Mężczyzna, który się uśmiechał - Henning Mankell

Mężczyzna, który się uśmiechał

0,0

Na bezdrożach Skanii ma miejsca tragiczny wypadek samochodowy, w którym ginie znany prawnik. Jego syn, Sten Torstensson, jest przekonany, że doszło do morderstwa, i opowiada o swoich przypuszczeniach komisarzowi Wallanderowi. Ten jednak nie chce mu pomóc, pogrążony w depresji po tym, jak na służbie zabił człowieka. Kiedy Torstensson zostaje zastrzelony, Wallander decyduje się poprowadzić śledztwo. Wkrótce wychodzi na jaw, że ze sprawą wiążą się inne zagadkowe zabójstwa, a każdy krok komisarza śledzi tajemniczy potentat finansowy. Podobnie jak w swoich wcześniejszych powieściach, szwedzki mistrz kryminału stopniowo buduje napięcie, perfekcyjnie kreśląc narodziny zła.

Dodaj komentarz


Ponieważ Mankell w swoich kryminałach często porusza problemy społeczne nie mogło zabraknąć też wątków biznesowych. Bohater tej książki (oczywiście Wallander) skrzętnie wykorzystuje sytuację prowadzonego śledztwa, aby rozprawić się z pewnym aroganckim potentatem. Walka jaką z nim prowadzi jest bezpardonowa. Jeśli chcecie wiedzieć jak się zakończy, trzeba przeczytać. Na pewno nie ma tu szybkiej akcji, a śledztwo powolne. Jednak powieść i tak potrafi wciągnąć.


Akcja w kryminałach Mankella nie osiąga zawrotnych prędkości, jakie znamy z kinowych czy telewizyjnych produkcji. Toczy się niespiesznie, odpowiednim dla rozwoju wypadków tempem. Jednak jest w tym coś przyciągającego, nawet naturalnego, bo przecież w prawdziwym świecie śledztwa nie są rozwiązywane z dnia na dzień. Ta książka o Wallanderze niczym się pod tym względem nie wyróżnia, a jednocześnie wciąga i satysfakcjonuje. Polecam.


Kryminały w wydaniu Mankella mają swój niepowtarzalny, charakterystyczny klimat. Akcja tu nie pędzi na złamanie karku jak w kryminałach o anglo-saskim rodowodzie, niemniej ważne od zagadki są przeżycia bohaterów. Bohater (Wallander) mimo problemów psychicznych podejmuje się śledztwa, które sprawia wiele kłopotów. Do tego komisarz jest bacznie obserwowany przez pewną osobę. Niemal od początku wiemy kto jest kto. Nie przeszkadza to jednak w budowaniu mrocznego napięcia, które przyciągnęło do prozy Mankella wielu czytelników.


To nie jest kryminał dla miłośników pozycji a'la Hollywood. Akcja toczy się raczej powolnym rytmem. Brakuje ciekawszych intryg. Właściwie już od początku wiemy, kto jest kim. Historie wychodzące spod pióra Mankella mają jednak w sobie pewien klimat, który przyciąga czytelników. Mnie zaczyna.


Tym razem "przeciwnikiem" Wallandera w kryminalnej rozgrywce jest osoba bardzo wysoko postawiona. Bogacz, biznesmen ze znajomościami, prawie książę czy też pan na włościach. Pieniądze i władza zdeprawowały tego człowieka do tego stopnia, że nie waha się definitywnie usuwać ze swej drogi ludzi, którzy mu przeszkadzają. Przy czym umie doskonale zacierać za sobą ślady.
Wallandera wkurza to, że w kontaktach z nim jego przełożeni przybierają postawę uniżonego, służalczego człowieczka mnącego w garści czapkę i przestępującego niepewnie z nogi na nogę. Kurt tak nie chce i nie może, bo jest dobrym gliną. Przystępuje do walki z potentatem, chcąc zetrzeć mu z twarzy wieczny, przylepiony uśmieszek wyższości. To walka na śmierć i życie, bezpardonowa i ostra.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Mroczna Seria

HEN­NING

MAN­KELL

MĘŻ­CZY­ZNA, KTÓ­RY SIĘ UŚMIE­CHAŁ

prze­ło­ży­ła Ire­na Ko­wa­dło-Przed­moj­ska

Po­win­ni­śmy się lę­kać nie amo­ral­no­ści wiel­kich lu­dzi, ale tego, że to wła­śnie ona czę­sto pro­wa­dzi do wiel­ko­ści.

Ale­xis de To­cqu­evil­le

1

Mgła.

Jest jak skra­da­ją­cy się bez­sze­lest­nie dra­pież­nik, po­my­ślał.

Nig­dy się nie przy­zwy­cza­ję. Cho­ciaż całe ży­cie miesz­kam w Ska­nii, gdzie mgła ob­le­ka lu­dzi płasz­czem nie­wi­dzial­no­ści.

Była dzie­wią­ta wie­czo­rem je­de­na­ste­go paź­dzier­ni­ka 1993 roku.

Mgła nad­cią­gnę­ła po­śpiesz­nie od stro­ny mo­rza. Wra­cał do domu w kie­run­ku Ystad. Le­d­wie mi­nął Wzgó­rza Brösarp­skie, wje­chał pro­sto w biel.

Na­tych­miast po­czuł sil­ny lęk.

Boję się mgły, po­my­ślał. Po­wi­nie­nem ra­czej bać się czło­wie­ka, któ­re­go wła­śnie spo­tka­łem na zam­ku w Farn­hol­mie. Sym­pa­tycz­ne­go męż­czy­zny i jego wzbu­dza­ją­cych po­strach współ­pra­cow­ni­ków, za­wsze dys­kret­nie trzy­ma­ją­cych się na ubo­czu, gdzie cień skry­wa ich twa­rze. Po­wi­nie­nem my­śleć o nim i o tym, co, jak zro­zu­mia­łem, kry­je się za jego przy­ja­znym uśmie­chem i nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią oby­wa­te­la poza wszel­ki­mi po­dej­rze­nia­mi. Jego po­wi­nie­nem się oba­wiać, a nie mgły nad­cią­ga­ją­cej znad za­to­ki Hanö. Te­raz, gdy już wiem, że bez wa­ha­nia uśmier­ci każ­de­go, kto sta­nie na jego dro­dze.

Włą­czył wy­cie­racz­ki, żeby oczy­ścić przed­nią szy­bę z wil­got­nej pary. Nie lu­bił pro­wa­dzić po ciem­ku. W świa­tłach sa­mo­cho­du z tru­dem roz­róż­niał prze­my­ka­ją­ce przez szo­sę za­ją­ce.

Je­den je­dy­ny raz, po­nad trzy­dzie­ści lat temu, prze­je­chał za­ją­ca. Zda­rzy­ło się to w dro­dze do To­me­lil­li. Był wcze­sny wio­sen­ny wie­czór. Do dziś pa­mię­tał, jak nada­rem­nie do­ci­skał pe­dał ha­mul­ca, i tuż po­tem mięk­ki od­głos ude­rze­nia o ka­ro­se­rię. Za­trzy­mał się i wy­siadł z sa­mo­cho­du. Za­jąc le­żał na szo­sie i prze­bie­rał tyl­ny­mi łap­ka­mi. Gór­ną część cia­ła miał bez­wład­ną, ani na chwi­lę nie spusz­czał z nie­go wzro­ku. On zmu­sił się wte­dy do po­szu­ka­nia ka­mie­nia na po­bo­czu i z za­mknię­ty­mi ocza­mi ude­rzył za­ją­ca w gło­wę. Po­tem szyb­ko wró­cił do sa­mo­cho­du, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Nig­dy nie za­po­mniał oczu zwie­rzę­cia i gwał­tow­nie prze­bie­ra­ją­cych tyl­nych ła­pek. Nie uda­ło mu się uwol­nić od tam­te­go wspo­mnie­nia. Sta­le do nie­go po­wra­ca­ło – za­zwy­czaj gdy naj­mniej się tego spo­dzie­wał.

Usi­ło­wał otrzą­snąć się z nie­przy­jem­ne­go uczu­cia.

Za­jąc, któ­ry nie żyje od trzy­dzie­stu lat, może ko­goś prze­śla­do­wać, ale mu nie za­gra­ża, po­my­ślał. Le­piej uwa­żać na żywe.

Zdał so­bie na­gle spra­wę, że czę­ściej niż zwy­kle spo­glą­da we wstecz­ne lu­ster­ko.

Boję się, my­ślał da­lej. Do­pie­ro w tej chwi­li zda­łem so­bie spra­wę, że ucie­kam. Zro­zu­mia­łem, co kry­je się za mu­ra­mi zam­ku w Farn­hol­mie, i od tego ucie­kam. I wiem, że oni wie­dzą, że ja wiem. Ale jak dużo? Wy­star­cza­ją­co dużo, żeby mo­gli się oba­wiać, że nie do­cho­wam ta­jem­ni­cy za­wo­do­wej, któ­rej zo­bo­wią­za­łem się prze­strze­gać jako świe­żo upie­czo­ny ad­wo­kat? W za­mierz­chłych cza­sach, kie­dy ta­kie zo­bo­wią­za­nie mia­ło jesz­cze ja­kąś wagę. Czyż­by się bali su­mie­nia sta­re­go ad­wo­ka­ta?

W tyl­nym lu­ster­ku wi­dział ciem­ność. Był sam we mgle. Za nie­speł­na go­dzi­nę bę­dzie w Ystad.

Na chwi­lę po­czuł się le­piej. Więc jed­nak go nie śle­dzi­li. Ju­tro po­dej­mie de­cy­zję, co da­lej ro­bić. Po­roz­ma­wia z sy­nem – współ­pra­cow­ni­kiem i współ­wła­ści­cie­lem kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej. Za­wsze jest ja­kieś roz­wią­za­nie – tego na­uczy­ło go ży­cie. Te­raz też musi się zna­leźć.

Wy­cią­gnął dłoń i w ciem­no­ści wy­ma­cał ra­dio. Sa­mo­chód wy­peł­nił głos, któ­ry opo­wia­dał o no­wych od­kry­ciach w dzie­dzi­nie ge­ne­ty­ki. Sło­wa prze­pły­wa­ły, nie do­cie­ra­jąc do jego świa­do­mo­ści. Spoj­rzał na ze­ga­rek, do­cho­dzi­ło wpół do dzie­sią­tej. W tyl­nym lu­ster­ku wciąż było ciem­no. Mgła stop­nio­wo gęst­nia­ła. Mimo to ostroż­nie do­ci­snął pe­dał gazu. Z każ­dym ki­lo­me­trem, któ­ry od­da­lał go od zam­ku w Farn­hol­mie, czuł się bez­piecz­niej. Być może lę­kał się bez po­wo­du?

Sta­rał się upo­rząd­ko­wać my­śli.

Jak to się za­czę­ło? Zwy­czaj­na roz­mo­wa te­le­fo­nicz­na, kart­ka na biur­ku z proś­bą o pil­ny te­le­fon do klien­ta w spra­wie we­ry­fi­ka­cji umo­wy han­dlo­wej. Na­zwi­sko nic mu nie mó­wi­ło. Mimo to za­dzwo­nił; nie­wiel­kiej kan­ce­la­rii w pro­win­cjo­nal­nym mie­ście nie stać było na od­ma­wia­nie no­wym klien­tom. Nadal pa­mię­tał głos w słu­chaw­ce, uprzej­my, z pół­noc­nym ak­cen­tem – sta­now­czo brzmią­cy głos czło­wie­ka, któ­re­go czas jest na wagę zło­ta. Spra­wa do­ty­czy­ła skom­pli­ko­wa­nej trans­ak­cji na do­sta­wy ce­men­tu przez ar­ma­to­ra za­re­je­stro­wa­ne­go na Kor­sy­ce do Ara­bii Sau­dyj­skiej, gdzie fir­ma klien­ta re­pre­zen­to­wa­ła przed­się­bior­stwo bu­dow­la­ne Skan­ska. Była, zda­je się, mowa o bu­do­wie gi­gan­tycz­ne­go me­cze­tu, któ­ry miał po­wstać w Kha­mis Mu­shayt. A może cho­dzi­ło o uni­wer­sy­tet w Dżud­dzie.

Kil­ka dni póź­niej spo­tka­li się w ho­te­lu Con­ti­nen­tal w Ystad. Przy­szedł wcze­śniej, w re­stau­ra­cji nie było jesz­cze go­ści. Sie­dział przy sto­li­ku w rogu i wi­dział, jak nad­cho­dzi. W sali był tyl­ko on i ju­go­sło­wiań­ski kel­ner, któ­ry po­nu­ro wpa­try­wał się w wy­so­kie okno. Była po­ło­wa stycz­nia, gwał­tow­ny wi­cher znad Bał­ty­ku miał wkrót­ce przy­wiać śnieg. Lecz męż­czy­zna, któ­ry szedł w jego kie­run­ku – z pew­no­ścią po­ni­żej pięć­dzie­siąt­ki – był opa­lo­ny i miał na so­bie ciem­no­nie­bie­ski gar­ni­tur. W ja­kimś sen­sie zu­peł­nie nie pa­so­wał ani do stycz­nio­wej po­go­dy, ani do Ystad. Obcy przy­bysz z uśmie­chem, któ­ry nie w peł­ni har­mo­ni­zo­wał z opa­le­ni­zną na twa­rzy.

Ta­kie było pierw­sze ze­tknię­cie z męż­czy­zną z zam­ku w Farn­hol­mie. Czło­wie­kiem zni­kąd, w uszy­tym na mia­rę nie­bie­skim gar­ni­tu­rze. Ten czło­wiek sta­no­wił osob­ny świat, któ­re­go cen­trum był uśmiech, a do­ko­ła – jak ciem­ne sa­te­li­ty – krą­ży­ły po dwu or­bi­tach czuj­ne, wzbu­dza­ją­ce lęk cie­nie.

Już za pierw­szym ra­zem za­uwa­żył te cie­nie. Nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby męż­czyź­ni mu się przed­sta­wi­li. Obaj za­ję­li miej­sca przy sto­li­ku na ubo­czu i wsta­li bez­sze­lest­nie, gdy spo­tka­nie do­bie­gło koń­ca.

Zło­te cza­sy, po­my­ślał z go­ry­czą. By­łem na tyle głu­pi, że w nie uwie­rzy­łem. Świa­ta praw­ni­ka nie po­win­no prze­sła­niać złu­dze­nie nad­cho­dzą­ce­go raju, w każ­dym ra­zie nie ziem­skie­go. Po upły­wie pół roku po­ło­wa ob­ro­tów kan­ce­la­rii po­cho­dzi­ła od opa­lo­ne­go męż­czy­zny, po roku do­chód kan­ce­la­rii się po­dwo­ił. Wy­pła­ty przy­cho­dzi­ły punk­tu­al­nie, nie zda­rzy­ło się, by mu­sie­li wy­sy­łać upo­mnie­nie. Stać ich na­wet było na re­mont domu, gdzie mie­ści­ła się kan­ce­la­ria. Trans­ak­cje nie bu­dzi­ły za­strze­żeń, acz­kol­wiek były skom­pli­ko­wa­ne i roz­sia­ne po ca­łym świe­cie. Męż­czy­zna z zam­ku w Farn­hol­mie pro­wa­dził in­te­re­sy ze wszyst­kich kon­ty­nen­tów, na po­zór z przy­sad­ko­wo wy­bra­nych miejsc. Fak­sy, te­le­fo­ny, a nie­raz i po­łą­cze­nia ra­dio­we czę­sto przy­cho­dzi­ły z oso­bli­wych miast, któ­re z tru­dem od­naj­dy­wał na glo­bu­sie sto­ją­cym obok ka­na­py w po­cze­kal­ni. Wszyst­ko było jed­nak w po­rząd­ku, cho­ciaż trud­no uchwyt­ne i nie za­wsze zro­zu­mia­łe.

Nowe cza­sy – pa­mię­tał, że tak wła­śnie my­ślał. Tak wy­glą­da­ją. Jako ad­wo­kat po­wi­nie­nem być nie­skoń­cze­nie wdzięcz­ny, że męż­czy­zna z Farn­hol­mu tra­fił aku­rat na moje na­zwi­sko w książ­ce te­le­fo­nicz­nej.

Myśl się urwa­ła jak ucię­ta no­żem. Przez chwi­lę są­dził, że to złu­dze­nie. Po­tem za­uwa­żył świa­tła sa­mo­cho­du w tyl­nym lu­ster­ku.

Ści­ga­li go i byli już bar­dzo bli­sko.

Strach na­tych­miast po­wró­cił. Więc jed­nak go ści­ga­li. Zlę­kli się, że nie do­cho­wa ta­jem­ni­cy za­wo­do­wej i za­cznie mó­wić.

W pierw­szym od­ru­chu chciał moc­niej do­ci­snąć pe­dał gazu i ucie­kać przez mlecz­ną mgłę. Pot spły­wał mu po cie­le pod ko­szu­lą. Świa­tła były tuż za nim.

Cie­nie, któ­re za­bi­ja­ją, po­my­ślał. Nie umknę im, nikt im nie umknie.

Po chwi­li sa­mo­chód go wy­prze­dził. Zdą­żył za­uwa­żyć sza­rą twarz sta­re­go czło­wie­ka. Za­raz po­tem czer­wo­ne świa­tła znik­nę­ły we mgle.

Wy­cią­gnął chu­s­tecz­kę do nosa z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i otarł pot z twa­rzy i kar­ku.

Za chwi­lę będę w domu, po­my­ślał. Nic się nie sta­nie. Pani Du­nér wła­sno­ręcz­nie za­no­to­wa­ła w biu­ro­wym ka­len­da­rzu moje dzi­siej­sze spo­tka­nie w Farn­hol­mie. Nikt, na­wet on, nie wy­słał­by swo­ich cie­ni, żeby zgła­dzi­ły star­sze­go ad­wo­ka­ta w dro­dze do domu. To zbyt ry­zy­kow­ne.

Upły­nę­ły nie­mal dwa lata, za­nim po raz pierw­szy zro­zu­miał, że coś jest nie tak. Spra­wa była bła­ha; prze­glą­dał kil­ka trans­ak­cji, gdzie Rada Eks­por­tu1 fi­gu­ro­wa­ła jako gwa­rant wy­so­kie­go kre­dy­tu. Czę­ści za­mien­ne do tur­bin w Pol­sce, żni­wiar­ki do Cze­cho­sło­wa­cji. Zwró­cił jego uwa­gę pe­wien dro­biazg – kil­ka liczb, któ­re się nie zga­dza­ły. My­ślał, że to błąd ma­szy­no­wy, dwie po­zy­cje, któ­re za­mie­nio­no miej­sca­mi. Do­pie­ro gdy cof­nął się do punk­tu wyj­ścia, za­uwa­żył, że to nie przy­pa­dek, lecz ce­lo­we dzia­ła­nie. Ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło, wszyst­ko znaj­do­wa­ło się na swo­im miej­scu, a wy­nik oka­zał się po­ra­ża­ją­cy. Od­chy­lił się do tyłu na krze­śle, pa­mię­tał, że był póź­ny wie­czór, i zdał so­bie spra­wę, że wpadł na trop prze­stęp­stwa. Z po­cząt­ku nie chciał w to uwie­rzyć. W koń­cu jed­nak mu­siał przy­znać, że nie ma in­ne­go wy­ja­śnie­nia. Do­pie­ro o świ­cie szedł do domu uli­ca­mi Ystad i przy­sta­nąw­szy w oko­li­cach Stor­tor­get, po­my­ślał, że je­dy­nym wy­tłu­ma­cze­niem jest to, że męż­czy­zna z Farn­hol­mu po­peł­nił prze­stęp­stwo. Po­waż­ne nad­uży­cie za­ufa­nia, oszu­stwo po­dat­ko­we na dużą ska­lę i fał­szo­wa­nie do­ku­men­tów.

Póź­niej wciąż szu­kał czar­nych dziur we wszyst­kich do­ku­men­tach, któ­re przy­cho­dzi­ły do nie­go z Farn­hol­mu. I znaj­do­wał je, nie za­wsze, ale pra­wie. Po­wo­li za­czy­na­ły do nie­go do­cie­rać ska­la i za­sięg prze­stęp­stwa. Dłu­go nie chciał spoj­rzeć praw­dzie w oczy. Ale wresz­cie mu­siał.

Mimo to nie za­re­ago­wał. Nie po­dzie­lił się swo­im od­kry­ciem na­wet z sy­nem.

Czy dla­te­go, że w głę­bi du­szy nie chciał uwie­rzyć, że to praw­da? Że nikt prócz nie­go – ani urząd skar­bo­wy, ani ża­den inny – nic nie za­uwa­żył?

Czyż­by wpadł na trop nie­ist­nie­ją­cej ta­jem­ni­cy?

A może już od sa­me­go po­cząt­ku było za póź­no? Od kie­dy męż­czy­zna na zam­ku w Farn­hol­mie stał się naj­waż­niej­szym klien­tem kan­ce­la­rii?

Mgła w dal­szym cią­gu gęst­nia­ła. Są­dził, że się roz­pro­szy, kie­dy bę­dzie się zbli­żał do Ystad.

W tym mo­men­cie zro­zu­miał, że dłu­żej tak nie może być. Te­raz, gdy już wie, że męż­czy­zna z Farn­hol­mu ma krew na rę­kach.

Musi po­roz­ma­wiać z sy­nem. Mimo wszyst­ko ist­nie­je jesz­cze w Szwe­cji spra­wie­dli­wość, na­wet je­śli po­ję­cie spra­wie­dli­wo­ści w szyb­kim tem­pie się de­wa­lu­uje. Jego wła­sne mil­cze­nie też jest czę­ścią tego pro­ce­su. To, że tak dłu­go przy­my­kał oczy, nie może uspra­wie­dli­wiać dal­sze­go mil­cze­nia.

Nig­dy nie był­by w sta­nie ode­brać so­bie ży­cia.

Na­gle gwał­tow­nie przy­ha­mo­wał.

Uj­rzał coś w świe­tle re­flek­to­rów. Z po­cząt­ku są­dził, że to za­jąc. Po­tem zo­rien­to­wał się, że coś stoi na dro­dze we mgle.

Za­trzy­mał sa­mo­chód i za­pa­lił dłu­gie świa­tła.

Po­środ­ku dro­gi sta­ło krze­sło. Zwy­czaj­ne drew­nia­ne krze­sło. Sie­dzia­ła na nim na­tu­ral­nej wiel­ko­ści lal­ka. Mia­ła bia­łą twarz.

Mógł to rów­nie do­brze być czło­wiek przy­po­mi­na­ją­cy lal­kę.

Czuł w pier­si ko­ła­ta­nie ser­ca.

Mgła pod­pły­wa­ła do re­flek­to­rów.

Nie mógł zi­gno­ro­wać krze­sła i lal­ki. Ani pa­ra­li­żu­ją­ce­go stra­chu, któ­ry go ogar­nął. Spoj­rzał po­now­nie w lu­ster­ko. Wi­dział tyl­ko ciem­ność. Ostroż­nie pod­je­chał do przo­du, na ja­kieś dzie­sięć me­trów od krze­sła z lal­ką. Wte­dy znów się za­trzy­mał.

Lal­ka wy­glą­da­ła zu­peł­nie jak czło­wiek. Nie jak po­śpiesz­nie skle­co­ny strach na wró­ble.

Ona jest dla mnie, po­my­ślał.

Drżą­cą ręką wy­łą­czył ra­dio i na­słu­chi­wał. Pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza. Cią­gle nie mógł się zde­cy­do­wać.

Nie z po­wo­du krze­sła we mgle czy nie­sa­mo­wi­tej lal­ki. Było tu coś wię­cej, coś, cze­go nie mógł do­strzec.

Boję się, po­my­ślał raz jesz­cze. Strach za­ćmił mi ja­sność my­śle­nia.

Wresz­cie jed­nak od­piął pasy bez­pie­czeń­stwa i otwo­rzył drzwi sa­mo­cho­du. Za­sko­czy­ło go chłod­ne, wil­got­ne po­wie­trze.

Na­stęp­nie wy­siadł z auta ze wzro­kiem utkwio­nym w krze­sło i lal­kę w bla­sku re­flek­to­rów. Jego ostat­nią my­ślą było, że ten wi­dok przy­po­mi­na sce­nę te­atral­ną, na któ­rą za chwi­lę wej­dzie ak­tor.

Po­tem usły­szał za sobą ja­kiś od­głos.

Nie zdą­żył się od­wró­cić.

Cios tra­fił go w tył gło­wy.

Za­nim osu­nął się na wil­got­ny as­falt, już nie żył.

Mgła sta­ła się te­raz nie­prze­nik­nio­na.

Była za sie­dem mi­nut dzie­sią­ta.

2

Po­ry­wi­sty wiatr wiał z pół­no­cy.

Męż­czy­zna na wy­zię­bio­nym brze­gu ku­lił się w jego po­dmu­chach. Od cza­su do cza­su przy­sta­wał i od­wra­cał się ty­łem do kie­run­ku wia­tru. Stał zu­peł­nie nie­ru­cho­mo, ze schy­lo­ną gło­wą i rę­ka­mi w kie­sze­niach płasz­cza. Po­tem znów roz­po­czy­nał po­zor­nie bez­ce­lo­wy spa­cer, do­pó­ki nie znik­nął w sza­rym świe­tle.

Ko­bie­ta, któ­ra co­dzien­nie wy­pro­wa­dza­ła psa na brzeg, ze wzra­sta­ją­cym nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wa­ła męż­czy­znę. Cho­dził wzdłuż brze­gu od świ­tu do za­pa­da­ją­ce­go po po­łu­dniu zmro­ku. Po­ja­wił się na­gle pew­ne­go dnia, kil­ka ty­go­dni wcze­śniej, jak wy­rzu­co­ny na brzeg roz­bi­tek. Zwy­kle, gdy mi­ja­ła nie­licz­nych na­po­tka­nych lu­dzi, po­zdra­wia­li ją ski­nie­niem gło­wy Te­raz jed­nak, póź­ną je­sie­nią – zbli­żał się li­sto­pad – rzad­ko ko­goś spo­ty­ka­ła. Czło­wiek w czar­nym płasz­czu jej nie po­zdra­wiał. Z po­cząt­ku są­dzi­ła, że to z nie­śmia­ło­ści, na­stęp­nie uzna­ła, że z bra­ku wy­cho­wa­nia albo dla­te­go, że jest cu­dzo­ziem­cem. Jesz­cze póź­niej od­nio­sła wra­że­nie, że przy­tła­cza go wiel­ki smu­tek, a wę­drów­ki wzdłuż brze­gu są piel­grzym­ką, dzię­ki któ­rej ucie­ka od ja­kie­goś nie­zna­ne­go cier­pie­nia. Krok miał nie­rów­ny i po­dry­gu­ją­cy. Raz szedł po­wo­li, nie­mal po­włó­cząc no­ga­mi, to znów ni stąd, ni zo­wąd pod­ry­wał się i na wpół bie­gnąc, po­ko­ny­wał tra­sę swej oso­bli­wej wę­drów­ki. Wy­da­wa­ło jej się, że nie kie­ru­ją nim nogi, lecz ra­czej nie­spo­koj­ne my­śli. Wy­obra­ża­ła so­bie, że męż­czy­zna w kie­sze­niach trzy­ma za­ci­śnię­te w pię­ści dło­nie. Nie wi­dzia­ła ich, ale mia­ła pew­ność, że tak wła­śnie było.

Po ty­go­dniu uzna­ła, że spra­wa jest ja­sna. Sa­mot­ny męż­czy­zna, przy­by­ły nie wia­do­mo skąd, prze­cho­dzi po­waż­ny kry­zys psy­chicz­ny. Po­dob­ny był do stat­ku, któ­ry na zdra­dli­wym mo­rzu szu­ka wy­ty­czo­ne­go szla­ku za po­mo­cą nie­do­kład­nej mapy. Stąd jego nie­do­stęp­ność i nie­spo­koj­ne prze­chadz­ki. Wie­czo­ra­mi roz­ma­wia­ła o sa­mot­nym wę­drow­cu ze swo­im mę­żem. Kie­dyś na­wet wy­bra­li się ra­zem na spa­cer z psem, mimo że mę­żo­wi bar­dzo do­ku­czał reu­ma­tyzm i naj­chęt­niej sie­dział­by w domu. On też uwa­żał, że jej spo­strze­że­nia są traf­ne. Nie­mniej uznał, że za­cho­wa­nie męż­czy­zny jest po­dej­rza­ne. Za­te­le­fo­no­wał do swe­go do­bre­go ko­le­gi, po­li­cjan­ta ze Ska­gen, i zwie­rzył mu się w za­ufa­niu. Może to zbieg, oso­ba po­szu­ki­wa­na, któ­ra ucie­kła z któ­re­goś z nie­wie­lu już czyn­nych szpi­ta­li psy­chia­trycz­nych? Jed­nak po­li­cjant – czło­wiek do­świad­czo­ny, któ­ry wi­dział już nie­jed­ną dzi­wacz­ną po­stać, od­by­wa­ją­cą piel­grzym­kę na sam czu­bek Pół­wy­spu Ju­tlandz­kie­go w po­szu­ki­wa­niu ci­szy i uko­je­nia – roz­wiał jego oba­wy. Niech go zo­sta­wią w spo­ko­ju. Wy­brze­że po­mię­dzy wy­dma­mi i miej­scem, w któ­rym sty­ka­ją się dwa mo­rza, jest ka­pry­śną zie­mią ni­czy­ją – na­le­ży do tego, kto jej po­trze­bu­je.

Ko­bie­ta z psem i męż­czy­zna w czar­nym płasz­czu prze­cho­dzi­li obok sie­bie jesz­cze przez ko­lej­ny ty­dzień niby dwa mi­ja­ją­ce się stat­ki. Pew­ne­go dnia, do­kład­nie dwu­dzie­ste­go czwar­te­go paź­dzier­ni­ka 1993 roku, wy­da­rzy­ło się coś, co uzna­ła za przy­czy­nę jego na­głe­go znik­nię­cia.

Był to je­den z tych rzad­kich bez­wietrz­nych dni, kie­dy brzeg i mo­rze toną w nie­ru­cho­mej mgle. Sy­re­ny okrę­to­we bu­cza­ły, ni­czym po­rzu­co­na, nie­wi­docz­na trzo­da. Cały ten oso­bli­wy kra­jo­braz jak­by wstrzy­mał od­dech. Na­gle spo­strze­gła czło­wie­ka w czar­nym płasz­czu i gwał­tow­nie przy­sta­nę­ła.

Nie był sam. Stał w to­wa­rzy­stwie nie­wy­so­kie­go męż­czy­zny w wia­trów­ce i czap­ce z dasz­kiem. Ob­ser­wo­wa­ła ich, nowo przy­by­ły coś mó­wił – jak­by pró­bo­wał tam­te­go o czymś prze­ko­nać. Od cza­su do cza­su wyj­mo­wał ręce z kie­sze­ni i ge­sty­ku­lo­wał, aby pod­kre­ślić ja­kieś sło­wo. Nie sły­sza­ła, o czym mó­wi­li, ale po spo­so­bie by­cia nowo przy­by­łe­go do­my­śla­ła się, że jest zde­ner­wo­wa­ny.

Po kil­ku mi­nu­tach ru­szy­li wzdłuż brze­gu i po­chło­nę­ła ich mgła.

Dzień póź­niej męż­czy­zna znów po­ja­wił się na brze­gu sam. Jed­nak po pię­ciu dniach znik­nął. Do póź­ne­go li­sto­pa­da cho­dzi­ła z psem na mie­rze­ję w Gre­nen, spo­dzie­wa­jąc się, że zno­wu spo­tka ubra­ne­go na czar­no męż­czy­znę. Lecz męż­czy­zna nie po­wró­cił. Nig­dy wię­cej go nie spo­tka­ła.

Już prze­szło rok ko­mi­sarz Kurt Wal­lan­der z ystadz­kiej po­li­cji prze­by­wał na zwol­nie­niu le­kar­skim i nie był w sta­nie pod­jąć pra­cy. Przez cały ten czas ro­sło w nim po­czu­cie bez­sil­no­ści i ono kie­ro­wa­ło jego czy­na­mi. Raz za ra­zem, gdy już nie wy­trzy­my­wał w Ystad i mógł so­bie na to po­zwo­lić, wy­ru­szał w bez­pla­no­we po­dró­że w próż­nej na­dziei, że gdy tyl­ko znaj­dzie się gdzie in­dziej, le­piej się po­czu­je, a może na­wet od­zy­ska pod­sta­wo­wy na­pęd ży­cio­wy. Wy­ku­pił wy­ciecz­kę na Ka­ra­iby. Już w sa­mo­lo­cie był moc­no pod­pi­ty, a pod­czas dwóch ty­go­dni spę­dzo­nych na Bar­ba­do­sie ani razu na do­bre nie wy­trzeź­wiał. Cały ten po­byt wpro­wa­dził go w stan na­ra­sta­ją­cej pa­ni­ki, do­mi­no­wa­ło w nim uczu­cie, że nig­dzie nie czu­je się u sie­bie. Cho­wał się w cie­niu palm, w nie­któ­re dni nie opusz­czał na­wet po­ko­ju ho­te­lo­we­go, bo­jąc się kon­tak­tu z in­ny­mi ludź­mi. W mo­rzu wy­ką­pał się tyl­ko je­den raz, kie­dy za­to­czył się na po­mo­ście i wpadł do wody. Pew­ne­go wie­czo­ru, gdy wresz­cie od­wa­żył się wyjść mię­dzy lu­dzi, aby od­no­wić swój za­pas al­ko­ho­lu, za­cze­pi­ła go pro­sty­tut­ka. Usi­ło­wał prze­go­nić ją i przy­trzy­mać jed­no­cze­śnie. Ale uczu­cie de­spe­ra­cji i po­gar­dy dla sa­me­go sie­bie było sil­niej­sze. Spę­dził trzy doby z dziew­czy­ną w cuch­ną­cej wi­trio­lem no­rze, w brud­nej po­ście­li o za­pa­chu ple­śni, a po jego spo­co­nej twa­rzy po omac­ku prze­su­wa­ły się ka­ra­lu­chy z wy­su­nię­ty­mi czuł­ka­mi. Po­zo­sta­ły mu z tego cza­su mgli­ste mi­gaw­ki wspo­mnień. Nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć imie­nia dziew­czy­ny, nie był na­wet pew­ny, czy je znał. Kładł się na niej z fu­rią, szu­ka­jąc za­spo­ko­je­nia. Kie­dy już wy­cią­gnę­ła od nie­go ostat­nie pie­nią­dze, po­ja­wi­ło się dwóch krzep­kich bra­ci i wy­rzu­ci­li go za drzwi. Wal­lan­der wró­cił do ho­te­lu, ży­wiąc się do koń­ca po­by­tu je­dy­nie śnia­da­nia­mi, któ­re były opła­co­ne, i wy­siadł na lot­ni­sku w Stu­ru­pie w gor­szym sta­nie niż przed wy­jaz­dem. Le­karz, u któ­re­go by­wał na re­gu­lar­nych kon­tro­lach, był zde­ner­wo­wa­ny i za­bro­nił mu tego ro­dza­ju wy­cie­czek z oba­wy, że Wal­lan­der kom­plet­nie się roz­pi­je. Jed­nak dwa mie­sią­ce póź­niej, na po­cząt­ku grud­nia, ko­mi­sarz po­now­nie wy­ru­szył w po­dróż za pie­nią­dze po­ży­czo­ne od ojca pod pre­tek­stem za­ku­pu no­wych me­bli, co mia­ło po­pra­wić mu na­strój. Pod­czas ca­łe­go tego okre­su uni­kał, jak tyl­ko mógł, wi­zyt u ojca, któ­ry wła­śnie się oże­nił z ko­bie­tą o trzy­dzie­ści lat młod­szą, pro­wa­dzą­cą mu do­tąd go­spo­dar­stwo. Z pie­niędz­mi w kie­sze­ni Wal­lan­der po­szedł do ystadz­kie­go biu­ra po­dró­ży i wy­ku­pił trzy­ty­go­dnio­wą wy­ciecz­kę do Taj­lan­dii. Po­wtó­rzy­ła się sy­tu­acja z Ka­ra­ibów, z tą róż­ni­cą, że uda­ło się unik­nąć cał­ko­wi­tej ka­ta­stro­fy dzię­ki temu, iż pe­wien eme­ry­to­wa­ny ap­te­karz, któ­ry sie­dział obok nie­go w sa­mo­lo­cie, wy­lą­do­wał w tym sa­mym ho­te­lu co Wal­lan­der i za­pa­ław­szy do nie­go sym­pa­tią, po­sta­no­wił in­ter­we­nio­wać, gdy ten za­czy­nał pić już od śnia­da­nia i za­cho­wy­wać się w spo­sób ogól­nie zwra­ca­ją­cy uwa­gę. Na sku­tek tej in­ter­wen­cji uda­ło się ode­słać Wal­lan­de­ra do domu o ty­dzień wcze­śniej, niż było w pla­nie. Rów­nież tym ra­zem za­głu­szał uczu­cie wstrę­tu do sa­me­go sie­bie w ra­mio­nach ko­lej­nych, co­raz to młod­szych pro­sty­tu­tek. Póź­niej przez całą kosz­mar­ną zimę żył w sta­łym stra­chu przed śmier­tel­ną cho­ro­bą. Pod ko­niec kwiet­nia, nie­mal po roku, oka­za­ło się, że unik­nął za­ra­że­nia. Przy­jął to obo­jęt­nie i mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie jego le­karz za­czął się po­waż­nie za­sta­na­wiać, czy Kurt Wal­lan­der na­da­je się jesz­cze do pra­cy w po­li­cji, a na­wet w ogó­le do pra­cy, i czy nie kwa­li­fi­ku­je się ra­czej do jak naj­szyb­sze­go przej­ścia na ren­tę.

Za­raz po­tem ko­mi­sarz wy­je­chał, a ra­czej uciekł po raz pierw­szy do Ska­gen. Uda­ło mu się skoń­czyć z pi­ciem dzię­ki cór­ce Lin­dzie, któ­ra po­wró­ciw­szy z Włoch, za­sta­ła go w opła­ka­nym sta­nie. Po­stą­pi­ła tak, jak po­win­na – z po­roz­rzu­ca­nych po miesz­ka­niu bu­te­lek wy­la­ła reszt­ki al­ko­ho­lu, a na­stęp­nie zro­bi­ła ojcu awan­tu­rę. Przez dwa ty­go­dnie, kie­dy u nie­go miesz­ka­ła, miał wresz­cie z kim po­roz­ma­wiać. Ra­zem uda­ło im się prze­ciąć naj­bar­dziej bo­le­sne wrzo­dy w du­szy Wal­lan­de­ra, a w dniu wy­jaz­du Lin­da uwie­rzy­ła w jego obiet­ni­cę, że prze­sta­nie pić. Kie­dy znów zo­stał sam, prze­ra­zi­ła go myśl o prze­sia­dy­wa­niu w pus­Sym domu. W ga­ze­cie prze­czy­tał ogło­sze­nie nie­dro­gie­go pen­sjo­na­tu w Ska­gen.

Wie­le lat wcze­śniej, gdy Lin­da była jesz­cze nie­mow­lę­ciem, spę­dził kil­ka let­nich ty­go­dni w Ska­gen z żoną Moną. Wspo­mi­nał ten po­byt jako je­den z naj­szczę­śliw­szych okre­sów w swo­im ży­ciu. Mie­li nie­wie­le pie­nię­dzy, spa­li w prze­cie­ka­ją­cym na­mio­cie, lecz prze­peł­nia­ło ich uczu­cie, że znaj­du­ją się w cen­trum ży­cia i świa­ta. Za­te­le­fo­no­wał jesz­cze tego sa­me­go dnia i za­mó­wił po­kój. Przy­je­chał do pen­sjo­na­tu na po­cząt­ku maja. Wła­ści­ciel­ka – wdo­wa pol­skie­go po­cho­dze­nia – zo­sta­wia­ła go w spo­ko­ju, wy­po­ży­czy­ła mu ro­wer i co­dzien­nie rano jeź­dził na bez­kre­sne wy­brze­że pół­wy­spu Gre­nen. Na ba­gaż­ni­ku wiózł za­pa­ko­wa­ne w re­kla­mów­kę dru­gie śnia­da­nie i wra­cał do pen­sjo­na­tu do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. W pen­sjo­na­cie miesz­ka­li sami star­si lu­dzie, w po­je­dyn­kę lub pa­ra­mi. Pa­no­wa­ły tu ci­sza i spo­kój jak w czy­tel­ni. Po raz pierw­szy od prze­szło roku Wal­lan­der za­czął nor­mal­nie sy­piać i czuł, że to, co się w nim prze­la­ło, po­ma­łu za­czy­na się co­fać.

Pod­czas tego pierw­sze­go po­by­tu w Ska­gen na­pi­sał trzy li­sty. Pierw­szy do swo­jej sio­stry Kri­sti­ny. W cią­gu mi­nio­ne­go roku czę­sto się do nie­go od­zy­wa­ła, żeby się do­wie­dzieć, jak Kurt się czu­je. Mimo że wzru­sza­ła go tro­skli­wość sio­stry, nie był w sta­nie do niej na­pi­sać ani za­te­le­fo­no­wać. Co gor­sza, pa­mię­tał jak przez mgłę, że znaj­du­jąc się w sta­nie upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go, wy­słał do Kri­sti­ny beł­ko­tli­wą pocz­tów­kę z Ka­ra­ibów. Nig­dy na ten te­mat nie mó­wi­ła, a on nie py­tał, ma­jąc na­dzie­ję, że był wte­dy na tyle pi­ja­ny, że po­dał zły ad­res lub za­po­mniał na­kle­ić zna­czek. Ale pod­czas po­by­tu w Ska­gen pi­sał do niej w łóż­ku przed za­śnię­ciem, z tecz­ką pod­ło­żo­ną pod pa­pier li­sto­wy. Usi­ło­wał wy­ra­zić uczu­cia pust­ki, wsty­du i winy, któ­re prze­śla­do­wa­ły go od cza­su, gdy rok wcze­śniej za­bił czło­wie­ka. I cho­ciaż nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że dzia­łał w obro­nie wła­snej i na­wet naj­bar­dziej dra­pież­na i ne­ga­tyw­nie na­sta­wio­na do po­li­cji pra­sa nie zna­la­zła dla sie­bie po­żyw­ki, zro­zu­miał, że już za­wsze bę­dzie dźwi­gał cię­żar winy. Nig­dy się go nie po­zbę­dzie, w naj­lep­szym ra­zie na­uczy się z nim żyć.

Mam wra­że­nie, że część mo­jej du­szy za­stą­pi­ła pro­te­za -pi­sał. W dal­szym cią­gu nie po­tra­fię się nią po­słu­gi­wać. Nie­raz, w gor­szych chwi­lach, wy­da­je mi się, że nig­dy się tego nie na­uczę. Ale jesz­cze się cał­ko­wi­cie nie pod­da­łem.

Dru­gi list ad­re­so­wa­ny był do ko­le­gów z ko­men­dy po­li­cji w Ystad, a kie­dy Wal­lan­der wresz­cie wrzu­cił go do czer­wo­nej skrzyn­ki na po­czcie w Ska­gen, uświa­do­mił so­bie, jak wie­le jest w nim nie­praw­dy. Mu­siał jed­nak do nich na­pi­sać. Po­dzię­ko­wał za sprzęt ste­reo, któ­ry wspól­nie mu po­da­ro­wa­li ubie­głe­go lata. Prze­pro­sił, że dzię­ku­je z tak du­żym opóź­nie­niem. Do tego miej­sca wszyst­ko było praw­dą. Lecz gdy w za­koń­cze­niu na­pi­sał, że już się le­piej czu­je i ma na­dzie­ję nie­ba­wem wró­cić do pra­cy, po­czuł, że jest to tyl­ko po­boż­ne ży­cze­nie. Rze­czy­wi­stość wy­glą­da­ła cał­kiem in­a­czej.

Trze­ci list, któ­ry na­pi­sał pod­czas pierw­sze­go po­by­tu w pen­sjo­na­cie w Ska­gen, był do Ba­iby, do Rygi. W cią­gu mi­nio­ne­go roku pi­sy­wał do niej mniej wię­cej co dwa mie­sią­ce i za każ­dym ra­zem mu od­po­wia­da­ła. Za­czął ją uwa­żać za swo­ją pa­tron­kę i nie chcąc jej nie­po­ko­ić – z oba­wy, że prze­sta­nie mu od­pi­sy­wać – skry­wał uczu­cie, któ­re do niej ży­wił. Albo tak mu się tyl­ko wy­da­wa­ło. Prze­wle­kły okres wy­nisz­cza­ją­cej bez­sil­no­ści spo­wo­do­wał, że ni­cze­go już nie był pe­wien. W rzad­kich chwi­lach ab­so­lut­nej ja­sno­ści umy­słu, zwy­kle gdy znaj­do­wał się na brze­gu lub szu­kał schro­nie­nia wśród wydm przed ką­sa­ją­cym wia­trem, zda­wał so­bie spra­wę, że to nie ma sen­su. Znał Ba­ibę za­le­d­wie przez kil­ka krót­kich dni w Ry­dze, ko­cha­ła swo­je­go za­mor­do­wa­ne­go męża, ka­pi­ta­na po­li­cji Kar­li­sa. Dla­cze­go, na li­tość bo­ską, mia­ła­by na­gle po­ko­chać szwedz­kie­go po­li­cjan­ta, któ­ry zro­bił je­dy­nie to, co do nie­go na­le­ża­ło, cho­ciaż nie­zu­peł­nie zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym re­gu­la­mi­nem? Jed­nak bez więk­sze­go tru­du po­tra­fił igno­ro­wać owe chwi­le ja­sno­ści. Jak­by oba­wiał się stra­cić coś, cze­go – wie­dział to w głę­bi du­szy – nig­dy nie po­sia­dał. Ba­iba, ma­rze­nie o Ba­ibie sta­no­wi­ło ostat­ni nie­zdo­by­ty przy­czó­łek. Wma­wiał so­bie, że musi go bro­nić, choć­by był tyl­ko złu­dze­niem.

Spę­dził w pen­sjo­na­cie dzie­sięć dni. Po po­wro­cie do Ystad po­sta­no­wił tam wró­cić, jak tyl­ko bę­dzie mógł. Już w po­ło­wie lip­ca był z po­wro­tem i do­stał ten sam po­kój. Tym ra­zem rów­nież po­ży­czył ro­wer i spę­dzał całe dni nad mo­rzem. In­a­czej niż po­przed­nio, pla­ża była peł­na wcza­so­wi­czów i miał uczu­cie, że krą­ży jak nie­wi­docz­ny cień, pod­czas gdy tam­ci się śmia­li, ba­wi­li i chla­pa­li w wo­dzie. Wy­glą­da­ło na to, że wy­zna­czył so­bie nie­do­strze­gal­ny dla in­nych po­ste­ru­nek na mie­rzei Gre­nen, gdzie spo­ty­ka­ją się dwa mo­rza. Tam pa­tro­lo­wał sa­mot­nie i sto­jąc na stra­ży sa­me­go sie­bie, usi­ło­wał zna­leźć wyj­ście z opła­ka­nej sy­tu­acji. Po pierw­szym po­by­cie Wal­lan­de­ra w Ska­gen le­karz do­strzegł pew­ną po­pra­wę w jego sta­nie zdro­wia. Ale była ona zbyt nie­znacz­na, by moż­na mó­wić o ra­dy­kal­nej zmia­nie. Wal­lan­der spy­tał, czy nie mógł­by od­sta­wić le­ków, któ­re brał już od prze­szło roku. Czuł się po nich ocię­ża­ły i zmę­czo­ny. Le­karz uwa­żał, że to za wcze­śnie, i pro­sił go, by jesz­cze na ja­kiś czas uzbro­ił się w cier­pli­wość.

Co rano po prze­bu­dze­niu Wal­lan­der za­da­wał so­bie py­ta­nie, czy tym ra­zem zdo­ła wstać z łóż­ka. Spo­strzegł, że ła­twiej mu to przy­cho­dzi w pen­sjo­na­cie w Ska­gen. Zda­rza­ły się chwi­le lek­ko­ści i ulgi, kie­dy uda­wa­ło mu się zrzu­cić przy­gnia­ta­ją­cy cię­żar wy­da­rzeń sprzed roku i w prze­bły­skach na­dziei uj­rzeć przed sobą przy­szłość.

Pod­czas wie­lo­go­dzin­nych wę­dró­wek wzdłuż brze­gu po­czął ostroż­nie wra­cać do mi­nio­nych wy­da­rzeń, szu­ka­jąc spo­so­bu, by za­pa­no­wać nad udrę­ką i zna­leźć w so­bie siłę, któ­ra po­zwo­li­ła­by mu zno­wu stać się po­li­cjan­tem – po­li­cjan­tem i czło­wie­kiem.

W tym cza­sie prze­stał rów­nież słu­chać mu­zy­ki ope­ro­wej. Czę­sto na wę­drów­ki brze­giem mo­rza za­bie­rał ze sobą swój mały ma­gne­to­fon. Jed­nak pew­ne­go dnia po­czuł, że ma dość. Wró­ciw­szy do domu wie­czo­rem, za­pa­ko­wał do wa­liz­ki wszyst­kie ka­se­ty z mu­zy­ką ope­ro­wą i scho­wał je do sza­fy. Na­stęp­ne­go dnia po­je­chał na ro­we­rze do Ska­gen i ku­pił kil­ka ka­set z mu­zy­ką pop. O wy­ko­naw­cach miał tyl­ko mgli­ste po­ję­cie. Naj­bar­dziej zdzi­wi­ło go, że nie od­czu­wał bra­ku mu­zy­ki, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła mu przez tyle lat.

Nie mam już miej­sca na wię­cej, my­ślał. Je­stem czymś wy­peł­nio­ny po brze­gi, nie­dłu­go to się ze mnie prze­le­je.

W po­ło­wie paź­dzier­ni­ka po­wró­cił do Ska­gen. Tym ra­zem z moc­nym za­mia­rem po­sta­wie­nia so­bie ja­sne­go celu w ży­ciu. Le­karz za­uwa­żył u nie­go wy­raź­ne zna­mio­na po­pra­wy, stop­nio­we wy­cho­dze­nie z prze­wle­kłej de­pre­sji, i za­chę­cał go do wy­jaz­du do duń­skie­go pen­sjo­na­tu, w któ­rym po­byt wy­raź­nie do­brze mu ro­bił. Dys­kret­nie, do­cho­wu­jąc ta­jem­ni­cy le­kar­skiej, w po­uf­nej roz­mo­wie dal do zro­zu­mie­nia sze­fo­wi po­li­cji Björ­ko­wi, że ist­nie­je na­dzie­ja na po­wrót Wal­lan­de­ra do służ­by w po­li­cji.

Po­wró­cił więc do Ska­gen i na nowo pod­jął swo­je wę­drów­ki. Jak zwy­kle je­sie­nią, wy­brze­że było opu­sto­sza­łe. Zda­rza­ło się Wal­lan­de­ro­wi spo­ty­kać nie­licz­ne oso­by, z re­gu­ły star­sze; to ja­kie­goś ocie­ka­ją­ce­go po­tem bie­ga­cza, to znów cie­kaw­ską ko­bie­tę na spa­ce­rze z psem. Wy­ru­szał sa­mot­nie, pa­tro­lu­jąc ob­szar, któ­ry sam so­bie wy­zna­czył, i ma­sze­ro­wał co­raz pew­niej­szym kro­kiem tuż przy le­d­wie wi­docz­nej, płyn­nej gra­ni­cy, gdzie brzeg spo­ty­kał się z mo­rzem.

My­ślał o tym, że jest na pół­met­ku wie­ku śred­nie­go, za kil­ka lat skoń­czy pięć­dzie­siąt­kę. Przez ostat­ni rok schudł i zno­wu mie­ścił się w ubra­niach, któ­re od sied­miu, ośmiu lat wi­sia­ły w sza­fach. Stwier­dził, że daw­no już nie był w tak do­brej for­mie fi­zycz­nej jak te­raz, kie­dy prze­stał pić. Ten fakt mógł stać się punk­tem wyj­ścia do ukła­da­nia pla­nów na przy­szłość. Je­śli nie zaj­dzie nic nie­prze­wi­dzia­ne­go, może jesz­cze żyć co naj­mniej dwa­dzie­ścia lat. W grun­cie rze­czy jego wąt­pli­wo­ści do­ty­czy­ły tego, czy bę­dzie w sta­nie wró­cić na służ­bę, czy też po­wi­nien spró­bo­wać za­jąć się czymś zu­peł­nie in­nym. Nie do­pusz­czał do sie­bie my­śli o przej­ściu na ren­tę. Ta­kie­go ży­cia by nie zniósł. Spę­dzał czas nad brze­giem mo­rza, naj­czę­ściej w opa­rach dry­fu­ją­cej mgły, któ­ra z rzad­ka ustę­po­wa­ła miej­sca dniom z czy­stym i przej­rzy­stym po­wie­trzem, gdy nad mi­go­czą­cy­mi fa­la­mi szy­bo­wa­ły mewy. Nie­kie­dy czuł się jak me­cha­nicz­ny czło­wiek-za­baw­ka, któ­re­mu za­po­dział się gdzieś klu­czyk do na­krę­ca­nia, więc on tym sa­mym stra­cił źró­dło wcze­śniej­szej ener­gii. Za­sta­na­wiał się, co mógł­by ro­bić, gdy­by po­rzu­cił za­wód po­li­cjan­ta. Praw­do­po­dob­nie do­stał­by pra­cę jako szef niż­sze­go szcze­bla w ja­kiejś fir­mie ochro­niar­skiej. Nie bar­dzo wie­dział, do cze­go in­ne­go może przy­dać się po­li­cyj­ne do­świad­cze­nie, je­śli nie do śle­dze­nia prze­stęp­ców. Moż­li­wo­ści było nie­wie­le, chy­ba żeby zde­cy­do­wał się na ra­dy­kal­ną zmia­nę, po­zo­sta­wia­jąc na za­wsze za sobą lata prze­pra­co­wa­ne w po­li­cji. Kto chciał­by jed­nak za­trud­nić nie­mal pięć­dzie­się­cio­let­nie­go by­łe­go po­li­cjan­ta, któ­ry poza roz­wi­kły­wa­niem mniej lub bar­dziej za­gma­twa­nych prze­stępstw nie­wie­le po­tra­fi?

Opusz­czał brzeg mo­rza, gdy za­czy­nał mu do­skwie­rać głód. Sia­dał na zim­nym pia­sku mię­dzy wy­dma­mi, w miej­scu osło­nię­tym od wia­tru, i wyj­mo­wał ter­mos i ka­nap­ki. Je­dząc, usi­ło­wał bez więk­sze­go po­wo­dze­nia za­sta­na­wiać się nad czymś in­nym niż nad swo­ją przy­szło­ścią. Zmu­szał się do ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia, rów­no­cze­śnie czu­jąc, że gdzieś w za­ka­mar­kach jego mó­zgu cza­ją się nie­re­al­ne ma­rze­nia, któ­re tyl­ko cze­ka­ją, aby ode­zwać się z więk­szą siłą.

Po­dob­nie jak in­nych po­li­cjan­tów, ku­si­ła go nie­raz myśl, by zna­leźć się po dru­giej stro­nie, po­peł­niać prze­stęp­stwa. Czę­sto się dzi­wił, dla­cze­go po­li­cjan­ci po­peł­nia­ją­cy prze­stęp­stwa tak rzad­ko wy­ko­rzy­stu­ją swo­ją wie­dzę na te­mat naj­bar­dziej ele­men­tar­nej pro­ce­du­ry śled­czej, aby unik­nąć wpad­ki. W my­ślach ukła­dał so­bie roz­ma­ite sce­na­riu­sze prze­stępstw, dzię­ki któ­rym stał­by się bo­ga­ty i nie­za­leż­ny. Na ogół dość szyb­ko i z nie­sma­kiem prze­pę­dzał tego ro­dza­ju my­śli. Za żad­ne skar­by nie chciał się upodob­nić do ko­le­gi z pra­cy, Hans­so­na. Jak opę­ta­ny, spę­dzał on więk­szą część ży­cia, ob­sta­wia­jąc ko­nie, któ­re nie­mal nig­dy nie wy­gry­wa­ły. Wal­lan­der uwa­żał to za kom­plet­ną stra­tę cza­su.

Póź­niej po­wra­cał do swo­jej wę­drów­ki. Jego my­śli po­ru­sza­ły się po polu wy­zna­czo­nym przez fi­gu­rę trój­ką­ta, w któ­re­go naj­dal­szym ką­cie za­wi­sło py­ta­nie, czy mimo wszyst­ko nie po­wi­nien na nowo pod­jąć pra­cy w po­li­cji. Wró­cić, od­pę­dzać wspo­mnie­nia z ubie­głe­go roku, być może na­uczyć się pew­ne­go dnia z nimi żyć. Po­wrót do po­przed­nie­go za­ję­cia był je­dy­ną re­ali­stycz­ną opcją. Świa­do­mość, że usu­wa­jąc z oto­cze­nia groź­nych prze­stęp­ców, przy­czy­nia się do zwięk­sze­nia bez­pie­czeń­stwa lu­dzi, da­wa­ła mu iskier­kę na­dziei na sens w ży­ciu. Je­śli z tego zre­zy­gnu­je, to nie tyl­ko stra­ci pra­cę, do któ­rej, jak wie­dział, na­da­je się le­piej niż wie­lu jego ko­le­gów, lecz ode­tnie się od tego, co gdzieś głę­bo­ko w nim tkwi – od uczu­cia, że jest czę­ścią ja­kiejś więk­szej ca­ło­ści, na­da­ją­cej treść jego eg­zy­sten­cji.

Osta­tecz­nie jed­nak po ty­go­dniu spę­dzo­nym w Ska­gen, gdy je­sień co­raz wy­raź­niej prze­cho­dzi­ła w zimę, zro­zu­miał, że nie po­do­ła. Czas, kie­dy był po­li­cjan­tem, bez­pow­rot­nie mi­nął, rany, któ­re no­sił w so­bie po ze­szło­rocz­nych wy­da­rze­niach, zmie­ni­ły go na za­wsze.

Tego po­po­łu­dnia, gdy gę­sta mgła prze­sła­nia­ła mie­rze­ję Gre­nen, zro­zu­miał, że wy­czer­pał już wszyst­kie ar­gu­men­ty za i prze­ciw. Po­roz­ma­wia z le­ka­rzem i z Björ­kiem. Nie wró­ci na służ­bę.

Po­czuł od razu we­wnętrz­ną ulgę. Przy­najm­niej jed­ne­go był pe­wien. Do­się­gła go ze­msta czło­wie­ka, któ­re­go rok temu za­bił na polu, wśród nie­wi­docz­nych owiec.

Tego sa­me­go wie­czo­ru po­je­chał ro­we­rem do Ska­gen i upił się w ma­łej, za­dy­mio­nej re­stau­ra­cji, gdzie było nie­wie­lu go­ści i zbyt gło­śna mu­zy­ka, prze­ko­na­ny, że tym ra­zem nie bę­dzie pił na­stęp­ne­go dnia, że jest to tyl­ko utwier­dze­nie się w po­sęp­nej praw­dzie, że jego ży­cie po­li­cjan­ta do­bie­gło koń­ca. Kie­dy, za­ta­cza­jąc się na ro­we­rze, wra­cał w nocy do domu, prze­wró­cił się i po­dra­pał so­bie po­li­czek. Wła­ści­ciel­ka pen­sjo­na­tu jesz­cze nie spa­ła, za­nie­po­ko­jo­na, że nie wró­cił jak zwy­kle do domu. Po­mi­mo jego sła­bych pro­te­stów ob­my­ła mu twarz i obie­ca­ła wy­prać za­bru­dzo­ne ubra­nie. Póź­niej po­mo­gła mu otwo­rzyć drzwi do po­ko­ju.

– Był tu wie­czo­rem ja­kiś pan i py­tał o pana Wal­lan­de­ra – po­in­for­mo­wa­ła, wrę­cza­jąc mu klucz.

Wal­lan­der pa­trzył na nią, nie ro­zu­mie­jąc.

– Nikt o mnie nie mógł py­tać – od­parł. – Nikt nie wie, że tu je­stem.

– Ten pan wie­dział. Za­le­ża­ło mu, żeby się z pa­nem zo­ba­czyć.

– Mó­wił, jak się na­zy­wa?

– Nie. Ale to był Szwed.

Wal­lan­der po­ki­wał gło­wą i wy­ma­zał z pa­mię­ci tę wia­do­mość. Nie chciał się z ni­kim spo­ty­kać i był pew­ny, że z nim rów­nież nikt nie chce się wi­dzieć.

Na­za­jutrz, gdy pe­łen skru­chy udał się na wy­brze­że, nie pa­mię­tał już słów wła­ści­ciel­ki z po­przed­niej nocy. Mgła była gę­sta, czuł się bar­dzo zmę­czo­ny. Po raz pierw­szy za­dał so­bie py­ta­nie, co wła­ści­wie tu robi. Po przej­ściu nie­speł­na ki­lo­me­tra po­czął wąt­pić, czy bę­dzie w sta­nie iść da­lej, usiadł więc na dnie prze­wró­co­ne­go wra­ku du­żej ło­dzi, na wpół za­grze­ba­nej w pia­chu.

W tej sa­mej chwi­li za­uwa­żył męż­czy­znę, któ­ry wy­nu­rzyw­szy się z mgły, zmie­rzał w jego kie­run­ku.

Jak gdy­by ktoś nie­spo­dzie­wa­nie wszedł do jego biu­ra, znaj­du­ją­ce­go się na bez­kre­snym wy­brze­żu.

Z po­cząt­ku uj­rzał nie­zna­jo­mą syl­wet­kę w wia­trów­ce i czap­ce z dasz­kiem, jak­by nie­co za du­żej. Po chwi­li po­stać wy­da­ła mu się zna­jo­ma. Jed­nak do­pie­ro gdy wstał, a męż­czy­zna pod­szedł bli­żej, zo­ba­czył, kogo ma przed sobą. Wi­ta­jąc się, Wal­lan­der skry­wał za­sko­cze­nie. Skąd wie­dział, gdzie mnie szu­kać, po­my­ślał. Usi­ło­wał so­bie przy­po­mnieć, kie­dy ostat­nio spo­tkał Ste­na Tor­stens­so­na. Mu­sia­ło to być na po­sie­dze­niu w związ­ku z ja­kimś tym­cza­so­wym aresz­to­wa­niem, ubie­głej wio­sny, tak brze­mien­nej w skut­ki.

– Szu­ka­łem cię wczo­raj w pen­sjo­na­cie – ode­zwał się Sten Tor­stens­son. – Nie chcia­łem cię nie­po­ko­ić. Ale mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

Kie­dyś by­łem po­li­cjan­tem, a on ad­wo­ka­tem, po­my­ślał Wal­lan­der. Po pro­stu. Koło nas za­sia­da­li prze­stęp­cy, i co ja­kiś czas, bar­dzo rzad­ko, sprze­cza­li­śmy się, czy na­kaz aresz­to­wa­nia jest uza­sad­nio­ny. Po­zna­li­śmy się bli­żej w trud rym okre­sie, pro­wa­dził moją spra­wę roz­wo­do­wą z Moną. Pew­ne­go dnia za­uwa­ży­li­śmy, że coś się wy­da­rzy­ło, coś, co mo­gło być po­cząt­kiem przy­jaź­ni. Przy­jaźń ro­dzi się czę­sto ze spo­tka­nia, od któ­re­go nikt nie ocze­ku­je cudu. Ale przy­jaźń to jest cud, tego mnie na­uczy­ło ży­cie. Za­pro­sił mnie na swo­ją ża­glów­kę na ja­kąś so­bo­tę i nie­dzie­lę, już kie­dy Mona ode mnie ode­szła. Wia­ło jak dia­bli, sama myśl o tym, że miał­bym zno­wu kie­dyś wejść na łódź, na­pa­wa­ła mnie wstrę­tem. Po­tem za­czę­li­śmy się wi­dy­wać, nie­zbyt czę­sto, ze sto­sow­ny­mi prze­rwa­mi. Te­raz mnie od­na­lazł i chce ze mną po­roz­ma­wiać.

– Sły­sza­łem, że ktoś mnie szu­kał – od­po­wie­dział Wal­lan­der. – Jak, do dia­bła, mnie tu zna­la­złeś?

Czuł, że nie po­tra­fi ukryć iry­ta­cji z po­wo­du wtar­gnię­cia do jego twier­dzy, ob­wa­ro­wa­nej mo­rzem i wy­dma­mi.

– Znasz mnie – po­wie­dział Sten Tor­stens­son. – Nie lu­bię się na­rzu­cać. Moja se­kre­tar­ka wręcz twier­dzi, że boję się na­rzu­cać sam so­bie, co­kol­wiek by to mia­ło zna­czyć. Za­dzwo­ni­łem do Sztok­hol­mu do two­jej sio­stry. Wła­ści­wie skon­tak­to­wa­łem się z two­im oj­cem i on mi dał jej nu­mer. Zna­ła na­zwę pen­sjo­na­tu i wie­dzia­ła, gdzie leży. Przy­je­cha­łem wczo­raj i noc spę­dzi­łem w ho­te­lu koło Mu­zeum Sztu­ki.

Ru­szy­li wzdłuż brze­gu, wiatr dmu­chał im w ple­cy. Ko­bie­ta, któ­ra zwy­kle spa­ce­ro­wa­ła z psem, sta­nę­ła w miej­scu, przy­glą­da­jąc się im. Wal­lan­der przy­pusz­czał, że mu­sia­ła się zdzi­wić na wi­dok jego go­ścia. Szli w mil­cze­niu, Wal­lan­der wy­cze­ki­wał, nie­na­wy­kły do to­wa­rzy­stwa.

– Mu­sisz mi po­móc – prze­mó­wił wresz­cie Tor­stens­son.

– Jako przy­ja­ciel i po­li­cjant.

– Jako przy­ja­ciel – od­parł Wal­lan­der. – Cho­ciaż wąt­pię, czy po­tra­fię. Nie jako po­li­cjant.

– Wiem, że w dal­szym cią­gu je­steś na zwol­nie­niu – po­wie­dział Sten Tor­stens­son.

– Nie tyl­ko – od­rzekł Wal­lan­der. – Je­steś pierw­szą oso­bą, któ­rej mó­wię, że nie będę już po­li­cjan­tem.

Sten Tor­stens­son rap­tow­nie przy­sta­nął.

– Jest, jak jest – pod­su­mo­wał Wal­lan­der. – Po­wiedz ra­czej, dla­cze­go przy­je­cha­łeś?

– Mój oj­ciec nie żyje.

Wal­lan­der znał jego ojca. Był rów­nież ad­wo­ka­tem. Ale tyl­ko wy­jąt­ko­wo wy­stę­po­wał jako obroń­ca w spra­wach kar­nych. O ile Wal­lan­der so­bie przy­po­mi­nał, zaj­mo­wał się głów­nie do­radz­twem fi­nan­so­wym. Usi­ło­wał ob­li­czyć, ile oj­ciec Ste­na mógł mieć lat. Chy­ba oko­ło sie­dem­dzie­siąt­ki, wiek, któ­re­go wie­lu nie do­ży­wa­ło.

– Kil­ka ty­go­dni temu zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym – cią­gnął Sten Tor­stens­son. – Tuż na po­łu­dnie od Wzgórz Brösarp­skich.

– Bar­dzo mi przy­kro – po­wie­dział Wal­lan­der. – Jak to się sta­ło?

– O to wła­śnie cho­dzi – od­parł Sten. – Dla­te­go tu­taj przy­je­cha­łem.

Wal­lan­der spoj­rzał na nie­go ze zdzi­wie­niem.

– Zim­no tu – za­uwa­żył Sten Tor­stens­son. – W Mu­zeum Sztu­ki moż­na na­pić się kawy. Mam sa­mo­chód.

Wal­lan­der kiw­nął gło­wą. Ro­wer wy­sta­wał z ba­gaż­ni­ka, gdy je­cha­li mię­dzy wy­dma­mi. W ka­wiar­ni Mu­zeum Sztu­ki o tak wcze­snej po­rze było mało lu­dzi. Dziew­czy­na za ladą nu­ci­ła me­lo­dię, któ­rą za­sko­czo­ny Wal­lan­der roz­po­znał z nie­daw­no za­ku­pio­nej przez sie­bie ka­se­ty.

– Był wie­czór – za­czął Sten Tor­stens­son. – Do­kład­nie je­de­na­ste­go paź­dzier­ni­ka. Oj­ciec zło­żył wi­zy­tę jed­ne­mu z na­szych naj­waż­niej­szych klien­tów. We­dług po­li­cji, je­chał z dużą szyb­ko­ścią, stra­cił pa­no­wa­nie nad wo­zem, wpadł w po­ślizg i zgi­nął.

– To się dzie­je szyb­ko – sko­men­to­wał Wal­lan­der. – Jed­na se­kun­da nie­uwa­gi może mieć ka­ta­stro­fal­ne na­stęp­stwa.

– Tego wie­czo­ru była mgła – po­wie­dział Sten Tor­stens­son. – Oj­ciec nig­dy nie jeź­dził szyb­ko. Dla­cze­go miał­by to ro­bić w cza­sie mgły? Pa­nicz­nie się bał, że prze­je­dzie za­ją­ca.

Wal­lan­der przy­glą­dał mu się w za­my­śle­niu.

– Coś ci cho­dzi po gło­wie – orzekł.

– Do­cho­dze­nie pro­wa­dził Mar­tins­son – po­in­for­mo­wał Sten Tor­stens­son.

– On jest do­bry – za­pew­nił Wal­lan­der. – Je­że­li mówi, że tak było, nie ma po­wo­du, aby mu nie ufać.

Sten Tor­stens­son po­pa­trzył na nie­go z po­wa­gą.

– Nie mam wąt­pli­wo­ści, że Mar­tins­son jest zdol­nym po­li­cjan­tem. Ani że oj­ciec le­żał mar­twy w po­gru­cho­ta­nym sa­mo­cho­dzie, któ­ry wy­lą­do­wał na da­chu w polu. Cho­dzi o to, że zbyt dużo rze­czy się nie zga­dza. Coś mu­sia­ło się wy­da­rzyć.

– Ale co?

– Coś in­ne­go.

– Na przy­kład?

– Nie wiem.

Wal­lan­der się pod­niósł i po­szedł do­lać so­bie kawy.

Dla­cze­go nie po­wiem mu praw­dy, po­my­ślał. Że Mar­tins­son ma wy­obraź­nię i ener­gię, ale bywa nie­dba­ły.

– Prze­czy­ta­łem ma­te­riał do­cho­dze­nio­wy – kon­ty­nu­ował Sten Tor­stens­son, kie­dy Wal­lan­der usiadł z kawą. – Wzią­łem go ze sobą na miej­sce, gdzie zgi­nął mój oj­ciec. Prze­czy­ta­łem pro­to­kół ob­duk­cji, roz­ma­wia­łem z Mar­tins­so­nem, za­sta­na­wia­łem się i na nowo za­da­wa­łem py­ta­nia. Te­raz je­stem tu­taj.

– Jak mam ci po­móc? – spy­tał Wal­lan­der. – Prze­cież jako ad­wo­kat wiesz, że w każ­dej spra­wie lub do­cho­dze­niu ist­nie­ją bia­łe pla­my, któ­rych nie po­tra­fi­my wy­peł­nić. W chwi­li wy­pad­ku oj­ciec był sam w sa­mo­cho­dzie. Je­śli cię do­brze zro­zu­mia­łem, nie ma żad­nych świad­ków. Je­dy­nym, któ­ry mógł­by przed­sta­wić praw­dzi­wą wer­sję wy­da­rze­nia, był twój oj­ciec.

– Coś się sta­ło – po­wtó­rzył Sten Tor­stens­son. – Coś się nie zga­dza. Chcę wie­dzieć co.

– Nie mogę ci po­móc – od­parł Wal­lan­der. – Na­praw­dę chciał­bym.

Wy­da­wa­ło się, że Sten Tor­stens­son go nie sły­szy.

– Klu­czy­ki – po­wie­dział. – Jako przy­kład. Nie tkwi­ły w sta­cyj­ce. Le­ża­ły na pod­ło­dze.

– Mo­gły zo­stać wy­pchnię­te – za­uwa­żył Wal­lan­der. – Przy wgnie­cio­nej ka­ro­se­rii wszyst­ko jest moż­li­we.

– Sta­cyj­ka była nie­na­ru­szo­na. Klu­czy­ki nie mia­ły naj­mniej­sze­go od­kształ­ce­nia.

– Na­wet to moż­na ja­koś wy­tłu­ma­czyć – po­wie­dział Wal­lan­der.

– Mógł­bym ci po­dać wię­cej przy­kła­dów – cią­gnął da­lej Sten Tor­stens­son. – Wiem, że coś się sta­ło. Mój oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, któ­ry był czymś in­nym.

– Czy mógł po­peł­nić sa­mo­bój­stwo? – za­py­tał Wal­lan­der po chwi­li na­my­słu.

– Przy­szło mi to na myśl – przy­znał Sten Tor­stens­son.

– Ale to, moim zda­niem, wy­klu­czo­ne. Zna­łem mo­je­go ojca.

– Więk­szość sa­mo­bójstw zda­rza się nie­spo­dzie­wa­nie – za­uwa­żył Wal­lan­der. – Mo­żesz oczy­wi­ście mieć na ten te­mat inną opi­nię.

– Jest jesz­cze je­den po­wód, dla któ­re­go nie mogę się po­go­dzić z wer­sją wy­pad­ku – wy­znał Sten Tor­stens­son.

Wal­lan­der spoj­rzał na nie­go bacz­nie.

– Oj­ciec był we­so­łym czło­wie­kiem i miał ła­twość na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów z ludź­mi – mó­wił da­lej Sten Tor­stens­son.

– Gdy­bym nie znał go tak do­brze, nie za­uwa­żył­bym może nie­znacz­nej, le­d­wie za­uwa­żal­nej, a jed­nak wy­raź­nej zmia­ny, jaka w nim za­szła w cią­gu ostat­nie­go pół roku.

– Mo­żesz to do­kład­niej opi­sać? – spy­tał Wal­lan­der.

Sten Tor­stens­son prze­czą­co po­krę­cił gło­wą.

– Wła­ści­wie nie – rzekł. – To było ra­czej wra­że­nie. Że coś nim wstrzą­snę­ło. Coś, co za wszel­ką cenę sta­rał się przede mną ukryć.

– Nig­dy o tym nie roz­ma­wia­li­ście?

– Nig­dy.

Wal­lan­der od­su­nął pu­stą fi­li­żan­kę po ka­wie.

– Nie po­tra­fię ci po­móc, na­wet gdy­bym bar­dzo chciał – po­wie­dział. – Mogę cię wy­słu­chać jako przy­ja­ciel. Ale jako po­li­cjant już nie ist­nie­ję. Na­wet mi nie po­chle­bia, że przy­je­cha­łeś taki ka­wał dro­gi, żeby ze mną po­roz­ma­wiać. Czu­ję się znu­żo­ny i przy­gnę­bio­ny.

Sten Tor­stens­son otwo­rzył usta, aby coś po­wie­dzieć, ale się po­wstrzy­mał.

Wsta­li i wy­szli z ka­wiar­ni.

– Mu­szę to oczy­wi­ście usza­no­wać – ode­zwał się wresz­cie Sten Tor­stens­son, kie­dy sta­li przed Mu­zeum Sztu­ki.

Wal­lan­der od­pro­wa­dził go do sa­mo­cho­du i wy­jął swój ro­wer z ba­gaż­ni­ka.

– Ze śmier­cią nig­dy nie wy­gra­my – nie­zręcz­nie pró­bo­wał go po­cie­szyć.

– Nie mam ta­kie­go za­mia­ru – od­po­wie­dział Sten Tor­stens­son. – Chcę tyl­ko wie­dzieć, co się sta­ło. To nie był zwy­czaj­ny wy­pa­dek.

– Po­roz­ma­wiaj jesz­cze raz z Mar­tins­so­nem – pod­su­nął mu Wal­lan­der. – Ale le­piej nie mów, że to wy­szło ode mnie.

Po­że­gna­li się, Wal­lan­der od­pro­wa­dził wzro­kiem sa­mo­chód, któ­ry znik­nął wśród piasz­czy­stych wzgórz.

Na­gle za­czął się śpie­szyć. Nie mógł już dłu­żej cze­kać. Tego sa­me­go po­po­łu­dnia za­te­le­fo­no­wał do swo­je­go le­ka­rza i do Björ­ka, żeby oznaj­mić, że od­cho­dzi z po­li­cji.

Zo­stał jesz­cze pięć dni w Ska­gen. Nie opusz­cza­ło go uczu­cie, że jego wnę­trze jest jak wy­pa­lo­ny woj­ną kra­jo­braz. Po­czuł jed­nak ulgę na myśl, że wresz­cie pod­jął de­cy­zję.

W nie­dzie­lę trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go paź­dzier­ni­ka wró­cił do Ystad, by zło­żyć pod­pis na od­po­wied­nich do­ku­men­tach i for­mal­nie za­koń­czyć ka­rie­rę po­li­cjan­ta.

W po­nie­dzia­łek rano pierw­sze­go li­sto­pa­da le­żał w łóż­ku z otwar­ty­mi ocza­mi, kie­dy tuż po szó­stej za­dzwo­nił bu­dzik. Miał za sobą nie­prze­spa­ną noc, poza krót­ki­mi chwi­la­mi nie­spo­koj­nej drzem­ki. Wie­le razy wsta­wał z łóż­ka i sto­jąc przy oknie z wi­do­kiem na Ma­ria­ga­tan, my­ślał, że ko­lej­ny raz pod­jął w ży­ciu nie­wła­ści­wą de­cy­zję. Być może nie było już dla nie­go in­nej dro­gi ży­cio­wej? Nie zna­la­zł­szy za­do­wa­la­ją­cej od­po­wie­dzi, zre­zy­gno­wa­ny przy­siadł na ka­na­pie w du­lym po­ko­ju i słu­chał przy­ci­szo­nej mu­zy­ki, pły­ną­cej z ra­dia. Wresz­cie, za­nim jesz­cze za­dzwo­nił bu­dzik, po­go­dził się z my­ślą, że nie ma wy­bo­ru. Wi­dział ja­sno, że na­de­szła chwi­la ka­pi­tu­la­cji. Ale mó­wił so­bie, że prę­dzej czy póź­niej wszy­scy do­cho­dzą do tego punk­tu. Wszyst­kich w koń­cu obez­wład­nia­ją nie­wi­docz­ne siły. Nikt się przed tym nie uchro­ni.

Kie­dy za­dzwo­nił bu­dzik, wstał z łóż­ka, wziął spod drzwi dzien­nik „Ystads Al­le­han­da”, na­sta­wił kawę w kuch­ni i po­szedł wziąć prysz­nic. Wy­da­ło mu się dziw­ne, że na je­den dzień po­wra­ca do daw­nej ru­ty­ny. Wy­cie­ra­jąc się pod prysz­ni­cem, usi­ło­wał przy­wo­łać w pa­mię­ci ostat­ni dzień pra­cy sprzed nie­mal pół­to­ra roku. Było lato, po uprząt­nię­ciu biu­ra udał się do por­to­wej ka­wiar­ni, gdzie na­pi­sał męt­ny list do Ba­iby. Nie był pew­ny, czy wy­da­je mu się to czymś od­le­głym, czy nie.

Usiadł przy ku­chen­nym sto­le i mie­szał ły­żecz­ką w fi­li­żan­ce z kawą.

Wte­dy był ostat­ni raz w pra­cy.

Te­raz bę­dzie tam po raz ostat­ni.

Od dwu­dzie­stu pię­ciu lat jest po­li­cjan­tem. Co­kol­wiek cze­ka go w przy­szło­ści, mi­nio­ne dwa­dzie­ścia pięć lat ukształ­to­wa­ło jego oso­bo­wość i nic tego nie zmie­ni. Nie po­mo­gą proś­by o unie­waż­nie­nie do­tych­cza­so­we­go ży­cia ani żą­da­nie no­we­go roz­da­nia. Nie moż­na się cof­nąć. Py­ta­nie, czy moż­na jesz­cze iść na­przód.

Usi­ło­wał na­zwać uczu­cia nur­tu­ją­ce go tego je­sien­ne­go po­ran­ka. Ale w gło­wie miał pust­kę. Jak gdy­by je­sien­ne mgły wtar­gnę­ły do jego świa­do­mo­ści.

Wes­tchnął i się­gnąw­szy po ga­ze­tę, za­czął ją po­bież­nie prze­glą­dać. Wę­dro­wał wzro­kiem po ty­tu­łach, od­no­sząc wra­że­nie, że już nie­je­den raz oglą­dał te same zdję­cia i czy­tał te same tek­sty.

Za­mie­rzał wła­śnie odło­żyć dzien­nik, kie­dy jego uwa­gę zwró­cił ne­kro­log.

Z po­cząt­ku się nie zo­rien­to­wał. Po­tem po­czuł ucisk w żo­łąd­ku.

„Sten Tor­stens­son, ad­wo­kat, uro­dzo­ny 3 mar­ca 1947, zmarł 26 paź­dzier­ni­ka 1993”.

Wal­lan­der zdez­o­rien­to­wa­ny wpa­try­wał się w ne­kro­log.

Zmarł prze­cież oj­ciec, Gu­staw Tor­stens­son? Ze Ste­nem wi­dział się nie­speł­na ty­dzień temu na wy­brze­żu Gre­nen.

Szu­kał wy­ja­śnie­nia. To musi być ktoś inny. Albo po­my­lo­no oso­by. Jesz­cze raz prze­czy­tał ne­kro­log. Nie było omył­ki.

Sten Tor­stens­son, męż­czy­zna, któ­ry pięć dni wcze­śniej od­na­lazł go w Ska­gen, już nie żył.

Sie­dział bez ru­chu.

Po­tem wstał, się­gnął po książ­kę te­le­fo­nicz­ną i wy­brał nu­mer. Wie­dział, że ten, do któ­re­go dzwo­ni, jest już na no­gach.

– Mar­tins­son! – od­po­wie­dział Mar­tins­son.

Wal­lan­der z tru­dem się po­wstrzy­mał, żeby nie odło­żyć słu­chaw­ki.

– Mówi Kurt – po­wie­dział. – Mam na­dzie­ję, że cię nie obu­dzi­łem.

W słu­chaw­ce za­pa­no­wa­ła dłu­ga ci­sza, po­tem usły­szał głos Mar­tins­so­na.

– To ty? – po­wie­dział tam­ten. – Cie­bie się nie spo­dzie­wa­łem.

– Wiem – od­parł Wal­lan­der. – Ale mu­szę cię o coś za­py­tać.

– Nie mogę uwie­rzyć, że chcesz odejść – oznaj­mił Mar­tins­son.

– Na to wy­glą­da – od­rzekł Wal­lan­der. – Ale nie w tej spra­wie dzwo­nię. Chciał­bym wie­dzieć, co się sta­ło z me­ce­na­sem Ste­nem Tor­stens­so­nem.

– Nie wiesz? – za­py­tał Mar­tins­son.

– Przy­je­cha­łem do Ystad wczo­raj wie­czo­rem – oznaj­mił Wal­lan­der. – Nic nie wiem.

Mar­tins­son ocią­gał się z od­po­wie­dzią.

– Zo­stał za­mor­do­wa­ny – wy­ja­śnił wresz­cie.

Wal­lan­der wca­le się nie zdzi­wił. W chwi­li kie­dy zo­ba­czył ne­kro­log, od razu zro­zu­miał, że Sten nie umarł na­tu­ral­ną śmier­cią.

– Zo­stał za­strze­lo­ny w swo­jej wła­snej kan­ce­la­rii we wto­rek wie­czo­rem – cią­gnął Mar­tins­son. – To nie do po­ję­cia. Taka tra­ge­dia. Kil­ka ty­go­dni temu jego oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. O tym może też nie wie­dzia­łeś?

– Nie – skła­mał Wal­lan­der.

– Wróć na służ­bę – po­wie­dział Mar­tins­son. – Po­trze­bu­je­my cię do wy­ja­śnie­nia tej spra­wy. I wie­lu in­nych.

– Nie – od­po­wie­dział Wal­lan­der. – To już po­sta­no­wio­ne. Wy­tłu­ma­czę ci, jak się zo­ba­czy­my. Ystad to małe mia­sto. Prę­dzej czy póź­niej się spo­tka­my.

Szyb­ko za­koń­czył roz­mo­wę.

W tym sa­mym mo­men­cie zro­zu­miał, że to, co przed chwi­lą po­wie­dział Mar­tins­so­no­wi, jest nie­praw­dą. W cią­gu jed­nej chwi­li wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Przez po­nad pięć mi­nut stał nie­ru­cho­mo koło te­le­fo­nu w przed­po­ko­ju. Po­tem wy­pił kawę, ubrał się i zszedł do sa­mo­cho­du. Tuż po wpół do ósmej po raz pierw­szy od prze­szło pół­to­ra roku prze­kro­czył drzwi ko­men­dy. Przy­wi­tał się ski­nie­niem gło­wy ze straż­ni­kiem w re­cep­cji, skie­ro­wał się pro­sto do ga­bi­ne­tu Björ­ka i za­pu­kał do drzwi. Björk przy­jął go na sto­ją­co. Wal­lan­der za­uwa­żył, że tam­ten ze­szczu­plał, wi­dział rów­nież, że nie bar­dzo pa­nu­je nad sy­tu­acją.

Uła­twię mu spra­wę, po­my­ślał. Ale z po­cząt­ku nic nie bę­dzie mógł zro­zu­mieć. Po­dob­nie zresz­tą jak ja.

– Cie­szy­my się na­tu­ral­nie, że już le­piej się czu­jesz – za­czął nie­pew­nie Björk. – Ale z pew­no­ścią wo­le­li­by­śmy, że­byś po­wró­cił na służ­bę, za­miast nas opusz­czać. Je­steś nam po­trzeb­ny.

Wska­zał ręką na swój za­wa­lo­ny pa­pie­ra­mi stół.

– Dzi­siaj mu­szę za­jąć sta­no­wi­sko w tak róż­nych spra­wach, jak pro­jekt no­we­go uni­for­mu dla po­li­cji oraz ko­lej­na nie­zro­zu­mia­ła pro­po­zy­cja zmian w wo­je­wódz­kich za­rzą­dach po­li­cji i wśród wo­je­wódz­kich sze­fów po­li­cji. Wiesz coś na ten te­mat?

Wal­lan­der po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Za­sta­na­wiam się, do­kąd to wszyst­ko zmie­rza – cią­gnął po­nu­ro Björk. – Je­śli przej­dzie pro­jekt no­wych mun­du­rów, to, moim zda­niem, przy­szły po­li­cjant bę­dzie wy­glą­dał jak ni to sto­larz, ni to kon­duk­tor w po­cią­gu.

Spoj­rzał wy­cze­ku­ją­co na Wal­lan­de­ra, ale ten w dal­szym cią­gu mil­czał.

– W la­tach sześć­dzie­sią­tych zre­or­ga­ni­zo­wa­no po­li­cję – mó­wił da­lej. – Te­raz wszyst­ko ma się zno­wu zmie­nić.

Par­la­ment po­sta­no­wił zli­kwi­do­wać lo­kal­ne za­rzą­dy po­li­cji i usta­no­wić tak zwa­ną po­li­cję kra­jo­wą. Ale po­li­cja prze­cież za­wsze była kra­jo­wa? Czy może być inna? Pra­wa dziel­ni­co­we prze­sta­ły obo­wią­zy­wać już w śre­dnio­wie­czu. Jak po­ra­dzi­my so­bie z co­dzien­ną pra­cą, je­że­li za­sy­pią nas sto­sem męt­nych do­ku­men­tów? Po­nad­to mu­szę przy­go­to­wać wy­stą­pie­nie na cał­ko­wi­cie nie­po­trzeb­nej kon­fe­ren­cji na te­mat tak zwa­nej tech­ni­ki wy­da­la­nia z kra­ju. W nor­mal­nym ję­zy­ku cho­dzi o to, żeby bez zbęd­ne­go roz­gło­su i prze­py­cha­nek wy­da­lać au­to­ka­ra­mi i pro­ma­mi lu­dzi, któ­rym od­mó­wio­no ze­zwo­le­nia na po­byt.

– Ro­zu­miem, że masz mnó­stwo róż­nych spraw – od­parł Wal­lan­der i po­my­ślał, że Björk w ogó­le się nie zmie­nił. Nig­dy się nie od­na­lazł w roli sze­fa. Sta­no­wi­sko go prze­ro­sło.

– Ty naj­wy­raź­niej nie poj­mu­jesz, że po­trze­bu­je­my wszyst­kich do­brych po­li­cjan­tów, jacy ist­nie­ją – rzekł Björk i cięż­ko usiadł za biur­kiem. – Mam tu wszyst­kie pa­pie­ry – mó­wił da­lej. – Bra­ku­je tyl­ko two­je­go pod­pi­su, abyś za­mie­nił się w by­łe­go po­li­cjan­ta. Mu­szę się po­go­dzić z two­ją de­cy­zją, choć ro­bię to z wiel­ką nie­chę­cią. Spo­dzie­wam się, że nie bę­dziesz miał nic prze­ciw­ko temu, że na dzie­wią­tą wy­zna­czy­łem kon­fe­ren­cję pra­so­wą. W cią­gu ostat­nich kil­ku lat sta­łeś się zna­ny, Kurt. Mimo że nie­kie­dy po­stę­po­wa­łeś tro­chę nie­ty­po­wo, przy­czy­ni­łeś się nie­wąt­pli­wie do po­pra­wy na­sze­go wi­ze­run­ku. Nie­któ­rzy twier­dzą, że nowo przy­ję­ci kan­dy­da­ci na po­li­cjan­tów pod two­im wpły­wem zde­cy­do­wa­li się zda­wać do Wyż­szej Szko­ły Po­li­cji.

– To z pew­no­ścią nie­praw­da – za­prze­czył Wal­lan­der. – A kon­fe­ren­cję pra­so­wą mo­żesz od­wo­łać.

Za­uwa­żył, że Björk jest po­iry­to­wa­ny.

– Nie ma mowy – od­po­wie­dział tam­ten. – Przy­najm­niej tyle mo­żesz zro­bić dla swo­ich ko­le­gów. Poza tym chce o to­bie na­pi­sać „Svensk Po­lis”.

Wal­lan­der pod­szedł do biur­ka.

– Nie re­zy­gnu­ję – oznaj­mił. – Przy­sze­dłem dzi­siaj z za­mia­rem pod­ję­cia pra­cy.

Björk pa­trzył na nie­go skon­ster­no­wa­ny.

– Nie bę­dzie żad­nej kon­fe­ren­cji pra­so­wej – cią­gnął Wal­lan­der. – Od dziś wra­cam na służ­bę. Po­pro­szę mo­je­go le­ka­rza, żeby uznał mnie za zdro­we­go. Czu­ję się do­brze. Chcę pod­jąć pra­cę.

– Mam na­dzie­ję, że nie przy­sze­dłeś się ze mnie na­bi­jać… – za­czął zbi­ty z tro­pu Björk.

– Nie – za­pew­nił Wal­lan­der. – Zda­rzy­ło się coś, co spo­wo­do­wa­ło, że zmie­ni­łem zda­nie.

– Bar­dzo mnie za­sko­czy­łeś – po­wie­dział Björk.

– Sie­bie sa­me­go rów­nież – przy­znał Wal­lan­der. – Tak na­praw­dę pod­ją­łem de­cy­zję ja­kąś go­dzi­nę temu. Mam tyl­ko je­den wa­ru­nek. A ra­czej proś­bę.

Björk ski­nął gło­wą za­cie­ka­wio­ny.

– Chcę się za­jąć spra­wą Ste­na Tor­stens­so­na – oznaj­mił Wal­lan­der. – Kto pro­wa­dzi do­cho­dze­nie?

– Bio­rą udział wszy­scy – od­po­wie­dział Björk. – W gru­pie do­cho­dze­nio­wej jest Sved­berg, Mar­tins­son i ja. Z pro­ku­ra­tu­ry Per Åke­son.

– Sten Tor­stens­son był moim przy­ja­cie­lem – oświad­czył Wal­lan­der.

Björk po­ki­wał gło­wą i wstał zza biur­ka.

– Czy to aby praw­da? – za­py­tał. – Zmie­ni­łeś zda­nie?

– Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­łem.

Björk wy­szedł zza biur­ka i sta­nął na­prze­ciw­ko Wal­lan­de­ra.

– Daw­no nie mia­łem lep­szej wia­do­mo­ści – oznaj­mił.

– Mo­że­my już po­drzeć te pa­pie­ry. To się twoi ko­le­dzy zdzi­wią.

– Kto za­jął moje daw­ne biu­ro? – za­py­tał wy­mi­ja­ją­co Wal­lan­der.

– Hans­son.

– Chciał­bym tam wró­cić, je­że­li to moż­li­we.

– Na­tu­ral­nie. Zresz­tą Hans­son jest w tym ty­go­dniu na kur­sie szko­le­nia za­wo­do­we­go w Halm­stad. Mo­żesz się tam od razu wpro­wa­dzić.

Wy­szli ra­zem na ko­ry­tarz i przy­sta­nę­li przed drzwia­mi daw­ne­go po­ko­ju Wal­lan­de­ra.

Na drzwiach nie było pla­kiet­ki z jego na­zwi­skiem. Po­czuł ukłu­cie gnie­wu.

– Mu­szę mieć go­dzi­nę dla sie­bie – po­wie­dział.

– Ze­bra­nie w spra­wie mor­der­stwa Ste­na Tor­stens­so­na od­bę­dzie się o wpół do dzie­wią­tej – po­in­for­mo­wał Björk. – W ma­łym po­ko­ju kon­fe­ren­cyj­nym. Je­steś pew­ny, że mó­wisz po­waż­nie?

– Nie mam ocho­ty na żar­ty.

Po chwi­li wa­ha­nia Björk mó­wił da­lej:

– Zda­rza­ło ci się po­stę­po­wać odro­bi­nę nie­roz­waż­nie, a na­wet nie­obli­czal­nie. Sam mu­sisz przy­znać.

– Nie za­po­mnij od­wo­łać kon­fe­ren­cji – przy­po­mniał Wal­lan­der.

Björk po­dał mu rękę.

– Wi­taj z po­wro­tem – po­wie­dział.

– Dzię­ku­ję.

Wal­lan­der za­mknął za nim drzwi i na­tych­miast zdjął słu­chaw­kę z wi­de­łek. Ro­zej­rzał się po po­ko­ju. Biur­ko było nowe. Na­le­ża­ło do Hans­so­na. Ale sta­re krze­sła były jego, Wal­lan­de­ra.

Po­wie­sił kurt­kę i usiadł.

Ten sam za­pach, po­my­ślał. Ten sam śro­dek do czysz­cze­nia, to samo su­che po­wie­trze i ten sam sła­by za­pach kawy, któ­ra bez­u­stan­nie leje się w tym bu­dyn­ku.

Dłu­go sie­dział bez ru­chu.

Mę­czył się z górą rok, po­szu­ku­jąc praw­dy o so­bie i swo­jej przy­szło­ści. Z wol­na doj­rze­wa­ło w nim po­sta­no­wie­nie, prze­bi­ja­jąc się przez apa­tię. Po­tem otwo­rzył ga­ze­tę i wszyst­ko się zmie­ni­ło.

Po raz pierw­szy od bar­dzo daw­na po­czuł przy­jem­ny dreszcz w ca­łym cie­le.

Pod­jął de­cy­zję. Nie wie­dział, czy jest słusz­na. Ale to już nie mia­ło zna­cze­nia.

Po­chy­lił się nad biur­kiem, przy­su­nął so­bie no­tes i za­pi­sał tyl­ko dwa sło­wa:

Sten Tor­stens­son.

Wró­cił na służ­bę.

3

O wpół do dzie­wią­tej, gdy Björk za­mknął drzwi do po­ko­ju ze­brań, Wal­lan­der po­czuł się tak, jak gdy­by nig­dy nie miał prze­rwy w pra­cy. Pół­to­ra roku, któ­re mi­nę­ło od cza­su, kie­dy ostat­nio brał udział w ze­bra­niu gru­py do­cho­dze­nio­wej, na­gle prze­sta­ło ist­nieć.

Sie­dzie­li te­raz wo­kół owal­ne­go sto­łu, tak jak wie­le razy przed­tem. Po­nie­waż Björk jesz­cze nie za­brał gło­su, Wal­lan­der przy­pusz­czał, że ko­le­dzy spo­dzie­wa­ją się krót­kiej, zwy­cza­jo­wej mowy z po­dzię­ko­wa­niem dla nie­go za lata spę­dzo­ne na służ­bie. Na­stęp­nie Wal­lan­der się od­da­li, a oni po­now­nie po­chy­lą się nad swo­imi no­tat­ka­mi, aby kon­ty­nu­ować śledz­two w spra­wie nie­zna­ne­go spraw­cy, któ­ry za­mor­do­wał Ste­na Tor­stens­so­na.

Wal­lan­der usiadł na swo­im zwy­kłym miej­scu, po le­wej stro­nie Björ­ka. Krze­sło obok nie­go było pu­ste. Jak gdy­by ko­le­dzy nie chcie­li sie­dzieć za bli­sko ko­goś, kto wła­ści­wie nie jest już jed­nym z nich. Na­prze­ciw­ko sie­dział Mar­tins­son i ha­ła­śli­wie wy­cie­rał nos. Wal­lan­der za­sta­na­wiał się, czy wi­dział kie­dyś nie­za­ka­ta­rzo­ne­go Mar­tins­so­na. Obok nie­go ko­ły­sał się na krze­śle Sved­berg, swo­im zwy­cza­jem skro­biąc się ołów­kiem w ły­si­nę.

Wszyst­ko by­ło­by jak zwy­kle, my­ślał Wal­lan­der, gdy­by nie sie­dzą­ca sa­mot­nie przy dru­gim koń­cu sto­łu ko­bie­ta w dżin­sach i nie­bie­skiej ko­szu­li. Wal­lan­der nig­dy wcze­śniej jej nie wi­dział, lecz wie­dział, kim ona jest, a na­wet jak się na­zy­wa. Ja­kieś dwa lata temu za­czę­to mó­wić o po­trze­bie wzmoc­nie­nia sek­cji kry­mi­nal­nej ystadz­kiej po­li­cji i wte­dy na­zwi­sko Ann-Britt Höglund po­ja­wi­ło się po raz pierw­szy. Była mło­da, za­le­d­wie trzy lata temu ukoń­czy­ła Wyż­szą Szko­łę Po­li­cji, ale już zwró­ci­ła na sie­bie uwa­gę. Na­le­ża­ła do dwój­ki ab­sol­wen­tów wy­róż­nio­nych za do­bre wy­ni­ki w na­uce i wzo­ro­wą po­sta­wę – przy­kład dla in­nych kan­dy­da­tów na ofi­ce­rów po­li­cji. Po­cho­dzi­ła ze Svar­te w Ska­nii, ale dzie­ciń­stwo spę­dzi­ła na przed­mie­ściu Sztok­hol­mu. Biły się o nią okrę­gi w ca­łym kra­ju, ona jed­nak po­sta­no­wi­ła wró­cić do oko­lic, z któ­rych po­cho­dzi, i przy­jąć pra­cę w ko­men­dzie w Ystad.

Wal­lan­der ścią­gnął na sie­bie jej wzrok, w od­po­wie­dzi uśmiech­nę­ła się do nie­go prze­lot­nie.

Za­tem wszyst­ko jest in­a­czej niż kie­dyś, prze­mknę­ło mu przez myśl. Z ko­bie­tą w ze­spo­le nie bę­dzie już tak samo.

Z za­du­my wy­rwał go Björk, któ­ry wstał z krze­sła. Wal­lan­de­ra na­gle ogar­nął nie­po­kój. Może już jest na wszyst­ko za póź­no? Może już zo­stał zwol­nio­ny, a jesz­cze o tym nie wie?

– Po­nie­dział­ko­we ran­ki są za­zwy­czaj cięż­kie – za­czął Björk. – Zwłasz­cza dzi­siaj, kie­dy mamy się za­jąć szcze­gól­nie po­nu­rym i nie­zro­zu­mia­łym mor­dem, po­peł­nio­nym na na­szym zna­jo­mym, me­ce­na­sie Tor­stens­so­nie. Jed­nak tym ra­zem mam na po­czą­tek do­brą wia­do­mość. Kurt oznaj­mił, że jest zdro­wy i od dziś przy­stę­pu­je do pra­cy. Co do mnie, to z ra­do­ścią wi­tam cię w na­szym gro­nie – zwró­cił się do Wal­lan­de­ra. – I wiem, że wszy­scy twoi ko­le­dzy czu­ją to samo. A tak­że Ann-Britt, któ­rej jesz­cze nie po­zna­łeś.

W po­ko­ju za­pa­no­wa­ła ci­sza. Mar­tins­son z nie­do­wie­rza­niem wpa­try­wał się w Björ­ka, pod­czas gdy Sved­berg, prze­chy­liw­szy na bok gło­wę, nie­uf­nie przy­glą­dał się Wal­lan­de­ro­wi. Ann-Britt spra­wia­ła wra­że­nie, jak gdy­by sło­wa Björ­ka do niej nie do­tar­ły.

Wal­lan­der zro­zu­miał, że wy­pa­da­ło­by coś po­wie­dzieć.

– To praw­da – za­pew­nił. – Od dziś wra­cam do pra­cy.

Sved­berg prze­stał się ko­ły­sać na krze­śle i z hu­kiem ude­rzył dłoń­mi w stół.

– To do­brze, Kurt. Klnę się na moją du­szę, że jesz­cze je­den dzień bez cie­bie, a wszyst­ko by się za­wa­li­ło.

Na ten spon­ta­nicz­ny ko­men­tarz Sved­ber­ga wszy­scy wy­buch­nę­li śmie­chem. Ko­lej­no pod­cho­dzi­li do Wal­lan­de­ra, po­da­jąc mu rękę. Pod­czas gdy on z tru­dem pró­bo­wał ukryć wzru­sze­nie, Björk sta­rał się zor­ga­ni­zo­wać ciast­ka do kawy.

Wszyst­ko to trwa­ło kil­ka mi­nut. Nie mie­li wię­cej cza­su na oka­zy­wa­nie uczuć, z cze­go Wal­lan­der był w tym mo­men­cie za­do­wo­lo­ny. Otwo­rzył przy­nie­sio­ny z biu­ra no­tes, w któ­rym za­pi­sał tyl­ko jed­no na­zwi­sko: Sten Tor­stens­son.

– Kurt mnie py­tał, czy może od razu włą­czyć się do śledz­twa – po­wie­dział Björk. – Uwa­żam, że nie ma żad­nych prze­szkód. Za­cznij­my te­raz od pod­su­mo­wa­nia tego, co do­tych­czas wie­my. Po­tem damy Kur­to­wi czas na za­po­zna­nie się ze szcze­gó­ła­mi.

Ski­nął na Mar­tins­so­na, któ­ry naj­wy­raź­niej prze­jął rolę Wal­lan­de­ra jako re­fe­ru­ją­ce­go prze­bieg wy­da­rzeń.

– Je­stem w dal­szym cią­gu lek­ko oszo­ło­mio­ny – za­czął Mar­tins­son, prze­rzu­ca­jąc no­tat­ki. – Ale w za­sa­dzie wy­glą­da to na­stę­pu­ją­co: W śro­dę rano, dwu­dzie­ste­go siód­me­go paź­dzier­ni­ka, czy­li pięć dni temu, Ber­ta Du­nér, se­kre­tar­ka, zja­wi­ła się jak zwy­kle w pra­cy parę mi­nut przed ósmą. Tam za­sta­ła mar­twe­go Ste­na Tor­stens­so­na, za­strze­lo­ne­go we wła­snym ga­bi­ne­cie. Le­żał na pod­ło­dze, mię­dzy biur­kiem a drzwia­mi. Zo­stał tra­fio­ny trze­ma strza­ła­mi, z któ­rych każ­dy był śmier­tel­ny. Po­nie­waż w bu­dyn­ku nie ma miesz­kań­ców i jest to sta­ry, ka­mien­ny dom o gru­bych mu­rach, w do­dat­ku sto­ją­cy przy ru­chli­wej uli­cy, nikt nie sły­szał strza­łu. W każ­dym ra­zie nikt się do­tych­czas nie zgło­sił. Pierw­sze wy­ni­ki ob­duk­cji wska­zu­ją na to, że Sten zo­stał za­strze­lo­ny oko­ło wpół do je­de­na­stej wie­czo­rem. To by się zga­dza­ło ze świa­dec­twem pani Du­nér, że Sten Tor­stens­son pra­co­wał czę­sto do póź­nych go­dzin wie­czor­nych, szcze­gól­nie od cza­su tra­gicz­nej śmier­ci ojca.

Mar­tins­son prze­rwał i spoj­rzał py­ta­ją­cym wzro­kiem na Wal­lan­de­ra.

– Wiem, że oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym – po­wie­dział Wal­lan­der.

Mar­tins­son ski­nął gło­wą i mó­wił da­lej:

– Tyle wie­my do tej pory. Jed­nym sło­wem, bar­dzo nie­wie­le. Nie mamy mo­ty­wu, bro­ni, z któ­rej pa­dły strza­ły, ani świad­ków.

Wal­lan­der przez mo­ment roz­wa­żał, czy po­wi­nien w tej chwi­li opo­wie­dzieć o wi­zy­cie Ste­na Tor­stens­so­na w Ska­gen. Zbyt wie­le razy w ży­ciu po­peł­nił śmier­tel­ny grzech po­li­cjan­ta – ukry­wał in­for­ma­cję, któ­rą po­wi­nien po­dzie­lić się z ko­le­ga­mi. Na­tu­ral­nie za każ­dym ra­zem uwa­żał, że ma po­wo­dy, aby za­cho­wać mil­cze­nie, ale zda­wał so­bie spra­wę, że jego ar­gu­men­ty opie­ra­ły się na kru­chych pod­sta­wach.

Po­peł­niam błąd, my­ślał. Roz­po­czy­nam dru­gie ży­cie po­li­cjan­ta od prze­kre­śle­nia ca­łe­go wcze­śniej zdo­by­te­go do­świad­cze­nia.

Coś mu jed­nak pod­po­wia­da­ło, że tym ra­zem jest to waż­ne.

Sza­no­wał swój in­stynkt. By­wał on jego naj­bar­dziej za­ufa­nym sprzy­mie­rzeń­cem lub naj­gor­szym wro­giem.

Wie­dział, że tym ra­zem po­stę­pu­je słusz­nie.

Ucze­pi­ło się go coś, co po­wie­dział Mar­tins­son. A może coś, cze­go nie po­wie­dział.

Jego roz­my­śla­nia prze­rwa­ło ude­rze­nie dło­ni Björ­ka w stół. Czę­sto ozna­cza­ło to, że szef po­li­cji jest znie­cier­pli­wio­ny lub po­iry­to­wa­ny.

– Pro­si­łem prze­cież o ciast­ka – po­wie­dział Björk. – Ale na­tu­ral­nie nie przy­cho­dzą. Pro­po­nu­ję wo­bec tego prze­rwę, a wy w tym cza­sie wpro­wadź­cie Kur­ta w szcze­gó­ły spra­wy Zbie­rze­my się jesz­cze raz po po­łu­dniu. Może do tego cza­su obie­ca­ne ciast­ka już na­dej­dą.

Po wyj­ściu Björ­ka wszy­scy prze­nie­śli się na ko­niec sto­łu. Wal­lan­der czuł, że po­wi­nien coś po­wie­dzieć. Nie miał pra­wa na­rzu­cać swo­jej obec­no­ści gru­pie, jak gdy­by nic się nie wy­da­rzy­ło.

– Spró­bu­ję za­cząć od po­cząt­ku – rzekł. – Mam za sobą trud­ny okres. Dłu­go wąt­pi­łem, czy będę w sta­nie po­wró­cić do służ­by w po­li­cji. Za­bi­cie czło­wie­ka, na­wet w obro­nie wła­snej, to cięż­kie prze­ży­cie. Ale po­sta­ram się zro­bić wszyst­ko, co w mo­jej mocy.

W po­ko­ju za­pa­dła ci­sza.

– Nie myśl, że cię nie ro­zu­mie­my – ode­zwał się w koń­cu Mar­tins­son. – Co praw­da, pra­cu­jąc w po­li­cji, mu­si­my być przy­go­to­wa­ni na wszyst­ko, jak gdy­by okrop­no­ściom nie było koń­ca, mimo to szcze­rze się przej­mu­je­my, gdy coś do­tknie bli­skie­go ko­le­gę. Je­śli cię to po­cie­szy, to bar­dzo nam cie­bie bra­ko­wa­ło, tak jak przed pa­ro­ma laty bra­ko­wa­ło nam Ryd­ber­ga.

Zmar­ły wio­sną 1991 roku in­spek­tor kry­mi­nal­ny Ryd­berg był ich ido­lem. Dzię­ki ogrom­nej wie­dzy za­wo­do­wej i umie­jęt­no­ści na­wią­zy­wa­nia bez­po­śred­nie­go, oso­bi­ste­go kon­tak­tu sta­no­wił za­wsze cen­tral­ny punkt od­nie­sie­nia w nie­ustan­nie zmie­nia­ją­cym się prze­bie­gu każ­de­go śledz­twa.

Wal­lan­der zro­zu­miał, co Mar­tins­son miał na my­śli.

On sam był je­dy­nym, któ­ry zbli­żył się do Ryd­ber­ga i zdo­łał się z nim za­przy­jaź­nić. Pod szorst­ką ma­ską od­krył czło­wie­ka o du­żej wie­dzy, znacz­nie wy­kra­cza­ją­cej poza tę czy­sto za­wo­do­wą.

Otrzy­ma­łem sche­dę, po­my­ślał Wal­lan­der.

Wła­ści­wie Mar­tins­so­no­wi cho­dzi o to, że­bym prze­jął pa­łecz­kę, któ­rą za­wsze dzier­żył Ryd­berg. Ist­nie­ją prze­cież nie­do­strze­gal­ne pa­łecz­ki.

– Je­że­li nikt nie ma za­strze­żeń, to po­ja­dę te­raz do kan­ce­la­rii Tor­stens­so­na – oznaj­mił, wsta­jąc, Sved­berg. – Sie­dzi tam paru urzęd­ni­ków z Izby Ad­wo­kac­kiej i prze­glą­da­ją wszyst­kie do­ku­men­ty. Chcie­li­by, żeby był przy tym ktoś z po­li­cji.

Mar­tins­son pod­su­nął Wal­lan­de­ro­wi ster­tę pa­pie­rów.

– To do­tych­cza­so­we ma­te­ria­ły – po­in­for­mo­wał. – Są­dzę, że po­trze­bu­jesz chwi­li dla sie­bie, żeby to przej­rzeć.

Wal­lan­der ski­nął gło­wą.

– Wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy – po­wie­dział. – Gu­staw Tor­stens­son.

Mar­tins­son spoj­rzał na nie­go zdzi­wio­ny.

– To za­mknię­ta spra­wa – od­parł. – Sta­ru­szek zje­chał z szo­sy.

– Je­że­li nie masz nic prze­ciw­ko temu, chciał­bym zaj­rzeć do ra­por­tu – rzekł ostroż­nie Wal­lan­der.

Mar­tins­son wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zo­sta­wię go w po­ko­ju Hans­so­na – oznaj­mił.

– Już nie – spro­sto­wał Wal­lan­der. – Do­sta­łem z po­wro­tem mój daw­ny po­kój.

– Szyb­ko znik­ną­łeś – po­wie­dział, wsta­jąc, Mar­tins­son. – I szyb­ko wra­casz. Ła­two się prze­ję­zy­czyć.

Wy­szedł z po­ko­ju, w któ­rym po­zo­stał już tyl­ko Wal­lan­der i Ann-Britt Höglund.

– Dużo o to­bie sły­sza­łam – po­wie­dzia­ła.

– Wszyst­ko, co sły­sza­łaś, to na pew­no praw­da. Nie­ste­ty.

– My­ślę, że wie­le się będę mo­gła od cie­bie na­uczyć.

– Bar­dzo wąt­pię.

Wal­lan­der wstał po­śpiesz­nie, chcąc za­koń­czyć roz­mo­wę, zgar­nął pa­pie­ry i tecz­ki, któ­re do­stał od Mar­tins­so­na. Ann-Britt Höglund przy­trzy­ma­ła mu drzwi, gdy wy­cho­dził na ko­ry­tarz.

Wszedł do po­ko­ju i za­mknął za sobą drzwi. Był cały spo­co­ny. Zdjął ma­ry­nar­kę i ko­szu­lę i za­czął się wy­cie­rać za­sło­ną okien­ną. W tej sa­mej chwi­li Mar­tins­son bez pu­ka­nia otwo­rzył drzwi. Sta­nął jak wry­ty na wi­dok pół­na­gie­go Wal­lan­de­ra.

– Przy­nio­słem ci tyl­ko ra­port o wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym Gu­sta­wa Tor­stens­so­na. Za­po­mnia­łem, że to już nie są drzwi do Hans­so­na.

– Wciąż je­stem sta­ro­świec­ki – przy­po­mniał Wal­lan­der.

– Pu­kaj, pro­szę, za­nim wej­dziesz.

Mar­tins­son po­ło­żył tecz­kę na biur­ku i szyb­ko znik­nął. Wal­lan­der wy­tarł się do su­cha, wło­żył ko­szu­lę, usiadł i za­czął czy­tać.

Było już po je­de­na­stej, kie­dy od­su­nął od sie­bie ostat­nią tecz­kę.

Wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się trud­ne. Nie wie­dział, od cze­go za­cząć.

Przy­wo­łał w pa­mię­ci po­stać Ste­na Tor­stens­so­na, wy­ła­nia­ją­cą się z mgły na ju­tlandz­kim wy­brze­żu.

Zwró­cił się do mnie o po­moc, my­ślał. Pro­sił, że­bym wy­ja­śnił, co przy­da­rzy­ło się jego ojcu. Wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, któ­ry był czymś in­nym, ale nie sa­mo­bój­stwem. Mó­wił o zmia­nie w na­stro­ju ojca. Kil­ka dni po­tem zo­sta­je za­strze­lo­ny póź­nym wie­czo­rem we wła­snej kan­ce­la­rii. Opo­wia­dał, że oj­ciec był wzbu­rzo­ny. Ale on sam wy­da­wał się spo­koj­ny.

Za­my­ślo­ny Wal­lan­der się­gnął po no­tes, w któ­rym przed­tem za­pi­sał na­zwi­sko Ste­na Tor­stens­so­na. Te­raz do­pi­sał jesz­cze Gu­sta­wa Tor­stens­so­na.

Po­tem zmie­nił ko­lej­ność na­zwisk.

Pod­niósł słu­chaw­kę i z pa­mię­ci wy­brał nu­mer po­ko­ju Mar­tins­so­na. Nikt nie od­po­wia­dał. Spró­bo­wał jesz­cze raz, ale bez­sku­tecz­nie. Przy­szło mu wresz­cie do gło­wy, że od cza­su, kie­dy ostat­nio uży­wał tu te­le­fo­nu, we­wnętrz­ne po­łą­cze­nia mo­gły się zmie­nić. Wstał i wy­szedł na ko­ry­tarz. Drzwi po­ko­ju Mar­tins­so­na były otwar­te, wszedł więc do środ­ka.

– Już prze­czy­ta­łem ma­te­ria­ły do­cho­dze­nio­we – oznaj­mił, sia­da­jąc na chy­bo­tli­wym krze­śle dla in­te­re­san­tów.

– Jak wi­dzisz, nie mamy wie­lu punk­tów za­ha­cze­nia – rzekł Mar­tins­son. – Je­den, a może kil­ku spraw­ców we­szło póź­nym wie­czo­rem do kan­ce­la­rii Ste­na Tor­stens­so­na, za­bi­ja­jąc go na miej­scu. Do­tych­czas nie stwier­dzo­no kra­dzie­ży. W we­wnętrz­nej kie­sze­ni miał port­fel. Pani Du­nér, od po­nad trzy­dzie­stu lat za­trud­nio­na w kan­ce­la­rii, sta­now­czo twier­dzi, że nic nie zgi­nę­ło.

Wal­lan­der po­ki­wał w za­du­mie gło­wą. Nadal nie mógł so­bie przy­po­mnieć, co ude­rzy­ło go w tym, co wcze­śniej po­wie­dział lub cze­go nie po­wie­dział Mar­tins­son.

– By­łeś pierw­szy na miej­scu zbrod­ni – zwró­cił się do Mar­tins­so­na.

– Pierw­si byli Pe­ters i No­rén – spro­sto­wał Mar­tins­son.

– Oni mnie we­zwa­li.

– Za­wsze ist­nie­je ja­kieś pierw­sze wra­że­nie – cią­gnął Wal­lan­der. – Ja­kie mia­łeś od­czu­cie?

– Mor­der­stwo na tle ra­bun­ko­wym – bez wa­ha­nia od­po­wie­dział Mar­tins­son.

– Ilu ich było?

– Nie po­tra­fię nic po­wie­dzieć, nie zna­leź­li­śmy żad­nych śla­dów. Ale uży­to tyl­ko jed­nej bro­ni – tego je­ste­śmy ra­czej pew­ni, mimo że eks­per­ty­za tech­nicz­na nie zo­sta­ła jesz­cze za­koń­czo­na.

– Czy­li wła­mał się je­den czło­wiek?

Mar­tins­son ski­nął gło­wą.

– Są­dzę, że tak – po­wie­dział. – Ale nie mam na to do­wo­dów, ani za, ani prze­ciw.

– Sten Tor­stens­son zo­stał tra­fio­ny trze­ma strza­ła­mi – mó­wił da­lej Wal­lan­der. – W ser­ce, w brzuch tuż po­ni­żej pęp­ka i w czo­ło. Nie mylę się chy­ba, twier­dząc, że mamy do czy­nie­nia z kimś, kto z pew­no­ścią po­tra­fi po­słu­gi­wać się bro­nią?

– My­śla­łem o tym – przy­znał Mar­tins­son. – Ale to może być rów­nie do­brze przy­pa­dek. Po­dob­no przy­pad­ko­wy strzał za­bi­ja rów­nie czę­sto, co strzał od­da­ny przez oso­bę, któ­ra do­brze ce­lu­je. Czy­ta­łem o tym w ame­ry­kań­skich ba­da­niach.

Wal­lan­der wstał z krze­sła i da­lej mó­wił na sto­ją­co.

– Dla­cze­go ktoś się wła­mu­je do kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej? – za­py­tał. – Za­pew­ne dla­te­go, że cho­dzą słu­chy o nie­bo­tycz­nie wy­so­kich ho­no­ra­riach ad­wo­ka­tów. Ale czy ktoś taki na­praw­dę uwa­ża, że w kan­ce­la­rii leży stos bank­no­tów?

– Na to może od­po­wie­dzieć tyl­ko jed­na lub dwie oso­by – od­parł Mar­tins­son.

– Schwy­ta­my spraw­ców – po­wie­dział Wal­lan­der. – Mam za­miar tam po­je­chać i się ro­zej­rzeć.

– Pani Du­nér prze­ży­ła, rzecz ja­sna, ogrom­ny wstrząs. W cią­gu nie­speł­na mie­sią­ca całe jej ży­cie le­gło w gru­zach. Naj­pierw gi­nie sta­ry Tor­stens­son. Le­d­wie skoń­czy­ła za­ła­twiać for­mal­no­ści zwią­za­ne z po­grze­bem, zo­sta­je za­mor­do­wa­ny jego syn. Mimo szo­ku, ja­kie­go do­zna­ła, uda­ło się na­wią­zać z nią nad­spo­dzie­wa­nie do­bry kon­takt. Ad­res znaj­dziesz na za­pi­sie roz­mo­wy, jaką prze­pro­wa­dził z nią Sved­berg.

– Stick­ga­tan dwa­dzie­ścia sześć – rzu­cił Wal­lan­der. – Za ho­te­lem Con­ti­nen­tal. Cza­sa­mi tam par­ku­ję.

– Zda­je się, że to nie­do­zwo­lo­ne – za­uwa­żył Mar­tins­son.

Wal­lan­der wró­cił po kurt­kę i wy­szedł z ko­men­dy. W re­cep­cji sie­dzia­ła nie­zna­jo­ma dziew­czy­na. Po­my­ślał, że po­wi­nien się za­trzy­mać i przed­sta­wić. Cho­ciaż­by po to, żeby za­py­tać, czy wier­na Ebba ode­szła ze służ­by, czy też pra­cu­je wie­czo­ra­mi. Ale nie zro­bił tego. Mimo że w cią­gu go­dzin spę­dzo­nych w ko­men­dzie nic spe­cjal­ne­go się nie wy­da­rzy­ło, czuł wzra­sta­ją­ce na­pię­cie. Uświa­do­mił so­bie, że musi tro­chę po­być sam. Spę­dził dłu­gi okres bez to­wa­rzy­stwa in­nych lu­dzi. Te­raz mu­sia­ło tro­chę po­trwać, żeby mógł się od tego od­zwy­cza­ić. Zjeż­dża­jąc w dół w stro­nę szpi­ta­la, po­czuł przez chwi­lę nie­ja­sną tę­sk­no­tę za od­osob­nie­niem w Ska­gen, swo­im sa­mot­nym po­ste­run­kiem i bez­piecz­ną, ni­czym nie­za­kłó­co­ną war­tą.

Ten okres już mi­nął. Zno­wu po­wró­cił na służ­bę.

Przy­zwy­cza­ję się, po­my­ślał. Tyle że to musi tro­chę po­trwać.

Kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka mie­ści­ła się przy Sjömans­ga­tan, w mu­ro­wa­nym, po­kry­tym żół­tym tyn­kiem domu, nie­da­le­ko pra­wie wy­re­mon­to­wa­ne­go bu­dyn­ku sta­re­go te­atru. Przed do­mem par­ko­wał wóz po­li­cyj­ny, a na prze­ciw­le­głym chod­ni­ku sta­ło kil­ku ga­piów, roz­pra­wia­jąc o tym, co się wy­da­rzy­ło. Znad mo­rza wiał po­ry­wi­sty wiatr, Wal­lan­der sku­lił się, wy­sia­da­jąc z sa­mo­cho­du. Pchnął cięż­ką bra­mę i omal nie wpadł na Sved­ber­ga, któ­ry wła­śnie wy­cho­dził.

– Za­mie­rza­łem ku­pić coś do je­dze­nia – po­wie­dział Sved­berg.

– Mo­żesz iść – od­po­wie­dział Wal­lan­der. – Z pew­no­ścią tro­chę tu za­ba­wię.

W przed­po­ko­ju sie­dzia­ła bez­czyn­nie mło­da urzęd­nicz­ka kan­ce­la­rii. Wy­glą­da­ła na za­lęk­nio­ną. Wal­lan­der na­tknął się na jej na­zwi­sko w ma­te­ria­łach śledz­twa, była to Son­ja Lun­din, za­trud­nio­na do­pie­ro od kil­ku mie­się­cy. Świa­dec­two ko­bie­ty nie wnio­sło nic istot­ne­go do spra­wy.

Wal­lan­der po­dał jej rękę i przed­sta­wił się.

– Tro­chę się tyl­ko ro­zej­rzę – po­wie­dział. – Pani Du­nér tu nie ma?

– Sie­dzi w domu i pła­cze – szcze­rze od­par­ła dziew­czy­na.

Wal­lan­der zu­peł­nie nie wie­dział, jak za­re­ago­wać.

– Ona tego nie prze­ży­je – mó­wi­ła da­lej Son­ja Lun­din.

– Na pew­no też umrze.

– Nie trze­ba tak my­śleć – za­prze­czył Wal­lan­der, sły­sząc, jak pu­sto brzmią jego sło­wa.

Kan­ce­la­ria ad­wo­kac­ka Tor­stens­so­na była miej­scem pra­cy lu­dzi sa­mot­nych, po­my­ślał. Gu­staw Tor­stens­son owdo­wiał prze­szło pięt­na­ście lat temu, syn, Sten Tor­stens­son, przez wszyst­kie te lata nie miał mat­ki i w do­dat­ku był ka­wa­le­rem. Pani Du­nér roz­wio­dła się na po­cząt­ku lat sie­dem­dzie­sią­tych. Trzy sa­mot­ne oso­by, któ­re spo­ty­ka­ły się dzień w dzień. Te­raz dwie z nich nie żyły, a trze­cia była jesz­cze bar­dziej sa­mot­na niż do­tych­czas.

Wal­lan­der do­sko­na­le ro­zu­miał, że pani Du­nér może sie­dzieć w domu i pła­kać.

Drzwi do po­ko­ju ze­brań były za­mknię­te. Wal­lan­der sły­szał do­cho­dzą­ce stam­tąd szme­ry. Po bo­kach znaj­do­wa­ły się drzwi, a na nich na­zwi­ska obu ad­wo­ka­tów, wy­gra­we­ro­wa­ne na błysz­czą­cych mo­sięż­nych ta­blicz­kach.

Wie­dzio­ny na­głym im­pul­sem otwo­rzył naj­pierw drzwi do ga­bi­ne­tu Gu­sta­wa Tor­stens­so­na. Za­sło­ny były za­cią­gnię­te, we­wnątrz pa­no­wał mrok. Za­mknął za sobą drzwi i za­pa­lił świa­tło. W po­ko­ju uno­sił się de­li­kat­ny za­pach cy­gar. Wal­lan­der wo­dził na­oko­ło wzro­kiem, ma­jąc wra­że­nie, że zna­lazł się w in­nej epo­ce. Cięż­kie skó­rza­ne ka­na­py, stół z mar­mu­ro­wym bla­tem, ob­ra­zy na ścia­nach. Po­my­ślał, że nie przy­szło mu do gło­wy, iż mor­der­com Ste­na Tor­stens­so­na mo­gło cho­dzić o dzie­ła sztu­ki. Przy­sta­nął obok jed­ne­go z ob­ra­zów, usi­łu­jąc roz­po­znać pod­pis au­to­ra i zo­rien­to­wać się, czy na ścia­nie wisi ory­gi­nał, czy ko­pia. Nie po­tra­fił jed­nak od­czy­tać sy­gna­tu­ry ani oce­nić au­ten­tycz­no­ści ob­ra­zu, od­da­lił się za­tem i po­czął okrą­żać po­kój. Obok ma­syw­ne­go sto­łu stał po­kaź­ny glo­bus. Na sto­le, oprócz kil­ku ołów­ków, te­le­fo­nu i dyk­ta­fo­nu, nic wię­cej nie było. Usiadł w wy­god­nym fo­te­lu za biur­kiem i roz­glą­da­jąc się do­oko­ła, raz jesz­cze przy­wo­łał sło­wa Ste­na Tor­stens­so­na, któ­re usły­szał przy ka­wie, w Mu­zeum Sztu­ki w Ska­gen.

Wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, któ­ry nie był wy­pad­kiem. Męż­czy­zna, któ­ry w ostat­nich mie­sią­cach ży­cia usi­ło­wał ukryć coś, co go gnę­bi­ło.

Wal­lan­der za­sta­na­wiał się, na czym wła­ści­wie po­le­ga pra­ca ad­wo­ka­ta. Ad­wo­kat bro­ni, kie­dy pro­ku­ra­tor wno­si oskar­że­nie. Udzie­la po­rad praw­nych. Jest po­wier­ni­kiem wie­lu ta­jem­nic i musi prze­strze­gać obo­wiąz­ku za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy za­wo­do­wej.

Wal­lan­der zro­zu­miał coś, nad czym się nig­dy wcze­śniej nie za­sta­na­wiał, a mia­no­wi­cie, że ad­wo­ka­ci strze­gą wie­lu se­kre­tów.

Po chwi­li wstał. Jesz­cze za wcze­śnie na wy­cią­ga­nie ja­kich­kol­wiek wnio­sków.

Kie­dy wy­szedł z po­ko­ju, Son­ja Lun­din w dal­szym cią­gu sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo na krze­śle. Otwo­rzył drzwi do ga­bi­ne­tu Ste­na Tor­stens­so­na. Na mo­ment gwał­tow­nie przy­sta­nął, jak gdy­by cia­ło mar­twe­go Tor­stens­so­na nadal le­ża­ło na pod­ło­dze, tak jak na zdję­ciu, któ­re wi­dział w ma­te­ria­łach śledz­twa. Je­dy­ne jed­nak, co tam le­ża­ło, to pla­sti­ko­wa płach­ta. Ciem­no­zie­lo­ny dy­wan zo­stał za­bra­ny przez tech­ni­ków kry­mi­nal­nych.

Po­kój przy­po­mi­nał ten, któ­ry Wal­lan­der przed chwi­lą opu­ścił, z tą róż­ni­cą, że obok biur­ka sta­ło kil­ka no­wo­cze­snych krze­seł dla in­te­re­san­tów.

Na biur­ku nie było żad­nych pa­pie­rów. Tym ra­zem Wal­lan­der nie usiadł w fo­te­lu.

Nadal po­ru­szam się tyl­ko po po­wierzch­ni, my­ślał. Jak gdy­bym je­dy­nie na­słu­chi­wał i re­je­stro­wał oto­cze­nie wzro­kiem.

Wy­szedł z po­ko­ju i za­mknął za sobą drzwi. Sved­berg wró­cił i pró­bo­wał na­mó­wić Son­ję Lun­din na świe­żo za­ku­pio­ną ka­nap­kę. Wal­lan­der po­krę­cił prze­czą­co gło­wą, gdy tam­ten z ko­lei za­pro­po­no­wał ją jemu. Wska­zał na po­kój ze­brań.

– Sie­dzi tam dwóch tak zwa­nych eg­ze­ku­to­rów z Izby Ad­wo­kac­kiej – wy­ja­śnił Sved­berg. – Prze­glą­da­ją wszyst­kie do­ku­men­ty. Wpi­su­ją do re­je­stru, plom­bu­ją, za­sta­na­wia­ją się, co ro­bić da­lej. Trze­ba za­wia­do­mić klien­tów, inni ad­wo­ka­ci przej­mą ich spra­wy. Kan­ce­la­ria Tor­stens­so­na w za­sa­dzie prze­sta­ła ist­nieć.

– Mu­si­my, rzecz ja­sna, mieć do­stęp do do­ku­men­tów – oświad­czył Wal­lan­der. – Kto wie, czy praw­dy o tym, co się wy­da­rzy­ło, nie na­le­ży szu­kać wśród ich klien­tów.

Sved­berg zmarsz­czył czo­ło i spoj­rzał py­ta­ją­co na Wal­lan­de­ra.

– Ich? – za­py­tał zdzi­wio­ny. – Masz chy­ba na my­śli Ste­na Tor­stens­so­na? Oj­ciec się prze­cież za­bił na dro­dze?

Wal­lan­der po­ki­wał gło­wą.

– Masz ra­cję – po­pra­wił się. – Mia­łem oczy­wi­ście na my­śli klien­tów Ste­na Tor­stens­so­na.

– Wła­ści­wie szko­da, że nie jest na od­wrót – po­wie­dział Sved­berg.

Wal­lan­der za­mie­rzał zi­gno­ro­wać uwa­gę Sved­ber­ga, ale rap­tem do­tar­ło do nie­go jej zna­cze­nie.

– Dla­cze­go? – za­py­tał zdzi­wio­ny.

– Wy­glą­da na to, że sta­ry Tor­stens­son miał bar­dzo nie­wie­lu klien­tów – od­parł Sved­berg. – Pod­czas gdy Sten Tor­stens­son pro­wa­dził bar­dzo dużo spraw.

Sved­berg wska­zał ru­chem gło­wy po­kój ze­brań.

– Twier­dzą, że będą po­trze­bo­wa­li po­nad ty­dzień, żeby się z tym upo­rać – wy­ja­śnił.

– W ta­kim ra­zie nie będę im te­raz prze­szka­dzał – po­wie­dział Wal­lan­der. – Po­roz­ma­wiam ra­czej z pa­nią Du­nér.

– Chcesz, że­bym z tobą po­je­chał? – za­ofia­ro­wał się Sved­berg.

– Nie trze­ba – od­parł Wal­lan­der. – Wiem, gdzie miesz­ka.

Wsiadł do sa­mo­cho­du i za­pu­ścił mo­tor. Czuł się nie­pew­ny i za­gu­bio­ny. Po chwi­li zmu­sił się do pod­ję­cia de­cy­zji. Za­cznie od koń­ca, któ­ry zna tyl­ko on. Tego koń­ca, któ­ry za­su­ge­ro­wał mu Sten Tor­stens­son przy oka­zji wi­zy­ty w Ska­gen.

Musi ist­nieć ja­kiś zwią­zek, my­ślał, ja­dąc po­wo­li na wschód. Mi­nął bu­dy­nek sądu, Sand­sko­gen i po chwi­li wy­je­chał z mia­sta. Mię­dzy pierw­szą a dru­gą śmier­cią. Wszyst­ko inne nie ma sen­su.

Pa­trzył na sza­ry kra­jo­braz za bocz­ną szy­bą. Za­czę­ła sią­pić drob­na mżaw­ka. Pod­krę­cił ogrze­wa­nie.

Jak moż­na ko­chać to bło­to, my­ślał. A jed­nak. Je­stem po­li­cjan­tem i wszę­dzie, gdzie­kol­wiek się ru­szę, jest bło­to. A mimo wszyst­ko nie za­mie­nił­bym tego ży­cia na żad­ne inne.

Re­dak­cja: Elż­bie­ta Raw­ska Ko­rek­ta: Mag­da­le­na Sta­jew­ska, Anna Heg­man

Re­dak­cja tech­nicz­na: Ur­szu­la Zię­tek

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Alek Ra­dom­ski, na pod­sta­wie kon­cep­cji gra­ficz­nej Mar­ka Go­ebla

Na I stro­nie okład­ki wy­ko­rzy­sta­no frag­ment ob­ra­zu olej­ne­go Jean Etien­ne’a Lio­tar­da Au­to­por­tra­it albo Lio­tard riant, ok. 1770-73,

© Mu­see d’Art et d’Hi­sto­ire, Ge­ne­va, Swit­zer­land / Lau­ros / Gi­rau­don/ The Brid­ge­man Art Li­bra­ry

Fo­to­gra­fia au­to­ra: © Ber­nard Osser

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-502 War­sza­wa, ul. Ło­wic­ka 31

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

Skład i ła­ma­nie: Kom­pu­te­ro­we Usłu­gi Po­li­gra­ficz­ne

Pia­secz­no, Żół­kiew­skie­go 7

ISBN 978-83-7414-291-5

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.