Miasteczko Salem - Stephen King

Miasteczko Salem

5,0

W prowincjonalnym amerykańskim miasteczku zaczynają dziać się rzeczy niepojęte i przerażające. Znikają bądź umierają w dziwnych okolicznościach dorośli i dzieci, jedna śmierć pociąga za sobą drugą. Czyżby Salem było nawiedzone przez złe moce? Kilku śmiałków, którym przewodzi mały chłopiec, wydaje im pełną determinacji walkę. „Miasteczko Salem”, klasyczny horror Stephena Kinga, ukazało się po raz pierwszy w roku 1975. Demoniczna opowieść natychmiast przeraziła i oczarowała czytelników i stała się światowym bestsellerem. Doczekała się też dwóch ekranizacji.

Dodaj komentarz


Pierwsza książka King'a, po którą sięgnęłam i nie żałuje. Co prawda na początku dziwnie mi się ją czytało, bo jest napisana inaczej niż książki, które dotychczas czytałam, ale podbiła moje serce i wręcz nie potrafiłam się od niej oderwać.
Napięcie budowane powoli, spokojnie, a zaraz potem urwane, by czytelnik czytał dalej z zapartym tchem. Genialne. Mnóstwo momentów grozy, czy wciągającej intrygi, a także wciągające dramaty życia mieszkańców miasteczka Salem.
Książka zdecydowanie warta polecenia.
Gorąco polecam!

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Miasteczko Salem

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Prolog
1
2
3 CZYŻBY NAWIEDZONE MIASTO?
4
5
6
7
CZĘŚĆ PIERWSZA Dom Marstenów
Rozdział pierwszy Ben (I)
1
2
Rozdział drugi Susan (I)
1
2
3
4
5
6
7
8
Rozdział trzeci Miasteczko (I)
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
Rozdział czwarty Danny Glick i inni
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
Rozdział piąty Ben (II)
1
2
3
4
5
6
7
Rozdział szósty Miasteczko (II)
1
2
3
4
5
6
7
8
9
Rozdział siódmy Matt
1
2
3
4
5
CZĘŚĆ DRUGA Imperator porcji lodów
Rozdział ósmy Ben (III)
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
Rozdział dziewiąty Susan (II)
1
2
3
4
5
6
7
8
Rozdział dziesiąty Miasteczko (III)
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
Rozdział jedenasty Ben (IV)
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
Rozdział dwunasty Mark
1
2
3
4
5
Rozdział trzynasty Ojciec Callahan
1
2
3
CZĘŚĆ TRZECIA Wymarłe miasto
Rozdział czternasty Miasteczko (IV)
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
Rozdział piętnasty Ben i Mark
1
2
3
4
5
6
Epilog
1
2
3
Karta redakcyjna

Stephen King

Miasteczko Salem

Przełożył
Arkadiusz Nakoniecznik
 

Fragment

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

1

Niemal wszyscy sądzili, że mężczyzna i chłopiec są ojcem i synem.

Jechali starym citroenem krętą, prowadzącą na południowy zachód trasą, trzymając się głównie bocznych dróg i często zmieniając tempo jazdy. Zanim dotarli do celu, zatrzymali się w trzech miejscach: najpierw w Rhode Island, gdzie wysoki, ciemnowłosy mężczyzna pracował w tkalni, potem w Youngstown w stanie Ohio, gdzie przez trzy miesiące był zatrudniony przy montażu ciągników, a wreszcie w niewielkim kalifornijskim miasteczku, położonym w pobliżu granicy z Meksykiem, gdzie obsługiwał stację benzynową i naprawiał małe zagraniczne samochody, ku swemu zdziwieniu i zadowoleniu dając sobie z tym całkiem nieźle radę.

Wszędzie, gdzie się zatrzymywali, kupował ukazujący się w Portland „Press-Herald”, szukając w nim informacji dotyczących leżącego w południowej części stanu Maine miasteczka Jerusalem. Od czasu do czasu udawało mu się na nie natrafić.

Zanim dotarli do Central Falls, napisał w motelowych pokojach szkic powieści i wysłał go do swego agenta. Milion lat temu, w czasach, kiedy jeszcze ciemność nie ogarnęła jego życia, był cieszącym się umiarkowanym uznaniem pisarzem. Agent zaniósł szkic do wydawcy, który wyraził uprzejme zainteresowanie, lecz nie zdradził najmniejszych chęci wypłacenia jakiejkolwiek zaliczki. „Dziękuję” i „proszę” wciąż jeszcze są zupełnie za darmo, powiedział mężczyzna do chłopca, drąc list od agenta. Jednak w jego słowach nie było zbyt wiele goryczy, a wkrótce i tak zabrał się do pisania powieści.

Chłopiec mówił bardzo niewiele. Jego twarz była zawsze skupiona, a ciemne oczy zdawały się bezustannie wpatrywać w jakiś ponury, widoczny tylko dla niego horyzont. W restauracjach i na stacjach benzynowych, przy których zatrzymywali się po drodze, był po prostu uprzejmy i nic więcej. Najwyraźniej starał się nie tracić z pola widzenia wysokiego, ciemnowłosego mężczyzny, a kiedy ten musiał zniknąć na chwilę, żeby skorzystać z toalety, chłopca natychmiast zaczynał ogarniać niepokój. Nie chciał rozmawiać o Jerusalem, choć jego towarzysz od czasu do czasu usiłował sprowadzić rozmowę na ten temat, i nie zaglądał do dziennika z Portland, który mężczyzna często celowo kładł w zasięgu jego ręki.

Kiedy powieść została ukończona, mieszkali w chacie stojącej niemal na samej plaży, z dala od autostrady. Bardzo często kąpali się w Pacyfiku, cieplejszym i przyjaźniejszym od Oceanu Atlantyckiego. Nie było w nim żadnych wspomnień. Chłopiec stawał się coraz bardziej opalony.

Chociaż mogli sobie pozwolić na dach nad głową i trzy solidne posiłki dziennie, to sposób, w jaki żyli, zaczął budzić w mężczyźnie coraz więcej niepokoju i wątpliwości. Co prawda, cały czas uczył chłopca, który wydawał się nie mieć pod względem edukacji żadnych opóźnień (był bystry i bardzo lubił książki, tak jak on sam), ale nie wydawało mu się, żeby próby zatarcia wspomnień o Jerusalem wychodziły chłopcu na dobre. Mały nieraz krzyczał przez sen i zrzucał koce na podłogę.

Pewnego dnia przyszedł list z Nowego Jorku. Agent informował, że wydawnictwo Random House gotowe jest zapłacić 12 000 dolarów zaliczki i że niemal pewne jest również klubowe wydanie książki. Czy autor zgodzi się przyjąć te warunki?

Zgodził się.

Mężczyzna zrezygnował z pracy na stacji benzynowej i wraz z chłopcem przejechał na drugą stronę granicy.

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzeci
Miasteczko (I)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czwarty
Danny Glick i inni

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piąty
Ben (II)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział szósty
Miasteczko (II)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział siódmy
Matt

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ DRUGA
Imperator porcji lodów

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział ósmy
Ben (III)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty
Susan (II)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty
Miasteczko (III)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział jedenasty
Ben (IV)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział dwunasty
Mark

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział trzynasty
Ojciec Callahan

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ TRZECIA
Wymarłe miasto

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział czternasty
Miasteczko (IV)

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

44

Dostępne w wersji pełnej

45

Dostępne w wersji pełnej

46

Dostępne w wersji pełnej

47

Dostępne w wersji pełnej

48

Dostępne w wersji pełnej

49

Dostępne w wersji pełnej

50

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział piętnasty
Ben i Mark

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

2

Los Zapatos, co znaczyło „buty” (nazwa ta nieodmiennie wprawiała mężczyznę w znakomity humor), to mała wioska, położona w pobliżu oceanu. Właściwie nie spotykało się tu turystów, nie było bowiem ani dobrej drogi, ani pięknego widoku na Pacyfik, ani żadnych zabytków. W dodatku w miejscowej knajpie aż roiło się od karaluchów, jedyna zaś miejscowa dziwka miała pięćdziesiąt lat i była już babcią.

Opuściwszy Stany, znaleźli się w oazie niemal nieziemskiego spokoju. Nad głowami nie latały samoloty, nigdzie nie płaciło się za wejście ani za przejazd, a w promieniu stu mil nikt nie posiadał ani nie marzył o posiadaniu elektrycznej kosiarki do trawy. Mieli radio, ale nawet ono wytwarzało jedynie pozbawiony znaczenia szum, wszystkie bowiem wiadomości były nadawane po hiszpańsku; po pewnym czasie chłopiec zaczął co nieco rozumieć, ale dla mężczyzny audycje miały już na zawsze pozostać niezrozumiałym bełkotem. W programach muzycznych prezentowano niemal wyłącznie opery. Wieczorem czasem udawało im się złapać nadającą muzykę pop stację z Monterey, ale dźwięk co chwila zanikał. Jedynym działającym silnikiem w zasięgu słuchu był oryginalny, archaiczny rototiller, stanowiący własność jednego z rolników. Jeśli wiatr wiał akurat z właściwego kierunku, to do ich uszu docierał jego nieregularny, perkoczący odgłos, przywodzący na myśl jakiegoś niespokojnego ducha. Oni sami czerpali wodę ręcznie.

Raz lub dwa razy w miesiącu, niekoniecznie razem, chodzili na mszę do małego kościółka. Żaden z nich nie rozumiał liturgii, ale mimo to tam chodzili. Mężczyzna czasem przyłapywał się na tym, że drzemie w potwornej duchocie, ukołysany monotonnym, znajomym rytmem i ożywiającymi go głosami. Pewnej niedzieli chłopiec przyszedł na skrzypiącą, tylną werandę, gdzie mężczyzna pracował nad nową książką, i powiedział mu z wahaniem, że rozmawiał z księdzem na temat swojego ewentualnego chrztu. Mężczyzna skinął głową i zapytał, czy zna na tyle hiszpański, żeby przyjąć konieczne nauki, a chłopiec odparł, że to nie powinno stanowić większego problemu.

Raz w tygodniu mężczyzna wyruszał w czterdziestomilową podróż po gazetę z Portland, zawsze pochodzącą co najmniej sprzed kilku dni, a czasem noszącą wyraźne ślady psiego moczu. W dwa tygodnie po rozmowie z chłopcem natrafił w niej na obszerny artykuł o miasteczku Salem i innym, położonym w stanie Vermont, noszącym nazwę Momson. W artykule było również wymienione jego nazwisko.

Zostawił gazetę na wierzchu, jednak bez specjalnej nadziei, że chłopiec weźmie ją do ręki. Artykuł zaniepokoił go z kilku powodów; wyglądało na to, że w Salem sprawy nie wróciły jeszcze do normy.

Nazajutrz chłopiec przyszedł do mężczyzny, trzymając w ręku gazetę otwartą na artykule zatytułowanym „Czyżby nawiedzone miasto?”

– Boję się – powiedział.

– Ja też – odparł wysoki mężczyzna.

6

Wracali z Portland szosą numer 295. Nie było jeszcze wcale późno, bo dopiero co minęła jedenasta. Na drodze obowiązywało ograniczenie prędkości do pięćdziesięciu pięciu mil na godzinę i Ben jechał z taką właśnie szybkością. Światła citroena wrzynały się głęboko w ciemność.

Film podobał się i jemu, i jej, ale wyrażali swoje uznanie ostrożnie, jak ludzie, którzy chcą najpierw wybadać reakcję drugiej osoby. W pewnej chwili Susan przypomniała sobie pytanie swojej matki.

– Gdzie się zatrzymałeś? Wynająłeś jakiś dom?

– Mam małą komórkę na drugim piętrze w pensjonacie Evy Miller przy Railroad Street.

– To okropne! Musi tam być strasznie gorąco!

– Mnie to nie przeszkadza – odparł. – Dobrze mi się wtedy pracuje. Siedzę nagi do pasa, włączam radio i wypijam galon piwa. Dziennie odwalam średnio około dziesięciu stron. Poza tym mieszka tam paru interesujących dziwaków, a kiedy wyjdzie się na werandę, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza... Prawdziwy raj.

– Bo ja wiem... – mruknęła z powątpiewaniem.

– Chciałem wynająć Dom Marstenów – dodał od niechcenia. – Nawet zacząłem koło tego chodzić, ale okazało się, że został już sprzedany.

– Dom Marstenów? – Uśmiechnęła się. – Niemożliwe. Pewnie źle cię poinformowano.

– Wcale nie. Na pierwszym wzgórzu na północny zachód od miasta. Jedzie się tam Brooks Road.

– Sprzedany? Kto, na litość boską, chciałby...

– Ja również zadałem sobie to pytanie. Nieraz podejrzewano, że nie mam wszystkich klepek, ale nawet mnie nie przyszło do głowy nic poza wynajęciem. Facet z biura pośrednictwa nie chciał mi więcej powiedzieć. Wygląda na to, że to jakaś głęboka, mroczna tajemnica.

– Może ktoś spoza stanu chce przerobić go na letnisko – powiedziała z namysłem. – W każdym razie ktokolwiek to jest, jest wariatem. Owszem, można coś wyremontować i nawet ja bym się tego podjęła, ale ta rudera nie nadaje się już do żadnego remontu. Odkąd pamiętam, to zawsze była ruina. Co ci przyszło do głowy, żeby właśnie tam zamieszkać?

– Byłaś kiedyś w środku?

– Nie, ale zaglądałam przez okno. A ty byłeś?

– Tak. Raz.

– Okropne miejsce, prawda?

Zamilkli, myśląc o Domu Marstenów. Akurat to wspomnienie nie miało w sobie nic z pastelowych kolorów wszystkich pozostałych. Związane z tym domem skandal i tragedia wydarzyły się, kiedy jeszcze nie było ich na świecie, ale w małych miasteczkach pamięć o takich zdarzeniach trwa długo i wraz ze wszystkimi okropnymi szczegółami przekazywana bywa z pokolenia na pokolenie.

Historia Huberta Marstena i jego żony Birdie była dla miasteczka tym, czym dla szanującej się rodziny trup znaleziony w szafie. W latach dwudziestych Hubie Marsten pełnił funkcję prezesa dużej firmy transportowej; według niektórych, jej dochody pochodziły głównie ze szmuglowania whisky z Kanady do Massachusetts.

W roku 1928 małżeństwo osiadło w Salem, a już w następnym, podczas krachu na giełdzie, straciło znaczną część majątku (jednak ile dokładnie, tego nie wiedziała nawet Mabel Werts).

W latach dzielących wielki kryzys od dojścia Hitlera do władzy Marstenowie prowadzili w swoim domu na wzgórzu życie pustelników. W miasteczku widywano ich jedynie w środowe popołudnia, kiedy udawali się na zakupy. Pełniący w owym czasie funkcję listonosza Larry McLeod informował wszystkich zainteresowanych, że Hubie Marsten prenumeruje cztery dzienniki, ponadto „The Saturday Evening Post”, „The New Yorker”, a także groszowe czasopismo pod tytułem „Amazing Stories”. Raz w miesiącu otrzymywał także czek od firmy, w której niegdyś pracował, mającej swą siedzibę w Fall River, Massachusetts. Larry był pewien, że to czek, kiedyś bowiem zgiął kopertę i zajrzał w okienko adresowe.

To on właśnie znalazł ich martwych latem 1939 roku. Nie wyjmowana od pięciu dni poczta wypełniła całkowicie skrzynkę, więc Larry wziął wszystko i ruszył w kierunku domu, mając zamiar zostawić listy i gazety pod drzwiami.

Był upalny sierpień i bujna zielona trawa przed wejściem sięgała powyżej łydek. Przy zachodniej ścianie budynku rosło zdziczałe kapryfolium, a tłuste pszczoły brzęczały leniwie wokół śnieżnobiałych, wonnych kwiatów. W tamtych latach, pomimo niekoszonej trawy, budowla prezentowała się jeszcze bardzo okazale, tak zwana zaś opinia publiczna zgadzała się jednogłośnie, że Hubie Marsten, zanim oszalał, wybudował najładniejszy dom w całym miasteczku.

Zgodnie z wersją wypadków przekazywaną każdej nowej członkini Klubu Kobiet, już w połowie drogi Larry poczuł nieprzyjemny zapach, przypominający woń gnijącego mięsa. Zapukał do frontowych drzwi, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi, a zajrzawszy przez szybę, nie mógł niczego dostrzec w panującym we wnętrzu półmroku. Zdecydował się pójść do tylnych drzwi, co, jak się okazało, ocaliło mu życie. Tutaj przykry zapach był jeszcze wyraźniejszy. Larry nacisnął klamkę, przekonał się, że drzwi są otwarte, i wszedł do środka. Birdie Marsten leżała w kącie kuchni z szeroko rozrzuconymi, bosymi nogami. Brakowało jej połowy czaszki, odstrzelonej najwyraźniej z bardzo niewielkiej odległości.

(„Muchy – mówiła zawsze w tym momencie Audrey Hersey. – W kuchni roiło się od much. Latały wszędzie, siadały na... wiecie na czym i znowu zrywały się do lotu. Mnóstwo much”).

Larry McLeod odwrócił się na pięcie i popędził do miasteczka, gdzie zgarnął Norrisa Varneya, który w owym czasie sprawował funkcję szeryfa, oraz trzech czy czterech wałkoni przesiadujących u Crossena – sklep prowadził wtedy jeszcze ojciec Milta. Znajdował się wśród nich najstarszy brat Audrey, Jackson. Wrócili na wzgórze chevroletem Norrisa i pocztową furgonetką Larry’ego.

Nikt z miasteczka nigdy wcześniej nie był w Domu Marstenów, więc wydarzenie to stanowiło nie lada sensację. Kiedy pierwsze emocje opadły, portlandzki „Telegram” zamieścił obszerny artykuł na ten temat. Dom Huberta Marstena okazał się zdumiewająco zagraconym szczurzym gniazdem, pełnym nikomu niepotrzebnych rupieci oraz stert pożółkłych czasopism i niejednokrotnie bardzo cennych książek. Za sprawą poprzedników Loretty Starcher pełne wydania Dickensa, Scotta i Mariatta trafiły na półki Biblioteki Publicznej Salem, gdzie pozostają do chwili obecnej.

Jackson Hersey wziął do ręki egzemplarz „Saturday Evening Post”, zaczął przeglądać go od niechcenia i o mało nie usiadł na podłodze: do każdej strony był starannie przyklejony jednodolarowy banknot.

Tym, który odkrył, jak wiele szczęścia miał Larry, decydując się na wejście do domu przez kuchenne drzwi, był Norris Varney. W holu przed drzwiami frontowymi stało krzesło z przywiązaną do niego starannie strzelbą. Napięty sznurek łączył język spustu z klamką drzwi.

(„Strzelba była nabita i odbezpieczona – mówiła w tym momencie Audrey. – Wystarczyło jedno pociągnięcie i Larry McLeod przeniósłby się na łono Abrahama”).

Odnaleziono także inne, mniej niebezpieczne pułapki. Na krawędzi uchylonych drzwi prowadzących do jadalni balansowała ważąca co najmniej czterdzieści funtów paka starych gazet. Jedna z desek w prowadzących na piętro schodach została podpiłowana, co dla tego, kto by na nią nierozważnie nastąpił, mogło się skończyć złamaniem nogi. Wkrótce stało się jasne, że Hubie Marsten nie był nieszkodliwym dziwakiem, lecz najzwyczajniejszym, pełnokrwistym wariatem.

Znaleziono go w sypialni na piętrze, wiszącego na przerzuconym przez belkę stropową sznurze.

(Susan i jej przyjaciółki straszyły się nawzajem aż do rozkosznego znudzenia zasłyszanymi od dorosłych opowieściami. Amy Rawcliffe miała na swiom podwórzu drewniany, zbudowany specjalnie z myślą o dziecięcych zabawach domek; zamykały się w nim, i siedząc w ciemności, powtarzały sobie przerażające historie o Domu Marstenów, który zaczęto tak nazywać jeszcze przed napaścią Hitlera na Polskę, wzbogacając je o wszystkie najpotworniejsze dodatki, jakie tylko mogły narodzić się w ich wyobraźni. Nawet teraz, w osiemnaście lat później, każda myśl o Domu Marstenów działała na Susan niczym magiczne zaklęcie, przywołując boleśnie wyraźne wspomnienie o przytulonych w ciemności ciasno do siebie, ściskających się za ręce dziewczynkach i Amy mówiącej groźnym, tajemniczym tonem: „Miał obrzmiałą twarz i czarny, wywalony język, po którym łaziły muchy. Moja mama mówiła o tym pani Werts”).

– ...rudera.

– Słucham? – Powrót do rzeczywistości kosztował ją sporo niemal fizycznego wysiłku. Ben skręcał w zjazd prowadzący do Salem.

– Mówię, że to okropna, nawiedzona rudera.

– Opowiedz mi o tym, jak tam wszedłeś.

Roześmiał się bez śladu wesołości w głosie i włączył długie światła. Czarna, opustoszała szosa prowadziła sosnowo-świerkową aleją.

– Zaczęło się jako zupełna dziecinada i możliwe, że nigdy niczym więcej nie było. Pamiętaj, że działo się to w roku pięćdziesiątym pierwszym, kiedy dzieciaki musiały same wymyślić sobie coś, co zastąpiłoby im wąchanie kleju modelarskiego, którego jeszcze wtedy nie wynaleziono. Bawiłem się często z chłopakami z Zakrętu... Teraz pewnie większość z nich już się stąd wyprowadziła. Czy to miejsce w dalszym ciągu nazywane jest Zakrętem?

– Tak.

– Włóczyłem się wtedy z Daviem Barclayem, Charlesem Jamesem, którego wszyscy nazywali Sonny, Haroldem Raubersonem, Floydem Tibbitsem...

– Z Floydem? – spytała zaskoczona.

– Tak. A co, znasz go?

– Chodziłam z nim kiedyś – odparła, a potem, zaniepokojona, że głos może ją zdradzić, dodała szybko: – Sonny James też jeszcze tu mieszka. Ma stację benzynową przy Jointer Avenue. Harold Rauberson zmarł na białaczkę.

– Wszyscy byli o rok lub dwa starsi ode mnie. Założyli ekskluzywny Klub Krwawych Piratów, do którego można się było dostać, przedstawiając referencje z trzech niezależnych źródeł. – Chciał, żeby zabrzmiało to lekko i beztrosko, lecz w jego głosie dała się wyraźnie słyszeć nuta goryczy. – Ale ja byłem bardzo uparty. Nie marzyłem o niczym innym, tylko o tym, żeby zostać Krwawym Piratem. To była dla mnie najważniejsza rzecz na świecie... Tamtego lata w każdym razie. Wreszcie ugięli się i oznajmili mi, że mogę zostać przyjęty, jeśli przejdę pomyślnie próbę, którą Davie wymyślił na poczekaniu. Mieliśmy wszyscy pójść na Wzgórze Marstenów, moje zadanie zaś polegało na tym, żeby wejść do Domu i przynieść z niego jakiś fant. – Chciał się roześmiać, lecz przekonał się, że gardło ma wyschnięte na wiór.

– I co było dalej?

– Dostałem się do środka przez okno. Choć minęło już dwanaście lat, dom nadal był pełen najróżniejszych rupieci. Podczas wojny zabrano wszystkie gazety, ale cała reszta została nieruszona. W holu stał stół, a na nim jedna z tych kryształowych śnieżnych kul. Wiesz, jak to wygląda? We wnętrzu znajduje się mały domek, a kiedy potrząśnie się kulą, zaczyna padać śnieg. Schowałem ją do kieszeni, ale nie wyszedłem. Postanowiłem sprawdzić się do końca, więc poszedłem na górę, tam gdzie się powiesił Hubie Marsten.

– O mój Boże... – wyszeptała.

– Możesz mi dać papierosa? Są w schowku. Staram się odzwyczaić, ale teraz się bez tego nie obejdzie.

Podała mu jednego i przypaliła zapalniczką.

– Dom cuchnął. Nawet nie uwierzysz, jak bardzo. Pleśnią, zgnilizną, zjełczałym masłem i jakimiś żywymi istotami, gnieżdżącymi się w ścianach i piwnicy. To był taki żółty, wilgotny zapach. Wchodziłem po schodach: mały, dziewięcioletni, potwornie przerażony szczeniak. Dom skrzypiał i trzeszczał, a ja słyszałem, jak jakieś stworzenia uciekają ze strachu przede mną za ścianą. Cały czas wydawało mi się, że słyszę za plecami odgłosy czyichś kroków, ale bałem się odwrócić, żeby nie zobaczyć Hubiego Marstena kuśtykającego z powrozem w dłoni i poczerniałą, opuchniętą twarzą.

Ben zacisnął dłonie na kierownicy. Resztki rozbawienia zniknęły z jego twarzy. Intensywność, z jaką przeżywał swoje wspomnienia, nieco przestraszyła Susan. Blade światło wydobywało z mroku pooraną głębokimi bruzdami twarz człowieka, zapuszczającego się po raz kolejny na znienawidzone tereny, których jednak nigdy nie udało mu się na dłużej opuścić.

– Znalazłszy się u szczytu schodów, zebrałem całą odwagę i pobiegłem korytarzem do drzwi sypialni. Miałem zamiar wpaść do środka, złapać pierwszą rzecz, jaka nawinie mi się pod rękę, i czym prędzej stamtąd uciec. Drzwi na końcu korytarza były zamknięte. Zbliżałem się do nich coraz bardziej, widząc, że opuściły się na zawiasach i że ich dolna krawędź osiadła na progu. Widziałem srebrną klamkę, wytartą nieco w miejscach, w których dotykały jej dłonie. Kiedy nacisnąłem ją i pociągnąłem, drzwi zaskrzypiały niczym krzycząca z bólu kobieta. Wydaje mi się, że gdybym był wtedy zdolny do racjonalnego myślenia, uciekłbym, gdzie pieprz rośnie, ale ja miałem w żyłach niemal samą adrenalinę, więc chwyciłem klamkę obiema rękami i pociągnąłem z całej siły. Drzwi otworzyły się z hukiem, a ja ujrzałem Hubiego, wiszącego na linie między mną a rozjaśnionym blaskiem słońca oknem.

– Ben, chyba nie... – spróbowała mu przerwać.

– Mówię prawdę. – Z uporem pokiwał głową. – Przynajmniej taką prawdę, jaką widział dziewięcioletni chłopiec i jaką w dwadzieścia cztery lata później pamięta dorosły mężczyzna. Hubie wisiał na linie przerzuconej przez belkę sufitową, a jego twarz wcale nie była czarna, tylko zielona. Miał zapuchnięte, zamknięte oczy i upiorne ręce, a potem... Potem otworzył oczy.

Ben zaciągnął się głęboko papierosem i wyrzucił go przez uchylone okno.

– Wrzasnąłem tak, że słychać mnie było chyba w promieniu dwóch mil, a potem rzuciłem się do ucieczki. Zbiegłem na dół, przeskakując po kilka stopni naraz, przewróciłem się, natychmiast zerwałem się na nogi, wypadłem przez drzwi i popędziłem przed siebie drogą. Chłopcy czekali na mnie jakieś pół mili w dół wzgórza. Dopiero po pewnym czasie zauważyłem, że cały czas ściskam w dłoni kryształową kulę. Mam ją do tej pory.

– Chyba nie myślisz, że rzeczywiście go widziałeś, prawda, Ben? – Daleko z przodu Susan z ulgą dostrzegła migające pomarańczowe światła na głównym skrzyżowaniu miasteczka.

– Nie wiem – powiedział niechętnie po długiej chwili milczenia, jakby żałując, że nie może powiedzieć „nie” i zakończyć w ten sposób całej sprawy. – Niewykluczone, iż byłem tak podniecony, że wszystko to sobie wymyśliłem, ale z drugiej strony, chyba coś jednak jest w przekonaniu, że domy wchłaniają wszystkie uczucia i doznania, magazynując je niczym swego rodzaju akumulator. Być może ktoś o stosownej osobowości, na przykład obdarzony bujną wyobraźnią chłopiec, potrafi uwolnić te zasoby i doprowadzić do pojawienia się... czegoś. Nie chodzi mi wyłącznie o duchy, ale o coś w rodzaju trójwymiarowej, psychicznej telewizji. Niewykluczone, że może to być coś żywego, nawet jakiś potwór, jeśli sobie życzysz.

Susan zapaliła papierosa.

– W każdym razie jeszcze przez wiele tygodni potem spałem przy zapalonym świetle i śniłem, że wciąż otwieram te przeklęte drzwi. Ten sen wraca zawsze, kiedy znajduję się w jakiejś stresującej sytuacji.

– To okropne.

– Wcale nie – zaprzeczył. – A przynajmniej nie bardzo. Wszyscy miewamy czasem nieprzyjemne sny. – Wskazał gestem dłoni na mijane właśnie milczące, pogrążone we śnie domy przy Jointer Avenue. – Nieraz zastanawiam się, czemu same domy nie zaczynają w pewnej chwili krzyczeć, przerażone śnionymi w nich okropieństwami. – Zamilkł na chwilę. – Jeśli masz ochotę, to pojedź ze mną do pensjonatu. Nie zaproszę cię do środka, bo złamałbym obowiązujące tam przepisy, ale przyniósłbym colę i rum i moglibyśmy trochę posiedzieć na werandzie.

– Z przyjemnością.

Ben skręcił w Railroad Street, wyłączył światła i skręcił na mały parking przeznaczony dla mieszkańców pensjonatu. Na znajdującej się z tyłu budynku, pomalowanej na czerwono i biało werandzie stały trzy plecione fotele. Rozciągająca się w dole rzeka wyglądała jak przeniesiona z jakiegoś urokliwego snu: blask zbliżającego się do pełni księżyca padał na wodę, malując na niej srebrzystą ścieżkę. W nocnej ciszy Susan słyszała wyraźnie szum wody sączącej się przez przepusty w tamie.

– Siadaj, proszę. Zaraz wracam.

Wszedł do domu, zamykając za sobą cicho drzwi, a ona usiadła w jednym z bujanych wiklinowych foteli.

Ben był trochę dziwny, ale mimo to bardzo jej się podobał. Susan nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia, wierząc natomiast w istnienie takiego właśnie pożądania (znanego pod bardziej niewinną nazwą zauroczenia). On jednak nie należał do mężczyzn, o których pisze się po kryjomu w pamiętniku: był nieco zbyt szczupły jak na swój wzrost i dość blady, miał delikatną, zamkniętą w sobie twarz i oczy, których wyraz niezwykle rzadko odzwierciedlał stan jego myśli. Do tego wszystkiego należało jeszcze dodać strzechę czarnych włosów, wyglądających, jakby właściciel czesał je raczej palcami niż grzebieniem.

A teraz jeszcze ta historia...

Ani „Córka Conwaya”, ani „Powietrzny taniec” nie wskazywały na to, że w umyśle ich autora gnieżdżą się tak ponure myśli. Pierwsza książka opowiadała o córce pewnego pastora, która ucieka z domu, przyłącza się do grupy włóczęgów i odbywa autostopem długą, pełną przygód podróż przez niemal cały kraj. Bohaterem drugiej był Frank Buzzy, zbiegły więzień, usiłujący rozpocząć nowe życie w innym stanie jako mechanik samochodowy. Obie tryskały życiem i energią i na żadnej z nich z pewnością nie kładł się cień wiszącego na napiętej linie Huberta Marstena.

Nieświadomie oderwała spojrzenie od roziskrzonej blaskiem księżyca rzeki i skierowała je w górę, nieco w lewo, ku szczytowi najbardziej wysuniętego w kierunku miasteczka wzgórza.

– Już jestem – oznajmił Ben, wkraczając na werandę. – Mam nadzieję, że...

Nie pozwoliła mu dokończyć.

– Spójrz na Dom Marstenów – powiedziała.

Paliło się tam światło.

3
CZYŻBY NAWIEDZONE MIASTO?

John Lewis

Jerusalem – niewielkie miasteczko położone na wschód od Cumberland, mniej więcej dwadzieścia mil na północ od Portland. Nie pierwsze w historii Ameryki, które wyludniło się i umarło, ani najprawdopodobniej nie ostatnie, ale za to z pewnością jedno z najbardziej tajemniczych. Na Południowym Zachodzie takie miastanie należą wcale do rzadkości; powstawały niemal z dnia na dzień wokół nowo odkrytych pokładów złota i srebra, a potem, gdy wyczerpały się żyły kruszcu, niemal równie raptownie znikały, pozostawiając opuszczone sklepy, hotele i bary.

W Nowej Anglii jedynym wydarzeniem, które można porównać do tajemniczego wyludnienia Jerusalem, czy też Salem, jak często nazywają je okoliczni mieszkańcy, jest to, co spotkało leżące w stanie Vermont miasteczko Momson. Latem roku 1923 zniknęło bez śladu wszystkich 312 zamieszkujących je ludzi. Domy i kilka niewielkich budynków mieszczących urzędy nadal stoją, lecz od pięćdziesięciu dwóch lat są zupełnie puste. Z kilku z nich usunięto całe wyposażenie, ale większość jest nadal całkowicie umeblowana, jakby w środku zwyczajnego dnia powiał nagle jakiś potworny wiatr, unosząc ze sobą wszystkich ludzi. W jednym z domów pozostał nakryty już do wieczornego posiłku stół, w innym zasłano łóżka, jakby szykując się do spoczynku, w sklepie zaś znaleziono leżącą na ladzie sztukę zmurszałej bawełnianej tkaniny; w okienku kasy widniała wybita należność – $1.22 – a w samej kasie leżało nietknięte niemal pięćdziesiąt dolarów.

Okoliczni mieszkańcy lubią zabawiać turystów historyjką o tym, jakoby miasteczko było nawiedzone – rzekomo właśnie z tego powodu przez tyle lat nikt się w nim nie osiedlił. Znacznie bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem jest jednak to, że Momson leży w odludnej części stanu, z daleka od głównych dróg. Nie ma w nim nic, co nie mogłoby się znaleźć również w jakiejkolwiek innej, podobnej miejscowości, oczywiście z wyjątkiem przypominającej tajemnicę „Mary Celeste” zagadki jego nagłego opustoszenia.

Mniej więcej to samo można powiedzieć o Jerusalem.

Według spisu z roku 1970 miasteczko liczyło 1319 mieszkańców, co w porównaniu ze spisem sprzed dziesięciu lat oznaczało przyrost o dokładnie 67 osób. Życie toczyło się leniwie i wygodnie i nie działo się właściwie nic godnego uwagi. Jedynym znaczniejszym wydarzeniem, o którym mogli rozmawiać starsi obywatele, regularnie spotykający się w parku lub sklepie ogrodniczym Crossena, był pożar z roku 1951, kiedy to lekkomyślnie rzucona zapałka stała się przyczyną jednego z największych pożarów lasu w historii stanu.

Dla kogoś, kto chciałby spędzić jesień swego życia w małym prowincjonalnym miasteczku, gdzie każdego interesują tylko jego własne sprawy, najważniejszym zaś wydarzeniem każdego tygodnia jest spotkanie Klubu Kobiet, Salem stanowiłoby idealne miejsce. Pod względem demograficznym spis z roku 1970 potwierdził zarówno wyniki badań socjologów, jak i obserwacje wszystkich długoletnich mieszkańców jakiegokolwiek miasteczka w stanie Maine: dużo ludzi starych, trochę biednych i dużo młodych, którzy natychmiast po ukończeniu szkoły uciekali z dyplomami pod pachą, żeby już nigdy tu nie powrócić.

Jednak mniej więcej rok temu w Jerusalem zaczęło się dziać coś niezwykłego: zaczęli znikać ludzie. To znaczy, zdecydowana większość nie zniknęła w ścisłym znaczeniu tego słowa. Miejscowy policjant, Parkins Gillespie, mieszka teraz ze swoją siostrą w Kittery. Charles James, właściciel usytuowanej naprzeciw apteki stacji benzynowej, ma obecnie warsztat samochodowy w sąsiednim Cumberland. Pauline Dickens przeniosła się do Los Angeles, zaś Rhoda Curless pracuje przy misji św. Mateusza w Portland. Lista tych, którzy „zniknęli” właśnie w ten sposób,jest bardzo długa.

Jedno, co dziwi u tych ludzi, to ich wspólna niechęć – lub niemożność – do mówienia o Jerusalem i o tym, co się tam wydarzyło. Parkins Gillespie popatrzył na piszącego te słowa, zapalił papierosa i powiedział: „Po prostu postanowiłem się przeprowadzić”. Charles James twierdzi, że został zmuszony do przenosin, ponieważ wraz z wyludnianiem się miasta prowadzony przez niego interes przestał przynosić mu zyski. Pauline Dickens, która przez wiele lat pracowała jako kelnerka w Excellent Café, w ogóle nie odpowiedziała na mój list, panna Curless zaś kategorycznie odmówiła udzielenia jakiejkolwiek wypowiedzi na temat miasteczka Salem.

Zagadkę wielu pozostałych zniknięć można rozwikłać dzięki dedukcji opierającej się na pewnych uprzednich badaniach. Lawrence Crockett, miejscowy pośrednik w handlu nieruchomościami, ulotnił się wraz ze swą żoną i córką, pozostawiając po sobie ślad w postaci wielu budzących poważne wątpliwości transakcji. (Jedna z nich dotyczyła działki budowlanej w Portland, na której obecnie wznosi się duże centrum handlowe). Rodzina Royce’a McDougalla straciła w tym roku nowo narodzonego syna, więc raczej nic nie trzymało jej w miasteczku. McDougallowie mogą teraz być dokładnie gdziekolwiek. Do tej samej kategorii można także zaliczyć wielu innych. Oto wypowiedź szefa policji stanowej, Petera McFee: „Poszukujemy wielu ludzi z Jerusalem, ale to nie jest jedyne miasto w stanie Maine, z którego oni znikają. Royce McDougall nie spłacił kredytu w banku i w jeszcze dwóch instytucjach finansowych... Moim zdaniem to typowy oszust, który postanowił w ten sposób wymigać się od kłopotów. Prędzej czy później skorzysta z którejś z kart kredytowych, jakie miał w swoim portfelu,i wtedy komornicy dostaną go w swoje ręce. W Ameryce nagłe zniknięcia ludzi nie są niczym nadzwyczajnym. Żyjemy w zmotoryzowanym społeczeństwie; ludzie co dwa lub trzy lata pakują manatki i ruszają w drogę, nieraz zapominając o zostawieniu nowego adresu. Szczególnie zatwardziali dłużnicy”. Jednak pomimo nieugiętego rozsądku, emanującego ze słów kapitana McFee, trzeba przyznać, że w miasteczku Salem stykamy się z wieloma niewyjaśnionymi zagadkami. Wśród zaginionych znajduje się między innymi Henry Petrie wraz z żoną i synem, a przecież pana Petriego, długoletniego urzędnika firmy ubezpieczeniowej, trudno nazwać zatwardziałym dłużnikiem. Na budzącej niepokój swoją długością liście figurują także nazwiska miejscowego grabarza, bibliotekarki i kosmetyczki.

W sąsiednich miasteczkach zaczęła się już szerzyć epidemia plotek, dająca zwykle początek narodzinom nowej legendy. Jerusalemzyskało sobie opinię miejsca nawiedzonego. Krążą słuchy, jakoby nad przecinającą miasto linią wysokiego napięcia widywano tajemnicze kolorowe światła, a na rzuconą luźno uwagę, że być może wszyscy mieszkańcy zostali porwani przez UFO, nikt nie reaguje śmiechem. Mówi się również o „mrocznym sprzysiężeniu” młodych ludzi, którzy odprawiali w miasteczku czarne msze i w ten sposób ściągnęli na nie gniew boży, który unicestwił wszystkich żyjącychw miejscowości noszącej tę samą nazwę, co najświętsze miasto Ziemi Świętej, ci natomiast o nieco bardziej sceptycznym nastawieniu wspominają znaną sprawę z Houston, gdzie odkryto zbiorowe groby wielu „zaginionych” osób.

Po wizycie w Salem tego rodzaju przypuszczenia wydają się znacznie mniej nieprawdopodobne. Nie działa ani jeden sklep. Jako ostatnia zamknęła swoje podwoje apteka Spencera, zaprzestając działalności w styczniu tego roku. Sklep ogrodniczy Crossena,sklep z narzędziami, antykwariat Barlowa i Strakera, Excellent Café, a nawet siedziba Rady Miejskiej są pozabijane na głucho deskami. Nowa szkoła podstawowa, podobnie jak grupująca młodzież z dwóch sąsiednich osad szkoła średnia, wzniesiona w roku 1967,świecą pustkami. W oczekiwaniu na wyniki referendum w pozostałych miejscowościach tego regionu całe wyposażenie obydwu szkół przeniesiono do zastępczego budynku w Cumberland, ale wszystko wskazuje na to, że z chwilą rozpoczęcia roku szkolnego w ławkach nie zasiądzie żadne dziecko z Jerusalem. Po prostu dlatego,że nie ma tu dzieci, tylko opuszczone sklepy, porzucone domy, zarośnięte trawniki i puste ulice.

Wśród osób, których miejsce pobytu chciałaby ustalić policja stanowa, znajdują się między innymi: John Groggins, pastor kościoła metodystów, ojciec Donald Callahan, proboszcz katolickiej parafii św. Andrzeja, Mabel Werts, wdowa pełniąca wiele funkcji społecznych, Lester i Harriet Durham, oboje pracujący w tkalnii przędzalni Gatesa, prowadząca miejscowy pensjonat Eva Miller...

4

W dwa miesiące po ukazaniu się artykułu chłopiec przyjął chrzest, po czym poszedł do pierwszej spowiedzi i wyznał wszystko.

5

Ksiądz był starym, siwowłosym mężczyzną o opalonej, pokrytej gęstą siatką zmarszczek twarzy, w której tkwiły oczy zdumiewające bystrością i żywotnością. Były bardzo błękitne i bardzo irlandzkie. Kiedy przy jego domu pojawił się wysoki mężczyzna, kapłan siedział na werandzie w towarzystwie ubranego po miejsku człowieka i pił herbatę. Obcy miał przedziałek na środku głowy, napomadowane włosy i przypominał wysokiemu mężczyźnie ludzi ze zdjęć portretowych z końca XIX wieku.

– Nazywam się Jesús de la Rey Muñoz – powiedział oschle obcy. – Ojciec Gracon poprosił mnie jako tłumacza, bo nie zna angielskiego. Ojciec Gracon kiedyś wyświadczył mojej rodzinie wielką przysługę, o której teraz nie wspomnę. Będę równie dyskretny w sprawie, którą chce obecnie omówić. Czy to panu odpowiada?

– Tak.

Mężczyzna uścisnął rękę Muñoza, a potem Gracona. Kapłan uśmiechnął się i powiedział coś po hiszpańsku. Miał tylko pięć zębów, ale jego uśmiech był pogodny i szczery.

– Pyta, czy zechce pan napić się herbaty. To zielona herbata, bardzo orzeźwiająca.

– Z przyjemnością.

– Chłopiec nie jest pańskim synem – rzekł ksiądz, kiedy wymienili już wszystkie konieczne uprzejmości.

– Nie jest.

– Jego spowiedź była bardzo dziwna. Prawdę mówiąc, najdziwniejsza, jaką słyszałem przez cały okres mego kapłaństwa.

– Domyślam się tego.

– Płakał – powiedział ojciec Gracon, popijając herbatę. – Płakał szczerze i głęboko, całą duszą. Czy muszę zadać pytanie, które w związku z tą spowiedzią ciśnie mi się na usta?

– Nie – odparł wysoki mężczyzna. – Nie musi ksiądz. On mówił prawdę.

Gracon skinął głową, zanim jeszcze Muñoz przetłumaczył odpowiedź, a jego twarz spoważniała. Pochylił się do przodu, opierając obie ręce na kolanach, i zaczął mówić. Mówił długo, a Muñoz słuchał uważnie, starając się, żeby jego twarz pozostawała całkowicie bez wyrazu.

– Mówi, że na świecie dzieją się różne dziwne rzeczy – odezwał się, kiedy kapłan skończył. – Czterdzieści lat temu pewien rolnik z El Graniones przyniósł mu jaszczurkę, która krzyczała kobiecym głosem. Widział człowieka noszącego na sobie stygmaty Męki Pańskiej, na którego stopach i dłoniach w każdy Wielki Piątek pojawiały się ślady krwi. Mówi, że to jest okropna, straszna rzecz, bardzo niebezpieczna zarówno dla pana, jak i dla chłopca. Szczególnie dla chłopca. To go pożera. On mówi, że...

Gracon podjął na nowo przemowę, ale tym razem szybko zamilkł.

– Pyta, czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co pan zrobił w tym Nowym Jerusalem.

– Jerusalem – poprawił go mężczyzna. – Tak, zdaję sobie sprawę.

Kapłan znowu coś powiedział.

– Pyta, co pan zamierza uczynić.

Wysoki mężczyzna powoli pokręcił głową.

– Nie wiem.

Gracon wyrzekł jedno krótkie zdanie.

– Mówi, że będzie się za was modlił.

6

Tydzień później obudził się z koszmarnego snu zlany zimnym potem i zawołał chłopca.

– Wracam – powiedział.

Chłopiec pobladł pod warstwą opalenizny.

– Zostaniesz ze mną? – zapytał mężczyzna.

– A kochasz mnie?

– Tak. O Boże, tak!

Chłopiec zaczął szlochać, a mężczyzna przytulił go mocno do piersi.

7

Sen nie chciał nadejść. W cieniach czaiły się twarze, nadlatując niespodziewanie ku niemu niczym niesione wiatrem płatki śniegu, a kiedy mocniejszy podmuch uderzył w dach gałęzią drzewa, aż podskoczył ze strachu.

Jerusalem.

Zamknął oczy, przycisnął do nich dłonie i wszystko zaczęło wracać. Niemal widział przed sobą szklany przycisk w kształcie kuli; kiedy się nią potrząsnęło, w środku przez chwilę szalała śnieżna zamieć.

Miasteczko Salem...

Rozdział pierwszy
Ben (I)

1

Kiedy Ben Mears minął Portland, skręcając w lewo na rogatkach miasta, ogarnęło go przyjemne uczucie podniecenia. Był dzień 5 września 1975 roku i lato znajdowało się jeszcze w pełni swego późnego rozkwitu. Drzewa kipiały zielenią, czyste niebo miało kolor delikatnego błękitu, kiedy zaś spojrzał w bok, w kierunku Falmouth, spostrzegł na biegnącej równolegle do szosy drodze sylwetki dwóch chłopców, maszerujących z wędkami zarzuconymi na ramiona niczym karabiny.

Zjechał na skrajny prawy pas i zwolnił, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby poruszyć jakiś fragment jego pamięci. Początkowo nie mógł nic takiego dojrzeć i nawet zaczął się już przygotowywać na niemal pewne rozczarowanie. Miałeś wtedy zaledwie siedem lat. Od tego czasu pod mostem przepłynęło dwadzieścia pięć lat wody. Miejsca się zmieniają, tak samo jak ludzie.

Czteropasmowa szosa numer 295 jeszcze wtedy nie istniała. Jeżeli ktoś chciał dostać się z miasteczka do Portland, musiał jechać drogą numer 12 do Falmouth, a stamtąd skręcić na jedynkę. Cóż, czas nie czeka...

Przestań chrzanić.

Ale to wcale nie było takie łatwe, szczególnie jeżeli...

Lewym pasem tuż koło niego przemknął duży motocykl z wysoką, wygiętą kierownicą. Prowadził jakiś dzieciak w podkoszulku, a za nim siedziała dziewczyna w czerwonej kurtce i wielkich lustrzanych okularach. Zjechali na prawy pas tuż przed maską i Ben wdepnął gwałtownie na hamulec, naciskając obiema dłońmi przycisk klaksonu. Motocykl raptownie przyśpieszył, wypuszczając z rury wydechowej kłąb niebieskiego dymu, a dziewczyna odwróciła się, pokazując mu wyprostowany środkowy palec.

Zwiększył prędkość, żałując, że nie ma papierosa. Drżały mu ręce. Motocykl zniknął już prawie z oczu. Szczeniaki. Cholerne szczeniaki. Bena zaczęły ogarniać wspomnienia, znacznie świeższe od tych, które naszły go przed chwilą, ale odepchnął je od siebie. Już od prawie dwóch lat nie prowadził motocykla i nie miał najmniejszego zamiaru tego robić.

Kątem oka zarejestrował po lewej stronie coś czerwonego; spojrzał tam i poczuł przypływ pełnej uniesienia radości. Daleko, na wznoszącym się lekko ku górze polu tymotki i koniczyny, stała ogromna, czerwona stodoła o pomalowanych na biało szczytach. Była tam wtedy i była teraz. Wyglądała dokładnie tak samo. Może jednak wszystko będzie w porządku. Po chwili drzewa przesłoniły widok.

Jechał teraz przez okręg Cumberland, dostrzegając coraz więcej znajomych miejsc. Royal River, gdzie jako chłopcy łowili pstrągi i szczupaki, panorama Cumberland Village, wysoka wieża ciśnień z wymalowanym wielkimi literami hasłem ZOSTAWCIE NAM WSZYSTKIE DRZEWA. Ciotka Cindy zawsze mawiała, że ktoś powinien jeszcze dopisać: I PRZYWIEŹCIE TROCHĘ FORSY.

Czując, jak jego podniecenie narasta z każdą chwilą, przyśpieszył jeszcze bardziej, wypatrując znajomego znaku. Znak pojawił się po pięciu milach, błyszcząc już z daleka swoją odblaskową zielenią.

DROGA NUMER 12 JERUSALEM

OKRĘG CUMBERLAND

Nagle opadła na niego czarna zasłona, działając na jego dobry nastrój tak samo, jak rzucony w ogień piasek. Zdarzało mu się to od czasu, kiedy (chciał w myślach wypowiedzieć imię „Miranda”, ale nie mógł) nastąpiło to straszne wydarzenie, lecz tym razem było to coś potwornie, przerażająco silnego.

Co właściwie chce osiągnąć, wracając do miasteczka, w którym spędził cztery lata swego dzieciństwa, usiłując odnaleźć coś, co jest już bezpowrotnie stracone? Czy spacerując drogami, które zapewne zostały starannie wyasfaltowane, wyprostowane i zasypane wyrzucanymi przez turystów puszkami po piwie, ma nadzieję odnaleźć magię dawnych lat? Ta magia już dawno zniknęła, zarówno czarna, jak i biała. Zniknęła dokładnie tej nocy, kiedy stracił panowanie nad motocyklem, a przed nim pojawiła się żółta furgonetka i rosła błyskawicznie w oczach, on zaś słyszał krzyk swojej żony, coraz głośniejszy, aż wreszcie krzyk umilkł, kiedy...

Po prawej stronie pojawił się zjazd z autostrady i przez chwilę Ben zastanawiał się, czy go nie minąć i nie pojechać dalej, do Chamberlain lub Lewiston, zjeść tam lunch, a potem wrócić. Tylko dokąd? Do domu? Śmiechu warte. Jeżeli gdziekolwiek miał jakiś dom, to właśnie tutaj. Nawet jeśli tylko przez cztery lata.

Włączył kierunkowskaz, zwolnił i skręcił w prawo. W miejscu gdzie zjazd łączył się z drogą numer 12 (która w pobliżu miasteczka zamieniała się w Jointer Avenue), spojrzał w kierunku linii horyzontu; to, co zobaczył, sprawiło, że gwałtownie nacisnął na hamulec obiema stopami. Citroen zatrzymał się z piskiem opon.

Wznoszący się łagodnie ku wschodowi teren był porośnięty lasem składającym się głównie z sosen i świerków. Z miejsca, w którym Ben się znajdował, nie było widać miasteczka, tylko tłoczące się ciasno drzewa, na samej zaś linii horyzontu sterczący spomiędzy ich gęstwiny stromy dach domu Marstenów.

Wpatrywał się w niego zafascynowany, a przez jego twarz przemykały z zadziwiającą prędkością sprzeczne uczucia.

– Wciąż jeszcze stoi – mruknął półgłosem. – Mój Boże...

Opuścił wzrok na swoje ramiona. Były pokryte gęsią skórką.

2

Celowo minął miasteczko, żeby skręcić w Burns Road i wjechać do niego od zachodu. Zdumiało go, jak mało się zmieniło. Spostrzegł zaledwie kilka domów, których nie pamiętał, niewielki zajazd na samej granicy miasta i parę świeżych, żwirowych ścieżek. Zniknęło także trochę drzew, ale stary metalowy znak wskazujący drogę do wysypiska śmieci znajdował się na swoim miejscu, prowadząca zaś tam droga wciąż była nieutwardzona, pełna dziur i wykrotów, a przez przecinkę w lesie, wzdłuż której wznosiły się potężne słupy biegnącej z północnego zachodu na południowy wschód linii energetycznej, dostrzegł Szkolne Wzgórze. Farma Griffenów wyglądała tak samo jak dawniej, jeśli nie liczyć powiększonej stodoły. Ciekawe, czy nadal butelkują i sprzedają swoje mleko, pomyślał. Znak firmowy stanowiła szeroko roześmiana krowa, a powyżej napis: „Słoneczne mleko z farmy Griffenów!” Uśmiechnął się. U ciotki Cindy zjadł niejeden talerz płatków kukurydzianych zalanych właśnie tym mlekiem. Skręcił w lewo w Brooks Road, minął kutą w żelazie bramę i niski kamienny mur cmentarza, zjechał w dół i zaczął się wspinać na zbocze następnego wzniesienia, zwanego Wzgórzem Marstenów.

Z pozbawionego drzew szczytu roztaczał się widok na miasteczko, po lewej stronie natomiast wznosił się Dom Marstenów. Ben zatrzymał samochód, wyłączył silnik i wysiadł.

Wszystko wyglądało dokładnie tak samo. Nie było absolutnie żadnej różnicy. Zupełnie jakby minął co najwyżej jeden dzień.

Przed domem rosła wybujała, dzika trawa, zasłaniając ułożoną z dużych kamiennych płyt drogę, prowadzącą do frontowych schodów. Grały w niej koniki polne, od czasu do czasu przenosząc się z miejsca na miejsce wysokimi skokami.

Dom, duży, zniszczony i zaniedbany, był zwrócony przodem do miasteczka, a przesłonięte okiennicami okna nadawały mu ów złowieszczy wygląd, charakterystyczny dla wszystkich domów, w których długo nikt nie mieszka. Deszcze zmyły farbę, pozostawiając szary kolor starego drewna, wiatr zerwał kilka dachówek, zachodni zaś narożnik dachu zapadł się pod ciężarem leżącego długo którejś zimy śniegu, upodabniając budynek do garbatego człowieka. Na prawej poręczy schodów wisiała przybita gwoździem zmurszała tabliczka z napisem zakazującym wstępu.

Ben poczuł silną pokusę, żeby pójść zarośniętą ścieżką wśród skaczących spod nóg świerszczy, wejść na schody i zajrzeć przez szpary między spaczonymi deskami do holu albo salonu, a może nawet nacisnąć klamkę, i gdyby drzwi okazały się otwarte, wejść do środka.

Niemal zahipnotyzowany, wpatrywał się bez ruchu w dom na szczycie wzgórza, a on odpowiadał mu obojętnym spojrzeniem zatrzaśniętych okien.

W holu byłoby wyraźnie czuć zapach wilgotnego gipsu i butwiejących tapet, pod ścianami zaś przemykałyby bezszelestnie myszy. Podłoga z pewnością jest zawalona najróżniejszymi rupieciami i mógłby coś podnieść, na przykład przycisk do papieru, i wsunąć go do kieszeni. Na końcu holu, zamiast wejść do kuchni, skręciłby w lewo i wspiął się po schodach, zostawiając za sobą ślady w gipsowym pyle, który w ciągu lat opadł z sufitu. Stopni jest dokładnie czternaście; ostatni znacznie niższy od pozostałych, jakby dodano go po to, żeby uniknąć złowróżbnej liczby. U szczytu schodów spojrzałby przed siebie, na znajdujące się na samym końcu korytarza, zamknięte drzwi, po czym ruszyłby powoli w ich stronę, patrząc, jak stają się coraz większe, aż wreszcie dotarłby do nich, wyciągnął rękę i położył dłoń na poczerniałej srebrnej klamce...

Odwrócił się, wypuszczając raptownie powietrze z ust. Jeszcze nie teraz. Może później, ale nie teraz. Na razie wystarczy mu świadomość, że wszystko jest na swoim miejscu. Czekało na niego. Oparł się dłońmi o maskę samochodu i spojrzał na miasteczko. Dowie się, do kogo obecnie należy Dom Marstenów, i być może go wynajmie. Kuchnia powinna znakomicie nadać się na pracownię, a spać będzie mógł w salonie, ale na pewno nie wejdzie na piętro.

W każdym razie nie wcześniej, niż okaże się to absolutnie konieczne.

Wsiadł do samochodu, uruchomił silnik i ruszył w dół wzgórza do miasteczka Salem.

Rozdział drugi
Susan (I)

1

Siedząc na ławce w parku, zauważył, że przygląda mu się jakaś dziewczyna. Była bardzo ładna i miała jasne włosy związane jedwabną wstążką. W tej chwili akurat czytała książkę, ale tuż obok leżał także szkicownik i ołówek. Był wtorek, 16 września – pierwszy dzień szkoły, dzięki czemu park jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki opustoszał z najbardziej hałaśliwych spacerowiczów. Pozostały jedynie matki z małymi dziećmi, kilku staruszków usadowionych wokół pomnika i ta dziewczyna, siedząca w cętkowanym cieniu starego, poskręcanego wiązu.

Podniosła głowę i napotkała jego wzrok. Przez jej twarz przemknął wyraz zaskoczenia; spojrzała na książkę, potem znów na niego, zrobiła ruch, jakby chciała wstać, ale zaraz się rozmyśliła, tylko po to jednak, żeby się unieść i ponownie usiąść.

Wstał z ławki i trzymając w dłoniach broszurowe wydanie jakiegoś westernu, podszedł do niej.

– Dzień dobry – powiedział uprzejmie. – Czy my się znamy?

– Nie – odparła. – To znaczy... Pan jest Benjaman Mears, prawda?

– Tak. – Uniósł brwi.

Roześmiała się niepewnie, zerknąwszy mu przelotnie w oczy, jakby chciała sprawdzić, w jakim jest nastroju, a następnie wbiła wzrok w ziemię. Najwyraźniej nie należała do dziewcząt, które codziennie rozmawiają w parku z obcymi mężczyznami.

– Wydawało mi się, że zobaczyłam ducha.

Uniosła książkę, którą czytała; zdążył zauważyć stempel „Biblioteka Publiczna Jerusalem”. Był to „Powietrzny taniec”, druga powieść, którą wydał. Pokazała mu jego pochodzące sprzed czterech lat zdjęcie na obwolucie. Widoczna na nim twarz sprawiała wrażenie chłopięcej, a jednocześnie zatrważająco poważnej – oczy przypominały dwa czarne diamenty.

– Z tak nieistotnych przypadków biorą swój początek całe dynastie – zauważył i choć miał to być tylko żart, to zdawało się, że jego słowa zawisły w powietrzu niczym wypowiedziane z całą powagą proroctwo. Za ich plecami kilkoro dzieci pluskało się radośnie w brodziku, a jakaś matka upominała Roddy’ego, żeby nie bujał swojej siostrzyczki aż tak wysoko. Mimo to siostrzyczka za każdym wahnięciem huśtawki wzlatywała z rozwianą sukienką coraz wyżej, jakby chciała dosięgnąć pogodnego nieba. Ta chwila zapadła mu w pamięć na wiele lat, niczym mały kawałek odcięty specjalnie dla niego z tortu czasu. Jeżeli między dwojgiem ludzi nic się nie dzieje, to takie chwile wkrótce nikną w rumowisku zapomnienia.

Dziewczyna roześmiała się i podała mu książkę.

– Da mi pan autograf ?

– Na książce z biblioteki?

– Kupię im inny egzemplarz.

Znalazł w kieszeni swetra ołówek i otworzył książkę na stronie tytułowej.

– Jak się nazywasz?

– Susan Norton.

Napisał szybko, bez zastanowienia: „Susan Norton, najładniejszej dziewczynie w parku, z wyrazami uszanowania. Ben Mears”. Całość uzupełnił datą.

– Teraz będziesz musiała ją ukraść – powiedział, wręczając jej książkę z powrotem. – Z tego, co wiem, nakład został już wyczerpany.

– Złożę zamówienie u jednego z tych antykwariuszy w Nowym Jorku. – Zawahała się i znów spojrzała mu w oczy, tym razem nieco dłużej. – To bardzo dobra książka.

– Dziękuję. Kiedy ją biorę i przeglądam, zastanawiam się, w jaki sposób w ogóle udało mi się ją wydać.

– A często ją pan przegląda?

– Owszem, ale staram się od tego odzwyczaić.

Uśmiechnęła się, a w chwilę potem oboje się roześmiali i wszystko wyglądało zupełnie naturalnie. Dopiero dużo później miał okazję zastanowić się nad tym, jak gładko i szybko to poszło. Myśli, jakie w związku z tym go nawiedzały, nie należały do najprzyjemniejszych, nieodmiennie bowiem wywoływały z zakamarków mózgu obraz losu, bynajmniej nie ślepego, lecz wyposażonego w sokoli wzrok i zajmującego się mieleniem bezsilnych śmiertelników w ogromnych żarnach wszechświata na mąkę, z której następnie miał powstać jakiś tajemniczy chleb.

– Czytałam też „Córkę Conwaya”. Bardzo mi się podobała. Pewnie ciągle pan to słyszy.

– Wręcz przeciwnie – odparł najzupełniej szczerze. Miranda również lubiła tę powieść, ale większość spośród jego kawiarnianych przyjaciół była nieprzejednana, krytycy zaś dosłownie ją zgnoili. Cóż, w końcu od tego właśnie są.

– A ja często to słyszałam.

– Czytałaś już najnowszą?

– „Billy kazał nam nie przestawać”? Jeszcze nie. Panna Coogan mówi, że jest bardzo pikantna.

– Do licha, według mnie jest prawie purytańska – odparł Ben. – Język ma dosyć jędrny, ale jeśli się pisze o niewykształconych, wiejskich chłopcach, nie można... Słuchaj, mogę cię zaprosić na oranżadę albo na coś w tym rodzaju? Sam właśnie zaczynałem mieć ochotę, żeby się czegoś napić.

Spojrzała mu w oczy po raz trzeci, a potem uśmiechnęła się ciepło.

– Jasne, z przyjemnością. Najlepszą mają u Spencera.

I tak się właśnie zaczęło.

2

– Czy to jest właśnie panna Coogan? – zapytał Ben przyciszonym głosem, spoglądając na wysoką, szczupłą kobietę w czerwonym nylonowym płaszczu, narzuconym na biały żakiet. Miała włosy o lekko błękitnawym odcieniu, ułożone w liczne drobne fale.

– Tak. Przychodzi co czwartek do biblioteki z małym wózeczkiem na dwóch kółkach i wypełnia całą masę rewersów, co strasznie złości pannę Starcher.

Siedzieli na obitych czerwoną skórą stołkach przy fontannie z oranżadą; Ben pił napój czekoladowy, a Susan truskawkowy. Apteko-cukiernia Spencera pełniła również funkcję dworca autobusowego i z miejsca, które zajmowali, mogli zajrzeć przez szerokie, zwieńczone staromodnym łukiem wejście do poczekalni, gdzie siedział z ponurą miną młody mężczyzna w mundurze sił powietrznych, trzymając między nogami stojącą na podłodze walizkę.

– Nie wygląda na to, żeby się cieszył z tego, że jedzie tam, dokąd jedzie – zauważyła Susan, wędrując spojrzeniem za wzrokiem Bena.

– Pewnie skończyła mu się przepustka – odparł. Teraz zapyta mnie, czy służyłem w wojsku, pomyślał.

– Któregoś dnia ja też będę czekać na ten o dziesiątej trzydzieści – usłyszał zamiast tego. – Na pewno z równie smutną miną jak ten chłopiec. Żegnaj, Salem.

– Dokąd się wybierasz?

– Chyba do Nowego Jorku. Żeby się przekonać, czy wreszcie mogę się stać zupełnie samowystarczalna.

– A tu jest coś nie tak?

– W Salem? Uwielbiam to miasteczko, ale chodzi o moich rodziców. Tutaj zawsze będą zaglądać mi przez ramię, a ja tego nie lubię. Poza tym młoda, ambitna dziewczyna nie może tu raczej liczyć na zbyt interesujące perspektywy. – Wzruszyła ramionami i pochyliła się nad swoją słomką. Miała opalony, wspaniale umięśniony kark. Pod luźną kolorową koszulą kryła się wspaniała figura.

– Jaka praca cię interesuje?

– Skończyłam Uniwersytet Bostoński, sztuki piękne i anglistykę, ale szczerze mówiąc, mój dyplom nie jest wart nawet papieru, na którym został wydrukowany. Typowe zestawienie uprawniające do zakwalifikowania do kategorii wykształconych idiotów. Nie potrafiłabym nawet urządzić wnętrza biura. Większość z dziewcząt, z którymi chodziłam do ogólniaka, ma teraz wygodne posadki sekretarek, a ja ledwo zaliczyłam podstawowy kurs maszynopisania.

– Co ci w takim razie pozostaje?

– Bo ja wiem... Może jakieś wydawnictwo albo czasopismo? Firma zajmująca się reklamą? Tam zawsze potrzebują ludzi, którzy potrafią narysować coś na zamówienie, a ja to umiem. Mam całą teczkę prac.

– Dostałaś już jakieś propozycje? – zapytał łagodnie.

– No... Nie, ale...

– Bez konkretnych propozycji nie masz co jechać do Nowego Jorku – powiedział. – Możesz mi wierzyć, tylko zedrzesz sobie obcasy.

Uśmiechnęła się niepewnie.

– Chyba ma pan rację.

– Sprzedałaś już coś?

– Och, tak! – Roześmiała się głośno. – Największym nabywcą, jak do tej pory, była Cinex Corporation. Otworzyli w Portland nowe trójwymiarowe kino i kupili hurtem dwanaście moich obrazów, żeby powiesić je w holu. Zapłacili mi siedemset dolarów, a ja wszystko wydałam na pierwszą ratę za samochód.

– Powinnaś wynająć sobie w Nowym Jorku na jakiś tydzień pokój w hotelu i zaatakować ze swoją teczką każde pismo i wydawnictwo, jakie tylko uda ci się znaleźć – doradził. – Umów się ze wszystkimi pół roku wcześniej, żeby na pewno cię przyjęli, ale na litość boską, nie jedź tam zupełnie na wariata.

– A pan? – zapytała, odkładając słomkę i zabierając się do lodów. – Co pan robi w kwitnącym, liczącym sobie tysiąc trzysta dusz miasteczku Salem w stanie Maine?

Wzruszył ramionami.

– Usiłuję napisać powieść.

Natychmiast się ożywiła.

– Tutaj? A o czym? Dlaczego właśnie w Salem? Czy pan...

Spojrzał na nią przeciągle.

– Kapią ci lody.

– Słucham? Ach, rzeczywiście. Przepraszam. – Wytarła chusteczką blat. – Nie chciałam być wścibska.

– Nie szkodzi – odparł. – Wszyscy pisarze lubią mówić o swoich książkach. Czasem, kiedy leżę wieczorem w łóżku, przygotowuję się do wywiadu dla „Playboya”, ale to strata czasu, bo ich interesują tylko ci autorzy, którzy zdobyli popularność w środowisku uniwersyteckim.

Młody lotnik wstał z miejsca. Przed poczekalnię, posapując pneumatycznymi hamulcami, zajechał autobus.

– W dzieciństwie mieszkałem tu przez cztery lata. Dokładnie rzecz biorąc, przy Burns Road.

– Burns Road? Teraz tam nie ma nic oprócz Moczarów i małego cmentarza na Wzgórzu Spokoju.

– Mieszkałem u ciotki Cindy. Nazywała się Cynthia Stowens. Mój ojciec zmarł, a matka przeszła... hm, powiedzmy, coś w rodzaju załamania nerwowego. Wysłała mnie do ciotki Cindy, żeby mieć czas się jakoś pozbierać. Mniej więcej w miesiąc po wielkim pożarze ciotka zapakowała mnie do autobusu, który jechał z powrotem na Long Island. – Spojrzał na swoje odbicie w lustrze po drugiej stronie fontanny. – Płakałem, jadąc w tę stronę, i płakałem, wyjeżdżając z Salem i od ciotki Cindy.

– Ja się właśnie wtedy urodziłam – powiedziała Susan. – Ten pożar to było największe wydarzenie, jakie tu kiedykolwiek miało miejsce, a ja je po prostu spokojnie przespałam!

Ben roześmiał się.

– W takim razie jesteś o siedem lat starsza, niż myślałem w parku.

– Naprawdę? – Sprawiała wrażenie zadowolonej. – Chyba powinnam za to panu podziękować. Dom pańskiej ciotki spłonął do fundamentów.

– Tak – skinął głową. – To jedno z moich najwyraźniejszych wspomnień. Przyszli jacyś ludzie z przenośnymi sikawkami na plecach i powiedzieli, że musimy uciekać. To było szalenie podniecające. Ciotka uwijała się jak szalona, łapiąc, co jej wpadło pod rękę i ładując to do swojego hudsona. Boże, co za noc!

– Była ubezpieczona?

– Nie, to był wynajęty dom, a nam udało się wynieść właściwie wszystko, co miało jakąś wartość, z wyjątkiem telewizora. Próbowaliśmy go ruszyć. Nawet nie drgnął. Pamiętam, że był firmy Video King i miał siedmiocalowy ekran z dużym szkłem powiększającym. Prawdziwy koszmar dla oczu. Zresztą i tak odbierał tylko jeden kanał – masa muzyki country, informacje dla rolników i programy rozrywkowe.

– A teraz wrócił pan tutaj, żeby napisać książkę – powtórzyła z zastanowieniem.

Nie odpowiedział od razu. Panna Coogan rozpakowywała kartony papierosów, ustawiając je w gablocie obok kasy. Aptekarz, niejaki pan Labree, uwijał się za wysoką ladą niczym biały duch. Młody pilot stał przy drzwiach autobusu, czekając, aż kierowca wróci z toalety.

– Tak – powiedział wreszcie Ben. Odwrócił się i po raz pierwszy spojrzał jej prosto w oczy. Miała bardzo ładną twarz o szczerych, niebieskich oczach i wysokim, gładkim, opalonym czole. – Czy ty także się tu wychowałaś?

– Tak.

Skinął głową.

– W takim razie wiesz, o co mi chodzi. Zapamiętałem to miejsce jako dziecko i teraz, kiedy tu wracałem, niewiele brakowało, żebym pojechał dalej. Bałem się, że wszystko będzie zupełnie inne.

– Tutaj nic się nie zmienia – odparła. – W każdym razie niewiele.

– Bawiłem się na Moczarach w wojnę z dzieciakami Gardenerów, koło Królewskiego Stawu w piratów, a w parku w chowanego. Po wyjeździe stąd włóczyłem się z matką po różnych niezbyt przyjemnych miejscach. Zabiła się, kiedy miałem czternaście lat, ale już dużo wcześniej straciłem bezpowrotnie znaczną część tego, co się nazywa „czarem dzieciństwa”. Wszystko, co zostało, było tutaj. I jest nadal. Miasto prawie wcale się nie zmieniło. Kiedy tak patrzę na Jointer Avenue, to wydaje mi się, że trzymam przed oczami kawałek cienkiej lodowej tafli – takiej, jaka tworzy się na zbiorniku wody po pierwszych listopadowych przymrozkach – i spoglądam przez nią na swoje dzieciństwo. Obraz jest niewyraźny, zamglony, a miejscami w ogóle zanika, ale większość rzeczy jest nadal na swoim miejscu.

Zamilkł, zdumiony, że wygłosił aż taką przemowę.

– Mówi pan dokładnie tak samo, jak w swoich książkach – powiedziała z zachwytem.

Roześmiał się.

– Zdarzyło mi się to po raz pierwszy w życiu. Przedtem tylko tak myślałem.

– Co pan robił po... po śmierci pańskiej matki?

– Włóczyłem się tu i tam – odparł krótko. – Zainteresuj się swoimi lodami.

Zrobiła to.

– Jednak trochę się zmieniło – powiedziała po pewnej chwili. – Zmarł pan Spencer. Pamięta go pan?

– Jasne. Co czwartek ciotka Cindy robiła zakupy u Crossena i wysyłała mnie tutaj, żebym w tym czasie napił się kwasu chlebowego. Wtedy to był prawdziwy kwas chlebowy z Rochester. Dawała mi pięciocentówkę zawiniętą w małą chusteczkę.

– Za moich czasów ta przyjemność kosztowała już dziesięć centów. Pamięta pan, co Spencer zawsze powtarzał?

Ben zgarbił się, oparł na blacie wykręconą niby to przez artretyzm dłoń i wykrzywił usta w stanowiącym pozostałość częściowego porażenia grymasie.

– Uważaj na pęcherz! – szepnął. – Rozregulujesz sobie pęcherz, chłoptasiu!

Jej śmiech wzbił się ku obracającemu się powoli nad ich głowami wentylatorowi. Panna Coogan zerknęła na nich podejrzliwie.

– Tak, dokładnie! Tyle tylko, że do mnie mówił „dziewuszko”.

Popatrzyli na siebie z zachwytem.

– Nie poszłabyś dzisiaj wieczorem do kina? – zapytał.

– Z przyjemnością.

– Jakie jest najbliżej?

Zachichotała.

– Właśnie Cinex w Portland, to udekorowane nieśmiertelnymi dziełami Susan Norton.

– A jakie filmy lubisz?

– Intrygujące, najlepiej takie, w których ścigają się samochodami.

– W porządku. Pamiętasz kino Nordica? Było tu, w samym mieście.

– Oczywiście. Zamknęli je w sześćdziesiątym ósmym. W ogólniaku umawiałam się tam na randki. Kiedy film nam się nie podobał, rzucaliśmy w ekran torebkami po prażonej kukurydzy. – Uśmiechnęła się. – Czyli prawie za każdym razem.

– Pokazywali najczęściej arcydzieła w rodzaju „Rakietowego człowieka”, „Powrotu rakietowego człowieka” czy „Szalonego Callahana i Czarnego Bożka”.

– Oj, to było jeszcze przed moją epoką.

– Co tam jest teraz?

– Biuro handlu nieruchomościami Larry’ego Crocketta – odparła. – Nordica nie miała szansy konkurować z nowym kinem samochodowym w Cumberland, no i z telewizją.

Przez jakiś czas siedzieli w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach. Zegar w poczekalni pokazywał 10.45.

– A pamiętasz... – zaczęli jednocześnie.

Spojrzeli na siebie i tym razem nie tylko panna Coogan, ale i pan Labree obejrzeli się na nich, zaintrygowani głośnym wybuchem śmiechu.

Rozmawiali jeszcze przez kwadrans, aż wreszcie Susan z ociąganiem wstała z miejsca, mówiąc, że teraz ma niestety do załatwienia kilka spraw, ale o siódmej trzydzieści będzie już wolna. Kiedy wyszli, kierując się w przeciwne strony, każde z nich myślało o tym samym: w jaki przypadkowy, ale naturalny i niewymuszony sposób połączyły się ich losy.

Ben zatrzymał się na skrzyżowaniu z Brock Street i zerknął od niechcenia w kierunku Domu Marstenów. Pamiętał, że podczas pożaru lasu w roku 1951 wiatr zmienił kierunek niemal dokładnie w chwili, gdy płomienie dotarły do progu budynku.

Może powinien wtedy spłonąć, pomyślał. Może tak byłoby lepiej.

3

Nolly Gardener wyszedł z budynku Rady Miejskiej i usiadł na schodkach obok Parkinsa Gillespie w samą porę, żeby zobaczyć, jak Ben i Susan wchodzą do Spencera. Parkins palił pall malla i czyścił scyzorykiem pożółkłe paznokcie.

– To ten pisarz, nie? – zapytał Nolly.

– Aha.

– A ta z nim to Susan Norton?

– Aha.

– No, no, interesujące – mruknął Nolly i podciągnął pas. Na jego piersi błyszczała dostojnie gwiazda zastępcy szeryfa. Otrzymał ją z redakcji pisma dla policjantów, miasteczko bowiem nie przydzielało oznak zastępcom szeryfa. Gwiazdę dostał tylko Parkins, lecz nosił ją w portfelu, czego Nolly nigdy nie potrafił zrozumieć. Oczywiście, wszyscy mieszkańcy doskonale wiedzą, jaką pełni funkcję, ale przecież istnieje jeszcze coś takiego jak tradycja i odpowiedzialność. Kiedy jest się stróżem porządku publicznego, nie można o tym zapominać. Nolly nie zapominał, choć był zastępcą szeryfa tylko na pół etatu.

Ostrze scyzoryka ześlizgnęło się i skaleczyło Parkinsa w opuszkę kciuka.

– Cholera – zaklął bez przekonania.

– Myślisz, Park, że on naprawdę jest pisarzem?

– Jasne, że jest. W bibliotece stoją trzy jego książki.

– Prawdziwe czy wymyślone?

– Wymyślone. – Parkins schował scyzoryk i westchnął głęboko.

– Floyd Tibbets nie będzie zachwycony, że ten facet prowadza się z jego dziewczyną.

– Przecież nie są małżeństwem – odparł Parkins. – A ona już skończyła osiemnaście lat.

– Mimo to na pewno mu się coś takiego nie spodoba.

– Jeżeli o mnie chodzi, to Floyd może sobie nawet nasrać do kapelusza i nosić go tyłem naprzód – powiedział Parkins. Zgasił papierosa na schodku, wyjął z kieszeni puste pudełko po sucretsach, wrzucił do niego niedopałek i schował je z powrotem.

– Gdzie mieszka ten gryzipiórek?

– U Evy. – Szeryf zaczął dokładnie przyglądać się zranionemu palcowi. – Wczoraj oglądał Dom Marstenów. Miał dziwną minę.

– Jak to dziwną?

– Po prostu dziwną. – Parkins wyjął papierosy. Czuł na twarzy przyjemne, ciepłe promienie słońca. – Potem pojechał do Larry’ego Crocketta. Chciał wynająć tę chałupę.

– Dom Marstenów?

– Aha.

– Głupi, czy co?

– Możliwe. – Parkins zgonił muchę z kolana i śledził ją wzrokiem, gdy z bzykiem odleciała w słoneczne przedpołudnie. – Ten Crockett ma teraz sporo roboty. Słyszałem, że ostatnio sprzedał starą pralnię.

– Tę ruderę?

– Aha.

– A na co ona komu?

– Nie wiem.

– Dobra. – Nolly podniósł się z miejsca i ponownie podciągnął pas. – Chyba przejdę się po mieście.

– W porządku – powiedział Parkins, zapalając papierosa.

– Pójdziesz ze mną?

– Nie, jeszcze trochę tutaj posiedzę.

– Jak chcesz. No to na razie.

Nolly zszedł po stopniach, zastanawiając się (zresztą nie po raz pierwszy), kiedy Parkins zdecyduje się wreszcie przejść na emeryturę, żeby on, Nolly, mógł dostać cały etat. W jaki sposób można wykrywać przestępstwa, siedząc na schodkach budynku Rady Miejskiej?

Parkins spoglądał za nim z uczuciem lekkiej ulgi. Nolly był dobrym chłopcem, tyle tylko, że cholernie gorliwym. Wyjął scyzoryk, otworzył go i na nowo zajął się czyszczeniem paznokci.

4

Miasto Jerusalem zostało założone w roku 1765 (dwieście lat później uczciło okrągłą rocznicę fajerwerkami i festynem w parku; kostium Debbie Forester zajął się ogniem od iskry, a Parkins Gillespie musiał za naruszenie porządku publicznego wsadzić do paki sześć osób), dokładnie dwadzieścia pięć lat przed utworzeniem stanu Maine.

Swoją niezwykłą nazwę zawdzięcza miasteczko bardzo prozaicznemu wydarzeniu. Jednym z pierwszych osadników w tej okolicy był twardy, uparty farmer nazwiskiem Charles Belknap Tanner. Hodował świnie, a jedna z jego największych macior nosiła imię Jerusalem. Pewnego dnia Jerusalem uciekła z zagrody do lasu, gdzie zdziczała i pozostała już na zawsze. Jeszcze przez wiele lat potem Tanner opierał się o swoją bramę i ostrzegał dzieci suchym, skrzypiącym głosem: „Pamiętajcie, bachory, jeżeli nie chcecie mieć bebechów w portkach, to uważajcie na Jerusalem!” I tak już zostało, co być może nie dowodzi niczego poza tym, że w Ameryce nawet świnia ma szansę na nieśmiertelność.

Główna ulica, zwana początkowo Portland Avenue, otrzymała swą obecną nazwę w roku 1896. Elias Jointer był przez sześć lat członkiem Izby Reprezentantów (aż do swojej śmierci na syfilis w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat) i zarazem człowiekiem najbliższym pojęciu „wybitnej osobistości”, jaki kiedykolwiek w miasteczku się urodził, jeśli oczywiście nie liczyć sławnej maciory i Pearl Ann Butts, która w roku 1907 uciekła do Nowego Jorku i zaczęła występować w teatrze.

Skrzyżowanie Brock Street z Jointer Avenue stanowi niemal dokładnie środek miasta, które ma kształt prawie idealnego koła, jeśli nie brać pod uwagę lekkiego spłaszczenia na wschodnich krańcach, gdzie granica biegnie wzdłuż brzegu płynącej szerokimi zakosami Royal River. Gdy się spojrzy na mapę, to miasto z dwiema krzyżującymi się w jego środku ulicami bardzo przypomina obraz, jaki widać w lunecie myśliwskiej.

Północno-zachodnia część miasta stanowi jego najbardziej zalesiony rejon. Jest położona na wzniesieniu, choć z pewnością nie zauważyłby tego nikt, kto urodził się gdzie indziej niż na Środkowym Zachodzie. Wiekowe, poprzecinane wyrąbanymi w lesie drogami wzgórza schodzą łagodnie do samego miasteczka; na ostatnim z nich wznosi się Dom Marstenów.

Część północno-wschodnią zajmują głównie pola, przede wszystkim ze zwykłą trawą, tymotką i lucerną. Płynie tu Royal River, której niezmienne od wielu stuleci koryto werżnęło się głęboko w grunt, sięgając niemal położonych głębiej skał. Przecisnąwszy się pod drewnianym mostkiem na Brock Street, rzeka rozlewa się szerokimi, lśniącymi zakosami, żeby po pewnym czasie dotrzeć do północnego skraju miasta, gdzie tuż pod cienką warstwą gleby znajdują się pokłady twardego granitu. Tutaj w ciągu milionów lat udało się jej wyrzeźbić pięćdziesięciostopowej wysokości kamienne urwisko. Dzieci nazywają to miejsce Pijanym Skokiem, ponieważ kilka lat temu Tommy Rathbun, wiecznie uchlany brat Virge’a Rathbuna, runął w dół, szukając odpowiedniego miejsca, żeby się wysikać. Royal River wpada do okropnie zanieczyszczonej Androscoggin, ale jej samej udało się uniknąć losu swej większej siostry; jedynym zakładem przemysłowym w Salem był już od dawna nieczynny tartak. Latem często można zobaczyć siedzących na moście wędkarzy, którym zazwyczaj udaje się w pełni wykorzystać dzienny limit połowów.

Najpiękniejsza jest część południowo-wschodnia. Teren ponownie się tutaj wznosi, ale nigdzie nie sposób dostrzec żadnych blizn pozostawionych przez ogień. Ziemia po obu stronach Griffen Road należy do Charlesa Griffena, największego producenta mleka na południe od Mechanic Falls; ze Szkolnego Wzgórza widać jego olbrzymią oborę o aluminiowym dachu, błyszczącym w promieniach słońca niczym jakiś monstrualnych rozmiarów heliograf. W okolicy znajdują się także inne farmy, a sporo domów należy do ludzi dojeżdżających codziennie do pracy do Portland lub Lewiston. Stojąc jesienią na szczycie Szkolnego Wzgórza, czuje się aromatyczny zapach palonej trawy, w oddali zaś widać przypominający zabawkę samochód Ochotniczej Straży Pożarnej z Salem, gotowy do akcji w razie najmniejszego nawet zagrożenia. Nikt jeszcze nie zapomniał o lekcji roku 1951.

Właśnie ten rejon upodobali sobie ludzie mieszkający w wielkich przyczepach samochodowych, przynosząc ze sobą wszystko, co zwykle łączy się z ich obecnością: stare, ustawione na podstawach z cegieł samochody, huśtawki zrobione z przywiązanej do mocnej liny opony, zalegające w rowach puste puszki po piwie, mokre rzeczy schnące na sznurkach rozwieszonych między wbitymi specjalnie w tym celu słupami, wszechobecną woń odpadków i nieczystości. Stojące w pobliżu Zakrętu domostwa były bliskimi kuzynami drewnianych szałasów, ale niemal na każdym dachu tkwiła błyszcząca antena, większość zaś kupionych na kredyt u Granta lub Searsa telewizorów odbierała program w kolorze. Placyki przed przyczepami zwykle roiły się od dzieci, najróżniejszych zabawek, półciężarówek, skuterów śnieżnych i motocykli. Część domków na kołach była bardzo zadbana, ale większość właścicieli uważała to za całkowicie zbędny wysiłek, pozwalając, żeby mlecze i dzika trawa sięgały niemal do kolan. Nieco bliżej granicy miasta, gdzie Brock Street zamienia się w Brock Road, stał zajazd Della, w którym w każdy piątek grał zespół rockowy, a w sobotę grupa uprawiająca muzykę country. Zajazd spłonął w roku 1971, ale został całkowicie odbudowany. Dla większości okolicznych kowbojów było to jedyne miejsce, gdzie mogli przyjść wieczorem ze swymi dziewczynami i napić się piwa, a czasem stoczyć także jakąś niegroźną bójkę.

Większość telefonów łączyła jednocześnie dwie, cztery lub sześć rodzin, dzięki czemu ludzie zawsze mieli o czym mówić. W małych miasteczkach skandale cały czas perkoczą na małym ogniu, gotowe w każdej chwili do podania na stół, dokładnie tak samo jak fasola u ciotki Cindy. Większość sensacji brała swój początek właśnie tutaj, na Zakręcie, ale od czasu do czasu także ktoś o wyższej pozycji w hierarchii społecznej dorzucał co nieco do wspólnego garnka.

Władzę w mieście sprawowało walne zebranie mieszkańców i chociaż już od roku 1965 mówiło się o planach zorganizowania wyborów do Rady Miejskiej, której obrady na temat budżetu byłyby dostępne dla każdego z obywateli, to nie zdołano zrealizować tego pomysłu. Miasto nie rozwijało się aż tak szybko, żeby dały się wyraźnie odczuć niedogodności starego systemu, choć obowiązująca w nim archaiczna demokracja niejednego przybysza wprawiała w skrajne osłupienie. Istniały cztery urzędy wybieralne: szeryf, opiekun społeczny, administrator (żeby zarejestrować u niego nowy samochód, należało pojechać daleko, aż na sam koniec Taggart Stream Road, i stawić mężnie czoło dwóm biegającym po podwórzu psom) oraz komisarz oświatowy. Ochotnicza Straż Pożarna otrzymywała co prawda roczną dotację w wysokości trzystu dolarów, ale jej siedziba przede wszystkim pełniła rolę miejsca towarzyskich spotkań emerytów w podeszłym wieku. Kulminacyjny punkt roku stanowiła dla nich pora wypalania traw, pozostałe miesiące zaś spędzali, opowiadając sobie wydarzenia minionych lat. Wydział robót publicznych nie istniał z tego prostego powodu, że w mieście nie było publicznych wodociągów, gazociągów ani kanalizacji. Linia przesyłowa wysokiego napięcia przecinała miasteczko z północnego zachodu na południowy wschód, biegnąc przez las szeroką na sto pięćdziesiąt stóp przecinką. Jeden z gigantycznych słupów wznosił się w pobliżu Domu Marstenów, górując nad nim niczym jakiś tajemniczy strażnik.

Niemal wszystko, co mieszkańcy Salem wiedzieli na temat wojen, katastrof i kryzysów gabinetowych, pochodziło z telewizyjnych programów Waltera Cronkite’a. Co prawda, chłopak Potterów zginął w Wietnamie, a syn Claude’a Bowiego nastąpił na minę i wrócił ze sztuczną stopą, ale dostał pracę na poczcie, gdzie pomagał Kenny’emu Dalesowi, więc wszystko było w porządku. Być może dzieciaki nosiły nieco dłuższe włosy niż ich rodzice i nie czesały ich tak często jak oni, ale poza tym nikt niczego szczególnego nie zauważył. Kiedy w miejscowej szkole średniej postanowiono zrezygnować z obowiązku noszenia jednakowych strojów, Aggie Corliss napisała list do ukazującego się w Cumberland „Ledgera”, ale Aggie pisywała tam co tydzień od wielu lat, głównie na temat zagrożeń płynących z nadużywania alkoholu i radości, jaką daje przyjęcie do serca Jezusa Chrystusa i uznanie w nim swego zbawcy.

Niektóre dzieciaki zażywały czasem narkotyki. Frank, chłopak Kilby’ego, stanął w sierpniu przed sędzią Hookerem i został skazany na grzywnę w wysokości pięćdziesięciu dolarów za rozprowadzanie narkotyków (sędzia zgodził się, żeby kara została zapłacona z pieniędzy pochodzących ze sprzedaży kilku porcji), ale znacznie poważniejszy problem stanowił alkohol. Od chwili gdy zaczęto go sprzedawać każdemu, kto ukończył osiemnaście lat, w zajeździe Della roiło się od smarkaczy. Co prawda, później dostawali w domu lanie, kiedy wracali samochodami po pijanemu, ale mimo to dość często zdarzały się wypadki, jak choćby ten, kiedy Billy Smith, jadąc z prędkością dziewięćdziesięciu mil na godzinę, rąbnął w drzewo na Deep Cut Road, zabijając na miejscu siebie i swoją dziewczynę, LaVerne Dube.

Nie licząc tych spraw, wiedza mieszkańców na temat gnębiących świat wstrząsów była czysto akademicka. Tutaj czas biegł w zupełnie innym rytmie. W takim miłym małym miasteczku nie mogło się wydarzyć nic nieprzyjemnego.

Wszędzie, ale nie tutaj.

5

Ann Norton właśnie prasowała, kiedy jej córka wpadła do domu z torbą pełną zakupów, podetknęła jej pod nos książkę ze zdjęciem jakiegoś szczupłego młodego człowieka na obwolucie i zaczęła trajkotać.

– Zwolnij trochę – poprosiła ją matka. – Wyłącz telewizor i powtórz mi wszystko od początku.

Susan przerwała w pół zdania Peterowi Marshallowi, wydającemu tysiące dolarów w kolejnym odcinku „Hollywood Squares”, i opowiedziała jej o spotkaniu z Benem Mearsem. Pani Norton zmusiła się do spokojnego, życzliwego potakiwania, choć zawsze, kiedy Susan wspominała o nowym chłopcu, przed jej oczami zapalały się ostrzegawcze żółte światła; zresztą coraz częściej byli to mężczyźni, chociaż jeszcze do niej w pełni nie dotarło, że Susan jest aż tak dorosła. Dzisiaj światła były bardziej jaskrawe niż zwykle.

– To brzmi interesująco – zauważyła, kładąc na desce kolejną koszulę męża.

– Był bardzo miły – powiedziała Susan. – I zupełnie naturalny.

– Och, moje nogi! – westchnęła pani Norton, po czym odstawiła żelazko na bok, usiadła na stojącym przy oknie bujanym fotelu i zapaliła papierosa, którego wyjęła z paczki leżącej na małym stoliku do kawy. – Jesteś pewna, że to porządny człowiek, Susie?

– Oczywiście że tak. Wygląda jak... bo ja wiem? Wykładowca z college’u albo ktoś w tym rodzaju.

– Podobno Szalony Podpalacz wyglądał jak zwykły ogrodnik – zauważyła pani Norton.

Susan machnęła lekceważąco ręką.

– Głupia gadanina.

– Pokaż mi tę książkę – poprosiła pani Norton.

Susan podała ją matce, przypomniawszy sobie nagle o scenie homoseksualnego gwałtu w więzieniu.

– „Powietrzny taniec”... – mruknęła z namysłem Ann Norton i zaczęła przerzucać kartki.

Susan przyglądała jej się z rezygnacją. Matka zawsze musiała wtrącić swoje trzy grosze.

Przez otwarte okna wpadały podmuchy delikatnego, przedpołudniowego wiatru, wydymając wiszące w kuchni żółte zasłony. Dom był ładny, zbudowany z solidnej cegły, trochę trudny do ogrzania zimą, ale za to przyjemnie chłodny latem. Stał na łagodnym wzniesieniu po zewnętrznej stronie Brock Street i z okna, przy którym siedziała pani Norton, roztaczał się rozległy widok na miasteczko. Szczególnego uroku nabierał zimą, kiedy wszystkie poziome płaszczyzny skrywały się pod nie naruszoną warstwą białego puchu, a widoczne w oddali domy rzucały na śnieg żółte plamy światła.

– Zdaje się, że czytałam o niej recenzję w gazecie. Nie była zbyt pochlebna.

– Mnie się podoba – odparła spokojnie Susan. – On zresztą też.

– Floyd pewnie także go polubi – zauważyła od niechcenia pani Norton. – Powinnaś ich sobie przedstawić.

Susan poczuła ostre ukłucie gniewu. Wydawało jej się, że przeszła już z matką przez wszystkie burze i konflikty wieku dojrzewania, ale oto okazało się, że wcale tak nie jest. Wróciły do odwiecznego sporu między niezależnością sądów córki a doświadczeniem życiowym matki jak do starej, odłożonej na jakiś czas do kąta robótki.

– Przecież już rozmawiałyśmy o Floydzie, mamo. Mówiłam ci, że to jeszcze nic pewnego.

– W gazecie napisali, że w tej książce są jakieś drastyczne sceny w więzieniu. Chłopcy z chłopcami, czy coś takiego.

– Rany boskie, mamo! – Susan sięgnęła po papierosa.

– Nie ma potrzeby od razu się złościć – odparła z niewzruszonym spokojem pani Norton.

Odłożyła książkę i strząsnęła z papierosa długi słupek popiołu do ceramicznej popielniczki w kształcie ryby. Otrzymała ją od jednej z przyjaciółek z Klubu Kobiet. Widok tej popielniczki w jakiś nieokreślony sposób zawsze irytował Susan; wydawało jej się, że w strząsaniu popiołu do gardła okonia jest coś nieprzyzwoitego.

– Wyjmę zakupy – powiedziała, wstając z miejsca.

– Chodziło mi tylko o to, że jeżeli masz zamiar wyjść za Floyda Tibbitsa, to... – zaczęła matka, ale Susan nie pozwoliła jej dokończyć. Irytacja zamieniła się w palący, znajomy gniew.

– Skąd, do licha, przyszedł ci do głowy taki pomysł? Nie przypominam sobie, żebym coś mówiła na ten temat!

– Wydawało mi się...

– W takim razie źle ci się wydawało – oświadczyła Susan z przekonaniem większym od tego, które czuła, ale było faktem, że w ciągu ostatnich kilku tygodni emocje, jakie żywiła wobec Floyda, zdecydowanie ostygły.

– Wydawało mi się, że skoro spotykasz się z tym samym chłopcem od półtora roku, to chyba chodzi o coś więcej niż o zwykłe trzymanie się za ręce.

– Masz całkowitą rację – zgodziła się z mściwą satysfakcją Susan. Teraz przynajmniej matka będzie miała o czym myśleć.

Dalszy ciąg rozmowy odbył się w całkowitym milczeniu.

„Spałaś z nim?

„To nie twój interes”.

„Kim jest dla ciebie ten Ben Mears?”

„Nie twój interes”.

„Masz zamiar zadurzyć się w nim i popełnić jakieś głupstwo?”

„Nie twój interes”.

„Kocham cię, Susie. Tata i ja bardzo cię kochamy, wiesz?”

Na to nie było już odpowiedzi. Ani na żadne z następnych pytań. Właśnie dlatego przenosiny do Nowego Jorku, czy w jakiekolwiek inne miejsce, stały się niezbędną koniecznością. Prędzej czy później zawsze dochodziło do zderzenia z barykadą ich miłości, niewzruszoną niczym obite miękkim plastikiem ściany celi. Autentyczność tego uczucia sprawiała, że dalsza sensowna dyskusja stawała się zupełnie niemożliwa, wszystkie zaś wypowiedziane wcześniej słowa nagle traciły znaczenie.

– No cóż... – westchnęła pani Norton. Zgasiła papierosa na dolnej wardze okonia i wrzuciła niedopałek do jego brzucha.

– Pójdę na górę – powiedziała Susan.

– Dobrze. Czy będę mogła przeczytać tę książkę, kiedy ją skończysz?

– Jeśli chcesz...

– Chciałabym również go poznać.

Susan rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami.

– O której wrócisz wieczorem?

– Nie wiem.

– Co mam powiedzieć Floydowi, gdyby dzwonił?

Gniew wrócił odbitą falą.

– Powiedz mu, co chcesz. Zresztą i tak byś to zrobiła.

– Susan!

Dziewczyna weszła po schodach, nie oglądając się za siebie.

Pani Norton pozostała na miejscu, spoglądając przez okno niewidzącym wzrokiem. Z góry dobiegł odgłos kroków Susan, a potem stuk rozstawianych sztalug.

Ann wstała i wzięła się ponownie do prasowania. Po pewnym czasie, kiedy uznała, że Susan zdążyła się już całkowicie pogrążyć w pracy (choć nawet sama przed sobą nie chciała przyznać się do tej myśli), wyszła do kuchni i zadzwoniła ze znajdującego się tam aparatu do Mabel Werts. W czasie rozmowy wspomniała mimochodem, że dowiedziała się od Susie, jakoby w mieście przebywał jakiś słynny pisarz, na co Mabel prychnęła pogardliwie i powiedziała, że pewnie chodzi o tego faceta, który napisał „Córkę Conwaya”, pani Norton odparła, że tak, chyba właśnie o niego, a Mabel na to, że w całej tej książce chodzi wyłącznie o seks, o nic innego, po czym pani Norton zapytała, czy zatrzymał się w motelu, czy też może...

Okazało się, że zamieszkał w jedynym w miasteczku pensjonacie Evy Miller. Pani Norton poczuła przypływ ulgi; Eva Miller była przyzwoitą wdową, która z pewnością nie dopuści do żadnych ekscesów w swoim domu. Zasady, jakimi się kierowała, udzielając zgody na odwiedziny kobiet w wynajmowanych przez gości pokojach, były proste: jeśli to twoja matka lub siostra, proszę bardzo. Jeśli nie, to możecie porozmawiać w kuchni. Od tej reguły nie było żadnych wyjątków.

Po piętnastu minutach pani Norton odłożyła słuchawkę, umiejętnie zamaskowawszy prawdziwy powód rozmowy kilkoma ploteczkami.

Och, Susan, pomyślała, biorąc znów żelazko do ręki. Czy nie rozumiesz, że ja robię to wszystko dla twego dobra?

CZĘŚĆ PIERWSZA
Dom Marstenów

Żaden żywy organizm nie może istnieć zbyt długo w warunkach absolutnej rzeczywistości, nie popadając w szaleństwo; są tacy, którzy twierdzą, że nawet skowronki i pasikoniki mają jakieś sny. Dom na Wzgórzu, szalony, stał samotnie pośród wzniesień, kryjąc w swym wnętrzu ciemność. Stał tak od osiemdziesięciu lat i mógł stać następnych osiemdziesiąt. Wewnątrz ściany wznosiły się pionowo, cegły ciasno przylegały do siebie, podłogi były mocne, a drzwi – starannie zamknięte. Gruby płaszcz ciszy pokrywał drewno i kamień Domuna Wzgórzu, a cokolwiek wędrowało w tych murach, wędrowało samotnie.

Shirley Jackson, „Dom na Wzgórzu”

przeł. Paulina Braiter

Prolog

Czego tu szukasz, mój stary przyjacielu?

Po latach spędzonych w oddaleniu przybywasz,

Niosąc ze sobą wspomnienia,

Któreś przechowywał pod obcym niebem,

Z dala od swej ziemi.

Jorgos Seferis