Boris Krotow zjawił się na schodach, Ardajew skrzywił się pogardliwie. W dżinsach, bluzie i rozpiętej kurtce – w takim stroju wybiera się na chrzciny? To już gruba przesada! A może chłopak rzeczywiście ma kłopoty finansowe? Czemu nie, to możliwe, wszystkie zarobione pieniądze władował w pracownię i drogi wóz, to przecież facet, który aż do śmierci pozostanie małym chłopcem, kupuje sobie zabawki, a na przyzwoite ubrania już mu nie starczyło. Jeśli tak się rzeczy mają, sprawa wygląda kiepsko. Ubogi artysta nie jest Ardajewowi potrzebny.

Po odjeździe właściciela mężczyzna odczekał jeszcze z dziesięć minut, po czym zamknął auto i nieśpiesznie ruszył w stronę pustego domu. Zaopatrzył się w solidny zestaw wytrychów, spodziewając się ciężkiej i wytężonej pracy, więc był nieco rozczarowany, gdy stwierdził, że zamek w drzwiach wejściowych nie jest wcale skomplikowany. Wślizgnął się do środka, starannie zamknął za sobą drzwi i zabrał się do oględzin pomieszczenia. To, czego szuka, jest najprawdopodobniej niewielkich rozmiarów, w żadnym razie nie może być duże. Jeśli ta rzecz znajduje się tutaj, Ardajew musi szybko zdecydować, od czego zacząć poszukiwania. Szukać trzeba tak, żeby nikomu nawet nie przyszło do głowy, że był tutaj ktoś obcy. Czasu jest dosyć, więc nie ma pośpiechu. Zresztą teren oględzin nie jest wcale duży: na parterze kuchnia, salon i pracownia, a na piętrze sypialnia i przestronna łazienka. Ardajew zauważył schody prowadzące na strych i uznał, że to też jest obiecujące miejsce. Chociaż zależy, jak na to patrzeć: jeżeli malarz zna wartość posiadanej rzeczy, powinna się ona znajdować w sypialni. Nie przechowywałby jej w pracowni albo w salonie, po którym wciąż przewalają się obcy ludzie. Natomiast jeśli rzecz nie przedstawia dla niego żadnej wartości, najprawdopodobniej poniewiera się na strychu wśród starych rupieci. Właściwie los owej rzeczy jest zupełnie niejasny: mogła być strzeżona jak źrenica w oku, mogła też znaleźć się na śmietniku, uznana za bezużyteczną. A jeśli spojrzeć z jeszcze innej strony, nie wiadomo, czemu malarz miałby jej strzec jak źrenicy w oku i się nią nie posłużyć? Mógłby zgarnąć niezłą forsę, gdyby ruszył głową. A więc chyba się na niej nie poznał i to, co cenne, leży gdzieś w stercie nieprzydatnych staroci, a w najlepszym razie trafiło do sypialni jako pamiątka.

Ardajew postanowił zacząć od sypialni. Nic szczególnego, wszystko bardzo zwyczajne i funkcjonalne: szerokie łóżko, szafka nocna, na której leży stosik książek, z każdej wystaje zakładka, jakby właściciel czytał parę tytułów jednocześnie. A może czyta książkę do połowy, rezygnuje, nie chce mu się odłożyć jej na miejsce i zaczyna nową? Czasami tak bywa. Regały z książkami, fotel, komoda z bielizną i skarpetkami, szafa ubraniowa. Na ścianie dwie fotografie w ramkach: na jednej bardzo ładna młoda kobieta, którą Ardajew, rzecz jasna, od razu poznał, na drugiej ta sama kobieta z chłopcem, na oko trzy-, czteroletnim, w którym z wielkim trudem można rozpoznać obecnego właściciela domu. W każdym razie Ardajew za nic by go nie poznał, gdyby nie miał pewności: to nikt inny, tylko on.

Mężczyzna nie oparł się pokusie i otworzył szafę z ubraniami – żywił nieprzepartą słabość do drogich, modnych strojów i do rzeczy, które przyjęło się obecnie nazywać szpanerskimi. Jednakże zawartość mebla go rozczarowała. Na paru wieszakach wisiały bluzy, koszule i dżinsy, a garnituru nie było. Ani jednego. Tymczasem Ardajew był przekonany, że musi ich być co najmniej pięć… Na półkach leżały wyprane i wyprasowane trykotowe koszulki. Wszystko bardzo zwyczajne, żadnego szpanu. Ardajew przejrzał wszystko dokładnie i doszedł do wniosku, że w garderobie malarza panuje kompletny chaos – tanie ubrania, kupione w pierwszym lepszym sklepie albo na rynku, sąsiadowały z bluzami Missoni, koszulkami Versace i dżinsami Prada. Na dolnej półce stały buty, które stanowiły taki sam eklektyczny zbiór tanich i niesłychanie drogich markowych egzemplarzy.

Gdzie w tym pokoju można przechowywać pamiątkową rzecz? Na pewno nie w szufladach z podkoszulkami i slipami! Jedynie w szafce nocnej, na komodzie albo wśród książek. A jeśli rzecz jest niezwykle cenna, to najprawdopodobniej albo w szufladzie komody, albo na którejś półce pod koszulkami i bluzami czy stosem pościeli. Ardajew miał spore doświadczenie, swego czasu nieźle się wyszkolił w przeprowadzaniu nieoficjalnych rewizji, więc oględziny nie zabrały mu dużo czasu, chociaż przeprowadził je starannie i gruntownie. Nic. Jedyną rzeczą, którą udało mu się znaleźć, był akt zgonu matki malarza i dokumenty dotyczące jej pochówku. Gdyby malarz traktował ową rzecz jak pamiątkę, ona też by tutaj leżała. Ale jej nie było.

Ardajew opuścił sypialnię i wąskimi, niebudzącymi zaufania schodami wdrapał się na strych, przeklinając w myślach brud i kurz, od których z pewnością ucierpią jego drogie spodnie i markowe buty. Jednakże wbrew obawom na strychu panowały idealny porządek i czystość, właściwie był to jeszcze jeden pokój przypominający sypialnię dla gości: wersalka, szafka nocna, stolik, fotel, lampy, a nawet gniazdka elektryczne w ścianach. Uwagę Ardajewa przyciągnęła wersalka z pojemnikiem na pościel, do którego wkłada się czasem stare, niepotrzebne rzeczy. Mężczyzna zajrzał do środka i z satysfakcją stwierdził, że się nie mylił: wersalka rzeczywiście służyła jako magazyn starych rzeczy. Były tutaj książki, zardzewiałe hantle, albumy ze szkicami, dwa szklane wazony z brzydkim wzorem, jakieś teczki. I właśnie one zainteresowały Ardajewa w pierwszej kolejności. Skwapliwie rzucił się do rozwiązywania tasiemek i przeglądania zawartości, ale nie znalazł tego, czego szukał. Owszem, były tutaj kartki z życzeniami, które niegdyś przysłano albo wręczono matce malarza z okazji urodzin, Dnia Kobiet albo Nowego Roku, był nawet stary notes Krotowa… Ale przecież Ardajew nie tego szuka! Na wszelki wypadek uważnie przewertował notes i jeszcze raz się przekonał: nie, to nie to. Z całą pewnością nie to.

Westchnąwszy, zszedł na parter i postanowił rozejrzeć się po salonie i po pracowni. Kto go tam wie, tego malarza, wszyscy artyści i twórcy mają swoje dziwactwa. Może Krotow przechowuje rzecz, na której zależy Ardajewowi, właśnie tam, gdzie wciąż kręcą się obcy ludzie? Nie, w salonie nie było odpowiedniego miejsca, w którym można było przechowywać ową rzecz, bez względu na to, czy traktować ją jako coś bardzo cennego, czy jako zwyczajną pamiątkę. Wzrok Ardajewa przykuła marynarka od Kenzo, niedbale rzucona na fotel, na której wylegiwał się olbrzymi, puszysty rudy kocur. W pierwszej chwili Ardajew osłupiał na widok tej profanacji, później poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość: trzeba mieć wyjątkowo lekceważący stosunek do pieniędzy, żeby kupić niesłychanie drogą marynarkę, rzucić ją na fotel i pozwolić, żeby stała się posłaniem dla kota! Sądząc z ilości sierści, marynarka leżała na fotelu od dawna i kot ją sobie całkiem przywłaszczył. Jak to w ogóle możliwe w sytuacji, gdy Krotow zatrudnia pomoc domową? Gdzie ta baba ma oczy? Przez cały dzień siedzi z założonymi rękami? Za co on jej płaci?! Płacenie za taką pracę to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Skandal!

W salonie nie ma nawet porządnego stołu, przy którym można by wygodnie usiąść, żeby coś zjeść, jest tylko niska ława olbrzymich rozmiarów, zawalona niedbale porozrzucanymi gazetami. Gdzie ten błazen je posiłki? Czyżby w kuchni, jak to się robiło w czasach radzieckich? A fe, co za niewybaczalne prostactwo!

Ardajew zajrzał do pracowni, ale nie zauważył tutaj żadnego miejsca, w którym można by przechowywać to, czego szukał. Jego wzrok, wyczulony na drogie rzeczy, od razu wyłowił wśród szmatek do wycierania pędzli złotą zapalniczkę, a także telefon Vertu, który poniewierał się na sfatygowanej sofie obitej złotym brokatem, przeznaczonej zapewne dla pozującej modelki. Tyle że modelka chyba nie siedziała tutaj od dawna: obok telefonu leżało pudełko z ozdobami choinkowymi, opróżnione do połowy opakowanie herbatników maślanych i atrapa pistoletu rodem z amerykańskich westernów. Czyżby malarz pojechał na przyjęcie bez telefonu? Wykluczone. A więc ma jeszcze jeden, może nawet droższy, choć trudno w to uwierzyć, raczej tańszy i gorszy, który zabrał ze sobą. Co ten chłystek ma w głowie, skoro z marynarki Kenzo robi posłanie dla kota, złotą zapalniczkę ciska na stertę szmatek zapaćkanych farbą i posługuje się tanim telefonem, zamiast nosić ze sobą drogi? Ardajewowi pociemniało w oczach ze złości. Jego, Ardajewa, nie stać na kupno Vertu, chociaż długo się przymierzał, a ten… ten… aż brak słów, żeby go odpowiednio określić!

Zacisnął powieki, spróbował rozluźnić mięśnie pleców i zrobił parę głębokich wdechów, zaciskając struny głosowe i wydając z siebie gardłowy pomruk. To zawsze pomagało uspokoić nerwy. Tym razem też podziałało.

Ardajew opuścił dom malarza niezbicie przekonany, że facet ma forsy jak lodu, ale jej nie ceni i łatwo się z nią rozstaje. No cóż, tym lepiej. Dzisiejsze przedsięwzięcie miało podwójny cel: znaleźć poszukiwaną rzecz i spróbować rozszyfrować charakter właściciela domu. Pierwsze zadanie zakończyło się fiaskiem, ale drugie zostało wykonane w stu procentach, a wyniki były wielce satysfakcjonujące.

Ardajew musiał jeszcze doprowadzić do stanu pierwotnego zamek przy drzwiach wejściowych, żeby nikt nie powziął podejrzenia, że doszło do włamania. Poszło mu jak z płatka. Zamek w domu malarza był wyjątkowo prymitywny. Jedyną rzeczą, którą zauważy właściciel, jest to, że klucz będzie się ciężko obracał, jakby zamek się zacinał. Ale dziewięćdziesiąt dziewięć osób na sto nie zwraca na to uwagi.

 
 

1 Kałanczowka – potoczna nazwa stacji kolejowej Moskwa Kałanczowskaja. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

motywy_okladka
motywy_tytulowa
 

Tytuł oryginału: Личные мотивы

Copyright © Aleksandra Marinina, 2011

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2017

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Stronka, 2017

Redaktor prowadzący: Patryk Mierzwa

Redakcja: Magdalena Wójcik

Korekta: Alicja Laskowska

Pro­jekt okład­ki: Mariusz Banachowicz

Kon­wer­sja: Grze­gorz Ka­li­siak

ISBN 978-83-7976-752-6

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

POLECAMY

 
egzekucja_okladka
 
 

Seria tajemniczych zabójstw, psychologiczna rozgrywka i major Kamieńska w zupełnie nowej odsłonie. Czy jej wieloletnie doświadczenie pozwoli wyprzedzić ruchy przeciwnika i powstrzymać egzekucje niewinnych osób?

Rok 2015. Nastia Kamieńska po przejściu na emeryturę pracuje w agencji detektywistycznej swojego dawnego przyjaciela – Władisława Stasowa. Kolejne zlecenie, które ma wykonać w syberyjskim Wierbicku, z początku wydaje się nieskomplikowane. Na miejscu okazuje się jednak, że rosyjska prowincja postawi przed nią zupełnie inne zadanie.

Kamieńska trafia w sam środek lokalnych zatargów. W Wierbicku zbliżają się wybory na mera miasta. W szczytowym momencie przedwyborczych zmagań eskalację napięcia wywołuje fala zagadkowych zabójstw ekologów. Cień podejrzenia pada na władze miasta, tym bardziej że mer i jego przyjaciele zawzięcie bronią fermy zwierząt ukrytej w głuchej tajdze. Kamieńska rozpoczyna własne śledztwo, a to, co odkrywa, przechodzi jej najśmielsze wyobrażenia.

Aleksandra Marinina w swojej najnowszej powieści mistrzowsko kreśli ponury obraz rosyjskiej prowincji i po raz kolejny udowadnia, że nie bez powodu nazywana jest „carycą rosyjskiego kryminału”.

 
 

CARYCA ROSYJSKIEGO KRYMINAŁU POWRACA!

 
zycie_okladka
 
 

Dwa identyczne zabójstwa wstrząsają życiem prowincjonalnego miasta. Na piersiach ofiar sprawca zostawia potłuczone lusterko a z uszu wyrywa kolczyk. Do morderstw dochodzi w dużych odstępach czasu, co wyklucza najprostsze rozwiązania. Kto mógł zabić dwie szanowane obywatelki? Maniak wzorujący się na makabrycznej legendzie czy wyrachowany naśladowca?

Kiedy miejscowa policja postanawia umorzyć śledztwo, zaniepokojony o przyszłość własnych interesów biznesmen zwraca się o pomoc do agencji detektywistycznej Władisława Stasowa. Ze względu na poziom trudności zadania, Stasow przydziela zadanie emerytowanej pułkownik moskiewskiej policji, Nastazji Kamieńskiej. Czy jednak była policjantka poradzi sobie z działaniem pod przykrywką socjologa? Czy uda jej nawiązać współpracę z policją? W końcu: jaką rolę w śledztwie odegra przygarnięty przez Nastię pies?

Marinina wirtuozersko odmalowuje opustoszałe podmiejskie pejzaże rosyjskiej prowincji a napięcie buduje w oparciu o emocje ukryte w dynamicznym stylu narracji.