Miecze cesarza - Brian Staveley

Miecze cesarza

0,0

Brawurowo zarysowana historia – pełna makiawelicznych postaci, spisków, walk, zdrady i niesamowitej magii – w której każde z trójki głównych bohaterów odbywa zapierającą dech w piersiach podróż.

Złożony, przebogaty świat, w którym spotykają się członkowie cesarskiego rodu, elitarni żołnierze, kapłani śmierci, tajemniczy mnisi-wojownicy, uwikłani w meandry polityki i starożytne tajemnice. Czytelnicy George’a R.R. Martina będą zachwyceni tą nową serią. - „Library Journal”

Ginie cesarz Annuru, zamordowany przez nieznanych wrogów. Jego córka i dwaj synowie, rozrzuceni po świecie, robią, co w ich mocy, żeby pozostać przy życiu i zdemaskować zdrajców. Każde z nich podąża jednak własną życiową drogą wybraną przez ojca, a na ich losy wpływają działania odwiecznych nieprzyjaciół i nieodgadnione zrządzenia bogów.

Kaden, dziedzic Nieciosanego Tronu, spędził osiem lat w odległym górskim klasztorze, poznając tajemne nauki mnichów służących Niememu Bogu. Ich rytuały zawierają klucz do starożytnej mocy, nad którą musi on zapanować.

Za morzem jego brat Valyn odbywa brutalny trening w Kettralu, elitarnej jednostce, której członkowie dosiadają gigantycznych czarnych ptaków. Przed nim ostatnia, śmiertelnie niebezpieczna Próba Hulla.

W stolicy zaś minister finansów Adare, wyniesiona na to stanowisko jednym z ostatnich zarządzeń cesarza, próbuje wykazać się przed swoim ludem. Jest także przekonana, że wie, kto zamordował jej ojca. Nie cofnie się przed niczym i uczyni wszystko, żeby sprawiedliwości stało się zadość.

Miecze cesarza to debiut roku w kategorii fantasy na Reddit Fantasy, wybrane jako jedna z najlepszych książek fantasy w plebiscycie Goodreads Choice Awards, pojawiły się na licznych listach najlepszych tytułów tego gatunku i najlepszych debiutów roku 2014, m.in. na „Liście polecanych lektur” czasopisma „Locus”.

Błyskotliwa historia o konspiracji na imperialną skalę. - Col Buchanan, autor „Wędrowca”

Epicka fantasy dla nowego pokolenia, czasem chropowata i ponura, ale nigdy niezaprzestająca napawać trwogą i zachwycać (…). To może być debiut roku. Miecze cesarza na różne sposoby przypominały mi moje pierwsze zetknięcie z takimi autorami jak Brandon Sanderson czy Patrick Rothfuss. Książka świeża i oryginalna, a zarazem uderzająca w znajomą nutę. - beauty-in-ruins.blogspot.com Skomplikowane postaci, zawiłe relacje i zakręcona fabuła (…) to cechy znamionujące wielką fantasy i Staveley w każdym z tych elementów odnosi sukces. Cudowny debiut! - Jason M. Hough, autor „The Darvin Elevator” i „Zero World”

Staveley przedstawił się nam jako świetny autor epickiej fantasy. Miecze cesarza to jego pierwsza, ekscytująca powieść, z makiaweliczną polityką realizowaną na wielu poziomach, z intrygującym światem magii oraz trojgiem bohaterów, których indywidualne losy każą czytelnikowi z niecierpliwością czekać na kolejny tom. - Richard A. Knaak, bestsellerowy pisarz „New York Timesa”, autor „Legendy o Humie”

Staveley snuje odwieczną opowieść o rodzinie, stracie, spisku i zemście, lecz potrafi tchnąć w nią nowe życie. To fantasy o ostrym, drapieżnym charakterze, ze współczesną wrażliwością, proza napięta jak skóra na rękojeści miecza oraz postacie, z którymi możecie się utożsamiać i je przeklinać. - R.S. Belcher, autor „The Six Gun Tarot”

Godny pochwały debiut, zabierze cię z powrotem do atmosfery starej dobrej fantasy, którą tak kochaliśmy. - afantasyreader.blogspot.com

Każdy miłośnik Sandersona dostrzeże podobieństwa w pisarstwie obu autorów (…). Czytelnicy, którzy cierpliwie poczekają, aż elementy układanki wskoczą na swoje miejsca, będą świadkami niesamowitego debiutu. To imponujący początek nowej serii, która powinna znaleźć wielu fanów. Gorąco polecam! - Speculativebookreview.blogspot.com

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

MIECZE CESARZA - strona tytułowa

 

Rodzicom, którzy czytali mi powieści

Mapa

Podziękowania

 

Jestem pewien, że istnieją pisarze tworzący zupełnie samodzielnie, ale ja potrzebowałem sporo pomocy. Wymienione tu osoby czytały kolejne rozdziały, dyskutowały burzliwie nad nazewnictwem, wyśmiewały moje kiepskie pomysły, chwaliły dobre, chciały ciekawszych bitew, żądały jeszcze nikczemniejszych złoczyńców, bardziej przerażających potworów, wyławiały niekonsekwencje w opisach militarnych i kartograficznych, sporządzały rysunki Gór Kościanych i krótko mówiąc – zagrzewały mnie i zapędzały, bym wszystko zrobił lepiej. Oto ci, bez których moje pisanie byłoby procesem samotniczym i bezbarwnym: Suzanne Baker, Oliver Snider, Tom Leith, Patrick Noyes, Colin Woods, John Muckle, Leda Eizenberg, Heather Buckels, Kyle Weaver, Kenyon Weaver, Brook Detterman, Sarah Parkinson, Becca Heymann, Katherine Pattillo, Matt Holmes, John Norton, Mark Fidler, Andrika Donovan, Shelia Staveley, Skip Staveley, Kristin Nelson, Sara Megibow, Anita Mumm, Ryan Derby, Morgan Faust, Adrian Van Young, Wes Williams, Jean Klingler, Amanda Jones, Sharon Krauss, Susan Weaver, Bella Pagan, Robert Hardage, Bill Lewis.

Na specjalne podziękowania zasługują moja agentka Hannah Bowman oraz mój redaktor Marco Palmieri za to, że uwierzyli w tę książkę, a także za ukazanie mi w nowym świetle miejsc i postaci, które – jak sądziłem – dobrze już poznałem.

Gavin Baker, niezmordowany czytelnik i przyjaciel, przeczytał każde słowo każdej kolejnej wersji tej powieści. Jego krytyczne uwagi okazały się niezwykle cenne, ale najcenniejsza była jego wiara w to, że zdołam napisać książkę, która okaże się dobra. Z jego niewyczerpanych zasobów wiary czerpałem częściej, niż mu się zdaje.

A wreszcie – Johanna Staveley. Csestriimowie nie znają słów na wyrażenie wdzięczności czy miłości, ale w ich pismach pojawia się często jedno zdanie: ix alza – kluczowe, absolutnie niezbędne. Wyraża ono doskonale stosunek Jo do książki i jej autora. Bez niej żyłbym sobie samotnie gdzieś pod jakąś skałą, nieświadomy, zagubiony w niepojętym roztargnieniu, i zapewne dotąd pocił się nad mozolnym pisaniem prologu.

Prolog

 

Zgnilizna. To zgnilizna odebrała mu dziecko, pomyślał Tan’is, patrząc w dół, w oczy swojej córki.

Wrzaski i przekleństwa, prośby i łkania rozlegały się w powietrzu, gdy długie szeregi więźniów wypełniły dolinę. Odór krwi i uryny gęstniał w południowym upale. Tan’is nie zwracał na to uwagi, skupiwszy spojrzenie na twarzy córki, która uklękła, czepiając się jego kolan. Faith była już dorosłą kobietą, miała trzydzieści lat i jeden miesiąc. Na pierwszy rzut oka mogła uchodzić za zdrową – o jasnych, szarych oczach, szczupłych ramionach, mocnych rękach – ale Csestriimowie już od dawna, od setek lat nie płodzili zdrowych dzieci.

– Ojcze – błagała kobieta, a łzy spływały jej po policzkach.

Te łzy także były objawem zgnilizny.

Istniały oczywiście inne słowa na określenie tego. Dzieci, w swej niewinności i ignorancji, nazywały tę przypadłość wiekiem, ale w tej, podobnie jak w wielu innych sprawach, się myliły. Wiek nie oznaczał zniedołężnienia. Tan’is przecież sam był stary, żył już wiele stuleci, a jego ścięgna wciąż były sprężyste, umysł zaś bystry – gdy było trzeba, mógł biec przez cały dzień i całą noc, i jeszcze przez większą część następnego dnia. Większość Csestriimów była jeszcze starsza, mieli tysiące lat, a wciąż chodzili po ziemi, jeśli oczywiście nie polegli w długich wojnach z Nevariimami. Nie, czas upływał, gwiazdy w milczeniu kreśliły swoje długie łuki, pory roku ustępowały i przychodziły po sobie i nic nie przynosiło im szkody. To nie wiek, lecz zgnilizna nękała dzieci, przeżerając ich wnętrzności i mózgi, pozbawiając siły i nawet tej wątłej inteligencji, jaką wcześniej posiadały. Zgnilizna, a potem śmierć.

– Ojcze – błagała Faith, niezdolna wymówić nic poza tym prostym słowem.

– Córko – odparł Tan’is.

– Ty nie… – wyszeptała, zerkając przez ramię w stronę rowu, gdzie doran’se przystąpili do swojej pracy, a stal błyskała w słońcu. – Nie możesz…

Tan’is przechylił głowę. Próbował zrozumieć córkę, próbował zrozumieć wszystkie swoje dzieci. Choć nie był uzdrowicielem, to jako żołnierz nauczył się opatrywać połamane kości i poszarpaną skórę, leczyć odparzenia i dokuczliwy kaszel u mężczyzn będących zbyt długo w polu. Ale to… nie potrafił pojąć natury tego rozkładu ani go uleczyć.

– Dosięgnęła cię, córko. Dosięgnęła cię zgnilizna.

Sięgnął w dół i powiódł palcem wzdłuż linii na czole Faith, musnął delikatnie zmarszczki wokół jej oczu, uniósł cienki kosmyk siwych włosów spomiędzy jej ciemnych loków. Kilka dziesięcioleci słońca i wiatru sprawiło, że jej delikatna oliwkowa skóra zaczęła twardnieć. Zastanawiał się przez ten czas, jaki upłynął od chwili, gdy wyłoniła się spomiędzy bioder swojej matki, taka silna i rozwrzeszczana, czy zdoła wyrosnąć. Ciekawiło go to, ale teraz znał już odpowiedź.

– Dotyka cię delikatnie – zauważył – ale jej uścisk będzie coraz silniejszy.

– I dlatego musisz zrobić to? – wybuchnęła, podrzucając gwałtownie głową w stronę świeżo wykopanego rowu. – Aż do tego doszło?

Tan’is potrząsnął głową.

– To nie była moja decyzja. Głosowała rada.

– Dlaczego? Dlaczego nas nienawidzisz?

– Nienawidzę? – odparł. – To wasze słowo, moje dziecko, nie nasze.

– To nie jest zwykłe słowo. Ono opisuje uczucie, coś rzeczywistego. Prawdę o świecie.

Tan’is skinął głową. Słyszał już wcześniej podobne argumenty. Nienawiść, odwaga, strach. Ci, którzy uważali, że zgnilizna jest tylko przypadłością ciała, nic nie rozumieli. Ona niszczyła też umysł, podkopując fundamenty myśli i rozumu.

– Wyrosłam z twego nasienia – mówiła dalej Faith, jakby wynikało to logicznie z tego, o czym mówili wcześniej. – Karmiłeś mnie, gdy byłam mała!

– Dotyczy to wielu stworzeń: wilków, orłów, koni. Kiedy są małe, są zależne od starszych.

– Wilki, orły i konie chronią swoje dzieci! – zaprotestowała, łkając już otwarcie i wpijając palce w jego łydki. – Widziałam to! Chronią i dbają, karmią i opiekują się. Wychowują swoje młode. – Wyciągnęła błagalnie drżącą dłoń ku twarzy ojca. – Dlaczego nie chcesz nas wychowywać?

– Wilki – zaczął Tan’is, odsuwając rękę córki – wychowują swoje młode, aby były wilkami. Orły, aby były orłami. Ty zaś – ciągnął, marszcząc brwi – choć cię wychowywaliśmy, jesteś zgniła. Skażona, nieudana. Sama zobacz – rzekł, machnąwszy ręką w stronę zgarbionych, przygnębionych postaci stojących nad rowem. Były ich tam setki, czekających. – Nawet i bez tego byś umarła, sama, już wkrótce.

– Ale my jesteśmy ludźmi. Jesteśmy twoimi dziećmi.

Tan’is pokręcił ponuro głową. Nie dało się dyskutować z kimś, kogo rozum już podupadł.

– Nigdy nie będziesz mogła być jedną z nas – powiedział spokojnie, wyciągając nóż.

Na widok klingi Faith wydała zduszony okrzyk i cofnęła się. Tan’is zastanawiał się, czy spróbuje uciekać. Wielu próbowało. Nigdy nie zdołali ujść daleko. A jednak ta spośród jego córek nie pobiegła. Zamiast tego zacisnęła dłonie w pobielałe drżące piąstki, po czym z wyraźnym wysiłkiem podniosła się z kolan. Stojąc, mogła patrzeć mu prosto w oczy i choć łzy przykleiły jej włosy do policzków, nie płakała już. Ten jeden raz przytłaczający strach opuścił ją, choć na krótko. Wyglądała niemal na zdrową i pełną sił.

– I nie potrafisz kochać nas za to, jacy jesteśmy? – zapytała, pierwszy raz wymawiając słowa powoli i równo. – Choćby takich skażonych i nieudanych? Choćby nawet takich zgniłych – nie potrafisz pokochać?

– Miłość – powtórzył Tan’is, smakując te dziwne sylaby, obracając je na języku, gdy przebijał się nożem przez jej mięśnie i żebra aż do bijącego serca – podobnie jak nienawiść, jest waszym słowem, córko, nie naszym.

1

 

Słońce zawisło nad szczytami jak milczący, wściekły, rozżarzony węgielek, oblewając granitowe skały krwistą czerwienią, kiedy Kaden odnalazł rozszarpane ciało kozy.

Podążał tropem zwierzęcia krętymi górskimi ścieżkami, wypatrując jego śladów tam, gdzie grunt był dostatecznie miękki, oraz zgadując, gdy weszło na nagą skałę, i cofając się, gdy źle odgadł. Była to powolna i żmudna praca, ten rodzaj zadania, jakie starsi mnisi uwielbiali wyznaczać swoim uczniom. Gdy słońce zeszło niżej i wschodni nieboskłon zabarwił się siną purpurą, zaczął się zastanawiać, czy spędzić noc na wysokich szczytach, za jedyną osłonę mając zgrzebną szatę. Wedle annuryjskiego kalendarza wiosna nadeszła już kilka tygodni temu, ale mnisi nie dbali o kalendarz, podobnie jak nie przejmowała się nim pogoda, brzydka i dokuczliwa. W długich cieniach leżały płachty brudnego śniegu, od kamieni wiało chłodem, a szpile nielicznych sękatych jałowców wciąż były bardziej szare niż zielone.

– No dalej, staruszko – wymamrotał, sprawdzając kolejną ścieżkę. – Nie chcesz chyba nocować tutaj, w każdym razie nie bardziej niż ja.

Góry były labiryntem przejść i kanionów, wypłukanych żlebów i zasypanych kamieniami osuwisk. Kaden przeszedł już trzy strumienie wezbrane wodą z topniejących mas śniegu, ocierając się o ujmujące je twarde ściany, i jego szata była zachlapana i przemoczona. Zamarznie, gdy słońce się schowa. Nie miał pojęcia, w jaki sposób koza znalazła drogę przez rwącą wodę.

– Jeżeli będziesz ciągać mnie po tych szczytach jeszcze dłużej… – zaczął, ale słowa zamarły mu na ustach, gdy dostrzegł w końcu swoją kozę, trzydzieści kroków dalej, zaklinowaną w wylocie wąskiego wąwozu, skąd wystawał tylko jej zad.

Choć nie mógł dobrze się przyjrzeć, bo wyglądało na to, że stworzenie uwięzło między wielkim głazem i ścianą wąwozu, od razu jednak ocenił, że coś jest nie tak. Zwierzę było spokojne, zbyt spokojne, a w położeniu zadu i sztywności tylnych nóg było coś nienaturalnego.

– Dalej, kozo – mruknął, podchodząc bliżej. Miał nadzieję, że nie zraniła się zbyt poważnie. Mnisi Shin nie byli bogaci, a mięso i mleko zapewniały im hodowlane zwierzęta. Gdyby Kaden wrócił bez kozy albo, co gorsza, z martwym zwierzęciem, jego umial wyznaczyłby mu srogą pokutę. – No chodź, przyjaciółko – powiedział, wolno torując sobie drogę w górę wąwozu. Koza wydawała się unieruchomiona, ale jeśli mogła biec, to nie miał najmniejszej ochoty gonić jej po całych Górach Kościanych. – Lepiej skubać trawę na dole. Wrócimy tam razem.

Wieczorne cienie skrywały krew aż do chwili, gdy niemal w nią wdepnął. Kałuża krwi była szeroka, ciemna i nieruchoma. Coś wypatroszyło biedne zwierzę potężnym cięciem od bioder aż do żołądka, rozpłatując mięśnie i wypruwając trzewia. Kaden patrzył, jak ostatnie krople krwi wypływają, zlepiając sierść na brzuchu w mokre, zmierzwione strąki i ściekając dalej w dół po sztywnych nogach, niczym uryna.

– Niech to Shael weźmie – zaklął, pochylając się nad zaklinowanym w przejściu głazem. Zdarzało się, że górskie koty napadały na kozy, a on teraz będzie zmuszony na własnych ramionach dźwigać martwe zwierzę do klasztoru. – I trzeba ci było odłączać się od stada? – powiedział. – I trzeba…

Słowa zamarły mu na ustach, a kręgosłup zesztywniał nagle, gdy po raz pierwszy uważniej przyjrzał się zwierzęciu. Zimne ciarki przebiegły mu po ciele. Wziął głęboki oddech, po czym zapanował nad emocjami. Ćwiczenia Shinów nie przydały się na wiele, ale po ośmiu latach nauczył się jednak oswajać uczucia. Strach, zazdrość, złość, żywiołowa radość – wciąż je odczuwał, ale nie wnikały już one w niego tak głęboko jak kiedyś. Lecz nawet zamknięty w fortecy swego spokoju nic nie mógł na to poradzić, tylko stał i patrzył.

Cokolwiek wypatroszyło kozę, nie poprzestało na tym. Jakiś stwór – Kaden na próżno usiłował go sobie wyobrazić – oderwał głowę zwierzęcia od korpusu, przecinając mocne ścięgna i mięśnie ostrymi, brutalnymi ciosami, aż pozostał sam korpus z resztką szyi. Górskie koty od czasu do czasu dopadały zwierzęta oddalające się od stada, ale nigdy w taki sposób. Te rany były złe, okrutne, niepotrzebne, brak w nich było niezbędnej ekonomii zabijania, jaką dotąd widywał w dzikich ostępach. Zwierzę nie zostało tylko ubite, ono zostało unicestwione.

Kaden rozejrzał się wokół, wypatrując reszty ciała. Kamienie i gałęzie spłynęły z wczesnowiosennymi powodziami i zapełniły przejście przerośniętą zielskiem masą mułu i wyblakłych na słońcu rozczapierzonych patyków. Tyle tego zaściełało wąwóz, że dobrą chwilę trwało, nim zlokalizował głowę leżącą kilka kroków dalej. Część sierści była wydarta, a kość czaszki mocno rozłupana. Mózg zniknął, jakby wybrany został z wnętrza czerepu łyżką.

Pierwszym odruchem Kadena było rzucić się do ucieczki. Krew wciąż kapała z sierści zwierzęcia, już bardziej czarna niż czerwona w gasnącym świetle dnia, a czymkolwiek było to, co rozszarpało kozę, wciąż jeszcze mogło kryć się w pobliżu, pilnując swej zdobyczy. Żaden z tutejszych drapieżników nie odważyłby się zaatakować Kadena – był wysoki jak na swoje siedemnaście lat, szczupły i silny po przepracowaniu połowy swego życia – ale też żaden z tutejszych drapieżników nie odrywałby kozie głowy ani nie wyjadał jej mózgu.

Odwrócił się w stronę wejścia do wąwozu. Słońce zeszło już poniżej horyzontu, pozostawiając po zachodniej stronie tylko jaśniejszą plamę światła na stepie. Noc wdzierała się do wąwozu jak oliwa wlewana do czarki. Nawet gdyby wyruszył natychmiast, nawet gdyby biegł co sił w nogach, to i tak ostatnie parę mil dzielących go od klasztoru pokonać by musiał w zupełnych ciemnościach. I choć był przekonany, że już dawno wyrósł ze strachu przed nocą spędzoną w górach, to jednak nie uśmiechało mu się potykać w ciemności na kamienistych ścieżkach, gdy nieznany drapieżnik deptał mu po piętach.

Cofnął się o krok od rozszarpanej kozy, po czym zawahał się.

– Heng będzie chciał zobaczyć to wszystko na malowidle – mruknął, zmuszając się, by powrócić do widoku rzezi.

Każdy dysponujący pędzelkiem i kawałkiem pergaminu może namalować obrazek, ale Shinowie oczekiwali od swych nowicjuszy i uczniów czegoś więcej. Malowidło było owocem patrzenia, a mnisi mieli swój własny sposób widzenia. Nazywali to Saama’an, co oznaczało „wyrzeźbiony umysł”. Było to tylko ćwiczenie, oczywiście, jedynie krok na długiej ścieżce prowadzącej do ostatecznego uwolnienia vaniate, ale miało też swoje skromne zastosowanie. Podczas tych ośmiu lat spędzonych w górach Kaden nauczył się widzieć, naprawdę widzieć świat takim, jaki jest. Dostrzegać ślad cętkowanego niedźwiedzia, wykrój rozdwojonych płatków, kształt odległych górskich szczytów. Spędził niezliczone godziny, tygodnie i lata na patrzeniu, widzeniu, zapamiętywaniu. Mógłby namalować każde z tysięcy zwierząt i roślin w najdrobniejszych szczegółach i zapamiętać nowo widzianą scenę w ciągu kilku uderzeń serca.

Wziął dwa powolne oddechy, oczyścił miejsce w swoim umyśle niczym pustą tabliczkę, na której mógł zapisać każdą dowolnie wybraną minutę. Strach pozostał, ale strach był przeszkodą, więc zmniejszył go, skupiając się na wykonywanej czynności.

Przygotowawszy tabliczkę, zabrał się do pracy. Naszkicowanie odciętej głowy, kałuży ciemnej krwi i pokiereszowanego ciała zwierzęcia zajęło mu kilka oddechów. Linie były wyraźne i pewne, cieńsze niż jakiekolwiek pociągnięcie pędzelka. Inaczej niż dzieje się to w zwykłej pamięci, cały proces pozostawił w nim żywy, ostry obraz, trwały jak skała, na której stał, taki, który będzie mógł przywołać i obejrzeć w dowolnej chwili. Ukończył saama’an i zrobił długi, powolny wydech.

– Strach to ślepota – wyszeptał, powtarzając stary aforyzm Shinów. – Spokój to widzenie.

Słowa zapewniały chłodny komfort w obliczu krwawej sceny, ale teraz, gdy miał już wyryty obraz, mógł odejść. Raz jeszcze obejrzał się przez ramię, wypatrując drapieżnika wśród skał, a potem ruszył w stronę wyjścia z wąwozu. Kiedy ciemna nocna mgła spowiła szczyty, wciąż pędził w ciemnościach po zdradliwych ścieżkach, obutymi w sandały stopami stąpając po leżących gałęziach i grożących skręceniem kostki kamieniach. Jego nogi, sztywne i skostniałe po wielu godzinach podążania za kozą, rozgrzały się w szybkim ruchu, a serce zabiło w równym tempie.

– Nie uciekasz – powiedział do siebie. – Po prostu wracasz do domu.

Pokonawszy jeszcze milę w dół, westchnął jednak z ulgą, minąwszy kamienną wieżę – mnisi nazywali ją Talon – i zobaczył w oddali Ashk’lan. Tysiące stóp poniżej małe kamienne budynki przycupnęły na wąskim występie skalnym, tuląc się do siebie jak gdyby z obawy przed upadkiem w przepaść. W niektórych oknach jarzyły się ciepłe światełka. W kuchni refektarza będzie płonął ogień, w medytacyjnej sali będą paliły się lampki, a wokół rozlegać się będzie spokojny pomruk Shinów szykujących się do wieczornych ablucji i rytuałów. Bezpieczny. Słowo to bezwiednie zrodziło się w jego umyśle. Tam w dole było bezpiecznie i Kaden mimowolnie przyspieszył kroku, biegnąc ku tym kilku migotliwym światłom, umykając przed nieznanym krążącym gdzieś w ciemnościach za jego plecami.

Spis treści

 

MIECZE CESARZA

 

Dedykacja

Mapka

Podziękowania

 

Prolog

 

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

 

Bogowie i rasy według mieszkańców Annuru

 

Spis treści

 

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: The Emperor's Blades

 

Copyright © 2013 by Brian Staveley

All rights reserved

 

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015

 

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

 

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

 

Redaktor: Agnieszka Horzowska

 

Mapka: © Isaac Stewart

 

Ilustracja na okładce: © Richard Anderson

 

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Krzysztof Rogulski

 

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Miecze cesarza, wyd. I, Poznań 2015)

 

ISBN 978-83-7818-936-7

 

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

 

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl