Maskarada - Penny Jordan

Maskarada

0,0

Willow przyszła na zabawę w przebraniu anioła. Gdy zaczął ją uwodzić nieznajomy przebrany za diabła, zupełnie straciła głowę. Spędziła z nim cudowną noc, bo okazał się czułym kochankiem. Ale gdy rano zdjął maskę, zaniemówiła. Jak mogła go nie rozpoznać? Znów dała się nabrać na jego diabelskie sztuczki…

Dodaj komentarz


Tytuł może sugerować wszystko. No i trafiłam na romans w pełni tego słowa znaczeniu. Typowa opowieść o samotnej, poniżonej kobiecie, która zmaga się z uczuciami. Fabuła momentami mało wiarygodna, czasami nawet się uśmiechałam jak jest naiwna. Bohaterowie stereotypowi (kobieta głupiutka, choć czasami uparta, mężczyzna typowy, szkoda gadać). Drugi plan mizerny. Książka na szczęście nie należy do obszernych i szybko się ją czyta. Dobre dla odprężenia. Nic poza tym.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sweetheart, Karolina Południowa,

gdzie wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

Devlin Warwick zmarszczył brwi, mijając znak przy drodze. Tak naprawdę dopiero gdy stąd wyjechał, zaznał trochę szczęścia.

Nacisnął pedał gazu. Osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt pięć… sto dwadzieścia kilometrów na godzinę. Celowo przekroczył dozwoloną prędkość. Tym razem szeryf Grant przynajmniej będzie miał powód, żeby mu uprzykrzyć życie.

Pędząc przed siebie, opuścił szyby i nastawił głośniej muzykę heavymetalową. Mieszkańcy Sweetheart nie spodziewali się, co nastąpi. Dev długo czekał na tę chwilę.

Dziesięć lat temu przepędzono go stąd, wciąż dźwięczały mu w uszach głosy potępienia. Mieszkańcy miasteczka nie tolerowali skandali, ale chętnie o nich plotkowali, a Dev zapewnił im sporo rozrywki.

Kiedy dziadek wyrzucił go z domu, Dev stracił jedyną bliską mu osobę. Najsmutniejsze, że Devlin wcale nie dopuścił się występku, o który go oskarżono. Teraz wrócił, by pochwalić się odniesionym sukcesem, choć wszyscy przewidywali, że zostanie przestępcą jak jego ojciec.

Zatrzymał się na podjeździe pod domem dziadka, nie wyłączając silnika. Mógłby przenocować w motelu… Jednak przeszłość nie miała już znaczenia. Dziadek zmarł cztery lata temu, a Dev nie miał pojęcia o jego chorobie.

Dom należał teraz do niego. Pięćdziesięcioletni budynek wciąż wyglądał tak samo. Tylko gdzieniegdzie widać było upływ czasu; drugi stopień w schodach werandy na pewno skrzypiał jak dawniej, okiennice wymagały malowania.

Trawnik i ładnie przycięte krzewy były w idealnym stanie, ale hortensje babci przekwitły kilka miesięcy wcześniej. Może za domem zachowały się jeszcze pąki jej róż? Gdy wspominał babcię, zawsze widział ją pochyloną nad rabatką. Dla zagubionego chłopca te wspólne chwile w ogródku były jak koło ratunkowe.

Niestety jego wizyty w Sweetheart nigdy nie trwały dłużej niż kilka tygodni, a gdy zamieszkał tu na stałe w wieku piętnastu lat, babci nie było już na świecie.

Kiedy stanął przed zielonymi drzwiami, powróciło do niego wspomnienie ostatniego wieczoru, który spędził w domu. Dziadek krzyczał, a w pewnym momencie rzucił o ścianę jedną z cennych figurek babci. Odłamek porcelany zranił Devlina w policzek.

Dev dotknął blizny, która nieustannie przypominała mu o tamtych wydarzeniach. Dostał nauczkę: skoro i tak musiał zapłacić za grzech, którego nie popełnił, lepiej było go popełnić i czerpać z tego przyjemność.

Z domem wiązały się jego najgorsze wspomnienia, ale także te najlepsze. Dziadek przyjął go pod swój dach, gdy Dev nie miał dokąd pójść, był dla niego jak surowy ojciec, choć Dev czuł się w Sweetheart jak więzień, nie mogąc sprostać oczekiwaniom dziadka. Wolał, by nie wymagano od niego zbyt wiele, właściwie to odczuł ulgę, gdy przestał mieć nadzieję, że tym razem będzie inaczej.

Po latach ciężkiej pracy odniósł sukces. Bez wahania podjął decyzję, by przebić cenę Sweetheart Consortium na budowę nowego kurortu. Może straci przez to trochę pieniędzy, ale mógł sobie na to pozwolić. Znalazł też czas, by osobiście nadzorować projekt.

Ostatnio więcej czasu spędzał w salach konferencyjnych, pozwalając, by jego menedżerowie kierowali pracami na miejscu, ale teraz postanowił znowu zakosztować fizycznej pracy i… zemsty. Nie mógł się doczekać reakcji mieszkańców miasteczka na wieść, kogo zatrudnili.

Zrządzeniem losu przyjechał w czasie Jesiennej Maskarady, jednej z dorocznych imprez, które odbywały się w Sweetheart. To pozwoli mu rozejrzeć się po okolicy, sprawdzić, co się zmieniło, kto teraz zarządza miasteczkiem i w jaki sposób najlepiej dopaść tych, którzy odsądzili go od czci i wiary, nie zadając sobie trudu sprawdzenia faktów.

Wniósł bagaże do środka i poszedł się przebrać. Wolałby włożyć dżinsy i ciężkie buty, które zwykle nosił na placu budowy, ale równie dobrze czuł się w świetnie skrojonych garniturach. Czerwona jedwabna maska była niecodziennym dodatkiem, ale dzięki niej pozostanie anonimowy, przynajmniej przez jeden wieczór. W duchu śmiał się z własnego dowcipu, bo zwieńczeniem maski były diabelskie rogi. Diabeł wśród aniołów.

Dzisiaj spokojnie się wszystkiemu przyjrzy, a jutro weźmie się do pracy, delektując się frustracją mieszkańców miasteczka, którzy z pewnością zechcą uprzykrzyć mu życie.

Tym razem jednak Sweetheart nie mogło mu już niczego odebrać.

Jesienna Maskarada była najważniejszym wydarzeniem roku, wszyscy cieszyli się, mogąc na chwilę ukryć swoją tożsamość. Wszyscy oprócz Willow Portis, która czuła się niezręcznie i głupio. Czekała, aż ktoś wyśmieje jej kostium, choć jak na razie wszyscy go chwalili.

– Szybko, dotknij mnie!

Willow spojrzała zdziwiona na gladiatora. Jego kostium leżałby znacznie lepiej, gdyby mężczyzna miał umięśnione ciało.

– Po co?

– Będę mógł powiedzieć znajomym, że dotknął mnie anioł. – Willow odepchnęła zalotnika, kierując się do stołu z przekąskami. Jej przyjaciółka Jenna zajmowała się cateringiem, lecz Willow nigdzie nie mogła jej znaleźć.

Popijając poncz, przyglądała się tłumowi. Mieszkała w Sweetheart od urodzenia, a mimo to nie potrafiła rozpoznać wszystkich twarzy ukrytych pod maskami.

Zgadywała, że Tony i Michelle Sewellowie przyszli na bal w kostiumach Tarzana i Jane, a towarzyszący im superbohater to Wes Unger, najlepszy przyjaciel Tony’ego. Seksowna pielęgniarka to Carol Ann Kline, rozwódka szukająca nowego faceta…

Nagle Willow poczuła, że czyjeś ręce obejmują ją w talii. Odskoczyła, odpychając napastnika.

– Co robisz?!

– Sprawdzam, czy nie odniosłaś obrażeń, spadając z nieba. Spokojnie, jestem lekarzem. – Facet był rzeczywiście przebrany za lekarza. Biała maska chirurgiczna zasłaniała mu połowę twarzy.

Willow odepchnęła go łokciem. Gdy lekarz znowu wyciągnął do niej ręce, Willow powiedziała:

– Dotknij mnie jeszcze raz, a pożałujesz. – Na szczęście nie był zbyt nachalny i dał jej spokój.

Chyba popełniła błąd, farbując naturalnie brązowe włosy na ognistoczerwony kolor, ale

podejrzewała, że to sukienka, którą sama zaprojektowała, przyciągała największą uwagę. Willow chciała sobie choć raz udowodnić, że potrafi emanować seksem.

Od niedawna narastał w niej niepokój, lecz nie rozumiała dlaczego. Jej firma prosperowała, Willow miała coraz więcej zamówień na luksusowe suknie ślubne, sklepy na całym świecie wykupiły jej najnowszą kolekcję, do butiku ściągały klientki z całego południa Stanów w poszukiwaniu sukien ślubnych, sukienek dla druhen i na studniówki.

Willow zaciągnęła pożyczkę wraz z przyjaciółką i partnerką biznesową, Macey, by otworzyć firmę i butik, co okazało się dobrą decyzją. Odniosła sukces, dlaczego więc czuła się taka… zagubiona?

To dziwne uczucie ogarnęło ją po raz pierwszy, gdy zaczęła projektować suknię ślubną dla Hope. Nie zazdrościła przyjaciółce szczęścia, po prostu zdała sobie sprawę, że zaniedbuje swoje życie osobiste.

Zdecydowała się pozostać w Sweetheart, bo wszyscy w miasteczku wyznawali zasadę, że miłość i małżeństwo gwarantują wieczne szczęście, a to była świetna inspiracja do pracy. Musiała wierzyć, że ślub i suknia to dopiero początek, inaczej tworzyłaby bezduszne kreacje z drogich tkanin.

Dawno nie czuła się pożądana, dlatego postanowiła zaryzykować i wiedząc, że maska zapewni jej anonimowość, włożyła wyzywającą sukienkę. Srebrzysty materiał opinał ciało, odsłaniając ramiona, anielskie skrzydła sięgały ponad głowę. Rzadko odsłaniała ciało, dbając o wizerunek skromnej bizneswoman, jakby wciąż próbowała się odciąć od skandalu sprzed lat, który okrył niesławą jej siostrę.

Rose zawsze chodziła skąpo ubrana, znikała z domu na całe noce, piła do nieprzytomności, nie słuchała rodziców. Wszyscy mieli nadzieję, że starsza siostra wreszcie się ustatkuje, zwłaszcza po tym, jak wyszła za znacznie starszego mężczyznę. Niestety Rose zdradziła męża, a po rozwodzie uciekła do Miasta Grzechu, by pracować jako striptizerka. Willow wysyłała jej czeki, ale Rose nigdy ich nie realizowała, twierdząc, że nie potrzebuje pomocy.

Nie bez powodu myślała teraz o siostrze. Wkładając ten niecodzienny strój, Willow czuła, że sprzeniewierza się wizerunkowi, na który ciężko pracowała. Postanowiła znaleźć bezpieczny kąt i jak miała w zwyczaju, stanąć pod ścianą, gdzie z pewnością uda jej się uniknąć nachalnych zalotników.

Gdy rozważała powrót do domu, podeszła do niej Tatum, właścicielka lokalnej kwiaciarni, która udekorowała salę pięknymi wiązankami czerwonych, pomarańczowych i żółtych kwiatów.

– Skąd pomysł na taki kostium? – Tatum nigdy nie owijała w bawełnę, Willow podziwiała jej pewność siebie.

– Nie rozumiem. – Nie była pewna, czy Tatum ją rozpoznała. Żadnej z przyjaciółek nie wyjawiła planów, nie chcąc narażać się na krytykę.

– Po pierwsze – włosy. Mam nadzieję, że to zmywalna farba, nigdy nie sądziłam, że jesteś gotowa na takie ryzyko. Sukienka jest oczywiście cudowna, przecież sama ją zaprojektowałaś, ale chyba trochę za dużo odkrywa? – Tatum dobrze wiedziała, z kim rozmawia.

– Dzięki za radę, mamusiu.

Przyjaciółka zaśmiała się pod nosem.

– Nie zrozum mnie źle, jeśli naprawdę chcesz tak wyglądać, jestem za, ale taki wizerunek nigdy ci nie odpowiadał. – Tatum wbiła w Willow zdecydowane spojrzenie. – Wielokrotnie żałowałam jednorazowych przygód. Chcę mieć pewność, że wiesz, w co się pakujesz.

– A kto powiedział, że szukam przygody?

– Kochana, ta sukienka wręcz woła: bierz mnie! Wszyscy faceci ślinią się na twój widok.

Willow chciała się sprzeciwić, ale zamilkła, przypominając sobie podrywaczy, którzy próbowali z nią flirtować.

– W tej chwili przygląda ci się co najmniej sześciu facetów.

– Skąd wiesz? Przecież stoisz do nich tyłem.

– Zawsze wszystkich uważnie obserwuję. Pytanie tylko, co zamierzasz z tym zrobić.

– Nie rozumiem.

– Zamierzasz tak stać w kącie czy spróbujesz kogoś poderwać? – Tatum oparła się o ścianę, krzyżując ręce na piersi.

– Będę stać w kącie – odrzekła Willow bez wahania.

– Jemu to się nie spodoba. – Tatum wskazała głową kogoś z boku.

Willow skierowała wzrok w tamtą stronę i wtedy go zobaczyła. Nawet zza satynowej maski z diabelskimi rogami czuła jego gorące spojrzenie. Jej ciało natychmiast zareagowało na męskie zainteresowanie.

Miał ciemne oczy, ale nie mogła dostrzec ich koloru. Ludzie mijali go ze wszystkich stron, otaczała ich kakofonia dźwięków, ktoś go potrącił, ale on ani drgnął. Gdy ruszył w jej stronę, Willow zaschło w gardle. Odwróciła się do przyjaciółki, ale Tatum zniknęła. Cholera!

Jego czarny ubiór kontrastował z ognistoczerwoną maską. Willow natychmiast rozpoznała drogi materiał i krój markowego garnituru. Kimkolwiek był, miał sporo pieniędzy.

– Zatańczymy? – Wyciągnął do niej rękę.

Podniosła wzrok, spojrzała mu w oczy… niemal granatowe.

– To wszystko?

– A nie wystarczy?

– Inni faceci mieli w zanadrzu sporo kiepskich tekstów o aniołach i grzechach.

– Jesteś na to zbyt inteligentna.

– Skąd wiesz?

Cały czas czekał z wyciągniętą ręką, wydawał się ostoją cierpliwości, na pewno wykazałby się nią również w łóżku.

Willow skinęła głową, ale nie podała mu ręki. Wahała się, jak postąpić. A może pozwolić, by tajemniczy nieznajomy zawrócił jej w głowie?

Powinna odwrócić się na pięcie i odejść. Przez lata była ostrożna, a dobre nawyki są tak samo trudne do przezwyciężenia jak złe. Jednak już wcześniej zamierzała zaryzykować, zmienić coś w swoim życiu choćby na jeden wieczór.

Właśnie pojawiła się ku temu idealna sposobność.

Kira Sinclair

Maskarada

Tłumaczenie:
Marcin Ciastoń

ROZDZIAŁ DRUGI

Diabeł najwyraźniej miał dość czekania, objął ją w talii, przyciągnął do siebie i poprowadził na środek parkietu. Willow poczuła, jak ogarnia ją fala gorąca, gdy musnął dłonią pióra na jej plecach, a drugą ręką położył jej dłoń na swoim torsie. Czuła przyspieszone bicie jego serca.

Gdy pochylił ku niej głowę, jego ostry zarost drażnił skórę jej skroni.

– Mam na imię Dev.

– Willow. – Mięśnie pod jej dłonią stały się napięte, próbowała cofnąć rękę, lecz ją przytrzymał. – Nie pochodzisz z tej okolicy.

Rozluźnił się nieco. Nie chciała, by się odsunął, jej ciało nigdy nie reagowało tak na bliskość mężczyzny. Pragnęła go.

– Dlaczego tak myślisz?

– Bo znam tu wszystkich, a ciebie nie.

Zaśmiał się. Gdy muzyka się zmieniła, odsunął się nieco. Willow chciała zaprotestować, przyciągnąć go do siebie, ale opanowała się. Dev pachniał sosną, ziemią, drewnem – jak prawdziwy mężczyzna. Przeszły ją ciarki, gdy potarł palcem jej serdeczny palec.

– Nie jesteś mężatką?

– Nie.

– Na pewno?

– Myślę, że zapamiętałabym tak istotny szczegół.

Dev znowu wybuchnął śmiechem, opierając skroń o jej skroń.

– Czym się zajmujesz?

– Projektuję suknie ślubne.

– To by tłumaczyło twoją sukienkę.

– Nie rozumiem?

Dołeczek na brodzie Devlina drgnął lekko, Willow miała ochotę dotknąć go językiem i skosztować.

– Twoja sukienka nie wygląda jak kostium, wyróżnia się w tłumie. – Willow zesztywniała na moment. – W pozytywnym sensie – dodał szybko. – Inni są ubrani tandetnie, ty nie. – Zbliżył usta do jej ucha. – Jakość ma dla mnie znaczenie, potrafię ją docenić.

Musiał poczuć jej drżenie. Willow ledwie zdołała ukryć zażenowanie. Zwykle kontrolowała swoje reakcje, lecz nieznajomy potrafił bez trudu przeniknąć jej zbroję. Dotąd tylko jeden mężczyzna tak na nią działał…

– Nie rób tego.

– Czego? – spytała niepewnie.

– Nie ukrywaj się, aniołku. Boisz się, co pomyślą o tobie ci wszyscy ludzie?

Rozejrzał się po sali. Willow dopiero teraz zdała sobie sprawę, że są w centrum uwagi. Wszyscy dokoła rozmawiali, jedli, pili i tańczyli, cały czas jednak wpatrując się w anioła i diabła wtulonych w siebie na środku parkietu.

Miała nadzieję, że nikt jej nie rozpozna, choć Tatum to się udało.

– Tak, bo tu mieszkam. – Otaczali ją jej sąsiedzi, przyjaciele, klienci. Dbała o ich zdanie, zwłaszcza że widziała z bliska, jak potrafią być okrutni. Zrobiłaby wszystko, by nie stracić ich poważania lub szacunku do samej siebie.

– Myślisz, że oni nie grzeszą?

– Wszyscy grzeszą.

– Więc dlaczego to ty musisz być ideałem?

– Nie jestem ideałem.

Zatrzymał się na środku parkietu, obejmując ją jeszcze mocniej, przechylając nieco w bok. Wpatrywał się w nią, jakby próbował coś wyczytać z jej oczu. Willow wstrzymała oddech, lecz jej usta rozchyliły się mimowolnie, by zaczerpnąć powietrza. Devlin mruknął i pocałował ją.

Nie mogła się opierać, nie chciała. Przestała myśleć o tym, co dzieje się dokoła, zamknęła oczy, żar wypełnił jej ciało. Gdy wsunął język w jej usta, poczuła smak szampana, którego pił wcześniej, lecz kryło się pod nim coś bardziej dzikiego, nieokiełznanego.

Dev oderwał się od niej. Willow trzymała się mocno jego ramion, kręciło się jej w głowie.

– Dlaczego to zrobiłeś?

– Bo mogłem, a poza tym lubię wprowadzać zamęt. – Jego oczy błyszczały niebezpiecznie. – Chciałem sprawdzić, jak smakujesz.

Jeszcze nikt nie powiedział jej czegoś tak… zmysłowego.

– Ja pierniczę!

Jego dudniący śmiech wypełnił przestrzeń między nimi. Czyżby powiedziała to na głos?!

Willow zdziwiła jego reakcja, chciała zobaczyć jego twarz, przekonać się, jak wygląda, gdy się śmieje. Dev znowu ją objął, lecz tym razem nie zmysłowo – był rozluźniony.

– Dziękuję – wyszeptał, opierając głowę o jej skroń.

– Za co?

– Że dzięki tobie będę miał miłe wspomnienia. Nie spodziewałem się tego, jadąc tutaj. Nie spodziewałem się ciebie.

Willow nie bardzo rozumiała.

– Nie ma za co.

– Chcesz stąd wyjść?

– Tak – odrzekła bez wahania. To dla niego włożyła dzisiaj ten kostium.

Nareszcie przyszła jej kolej, by zgrzeszyć.

Devlin obserwował Willow Portis, gdy rozmawiała z kobietą w kostiumie kota. Bardzo się od siebie różniły. Willow była wysoka i smukła, nawet przebranie nie było w stanie przyćmić jej wrodzonej elegancji. Poruszała się z gracją, nie wykonując zbędnych gestów.

Zdziwiło go to spotkanie, spodziewał się, że wyprowadziła się ze Sweetheart i wiedzie gdzieś idealne życie.

Gdy pojawił się na balu, od razu przykuła uwagę jego i pozostałych mężczyzn. Podszedł do niej z ciekawości, chcąc się dowiedzieć, kim jest seksowna kobieta w kostiumie anioła, ale dopiero gdy się przedstawiła, powróciły wspomnienia.

Zastanawiał się, jak szybko go rozpozna, jak daleko się posunie, czy ucieknie, a może postanowi dokończyć to, co zaczęli dziesięć lat temu. Czy wciąż go wini i nienawidzi, czy może czas zagoił rany?

Był ciekaw, jak potoczyło się jej życie. Dlaczego zjawiła się tu sama? Jak przeżyła ostatnie dziesięć lat? Czy była szczęśliwa?

Może powinien był teraz odejść, ale nie potrafił – jak wtedy, gdy Rose mu ją przedstawiła. Willow go zaintrygowała mieszanką niewinności i wyniosłości, obudziła w nim pragnienia, których nie mógł zaspokoić. Zanim ją poznał, sądził, że niewinność już nie istnieje. Swoją utracił na długo przed przyjazdem do Sweetheart, patrząc na narkotykowe wybryki matki.

Willow miała wtedy siedemnaście lat, on dwadzieścia. Nie potrafił się jej oprzeć, uwielbiał oglądać jej zmieszanie, gdy reagowała na niego wbrew swej woli. Zachowywała się wyniośle jak wszyscy w Sweetheart, ale przez to pragnął jej jeszcze bardziej, chciał udowodnić, że wcale nie jest lepsza od niego. Może sądził, że gdy się do niej zbliży, udzieli mu się jakaś cząstka jej niewinności?

Po długich miesiącach starań wreszcie zaczęła się do niego przekonywać, miał nawet wrażenie, że zobaczyła w nim coś, czego nie dostrzegają inni. Przestała go postrzegać jedynie jako syna przestępcy i narkomanki.

I wtedy wybuchł skandal z jej siostrą, a jego plan legł w gruzach. Dev czuł przeszywający ból, widząc jej zranione spojrzenie.

Sądził, że zostawił przeszłość za sobą, ale gdy wziął ją teraz w ramiona, poczuł, że to nieprawda. Wciąż pragnął Willow, może dzisiejszego wieczoru uda mu się raz na zawsze pokonać duchy przeszłości.

– Wick! – Dev zdziwił się, słysząc dawne przezwisko. Jakaś kobieta rzuciła mu się na szyję. – To ja, Erica! – dodała, ściskając go mocno. – Erica Condon. – Odsunęła się, by mu się lepiej przyjrzeć. – Co ty tutaj robisz?! Nie wiedziałam, że wróciłeś!

Dev rozejrzał się z niepokojem po sali, nie chciał się jeszcze ujawniać, na szczęście nikt nie zwracał na nich uwagi. Jak ta kobieta zdołała go rozpoznać, skoro nie udało się to Willow?

Złapał ją za rękę i zaciągnął w odosobnione miejsce.

– Nie mam pojęcia, kim pani jest. – Gdy zobaczył rozczarowanie na jej twarzy, dodał z uśmiechem: – Wolałbym zachować mój przyjazd w tajemnicy, przynajmniej do jutra.

Skinęła energicznie głową. Właśnie wtedy Dev przypomniał sobie, że była przyjaciółką Rose, choć nie miał pojęcia dlaczego. Nie pasowała do ich towarzystwa, on i Rose wciąż szukali przygód, rozsadzała ich energia, a Erica była cicha i nieśmiała, wszyscy ją ignorowali. Deva ogarnęło poczucie winy z powodu tego, jak traktował ją w przeszłości, lecz gdy zobaczył, że Willow przeciska się przez tłum, natychmiast o wszystkim zapomniał.

Obcisła sukienka ograniczała jej ruchy, Willow szła drobnymi kroczkami, dlatego mógł się uważnie przyjrzeć jej smukłemu ciału. Kilku innych mężczyzn wodziło za nią wzrokiem. Rzucił parę banałów i zostawił zdziwioną Ericę, kierując się w stronę Willow.

Chciał ją znowu pocałować na oczach wszystkich konkurentów, poczuć jej smak, ale wiedział, że nie byłaby zadowolona.

Przez kłamstwa jej siostry stracił wszystko, również Willow. Ciężko pracował, by znowu poczuć się dobrze we własnej skórze.

Stanęła przed nim, wpatrując się w niego błękitnymi oczami. Jej mlecznobiała skóra ładnie harmonizowała z anielskimi skrzydłami, które Willow miała doczepione do pleców. Z trudem się powstrzymał, by jej nie dotknąć.

Willow oblizała nerwowo wargi.

– Chcę pójść z tobą do łóżka. – Przez maskę Dev nie mógł dostrzec, czy wyznanie zaskoczyło ją tak samo jak jego. A może już odgadła, kim jest, i chciała wykorzystać okazję? – Oczywiście, jeśli ty też tego chcesz. – Lekko drżał jej głos.

– Musiałbym być idiotą, żeby tego nie chcieć. Jesteś pewna?

Spojrzała mu w oczy. Całe ciało Deva stężało pod wpływem jej spojrzenia, obudziło się w nim przez lata uśpione pożądanie.

– Dawno nie byłam niczego tak pewna.