Marzyciele i pokutnicy - Krzysztof Spadło

Marzyciele i pokutnicy

0,0

Marzyciele i Pokutnicy to zbiór dziesięciu opowiadań, których akcja została osadzona w znanej nam z codzienności współczesnej Polsce. Jednak świat przedstawiony posiada swoje drugie, mroczne i nieznane większości oblicze. Bo przecież skąd możemy wiedzieć, że człowiek którego przed chwilą minęliśmy w sklepie lub na przejściu dla pieszych nie jest tym, który wynalazł maszynę czasu i właśnie planuje udać się w przeszłość, żeby zmienić losy ludzkości? A może chłopiec biegnący z naprzeciwka w zawadiacko przekrzywionej czapeczce bejsbolowej jest kimś zupełnie innym niż z pozoru nam się wydaje? Być może kryje w sobie straszliwą tajemnicę?

Najnowsza książka Krzysztofa Spadło to obowiązkowa lektura dla miłośników zjawisk paranormalnych, horrorów i science-fiction.

 

Autor miał pomysł i potrafił go wykorzystać. Marzyciele i Pokutnicy to zbiór najróżniejszych, mniej lub bardziej fantastycznych, opowieści - pełnych specyficznego typu grozy i tajemniczości. Większość przypomina sfabularyzowane raporty o zjawiskach paranormalnych, relacje ich świadków - szczególnie te, w których występuje narracja pierwszoosobowa, one przemawiają do mnie najmocniej.
Thordis Ulvhjerte (Paulina „Lorelay” Szymborska) Efantastyka.pl

 

 

Krótka notka o autorze... z takim zagadnieniem zawsze mam problem. To zdanie poniżej najbardziej mnie charakteryzuje: Krzysztof Spadło - łowca wrażeń i kolekcjoner miłych wspomnień, któremu pisanie sprawia frajdę.
Krzysztof Spadło

Dodaj komentarz


Kolejna antologia opowiadań jaką ostatnio miałem przyjemność przeczytać. Jest o tyle nietypowa, że zawiera teksty napisane na dość oryginalny temat. Z czym wiąże się realizacja marzeń. Gatunki różne od sci-fi poczynając, na thrillerze kończąc. Czyta się to lekko i z zainteresowaniem. Wszystkie opowiadania są autorstwa jednego pisarza, a książka jest jego debiutem, więc tym bardziej jest godna zapoznania się. Niecodzienne i niebanalne. Polecam.


To antologia opowiadań o marzeniach, ale też konsekwencjach tych marzeń. Kto zrealizował swoje marzenie nie bez ofiar w swoim otoczeniu musi „odpokutować”. Ta swego rodzaju zamiana jest motywem przewodnim antologii. Stąd też taki, anie inny tytuł zbiorku. Opowiadania należą do różnych gatunków. Mamy sci-fi, mamy i thriller, są też inne. Dobrze napisane, nie ma mowy o nudzie. Aż dziw bierze, ze to debiut autora.


Zbiór intrygujących opowiadań, z dobrze wykreowanymi i godnymi uwagi postaciami. Każda z historii pełna jest emocji, które porywają w wykreowany przez autora świat. Zbiór czyta się lekko i z przyjemnością, a stworzone przez autora historie wciągają na długo. Jest oryginalnie i poza utartymi schematami, naprawdę ciekawie. Polecam, bo to warta zauważenia pozycja, wprost z naszego rodzimego podwórka. Czytajcie na zdrowie.


Zbór ciekawych opowiadań. Autor porusza się w różnych gatunkach. Mamy s-f, mamy thriller i wiele innych. Dobrze napisane. Do tego debiut pisarski. Tak trzymać.


Otworzyłam na pierwszej i zamknęłam na ostatniej stronie, i nawet nie zauważyłam, że zniknęło mi kilka godzin życia. Bardzo ciekawa książka.


„Marzyciele i Pokutnicy” to z całą pewnością książka bardzo dobra, stanowiąca świetną lekturę dla miłośników paranormalnych klimatów i zjawisk, krótszych form, ale także tych, którzy opowiadania czytają raczej od święta i lubują się w tego typu opowieściach. Nieszablonowa fabuła z dreszczykiem, plastyczne opisy i wspaniale wykreowani bohaterowie robią swoje, książka dość mocno wciąga w swój nieco mroczny mimo wszystko świat i zapewnia rozrywkę na bardzo wysokim, jak na debiut, poziomie.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

KRZYSZTOF SPADŁO

MARZYCIELE I POKUTNICY

© Copyright by Krzysztof Spadło & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Marek Purzycki

ISBN 978-83-7859-058-3

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Korekta: Paulina Lipiec

slowadaje@gmail.com

Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie II 2012

Konwersja do epub Agencja A3M

Krzysztof Spadło

Marzyciele i pokutnicy

Patronat medialny:

                     

 

 

 

Moim dzieciom:

Bartkowi, Kubie i Zosi,

abyście zawsze dążyli do realizacji swoich marzeń!

Od Autora

Dziesięć opowiadań, które składają się na niniejszy zbiór, są jak rodzeństwo. Jedne przyszły na świat tego samego roku, inne narodziły się po kilku latach, a wszystkie łączy wspólna, nierozerwalna więź. Miło sobie wspominam te magiczne momenty, które pchnęły mnie do napisania każdej historii. Nawet teraz kreśląc te słowa uśmiecham się pod nosem, bowiem jakby nie było, włożyłem do tych opowieści jakąś część swojego życia.

W związku z koncepcją wydania "Marzycieli i Pokutników" w formie e-booka, nawiedził mnie pomysł, dzięki któremu mogę te chwile uwiecznić. Pod każdym opowiadaniem umieszczę kilka zdań o tym, co mnie zainspirowało, jaki miałem zamysł i co z danego tekstu bezpośrednio dotyczy mojej osoby.

To chyba tyle, nie ma co więcej wyjaśniać :-)

Zapraszam do lektury.

PRZEWOŹNIK

Dzisiejszy lipcowy poranek był zwiastunem upalnego dnia. Promienie wschodzącego słońca niczym prężne złote struny ostro rozcinały powietrze, a na turkusowo-błękitnym niebie nie sposób było dostrzec choćby cienia najmniejszej chmurki. Ognista kula z każdą minutą pięła się coraz wyżej ponad horyzontem i rozdając dookoła przyjemne ciepło, docierała swym wesołym blaskiem do najciemniejszych zakamarków, by ofiarować światu upragnioną radość życia.

Dachy domów, liście drzew, krzewy i połacie trawy, skąpane w porannej rosie, migotały tysiącami malutkich refleksów, sprawiając wrażenie minimalnego ruchu. Można było ulec złudzeniu, że ktoś w jakiś cudowny, wręcz czarodziejski sposób obsypał całą okolicę drobniutkim, błyszczącym brokatem.

Zalesione tereny położone na obrzeżach miasta spowijała delikatna mgła. Mleczne smugi unoszące się tuż nad powierzchnią ziemi wolno dryfowały, błądząc pomiędzy krzewami i konarami drzew, jakby chciały ukryć przed oczami wścibskich swoje tajemnice.

Strzelce Opolskie, pogrążone jeszcze we śnie, otulała wszechogarniająca cisza; jedyną oznaką życia był poranny śpiew ptaków. Chociaż czasami można też było usłyszeć, jak niewidzialne skrzydła unoszą w przestrzeń charakterystyczny stukot pędzącego gdzieś w oddali pociągu.

Tak jak co dzień kościelne dzwony odezwały się dokładnie o piątej trzydzieści, zwołując na poranną mszę, a ich donośny dźwięk rozbrzmiewał dostojnie nad całą okolicą. Ulice miasta powoli zaczynały tętnić życiem. Ludzie podążający w różnych kierunkach spieszyli do swoich codziennych zajęć i obowiązków, a warkot jadących samochodów miarowo potęgował narastający pośpiech.

Tradycyjnie o 6 ciszę więziennych korytarzy rozszarpał ostry krzyk dzwonka, budząc skazańców ze snu.

Tutaj, w tym hermetycznym świecie, każdy dzień był jak kopia poprzedniego. Schemat wykuty przez żelazne regulaminy kreował monotonną rzeczywistość. Rzeczywistość tego świata.

Dochodziła 7.15.

Na więziennym parkingu sześć zielono-żółtych autobusów, będących własnością zakładu karnego, stało gotowych do odjazdu. W każdym z nich oprócz kierowcy znajdowało się sześciu uzbrojonych strażników i dwudziestu ośmiu skazańców odzianych w stalowoszare uniformy. Chwilę później pokaźnych rozmiarów brama wyjazdowa wykonana z litej stali, górą zawieszona, a dołem wpuszczona między szyny, otworzyła się  głośnym zgrzytem. Hałas rozjeżdżających się na boki wrót spłoszył stado gołębi siedzących na pobliskim dachu. Przerażone ptactwo w panice poderwało się do lotu i, nerwowo trzepocząc skrzydłami, zatoczyło w przestworzach krąg i poszybowało w kierunku miasta.

Autobusy jeden za drugim wolno wyjeżdżały, opuszczając smutną twierdzę odkupienia, i płynnie wtopiły się w świat po drugiej stronie muru. Niektórzy z więźniów, niczym turyści biorący udział w egzotycznej wycieczce, pożerali oczyma zmieniający się w miarę jazdy krajobraz. Natomiast inni, mający dłuższy "staż" niż ich współtowarzysze, patrzyli spokojnym, beznamiętnym wzrokiem, na którego dnie czaiły się smutek i tęsknota za wolnością.

Kolumna pojazdów rozbiła się na kolejnym skrzyżowaniu. Cztery pierwsze pojechały prosto, a dwa pozostałe skręciły w prawo i, zniknąwszy za zakrętem, pomknęły peryferiami Strzelec Opolskich. Zmierzając drogą w kierunku Krapkowic, po kilku minutach jazdy minęły tablice wytyczające granice miasta. Teraz asfaltowa wstęga szosy wiła się pośród malowniczych pól i lasów zatopionych w lipcowym porannym słońcu. Zostawiwszy w tyle niedużą wieś Kalinów, trzy kilometry dalej pojazdy skręciły w leśną drogę. Sunąc wyboistym traktem prowadzącym w głąb lasu, wpadły w ramiona ciszy i przyjemnego chłodu. Tutaj dokładnie było widać, jak smugi słonecznego światła z trudem przebijają się przez korony drzew i znajdując gdzieniegdzie wolną przestrzeń, niczym sztylety zatapiały się w gęstym poszyciu. Przyroda jeszcze spała, trwając w bezruchu. Odgłos silników i smród spalin uderzył w ten naturalny spokój jak kamień w niezmąconą toń wody, a wszelka zwierzyna i leśne duszki umknęły spłoszone i pochowały się w zielonym gąszczu.

Po piętnastu minutach jazdy autobusy zatrzymały się na małej polanie tuż przed biegnącym wzdłuż nasypem kolejowym. Opony pojazdów schlapane rosą mieniły się czarno-stalowym blaskiem.

Od kilku tygodni przewożono w to miejsce tanią więzienną siłę roboczą. Skazani wykonywali żmudną, monotonną pracę przy renowacji tutejszej linii kolejowej. Sama robota właściwie nie była ciężka, a poza tym przestrzeń, las, bezkresne niebo… oddychając pełną piersią, aż czuło się zapach upragnionej wolności.

Skazańcy powoli, bez pośpiechu, wychodzili na zewnątrz i ustawiali się w dwuszeregu przed samochodami. Najstarszy rangą strażnik wszedł na nasyp, stanął w rozkroku, spojrzał na zegarek, siarczyście splunął i rzekł donośnym głosem:

– Dobra twardziele, jest ósma. Koło południa zrobimy przerwę. Krótką, bo krótką, ale zrobimy, co mi tam. No, chyba że nie zasłużycie – zamilkł na chwilę, na jego nieprzyjemnej twarzy pojawił się gorzki grymas, mający zapewne przypominać uśmiech. Z ironią w głosie dokończył: – Tak więc nie będę się zbytnio rozwlekał, wieta, co mata robić! A ja, życząc szanownym panom miłej, przyjemnej i owocnej pracy, tradycyjnie odwołuję się do pozostałości waszych zdegenerowanych umysłów i proszę, jeszcze raz podkreślam – proszę! – abyście zachowywali się spokojnie i przyzwoicie, jak na grzecznych chłoptasiów przystało. Amen.

Klawisz, najwyraźniej rozbawiony i dumny ze swojej krótkiej przemowy, energicznie obrócił się na pięcie i rzucił przez ramię:

– Naprzód!

Mężczyźni w więziennych drelichach bez ładu i składu ospale ruszyli na wprost.

Strażnicy stojący w grupie nieco z przodu po prawej stronie, gorliwie słuchali opowieści jednego z nich i nagle wybuchli gromkim śmiechem. Chaos, nieład, brak czujności – to właśnie dało krótką chwilę ogólnej dezorientacji. Szansa. Okazja jedna na tysiąc. Ileż mogła trwać? Kilka sekund? Może krócej? Ile? Reakcja jednego ze skazańców idącego w drugim szeregu w ogóle nie była zaplanowana. Żywioł. Pierwotny zmysł wziął górę nad rozumem. Instynkt. Mężczyzna nieznacznie zwolnił, przykucnął, szybkim spojrzeniem ocenił sytuację i płynnym ruchem rzucił się w tył w kierunku najbliższego pojazdu. Kiedy zabrakło mu sił, pomógł swemu ciału wykonać obrót i schował się za wewnętrzną częścią koła. Znowu instynkt. Leżąc w ukryciu, z napięciem obserwował, jak strażnicy zaczynają formować rozciągnięty szyk i zachodząc lekkim półkolem, zamykają ten żałosny kondukt. Szary tłuczeń wysypany na wzniesieniu specyficznie zachrzęścił pod stopami idących.

Serce waliło mu jak opętane, nie potrafił zapanować nad przyśpieszonym oddechem; poczuł, jak zimny pot pokrywa mu ciało, a wewnątrz czaszki eksplodują tysiące myśli. Palce dłoni wbił z całej siły w ziemię, szczęki zacisnął aż do bólu, jego ramiona i kark ogarnął piekący skurcz. Raz, drugi, udało się! Złapał oddech! Zrobił kilka głębokich wdechów i nagle całe napięcie prysło niczym bańka mydlana. Miał nieodparte wrażenie, że to, co teraz widzi, toczy się w nienaturalnie zwolnionym tempie. Obraz docierający do jego mózgu przypominał leniwie przesuwające się kadry filmowej taśmy. Postacie wolno kroczyły i zanim znikły za zieloną ścianą drzew, wydawało mu się, iż minęły wieki.

Nadal leżał bez ruchu. Podświadomie czekał, by ujrzeć, jak za moment pojawią się spanikowani strażnicy. Sądził, że usłyszy ich wściekłe okrzyki, tupot, zobaczy twarze żądne krwi, krwi i pokory. Nasłuchiwał. Nic. Cisza. Jedynie przyjemny pomruk lasu.

Powoli podczołgał się w stronę wolnej przestrzeni między autobusami. Delikatnie stanął na równe nogi i zastygł jak głaz. Wstrzymał oddech i wytężył słuch. Nadal nic. Cisza.

"Co robić?! Co robić?!" – przemknęło mu przez myśl. "Kurwa, co robić?! Co ja najlepszego zrobiłem?! Niech to szlag! I co dalej?! No co?! Nie, muszę wrócić! Nie mam najmniejszych szans! Wracam i koniec! Kurwa! Boże, żeby tylko się udało! Żeby tylko się udało…".

Bezszelestnie zatopił się w zielonym gąszczu. Teraz już nie było odwrotu. Stało się! Postawił swój los na jedną kartę. Ostrożnie stąpał, uważając, by nie nadepnąć na jakieś spróchniałe gałęzie lub patyki. Wolno, metr za metrem posuwał się w głąb lasu. Przystanął. Spojrzał w tył. Samochody nikły wśród listowia. Stał. Stał i nasłuchiwał wszelkich odgłosów, które mogłyby świadczyć o tym, że jego zniknięcie zostało zauważone. Nic. Cisza i las. Wziął głęboki oddech, obrócił się na pięcie i ruszył pędem przed siebie, przebierając nogami najszybciej, jak tylko potrafił. Towarzyszył mu trzask pękających pod stopami gałęzi. Rękoma torował sobie drogę przez gęste krzewy i zarośla, które jak bicze smagały jego twarz i tułów. Goniąc ile sił, niczym kamień wystrzelony z procy mknął pośród leśnej głuszy. Biegł zygzakiem między drzewami, długimi susami pokonywał naturalne przeszkody, nie zważał na to, iż krzewy ostrężyn – mimo że miał spodnie z długimi nogawkami – szarpały mu łydki, orząc ciało aż do krwi. Biegł.

Poszycie lasu zmieniało się z każdą chwilą. Gęste chaszcze znikały, pozostając w tyle, by za sto metrów, jak opuszczona kurtyna, pojawić się ponownie. Niczym dziki zwierz mężczyzna pędził w morderczym tempie i jak precyzyjnie wystrzelony pocisk przelatywał przez zielone barykady krzewów. Gnał bezlitośnie w pogoni za wyimaginowaną wolnością. Każdy oddech, każdy krok były jak cudowna pieśń swobody. Poprzednie myśli i zwątpienie zostały gdzieś bardzo daleko. "Dalej! Dalej stąd! Naprzód! Biegnij!" – tylko to był w stanie usłyszeć i tylko w to teraz wierzył. Cała reszta nie istniała.

Mijały minuty, kwadranse. Już był daleko. Bezpiecznie daleko. Stracił poczucie czasu i przestrzeni, ale najważniejsze, że wciąż miał siły.

Biegł. Bezustannie. Musiał biec.

Niekiedy kątem oka spoglądał w stronę słońca, ale nawet nie wiedział, dlaczego to robi, nie zastanawiał się nad tym. Jego rozum zdezerterował już na początku ucieczki. Instynkt podejmował decyzje, prowadził, określał kierunek, wiódł.

Chwilami, kiedy miał wrażenie, że zmęczenie rozsadza mu płuca i powala z nóg – zwalniał. Poruszał się wtedy wolnym truchtem, by chociaż odrobinę zregenerować utracone siły, nabrać energii i ponownie rzucić się pędem na wprost. Odpoczynek nie wchodził w rachubę, chwila słabości mogła zbyt dużo kosztować. Musiał przezwyciężyć własne siły.

Słońce było już wysoko. Struktura lasu drastycznie się zmieniła. Krzewy pojawiały się już tylko w niedużych grupkach, a rozpościerający się obszar porastały sosny, nieliczne kępki trawy i mchu oraz igliwie, mnóstwo suchego igliwia, które niesamowicie ułatwiało bieg. Z przodu teren delikatnie przechodził w łagodne pagórki. Wbiegając na nie, mężczyzna z każdym metrem tracił szybkość i siły. Jednak jakież to wspaniałe uczucie, kiedy osiągał szczyt, a następnie pędził z impetem w dół. Mimo wszystko kosztowało go to bardzo dużo wysiłku.

Strumienie potu malowały na więziennym drelichu wilgotne plamy.

Gdy zbiegał po raz kolejny, nagle stopy zaplątały się w pajęczynie krzewów. Runął przed siebie, padając na twarz. Siła potknięcia odbiła jego ciało od ziemi, upadek był tak nagły i tak niespodziewany, że nie zdążył zareagować i niebezpiecznie pokoziołkował w dół. W pewnym momencie poczuł, jak jego prawa noga bezwładnie, z potężną siłą uderza o twardy konar drzewa. Usłyszał odgłos rozpruwającego się materiału i w tej samej chwili tuż nad kolanem pojawił się przeraźliwy ból.

Nie zważając na cierpienie, podkurczył nogę, obiema dłońmi złapał obolałe miejsce, jakby liczył na cudotwórcze działanie swych rąk, i leżał bez ruchu jak głaz. Nawet nie drgnął. Z trudem powstrzymywał rodzący się w gardle krzyk, zacisnął szczęki i wściekle sapał, by pokonać potworne uczucie. Wtem wyczuł coś lepkiego, spojrzał i dostrzegł rozrastającą się plamę krwi. Pulsujący ból bezlitośnie szarpał jego prawą nogą. Dopiero po kilku minutach spróbował wstać. Powoli dźwignął swe ciało. Zrobił parę kroków. Przystanął. Ból. Rozejrzał się. Teren był zbyt otwarty, musiał się skryć. Byle gdzie. Po prawej stronie, jakieś sto metrów z przodu, rozpościerała się zasłona liściastych drzew i krzewów. Kulejąc, podążył w tamtym kierunku.

Przedarł się przez zarośla. Małą polankę porastała sucha, spalona słońcem trawa. Usiadł w cieniu, opierając się plecami o sędziwą brzozę.

Obfity pot zalewał mu oczy i czoło. Noga bolała. Piekielnie. W każdym calu swojego ciała czuł przyśpieszone tętno, a z każdym uderzeniem serca rana wypluwała solidną partię krwi. Najpierw zdjął bluzę, potem podwinął nogawkę. To, co tak bardzo bolało, wyglądało paskudnie. Długie rozcięcie na sześć, może siedem centymetrów, na szczęście niezbyt głębokie. Rozwarte brzegi skaleczenia miały lekko wywinięte krawędzie, które straszyły włóknami krwiście bordowego mięcha. "Kurwa" – pomyślał – "to się nazywa pech!".

Złapał kant bluzy i nagłym ruchem oderwał długi strzęp materiału. Zrobił prowizoryczną opaskę zaciskową. Odczekał chwilę, poruszył nogą. Dalej bolało, ale przynajmniej przestało obficie krwawić. "To dobrze, to dobrze…"

Był wykończony. Przesunął ciało lekko w bok i położył się na wznak. Oddychał rytmicznie i głęboko. Starał się myśleć o czymś przyjemnym. Czas płynął. Na tle błękitnego nieba białe chmury popychane przez wiatr właściwie też płynęły. Zmęczenie robiło swoje. Powieki nagle wydały mu się tak bardzo, bardzo ciężkie. Zbiegły więzień poddał się bez żadnego wewnętrznego sprzeciwu.

*


PIĘTNO MORFEUSZA

4 stycznia (sobota)

Aż strach pomyśleć, że zaczął się kolejny rok. Jeszcze brzmią mi w uszach odgłosy sylwestrowej zabawy. Dobrze, że przynajmniej raz na jakiś czas zdarzają się człowiekowi chwile, kiedy może o wszystkim zapomnieć. Jeszcze jutro króciutki dzień słodkiego lenistwa, a od poniedziałku – do roboty!

Mogę jedynie żywić nadzieję, że ten rok faktycznie będzie lepszy od poprzedniego i że w końcu coś się zmieni w moim szarym, monotonnym życiu. Właściwie gdybym miał odrobinę stanowczości i odwagi, to nie liczyłbym na uśmiech losu, tylko wziął sprawy w swoje ręce.

6 stycznia (poniedziałek)

Od lat jeżdżę tą samą linią autobusową do tej samej pracy i od lat co rano nucę w myślach słowa starego przeboju Janerki: "wstawać i pracować, i mieć nie bardzo mogę, nie bardzo chcę". Z czystej ciekawości obserwowałem dzisiaj ludzkie twarze i niestety nie zauważyłem, żeby ktoś wyglądał na uszczęśliwionego. Posępne miny, nosy zaczerwienione od porannego mrozu i spuszczone na kwintę… Krótko mówiąc – rozpacz. I ja, kolejny puzzel idealnie pasujący do tej taniej układanki.

Kiedy pomyślę sobie, że jutro znowu stanę pomiędzy ladą i półkami regałów pełnymi samochodowych części, to aż mnie w dupie strzyka. Marnuję życie w tym kupieckim procederze, jeszcze gdyby ten sklep był mój… Albo żebym w ogóle miał jakiś własny interes, to może moje istnienie nabrałoby blasku. Obłędne. Wszystko zamyka się w mikrokole – praca, dom, sen, praca, dom, sen… I tak na okrągło.

Kiedyś miałem ambicje i chęci, ale od kilkunastu lat, od dnia, w którym połączyłem się węzłem małżeńskim, wszystkie plany przybladły, potem zaczęły się tlić, aż, summa summarum, bezpowrotnie zgasły. Nie jestem typem przebojowca, zawsze szedłem na łatwiznę i bałem się podjąć ryzyko. Cóż, chyba wierzyłem w zbyt wiele rzeczy, które okazały się złudne jak wiatr. Myślałem, że rodzina, wspólne pożycie, dzieci i tak dalej dają człowiekowi jakąś wielką satysfakcję, ale w rzeczywistości to gówno prawda. To po prostu kierat. Życie rodzinne jest przereklamowane.

Wpadłem w pułapkę, którą sam na siebie zastawiłem.

Doskonale wiem, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Każdy problem ma swoje rozwiązanie. Na przykład taki Adam – rzucił wszystko w pizdu i zaczął od nowa. Toczy sobie chłopina zupełnie spokojne życie gdzieś daleko stąd i sądzę, że nigdy więcej nie popełni tego samego błędu. Czy dobrze zrobił? Nie mnie oceniać jego postępowanie. Zostawił żonę, dwójkę dorastających dzieci, duże mieszkanie, cały dorobek życia i wyrwał się stąd, dźwigając jedną torbę własnych ubrań i karmelkową świadomość beztroski. Chyba zazdroszczę mu odwagi.

10 stycznia (piątek)

Dzisiaj po pracy tradycyjnie udałem się na kufelek piwa. Moja małżonka nie lubi, kiedy wracam do domu i czuć ode mnie odór chmielu. W gruncie rzeczy sram na to jej lubi czy nie lubi; już dawno przestało mi zależeć na dogadzaniu jej. Mam przecież, do ciężkiej cholery, trzydzieści dziewięć lat i nikt nie będzie mnie wodził za nos jak jakiegoś smarkacza. Skoro mam na coś ochotę, to będę to robił i koniec, kropka. Najgorsze jednak jest to, że ona robi z tego wielką aferę. Wdaje się później w bezsensowną gadkę, sprawia wrażenie, jakby jej cały świat legł w gruzach. Czasami zastanawiam się, czy inni faceci mają podobne problemy, czy tylko ja grzęznę w takim szambie. Człowiek dziesięć godzin poświęca na pracę, stara się, żeby zarobić tych parę groszy, i jeszcze nie może z tego skorzystać!? Zrozumiałbym, gdyby było tak, że wracam na totalnej bani, zachowuję się jak brutal, rozstawiam wszystkich i wszystko po kątach, ale wypiłem jedynie dwa piwa! Nigdy nie posunąłem się do czegoś takiego, lecz chyba powinienem systematycznie, raz na jakiś czas, przyłożyć jej w tytę. Może wtedy zachowywałaby się jak na kobietę przystało.

15 stycznia (środa)

Już nie pamiętam, kto wymyślił to zajebiste przezwisko dla naszego szefa, lecz Tłusty pasuje do niego jak pięść do oka. Koleś ma niecałe sześćdziesiąt kilogramów wagi i w ogóle wygląda jak żywcem zdjęty z kaszanki. Jest tak drobny i suchy, że gdybym nawet ja (któremu daleko do Sylwestra S. czy Arnolda S.) dobrze pocelował i raz go pierdolnął, to chyba bym go zabił.

Pewnie któregoś dnia to zrobię, kiedy już przestanie mi zależeć na czymkolwiek.

Dzisiaj Tłusty przegiął pałę. Wszystko wszystkim, wiem, że jest moim szefem i że to on mi płaci, a nie odwrotnie, ale są pewne granice. Maksymalnie podniósł mi ciśnienie. Gamoń dobrze wie, że nie rzucę tej roboty, bo trudno dzisiaj znaleźć cokolwiek innego, i pojeździł na mnie jak na starym osiołku. Taki łach, taki ćwiek po jakiejś zawodówce, któremu udało się zarobić, gdy cuda w naszym kraju były na porządku dziennym. Szkoda słów.

Może jednak powinienem rozejrzeć się za czymś innym? Załapać jakąś spokojną fuchę i po ośmiu godzinach wracać na luzie do domu? Nie myśleć o tym, kiedy otworzę drzwi i dzieciaki od razu wskakują mi na głowę, żeby rozległ się cichy dzwonek i w progu stanął dystyngowany kamerdyner. W dłoniach trzymałby srebrną tacę, a na niej leżałaby mała metalowa rzecz, automat, najlepiej kaliber trzydzieści osiem, a obok dodatkowy magazynek. Szast-prast i cisza. Moja żona Jolka też by się załapała, przecież nie pożałowałbym jej kilku gramów ołowiu. Ach, Tłusty, Tłusty, ty stary pacanie.

17 stycznia (piątek)

Kocham dni pełne spokoju, gdy moja trzódka wyjeżdża w komplecie do teściowej. Dzięki Bogu, że za sobą nie przepadamy, przynajmniej wtedy mogę złapać drugi oddech. Jutro rano robią wypad i wracają dopiero w niedzielę wieczorem.

Wszystko już mam zaplanowane. Sobotnie popołudnie spędzę z kumplami w Promilku. Uwielbiam ten parszywy lokal. Gwar, kłęby papierosowego dymu, smród moczu wydobywający się zza drzwi wiecznie niedomkniętej toalety – miód życia. Nawet browar czasami smakuje tutaj jak kozi pot. Lokal ma swoją atmosferę.

Mam jedno małe marzenie: gdybym trafił szóstkę w totka, to zrobiłbym tam taką bibę, że ho! ho! Każdy stały bywalec tego przybytku miałby otwarty wjazd i pozwolenie na nieograniczone spożycie stawianych przeze mnie trunków. Na czas imprezy tylko jedno musiałoby zostać zmienione – barmanka. Nie mogę patrzeć na jej przetłuszczone włosy, odpryski lakierów z paznokci kończących pękate palce, tanią szminkę na ustach, za którymi kryją się dwa rzędy przegniłych trybów. W ogóle nie mogę na nią patrzeć. Jest obłędna. Kiedyś zastanawiałem się, jak wygląda jej facet. Bardzo chciałbym zobaczyć mistrza, który ją rżnie.

Niedzielę poświęcę na czytanie, słuchanie muzyki, dłubanie w nosie i oglądanie telewizji. Na pewno nie podniesie to poziomu adrenaliny w mojej krwi, ale za to jak rozkosznie odpocznę!

19 stycznia (niedziela)

Rzadko kiedy mam okazję sięgnąć do mojego pamiętnika wcześniej niż przed godziną dwudziestą drugą. Podejrzewam, że Jolka chętnie łypnęłaby okiem na te zapisane strony. Dobrze wiem, że czasami skręca ją z ciekawości i zadaje sobie pytanie: "Cóż, do jasnej cholery, on może tam bazgrać?".

Nie ma najmniejszych szans. Klucz do mojej metalowej kasetki mam tylko ja. Pamiętam, jak kilka lat temu pokłóciliśmy się o moje tajemnice. Dobry Boże, ależ ona niekiedy jest prymitywna! Trudno jej pojąć, że każdy ma jakieś własne, intymne sprawy, o których nie chce rozmawiać. Pewnie by się załamała, kiedy otworzyłbym przed nią wrota mego konfesjonału. Nie wstydzę się swoich myśli, nie potępiam słów, którymi je odzwierciedlam. Te zapisane kartki są świadectwem mej duszy i nie mam ochoty, by ktoś na nie spoglądał, nawet moja żona. Zwłaszcza ona!

Robię to już… hmm… no, w następnym roku będzie dziewiętnaście lat uskuteczniania wesołej twórczości. Jakby nie spojrzeć, szmat życia! Nieźle.

Może jak stanę się stary i zgrzybiały, kiedy większość dnia będę spędzał na ławce przed blokiem i zabijał czas bezczynnością, z radością powrócę w świat zapisanych wspomnień. Wtedy dopiero się przekonam, ile w życiu straciłem, jakie błędy zaważyły na moim losie. Teraz już wiem, że zaliczam się do szarej rzeszy przegranych, ale jeszcze wszystko może się zmienić. Na przykład któregoś dnia pójdę w ślady Adaśka, byłego sąsiada spod siedemnastki i też postawię wszystko na jedną kartę. Tylko że oprócz ubrania zabiorę również moją stalową skrzyneczkę.

Gdyby ktoś mnie zapytał, czego tak naprawdę chcę, odpowiedź byłaby prosta i zamknęłaby się w jednym słowie – szczęścia. Nie mam pojęcia, co jest do tego potrzebne, ale wiem, co go nie daje.

23 stycznia (czwartek)

Dzisiaj po południu mieliśmy nie lada atrakcję – ksiądz z kolędą. Istna szopka. Czarny naprawdę ma poważny defekt w centrum dowodzenia. Oczywiście Jolka o mało nie dostała orgazmu. Tradycja…

Tomek ma dopiero pięć lat i jest całkowitym zaprzeczeniem dwa razy starszego Mateusza. Żywy, wszędzie go pełno, najchętniej psociłby całymi dniami. Prawdziwy urwis.

Kiedy czekaliśmy na klechę, pokazałem małemu, jak opędzać się za pomocą krzyża od wampirów i demonów. Potem złapał krucyfiks i biegając po całym domu, stawał w każdym kącie i odstawiał błazenadę. Przyrobił od matki mocnego klapsa, a ja nasłuchałem się, jakiż to jestem głupi.

Mimo wszystko mieliśmy obaj kapitalną zabawę.

Przed wizytą księżulka zjawili się ministranci i zanucili na prawie na rockową nutę Przybieżeli. Szkoda, że nie nagrałem ich wyczynu. Taka wstawka na YouTube zrobiłaby furorę. Kiedy batman się przedstawił, prawie parsknąłem śmiechem, już myślałem, że to młodsza wersja Ojca Dyrektora. On chyba się zorientował (najwyraźniej inteligentny) i powtórzył jeszcze raz: "Waldemar Ryzik" – z naciskiem na nazwisko. Cera Jolanty przybrała odcień kardynalskiej purpury.

Moja wiara nie ma nic wspólnego z lekceważeniem, jakim darzę kościelnych namiestników. Wierzę w istnienie Boga, w życie poza grobowe, w to, że człowiek posiada duszę, wierzę w Sąd Ostateczny i raj, ale nigdy nie uwierzę w księdza. To dla mnie żaden autorytet. To, iż nie chodzę na mszę, wcale nie umniejsza mojej wiary. Potrafię się modlić i robię to, kiedy odczuwam taką potrzebę, czasami nocą rozmawiam w duchu z Bogiem i wiem, że to ma większy sens niż wsłuchiwanie się z całym tłumem w Ewangelię lub kazanie. Albo weźmy na celownik taką spowiedź, totalny absurd! Jak można sądzić, że facet wysłucha moich grzeszków i wynaturzeń, a potem w ramach pokuty da mi trzy zdrowaśki i niby wszystko będzie OK?

Bez sensu.