Miłość niczyja - Sławomir Bogacki,Maria Jurkiewicz

Miłość niczyja

0,0

Opowieść o spotkaniu dwojga artystycznych dusz, które los zetknął ze sobą w pewien weekend. Ona to zorganizowana żona, matka dwójki dzieci, on – samotny, zamknięty w sobie dziennikarz radiowy. Anna jest na granicy załamania nerwowego, pomimo rzekomej harmonii rodzinnej odczuwa niepokój i poczucie niespełnienia zawodowego. Tkwią w niej artystyczne tęsknoty, ale utajone czekają na bardziej sprzyjające warunki dla swojego rozwoju. Morten nie ma rodziny, jest niezależny, ale tylko pozornie, bo już dawno został zniewolony przez swoje powracające i nasilające się stany lękowe. Poczucie samotności próbuje zagłuszyć różnymi używkami, a za skuteczną terapię i ucieczkę uznaje miłość do muzyki, choć nawet ona nie potrafi zrekompensować mu braku uczucia i ciepła drugiego człowieka. Przypadkowe spotkanie tych dwojga wywiera na nich ogromny wpływ. Dostrzegają w sobie wiele podobieństw, rozumieją nawzajem swoje lęki i tęsknoty. Rozmowa otwiera ich na siebie i pozwala spojrzeć z dystansem na swoje dotychczasowe życie.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj


Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fia na okład­ce

© Po­prot­skiy Ale­xey / Shut­ter­stock

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

tekst © Ma­ria Jur­kie­wicz, Sła­wo­mir Bo­gac­ki

ISBN 978-83-7835-568-7

Pra­ca w ra­diu nie jest zwy­kłym spo­so­bem za­rob­ko­wa­nia, jest praw­dzi­wą mi­sją. Ni­g­dy nie wiesz, kto cię aku­rat słu­cha. Swo­imi au­dy­cja­mi po­ma­gasz lu­dziom, któ­rzy cię po­trze­bu­ją, lub też po pro­stu umi­lasz im ucie­ka­ją­ce chwi­le.

Noc z piąt­ku na so­bo­tę. Ko­lej­na „mi­sja w cza­sie” – tak Mor­ten na­zy­wał swo­je pro­gra­my ra­dio­we. Po­cząt­ko­wo wszyst­kie je li­czył i spi­sy­wał, two­rzył swo­ją wła­sną bi­blio­gra­fię mu­zycz­ną. Od roku za­prze­stał tego, nie przy­go­to­wy­wał już na­wet żad­nej se­tli­sty, wszyst­ko usta­lał na po­cze­ka­niu, na bie­żą­co. Nie­rzad­ko po­ma­ga­li mu sami słu­cha­cze, prze­cież był tam dla nich, bez nich nie ist­niał. To oni czę­sto na­pro­wa­dza­li go swo­imi te­le­fo­na­mi i li­sta­mi na kli­mat, któ­re­go ocze­ki­wa­li. Czuł z nimi dziw­nie bli­ską więź. Był sa­mot­ni­kiem, stro­nią­cym od lu­dzi, jed­nak w stu­diu sta­wał się przy­ja­cie­lem wszyst­kich fa­nów mu­zy­ki. Od za­wsze po­ru­szał się spraw­niej w nie­by­cie, ma­te­ria go za­wsze ogra­ni­cza­ła, ścią­ga­ła na zie­mię, przy­trzy­my­wa­ła jego du­szę.

Dziś, w ten je­sien­ny wie­czór, Mor­ten przy­wi­tał wszyst­kich pio­sen­ką A-ha z bar­dzo smut­nej pły­ty Me­mo­rial Be­ach. Song An­gel in the Snow był bar­dzo mrocz­ny i smut­ny, a klip wręcz tra­gicz­ny. Ra­dio to te­atr wy­obraź­ni, więc do słu­cha­czy prze­ma­wia sam tekst i dźwię­ki, Mor­ten wie­dział o tym naj­le­piej. To był we­dług nie­go fan­ta­stycz­ny utwór, któ­rym pra­gnął roz­po­cząć swo­ją dzi­siej­szą au­dy­cję.

Anioł, anioł oko­ło

Gdzie­kol­wiek pój­dziesz

Hm… ta­aak…

Będę za tobą po­dą­żał

Gdzie­kol­wiek się udasz…

I za­wsze będę przy to­bie

by nisz­czyć two­je tro­ski

hm… ta­aak

Będę przy To­bie

Za­wsze…

Na ko­niec pio­sen­ki Mor­ten rzu­cił w eter:

– Praw­da, że każ­dy z nas pra­gnie mieć ta­kie­go anio­ła na swej ziem­skiej dro­dze? Uwierz­cie, one ist­nie­ją. Nie na­le­ży ni­g­dy wąt­pić w ich obec­ność, ja wie­rzę. Je­stem pe­wien, że go jesz­cze spo­tkam.

Po tych sło­wach po­szła re­kla­ma. Świat wiecz­nej sprze­da­ży trzy­ma te­raz lu­dzi w gar­ści moc­niej niż kie­dy­kol­wiek. Ma­te­ria za­bi­ja du­cha, wal­cząc o co­raz szer­szy za­sięg. Dla­te­go na­le­ży ota­czać się mu­zy­ką, ona jest naj­czyst­szą for­mą obro­ny.

Szkla­necz­ka Mac Bri­de’sa do­pra­wio­na jo­in­tem za­wsze wpro­wa­dza­ła Mor­te­na we wspa­nia­ły na­strój, by po chwi­li ten miks bu­dził w nim de­pre­sję. Nie po­tra­fił zli­czyć, ile to razy po wyj­ściu ze stu­dia miał my­śli sa­mo­bój­cze. Bra­ko­wa­ło mu po­czu­cia sen­su w rze­czy­wi­sto­ści, któ­ra ze­wsząd ata­ko­wa­ła. Tyl­ko pry­wat­na wia­ra w na­po­tka­nie anio­ła trzy­ma­ła go jesz­cze przy ży­ciu, a tek­sty pio­se­nek prze­no­si­ły w inny wy­miar, tak bar­dzo mu od­po­wia­da­ją­cy.

Dla­te­go dru­gą pio­sen­ką, któ­rą na dziś wy­brał, była So­me­bo­dy De­pe­che Mode. Mor­ten wie­dział naj­le­piej, że każ­dy po­trze­bu­je ko­goś bli­skie­go, na­wet je­śli twier­dzi zu­peł­nie coś in­ne­go.

Trze­cia po­zy­cja to Al­pha­vil­le i ich After­no­ons in Uto­pia. Pio­sen­ka pro­si­ła się o ko­men­tarz:

– Je­śli wa­sze po­po­łu­dnie było da­le­kie od uto­pii, pisz­cie, dzwoń­cie. Ra­zem zmie­rzy­my się z tym świa­tem.

Mor­ten na­praw­dę chciał po­ma­gać swo­im słu­cha­czom. Bę­dąc w tym miej­scu, wy­peł­nio­nym po­zy­tyw­ną wi­bra­cją dźwię­ków, czuł w so­bie moc, ener­gię ko­smo­su, któ­rą chciał i mu­siał się dzie­lić. Wie­dział, że to jego obo­wią­zek wzglę­dem tych wszyst­kich za­gu­bio­nych, któ­rzy ni­g­dy nie od­naj­dą się na wspól­nej dro­dze, a rów­no­cze­śnie będą za­wsze enig­ma­tycz­nie so­bie bli­scy.

Dzien­ni­karz ra­dio­wy tej ma­łej sta­cji ze­spo­łem Ul­tra­vox i pio­sen­ką Sle­epwalk obu­dził słu­cha­czy. Za­czę­li pi­sać i dzwo­nić, bo prze­cież nie war­to było spać w tę wy­jąt­ko­wą piąt­ko­wą noc. E-ma­ili przy­by­wa­ło z każ­dą mi­nu­tą, skrzyn­ka za­peł­nia­ła się w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Mor­te­na cie­szy­ła ta in­te­rak­tyw­na wy­mia­na, prze­ra­ża­ły go tyl­ko py­ta­nia zbyt oso­bi­ste. Nie lu­bił dzie­lić się in­for­ma­cja­mi do­ty­czą­cy­mi swo­je­go pry­wat­ne­go ży­cia. Czę­sto je omi­jał, uda­jąc , że ich nie za­uwa­ża, że one nie ist­nie­ją. Tym bar­dziej nie po­tra­fił wy­tłu­ma­czyć so­bie, dla­cze­go nie­ja­kiej Lid­ce od­po­wie­dział, i to na an­te­nie:

– Dro­ga Lid­ko, tak, mam part­ner­kę, któ­ra ocze­ku­je na­sze­go dziec­ka. Do­praw­dy nie wiem, jak moja mała dziew­czyn­ka wy­trzy­mu­je ze mną to wszyst­ko.

Re­ak­cja była dość szyb­ka, po We Came to Dan­ce kil­ku słu­cha­czy po­zdro­wi­ło Mor­te­na oraz jego part­ner­kę, gra­tu­lu­jąc za­ra­zem dziec­ka. Mor­ten był roz­ba­wio­ny, lecz gdy za­py­ta­no go o imię dziew­czy­ny, był na­praw­dę w kło­po­cie, ale pod­jął wy­zwa­nie. Zmy­ślił na po­cze­ka­niu:

– Anka.

Już po chwi­li ża­ło­wał swo­je­go żar­tu o brze­mien­nej part­ner­ce. Au­dy­cja nie szła w tę stro­nę, w któ­rą by so­bie ży­czył. Ra­tun­kiem były za­ży­te przez dzien­ni­ka­rza wspo­ma­ga­cze, to one te­raz da­wa­ły cza­du. Było co­raz we­se­lej. Anka za­czę­ła funk­cjo­no­wać nie tyl­ko w wy­obraź­ni słu­cha­czy, ale tak­że sa­me­go Mor­te­na. Męż­czy­zna na­praw­dę przez chwi­lę uj­rzał dziew­czy­nę sto­ją­cą za szy­bą po­miesz­cze­nia re­ali­za­to­ra.

– Zbli­ża się pół­noc. Naj­bar­dziej nie­bez­piecz­na część nocy przed nami. Bra­my pie­kieł cze­ka­ją na otwar­cie, więc może po­słu­chaj­my cze­goś po pol­sku. Przed nami Lady Pank i He­ro­ina, a po niej Mam już dość Ex Dan­ce. Wie­lu z nas ma dość, praw­da? Nie bój­my się tych słów, na­zy­waj­my śmia­ło rze­czy po imie­niu. Ar­ty­ku­łuj­my gło­śno i wy­raź­nie na­sze nie­za­do­wo­le­nie. Nie gódź­my się na byle jaką rze­czy­wi­stość.

Mor­ten był co­raz bar­dziej pi­ja­ny. Whi­sky umia­ła za­chwy­cić go za każ­dym ra­zem ina­czej. Niby się już do­brze zna­li, po­ma­ga­li so­bie, zna­czy ten szla­chet­ny al­ko­hol był bar­dziej po­moc­ny Mor­te­no­wi, ale i sam Mor­ten nie trak­to­wał go obo­jęt­nie. Za­wsze chwa­lił i do­ce­niał jej nie­za­stą­pio­ną moc. Byli dla sie­bie jak sta­rzy przy­ja­cie­le, któ­rzy jed­nak po­tra­fią w so­bie od­kryć za­wsze coś no­we­go. Dziś wła­śnie tak było, po­zor­nie tak samo, ale jak­by cał­kiem ina­czej.

Od­su­wa­jąc się od mi­kro­fo­nu, Mor­ten po­czuł głód ni­ko­ty­no­wy. Chciał dziś osią­gnąć praw­dzi­wy bło­go­stan, chciał czuć się do­piesz­czo­ny. Używ­ki z całą pew­no­ścią po­ma­ga­ły mu w tym przed­się­wzię­ciu. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Za­czął gło­śno się śmiać na myśl o Ance, swo­jej wy­my­ślo­nej part­ner­ce w cią­ży. Przez chwi­lę po­my­ślał na­wet o tym, że musi ogra­ni­czyć przy niej licz­bę wy­pa­la­nych pa­pie­ro­sów. Roz­ba­wił sam sie­bie tro­ską o swo­je fik­cyj­ne nie­na­ro­dzo­ne jesz­cze dziec­ko.

Miał wy­bit­nie do­bry hu­mor. Gdy spoj­rzał na bu­tel­kę whi­sky, wie­dział dla­cze­go. Do­tar­ło do nie­go, że do sa­mej tyl­ko pół­no­cy wy­pił nor­mę prze­wi­dzia­ną na całą au­dy­cję. Wie­dział, że nie miał pra­wa pić wię­cej, po­nie­waż mo­gło się to skoń­czyć ka­ta­stro­fą. Ta wi­zja jed­nak go nie po­wstrzy­ma­ła, było mu dziś do­brze i chciał, by ten stan się utrzy­my­wał jak naj­dłu­żej. Na­lał więc ko­lej­ną szkla­necz­kę al­ko­ho­lu i po ser­wi­sie in­for­ma­cyj­nym za­czął mó­wić do słu­cha­czy:

– Ona i on. Jej pięk­na du­sza i bo­ski wy­gląd. Jego ma­rze­nia i wia­ra w cud. Spo­tka­nie na­głe i przy­pad­ko­we, co było da­lej? Ta opo­wieść może być o każ­dym z nas. Pa­mię­taj­my jed­nak o tym, że każ­da mi­łość ma swój po­czą­tek i ko­niec za­ra­zem. Pe­wien pi­sarz stwier­dził, że mi­łość z rze­czy wiecz­nych trwa naj­kró­cej. Sko­ro tak jest, to po pół­no­cy gra­my Pet Shop Boys, chło­pa­cy z An­glii i ich Le­aving.

Wiem, kie­dy do­syć to do­syć i od­cho­dzisz.

Sko­ro nie mam cza­su za­sta­na­wiać się nad two­ją wol­no­ścią,

Ale wciąż po­tra­fię od­na­leźć na­dzie­ję, że uwie­rzę w mi­łość.

Na­sza mi­łość jest mar­twa, ale śmierć nie od­cho­dzi.

Uczy­ni­li z nas to, czym je­ste­śmy, są z nami co­dzien­nie.

Na­sza mi­łość jest mar­twa, ale w śmier­ci jest coś z ży­cia,

We wspo­mnie­niach i w my­ślach, to moż­li­we do udo­wod­nie­nia.

Mor­ten po pio­sen­ce po­wtó­rzył raz jesz­cze, ści­szo­nym gło­sem, sło­wa re­fre­nu w wer­sji ory­gi­nal­nej: Be­lie­ve in love. Don’t go away (Wie­rzę w mi­łość. Nie od­chodź).

– Ten tekst nie jest skie­ro­wa­ny do znu­dzo­nych sobą mał­żon­ków, tyl­ko do wszyst­kich praw­dzi­wych ko­chan­ków, któ­rzy w week­end spo­ty­ka­ją się w naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­kach na­sze­go mia­sta.

To była nie­ty­po­wa au­dy­cja. Mor­ten nie po­zna­wał sa­me­go sie­bie. Wiecz­na chwa­ła mi­ło­ści bez­a­pe­la­cyj­nie wy­pie­ra­ła czę­sto gosz­czą­cą tu po­nu­rą stro­nę mro­ku. Do­tych­czas w jego au­dy­cjach nie było ra­czej miej­sca na opty­mizm, dziś w tych wszyst­kich pio­sen­kach o mi­ło­ści wraż­li­wy słu­chacz mógł go nie­za­prze­czal­nie wy­tro­pić.

Ży­cie jest tyl­ko cze­ka­niem na umie­ra­nie, czę­sto pusz­czał nocą ta­kie pio­sen­ki, dziś było zu­peł­nie ina­czej. Więk­szość jego fa­nów była zdez­o­rien­to­wa­na. „Za­sko­cze­nie, ale po­zy­tyw­ne, nikt nie lubi ru­ty­ny” – tak pi­sa­li do nie­go w mej­lach. I kto by po­my­ślał, że wszyst­ko to przez nie­ist­nie­ją­cą Ankę. Na­praw­dę Mor­ten śmiał się z tego.

Gdy pusz­czał ko­lej­ną pio­sen­kę, przy­po­mnia­ła mu się pew­na sy­tu­acja. Spo­tka­nie jego z nią, a może jej z nim, trud­no było mu po la­tach stwier­dzić, kto był ini­cja­to­rem tego po­my­słu. Był flirt, któ­ry nie za­koń­czył się sek­sem ani na­wet po­ca­łun­kiem, tyl­ko to­tal­ną awan­tu­rą. Osta­tecz­nie zo­stał na­zwa­ny mi­zo­gi­nem, co na­wet mu się po­do­ba­ło, bo tra­fia­ło pro­sto w dzie­siąt­kę. Rze­czy­wi­ście miał uprze­dze­nie do dziew­czyn, bał się ich, bał się ich ze­msty. My­śląc o skom­pli­ko­wa­nych re­la­cjach dam­sko-mę­skich, Mor­ten za­po­dał te­raz słu­cha­czom Nic­ka Cave’a, któ­ry sły­nął z bal­lad o mor­der­cach. W koń­cu każ­da mi­łość, prę­dzej czy póź­niej, zo­sta­nie za­mor­do­wa­na. Wszy­scy zna­jo­mi Mor­te­na, sły­sząc gło­szo­ne przez nie­go teo­rie, byli zbul­wer­so­wa­ni, a on uwa­żał, że był tyl­ko dość wni­kli­wym ob­ser­wa­to­rem, nie­bo­ją­cym się mó­wić praw­dy. Styl ży­cia więk­szo­ści jego zna­jo­mych wy­raź­nie ko­ja­rzył mu się z prze­so­lo­ną zupą po­mi­do­ro­wą. Lu­bił kpić i śmiać się, a za­ra­zem ma­rzył, aby czymś się wy­róż­nić na ich tle. Od więk­szo­ści od­róż­nia­ło go rów­nież to, że za­wsze chciał spo­tkać praw­dzi­wą mi­łość.

Mor­ten roz­ma­rzył się jak ni­g­dy do­tąd. Od­po­wied­ni wy­dał mu się ze­spół The Cure z utwo­rem Od­da­le­ni.

– Dla tych wszyst­kich, któ­rym brak mi­ło­ści, dla tych, któ­rym prze­ja­dły się jej sub­sty­tu­ty. Nie bój­cie się przy­znać! Każ­dy z nas po­trze­bu­je praw­dzi­wej mi­ło­ści, jak tle­nu.

On cze­ka, aż ona zro­zu­mie,

lecz ona nie zro­zu­mie ni­g­dy.

Ona cze­ka całą noc, aż on za­dzwo­ni,

lecz on już nie za­dzwo­ni.

On cze­ka, aż ona po­wie „wy­ba­czam”,

lecz ona tyl­ko spusz­cza oczy

i mo­dli się, by usły­szeć „ko­cham Cię”,

lecz on wię­cej nie skła­mie…

On cze­ka, aby mu współ­czu­ła,

lecz ona współ­czuć już nie bę­dzie.

Ona całą noc cze­ka, by po­czuć jego po­ca­łu­nek,

lecz bu­dzi się za­wsze sama…

On chce usły­szeć „za­po­mnia­łam”,

lecz ona zwie­sza gło­wę w bólu

i mo­dli się, by usły­szeć „ni­g­dy wię­cej…

już ni­g­dy nie zo­sta­wię Cię…”.

Jak mo­gli­śmy się tak od­da­lić?

By­li­śmy prze­cież tak bli­sko sie­bie.

Jak mo­gli­śmy się tak od­da­lić?

My­śla­łem, że ta mi­łość bę­dzie trwać wiecz­nie…


718 

Podziękowania

Szcze­gól­ne po­dzię­ko­wa­nie dla Basi G., któ­ra od po­cząt­ku była z nami i wspie­ra­ła w każ­dy moż­li­wy spo­sób, a tak­że dla Pań­stwa Ku­śmier­ków i Pana Ra­do­sła­wa C., któ­rych bez­in­te­re­sow­na po­moc po­mo­gła nam w nie­opi­sa­ny spo­sób.


Każ­dy ma to, na co się od­wa­ży.