Matka mojej córki - Magdalena Majcher

Matka mojej córki

0,0

Piękna opowieść o obezwładniającej sile więzi matki i dziecka, potężniejszej od rodzinnych tajemnic i powtarzanych latami kłamstw. Nina w wieku szesnastu lat przeżyła pierwszą miłość i zaszła w ciążę. Teraz niechętnie przyjeżdża do rodzinnej Czeladzi. Życie zmusza ją jednak do porzucenia kariery w bankowości i powrotu do domu. Musi uporać się nie tylko ze śmiercią ojca, ale również z własną przeszłością Czy Nina znajdzie w sobie odwagę, by stanąć oko w oko z prawdą? Czy będzie potrafiła naprawić błędy przeszłości i stać się matką dla swojego dziecka?

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Moim wspa­nia­łym czy­tel­nicz­kom – w po­dzię­ko­wa­niu za to, że są i nie­cier­pli­wie cze­ka­ją na każ­dą ko­lej­ną po­wieść

Rozdział 1

Teraz

NINA ZAKLĘŁA SIARCZYŚCIE I MOCNIEJ WDEPNĘŁA PEDAŁ GAZU. Prze­mknę­ła na póź­nym po­ma­rań­czo­wym, roz­glą­da­jąc się nie­pew­nie, czy na skrzy­żo­wa­nie nie wjeż­dża już inny po­jazd. Po­ko­ny­wa­ła tę dro­gę każ­de­go dnia, wie­dzia­ła, że świa­tła zmie­nia­ją się bły­ska­wicz­nie i na tym od­cin­ku ła­two o ko­li­zję. Na szczę­ście do pra­cy do­je­cha­ła cała i zdro­wa, cho­ciaż zła­ma­ła całe mnó­stwo prze­pi­sów.

– Co to za cho­ry po­mysł, żeby kon­tro­lo­wać od­dział od razu po świę­tach? – mruk­nę­ła pod no­sem, wy­sia­da­jąc z sa­mo­cho­du.

Kie­dy za­dzwo­ni­ły do niej dziew­czy­ny z ob­słu­gi, wła­śnie wy­cho­dzi­ła z miesz­ka­nia. In­for­ma­cja o wi­zy­cie dy­rek­tor re­gio­nal­nej wy­trą­ci­ła ją z rów­no­wa­gi. Nie lu­bi­ła być za­ska­ki­wa­na przez Dag­ma­rę, któ­ra za­zwy­czaj za­po­wia­da­ła swój przy­jazd, ale naj­wy­raź­niej tym ra­zem po­sta­no­wi­ła zmie­nić na­wy­ki. Zro­bi­ła to w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie. Nina od trzech lat pra­co­wa­ła na sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra od­dzia­łu zna­ne­go ban­ku, a swo­je spóź­nie­nia mo­gła­by po­li­czyć na pal­cach jed­nej ręki. Z na­tu­ry była su­mien­na i obo­wiąz­ko­wa, jed­nak po­przed­nie­go wie­czo­ru póź­no wró­ci­ła do domu. Pla­no­wa­ła wy­je­chać od ro­dzi­ców w pierw­szy dzień świąt, by unik­nąć kor­ków, jed­nak oj­ciec po­pro­sił, aby jesz­cze zo­sta­ła. Tata był jed­ną z nie­licz­nych osób, któ­rym po pro­stu nie po­tra­fi­ła od­mó­wić.

Tego roku Wi­gi­lia wy­pa­da­ła w so­bo­tę, a we wto­rek wszy­scy wra­ca­li już do pra­cy, wście­kli, że week­end zo­stał prze­dłu­żo­ny tyl­ko o je­den dzień. W po­nie­dzia­łek dro­gi się za­peł­ni­ły, w do­dat­ku na A4 zda­rzył się po­twor­ny wy­pa­dek i Nina spę­dzi­ła pra­wie trzy go­dzi­ny w kor­ku. Po­ło­ży­ła się spać do­pie­ro po pierw­szej, a rano naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie usły­sza­ła bu­dzi­ka.

Wpa­dła do od­dzia­łu jak bu­rza. Rzu­ci­ła po­spiesz­ne spoj­rze­nie w stro­nę swo­ich pra­cow­nic i znik­nę­ła na za­ple­czu, gdzie mia­ła ga­bi­net – Dag­ma­ra już zdą­ży­ła się w nim roz­go­ścić. Uśmiech­nę­ła się fał­szy­wie na wi­dok Niny i ge­stem wska­za­ła jej fo­tel na­prze­ciw­ko. Zu­peł­nie, jak­by była u sie­bie.

– Cześć. – Nina gło­śno prze­łknę­ła śli­nę. – Nie wie­dzia­łam, że nas dzi­siaj od­wie­dzisz. Na­pi­jesz się cze­goś? Kawy, her­ba­ty? – za­py­ta­ła, zdej­mu­jąc płaszcz.

– Two­je pra­cow­ni­ce już mnie po­czę­sto­wa­ły – od­par­ła wy­mi­ja­ją­co Dag­ma­ra.

Nina od­wie­si­ła płaszcz na wie­szak i zmie­ni­ła ko­za­ki na czar­ne buty na ni­skim słup­ku. Szyb­ko spoj­rza­ła w lu­stro, scho­wa­ła za ucho ko­smyk wło­sów i usia­dła przy biur­ku, wpa­tru­jąc się w prze­ło­żo­ną.

– Prze­pra­szam za spóź­nie­nie – bąk­nę­ła. – Za­zwy­czaj otwie­ram od­dział wraz z dziew­czy­na­mi, ale wczo­raj wró­ci­łam póź­no do domu i…

– W po­rząd­ku – prze­rwa­ła jej Dag­ma­ra znie­cier­pli­wio­na. – Każ­de­mu może się zda­rzyć, na­wet to­bie.

Czyż­by kró­lo­wa lodu ujaw­nia­ła ludz­kie ob­li­cze?

Nina za­chę­ci­ła ją ge­stem, aby kon­ty­nu­owa­ła. Jak się oka­za­ło, bez­błęd­nie prze­wi­dzia­ła po­wód nie­spo­dzie­wa­nej wi­zy­ty.

– Mar­twią mnie wa­sze wy­ni­ki. – Przez gło­wę Niny prze­mknę­ła myśl, że re­gio­nal­na każ­dą roz­mo­wę za­czy­na w ten sam spo­sób. „Mar­twią mnie wa­sze wy­ni­ki”. No tak, w su­mie to sta­no­wi­ło jej je­dy­ne zmar­twie­nie – pil­no­wa­nie, aby licz­by w ta­bel­kach się zga­dza­ły. Och, i jesz­cze zgar­nia­nie pre­mii za wy­ro­bie­nie pla­nów sprze­da­żo­wych przez „jej” od­dzia­ły. Nina była w sta­łym kon­tak­cie z in­ny­mi dy­rek­tor­ka­mi, wie­dzia­ła, że pro­wa­dzo­na przez nią pla­ców­ka nie była je­dy­ną, któ­ra nie re­ali­zo­wa­ła za­ło­żo­nych ce­lów, gdyż były po pro­stu nie­re­al­ne. Tego jed­nak nie mo­gła po­wie­dzieć Dag­ma­rze. Wszy­scy o tym wie­dzie­li, ale nikt nic nie mó­wił gło­śno. Przy­naj­mniej nie ofi­cjal­nie.

– Zo­sta­ły nam jesz­cze czte­ry dni do koń­ca mie­sią­ca, damy radę – za­pew­ni­ła Nina. Wie­dzia­ła, że wła­śnie to Dag­ma­ra chce usły­szeć. Z tego, dla­cze­go mimo wszyst­ko nie zre­ali­zo­wa­ła pla­nu, bę­dzie się tłu­ma­czyć w pią­tek. Tym­cza­sem mia­ła przed sobą czte­ry dni względ­ne­go spo­ko­ju.

– Spo­dzie­wa­łam się, że w grud­niu do­pnie­cie plan. Lu­dzie po­trze­bo­wa­li prze­cież do­dat­ko­wej go­tów­ki na świę­ta.

Taaa – po­my­śla­ła Nina. – Szcze­gól­nie za­dłu­żo­ne sta­ro­win­ki, bez naj­mniej­szej zdol­no­ści kre­dy­to­wej.

– Dag­ma­ro – za­czę­ła ofi­cjal­nie. – Mogę cię za­pew­nić, że moi pra­cow­ni­cy ro­bią, co mogą, aby zre­ali­zo­wać in­dy­wi­du­al­ne i gru­po­we pla­ny sprze­da­żo­we. Każ­de­go dnia dzwo­ni­my do klien­tów z na­szej bazy, za­pra­sza­my ich do od­dzia­łu, we­ry­fi­ku­je­my zdol­ność kre­dy­to­wą, wy­sy­ła­my za­py­ta­nia do BIK-u…

Dag­ma­ra ob­ró­ci­ła w stro­nę pod­wład­nej swo­je­go lap­to­pa, ge­stem wska­zu­jąc na licz­by w ta­bel­ce.

– Zo­bacz sama, jak nie­wie­le wnio­sków kre­dy­to­wych wpły­nę­ło w tym mie­sią­cu z wa­sze­go od­dzia­łu.

Nina uda­ła, że wpa­tru­je się w ze­sta­wie­nie, cho­ciaż zna­ła je na pa­mięć. Spę­dza­ło jej sen z po­wiek każ­dej nocy, kie­dy za­sta­na­wia­ła się, skąd wziąć klien­tów i czy­je zo­bo­wią­za­nia mo­gła­by jesz­cze skon­so­li­do­wać, aby zre­ali­zo­wać cho­ciaż te bez­piecz­ne sie­dem­dzie­siąt pięć pro­cent pla­nu.

– Więk­szość klien­tów nie ma zdol­no­ści kre­dy­to­wej. Mają opóź­nie­nia w BIK-u, do cze­go sami otwar­cie się przy­zna­ją. Po co mamy wy­sy­łać wnio­ski, je­śli je­ste­śmy pew­ni, że sys­tem nie prze­pu­ści ich do we­ry­fi­ka­cji ana­li­ty­ka? Tyl­ko po to, aby licz­by w ta­be­li się zga­dza­ły? – Wbi­ła twar­de spoj­rze­nie w Dag­ma­rę. Nie po­tra­fi­ła okre­ślić, ja­kie emo­cje wzbu­dza w niej prze­ło­żo­na. Po­dej­rze­wa­ła, że gdy­by spo­tka­ły się w in­nych oko­licz­no­ściach, mo­gły­by się za­przy­jaź­nić, a na pew­no szyb­ko zna­la­zły­by wspól­ny ję­zyk. Były bar­dzo po­dob­ne, i to sta­no­wi­ło głów­ny pro­blem Niny. Dag­ma­ra na ban­ko­wo­ści i ob­słu­dze klien­ta zja­dła zęby. Nie ku­po­wa­ła męt­ne­go tłu­ma­cze­nia.

– Ta­kie kity mogą ci wci­skać two­je pra­cow­ni­ce. Chy­ba wiesz, co sta­no­wi roz­wią­za­nie wszyst­kich pro­ble­mów, o któ­rych wspo­mi­nasz?

Nina opar­ła się wy­god­nie i wes­tchnę­ła gło­śno.

– Ow­szem – po­twier­dzi­ła. – Zin­ten­sy­fi­ko­wa­ne dzia­ła­nia mar­ke­tin­go­we na ze­wnątrz od­dzia­łu.

– Otóż to. Wy­ślij któ­rąś z dziew­czyn z ulot­ka­mi – za­su­ge­ro­wa­ła Dag­ma­ra.

– Oczy­wi­ście. Jesz­cze dziś to zro­bię – zgo­dzi­ła się po­tul­nie Nina, cho­ciaż wie­dzia­ła, że sło­wa nie do­trzy­ma. Sza­no­wa­ła zdro­wie swo­ich pra­cow­ni­ków. Cho­ry eta­to­wiec to same pro­ble­my. Char­ka, kasz­le i ki­cha, znie­chę­ca­jąc klien­tów, a na do­da­tek spa­da jego wy­daj­ność. Nie­któ­rzy są tacy bez­czel­ni, że w naj­go­ręt­szym okre­sie sprze­da­żo­wym mają czel­ność przed­sta­wić sto­sow­ny do­ku­ment i udać się na zwol­nie­nie le­kar­skie. Nie, nie, nie. Poza tym… no cóż, roz­no­sze­nie ulo­tek przy­no­si­ło być może za­mie­rzo­ny sku­tek dzie­sięć lat temu. Te­raz, na­wet je­śli uda­wa­ło się wci­snąć bro­szur­kę do ręki znie­cier­pli­wio­ne­mu prze­cho­dnio­wi, to kil­ka me­trów da­lej wy­rzu­cał ją do ko­sza.

Ode­tchnę­ła z ulgą, bo wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że Dag­ma­ra za­czę­ła się zbie­rać do wyj­ścia. Wy­łą­czy­ła lap­to­pa i scho­wa­ła go do tor­by, po czym wsta­ła i po­pra­wi­ła ma­ki­jaż przed lu­strem. Nina czuj­nie ob­ser­wo­wa­ła każ­dy jej krok, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z prze­ło­żo­nej.

– Zaj­rzę do was po No­wym Roku – ode­zwa­ła się w koń­cu Dag­ma­ra. – Tym­cza­sem je­ste­śmy w kon­tak­cie te­le­fo­nicz­nym. Li­czę na do­bre wia­do­mo­ści.

– Oczy­wi­ście. – Nina ener­gicz­nie wsta­ła zza biur­ka, aby od­pro­wa­dzić dy­rek­tor re­gio­nal­ną do wyj­ścia. – Za­pra­sza­my po­now­nie. Bę­dzie nam bar­dzo miło go­ścić cię w na­szym od­dzia­le.

Dag­ma­ra po­sła­ła jej spoj­rze­nie jed­no­znacz­nie mó­wią­ce, że wie, iż wca­le a wca­le pra­cow­ni­kom od­dzia­łu nie bę­dzie miło, kie­dy ich od­wie­dzi, ale nic nie po­wie­dzia­ła. Po­że­gna­ła się tyl­ko z Niną, nie za­szczy­ca­jąc ko­biet z ob­słu­gi na­wet zwy­kłym „do wi­dze­nia”. Kie­dy za­mknę­ły się za nią drzwi, Nina ode­tchnę­ła z ulgą i po­bie­gła w stro­nę swo­je­go ga­bi­ne­tu, aby wy­ko­nać kil­ka waż­nych te­le­fo­nów. Dy­rek­tor­ki pla­có­wek pod­le­głych Kow­nac­kiej mia­ły nie­pi­sa­ną za­sa­dę in­for­mo­wa­nia się o wi­zy­tach re­gio­nal­nej. Bar­dzo moż­li­we, że Dag­ma­ra wła­śnie zmie­rza­ła w stro­nę in­ne­go wro­cław­skie­go od­dzia­łu, a w po­bli­żu le­ża­ły jesz­cze Ole­śni­ca i Oła­wa, dla­te­go Nina po­sta­no­wi­ła za­wia­do­mić ko­le­żan­ki z tam­tej­szych pla­có­wek w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Po wy­ko­na­niu te­le­fo­nów mu­sia­ła we­zwać do sie­bie pra­cow­ni­ce. Cze­ka­ła ją se­ria roz­mów. Cóż, tak to funk­cjo­no­wa­ło: ona tłu­ma­czy­ła się przed Dag­ma­rą, a dziew­czy­ny – przed nią. Po każ­dej wi­zy­cie dy­rek­tor re­gio­nal­nej Nina mia­ła obo­wią­zek prze­pro­wa­dze­nia in­dy­wi­du­al­nych roz­mów z do­rad­ca­mi klien­ta i wy­pra­co­wa­nia bar­dziej efek­tyw­ne­go sys­te­mu pra­cy.

Wes­tchnę­ła gło­śno i po­pro­si­ła pierw­szą oso­bę.

Sama już nie wie­dzia­ła, czy lubi tę pra­cę. Gdy­by kil­ka lat temu ktoś ją spy­tał, gdzie wi­dzi sie­bie w przy­szło­ści, z pew­no­ścią od­po­wie­dzia­ła­by, że na fo­te­lu dy­rek­to­ra od­dzia­łu, ale te­raz nie była taka pew­na, jak dłu­go wy­trzy­ma. I wca­le nie cho­dzi­ło o to, że oba­wia­ła się zwol­nie­nia. Wpraw­dzie Dag­ma­ra co ja­kiś czas stra­szy­ła zmia­na­mi na sta­no­wi­skach dy­rek­tor­skich, ale Nina wie­dzia­ła, że to tyl­ko czcze ga­da­nie, któ­re mia­ło zmo­ty­wo­wać ze­spół do re­ali­za­cji pla­nów sprze­da­żo­wych. Mu­sie­li­by wy­mie­nić całą ka­drę, co i tak nie przy­nio­sło­by za­mie­rzo­ne­go efek­tu. Cele były moc­no za­wy­żo­ne i – jak zdą­ży­ła się zo­rien­to­wać – tyl­ko nie­wiel­ki pro­cent pla­có­wek w Pol­sce je osią­gał. Zresz­tą pro­blem do­ty­czył nie tyl­ko ban­ku, w któ­rym Nina pra­co­wa­ła, a zja­wi­sko nie­moż­li­wych do zre­ali­zo­wa­nia pla­nów sprze­da­żo­wych zy­ska­ło już w ban­ko­wo­ści sta­tus le­gen­dy. Czło­wiek był coś wart tyl­ko wte­dy, gdy ta­bel­ka przy jego na­zwi­sku nie pod­świe­tla­ła się na czer­wo­no.

Z dru­giej stro­ny pra­ca na sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra od­dzia­łu jed­ne­go z naj­więk­szych ban­ków w Pol­sce była moc­no ab­sor­bu­ją­ca, co sta­no­wi­ło spo­ry atut. Nina zwa­rio­wa­ła­by, gdy­by mia­ła zbyt dużo cza­su wol­ne­go. Nie daj Bóg, za­czę­ła­by roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość. Nie, nie, nie i jesz­cze raz nie. Zde­cy­do­wa­nie bez­piecz­niej jest, gdy pew­ne spra­wy na­dal po­kry­wa kurz, któ­re­go w cią­gu kil­ku­na­stu lat uzbie­ra­ło się prze­cież nie­ma­ło.

Cze­ka­ła na pierw­szą pra­cow­ni­cę, Edy­tę, któ­ra była za­trud­nio­na w od­dzia­le od sze­ściu mie­się­cy i zdą­ży­ła już po­znać spe­cy­fi­kę tej pra­cy, za­sta­na­wia­jąc się, co wła­ści­wie my­ślą o niej dziew­czy­ny z ob­słu­gi. Ni­g­dy nie przy­wią­zy­wa­ła szcze­gól­nej wagi do opi­nii in­nych lu­dzi, a te­raz na­szła ją taka re­flek­sja. Czy plot­ku­ją za jej ple­ca­mi? A może żalą się na nią przed swo­imi mę­ża­mi, part­ne­ra­mi?

– Wzy­wa­ła mnie pani – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło Edy­ta, ścią­ga­jąc jej my­śli z po­wro­tem na zie­mię.

Nina smut­no po­ki­wa­ła gło­wą, za­chę­ca­jąc ge­stem, aby za­mknę­ła drzwi i usia­dła. Mo­gło się wy­da­wać, że Ry­dlew­ska na dy­rek­tor­skim sta­no­wi­sku czu­je się jak ryba w wo­dzie, a jed­nak źle zno­si­ła te chwi­le, kie­dy mu­sia­ła usiąść ze swo­imi pra­cow­ni­ca­mi i zdro­wo je ob­sztor­co­wać, cho­ciaż ni­g­dy nie da­ła­by tego po so­bie po­znać. Uwa­ża­ła, że w re­la­cjach z pod­wład­ny­mi wska­za­ny jest zdro­wy dy­stans.

– Co pani zro­bi­ła w tym mie­sią­cu, aby osią­gnąć swój cel sprze­da­żo­wy? – za­py­ta­ła zde­cy­do­wa­nie. – Chcia­ła­bym za­uwa­żyć, że w grud­niu cały od­dział miał niż­szą kwo­tę do wy­pra­co­wa­nia. Czy za­tem plan nie po­wi­nien zo­stać zre­ali­zo­wa­ny jesz­cze przed świę­ta­mi? Zo­sta­ły nam tyl­ko czte­ry dni i za­czy­na się ro­bić ner­wo­wo.

– No… To ja dzi­siaj po­dzwo­nię do mo­ich klien­tów z bazy.

Dzień mi­nął Ni­nie na tego typu roz­mo­wach. Kie­dy o szes­na­stej trzy­dzie­ści przy­stą­pi­ła do spo­rzą­dza­nia ra­por­tu dla Dag­ma­ry, chcia­ło jej się wyć. Wpraw­dzie pra­cow­ni­ce pro­po­no­wa­ły kon­so­li­da­cję obec­nych zo­bo­wią­zań i do­bra­nie go­tów­ki nie­mal wszyst­kim klien­tom, któ­rzy prze­wi­nę­li się przez od­dział – na­wet wła­ści­cie­lom lo­kat, któ­rzy prze­cież po­sia­da­li oszczęd­no­ści i nie mu­sie­li się ra­to­wać kre­dy­ta­mi, co zresz­tą roz­wście­czy­ło Ninę – jed­nak nie uda­ło się zło­żyć choć­by jed­ne­go wnio­sku kre­dy­to­we­go.

– Zwa­riu­ję – po­wie­dzia­ła do sie­bie, otwie­ra­jąc plik z mie­sięcz­nym ze­sta­wie­niem sprze­da­ży. Od­czu­wa­ła trud­ną do po­skro­mie­nia ocho­tę, aby za­miast za­łącz­ni­ka w po­sta­ci ta­be­li wy­słać do Dag­ma­ry po pro­stu e-ma­ila o tre­ści „Wiel­kie, kur­wa, zero”, ale osta­tecz­nie tego nie zro­bi­ła.

Punk­tu­al­nie o sie­dem­na­stej wy­szła z pra­cy, po­zo­sta­wia­jąc pra­cow­ni­com za­mknię­cie od­dzia­łu. Wie­dzia­ła, że na­le­ży do nie­licz­nej gru­py dy­rek­to­rów, któ­rzy w swo­ich pla­ców­kach spę­dza­ją bite osiem go­dzin dzien­nie, jed­nak wbrew po­zo­rom nie po­stę­po­wa­ła tak z po­wo­du pra­co­ho­li­zmu. Po pro­stu nie lu­bi­ła zbyt dłu­go prze­by­wać sama w cze­rech ścia­nach wła­sne­go miesz­ka­nia. Na­wet nie po­dej­mo­wa­ła prób zbu­do­wa­nia trwa­łych re­la­cji. Wie­dzia­ła, że z tak po­plą­ta­ną prze­szło­ścią nie stwo­rzy uda­ne­go związ­ku z męż­czy­zną, dla­te­go wo­la­ła ich uni­kać. Po­trze­by sek­su­al­ne? Do ich za­spo­ko­je­nia chęt­nych aku­rat nie bra­ko­wa­ło. Uwa­ża­ła, że ła­twiej dziś po­znać ko­goś na szyb­ki nu­me­rek niż na całe ży­cie.

Od­szu­ka­ła wzro­kiem na par­kin­gu swo­je­go nis­sa­na mi­crę i wy­ję­ła z to­reb­ki klu­czy­ki. Kil­ka mi­nut póź­niej pę­dzi­ła już w stro­nę Ga­jo­wej, gdzie mie­ścił się ga­bi­net ko­sme­tycz­ny. Może sło­wo „pę­dzi­ła” było lek­ką prze­sa­dą, gdy mia­ło się na my­śli prze­jazd przez Wro­cław po sie­dem­na­stej, kie­dy więk­szość miesz­kań­ców wła­śnie wra­ca z pra­cy, ale zde­cy­do­wa­nie pa­so­wa­ło do sty­lu jaz­dy Niny.

Uwiel­bia­ła szyb­ko jeź­dzić, a zgrab­na i ko­bie­ca mi­cra ide­al­nie się do tego nada­wa­ła, gdyż na­wet w kor­kach umoż­li­wia­ła wci­śnię­cie się w wol­ną prze­strzeń i zwin­ne omi­nię­cie prze­mie­rza­ją­cych cen­trum mia­sta SUV-ów i se­da­nów.

Na miej­scu cze­ka­ła ją nie­przy­jem­na nie­spo­dzian­ka. Oka­za­ło się, że ko­sme­to­log, do któ­rej była za­pi­sa­na, prze­dłu­ży­ła so­bie świą­tecz­ny urlop, a Nina zo­sta­ła z au­to­ma­tu prze­pi­sa­na do in­nej spe­cja­list­ki, za któ­rą, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie prze­pa­da­ła. Po­dej­rze­wa­ła, że pod­czas za­bie­gu mi­kro­der­ma­bra­zji zo­sta­nie zbom­bar­do­wa­na nie­wy­obra­żal­ną licz­bą ni­ko­mu nie­po­trzeb­nych in­for­ma­cji w sty­lu „Bo mój chło­pak to bar­dzo nie lubi, kie­dy ja pro­wa­dzę sa­mo­chód, a moja mama go­tu­je prze­pysz­ną po­mi­do­ro­wą” – i nie po­my­li­ła się. Za­wsze za­pi­sy­wa­ła się do pani Aga­ty, gdyż mo­gła li­czyć na dys­kre­cję i pro­fe­sjo­nal­ną ob­słu­gę, bez traj­ko­ta­nia o głu­po­tach. Nie mia­ła po­ję­cia, dla­cze­go więk­szość ko­sme­ty­czek jest prze­ko­na­na, że trze­ba za­ga­dy­wać klient­kę pod­czas za­bie­gu. Li­to­ści! Dla Niny był to czas na od­prę­że­nie i zre­lak­so­wa­nie się. Mia­ła dość po ca­łym dniu pra­cy, po­trze­bo­wa­ła ci­szy.

– A na syl­we­stra gdzie się pani wy­bie­ra? – Ko­sme­tycz­ka nie od­pusz­cza­ła. Nina wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, co dla tam­tej oka­za­ło się za­chę­tą do dal­sze­go mo­no­lo­gu. – Bo my z moim chło­pa­kiem idzie­my do zna­jo­mych. Wie pani, za­sta­na­wia­li­śmy się nad ja­kimś klu­bem, ale tyle so­bie te­raz li­czą za samo wej­ście, że mu­sie­li­by­śmy tam po­ło­wę wy­pła­ty zo­sta­wić!

– Mhm.

– A na świę­tach gdzie pani była?

A na wa­ka­cjach? A na obo­zie w li­ceum? A na zie­lo­nej szko­le?

– U ro­dzi­ców – ucię­ła dys­ku­sję, li­cząc na­iw­nie, że ko­sme­tycz­ka zaj­mie się pra­cą i za­prze­sta­nie usil­nych prób za­ję­cia jej roz­mo­wą.

– Tu­taj, we Wro­cła­wiu?

– Nie.

– Czy­li pani nie po­cho­dzi z Wro­cła­wia?

– Naj­wy­raź­niej.

– A skąd?

Nina wes­tchnę­ła osten­ta­cyj­nie, ma­jąc na­dzie­ję, że ko­bie­ta w koń­cu się do­my­śli, że ją iry­tu­je, ale chy­ba nie mo­gła na to li­czyć.

– Z Cze­la­dzi.

– O, a gdzie to? – Za­in­te­re­so­wa­ła się tam­ta, przy­kła­da­jąc gło­wi­cę urzą­dze­nia do twa­rzy Niny.

– Koło So­snow­ca.

– Na Ślą­sku, tak?

Nina, jako ro­do­wi­ta Za­głę­bian­ka, zi­ry­to­wa­ła się nie na żar­ty. Jed­nak po­zo­sta­ły w niej reszt­ki pa­trio­ty­zmu lo­kal­ne­go.

– Żad­ne z tych miast nie leży na Ślą­sku, a Cze­ladź jest naj­star­szym mia­stem Za­głę­bia Dą­brow­skie­go.

Bez­par­do­no­we wy­tknię­cie nie­wie­dzy chy­ba za­bo­la­ło ko­sme­tycz­kę, gdyż wresz­cie prze­sta­ła traj­ko­tać. Nina nie za­mie­rza­ła przy­wią­zy­wać więk­szej uwa­gi do tych fo­chów. Nie pła­ci za to, żeby pra­cow­ni­ca sa­lo­nu ko­sme­tycz­ne­go za­mę­cza­ła ją ga­da­ni­ną, tyl­ko za fa­cho­we wy­ko­na­nie usłu­gi. W koń­cu mo­gła się od­prę­żyć, cho­ciaż py­ta­nie o świę­ta nie­co wy­trą­ci­ło ją z rów­no­wa­gi.

Choć od ro­dzin­ne­go mia­sta dzie­li­ła ją od­le­głość dwu­stu ki­lo­me­trów, któ­rą przy do­brych wia­trach mo­gła po­ko­nać w cią­gu dwóch go­dzin, nie­chęt­nie jeź­dzi­ła do domu. Praw­dę mó­wiąc, od­wie­dza­ła naj­bliż­szych tyl­ko dwa razy w roku: na Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia i w rocz­ni­cę ślu­bu ro­dzi­ców, któ­ra za­wsze była oka­zją do świę­to­wa­nia – mat­ka z oj­cem rok­rocz­nie wy­pra­wia­li wy­staw­ne przy­ję­cie. Nina nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że jest w tym coś wy­jąt­ko­we­go, może na­wet pięk­ne­go, ale nie lu­bi­ła tego cyr­ku. W ten dzień zjeż­dża­ły się wszyst­kie ciot­ki i po­ciot­ki, sku­tecz­nie wpra­wia­jąc ją w za­że­no­wa­nie.

– Kie­dy w koń­cu się ustat­ku­jesz? Mat­kę do gro­bu wpę­dzisz tą swo­ją nie­za­leż­no­ścią! Kto to wi­dział, żeby ko­bie­ta w two­im wie­ku nie mia­ła męża, dzie­ci?

Nina zno­si­ła te uszczy­pli­we uwa­gi z twa­rzą po­ke­rzy­sty i obo­wiąz­ko­wym sztucz­nym uśmie­chem, ale w koń­cu nie wy­trzy­ma­ła i dwa lata temu na py­ta­nie „Kie­dy ślub?” od­pa­ro­wa­ła:

– My­ślę, że prę­dzej niż na moim ślu­bie w po­dob­nym gro­nie spo­tka­my się na cio­ci po­grze­bie.

Za­pa­dła ci­sza, ktoś ner­wo­wo za­chi­cho­tał, a ciot­ka par­sk­nę­ła obu­rzo­na:

– Pa­trz­cie ją, jaka bez­czel­na!

Od tego cza­su mia­ła względ­ny spo­kój. Dal­sza ro­dzi­na wie­dzia­ła, że le­piej nie po­ru­szać draż­li­we­go te­ma­tu.

W świę­ta było ina­czej. Zu­peł­nie ina­czej. Tyl­ko ona, ro­dzi­ce i sio­stra. Wpraw­dzie ro­dzin­ny dom nie na­le­żał do ma­łych, ale Nina mia­ła wra­że­nie, że nie ma się gdzie scho­wać przed na­tar­czy­wy­mi spoj­rze­nia­mi naj­bliż­szych, a zwłasz­cza sio­stry.

Iga. To osob­na hi­sto­ria. Nina przy­pa­try­wa­ła się dziew­czy­nie z lek­kim nie­do­wie­rza­niem. Sta­ra­ła się od­ga­niać od sie­bie na­tręt­ne my­śli, ale one wra­ca­ły. Iga prze­mie­nia­ła się z dziec­ka w ko­bie­tę. W przy­szłym roku skoń­czy szes­na­ście lat. Nina ob­ser­wo­wa­ła sio­strę i my­śla­ła, że gdy­by wszyst­ko po­to­czy­ło się ina­czej, mo­gła­by mieć te­raz cór­kę w tym wie­ku. Jak wy­glą­da­ła­by jej re­la­cja z do­ra­sta­ją­cym dziec­kiem? Jak po­to­czy­ło­by się jej ży­cie, gdy­by wte­dy pod­ję­ła inną de­cy­zję?

Tego roku tata, jak za­wsze, za­ini­cjo­wał ła­ma­nie się opłat­kiem. Nie na­le­żał do zbyt wy­lew­nych osób, dla­te­go po­wie­dział tyl­ko:

– Ży­czę wam, moje pa­nie, wszyst­kim ra­zem i każ­dej z osob­na, aby speł­ni­ły się wa­sze ma­rze­nia i… żeby no, zdro­wie do­pi­sy­wa­ło!

Mat­ka zwie­si­ła smut­no gło­wę, a Nina wy­cią­gnę­ła w stro­nę ojca opła­tek.

– Tato, to­bie też ży­czę przede wszyst­kim zdro­wia i sa­mych suk­ce­sów w pra­cy. Żyj nam, ko­cha­ny, sto lat! – Uśmiech­nę­ła się szcze­rze. Oj­ciec, jako je­dy­ny w ro­dzi­nie, nie bu­dził w niej am­bi­wa­lent­nych uczuć. – Z ca­łe­go ser­ca ży­czę ci rów­nież speł­nie­nia ma­rzeń i sa­tys­fak­cji z sie­bie, z żony, no i ze mnie, i z Igi…

Ni­g­dy nie po­tra­fi­ła skła­dać ży­czeń. Wie­dzia­ła, cze­go sama mo­gła­by so­bie ży­czyć, jed­nak nie zna­ła naj­bliż­szych na tyle, by mieć choć­by bla­de po­ję­cie o ich pla­nach i ma­rze­niach. Kie­dyś my­śla­ła, że może war­to to na­pra­wić, spró­bo­wać na nowo zbli­żyć się do ro­dzi­ny, ale z cza­sem zmie­ni­ła zda­nie. W swo­im szczel­nym ko­ko­nie czu­ła się po pro­stu bez­piecz­nie. Nie mu­sia­ła ob­na­żać naj­głę­biej skry­wa­nych uczuć i prze­my­śleń. Uzna­ła, że jest do­brze tak, jak jest, i nie na­le­ży tego zmie­niać.

Po­de­szła do Igi i obie­ca­ła so­bie w my­ślach, że po ko­la­cji usią­dzie z sio­strą i po­sta­ra się z nią szcze­rze po­roz­ma­wiać. Cho­ciaż spró­bu­je ją po­znać. Kie­dy się po raz pierw­szy za­ko­cha­ła, była nie­wie­le star­sza od niej. Pa­mię­ta­ła, że wów­czas bar­dzo chcia­ła mieć ko­goś, kto jej wy­słu­cha i do­ra­dzi. Star­sza sio­stra wy­da­wa­ła się ide­al­na do tego za­da­nia.

Może Iga też spo­tka­ła już wy­jąt­ko­we­go chło­pa­ka i szyb­ciej za­bi­ło jej ser­ce? Kto wie?

– Ależ ty wy­ro­słaś! A ja wciąż cię pa­mię­tam jako ma­łe­go ber­be­cia! – za­czę­ła stan­dar­do­wo, ale wi­dząc znie­cier­pli­wio­ną minę Igi, szyb­ko urwa­ła. – Masz ra­cję. Kie­dy by­łam w two­im wie­ku, ta­kie tek­sty wy­jąt­ko­wo mnie iry­to­wa­ły. No cóż, w ta­kim ra­zie chcia­ła­bym ci ży­czyć wiel­kiej mi­ło­ści, ta­kiej do utra­ty tchu, przy­jaź­ni, ale tyl­ko tej praw­dzi­wej i, oczy­wi­ście, sa­mych do­brych ocen! – Na­gle zda­ła so­bie spra­wę, że nie pa­mię­ta, do któ­re­go gim­na­zjum cho­dzi sio­stra. – No, a jak tam w szko­le? Wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi Iga. – To­bie też, sio­stro, ży­czę wszyst­kie­go do­bre­go, dal­szych suk­ce­sów w pra­cy, speł­nie­nia ma­rzeń, zdro­wia i… dużo mi­ło­ści.

– Dzię­ku­ję! – Nina uła­ma­ła ka­wa­łek opłat­ka i moc­no przy­tu­li­ła sio­strę. Gdzieś nad sto­łem zła­pa­ła czuj­ne spoj­rze­nie mat­ki. W koń­cu, ocią­ga­jąc się, po­de­szła do niej.

Mał­go­rza­ta wes­tchnę­ła gło­śno i spoj­rza­ła czu­le na star­szą cór­kę. Nie, to z pew­no­ścią nie było złu­dze­nie. Mat­ka na­praw­dę zer­k­nę­ła na nią tak ja­koś… ina­czej. Tro­skli­wie i de­li­kat­nie.

– To­bie, cór­ko, mogę ży­czyć tyl­ko jed­ne­go. Pie­nią­dze masz, sta­no­wi­sko też, zdro­wia, z tego, co mi wia­do­mo, rów­nież ci nie bra­ku­je. Te­raz, aby zy­skać we­wnętrz­ną rów­no­wa­gę, po­trze­bu­jesz już tyl­ko mi­ło­ści.

Czy one po­wa­rio­wa­ły? Nina ze zło­ścią po­my­śla­ła, że mama i sio­stra za­wią­za­ły taj­ny so­jusz z ciot­ka­mi, któ­re ko­niecz­nie chcia­ły wy­dać ją za mąż.

– Mamo! – Za­chi­cho­ta­ła ner­wo­wo. – Mnie na­praw­dę ni­cze­go nie bra­ku­je.

– Ser­ce mat­ki wie swo­je – od­par­ła Mał­go­rza­ta. – Wszyst­kie­go do­bre­go, dziec­ko, i… prze­pra­szam.

Nina uda­ła, że nie do­sły­sza­ła ostat­nie­go wy­szep­ta­ne­go przez mamę sło­wa. Nie ro­zu­mia­ła tej na­głej prze­mia­ny i chy­ba nie chcia­ła się nad nią za­sta­na­wiać.

– Mamo, dużo zdro­wia i szczę­ścia! Żyj nam sto lat i da­lej tak prze­pysz­nie go­tuj! – Ostat­nie zda­nie nie­co roz­ła­do­wa­ło na­pię­cie.

Cała ro­dzi­na za­sia­dła przy sto­le i nikt już nie roz­pa­mię­ty­wał bez­oso­bo­wych ży­czeń i na­pię­tej at­mos­fe­ry pod­czas ła­ma­nia się opłat­kiem.

Z za­du­my wy­rwał ją głos ko­sme­tycz­ki.

– Wy­glą­da na to, że skoń­czy­ły­śmy.

W mil­cze­niu ski­nę­ła gło­wą, po­dzię­ko­wa­ła i po­że­gna­ła się z na­bur­mu­szo­ną pra­cow­ni­cą ga­bi­ne­tu. W re­cep­cji za­pła­ci­ła za za­bieg, po czym ubra­ła się i wy­szła na ze­wnątrz. Nie zwró­ci­ła naj­mniej­szej uwa­gi na pa­da­ją­cy śnieg, wsia­dła do auta, od­pa­li­ła sil­nik i ru­szy­ła w stro­nę pu­ste­go domu.

Rozdział 2

Wtedy

MAŁGORZATA I JACEK TRAKTOWALI NINĘ, JAKBY NADAL MIAŁA PIĘĆ LAT I NIE ROZUMIAŁA, CO SIĘ WOKÓŁ NIEJ DZIEJE, CHOCIAŻ WŁAŚNIE ROZPOCZĘŁA NAUKĘ W DRUGIEJ KLASIE LICEUM. Nie roz­ma­wia­li z nią o swo­ich pla­nach i pro­ble­mach, a przez to prze­paść, jaka ro­dzi się w tym trud­nym cza­sie mię­dzy zbun­to­wa­ną na­sto­lat­ką a jej ro­dzi­ca­mi, jesz­cze bar­dziej się po­głę­bia­ła. Nina uzna­ła, że sko­ro mat­ka i oj­ciec nie trak­tu­ją jej jak god­ne­go part­ne­ra do roz­mo­wy, ona rów­nież nie bę­dzie zwie­rza­ła im się ze swo­ich spraw. A trze­ba przy­znać, że w jej ży­ciu wie­le się zmie­ni­ło.

Po ukoń­cze­niu ósmej kla­sy otrzy­ma­ła świa­dec­two z czer­wo­nym pa­skiem i mo­gła wy­bie­rać spo­śród naj­lep­szych li­ce­ów. Wpraw­dzie w Cze­la­dzi były dwie szko­ły śred­nie, jed­nak nie speł­nia­ły wy­ma­gań Niny i po­sta­no­wi­ła, że pój­dzie do li­ceum do So­snow­ca. Zde­cy­do­wa­ła się na „Kor­cza­ka”, cho­ciaż ro­dzi­ce na­ci­ska­li, aby wzię­ła pod uwa­gę przede wszyst­kim „Sta­szi­ca” i „Pla­ter”, gdyż te szko­ły cie­szy­ły się naj­lep­szą re­no­mą.

– Ma­muś, chcia­ła­bym mieć coś z ży­cia i czas dla sie­bie, a nie tyl­ko na­uka i na­uka – po­wie­dzia­ła, a mat­ka zro­zu­mia­ła i wię­cej już nie wra­ca­ła do tego te­ma­tu.

Za­wsze mia­ła świet­ny kon­takt z ro­dzi­ca­mi, chy­ba na­wet lep­szy z tatą niż z mamą – była ty­po­wym przy­kła­dem có­recz­ki ta­tu­sia. Za­pew­ne re­la­cje na­dal by­ły­by do­bre, gdy­by na­gle w Mał­go­rza­cie nie obu­dził się głód ma­ci­cy i nie za­pra­gnę­ła mieć dru­gie­go dziec­ka. Coś się zmie­ni­ło, Nina to czu­ła. Mama stra­ci­ła ra­dość ży­cia i z nie­po­ko­jem cze­ka­ła na re­zul­ta­ty ko­lej­nych sta­rań, lecz co mie­siąc mu­sia­ła prze­ły­kać gorz­ką pi­guł­kę po­raż­ki. Skoń­czy­ła już czter­dzie­ści je­den lat, a Ja­cek był rok młod­szy od mał­żon­ki. Dość dłu­go zwle­ka­li z de­cy­zją o dru­gim dziec­ku i prze­ga­pi­li naj­lep­szy czas.

W pierw­szej kla­sie li­ceum Nina zde­rzy­ła się z zu­peł­nie no­wym świa­tem. Po­zna­ła ko­le­gów i ko­le­żan­ki, któ­rzy bar­dzo róż­ni­li się od zna­jo­mych z pod­sta­wów­ki. Wy­da­wa­li jej się bar­dziej doj­rza­li, za­cho­wy­wa­li się do­ro­ślej. Oczy­wi­ście, chłop­cy, jak to chłop­cy, cza­sem mie­wa­li szcze­niac­kie za­gryw­ki, ale to było jed­nak coś zu­peł­nie in­ne­go.

Nina ni­g­dy nie przy­zna­ła­by się do tego gło­śno, ale za­zdro­ści­ła im tej pew­no­ści sie­bie, z jaką na prze­rwie się­ga­li po pa­pie­ro­sa czy po­pi­ja­li piwo po szko­le. Ona by tak nie umia­ła. Wte­dy jesz­cze była grzecz­ną dziew­czyn­ką z do­bre­go domu. Na wa­ka­cje jeź­dzi­ła z ro­dzi­ca­mi, wra­ca­ła nie póź­niej niż o dwu­dzie­stej, a je­dy­ne, na co po­zwo­li­ła so­bie z chło­pa­kiem, to nie­win­ny po­ca­łu­nek na szkol­nej dys­ko­te­ce. Póź­niej on i tak na­gle prze­stał ją za­uwa­żać i za­in­te­re­so­wał się ko­le­żan­ką z kla­sy. Nina ro­bi­ła do­brą minę do złej gry, ale czu­ła się fa­tal­nie. Przez kil­ka ty­go­dni mia­ła zła­ma­ne ser­ce, po­tem jed­nak o nim za­po­mnia­ła. Nie ten, to na­stęp­ny.

Kie­dy po wa­ka­cjach wró­ci­ła do szko­ły i za­czę­ła na­ukę w dru­giej kla­sie, coś się w niej zmie­ni­ło. Z po­gar­dą my­śla­ła o tej do­brze wy­cho­wa­nej dziew­czy­nie, któ­rą była jesz­cze kil­ka mie­się­cy temu. Na­ra­sta­ła w niej złość i fru­stra­cja, któ­rej źró­deł nie ro­zu­mia­ła. Prze­ra­ża­ło ją to, a wszel­kie ne­ga­tyw­ne emo­cje kie­ro­wa­ła w stro­nę ro­dzi­ców i na­uczy­cie­li.

– To nie jest ta sama dziew­czy­na, któ­rą po­zna­łam w pierw­szej kla­sie! Czy w ży­ciu Niny sta­ło się coś szcze­gól­ne­go, co mo­gło­by spo­wo­do­wać taką zmia­nę w za­cho­wa­niu? – za­py­ta­ła na­uczy­ciel­ka, kie­dy po­pro­si­ła mat­kę uczen­ni­cy, by zo­sta­ła po ze­bra­niu na in­dy­wi­du­al­ną roz­mo­wę.

Mał­go­rza­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Mia­ła dość swo­ich pro­ble­mów, cze­ka­ła na wy­ni­ki ba­dań z kli­ni­ki le­cze­nia nie­płod­no­ści, któ­ra ja­kiś czas temu po­wsta­ła w Ka­to­wi­cach. Le­karz (cóż za gbur!) już na po­cząt­ku wy­po­mniał jej wiek, tłu­ma­cząc, że szan­se zaj­ścia w cią­że dra­stycz­nie ma­le­ją po trzy­dzie­stym pią­tym roku ży­cia, a ona prze­kro­czy­ła już czter­dzie­sty pierw­szy. Nie pła­ci­ła mu za ta­kie im­per­ty­nenc­kie uwa­gi, tyl­ko za po­par­te suk­ce­sa­mi dzia­ła­nie.

– Doj­rze­wa – skwi­to­wa­ła tyl­ko sło­wa na­uczy­ciel­ki, sta­ra­jąc się wy­rzu­cić z gło­wy ob­raz nie­kul­tu­ral­ne­go le­ka­rza, przy­po­mi­na­ją­ce­go jej, ile ma lat. Prze­cież do­sko­na­le zda­wa­ła so­bie spra­wę ze swo­je­go wie­ku.

– Pro­szę po­roz­ma­wiać z cór­ką. Oba­wiam się, że może mieć pew­ne, hm, pro­ble­my. Jej dziw­ne za­cho­wa­nie jest nie­po­ko­ją­ce…

– Pro­szę pani – zi­ry­to­wa­ła się Mał­go­rza­ta. – Ufam swo­je­mu dziec­ku. Wiem, cze­go mogę się spo­dzie­wać po cór­ce.

– Tak, ale ostat­nio Nina bar­dzo się zmie­ni­ła, za­czę­ła ob­ra­cać się w po­dej­rza­nym to­wa­rzy­stwie…

– Czy pani su­ge­ru­je, że ja nie znam swo­je­go dziec­ka? Wiem, ja­kich cór­ka ma zna­jo­mych, bo cza­sem za­pra­sza ich do domu, i gwa­ran­tu­ję pani, że to bar­dzo uczyn­ni i sym­pa­tycz­ni mło­dzi lu­dzie.

Wo­bec ta­kich ar­gu­men­tów na­uczy­ciel­ka mu­sia­ła ska­pi­tu­lo­wać. Ko­lej­na prze­wraż­li­wio­na na punk­cie swo­je­go dziec­ka baba, któ­rej wy­da­je się, że wie le­piej – po­my­śla­ła, ale na głos po­wie­dzia­ła tyl­ko:

– Oczy­wi­ście, pani naj­le­piej zna cór­kę. Chcia­łam tyl­ko za­sy­gna­li­zo­wać pro­blem, może rze­czy­wi­ście kło­po­ty z Niną są przej­ścio­we – za­wa­ha­ła się. – W koń­cu mi­nę­ły do­pie­ro dwa ty­go­dnie no­we­go se­me­stru, cał­kiem moż­li­we, że dziew­czy­na po pro­stu jesz­cze nie prze­sta­wi­ła się na tryb na­uki i my­śla­mi wciąż jest na wa­ka­cjach.

– Otóż to – pod­chwy­ci­ła Mał­go­rza­ta i po­że­gna­ła się z wy­cho­waw­czy­nią cór­ki.

W domu skie­ro­wa­ła kro­ki do po­ko­ju Niny, któ­ra po­tul­nie cze­ka­ła na mat­kę przy biur­ku. Za­dzi­wia­ją­ce, jak per­spek­ty­wa po­wro­tu ro­dzi­ca z wy­wia­dów­ki zmie­nia dziec­ko. Na­gle ode­chcie­wa mu się po­po­łu­dnio­wych wyjść, za­czy­na in­te­re­so­wać się pra­cą do­mo­wą i ocho­czo sprzą­ta swój po­kój, a w szcze­gól­nych sy­tu­acjach – na­wet całe miesz­ka­nie.

– Dziec­ko, czy ty masz ja­kieś pro­ble­my? – za­py­ta­ła Mał­go­rza­ta, pa­trząc na cór­kę nie­przy­tom­nym wzro­kiem. – Two­ja wy­cho­waw­czy­ni po­pro­si­ła mnie, abym zo­sta­ła po ze­bra­niu i pró­bo­wa­ła mi wmó­wić, że dzie­je się z tobą coś nie­do­bre­go.

Na­sto­lat­ka za­drża­ła. Kal­bar­czy­ko­wa nie była głu­pia i kło­po­ty wy­czu­wa­ła z da­le­ka, ale tym ra­zem się po­my­li­ła. Nina nie mia­ła żad­nych pro­ble­mów, co to, to nie. Wręcz prze­ciw­nie – w koń­cu czu­ła się wy­zwo­lo­na i prze­sta­ła z za­zdro­ścią zer­kać na naj­bar­dziej prze­bo­jo­wych lu­dzi w szko­le. Na­wią­za­ła nić po­ro­zu­mie­nia z gru­pą naj­po­pu­lar­niej­szej mło­dzie­ży. Za­czę­ło się to od pierw­szej wi­zy­ty w szkol­nej „pa­lar­ni”, miesz­czą­cej się za bu­dyn­kiem, gdzie nie do­cie­ra­ją wścib­skie spoj­rze­nia na­uczy­cie­li. Szcze­gól­nie im­po­no­wa­ła jej Iza, ko­le­żan­ka z kla­sy, któ­ra w koń­cu za­czę­ła pa­trzeć na nią przy­chyl­nym okiem.

– Nie, mamo, wszyst­ko w po­rząd­ku – od­par­ła z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Tak wła­śnie my­śla­łam – wy­mam­ro­ta­ła pod no­sem Mał­go­rza­ta i już jej nie było.

Nina mia­ła ocho­tę wal­nąć pię­ścią w biur­ko. Ni­g­dy nie przy­zna­ła­by się do tego gło­śno, ale bo­lał ją chłód, jaki za­pa­no­wał w re­la­cjach z ro­dzi­ca­mi, a zwłasz­cza z mamą. Tato ni­g­dy nie miał nic do ga­da­nia. Pły­nął z prą­dem, a ra­czej – z mat­ką. Mał­go­rza­ta zdo­mi­no­wa­ła go od razu po ślu­bie, kil­ka­na­ście lat temu, ale do­pie­ro te­raz, kie­dy Nina doj­rze­wa­ła, za­czę­ła do­strze­gać pew­ne spra­wy i za­uwa­ży­ła, że mat­ka trzy­ma ojca pod pan­to­flem.

Jak każ­de dziec­ko, w dzie­ciń­stwie ide­ali­zo­wa­ła ro­dzi­ców – w jej wy­obra­że­niach mama i tata byli do­sko­na­li. Cał­kiem nie­daw­no za­czę­ła jed­nak wi­dzieć ich pro­ble­my i sła­bo­ści – i nie spodo­ba­ło jej się to. Może wła­śnie dla­te­go, że oj­ciec za­wsze był wy­co­fa­ny i to mat­ka w ich ro­dzi­nie dyk­to­wa­ła wa­run­ki, Nina całą złość skie­ro­wa­ła w stro­nę Mał­go­rza­ty. To oczy­wi­ste, że była win­na, sko­ro po­dej­mo­wa­ła wszyst­kie waż­ne, tak­że dla po­zo­sta­łych do­mow­ni­ków, de­cy­zje. A naj­gor­sze było to, że nie in­for­mo­wa­ła o nich swo­jej cór­ki. Zu­peł­nie jak­by Nina sta­ła się prze­zro­czy­sta albo – co gor­sze – Mał­go­rza­ta wciąż uwa­ża­ła ją za dziec­ko.

– Bo prze­cież Ni­nu­sia na­dal jest małą, nic nie­ro­zu­mie­ją­cą dziew­czyn­ką – prych­nę­ła gło­śno na­sto­lat­ka, kie­dy Mał­go­rza­ta znik­nę­ła za drzwia­mi.

Kil­ka mi­nut póź­niej usły­sza­ła od­głos za­my­ka­nych drzwi wej­ścio­wych. Wy­nu­rzy­ła się z po­ko­ju i z nie­ma­łym zdzi­wie­niem od­kry­ła, że ro­dzi­ce wy­szli z domu, nic jej nie mó­wiąc, co do­dat­ko­wo ją roz­sier­dzi­ło. Do­tych­czas w ro­dzi­nie pa­no­wa­ła za­sa­da, że każ­dy, wy­cho­dząc, in­for­mo­wał po­zo­sta­łych, gdzie idzie i kie­dy za­mie­rza wró­cić, aby nikt nie mu­siał się o ni­ko­go mar­twić. Naj­wy­raź­niej ta re­gu­ła prze­sta­ła obo­wią­zy­wać.

Za­dzwo­nił te­le­fon, więc Nina ru­szy­ła do przed­po­ko­ju, gdzie znaj­do­wał się apa­rat. Pod­nio­sła słu­chaw­kę i z mar­szu zi­ry­to­wa­ła się jesz­cze bar­dziej, o ile to w ogó­le było moż­li­we. Może ko­le­go­wa­ła się z Wio­lą w pierw­szej kla­sie, ale chy­ba dała jej ja­sno do zro­zu­mie­nia, że ich zna­jo­mość się zdez­ak­tu­ali­zo­wa­ła. Wio­la była nud­na i taka… sza­ra, bez krzty sza­leń­stwa. Nina nie mia­ła po­ję­cia, o czym mo­gła­by roz­ma­wiać z tą dziew­czy­ną i nie chcia­ła na­wet wra­cać my­śla­mi do tam­tych dni, kie­dy były ze sobą bli­sko.

– Cześć, od­ro­bi­łaś już za­da­nie z mat­my? – za­py­ta­ła Wio­la, a Nina po­czu­ła, jak krew bu­zu­je jej w ży­łach. Nie­waż­ne, że to mat­ka jako pierw­sza wy­pro­wa­dzi­ła ją z rów­no­wa­gi, ktoś mu­siał na tym ucier­pieć, i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że tą oso­bą bę­dzie Wio­la.

– A czy ty mu­sisz mó­wić jak dziec­ko z pod­sta­wów­ki? – od­par­ła non­sza­lanc­ko.

– Nina, co się z tobą dzie­je?

– Nic. De­ner­wu­jesz mnie swo­im dzie­cin­nym za­cho­wa­niem – skwi­to­wa­ła, oglą­da­jąc pa­znok­cie, na któ­rych la­kier zdą­żył już od­pry­snąć.

– Czy­li nie od­ro­bi­łaś? – upew­ni­ła się Wio­la. – Ja przed chwi­lą skoń­czy­łam, ale wy­nik wy­da­je mi się nie­praw­do­po­dob­ny i wo­la­łam się z tobą skon­sul­to­wać. – Ci­sza w słu­chaw­ce nie­bez­piecz­nie się prze­dłu­ży­ła. – Je­steś tam?

– Je­stem. – Wes­tchnę­ła te­atral­nie. – Nie za­bie­ra­łam się jesz­cze za to za­da­nie. Mam cie­kaw­sze rze­czy do ro­bo­ty.

– No, ale prze­cież ju­tro mamy ma­te­ma­ty­kę…

– Coś jesz­cze? – prze­rwa­ła jej bru­tal­nie Nina.

– W za­sa­dzie to nie – od­par­ła chłod­no Wio­la i roz­łą­czy­ła się, za­nim ko­le­żan­ka zdą­ży­ła się ode­zwać.

Nina przez chwi­lę po­czu­ła się głu­pio, ale za­raz so­bie przy­po­mnia­ła, że nie za­mie­rza­ła już się za­da­wać z ku­jo­na­mi i dzie­cia­ka­mi. I tak wy­star­cza­ją­co po­psu­ła so­bie opi­nię, pro­wa­dza­jąc się w ze­szłym roku z nu­dzia­rza­mi. Ta myśl po­zwo­li­ła jej po­zbyć się wy­rzu­tów su­mie­nia.

W koń­cu uzna­ła, że sko­ro ma wol­ną cha­tę, war­to by­ło­by za­pro­sić ko­goś, kto po­mo­że jej zmie­nić wi­ze­ru­nek. Cał­kiem nie­daw­no na­le­ża­ła do gru­py grzecz­nych dziew­czy­nek, a trud­no ze­rwać ze ste­reo­ty­pa­mi ot tak, po pro­stu. Cza­sem oka­zy­wa­ło się to nie­moż­li­we, ale Nina wie­rzy­ła, że jej aku­rat się uda. Mia­ła moc­ne pod­sta­wy ku temu – ni­czym nie­ogra­ni­czo­ny stru­mień go­tów­ki. Oj­ciec bez mru­gnię­cia okiem fi­nan­so­wał jej za­chcian­ki. Całe szczę­ście, w tej kwe­stii nic się nie zmie­ni­ło, na­wet te­raz, kie­dy ro­dzi­ce żyli my­ślą o dru­gim dziec­ku, któ­re­mu ra­czej nie spie­szy­ło się na ten świat.

Po­sta­no­wi­ła za­dzwo­nić do Izy – kie­dyś dała jej od­pi­sać za­da­nie z fi­zy­ki. Li­czy­ła, że przy­po­do­ba się ko­le­żan­ce, je­śli za­pro­si ją do domu, jed­nak tego dnia dziew­czy­na była już za­ję­ta. Nic to, będę pró­bo­wać da­lej – po­my­śla­ła Nina i zła jak osa wró­ci­ła do po­ko­ju. Wy­ję­ła z ple­ca­ka ze­szyt od ma­te­ma­ty­ki, ale nie mo­gła się sku­pić na pra­cy do­mo­wej. Jej my­śli cały czas krą­ży­ły wo­kół Izy. Po­dzi­wia­ła ko­le­żan­kę, chcia­ła być taka, jak ona – spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by ni­czym się nie przej­mo­wa­ła i cały świat le­żał u jej stóp. Nina od­da­ła­by wszyst­ko, żeby umieć się tak zdy­stan­so­wać do co­dzien­nych spraw. Cza­sem wy­da­wa­ło jej się, że wszyst­ko za bar­dzo prze­ży­wa, zbyt­nio przej­mu­je się spra­wa­mi, na któ­re nie ma naj­mniej­sze­go wpły­wu. Emo­cje cho­wa­ła głę­bo­ko pod ma­ską obo­jęt­no­ści, ale one zże­ra­ły ją od środ­ka. Iza była taka wy­lu­zo­wa­na i wca­le nie mu­sia­ła uda­wać, że ma wszyst­ko gdzieś. Na­praw­dę nic jej nie wzru­sza­ło. Nina ma­rzy­ła o tym, by być wła­śnie taka, jak Iza.

Ro­dzi­ce wró­ci­li wie­czo­rem, a Nina szyb­ko zo­rien­to­wa­ła się, że byli w pry­wat­nej kli­ni­ce, o któ­rej ostat­nio mó­wi­ła mat­ka. Pro­wa­dzo­na te­atral­nym szep­tem roz­mo­wa szyb­ko prze­ro­dzi­ła się w re­gu­lar­ną, gło­śną kłót­nię, któ­rej cór­ka sta­ła się mi­mo­wol­nym świad­kiem. Wy­glą­da­ło na to, że tata zbun­to­wał się po raz dru­gi w ży­ciu. Pierw­szy raz miał miej­sce, kie­dy Mał­go­rza­ta wy­my­śli­ła, że zmie­ni sa­mo­chód na nowy tyl­ko dla­te­go, że pro­du­cent wy­pu­ścił wła­śnie ten mo­del w in­nym ko­lo­rze. Ow­szem, mo­gli so­bie na to po­zwo­lić, ale Ja­cek ni­g­dy nie po­pie­rał trwo­nie­nia pie­nię­dzy, cze­mu wte­dy jaw­nie dał wy­raz. Cóż, i tak prze­grał. Mat­ka po­sta­wi­ła na swo­im. Nina przy­pusz­cza­ła, że tym ra­zem bę­dzie po­dob­nie.

– Sły­sza­łaś, co po­wie­dział le­karz! – krzy­czał tym­cza­sem oj­ciec. – Szan­se na zaj­ście w cią­żę są bar­dzo małe, masz nie­droż­ne ja­jo­wo­dy i nie­re­gu­lar­ne cy­kle, a przy­po­mi­nam ci, że z roku na rok je­steś co­raz star­sza.

– Pa­trz­cie go, Ame­ry­kę od­krył! – wrza­snę­ła Mał­go­rza­ta dwa razy gło­śniej od męża. – W ra­zie, gdy­byś za­po­mniał, in­for­mu­ję cię, że ty tak­że się sta­rze­jesz! – Naj­wy­raź­niej uwa­ga o wie­ku naj­bar­dziej za­bo­la­ła mat­kę. Była tyl­ko o rok star­sza od męża, ale za­wsze mia­ła z tego po­wo­du kom­plek­sy.

– Goś­ka, na li­tość bo­ską! Może rze­czy­wi­ście po­win­ni­śmy od­pu­ścić? – za­su­ge­ro­wał Ja­cek, już nie­co ci­szej.

– Chcę mieć dziec­ko, ro­zu­miesz? Nina ma już szes­na­ście lat, lada chwi­la wy­fru­nie z ro­dzin­ne­go gniazd­ka, ty pra­cu­jesz całe dnie, a ja? Zo­sta­nę sama! Ja­cek, bła­gam cię, spró­buj­my, to ostat­nia szan­sa… Tak bar­dzo tego pra­gnę.

– Masz ob­se­sję na punk­cie dziec­ka! – oj­ciec pod­niósł głos, lecz po chwi­li przy­po­mniał so­bie, że za ścia­ną znaj­du­je się ich na­sto­let­nia cór­ka, któ­ra naj­praw­do­po­dob­niej z za­in­te­re­so­wa­niem przy­słu­chu­je się dys­ku­sji i zni­żył ton.

Do Niny do­cie­ra­ły już tyl­ko strzęp­ki in­for­ma­cji. „In­se­mi­na­cja”, „pró­ba”, „sty­mu­la­cja hor­mo­nal­na” i „in vi­tro”. Naj­wy­raź­niej Mał­go­rza­ta i Ja­cek dość po­waż­nie po­de­szli do sta­rań o dziec­ko, a ra­czej na­le­ża­ło­by po­wie­dzieć, że Mał­go­rza­ta po­de­szła. Nina wie­dzia­ła, że oj­ciec i tak ko­niec koń­ców zro­bi wszyst­ko, co każe mu mat­ka.

Naj­bar­dziej ku­rio­zal­ny w ca­łej sy­tu­acji był fakt, że Ry­dlew­scy kłó­ci­li się o dziec­ko, któ­re­go jesz­cze nie było, i tak na­praw­dę mo­gło się ni­g­dy nie po­ja­wić, a ich szes­na­sto­let­nia cór­ka tuż za ścia­ną przy­słu­chi­wa­ła się roz­mo­wie, czu­jąc się co­raz bar­dziej sa­mot­na i nie­zro­zu­mia­na.

***

W drzwiach szturch­nę­ła łok­ciem prze­stra­szo­ną pierw­szo­kla­sist­kę, ale na­wet się nie za­trzy­ma­ła, aby prze­pro­sić. Prze­pchnę­ła się przez tłum uczniów szczę­śli­wych z po­wo­du za­koń­cze­nia za­jęć i skie­ro­wa­ła kro­ki w stro­nę po­bli­skie­go przy­stan­ka au­to­bu­so­we­go. Szła ze spusz­czo­ną gło­wą, nie zwra­ca­jąc naj­mniej­szej uwa­gi na oto­cze­nie. Wy­glą­da­ła nie­po­zor­nie, ot, zwy­kła na­sto­lat­ka wra­ca­ją­ca ze szko­ły, lecz w jej wnę­trzu sza­la­ły naj­roz­ma­it­sze emo­cje. Wście­kłość mie­sza­ła się z ża­lem i za­że­no­wa­niem.

Kie­dy Kal­bar­czy­ko­wa po­pro­si­ła, aby zaj­rza­ła po lek­cjach do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go, wie­dzia­ła, co się świę­ci. Ta wred­na ko­bie­ta po pro­stu się na nią uwzię­ła. Nina uwa­ża­ła, że to ona jest po­krzyw­dzo­na, lecz naj­wy­raź­niej na­uczy­ciel­ka nic so­bie z tego nie ro­bi­ła. Naj­chęt­niej na­sła­ła­by mat­kę na tę głu­pią babę, ale na myśl, że mia­ła­by po­roz­ma­wiać z Mał­go­rza­tą, emo­cje jesz­cze bar­dziej się w niej sku­mu­lo­wa­ły i na­sto­lat­ka zro­zu­mia­ła, że zo­sta­ła ze swo­imi pro­ble­ma­mi sama. A prze­cież chcia­ła tyl­ko być po­pu­lar­na! Do­syć roli sza­rej mysz­ki!

Na­uczy­ciel­ka naj­wy­raź­niej mia­ła na tę oka­zję przy­go­to­wa­ną całą prze­mo­wę – kie­dy Nina we­szła do po­ko­ju, od razu za­czę­ła ty­ra­dę.

– Dla­cze­go od­da­łaś dzi­siaj pu­stą kart­kę? Za­po­wia­da­łam kla­sów­kę w ubie­głym ty­go­dniu.

– Nie przy­go­to­wa­łam się. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi Nina, roz­glą­da­jąc się wo­kół. Ni­g­dy wcze­śniej nie była w po­ko­ju na­uczy­ciel­skim.

– Je­steś in­te­li­gent­ną dziew­czy­ną. – Pani Kal­bar­czyk po­krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. – Do­tych­czas, na­wet je­śli nie by­łaś przy­go­to­wa­na, po­sił­ko­wa­łaś się wie­dzą zdo­by­tą w trak­cie lek­cji i umie­jęt­no­ścią ko­ja­rze­nia fak­tów. Hi­sto­ria, to, oprócz dat i na­zwisk, ciąg przy­czy­no­wo-skut­ko­wy. Nie uwie­rzę, że nie zna­łaś od­po­wie­dzi na żad­ne z pięt­na­stu py­tań.

– Chy­ba mu­szę pa­nią roz­cza­ro­wać – od­par­ła na­sto­lat­ka, nie pa­trząc na­uczy­ciel­ce w oczy.

– Dam ci tyl­ko jed­ną radę. – Wes­tchnę­ła wy­cho­waw­czy­ni, z ję­kiem opa­da­jąc na krze­sło. – Bądź sobą, bo wszy­scy inni są już za­ję­ci. Nie uda­waj ko­goś, kim nie je­steś, Nino. To nie roz­wią­że two­ich pro­ble­mów, a wręcz je spo­tę­gu­je.

– Nie mam żad­nych pro­ble­mów – obu­rzy­ła się dziew­czy­na.

– W po­rząd­ku. Pa­mię­taj, że masz dwa ty­go­dnie, żeby po­pra­wić oce­nę.

– Ja­sne, dzię­ku­ję pani bar­dzo. Do wi­dze­nia – po­że­gna­ła się i szyb­ko wy­szła.

Po­czu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści wzbie­ra­ło w niej z każ­dą se­kun­dą, a w po­ło­wie dro­gi na przy­sta­nek oczy Niny wy­peł­ni­ły się łza­mi. Na­wet nie za­uwa­ży­ła, że ktoś pró­bu­je ją do­go­nić, a kie­dy Iza zrów­na­ła się z nią kro­kiem, było już za póź­no. Od­ru­cho­wo wy­tar­ła twarz, lecz ko­le­żan­ka chy­ba zdą­ży­ła się zo­rien­to­wać, że pła­ka­ła. Na szczę­ście w ża­den spo­sób tego nie sko­men­to­wa­ła.

– Wo­ła­łam cię. Nie sły­sza­łaś?

– Prze­pra­szam, za­my­śli­łam się – bąk­nę­ła Nina pod no­sem, wpa­tru­jąc się upar­cie w pły­ty chod­ni­ko­we. Nie za­mie­rza­ła pod­no­sić gło­wy i pre­zen­to­wać za­pła­ka­nej twa­rzy.

– Sta­ło się coś? – Iza szyb­ko do­my­śli­ła się, że chy­ba nie tra­fi­ła na od­po­wied­ni mo­ment.

– Kal­bar­czy­ko­wa się na mnie uwzię­ła.

– Nie przej­muj się nią. – Ko­le­żan­ka de­li­kat­nie po­kle­pa­ła ją po ra­mie­niu, do­da­jąc otu­chy, a Nina od razu po­czu­ła się le­piej. – Słu­chaj, ostat­nio na­praw­dę nie mo­głam do cie­bie zaj­rzeć, bo by­łam już umó­wio­na, ale może do­łą­czy­ła­byś do nas w naj­bliż­szy pią­tek? Po po­łu­dniu spo­ty­ka­my się obok po­mni­ka na Siel­cu*. Co ty na to?

Nina była wnie­bo­wzię­ta. Speł­nia­ło się wła­śnie jej ma­rze­nie. Iza na­le­ża­ła do naj­po­pu­lar­niej­szej pacz­ki w szko­le, ro­zu­mia­ło się więc samo przez się, że mó­wiąc „nas”, ma na my­śli wła­śnie tę gru­pę.

– Ja­sne, może być miło – od­par­ła non­sza­lanc­ko, nie oka­zu­jąc emo­cji, cho­ciaż w rze­czy­wi­sto­ści mia­ła ocho­tę ska­kać ze szczę­ścia.

– No, to je­ste­śmy umó­wio­ne. Bądź tam punk­tu­al­nie o pią­tej. Tyl­ko się nie spóź­nij! Na ra­zie! – po­że­gna­ła się Iza i prze­szła na dru­gą stro­nę uli­cy. Miesz­ka­ła w cen­trum So­snow­ca, jej au­to­bus od­jeż­dżał z in­ne­go przy­stan­ku.

Do­bry na­strój Niny spo­wo­do­wa­ny pro­po­zy­cją Izy znik­nął, gdy tyl­ko prze­stą­pi­ła próg miesz­ka­nia. Jesz­cze w przed­po­ko­ju na­tknę­ła się na mat­kę, któ­ra – mimo póź­nej pory – do­cho­dzi­ła już szes­na­sta – na­dal snu­ła się po domu w pi­ża­mie. Nina spoj­rza­ła na jej za­czer­wie­nio­ne oczy, roz­czo­chra­ne wło­sy i już wie­dzia­ła. Nie trze­ba być mi­strzem de­duk­cji, aby bez­błęd­nie ro­ze­znać się w na­stro­ju Mał­go­rza­ty, nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­nym z cy­klem men­stru­acyj­nym. Przez kil­ka­na­ście dni cho­dzi­ła pod­eks­cy­to­wa­na, a Nina po po­wro­cie ze szko­ły znaj­dy­wa­ła w kuch­ni smacz­ny obiad z dwóch dań. Mat­ka wi­ta­ła cór­kę uśmie­chem i pod­śpie­wy­wa­ła ci­chut­ko pod no­sem.

Te­raz wy­star­czy­ło krót­kie spoj­rze­nie, by się do­my­ślić, że ko­lej­ny mie­siąc sta­rań za­koń­czył się nie­po­wo­dze­niem. Przy­pusz­cze­nie po­twier­dzi­ły pu­ste garn­ki na ku­chen­ce. Cóż, była już do tego przy­zwy­cza­jo­na i po­tra­fi­ła so­bie po­ra­dzić w po­dob­nych sy­tu­acjach. Wy­ję­ła z ple­ca­ka ulot­kę piz­ze­rii.

– Jak w szko­le? – za­py­ta­ła mat­ka, kie­dy mi­nę­ły się w przed­po­ko­ju.

– W po­rząd­ku. Będę za­ma­wiać piz­zę. Masz ocho­tę?

– Zjem póź­niej – po­wie­dzia­ła Mał­go­rza­ta. – Idę się po­ło­żyć, je­śli nie masz nic prze­ciw­ko.

– Ja­sne.

Ten sce­na­riusz był już Ni­nie do­sko­na­le zna­ny. Mat­ka prze­le­ży w łóż­ku trzy, czte­ry dni, po czym pod­nie­sie się, otrze­pie i sku­pi na ko­lej­nej szan­sie, jaką sta­no­wił dla niej nowy cykl mie­siącz­ko­wy. Wy­star­czy­ło tyl­ko ob­ser­wo­wać swo­je cia­ło i pil­no­wać owu­la­cji. Ninę ze­mdli­ło na samą myśl o dniach płod­nych wła­snej mat­ki. Że też ze­chcia­ło jej się na sta­rość dzie­ci – po­my­śla­ła i pod­nio­sła słu­chaw­kę, aby za­mó­wić piz­zę.


* Sie­lec – dziel­ni­ca w So­snow­cu, w któ­rej znaj­du­je się Park Sie­lec­ki, na­zy­wa­ny przez mło­dzież po­tocz­nie Siel­cem.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis tre­ści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

De­dy­ka­cja

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Roz­dział 24

Roz­dział 25

Roz­dział 26

Roz­dział 27

Po­dzię­ko­wa­nia

Karta redakcyjna