Modlitwa za Owena - John Irving

Modlitwa za Owena

4,0

Historia osobliwa i wzruszająca, okraszona czarnym humorem, pełna mrocznego, gorzkiego symbolizmu.

Najbardziej niezwykły utwór w dorobku pisarza, łączący elementy powieści inicjacyjnej i surrealistycznej, komedii, rozprawy teologicznej, pamfletu politycznego.

Snując opowieść o dorastaniu pokolenia, któremu przyszło się zmierzyć z doświadczeniem wojny w Wietnamie, autor podjął próbę przeniknięcia tajemnicy ludzkiego losu. Kluczem do niej jest kontrowersyjna postać tytułowego bohatera. Kim jest Owen Meany? Ofiarą ślepego trafu czy też wizjonerem, który przejrzał zamysły samego Boga? Nowym Mesjaszem czy bluźniercą? Zbiorowym sumieniem pokolenia młodych Amerykanów walczących w Wietnamie, czy może wyzwaniem – albo przestrogą? 


John Irving (ur. 1942) – jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy. Debiutował w 1968 roku powieścią „Uwolnić niedźwiedzie”, a jego czwarta książka, „Świat według Garpa”, przyniosła mu rozgłos na skalę światową, została też z sukcesem sfilmowana. Jest znany i podziwiany na całym świecie, a jego powieści zostały przełożone na kilkadziesiąt języków.

Dodaj komentarz


Opowieść o przyjaźni, miłości, inności. Opowieść o tym, że życiu nic nie dzieje się przypadkiem. Historia miejscami dziwna, surrealistyczna. Mimo to wciąga od pierwszej strony. Zakończenie zaś może zaskoczyć. Jedna z lepszych powieści autora.


Irving, kiedy nie pisze kiepskich romansideł, tworzy bardzo ciekawe, ambitne książki. Taka właśnie jest "Modlitwa za Owena" - fascynująca, ambitna, ciekawa, z wspaniałymi bohaterami i niesamowitym zamysłem.


Irving, kiedy nie pisze kiepskich romansideł, tworzy bardzo ciekawe, ambitne książki. Taka właśnie jest "Modlitwa za Owena" - fascynująca, ambitna, ciekawa, z wspaniałymi bohaterami i niesamowitym zamysłem.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

POLECAMY

CZWARTA RĘKA

JEDNOROCZNA WDOWA

MAŁŻEŃSTWO WAGI PÓŁŚREDNIEJ

METODA WODNA

MOJE FILMOWE PERYPETIE. PAMIĘTNIK

RATOWAĆ PROŚKA

REGULAMIN TŁOCZNI WIN

SYN CYRKU

UWOLNIĆ NIEDŹWIEDZIE

WYMYŚLONA DZIEWCZYNA

ZANIM CIĘ ZNAJDĘ

OSTATNIA NOC W TWISTED RIVER

W JEDNEJ OSOBIE

ŚWIAT WEDŁUG GARPA

ALEJA TAJEMNIC

HOTEL NEW HAMPSHIRE

tytulowka.jpg

Tytuł oryginału

A PRAYER FOR OWEN MEANY

Copyright © 1989 by Garp Enterprises, Ltd.

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Strękowska

Zdjęcie na okładce

© Tetra images/Getty Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Janina Rogalska-Koźbiel

Korekta

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-606-1

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Colinowi i Brendanowi

PODZIĘKOWANIA

Autor wiele zawdzięcza pracy pod tytułem „Historia miasta Exeter w New Hampshire” (Boston, 1988) pióra Charlesa H. Bella oraz książce „Akademia Phillips Exeter w New Hampshire: szkic historyczny” (Exeter, N.H., 1983) tegoż autora; z tych właśnie źródeł pochodzą wszystkie wzmianki dotyczące „Historii Gravesend” Walla. Kolejnym niezwykle ważnym źródłem informacji był dla mnie „Almanach wojny w Wietnamie” (Nowy Jork, 1985) autorstwa Harry’ego G. Summersa, Jr. Chciałbym również serdecznie podziękować pułkownikowi Summersowi za jego niezwykle cenną korespondencję. Wielką pomoc okazała mi także wielebna Ann E. Tottenham, dyrektorka szkoły Biskupa Strachana. Jestem jej ogromnie wdzięczny za uwagę, z jaką czytała rękopis. Muszę jednocześnie wyrazić swoją wdzięczność uczennicom oraz pracownikom tejże szkoły; wielokrotnie okazywali mi swą cierpliwość i nie szczędzili czasu. Mam też głęboki dług wdzięczności wobec pracy „Twój głos” autorstwa Roberta Lawrence’a Weera (New York, 1977) – jej korekty i redakcji dokonał Keith Davis. Pan Davis, wielce zasłużony i szanowany nauczyciel śpiewu i solfeżu, okazał ogromną cierpliwość, znosząc moje amatorskie próby „nauki oddychania”. Rady udzielane przez bohatera mej książki „Grahama McSwineya” zawdzięczam verbatim et literatim panu Weerowi. Jestem niezwykle wdzięczny panu Davisowi, że wprowadził mnie w temat. Muszę podkreślić, jak wielkim jestem dłużnikiem książek mojego byłego nauczyciela Fredericka Buechnera: chodzi zwłaszcza o „Wielką przegraną” (Nowy Jork, 1977), „Głodną ciemność” (Nowy Jork: Harper & Row, 1969), a także „Alfabet łaski” (Nowy Jork, 1970). Ogromne znaczenie miała dla mnie korespondencja wielebnego Buechnera, jego uwagi na temat rękopisu oraz wytrwałość jego zachęty – dziękuję ci, Fred. Mam również ogromny dług wdzięczności wobec dr. Hasa E. Bickela („Kapitana”), mistrza granitowego, płk. Charlesa C. Krulaka („Brutala”) oraz Rona Hansena eskortującego ciała. Dziękuję też i wam, Bayardzie i Curcie, moi drodzy kuzyni z Północy.

O nic się już zbytnio nie troskajcie, ale w każdej sprawie wasze prośby przedstawiajcie Bogu w modlitwie i błaganiu z dziękczynieniem.

List świętego Pawła do Filipian

To całkiem poważny problem, że nie mogę sobie właściwie wyobrazić autentycznego, unaoczniającego swoją autentyczność religijnego doświadczenia. Czy Bóg mógłby, nie niszcząc mnie przy tym, ujawnić mi się w taki sposób, który nie zostawia miejsca na wątpliwości? Gdyby nie było miejsca na wątpliwości, zabrakłoby miejsca dla mnie.

Frederick Buechner

Każdy chrześcijanin, który nie jest bohaterem, jest świnią.

Leon Bloy

KIKS

Do końca życia będę pamiętał chłopca o ochrypłym głosie – nie dlatego, że miał taki właśnie głos, ani dlatego, że był najmniejszy w klasie, ani nawet dlatego, że przyczynił się do śmierci mojej matki, ale z tego powodu, iż dzięki niemu wierzę w Boga. Jestem chrześcijaninem tylko za sprawą Owena Meany’ego. Nie zamierzam mówić, że żyję w Chrystusie czy nawet z Chrystusem, a już na pewno nie dla Chrystusa, jak twierdzą niektórzy gorliwcy. Nie znam zbyt dobrze Starego Testamentu, a do Nowego nie zaglądałem od czasu szkółki niedzielnej; tylko kiedy bywam w kościele, słyszę czytane na głos fragmenty. Może lepiej znam ustępy z Biblii, które mogę znaleźć w modlitewniku. Do modlitewnika sięgam dość często, z Biblią mam do czynienia jedynie przy okazji świąt. Modlitewnik jest lepiej uporządkowany.

Do kościoła – co mogę z czystym sumieniem stwierdzić – zawsze chodziłem dość regularnie. Kiedyś należałem do Kościoła kongregacjonalistów – w nim zostałem ochrzczony – a po kilku latach bliższych kontaktów z członkami Kościoła episkopalnego, w tej właśnie wierze przyjąłem bierzmowanie; moja religia stała się bliżej nie określona. Jako nastolatek chodziłem do kościoła, który trudno byłoby zdefiniować. Wreszcie zostałem anglikaninem. Od dwudziestu już lat, od kiedy wyjechałem ze Stanów, należę do Anglikańskiego Kościoła Kanady. Anglikanizm ma wiele wspólnego z Kościołem episkopalnym; tak dalece, że w czasie nabożeństwa w kościele anglikańskim zastanawiam się czasami, czy przypadkiem znowu nie wróciłem na łono Kościoła episkopalnego. Ale nie, raz na zawsze rozstałem się z krajem oraz z Kościołem kongregacjonalistów i episkopalnym.

Gdy umrę, chcę, żeby pochowano mnie w New Hampshire obok matki, ale wszelkie uroczystości religijne mają odbyć się w kościele anglikańskim, zanim moje ciało zostanie narażone na uwłaczającą konieczność przeszmuglowania przez amerykańską kontrolę celną. Wybrane przeze mnie na tę okazję hymny są dość konwencjonalne i można je znaleźć w porządku, w jakim mają być odczytane – lecz nie śpiewane – w modlitewniku. Prawie wszyscy moi przyjaciele znają ten urywek ze świętego Jana, zaczynający się od słów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we mnie wierzy, ma życie wieczne. I jeszcze to: W domu mego ojca jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, tobym wam powiedział. Zawsze podobała mi się szczerość płynąca z tego oto fragmentu Tymoteusza: Nie przynieśliśmy nic na ten świat i z pewnością nic z niego nie zabierzemy. Chciałbym, żeby było to anglikańskie nabożeństwo oparte na modlitwach z modlitewnika, a coś takiego przyprawi o lekki dreszcz moich byłych współwyznawców z Kościoła kongregacjonalistów. Jestem teraz anglikaninem i jako anglikanin zamierzam umrzeć. Co prawda, zdarza mi się czasami opuścić niedzielne nabożeństwo. Nie twierdzę, że uważam się za wyjątkowo pobożnego. Moja nieco chwiejna wiara potrzebuje cotygodniowego zastrzyku. Całą swoją wiarę zawdzięczam Owenowi – chłopcu, z którym się wychowałem i który uczynił ze mnie człowieka wierzącego.

W szkółce niedzielnej wymyśliliśmy sobie zabawę kosztem Owena Meany’ego; był taki niziutki! Mało, że nogami nie sięgał podłogi; kolana nie dochodziły mu do krawędzi ławki, a więc kiedy siedział na krześle, musiał trzymać nogi wyprostowane do przodu jak lalka. Wyglądało to tak, jakby Owen Meany urodził się bez stawów.

Owen był taki malutki, że uwielbialiśmy go podnosić. Nie mogliśmy wręcz oprzeć się tej pokusie. Był lekki jak piórko. W zasadzie to dziwne, bo rodzina Owena trudniła się eksploatacją granitu. Kamieniołomy Granitu Rodziny Meanych zajmowały olbrzymi teren. Maszyny do odstrzeliwania i cięcia granitowych brył były ciężkie i groźne, a sam granit taki surowy i twardy! Ale jedyny widoczny związek Owena z kamieniołomami stanowił pył skalny – szary proszek, który wysypywał mu się z ubrania, kiedy go podnosiliśmy. Chłopiec miał karnację koloru płyty nagrobnej – jego skóra, tak jak perła, odbijała i jednocześnie pochłaniała światło. Czasami wydawał się przezroczysty, zwłaszcza na skroniach, gdzie niebieskie żyłki przeświecały przez skórę (to obok niezwykle małego wzrostu kolejny dowód na to, że był wcześniakiem).

Miał jakiś niedorozwój strun głosowych albo też stracił głos na skutek wszechobecnego pyłu skalnego. Przyczyną mogło być także uszkodzenie krtani bądź tchawicy. A może uderzył go kiedyś w szyję odłamek skały. Owen musiał krzyczeć nosowym głosem, żeby go w ogóle usłyszano.

Wszyscy jednak bardzo go lubiliśmy; dziewczyny wołały na niego „laleczka”, ale on czym prędzej wtedy uciekał od nich i od nas.

Nie pamiętam już, jak się zaczęła ta zabawa z podnoszeniem Owena. Było to w kościele episkopalnym pod wezwaniem Chrystusa w Gravesend w New Hampshire. Nasza nauczycielka, wiecznie znużona kobieta o nieszczęśliwym wyrazie twarzy, nazywała się Walker. To nazwisko1 nawet do niej pasowało, ponieważ jej metoda nauczania w dużej mierze polegała na wychodzeniu z klasy. Pani Walker zaczynała od odczytania pouczającego fragmentu z Biblii. Potem prosiła, abyśmy się poważnie zastanowili nad tym, co usłyszeliśmy. „Macie myśleć w ciszy i skupieniu – mówiła. – Teraz zostawię was samych z waszymi myślami – oznajmiała złowieszczo, tak jakby nasze myśli mogły nas wyprowadzić z równowagi. – Chciałabym, żebyście się nad tym bardzo głęboko zastanowili”. Po tych słowach wychodziła z klasy. Przypuszczam, że dużo paliła, a nie mogła sobie pozwolić na palenie w naszej obecności. „Porozmawiamy o tym, kiedy wrócę”.

Zanim wróciła, zdążyliśmy już zapomnieć, o czym czytała, ponieważ gdy tylko zamykały się za nią drzwi, zaczynaliśmy wariować. Wcale nie bawiły nas samotne rozważania, podnosiliśmy więc Owena i ponad głowami przesyłaliśmy go sobie w przód i w tył. Udawało nam się to bez wstawania z miejsc, na tym zresztą polegała cała zabawa. Ktoś tam podnosił się w ławce – już nie pamiętam kto – chwytał Owena, siadał z powrotem i przekazywał go następnej osobie i tak dalej. Dziewczyny też brały w tym udział, niektórym nawet się to okropnie podobało. Każdy potrafił udźwignąć Owena. Byliśmy bardzo ostrożni – ani razu go nie upuściliśmy. Może tylko trochę gniotła mu się przy tym koszula. Czasami rozwiązywał się krawat; miał tak długi krawat, że musiał go wsuwać za pasek, bo inaczej sięgałby mu do kolan. Niekiedy drobne wypadały Owenowi z kieszeni prosto na nasze twarze. Pieniądze zawsze oddawaliśmy właścicielowi.

Czasami wypadały i karty baseballowe, jeśli je miał przy sobie. Bardzo się wtedy złościł. Musiał trzymać karty w porządku alfabetycznym albo jakoś inaczej je układał, na przykład wszystkich polowych razem. Nie mieliśmy pojęcia o systemie, który sobie wypracował, ale z pewnością jakiś porządek istniał, bo kiedy pani Walker wracała do klasy, a Owen na swoje miejsce, my zaś pooddawaliśmy mu już wszystkie drobniaki i karty, siedział wściekły, porządkując je z zaciętą miną.

Nie grał za dobrze w baseball, ale miał bardzo małą strefę strajku, więc często go wykorzystywaliśmy; nie dlatego, że potrafił porządnie uderzyć piłkę (właściwie to nawet zakazywaliśmy mu w ogóle próbować), ale dlatego, że mógł zarobić bazę darmo. Kiedy graliśmy w Małej Lidze, często odmawiał, a raz nawet oświadczył, że nie będzie rzucał, o ile nie pozwolimy mu odbić piłki. Ale nie było dostatecznie małego kija, który by nie pociągnął go za sobą; takiego, co by go nie walił po plecach i nie wyrzucał z bazy nosem do ziemi. Więc po upokarzającej scenie, kilkakrotnie usiłując odbić piłkę, Owen Meany nie trafił w nią i na dodatek się przewrócił. Decydował się na następującą formę upokorzenia: kucał bez ruchu na bazie domowej, gdy miotacz celował w jego strefę strajku, nigdy właściwie nie trafiając.

Owen w każdym razie uwielbiał swoje karty baseballowe i z jakichś niezrozumiałych powodów uwielbiał też samą grę, mimo że była dla niego taka okrutna. Przeciwnicy próbowali go zastraszyć. Mówili, że jeśli nie odbije ich piłek, walną w niego. „Masz głowę większą niż strefa strajku” – powiedział mu jeden z miotaczy. Więc Owen Meany już po uderzeniu piłką biegł do pierwszej bazy.

W grze między bazami był prawdziwą gwiazdą. Nikt nie umiał tak obiec baz jak Owen. Jeśli nasza drużyna potrafiła się utrzymać dostatecznie długo w ataku, Owen Meany mógł ukraść bazę domową. Wykorzystywaliśmy go w ostatnich zmianach. Meany był dobry w ataku; nazywaliśmy go Meany spryciulka. W obronie był jednak beznadziejny – bał się piłki, zamykał oczy, kiedy się do niego zbliżała, a jeśli jakimś cudem udawało mu się ją złapać, nie potrafił jej odrzucić – miał za małą dłoń. Skarżył się przy tym w taki dziwaczny sposób! Gdy użalał się nad sobą, miał tak nietypowy głos, że udawało mu się wzbudzać w słuchających sympatię.

Kiedy w szkółce niedzielnej trzymaliśmy Owena w górze – zwłaszcza wysoko w górze – śmiesznie protestował! O ile sobie przypominam, nawet specjalnie go dręczyliśmy, żeby tylko usłyszeć jego głos. Czasami mi się wydawało, że ten głos należy do istoty z innej planety. Teraz jestem całkowicie przekonany, że był to głos nie z tego świata.

– Puśćcie mnie! – krzyczał Owen zduszonym, ale donośnym falsetem. – Dosyć tego! Wystarczy! Puśćcie mnie, dupki!

A myśmy go po prostu podawali dalej. Za każdym razem podchodził do tej zabawy z coraz większą rezygnacją. Robił się sztywny, już nie walczył. Uniesiony do góry, prowokacyjnie krzyżował ramiona na piersiach i patrzył groźnie w sufit. Czasami łapał za krzesło już w momencie, kiedy pani Walker wychodziła z klasy. Trzymał się go kurczowo jak ptaszek w klatce, który wczepia się w swój drążek, ale łatwo go było oderwać, bo miał łaskotki. Szczególnie zręcznie robiła to niejaka Sukey Swift. Wystarczyło, żeby go dotknęła – wyrzucał ramiona i nogi w górę i bez oporu dawał się podnieść.

– Tylko bez łaskotania! – ostrzegał, ale to my ustalaliśmy reguły gry. Nigdy nie słuchaliśmy przy tym Owena.

Pani Walker wracała w końcu do klasy, zastając go w górze. Jeśli stosowała biblijną wykładnię swego polecenia, byśmy „myśleli bardzo głęboko”, może wydawało się jej, że jakąś nadzwyczajną mocą naszego wspólnego wysiłku umysłowego udało nam się doprowadzić Owena Meany’ego do lewitacji. Może sądziła, że Owen unosił się ku niebiosom w rezultacie pozostawienia nas sam na sam z naszymi myślami.

Reagowała jednak zawsze tak samo – brutalnie, bez krzty wyobraźni, jak ostatnia tępaczka.

– Owen! – wrzeszczała. – Owen Meany, wracaj natychmiast na miejsce! Złaź stamtąd!

Czego pani Walker mogła nas nauczyć o Biblii, skoro była na tyle głupia, by uważać, że Owen Meany sam wzniósł się do góry?

Owen zachowywał się w takiej sytuacji z niezwykłą godnością. Nigdy nie mówił: „To oni! Oni zawsze tak! Podnoszą mnie do góry, rozrzucają mi pieniądze, robią bałagan w moich kartach baseballowych i nigdy mnie nie spuszczają na ziemię, kiedy ich o to proszę. A co pani myśli, że zacząłem fruwać?”.

Chociaż Owen często się wobec nas uskarżał, nigdy nie skarżył na nas. Czasami udawało mu się zachować stoicki spokój, kiedy był w górze, ale spokoju tego nigdy nie tracił, gdy pani Walker zarzucała mu, że zachowuje się jak dziecko. Ani razu się na nas nie poskarżył. Nie był donosicielem. Owen Meany był ilustracją męczeństwa, prawie równie wymowną, jak niektóre historyjki z Biblii. Prawdziwy męczennik.

Tak, jakby nie żywił do nas żadnej urazy. I chociaż najbardziej wyrafinowane formy dokuczania zostawialiśmy na niedzielę, unosiliśmy Owena w górę także przy innych okazjach, o wiele bardziej spontanicznie. Któregoś dnia został powieszony za kołnierz na wieszaku w sali konferencyjnej. Nawet wtedy nie walczył – wisiał cicho i czekał, aż go zdejmą. Kiedy indziej po gimnastyce ktoś go powiesił na wieszaku w szafce i zamknął w środku.

– To wcale nie jest śmieszne! Wcale! – krzyczał tak długo, aż przyznano mu rację i uwolniono od towarzystwa gatek gimnastycznych nie większych od procy.

Skąd mógłbym wtedy wiedzieć, że Owen jest bohaterem?

Zacznijmy jednak od tego, że nazywam się Wheelwright, a Wheelwrightowie w naszym mieście bardzo się liczyli. Wheelwrightowie nie czuli zbytniej sympatii do Meanych. Nasza rodzina była matriarchalna, ponieważ dziadek zmarł bardzo młodo i zostawił babkę samą, ale poradziła sobie pierwszorzędnie. Ze strony babki (nazywała się z domu Bates, a jej rodzina przypłynęła do Ameryki na „Mayflower”) jestem potomkiem Johna Adamsa. Jednakże w naszym miasteczku większym poważaniem cieszyło się nazwisko dziadka, a babka obnosiła się z nim z taką pewnością siebie, jakby sama pochodziła z Wheelwrightów, a oprócz tego była i Adams, i Bates.

Miała na imię Harriet, ale prawie wszyscy zwracali się do niej pani Wheelwright, a już na pewno wszyscy z rodziny Owena Meany’ego. Mam wrażenie, że babce nazwisko Meany kojarzyło się nieodmiennie z George’em Meanym – robotnikiem palącym cygara. Połączenie związków zawodowych z cygarami niezbyt odpowiadało Harriet Wheelwright. (O ile wiem, George Meany nie był krewnym żadnego Meany’ego z naszego miasteczka).

Wychowałem się w Gravesend w New Hampshire. Nie było tam żadnych związków zawodowych. Kilku palaczy cygar, ale ani jednego związkowca. Miasteczko, w którym się urodziłem, zostało zakupione od wodza indiańskiego w roku 1638 przez wielebnego Johna Wheelwrighta; nazwano mnie właśnie na jego cześć. W Nowej Anglii wodzów indiańskich i starszyznę nazywało się „sagamore’ami”, ale kiedy ja byłem chłopcem, jedynym Sagamore, jakiego znałem, był pies myśliwski – suka sąsiadów – który tak właśnie się wabił. (Nie przypuszczam, żeby miało to jakiś związek z indiańskimi przodkami suki – wynikało raczej z ignorancji właścicieli.) Pan Fish, właściciel Sagamore i zarazem nasz sąsiad, powtarzał mi, że suka zawdzięcza swe imię nazwie jeziora, w którym kąpał się w lecie, „gdy był chłopcem”. Tak twierdził pan Fish. Biedaczek. Nie miał pojęcia, że słowo to oznacza indiańskiego wodza bądź starszyznę, a nazwanie głupiego labradora Sagamore z pewnością może kogoś śmiertelnie obrazić. I tak też się stało.

Amerykanie jednak nie są zbyt mocni w historii, więc przez wiele lat – dzięki informacjom sąsiada – żyłem w przekonaniu, że „sagamore” to indiańskie słowo na określenie jeziora. Psi Sagamore zginął pod kołami ciężarówki z pieluszkami i dzisiaj mam wrażenie, że za ten wypadek odpowiedzialność ponoszą bogowie niespokojnych wód obrzucanego obelgami jeziora. Historia byłaby znacznie zabawniejsza, gdyby to pan Fish, a nie jego suka, został przejechany przez ciężarówkę wyładowaną pieluszkami. Wszelkie jednak rozważania na temat bogów, jakichkolwiek bogów, sprowadzają się do opowieści o zemście na niewinnych. (Takie jest moje zdanie, choć często spotykam się z ostrym sprzeciwem znajomych z Kościołów kongregacjonalistycznego, episkopalnego i anglikańskiego).

Wracając zaś do mojego przodka Johna Wheelwrighta… Wylądował on w Bostonie w roku 1636 i dwa lata później dosłownie wykupił nasze miasteczko. Pochodził z wioski Saleby z Lincolnshire w Anglii i nikt właściwie nie wie, dlaczego nazwał je Gravesend. Z pewnością nie miał żadnych powiązań z brytyjskim Gravesend; choć niewątpliwie stamtąd pochodziła inspiracja nazwy. Wheelwright był absolwentem Cambridge – grał w piłkę nożną z Oliverem Cromwellem, który Wheelwrighta (jako zawodnika) tyleż wielbił, co uważał za idiotę. Oliver Cromwell był przekonany, że Wheelwright gra złośliwie i nieczysto i że doszedł do perfekcji w stosowaniu triku polegającego na obaleniu przeciwnika, a potem przewróceniu się na niego. Gravesend (to angielskie) znajduje się w Kent – dość daleko od boiska Wheelwrighta. Może mieszkał tam jakiś jego przyjaciel, może był to przyjaciel, który wraz z nim zamierzał wyruszyć do Ameryki, ale nie udało mu się wyjechać z Anglii; albo zmarł w drodze?

Jak czytamy w napisanej przez Walla „Historii Gravesend”, wielebny John Wheelwright był dobrym kapłanem Kościoła anglikańskiego aż do czasu, kiedy zaczął „kwestionować znaczenie pewnych dogmatów”. Został purytaninem i potem już władze kościelne zabroniły mu nauczać z powodu „odstępstwa od doktryny”. Mam wrażenie, że swoje kłopoty z religią oraz upór zawdzięczam mojemu przodkowi, który spotkał się z krytyką Kościoła anglikańskiego nie tylko, zanim wyruszył do Nowego Świata. Tuż po przyjeździe do Ameryki popadł w konflikt ze swoimi współwyznawcami w Bostonie. Wielebny Wheelwright wraz z osławioną panią Hutchinson został wygnany z Kolonii Zatoki Massachusetts z powodu zakłócania „spokoju publicznego”. Tak naprawdę to nie powiedział nic wywrotowego, tylko sformułował nieortodoksyjną opinię na temat pozycji Ducha Świętego, w Massachusetts jednak oceniono go bardzo surowo. Odebrano mu broń. Następnie wraz z rodziną oraz kilkoma dzielnymi zwolennikami popłynął na północ od Bostonu w kierunku Wielkiej Zatoki. Aby tam dotrzeć, musiał najpierw minąć duże, wcześniej założone placówki New Hampshire – to, co nazywano wtedy Strawbery Banke u ujścia Pascataqua (obecnie Portsmouth) – a także osadę w Dover.

Wheelwright ruszył z Wielkiej Zatoki wzdłuż rzeki Squamscott. Dotarł aż do wodospadu, gdzie słodka woda zlewa się ze słoną. Ostępy leśne musiały wtedy być gęste. Indianie pewnie nauczyli go łowić ryby. Według „Historii Gravesend” Walla biegły tamtędy „trawiaste ścieżki” oraz znajdowały się w owych okolicach „bagna, do których docierały wody przypływu”.

Miejscowy wódz nazywał się Watahantowet. Zamiast podpisu odcisnął na dokumencie znak swego totemu – bezrękiego człowieka. Później doszło do niezbyt interesujących dyskusji na temat indiańskiego dokumentu, a także ciekawszych rozważań, dlaczego totemem Watahantoweta jest bezręki człowiek. Jedni uważali, że postać ta symbolizuje stan ducha wodza, który oddając ziemię, czuje się, jakby ucinano mu rękę, inni twierdzili, że wcześniejsze „znaki” wodza przedstawiają wprawdzie postać bez rąk, lecz z piórem w ustach. Miało to podobno wyrażać frustrację Watahantoweta z powodu tego, że nie potrafi pisać. Jednakże w kilku innych wersjach totemu przypisywanego Watahantowetowi postać ma tomahawk w ustach i niesamowicie dziki wyraz twarzy. Kiedy indziej wykonuje gest pokoju – mimo że bez rąk i z tomahawkiem w ustach. Wszystko razem, być może, oznacza, że Watahantowet nie walczy. Jeśli zaś chodzi o omawiany dokument, możecie być pewni, że to nie Indianie odnosili korzyści wynikające z różnicy zdań w tej kwestii.

A jeszcze później miasto nasze zaczęło podlegać władzom Massachusetts, co być może wyjaśni, dlaczego ludność Gravesend po dziś dzień nienawidzi mieszkańców Massachusetts. Pan Wheelwright przeprowadził się do Maine. Stuknęła mu już osiemdziesiątka, kiedy przemawiał w Harvardzie, apelując o wsparcie finansowe na odbudowę części college’u zniszczonego przez pożar, czym dowiódł, że miał z mieszkańcami Massachusetts znacznie mniej na pieńku niż obywatele Gravesend. W wieku lat dziewięćdziesięciu Wheelwright zmarł w Salisbury jako duchowy przywódca miejscowej wspólnoty religijnej.

Przyjrzyjmy się teraz liście nazwisk założycieli Gravesend – nie znajdziemy wśród nich żadnego Meany’ego:

Barlowe

Blackwell

Cole

Copeland

Crawley

Dearborn

Hilton

Hutchinson

Littlefield

Read

Rishworth

Smart

Smith

Walkner

Wardell

Wentworth

Wheelwright

Matka nigdy nie zrezygnowała ze swego panieńskiego nazwiska, ale chyba nie tylko dlatego, że nazywała się Wheelwright. Miała poczucie dumy niezależnie od dziedzictwa rodziny. Wydaje mi się, że zachowałaby swoje nazwisko panieńskie, nawet gdyby była z domu Meany. A mnie w tamtych czasach nie spotykały żadne przykrości z tego powodu, że nazywałem się tak jak ona. Byłem małym Johnnym Wheelwrightem, wychowującym się bez ojca, i wcale mi to wtedy nie przeszkadzało. Nigdy nie narzekałem. Nie opuszczało mnie przekonanie, że któregoś dnia matka opowie mi wszystko – kiedy będę już na tyle duży, aby zrozumieć. Najwyraźniej była to historia, do której trzeba dorosnąć. I dopiero gdy umarła, nie zdradziwszy ani słowem swojej opinii na temat mojego ojca, poczułem się oszukany, pozbawiony informacji, która mi się należała. Dopiero po śmierci matki poczułem, że jestem na nią odrobinę zły. Czy to nie egoizm z jej strony, że nie powiedziała mi nic na jego temat? Nawet jeśli tożsamość mojego ojca i związana z nim opowieść były dla matki bolesne, nawet jeśli historia ta kryła coś, co mogłoby postawić obydwoje rodziców w niekorzystnym świetle.

Naturalnie – jak Owen Meany słusznie zauważył – miałem tylko jedenaście lat, kiedy moja zaledwie trzydziestoletnia matka umarła. Pewnie jej się wydawało, że zdąży mi wszystko opowiedzieć. Zdaniem Owena Meany, matka wcale nie przeczuwała, że niedługo umrze.

Rzucaliśmy z Owenem kamienie do rzeki Squamscott – słonej rzeki przynoszącej wody przypływu. Właściwie powinienem powiedzieć, że to ja rzucałem kamienie, bo kamienie Owena lądowały w mule; był właśnie odpływ i woda znajdowała się zdecydowanie za daleko jak na jego słabe i wątłe ręce. Nasze kamienie przeszkadzały polującym na śledzie mewom, które dziobały w błocie po drugiej stronie Squamscott porośniętym podmokłą trawą.

Był gorący, parny, letni dzień. Przesiąknięta solą woń moczarów podczas odpływu była wyjątkowo silna. Owen Meany twierdził, że ojciec dowie się o śmierci matki i że kiedy będę już dorosły – odnajdzie mnie i powie, że to on jest moim tatą.

– Jeśli nadal żyje – odrzekłem, nie przestając rzucać kamieniami. – Jeśli nadal żyje i w ogóle obchodzi go to, że jest moim ojcem.

I chociaż tego dnia mu nie uwierzyłem, właśnie wtedy Owen Meany rozpoczął swoje pracowite dzieło, które doprowadziło mnie do wiary w Boga. Owen rzucał coraz mniejsze kamienie, ale nadal nie wpadały do wody. Z pewnością mógł odczuwać drobne zadowolenie, słysząc plusk kamienia lądującego na mulistym brzegu, ale zdecydowanie bardziej wolałby plusk wody. I tak zupełnie od niechcenia, z przekonaniem, które zaskakująco kontrastowało z jego drobną postacią, Owen Meany oświadczył mi, że nie ma najmniejszej wątpliwości, iż mój ojciec żyje i wie, że jest moim ojcem, i że Bóg wie, kto jest moim ojcem. Nawet jeśli ojciec nigdy nie ujawni się mnie, Bóg mi objawi, kto nim jest, oświadczył Meany. „Może ty nie będziesz znał swojego ojca, ale on nie ukryje się przed Bogiem”, zapewnił.

I po tym oświadczeniu odchrząknął, rzucając kamień, który wreszcie, niespodziewanie dla nas obu, doleciał do wody. Tego dnia nie rzuciliśmy już ani jednego kamienia. Staliśmy zapatrzeni w rozszerzające się na powierzchni rzeki kręgi, aż do chwili kiedy nawet mewy nabrały pewności, że już im nie będziemy przeszkadzać, i wróciły na nasz brzeg Squamscott.

Przez lata całe w naszej rzece łowiono wspaniałe łososie i nie było mowy o tym, żeby trafił się jakiś śnięty. Odwrotnie niż dzisiaj. Kiedyś było tu także w bród śledzi. Nawet jeszcze wtedy, gdy byliśmy z Owenem mali. Łowiliśmy je. Gravesend jest oddalone od oceanu dosłownie o dziewięć mil. I chociaż Squamscott nigdy nie była Tamizą, dawno temu wielkie transatlantyki docierały do Gravesend. Od tamtej jednak pory w rzece zaczęły zalegać pokłady skał i zwały piasku, tak więc żaden statek o większej wyporności nie mógł tędy przepłynąć. I chociaż ukochana kapitana Smitha Pocahontas zakończyła swą ziemską wędrówkę w ziemi brytyjskiej na cmentarzu parafialnym prawdziwego Gravesend, Watahantowet, pozbawiony duchowego ramienia, nigdy nie został pochowany w naszym Gravesend. Jedynym Sagamore, któremu w naszej osadzie sprawiono oficjalny pogrzeb, był czarny labrador pana Fisha, przejechany na Front Street przez ciężarówkę z pieluchami. Psa pogrzebano w rozarium mojej babki z wszelkimi honorami, jakie oddały mu dzieci z sąsiedztwa.

Przez prawie sto lat w Gravesend żyło się głównie z produkcji materiałów budowlanych – to najwcześniejszy i najważniejszy zarazem przemysł w New Hampshire. I chociaż New Hampshire określa się jako stan granitu – granitu używanego w budownictwie, do nawierzchni dróg i na nagrobki – to granit zajmował drugie miejsce po drewnie. Właściwie kiedy wycięło się już całe drewno, pozostawały jeszcze skały, ale granit znajdował się przede wszystkim pod ziemią.

Mój wuj – wuj Alfred – zajmował się drewnem. Pracował w Przedsiębiorstwie Obróbki Drewna Eastmanów. Ożenił się z siostrą mojej matki, ciotką Martą Wheelwright. Pamiętam, że kiedy jako mały chłopiec jeździłem odwiedzić swoje rodzeństwo cioteczne, piętrzyły się tam zawsze zwały drewnianych kloców i kłód, i nawet sobie przypominam, że uczestniczyłem w jakichś zawodach toczenia pni drzewa. Chyba nie miałem jednak dostatecznego doświadczenia, żeby rywalizować z kuzynami. Teraz zaś firma wuja Alfreda przeszła w ręce moich kuzynów, którzy zabrali się za handel nieruchomościami. W New Hampshire po wycięciu wszystkich drzew tylko to pozostało do sprzedania.

Ale w stanie granitu zawsze będzie dosyć granitu, a rodzina Owena Meany’ego właśnie nim się zajmowała, chociaż nie był to rodzaj przedsiębiorstwa, którego by sobie można życzyć w naszym niewielkim nadmorskim miasteczku w New Hampshire, mimo iż kopalnia Meanych znajdowała się w miejscu określanym przez geologów jako plutoniczny masyw Exeter. Meany mawiał, że mieszkańcy Gravesend siedzą na prawdziwej żyle wulkanicznej skały intruzyjnej – wypowiadał te słowa z wyraźnym szacunkiem, tak jakby mieszkańcy Gravesend uważali skały plutoniczne za równie cenne jak żyła złota.

Moja babka, prawdopodobnie ze względu na swych przodków z „Mayflower”, zdecydowanie bardziej wolała drzewa od skał. Mając na uwadze względy, których mi nigdy nie wyjaśniono, Harriet Wheelwright uważała, że drewno to zajęcie czyste, granit zaś łączy się z brudem. Zupełnie tego nie rozumiałem, skoro mój dziadek parał się szewstwem. Niestety, zmarł, zanim się urodziłem, więc jego słynne postanowienie, aby jednak nie zezwolić na działalność związkową w warsztacie, docierało do mnie tylko w formie pogłoski. Babka sprzedała fabryczkę zupełnie nieźle, ja zaś wychowałem się, wysłuchując poglądów, jak to wspaniale jest mordować drzewa, aby tym sposobem zarabiać na życie. I jak nisko upadli ci, co zajmują się skałami. Wszyscy znamy tych, którzy dorobili się na drewnie – jednym z nich był mój wuj Alfred Eastman. Czy kto natomiast kiedy słyszał o kamieniarskich baronach?

Granitowe kamieniołomy rodziny Meanych w Gravesend są teraz nieczynne. Przekopana ziemia z głębokimi i niebezpiecznymi zbiornikami wody nie przedstawia żadnej wartości nawet jako nieruchomość. Według matki zresztą nigdy takiej wartości nie miała. Matka twierdziła, że w Gravesend już za czasów jej młodości kamieniołomy nie były czynne i że chociaż ich ożywiona działalność pod zarządem rodziny Meanych przeżywała wzloty i upadki, z góry skazana była na niepowodzenie. Zdaniem matki, z ziemi wydobyto już najlepszy granit, zanim Meany’owie zjawili się w Gravesend. Jeśli zaś chodzi o konkretną datę ich przybycia, mówiono mi zawsze, że miało to miejsce „mniej więcej wtedy, kiedy się urodziłem”. Ponadto tylko niewielką część granitu opłaca się wydobywać – reszta ma różne skazy, a nawet jeśli jest to dobra skała, trudno ją wydostać na powierzchnię bez uszkodzenia.

Owen bez przerwy opowiadał o fundamentach, o pomnikach. Na prawdziwy pomnik, jak mawiał, potrzeba olbrzymiego, równo uciętego, gładkiego bloku granitu bez żadnego uszczerbku. Subtelność, z jaką Owen o tym mówił, w połączeniu z delikatnością jego postury stanowiła absurdalny kontrast w stosunku do olbrzymich, ciężkich odłamów skalnych, jakie widzieliśmy na ciężarówkach, oraz do przenikliwego hałasu kamieniołomów, przeszywającego odgłosu świdra wwiercającego się w kamień na koparce wzdłużnej, zwanej przez Owena Korytkiem, i dynamitu.

Czasami zastanawiałem się, jak to możliwe, że Owen nie ogłuchł. Tym dziwniejsze wydawało się, że jest taki malutki i że coś jest nie tak z jego głosem, skoro uszy ma w porządku, przecież praca przy granicie wiąże się z ogłuszającym hukiem.

To właśnie dzięki Owenowi poznałem „Historię Gravesend” Walla, choć całą książkę przeczytałem dopiero pod koniec nauki na Akademii Gravesend, kiedy była mi potrzebna do opracowania dziejów miasta. Owen przeczytał ją, zanim skończył dziesięć lat. Powiedział mi, że w książce aż roi się od Wheelwrightów.

Urodziłem się w domu Wheelwrightów przy Front Street. I często zastanawiałem się nad tym, dlaczego matka zdecydowała się wydać mnie na świat, skoro później i tak niczego mi nie wyjaśniła – mnie ani też swojej matce czy siostrze. Matka nie miała tupetu. Jej ciąża i nieprzejednane milczenie na ten temat stanowiły tym większe zaskoczenie, że była osobą spokojną i skromną.

Powiedziała tylko tyle, że poznała tego mężczyznę w pociągu linii Boston & Maine.

Moja ciotka Marta kończyła wtedy college i była już zaręczona, matka zaś oświadczyła, że nawet nie zamierza starać się o przyjęcie do college’u. Dziadek umierał, więc babcia najprawdopodobniej całą uwagę skupiła na nim i nawet nie przyszło jej do głowy zmuszać matkę do tego, czego rodzina wymagała od ciotki Marty, czyli zdobycia wykształcenia na poziomie szkoły średniej. Matka twierdziła, że skoro dziadek jest obłożnie chory, może być potrzebna w domu – mogłaby trochę odciążyć babcię w tej trudnej, pełnej napięcia sytuacji. Jednocześnie wielebny Lewis Merrill, pastor z kościoła kongregacjonalistów, a także dyrygent chóru, w którym śpiewała matka, przekonał moich dziadków, że ma ona głos, który warto szkolić. Pastor uważał, że zainwestowanie w profesjonalne szkolenie jej głosu jest równie sensowne jak w wykształcenie, jakie może dać college.

Zawsze odnosiłem wrażenie, że na tym etapie życia matka kierowała się sprzecznymi motywami w postępowaniu. Jeśli śpiew i szkolenie głosu były dla niej tak ważne, to dlaczego zorganizowała wszystko tak, że lekcje miewała tylko raz w tygodniu? A jeśli dziadkowie zgadzali się ze zdaniem Merrilla na temat jej głosu, to dlaczego tak bardzo sprzeciwiali się temu, żeby raz w tygodniu nocowała w Bostonie? Ja uważałem, że powinna była przenieść się wtedy do Bostonu i mieć lekcje codziennie! Przypuszczam jednak, że przyczyną takiej sprzeczności była nieuleczalna choroba dziadka – matka pragnęła pomagać w domu, a babcia chciała ją mieć przy sobie.

Matka miała wtedy rano szkolenie głosu czy lekcję śpiewu. Znaczy to, że musiała spędzić poprzednią noc w Bostonie, oddalonym od Gravesend o półtorej godziny jazdy pociągiem. Jej nauczyciel śpiewu był rozchwytywany; mógł poświęcić matce czas tylko wcześnie rano. I tak miała szczęście, że w ogóle chciał udzielać jej lekcji, bo przeważnie zajmował się zawodowymi śpiewakami, jak twierdził wielebny Lewis Merrill, a chociaż matka i ciotka Marta zaliczyły wiele godzin śpiewu w chórze kościelnym, matka nie była profesjonalistką. Miała po prostu śliczny głos i na swój pogodny, wręcz nieśmiały sposób postanowiła zrobić wszystko, żeby go szkolić.

Decyzja matki, by przerwać naukę, została przyjęta przez rodziców spokojniej niż przez siostrę. Kochana ciotka Marta do takiego postanowienia była usposobiona mało przychylnie, wręcz niechętnie. Chociaż może nie tak bardzo. Matka miała lepszy głos, była ładniejsza. Kiedy razem dorastały w wielkim domu przy Front Street, to właśnie ciotka Marta przyprowadzała chłopców z Akademii Gravesend, żeby ich przedstawić dziadkom. Marta była starsza i ona pierwsza przyprowadzała do domu chłopaków, jak mawiała matka. Ale wystarczyło, żeby chłopcy zobaczyli matkę; nawet gdy była jeszcze za młoda, żeby się z nimi umawiać na randki! Na tym zwykle kończyła się ich znajomość z Martą.

Aż tu nagle coś takiego! Niespodziewana ciąża! Według ciotki Marty dziadek i tak „był już jedną nogą na tamtym świecie” – tak bliski śmierci, że nie zdążył się o tej ciąży dowiedzieć, „chociaż matka nie starała się tego ukryć”, jak twierdziła ciotka Marta. Biedny dziadek, powiedziała mi kiedyś ciotka, zmarł „dziwiąc się, że twoja matka tak bardzo przytyła”.

Za czasów ciotki Marty każdy, kto wychował się w Gravesend, wiedział, że Boston to miasto grzechu. I chociaż matka zatrzymywała się w wielce szacownym i dobrze strzeżonym hoteliku dla samotnych kobiet, udał jej się „skok w bok”, jak to określała ciotka Marta, z facetem z Boston & Maine.

Moja matka była taka spokojna, tak do niej nie pasowała jakakolwiek krytyka czy potwarz, że określenie użyte przez Martę wcale nie wprawiało jej w zakłopotanie. Właściwie to nawet słyszałem, jak sama wypowiadała to słowo z czułością.

– Mój ty skoku – przemawiała niekiedy do mnie pieszczotliwie.

To od rodzeństwa ciotecznego po raz pierwszy usłyszałem, że moja matka była uważana za dość „łatwą dziewczynę”. Dowiedzieli się tego pewnie od swojej matki – ciotki Marty. Kiedy ową insynuację, to znaczy „że była dość łatwa”, wypowiedziano wobec mnie, nie miała już ona tak ostrego wydźwięku – matka nie żyła od dziesięciu lat.

Ale nie chodziło jedynie o to, że była piękna i miała piękny głos przy niewątpliwym braku szczególniejszych walorów umysłowych. Ciotka Marta słusznie przypuszczała, że dziadek i babcia ją rozpieszczali. Nie tylko dlatego, że była najmłodsza, ale także dlatego, że miała takie, a nie inne usposobienie – nigdy nie wpadała w złość czy przygnębienie, nie miewała napadów złego humoru ani nie użalała się nad sobą. Miała taki słodki charakter, że trudno było się na nią gniewać. Zdaniem ciotki Marty, nigdy „nie było po niej widać, że może być stanowcza”. Po prostu robiła to, co chciała, a później mówiła z przekonaniem: „Och, to okropne, że sprawiłam wam przykrość. Za to teraz będę dla was tak czuła, żebyście mi wybaczyli i kochali mnie, jakbym nie zrobiła nic złego”. I to działało!

Działało do chwili jej śmierci. Wtedy nie mogła już obiecać, że w jakikolwiek sposób wynagrodzi nasz żal. Tego nie mogła już uczynić.

I nawet kiedy nadal robiła to, co chciała, i bez żadnych wyjaśnień urodziła mnie i nazwała na cześć założyciela Gravesend – nawet później, gdy już udało się jej przekonać o tym swoją matkę i siostrę, a także miasto (nie mówiąc o kościele kongregacjonalistów, gdzie nadal śpiewała w chórze i często uczestniczyła w różnej działalności na terenie parafii), i nawet kiedy już mnie urodziła jako dziecko z nieprawego łoża (wyglądało na to, że wszyscy z tych narodzin byli zadowoleni) – nadal jeździła co środa do Bostonu i nocowała w tym okropnym mieście, żeby świeża i wypoczęta mogła zdążyć na poranną lekcję śpiewu.

Kiedy byłem nieco starszy, czasami miałem o to do niej żal. Tylko dwa razy, gdy zachorowałem na świnkę, a potem na ospę wietrzną, zrezygnowała z wyjazdu i została ze mną. I później jeszcze raz – gdy w czasie przypływu łowiliśmy z Owenem śledzie w odnodze Squamscott wpadającej do rzeki pod Swasey Parkway; pośliznąłem się wtedy i złamałem nadgarstek. Ale każdego innego tygodnia jeździła do Bostonu i nocowała tam, aż do chwili, kiedy skończyłem dziesięć lat, a ona wyszła za mężczyznę, który mnie legalnie zaadoptował i został jakby moim ojcem. Śpiewała aż do tego czasu. Nikt mi jednak nigdy nie powiedział, czy faktycznie robi jakieś postępy.

Dlatego właśnie urodziłem się w domu babci – obrzydliwym, potężnym, murowanym szkaradztwie. Gdy byłem dzieckiem, ogrzewano go węglem. Zsyp węgla znajdował się pod skrzydłem budynku, w którym mieściła się moja sypialnia. Węgiel często przywożono wcześnie rano, więc nierzadko budził mnie huk. Kiedy zdarzało się to we czwartek – matka wówczas była w Bostonie – budziłem się i wyobrażałem sobie, że w tym właśnie momencie zaczyna śpiewać. W lecie, gdy miałem otwarte okna, budziłem się przy śpiewie ptaków w rozarium babki. I tutaj dochodzimy do kolejnego sądu wypowiadanego przez babcię, którego źródeł można dopatrywać się w podobnych przekonaniach jak w sprawie jej poglądu na temat skał i drzew. Babcia twierdziła, że każdy może hodować zwykłe kwiaty i warzywa, ale tylko ogrodnik hoduje róże. Babcia była ogrodnikiem.

Przy Front Street jedynym murowanym budynkiem, który rozmiarami dorównywał domowi babci, była gospoda Gravesend. Podróżni, którzy słyszeli, że gospoda znajduje się w centrum miasta i że to „duży murowany budynek po lewej stronie, jak się minie Akademię”, często mylili się i brali dom babci za zajazd.

Babcię bardzo to złościło, wcale jej nie pochlebiało, że ktoś bierze jej dom za gospodę.

„To nie jest zajazd” – oświadczała zagubionym i zdezorientowanym podróżnym, którzy spodziewali się zobaczyć w drzwiach kogoś młodszego, kto wziąłby od nich bagaż. „To mój dom” – oświadczała babcia. „Gospoda jest tam dalej” – machała ręką w bliżej nie sprecyzowanym kierunku. Określenie „tam dalej” uchodzi nawet za dość precyzyjne, w New Hampshire bowiem nie lubimy mówić ludziom, jak gdzie dojść. Wydaje nam się, że jeśli nie znasz drogi, to nie powinieneś się tutaj znajdować. W Kanadzie jesteśmy dużo bardziej uczynni – odpowiadamy każdemu na każde pytanie.

W naszym domu przy Front Street znajdowało się również sekretne przejście – biblioteczka. W rzeczywistości były to drzwi prowadzące na schody do piwnicy o podłodze ubitej z gliny, oddzielonej jednak kompletnie od pomieszczenia z piecem, gdzie absolutnie nic się nie działo – była to po prostu kryjówka. Ale przed czym? Często się nad tym zastanawiałem. Wcale nie pocieszała mnie myśl, że w naszym domu istnieje takie tajemne przejście donikąd. Właściwie pobudzało to moją wyobraźnię i zaczynałem wymyślać, przed jakim to zagrożeniem trzeba by się tam chować, a takie myśli nikomu dobrze nie robią.

Raz zabrałem do piwnicy Owena Meany’ego i tak pokierowałem sprawą, że zabłądził w ciemności – naprawdę okropnie się przeraził. Naturalnie, coś podobnego robiłem z każdym ze swoich kolegów, ale to, że przestraszyłem Owena, było czymś szczególnym. Jego przerażenia nie dało się z niczym porównać, a to z powodu ochrypłego głosu. Od ponad trzydziestu lat usiłuję naśladować głos mojego przyjaciela, i to właśnie ten głos nie dopuszczał do mnie nawet myśli, że kiedykolwiek mógłbym zacząć pisać o nim, ponieważ na kartce papieru trudno ten głos przekazać. Nie wyobrażałem też sobie, że kiedykolwiek mógłbym opowiadać o Owenie, ponieważ już na samą myśl o tym, że musiałbym publicznie naśladować jego głos, czułem się zażenowany. Dopiero po trzydziestu latach zdobyłem się na odwagę, żeby mówić o głosie Owena z obcymi.

Babkę tak bardzo poruszył dźwięk głosu Owena protestującego przeciw narażeniu go na nieprzyjemności przy okazji zwiedzania tajemnego przejścia, że po wyjściu chłopca zwróciła się do mnie:

– Nie życzę sobie, żebyś mi opowiadał, co takiego wyprawiałeś z tym biedakiem, że jego głos brzmiał tak przeraźliwie. Ale jeśli zrobisz to jeszcze raz, proszę, żebyś mu zakrył usta ręką – rzekła. – Widziałeś kiedyś mysz złapaną w pułapkę? – spytała babka. – Chodzi mi o taką naprawdę złapaną mysz – ze skręconym karkiem, zupełnie martwą. Głos tego biedaka potrafiłby chyba przywrócić ją do życia!

Teraz wydaje mi się, że głos Owena był głosem wszystkich zamordowanych myszy powracających do życia, w dodatku pałających pragnieniem zemsty.

Nie chciałbym, aby taki obraz babki pozostawił wrażenie osoby nieczułej. Babka miała służącą – Lydię, dziewczynę pochodzącą z Wyspy Księcia Edwarda. Przez wiele, wiele lat Lydia była naszą kucharką i gospodynią. Kiedy zachorowała na raka i amputowano jej prawą nogę, babka wynajęła następne dwie służące. Jedną po to, by opiekowała się Lydią, która już nigdy więcej nie pracowała. Miała własny pokój, ulubione trasy w olbrzymim domu; przemierzała je w swoim wózku inwalidzkim. Była kaleką, przy której wykonywano absolutnie wszystkie posługi. Babka pewnie sobie wyobrażała, że któregoś dnia sama zostanie podobną inwalidką i że wtedy będzie się nią opiekować ktoś taki jak Lydia. Często dostawcy i goście przybywający do naszego domu brali Lydię za babcię, ponieważ wyglądała dostojnie w swoim fotelu na kółkach, a na dodatek miała mniej więcej tyle samo lat. Codziennie po południu piła z babcią herbatę, a także grała w karty w klubie brydżowym, do którego należała babcia; z tymi samymi paniusiami, którym niegdyś serwowała herbatę. Tuż przed śmiercią Lydii nawet ciotka Marta dziwiła się, że Lydia się zrobiła taka podobna do babci. Jednakże wszystkim dostawcom i gościom Lydia zawsze odpowiadała z niejakim oburzeniem, naśladując babcię: „Nie jestem paniusią Wheelwright, jestem dawną służącą paniusi Wheelwright”. Robiła to dokładnie tak samo jak babcia, gdy twierdziła, że jej dom to nie gospoda Gravesend.

A zatem moja babka nie była pozbawiona ludzkich uczuć. I jeśli do pracy w ogródku wkładała koktajlowe sukienki, to były to sukienki, których już i tak nie nosiła na przyjęcia. Nie chciała, żeby ją widziano nieodpowiednio ubraną nawet w ogrodzie. Jeśli suknie ubrudziły się przy pracy, po prostu je wyrzucała. Kiedyś na sugestię matki, że może warto by je oddać do pralni, babka odpowiedziała z oburzeniem: „Też wymyśliłaś! Dopiero ci ludzie w pralni zaczęliby się zastanawiać, co takiego robiłam, że te suknie są aż tak brudne”.

Dzięki babce dowiedziałem się, że logika jest rzeczą względną.

Ale moja książka to tak naprawdę historia Owena Meany’ego, opowieść o tym, jak nauczyłem się naśladować jego głos. Ten karykaturalny głos robił na mnie wrażenie większe nawet niż głęboka wiedza babki.

Pod koniec życia babcię zaczęła zawodzić pamięć. Tak jak wielu starszych ludzi, lepiej pamiętała własne dzieciństwo niż dzieciństwo swych dzieci, wnuków czy też prawnuków. Największe kłopoty miała z najbliższą przeszłością.

– Pamiętam cię jako dziecko – powiedziała do mnie nie tak dawno. – Ale teraz, kiedy na ciebie patrzę, nie wiem, kim jesteś.

Odpowiedziałem, że sam często mam takie uczucie. I kiedyś, gdy rozmawialiśmy na temat jej pamięci, zapytałem, czy przypomina sobie małego Owena Meany’ego.

– Tego robotnika? – spytała. – To związkowiec.

– Nie, chodzi mi o Owena.

– Nie, absolutnie nie – odrzekła.

– Nie przypominasz sobie rodziny, która zajmowała się eksploatacją granitu? Granitowe Kamieniołomy Meanych. Nie pamiętasz?

– Granit? – prychnęła z niesmakiem. – Oczywiście że nie pamiętam!

– A może pamiętasz jego głos? – spytałem babkę.

Miała prawie sto lat. Zaczynała się niecierpliwić. Pokręciła głową. Już zbierałem się na odwagę, żeby zademonstrować jej głos Owena.

– Zgasiłem wtedy światło w sekretnym przejściu i okropnie go wystraszyłem – przypominałem babce.

– Robiłeś to wszystkim – odparła babcia obojętnym tonem. – Nawet Lydii, kiedy jeszcze miała obie nogi.

– Zapal światło! – krzyczał Owen Meany. – Coś dotyka mojej twarzy! Zapal światło! To coś ma język! Coś mnie liże!

– To tylko pajęczyna, pamiętam swoje słowa.

– To jest za mokre na pajęczynę! To jakiś język! Zapal światło!

– Starczy! – odezwała się babcia. – Pamiętam, już sobie przypominam! O Boże, żebyś mi nigdy więcej tego nie powtarzał!

Ale to właśnie dzięki niej nabrałem pewności, że potrafię naśladować głos Owena. Nawet cierpiąc na drobne zaniki pamięci, babka przypomniała sobie jego głos. Nie powiedziała jednak, że przypomina sobie, iż to on właśnie był przyczyną śmierci jej córki. Pod sam koniec życia babcia nie pamiętała już tak dokładnie, że zostałem anglikaninem i Kanadyjczykiem.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Od walk (ang.) – chodzić.

PEŁNY SPIS TREŚCI

PODZIĘKOWANIA

KIKS

PANCERNIK

ANIOŁ

DZIECIĄTKO JEZUS

DUCH PRZYSZŁYCH WIGILII

GŁOS

SEN

PALEC

STRZAŁ

Spis treści
PODZIĘKOWANIA
KIKS