Miecz Lata - Rick Riordan

Miecz Lata

0,0

MAGNUS CHASE nie jest typem grzecznego chłopca. Od strasznej nocy przed dwoma laty, kiedy mama kazała mu uciekać, a potem zginęła, żyje samotnie na ulicach Bostonu. Przetrwał dzięki sprytowi i inteligencji, będąc zawsze o krok przed policją i kuratoriami.

Pewnego dnia Magnus dowiaduje się, że ktoś jeszcze usiłuje go znaleźć – wuj Randolph, człowiek, przed którym mama zawsze go ostrzegała. Kiedy usiłuje przechytrzyć wuja, wpada prosto w jego łapy. Randolph zaczyna mu opowiadać coś, co brzmi jak brednie o skandynawskiej historii i dziedzictwie Magnusa – zaginionej od tysięcy lat broni.

Coraz więcej elementów układanki zaczyna się jednak składać w sensowną całość. Z zakamarków pamięci Magnusa powracają powieści o bogach Asgardu, wilkach i Ragnaröku – dniu sądu. Ale Chase nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, ponieważ świat zostaje zaatakowany przez ogniste olbrzymy i Magnus musi wybrać między własnym bezpieczeństwem a życiem wielu niewinnych ludzi.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rick Riordan

Magnus Chase
i bogowie Asgardu

Tom I

Miecz Lata

Przełożyła Agnieszka Fulińska

Wydawnictwo Galeria Książki

Kraków 2015

Tytuł oryginału

The Sword of Summer. Book One of Magnus Chase and the Gods of Asgard

Copyright © 2015 by Rick Riordan. All rights reserved.

Jacket illustration © 2015 by John Rocco

Jacket design by SJI Associates, Inc.

Rune art by Michelle Gengaro-Kokmen

Permission for this edition was arranged through the Nancy Gallt Literary Agency.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Fulińska, 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Galeria Książki, 2015

Opracowanie redakcyjne i DTP

Pracownia Edytorska Od A do Z (oda-doz.com.pl)

Redakcja

Jacek Ring

Korekta

Katarzyna Kolowca-Chmura, Katarzyna Kierejsza

Opracowanie okładki i DTP

Stefan Łaskawiec

Wydanie I, Kraków 2015

ISBN 978-83-64297-57-1

Wydawnictwo Galeria Książki

www.galeriaksiazki.pl

biuro@galeriaksiazki.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Dla Cassandry Clare z podziękowaniem
za pozwolenie na wykorzystanie
wspaniałego imienia Magnus

Rozdział

2
Człowiek w żelaznym biustonoszu

Rodzinna rezydencja była do niczego.

Jasne, nie powiedzielibyście tak. Widzielibyście przed sobą potężny czteropiętrowy budynek z ciemnego kamienia, z gargulcami na rogach dachu, wielkimi witrażowymi oknami, marmurowymi schodkami przed wejściem i wszelkimi innymi ple ple detalami znamionującymi bogactwo, i zastanawialibyście się, dlaczego właściwie sypiam na ulicach.

Dwa słowa: wujek Randolph.

To był jego dom. Jako najstarszy syn odziedziczył go po dziadkach, którzy zmarli przed moim urodzeniem. Nigdy nie wiedziałem wiele o telenowelowych dziejach rodziny, ale między trójką dzieci – Randolphem, Frederickiem i moją mamą – nie układało się dobrze. Po Wielkiej Schizmie Dziękczynienia nigdy więcej nie odwiedziliśmy siedziby przodków. Nasze mieszkanie znajdowało się mniej więcej kilometr stamtąd, ale Randolph mógłby równie dobrze mieszkać na Marsie.

Mama wspominała go tylko wtedy, kiedy mijaliśmy rezydencję. Wskazywała na nią tak, jak się pokazuje niebezpieczną przepaść. Widzisz? Oto ona. Unikaj jej.

Kiedy zacząłem mieszkać na ulicy, czasami przechodziłem tamtędy nocą. Zaglądałem w okna i widziałem oświetlone gabloty z prastarymi mieczami i toporami, upiorne hełmy z maskami wpatrującymi się we mnie ze ścian, sylwetki posągów rysujące się na tle górnych okien niczym skamieniałe duchy.

Kilka razy rozważałem włamanie, żeby się rozejrzeć, ale nigdy nie kusiło mnie, by zapukać. Proszę, wujku Randolphie, wiem, że nienawidziłeś mojej mamy i nie widzieliśmy się przez dziesięć lat; wiem, że bardziej zależy ci na tych pordzewiałych starociach niż na rodzinie, ale czy mógłbym zamieszkać w twoim pięknym domu i żywić się okruchami twojego chleba?

Nie, dziękuję. Wolałem być na ulicy i żywić się wczorajszym falafelem z baru szybkiej obsługi.

A jednak… uznałem, że nie będzie trudno włamać się, rozejrzeć i sprawdzić, czy umiem znaleźć odpowiedź na pytanie, co jest grane. A gdy już tam będę, może uda mi się znaleźć coś, co nada się do zastawienia w lombardzie.

Przykro mi, jeśli obraża to wasze poczucie dobra i zła.

Och, zaraz. Nie, wcale nie jest mi przykro.

Nie kradnę byle komu. Wybieram wrednych drani, którzy i tak mają za dużo. Jeśli jeździsz nowym bmw i parkujesz je na miejscu dla inwalidów, nie mając odpowiedniej plakietki, to tak, nie mam problemu z wybiciem ci okna i przywłaszczeniem sobie drobnych, które trzymasz w schowku. Jeśli wychodzisz z eleganckiego sklepu z torbą jedwabnych chusteczek do nosa i jesteś tak zajęty rozmową przez telefon, że nawet nie dostrzegasz, jak spychasz ludzi z drogi, to jestem obok ciebie, gotów zwinąć ci portfel. Jeśli możesz wydać pięć tysięcy dolarów na wycieranie nosa, możesz też kupić mi obiad.

Jestem sędzią, ławą przysięgłych i złodziejem. A jeśli chodzi o wrednych drani, to nie da się znaleźć większego od wujka Randolpha.

Dom stał przy Commonwealth Avenue. Skierowałem się na jego tyły, wychodzące na zaułek o poetyckiej nazwie Public Alley 429.

Miejsce parkingowe Randolpha było puste. Do wejścia przez piwnicę prowadziły schodki. Nie dostrzegłem śladów systemu alarmowego. Drzwi wyglądały na zamykane na zwykły zamek, nawet bez rygla. Dobra, Randolph. Mógłbyś przynajmniej rzucić jakieś wyzwanie.

Dwie minuty później byłem już w środku.

W kuchni pożywiłem się kilkoma plastrami indyka, krakersami i mlekiem z kartonu. Nie było falafela. A niech to. Akurat miałem na niego ochotę. Znalazłem za to batonik czekoladowy, więc wsunąłem go do kieszeni na później. (Czekoladę należy smakować, a nie zjadać w pośpiechu). Następnie skierowałem się na górę do mauzoleum mahoniowych mebli, orientalnych dywanów, obrazów olejnych, marmurowych posadzek i kryształowych żyrandoli… Trochę to było obciachowe. Kto tak mieszka?

Kiedy miałem sześć lat, nie potrafiłem docenić, jak bardzo to wszystko było drogie, ale ogólne wrażenie z tego domu pozostało takie samo: mroczny, opresyjny, upiorny. Trudno sobie wyobrazić mamę dorastającą w tym miejscu. Łatwo się domyślić, dlaczego została wielbicielką wielkich otwartych przestrzeni.

Nasze mieszkanie nad koreańskim barem w Allston było dość przytulne, ale mama nigdy nie lubiła w nim przebywać. Zawsze powtarzała, że jej prawdziwym domem są Blue Hills. Wybieraliśmy się tam na wędrówki i biwaki przy każdej pogodzie – świeże powietrze, brak ścian i sufitów, kaczki, gęsi i wiewiórki jako jedyne towarzystwo.

Ten kamienny budynek w porównaniu z Blue Hills przypominał więzienie. Kiedy stałem samotnie w holu, miałem wrażenie, że obłażą mnie niewidzialne owady.

Wspiąłem się po schodach na pierwsze piętro. W gabinecie pachniało cytrynową pastą do mebli i skórą, tak jak zapamiętałem. Pod jedną ze ścian stała podświetlona szklana gablota pełna należących do Randolpha pordzewiałych wikińskich hełmów i toporów. Mama mówiła mi kiedyś, że Randolph wykładał historię na Harvardzie, dopóki nie został wyrzucony z powodu jakiejś wielkiej afery. Nie wchodziła w szczegóły, ale najwyraźniej facet nadal miał fiksację na punkcie staroci.

Jesteś mądrzejszy od obu twoich wujków, Magnusie – powiedziała mi pewnego razu mama. – Z twoimi ocenami mógłbyś bez problemu dostać się na Harvard”.

Wtedy ona jeszcze żyła, ja chodziłem do szkoły i miałem w perspektywie coś więcej niż znalezienie następnego posiłku.

W jednym z kątów gabinetu Randolpha stała wielka kamienna płyta przypominająca nagrobek. Jej powierzchnię pokrywały ryte i malowane na czerwono skomplikowane zawijasy. W samym środku widniał nieporadny rysunek warczącego zwierzęcia – może lwa albo wilka.

Wzdrygnąłem się. Nie myślmy o wilkach.

Podszedłem do biurka Randolpha. Miałem nadzieję znaleźć komputer albo notatnik z jakimiś przydatnymi informacjami – cokolwiek, co wyjaśniałoby, dlaczego mnie szukają. Na blacie leżały jednak tylko kawałki cienkiego żółtawego pergaminu, przypominającego łupinę cebuli. Wyglądały jak mapy, które jakiś średniowieczny dzieciak zrobił w szkole na lekcję geografii: ledwie widoczne szkice linii brzegowej, rozmaite miejsca podpisane alfabetem, którego nie znałem. Na tym wszystkim, niczym przycisk do papierów, spoczywała skórzana sakiewka.

Wstrzymałem oddech. Rozpoznałem tę sakiewkę. Rozwiązałem rzemyki i wyjąłem jeden z klocków domina… ale to nie było domino. Sześcioletni ja uznałem, że w to właśnie graliśmy z Annabeth. Przez kolejne lata pamięć wzmacniała to przekonanie. Ale zamiast kropek na tych klockach wymalowane były czerwone znaki.

Ten, który trzymałem w ręce, miał kształt gałązki albo zdeformowanej litery F:

runa3

Serce zabiło mi mocno. Nie bardzo wiedziałem dlaczego. Zacząłem się zastanawiać, czy przyjście tutaj było naprawdę takim dobrym pomysłem. Miałem wrażenie, że ściany zamykają się wokół mnie. Wizerunek zwierzęcia na wielkim kamieniu stojącym w kącie wydawał się szydzić ze mnie, a jego czerwony zarys połyskiwał jak świeża krew.

Podszedłem do okna. Uznałem, że jeśli wyjrzę na zewnątrz, dobrze mi to zrobi. Przez środek alei ciągnął się Common­wealth Mall – wstęga parku przykrytego śniegiem.

Na nagich drzewach wisiały białe świąteczne lampki. Na końcu ulicy, w obrębie żelaznego płotu, spiżowy posąg Lei­fa Eriksona stał na swoim postumencie z dłońmi zwiniętymi wokół oczu. Leif spoglądał ku przejazdowi Charlesgate, jakby mówił: „Patrzcie, odkryłem autostradę!”.

Często żartowaliśmy z mamą z Leifa. Jego zbroja była dość skąpa: krótka spódniczka i napierśnik wyglądający jak wikiński biustonosz.

Nie miałem pojęcia, dlaczego ten posąg stał w samym centrum Bostonu, ale uznałem, że raczej nie przez przypadek wujek Randolph postanowił zająć się naukowo wikingami. Mieszkał tu przez całe życie. Zapewne codziennie widywał Leifa przez okno. Może w dzieciństwie Randolph pomyślał sobie: Chciałbym kiedyś zająć się naukowo wikingami. Faceci w metalowych biustonoszach są tacy fajni!

Mój wzrok powędrował ku cokołowi posągu. Ktoś tam stał… i patrzył w moim kierunku.

Wiecie, jak to jest, kiedy widzicie kogoś tam, gdzie się go nie spodziewacie, i zajmuje wam chwilę rozpoznanie go? W cieniu Leifa Eriksona stał wysoki blady mężczyzna w czarnej skórzanej kurtce, czarnych motocyklowych spodniach i wysokich butach w szpic. Jego krótko obcięte na jeża włosy były tak jasne, że prawie białe. Jedynym kolorowym elementem był czerwono-biały szalik owinięty wokół szyi i opadający na ramiona.

Gdybym go nie znał, uznałbym, że przebrał się za jakąś postać z filmu anime. Ale ja go znałem. To był Hearth, mój bezdomny towarzysz i zastępcza matka.

Byłem trochę przerażony, a trochę urażony. Zobaczył mnie na ulicy i śledził? Nie potrzebowałem, żeby jakaś stalkerska wróżka się mną opiekowała.

Rozłożyłem ręce, co miało oznaczać: Co ty tu robisz?

Hearth odpowiedział gestem, jakby wyciągał coś ze zwiniętej dłoni i wyrzucał. Po dwóch latach w jego towarzystwie nauczyłem się całkiem nieźle języka migowego.

Hearth mówił: UCIEKAJ.

Nie wyglądał na zaniepokojonego, ale u Heartha trochę to trudno rozpoznać. Ilekroć się razem włóczyliśmy, on głównie gapił się na mnie tymi bladoszarymi oczami, jakby spodziewał się, że lada moment eksploduję.

Straciłem kilka cennych sekund na próbę wymyślenia, o co mu chodzi i dlaczego stoi tutaj, skoro powinien być na Copley Square.

Wykonał kolejny gest: zamachał dwa razy obiema dłońmi z wyciągniętymi do przodu dwoma palcami. Pospiesz się.

– Dlaczego? – zapytałem na głos.

A za moimi plecami odezwał się głęboki głos:

– Witaj, Magnusie.

Omal nie wyskoczyłem z butów. W drzwiach gabinetu stał potężny mężczyzna z krótko przyciętą siwą brodą i szpakowatymi włosami. Miał na sobie beżowy kaszmirowy płaszcz narzucony na ciemny wełniany garnitur. W dłoniach w rękawiczkach ściskał rękojeść laski z polerowanego drewna, zakończonej żelazem. Kiedy go ostatni raz widziałem, jego włosy były czarne, ale znałem ten głos.

– Randolph.

Pochylił leciutko głowę.

– Co za miła niespodzianka. Cieszę się, że tu jesteś. – Nie sprawiał wrażenia ani zaskoczonego, ani uradowanego. – Nie mamy zbyt dużo czasu.

Jedzenie i mleko zaczęły się gotować w moim żołądku.

– D-dużo czasu… do czego?

Zmarszczył czoło. Zmarszczył nos, jakby wyczuł lekko nieprzyjemny zapach.

– Dziś kończysz szesnaście lat, prawda? Oni przyjdą, żeby cię zabić.

Rozdział

1
Dzień dobry,
czas umierać!

Tak, wiem. Będziecie czytać o tym, jak umierałem w męczarniach, i wykrzykiwać: „Rany! Nieźle to brzmi, Magnus! Mogę też umrzeć w męczarniach?”.

Nie. Po prostu nie.

Nie skaczcie z żadnych dachów. Nie wbiegajcie na autostradę, nie podpalajcie się. To tak nie działa. Nie skończycie tam, gdzie ja.

A poza tym wcale nie macie ochoty znaleźć się w mojej sytuacji. Jeśli nie jesteście na tyle szaleni, żeby chcieć oglądać nieumarłych wojowników rozwalających się wzajemnie w drobny mak, miecze uderzające olbrzymy w nosy, mroczne elfy w modnych ciuchach, nie powinniście nawet rozważać poszukiwania bramy z głową wilka.

Nazywam się Magnus Chase. Mam szesnaście lat. Oto opowieść o tym, jak moje życie stało się jeszcze gorsze, od kiedy dałem się zabić.

Dzień zaczął się dość normalnie. Spałem na chodniku pod mostem w parku, kiedy jakiś facet obudził mnie kopniakiem i oznajmił:

– Szukają cię.

Nawiasem mówiąc, od dwóch lat byłem bezdomny. Część z was pomyśli pewnie: oj, ale to smutne. Inni raczej uśmieją się i powiedzą: „Cha, cha, oferma!”. Ale gdybyście zobaczyli mnie na ulicy, dziewięćdziesiąt dziewięć procent z was minęłoby mnie, jakbym był niewidzialny. Modlilibyście się, żebym nie poprosił was o pieniądze. Zastanawialibyście się, czy nie jestem starszy, niż wyglądam, ponieważ nastolatek na pewno nie byłby owinięty w stary cuchnący śpiwór w samym środku bostońskiej zimy. „Ktoś powinien pomóc temu biedakowi!”

A następnie poszlibyście dalej.

Nieważne. Nie potrzebuję waszego współczucia. Przywykłem, że ludzie się ze mnie wyśmiewają. Że mnie ignorują. Ruszajmy dalej.

Koleś, który mnie obudził, był znany jako Blitz. Jak zwykle wyglądał, jakby właśnie przebiegł przez tornado śmieci. Z jego kręconych czarnych włosów sterczały świstki papieru i gałązki. Na twarzy koloru wytartej skóry osiadły kryształki lodu. Brodę miał rozwichrzoną, a źrenice oczu tak rozszerzone, że zajmowały całą tęczówkę. Dół długiego płaszcza, ciągnącego się wokół stóp – Blitz ma z metr sześćdziesiąt wzrostu – ubrudzony był śniegiem. Jego nieustannie zaniepokojona mina sprawiała, że wyglądał, jakby w każdej chwili mógł zacząć krzyczeć.

Przetarłem zaspane oczy. W ustach czułem smak starego hamburgera. Śpiwór był ciepły, naprawdę wcale nie pragnąłem z niego wychodzić.

– Kto mnie szuka?

– Nie bardzo wiem. – Blitz potarł nos, który był tyle razy złamany, że przypominał teraz zygzakowatą błyskawicę. – Rozdają ulotki z twoim nazwiskiem i zdjęciem.

Zakląłem. Z przypadkowymi policjantami i strażnikami parkowymi dawałem sobie radę. Kuratorzy szkolni, wolontariusze uliczni, pijani studenci, narkomani szukający słabszej od siebie ofiary do sponiewierania – wszyscy oni nie stanowili żadnego problemu, gdy już się obudziłem.

Ale ktoś, kto zna moją twarz i nazwisko – to brzmiało niedobrze. To oznaczało, że ktoś namierza konkretnie mnie. Może to ci ludzie z noclegowni, którzy wściekli się na mnie za zepsucie ich sprzętu audio. (Ale ich kolędy doprowadzały mnie do szału). Może jakaś kamera zarejestrowała moją ostatnią kradzież kieszonkową w Dzielnicy Teatralnej. (Ej, no, potrzebowałem na pizzę). A może, jakkolwiek mało prawdopodobne to się wydawało, policja nadal szuka mnie w związku z morderstwem mojej mamy…

Spakowałem rzeczy, co zajęło mi jakieś trzy sekundy. Śpiwór zwijał się ciasno i mieścił do plecaka ze szczoteczką do zębów oraz skarpetkami i bielizną na zmianę. To plus ciuchy, które miałem na grzbiecie, stanowiło cały mój dobytek. Z plecakiem na ramieniu i naciągniętym głęboko kapturem bez problemu wtapiałem się w tłum. W Bostonie jest mnóstwo studentów. I część z nich wygląda na jeszcze większych i młodszych obszarpańców niż ja.

– Gdzie widziałeś tych ludzi z ulotkami? – zapytałem Blitza.

– Na Beacon Street. Idą w tym kierunku. Biały facet w średnim wieku i nastolatka, zapewne jego córka.

Zmarszczyłem brwi.

– To nie ma sensu. Kto…

– Nie mam pojęcia, chłopcze, ale muszę zmykać. – Blitz skrzywił się w kierunku wschodzącego słońca, które malowało okna wieżowców na pomarańczowo. Z powodów, których nigdy nie zrozumiałem, Blitz nienawidził światła dnia. Może był najniższym, najgrubszym bezdomnym wampirem na świecie.

– Powinieneś zobaczyć się z Hearthem. Włóczy się gdzieś w okolicy Copley Square.

Starałem się nie zirytować. Okoliczni bezdomni w żartach nazywali Heartha i Blitza moimi rodzicami, ponieważ któryś z nich zawsze jakby miał na mnie oko.

– Bardzo dziękuję – odpowiedziałem. – Dam sobie radę.

Blitz obgryzał kciuk.

– No nie wiem, chłopcze. Nie dzisiaj. Musisz szczególnie uważać.

– Dlaczego?

Zerknął ponad moim ramieniem.

– Nadchodzą.

Nikogo nie widziałem. Kiedy się odwróciłem, Blitza nie było.

Nienawidziłem, kiedy to robił. Ot tak – puf. Ten facet był jak ninja. Bezdomny wampir ninja.

Miałem teraz do wyboru: iść na Copley Square włóczyć się z Hearthem albo skierować się ku Beacon Street i usiłować rozpoznać poszukujących mnie ludzi.

Opis przedstawiony przez Blitza zaintrygował mnie. Facet w średnim wieku i nastolatka poszukujący mnie o wschodzie słońca w mroźny poranek. Dlaczego? Kim byli?

Poczołgałem się brzegiem stawu. Mogłem przyczaić się na wzgórzu i widzieć wszystkich, którzy się zbliżali, samemu pozostając niewidocznym.

Śnieg pokrywał ziemię. Niebo było jaskrawoniebieskie. Nagie gałęzie drzew wyglądały jak zanurzone w szkle. Wiatr przewiewał wszystkie warstwy mojego ubrania, ale nie przejmowałem się zimnem. Mama zawsze żartowała, że jestem w połowie niedźwiedziem polarnym. Przestań, Magnus, upomniałem sam siebie.

Po dwóch latach wspomnienia były nadal jak pole minowe. Gdy nastąpiłem na jedno, cały mój spokój rozpadał się w proch.

Usiłowałem się skupić.

W moim kierunku zbliżali się mężczyzna i dziewczyna. Mężczyzna miał jasne włosy opadające poniżej kołnierza – nie sprawiało to jednak wrażenia specjalnie wybranej fryzury, ale raczej niedbałości. Jego zakłopotana mina przypominała mi nauczycieli na zastępstwie: Wiem, że właśnie oberwałem kulką z papieru, ale nie mam pojęcia, z której strony nadleciała. Jego eleganckie buty zupełnie nie pasowały do bostońskiej zimy. Skarpetki miał w dwóch różnych odcieniach brązu. Krawat wyglądał, jakby został zawiązany, gdy jego właściciel kręcił się w kółko w kompletnej ciemności.

Dziewczyna musiała być jego córką. Włosy miała równie gęste i pofalowane, aczkolwiek jeszcze jaśniejsze. Ubrana była nieco rozsądniej: w śniegowe botki, dżinsy i ciepłą kurtkę, spod której pod szyją wystawał pomarańczowy podkoszulek. Wyraz twarzy miała zdecydowany, gniewny. Ściskała w ręce plik ulotek, jakby były to wypracowania, za które dostała zaniżoną ocenę.

Jeśli to ona mnie szukała, nie chciałem zostać znaleziony. Wyglądała przerażająco.

Nie rozpoznawałem jej ani jej taty, ale coś wyczuwałem na samym dnie czaszki… jakby magnes usiłował wydobyć stamtąd bardzo stare wspomnienie.

Ojciec i córka zatrzymali się na rozwidleniu ścieżki. Rozejrzeli się wokół siebie, jakby dopiero teraz zorientowali się, że stoją pośrodku pustego parku o barbarzyńskiej godzinie w samym środku zimy.

– Niewiarygodne – odezwała się dziewczyna. – Chętnie bym go udusiła.

Zakładając, że ma na myśli mnie, skuliłem się jeszcze bardziej.

Jej ojciec westchnął.

– Chyba powinniśmy powstrzymać się przed zabijaniem go. To twój wujek.

– Ale dwa lata?! – wykrzyknęła dziewczyna. – Tato, jak on mógł nam nie powiedzieć przez dwa lata?

– Nie potrafię wyjaśnić działań Randolpha. Nigdy nie potrafiłem, Annabeth.

Wciągnąłem głośno powietrze i wystraszyłem się, że zaraz mnie odkryją. Z mojego umysłu odpadł strup, ukazując piekące wspomnienia z czasów, kiedy miałem sześć lat.

Annabeth. A to oznaczało, że jasnowłosy mężczyzna był… wujkiem Frederickiem?

Wróciłem do ostatniego rodzinnego Święta Dziękczynienia: Annabeth i ja chowamy się w gabinecie rezydencji wujka Randolpha i gramy w domino, podczas gdy dorośli wrzeszczą na siebie na dole.

„Masz szczęście, że mieszkasz z mamą”. Annabeth ustawiła kolejną kostkę domina na swojej miniaturowej konstrukcji. Była ona zaskakująco porządnie zbudowana, a z przodu miała kolumny jak jakaś świątynia. „Ja będę musiała uciec”.

Nie wątpiłem, że mówi prawdę. Zawsze imponowała mi jej pewność siebie.

A potem w progu pojawił się wujek Frederick z zaciśniętymi pięściami. Jego ponura mina pozostawała w dziwacznym kontraście z uśmiechniętym reniferem na jego swetrze. „Idziemy, Annabeth”.

Annabeth spojrzała na mnie. Jej szare oczy były nieco zbyt groźne jak na pierwszoklasistkę. „Uważaj na siebie, Magnusie”.

Jednym pstryknięciem palca zburzyła swoją świątynię z klocków.

Wtedy widziałem ją ostatni raz.

Potem mama była niewzruszona. „Trzymamy się z dala od twoich wujów. Zwłaszcza od Randolpha. Nie dam mu tego, czego chce. Nigdy”.

Nie wyjaśniła, czego chciał Randolph ani o co kłóciła się z Frederickiem i Randolphem.

„Musisz mi zaufać, Magnusie. Przebywanie w ich pobliżu… jest zbyt niebezpieczne”.

Ufałem mojej mamie. Nawet po jej śmierci nie nawiązałem żadnych kontaktów z krewnymi.

A teraz, znienacka, to oni mnie szukali.

Randolph osiadł w mieście, ale o ile wiedziałem, Frederick i Annabeth nadal mieszkali w Wirginii. A jednak byli tu, rozdając ulotki z moim imieniem i zdjęciem. Skąd oni w ogóle wzięli moje zdjęcie?

W głowie szumiało mi tak paskudnie, że umknęła mi część ich rozmowy.

– …znaleźć Magnusa – mówił wujek Frederick. Zerknął na swój smartfon. – Randolph pytał w noclegowni na South End i nic. Może powinniśmy sprawdzić schronisko dla młodzieży po drugiej stronie parku.

– Skąd mamy pewność, że Magnus w ogóle żyje? – zapytała żałośnie Annabeth. – Zaginął dwa lata temu? Mógł zamarz­nąć w jakimś rowie!

Pewna cząstka mnie miała ochotę wychynąć z kryjówki i krzyknąć: TA-DAM!

Chociaż nie widziałem Annabeth od dziesięciu lat, nie chciałem, żeby się martwiła. Ale po takim czasie na ulicy nauczyłem się jednego: nie pakuj się w nic, czego nie rozumiesz.

– Randolph jest pewny, że Magnus żyje – odparł wuj Frederick. – Jest gdzieś w Bostonie. Jeśli jego życie jest rzeczywiście w niebezpieczeństwie…

Ruszyli w kierunku Charles Street, a wiatr zagłuszył ich słowa.

Dygotałem teraz, ale nie z zimna. Miałem ochotę pobiec za Frederickiem, zaczepić go i zażądać odpowiedzi. Skąd Randolph wie, że nadal jestem w Bostonie? Dlaczego mnie szukają? Jakim cudem moje życie jest bardziej w niebezpieczeństwie teraz niż kiedykolwiek indziej?

Ale nie poszedłem za nimi.

Pamiętałem ostatnią rzecz, jaką powiedziała mi mama. Nie miałem ochoty zwiewać schodami przeciwpożarowymi, nie chciałem jej zostawić, ale chwyciła mnie za ręce i zmusiła do spojrzenia sobie prosto w oczy. „Uciekaj, Magnusie. Ukryj się. Nie ufaj nikomu. Ja cię znajdę. Cokolwiek się stanie, nie proś Randolpha o pomoc”.

A potem, zanim zdążyłem wyskoczyć przez okno, drzwi naszego mieszkania zamieniły się w stos drzazg. Z mroku wynurzyły się dwie pary błyszczących niebieskich oczu…

Odepchnąłem to wspomnienie i patrzyłem, jak wujek Frederick i Annabeth oddalają się, skręcając na wschód ku Common.

Wujek Randolph… Z jakiegoś powodu skontaktował się z Frederickiem i Annabeth. Ściągnął ich do Bostonu. Przez cały ten czas Frederick i Annabeth nie wiedzieli, że mama nie żyje, a ja zniknąłem. Wydawało się to niemożliwe, ale jeśli było prawdą, to dlaczego Randolph powiedział im akurat teraz?

Nie ryzykując bezpośredniej konfrontacji z wujem, mogłem w tylko jeden sposób uzyskać informacje. Jego rezydencja znajdowała się w Back Bay, niedaleko stąd. Z tego, co mówił Frederick, wynikało, że Randolpha nie było w domu. Był gdzieś na South End i mnie szukał.

Ponieważ nie ma nic lepszego na początek dnia niż małe włamanko, postanowiłem odwiedzić jego dom.

Koniec wersji demonstracyjnej.