Maska - Stanisław Lem

Maska

0,0

Zebrane w tym tomie opowiadania są utworami finezyjnymi, głębokimi i nad wyraz oryginalnymi. Pochodzą z różnych czasów, traktują o  różnorodnych sprawach, jednak wszystkie starają się odpowiadać na najgłębiej w samym autorze zakorzenione i wciąż przez dziesięciolecia powracające pytania. Dają też próbkę niezwykłego kunsztu Lema w przetwarzaniu typowych wątków fantastyki w oryginalny i wielowarstwowy dyskurs o istocie człowieczeństwa i możliwości wyjścia ku innemu już, nieczłowieczemu myśleniu.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Stanisław Lem

"Maska"

© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2012

projekt okładki: Anna Maria Suchodolska

© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek

www.cyfrant.pl

ISBN  978-83-63471-36-1

Kraków

2013

Wszelkie prawa zastrzeżone

STANISŁAW LEM

Maska

Spis treści

Szczur w labiryncie

Inwazja

Przyjaciel

Inwazja z Aldebarana

Ciemność i pleśń

Młot

Formuła Lymphatera

Pamiętnik

Prawda

Maska

Sto trzydzieści siedem sekund

Zagadka

Materac

1

Przestali się całować. Janek Hain szedł na przełaj przez łąkę i był coraz bliżej. Chwilami tonął w trawie po nogawki skórzanych porteczek, na których miał wyszyte sześciostrzałowe rewolwery, po jednym na kieszeni z każdej strony. Cienkim prętem ścinał uważnie mlecze. Czekali, aż przejdzie. Minął ich, zostawiając za sobą smugę jasnych puszków, które powiew przeniósł nad ich głowami. Kilka zaplątało się w liście agrestowego krzaczka, służącego im za osłonę. Chłopiec przytulił policzek do nagiego ramienia dziewczyny, musnął wargami śniadą skórę w miejscu, gdzie jak odbicie śnieżnego kryształka rysował się znak po szczepieniu, i zajrzał w jej orzechowe oczy. Odepchnęła go lekko, patrząc na łąkę. Janek stanął, bo mlecz, którego dosięgnął samym końcem witki, uchylił się tylko. Witka świsnęła ostrzej, mlecz prychnął białym obłoczkiem i Janek poszedł dalej, coraz mniejszy, na plecach huśtała mu się wystająca z woreczka flaszka na śmietanę.

Dziewczyna opadła na trawę, tuż nad jej czarnymi włosami chwiało się pokryte meszkiem, twarde grono agrestu z przeświecającą pesteczką. Usiłował odwrócić ją na wznak, pocałował niecierpliwie opalony kark, chowała twarz na jego piersi, śmiejąc się bezgłośnie, nagle ukazała ją, rozgrzaną, tchnęła mu prosto w usta, objęła za szyję, chwyciła za włosy, krótko przystrzyżone nad karkiem. Całowali się wtuleni ciałami w płytkie, podobne do niedokończonego grobu zagłębienie, może po starej wnęce strzeleckiej. Nim wieś przejęła pastwiska, był tu poligon. Okładnice pługów zgrzytały czasem na wdeptanych głęboko w ziemię, zaśniedziałych łuskach.

Muszki, takie małe, że widziało się je tylko pod słońce, wirowały nad krzakiem cienkim pióropuszem, jakby jedynym ich celem było stworzyć ruchliwą, przezroczystą rzeźbę w powietrzu, nie wydawały żadnego brzęczenia, były zbyt drobne, nie czuło się prawie, gdy siadały na rękach. Niewidzialny kosiarz znowu ostrzył swoje narzędzie, miarowy dźwięk płynął nie wiadomo skąd. Dziewczynie brakło tchu, odepchnęła go, głowa jej poleciała w tył, zacisnęła oślepione słońcem oczy, pokazała zęby, ale nie śmiała się. Pocałował ją w zamknięte powieki, czuł na wargach dygotanie jej sztywnych, długich rzęs. Z wysoka zaświergotało. Oderwała się od niego, jej powieki zatrzepotały, zobaczył strach w rozszerzających się źrenicach. – To tylko samol... – zaczął.

Świst przeszedł w wycie. Poczuł muśnięcie we włosach. Ciemność. Klon, o piętnaście kroków od ich nóg, uniósł się, zakręcił kędzierzawą koroną po obłokach, kikut strzaskanego pnia buchnął parą, konary waliły się daleko na trawę, ale nie było tego słychać w grzmocie, który jeszcze trwał i rozchodził się coraz dalej – aż ustało miarowe podźwiękiwanie ostrzonej kosy.

 

[...]

Zdarzyło się to zupełnie niedawno – niemal w tych dniach. Dwaj mieszkańcy Aldebarana, z rasy rozumnej, która zostanie odkryta w roku 2685 i zaklasyfikowana przez Neirearcha, tego Linneusza XXX wieku, jako podtyp gromady Coelestiaca w rzędzie Megalopterygia – jednym słowem, dwaj przedstawiciele gatunku Megalopteryx Ambigua Flirx, wysłani przez Zgromadzenie Syncytialne Aldebarana (inaczej zwane też Zespólnią Ostateczną) dla przebadania możliwości kolonizacyjnych na planetach w obrębie VI Parcjalnego Rozrzedzenia Peryferyjnego (PRP), dotarli zrazu do okolic Jupitera, gdzie pobrali próbki jego Andrometakulastrów i stwierdziwszy, że są przydatne do żywienia ich Telapatyka (o którym niżej), zdecydowali się za jednym zamachem zbadać także trzecią planetę Systemu, malutki glob, krążący po nieciekawej orbicie kołowej wokół Gwiazdy Centralnej.

Nastawiwszy swój Astromat na pojedynczy hyperspacjalny Metakrok w Nadprzestrzeni, obaj Aldebarańczycy wychynęli w swoim z lekka tylko rozżarzonym statku tuż ponad atmosferą planety i zapuścili się w nią z umiarkowaną szybkością. Oceany i kontynenty przepływały coraz wolniej pod ich Astromatem. Zaznaczyć może warto, iż Aldebarańczycy, w przeciwieństwie do ludzi, nie podróżują w rakietach, ale, przeciwnie, rakiety w nich – z wyjątkiem samego koniuszka. Ponieważ przybysze byli obcy, miejsce ich lądowania wyznaczył czysty przypadek. Są oni istotami myślącymi strategicznie i jako nieodrodni synowie wysokiej, parastatycznej cywilizacji, najchętniej opuszczają się na linii planetarnego terminatora, to jest tam, gdzie półkula planety dzienna graniczy z nocną.

Osadzili swój pojazd kosmiczny na słupie wyrzucanych retrograwitacyjnie Bralderonów, opuścili go, to jest – spłynęli z niego, i przybrali bardziej skoncentrowany kształt, co stanowi obyczaj wszystkich Metapterygia, zarówno z podklasy Polyzoa, jak i Monozoa.

W tym miejscu należałoby opisać przybyszów – wszelako budowa ich jest aż nadto dobrze znana. Zgodnie z twierdzeniami wszystkich autorów Aldebarańczycy – jak i inne, zorganizowane wysoko Istoty z obszaru Galaktyki – posiadają bardzo długie, liczne macki, zakończone – każda – ręką o sześciu palcach. Poza tym mają szkaradne, olbrzymie, mątwowate głowy oraz nogi też mackowate i sześciopalczaste. Nazywali się: starszy, będący Kybernetorem wyprawy – NGTRX, młodszy zaś, wybitny w swej ojczyźnie polyzjatra – PWGDRK.

Natychmiast po wylądowaniu nacięli sporo gałęzi z dziwacznych roślin, jakie otaczały ich statek, i okryli go w celu zamaskowania, po czym wyładowali niezbędny ekwipunek – jednozbiorczego Teremtaka, naładowane i gotowe do akcji Aldolicho oraz perypatetycznego Telepatyka (o którym było wyżej).

Perypatetyczny Telepatyk, inaczej zwany Pe-Te, jest to przyrząd służący do porozumiewania się z ewentualnie istniejącymi na planecie istotami rozumnymi, zdolny też, dzięki hyperspacjalnemu podłączeniu do Supracerebru Uniwermantycznego na Aldebaranie, tłumaczyć wszelkie napisy w 196 tysiącach dialektów i narzeczy galaktycznych. Aparat ten, jak i inne, o tyle różni się od ziemskich, że Aldebarańczycy, jak to będzie wiadome od roku 2685, nie produkują swych aparatów i maszyn, ale hodują je bądź to z nasion, bądź też z jaj, odpowiednio genetycznie sterowanych.

Perypatetyczny Telepatyk przypomina z wyglądu, ale tylko z wyglądu, skunksa, ponieważ cały wyładowany jest w środku mięsistymi komórkami Pamięci Semantycznej, szypułowaniem Alweolarnego Translatora oraz masywnym Gruczołem Mnemoniczno-Mnestycznym, ponadto zaś posiada z przodu i z tyłu po jednym Wylocie Właściwym (WW) swego Interglokokokomu, czyli Interplanetarnego Glossolaliczno-Koherencyjno-Kontemplacyjnego Komunikatora.

Wziąwszy ze sobą wszystko niezbędne, trzymając Perypatetyka na ortosmyczy, a Teremtaka puściwszy przodem, z przewieszonym przez macki masywem Aldolicha, obaj Aldebarańczycy puścili się w drogę.

 

[...]

1

– To już ostatni, co? – powiedział mężczyzna w deszczowym płaszczu.

Końcem bucika strącał z nasypu okruchy ziemi w dół, na dno leja, gdzie pod pochylonymi postaciami o niekształtnych, olbrzymich głowach huczały acetylenowe płomienie. Nottinsen odwrócił się, żeby wytrzeć załzawione oczy.

– Cholera, zapodziałem gdzieś ciemne szkła. Ostatni? Mam nadzieję. Ledwo już trzymam się na nogach. A pan?

Mężczyzna w lśniącym płaszczu, po którym ściekały drobne kropelki wody, schował ręce do kieszeni.

– Jestem przyzwyczajony. Niech pan nie patrzy – dodał, widząc, że Nottinsen znowu spogląda w głąb leja. Ziemia parowała i syczała pod palnikami.

– Żeby przynajmniej mieć pewność – mruknął Nottinsen. Mrużył oczy. – Jeżeli tu jest tak – wyobraża pan sobie, co tam musiało się dziać? – głową wskazał poza szosę, gdzie nad wywiniętymi brzegami krateru unosiły się cieniutkie smużki pary, rozpalającej się fiołkowo od błysku niewidzialnych promieni.

– On już wtedy na pewno nie żył – powiedział mężczyzna w deszczowcu. Po kolei wywracał obie kieszenie na lewą stronę i wytrząsał z nich wodę. Drobny deszcz wciąż padał.

– Nie zdążył się nawet przestraszyć – i nic nie czuł.

– Przestraszyć się? – powiedział Nottinsen. Chciał spojrzeć w niebo, ale schował zaraz głowę w kołnierz przed deszczem. – On?! To pan go nie znał. No, pewno, że go pan nie znał – zreflektował się. – On pracował nad tym cztery lata – w każdej sekundzie tych czterech lat to się mogło stać.

– To dlaczego pozwolili mu to robić? – mężczyzna w mokrym płaszczu popatrzał spode łba na Nottinsena.

– Bo nie wierzyli, że mu się uda – odpowiedział ponuro Nottinsen.

Sine, kolące wzrok płomienie lizały wciąż dno leja.

– Tak? – powiedział tamten. – Ja... miałem trochę oko na to, jak się budowało – spojrzał w stronę odległego o kilkaset metrów, słabo dymiącego krateru. – Musiało kosztować ładny grosz...

– Trzydzieści milionów – przyznał Nottinsen. Przestąpił z nogi na nogę. Zdawało mu się, że buciki przemakają. – Co z tego? Daliby mu trzysta albo trzy tysiące, gdyby mieli pewność...

– To miało coś wspólnego z atomami, prawda? – powiedział mężczyzna w nieprzemakalnym płaszczu.

– Skąd pan wie?

– Słyszałem. Zresztą widziałem słup.

– Eksplozji?

– A zresztą po co było budować to tak daleko, nie?

– To było jego życzenie – odparł Nottinsen. – Dlatego pracował sam – od czterech miesięcy, kiedy udało mu się... – popatrzał na tamtego i dodał, zniżając głowę: – To miało być gorsze niż atomy. Gorsze niż atomy! – powtórzył.

– Co może być już gorsze od końca świata?

– Można zrzucić jedną atomówkę i przestać – powiedział Nottinsen. – Ale jedna Whisteria – wystarczyłaby jedna! Już nikt by tego nie powstrzymał! Hej, tam! – krzyknął, pochylając się nad lejem. – Nie tak prędko!! Nie spieszyć się! Nie odsuwać płomienia! Każdy cal ma być porządnie wyżarzony!

– Nic mnie to nie obchodzi – powiedział tamten. – Ale... jeżeli to jest takie – co pomoże trochę ognia?

– Pan wie, co to miało być? – powoli spytał Nottinsen.

– Nie znam się na tym. Aldershot powiedział, żebym panu pomógł, lokalnymi siłami, że to były... że on pracował nad jakimiś bakteriami atomowymi. Coś w tym rodzaju.

– Bakteria atomowa? – Nottinsen zaczął się śmiać, ale natychmiast przestał. Odchrząknął i powiedział:

– Whisteria Cosmolytica – on to tak nazwał. Drobnoustrój unicestwiający materię i czerpiący z tego procesu energię życiową.

– Skąd on to wziął?

– Pochodna sterowanych mutacji. To znaczy – wyszedł z istniejących bakterii i stopniowo poddawał je działaniu coraz większych dawek promieniowania. Aż doszedł do Whisterii. Ona istnieje w dwu stanach – jako przetrwalnik, nieszkodliwy jak mąka. Można nim posypywać ulice. Ale kiedy ożyje i zacznie się rozmnażać – to byłby koniec.

 

[...]

Na początku była ciemność i zimne płomienie, i huk przeciągły, a w długich sznurach iskier czarno osmalone haki wieloczłonowe, które podawały mnie dalej, i pełzające metalowe węże, co dotykały mię ryjkowato spłaszczonymi łbami, a każde takie dotknięcie budziło dreszcz błyskawiczny, ostry i rozkoszny prawie.

Zza szkieł okrągłych patrzał we mnie wzrok niezmiernie głęboki, nieruchomy i oddalał się, ale to chybam ja się przesuwało dalej i wchodziło w krąg następnego spojrzenia, budzącego drętwotę, szacunek i lęk. Ta wędrówka moja na wznak trwała czas niewiadomy, a w miarę jej postępów powiększałom się i rozpoznawałom siebie, doświadczając własnych granic, i nie potrafię wyjawić, kiedym mogło już dokładnie ogarnąć własny kształt, rozpoznać każde miejsce, gdziem ustawało. Tam się świat zaczynał, huczący, płomienny, ciemny, a potem ustał ruch i cienkie trzpienie stawonogie, co podawały mię sobie, unosiły lekko w górę, oddawały cęgowym garściom, podsuwały płaskim ustom w otoku iskier, znikły, i leżałom jeszcze bezwładne, choć zdolne już do własnego ruchu, lecz w pełni wiadomości, że jeszcze nie czas, i w tym zmartwiałym przechyle – bom spoczywało wtedy na skośnej równi – ostatni prąd, wiatyk bez tchu, pocałunek rozedrgany sprężył mnie, i to był znak, żeby zerwać się i wpełznąć w okrągły otwór bezświetlny, i już bez wszelkiego przynaglania dotknęłom zimnych, gładkich, wklęsłych płyt, aby spocząć na nich z kamienną ulgą. Lecz może był to sen.

O przebudzeniu nic nie wiem. Szelesty niezrozumiałe pamiętam i półmrok chłodny, i siebie w nim, świat otworzył mi się światłem szerokim, połyskliwością rozbitą w barwy, i to jeszcze, jak wiele zdumienia było w mym ruchu, gdym przekraczało próg. Silne blaski spływały z góry na barwny zamęt pionowych kadłubów, widziałom ich kule, obracające ku mnie lśniące wodą guziki, powszechny gwar zamarł i w powstałej ciszy uczyniłom jeszcze jeden mały krok.

Wtedy z nieposłyszanym, odczutym tylko dźwiękiem cieniutkiej struny, co pękła we mnie, uczułam napływ płci tak gwałtowny, że chwycił mnie zawrót głowy i przymknęłam powieki. A gdy stałam tak z zamkniętymi oczami, dobiegły mnie ze wszech stron słowa, bo razem z płcią wszedł we mnie język. Otwarłam oczy i uśmiechnęłam się, i ruszyłam przed siebie, a moje suknie szły ze mną, poważnie szłam, otoczona krynoliną, nie wiedząc dokąd, ale zmierzałam dalej, bo to był dworski bal, i wspomnienie własnej pomyłki sprzed chwili, kiedym wzięła głowy za kule, a oczy za mokre guziki, bawiło mnie jak małe dziewczęce głupstwo, dlatego uśmiechałam się, ale ten uśmiech był skierowany tylko do mnie. Słuch mój sięgał daleko, wyostrzony, więc rozpoznawałam w nim szmer wytwornego uznania i oddechy panów zatajone i zawistne pań, a skąd to takie dziewczę, wicehrabio? A ja szłam przez olbrzymią salę, pod kryształem pająków, z sufitowej sieci kapały płatki róż, przeglądałam się w niechęci wypełzającej na umalowane twarze kobiet i w pożądliwych oczach smagłych parów.

Za oknami od stropu po parkiety ziała noc, kufy płonęły w parku, a w międzyokiennej niszy, u stóp marmurowego posągu, stał człowiek niższy od innych, otoczony wieńcem dworaków odzianych w pasiastą czerń i żółć, którzy zdawali się przeć ku niemu, lecz nie przekraczali pustego kręgu, i ten jedyny nawet nie spojrzał w moją stronę, kiedy się przybliżałam. Mijając go, przystanęłam i choć wcale nie patrzał w moją stronę, ujęłam samymi końcami palców krynolinę, spuszczając oczy, jakbym chciała mu złożyć głęboki ukłon, lecz popatrzyłam jedynie na własne ręce smukłe i białe, nie wiem jednak, czemu dla mnie ta biel, gdy zajaśniała na błękicie krynoliny, miała w sobie coś przerażającego. On zaś, ów niski pan czy par, otoczony dworakami, za którym stał blady rycerz w półzbroi, z obnażoną blond głową, i trzymał w ręku małą jak zabawka mizerykordię, nie raczył spojrzeć na mnie, mówiąc coś niskim, jakby stłumionym nudą głosem przed siebie, bo do nikogo. A ja, nie złożywszy mu ukłonu, lecz tylko patrząc nań krótką chwilę bardzo gwałtownie, żeby zapamiętać jego twarz, ciemnoskośną przy ustach, bo ich kąt grymasem znużenia podgięła biała blizenka, wpijając się oczami w te usta, okręciłam się na pięcie, aż zaszumiała krynolina, i poszłam dalej. Wtedy dopiero spojrzał na mnie i poczułam doskonale ten wzrok przelotny, zimny, a taki zwężony, jakby miał niewidzialną fuzję u policzka i muszką jej celował w mój kark, między rulony złotych pukli, i to był drugi początek. Nie chciałam się odwrócić, lecz uczyniłam to i pochyliłam się w niskim, bardzo niskim dygnięciu, unosząc oburącz krynolinę, jak gdyby wchodząc poprzez jej sztywność w blask posadzki, bo to był król. Potem odeszłam wolno, zastanawiając się nad tym, skąd wiem to tak dobrze i na pewno, a też bliska zrobienia czegoś niestosownego, bo skoro nie mogłam wiedzieć, a wiedziałam, w sposób natarczywy i bezwzględny, wzięłam wszystko za sen, a cóż znaczy we śnie – chwycić czyjś nos? Przelękłam się odrobinę, bo nie udało mi się tego uczynić, jakbym miała w sobie niewidzialną granicę. Tak się wahałam, idąc bezwiednie, pomiędzy przekonaniem o jawie i o śnie, a zarazem wpływała we mnie wiedza, po trosze jak fale wpływają na brzeg, i każda fala pozostawiała we mnie nowe powiadomienie, tytuły jak utkane z koronek; w połowie sali, pod rozjarzonym kandelabrem, szybującym jak statek w ogniu, już znałam wszystkie miana dam, których zużycie wspierał troskliwy kunszt.

 

[...]