Martwe jezioro - Olga Rudnicka

Martwe jezioro

0,0

Fascynująca i zabawna powieść, od której nie można się oderwać!

  Beata - niezależna trzydziestoletnia singielka - zaczyna podejrzewać, że z rodziną, z którą od lat nie utrzymuje żadnego kontaktu, nie łączą jej nawet więzy krwi. Wynajmuje prywatnego detektywa, który pomimo odkrycia wielu zaskakujących tropów, nie potrafi jej pomóc. W poszukiwaniu prawdy o przeszłości wspiera Beatę przyjaciółka - roztrzepana Ula, która przy okazji chce wyswatać ją ze swoim bratem Jackiem. Lawinę zdarzeń wywołuje niespodziewane zaproszenie od rodziny na ślub znienawidzonej siostry... 

"Martwe Jezioro" to fascynujące połączenie kryminału oraz romansu iskrzącego się ironicznym humorem - to książka, która wciąga czytelnika od pierwszych stron! 

Druga część "Martwego Jeziora" pojawi się w księgarniach na początku 2009 roku.

Olga Rudnicka (ur. 1988)   Mieszka w Śremie, studiuje pedagogikę w Poznaniu. Kocha czarną muzykę, taniec oraz scrabble. Do swoich literackich mistrzów zalicza przede wszystkim Stephena Kinga, Stefana Żeromskiego oraz Harlana Cobena.

Polecamy także

Dodaj komentarz


Opowieść o kobiecie, która powoli odkrywa prawdę o sobie i swoich rodzicach (są przybrani). Jednak nawet prywatne śledztwo nie wyjaśnia tajemnicy do końca. Historia ciekawa, potrafiąca zainteresować czytelnika, trudno przewidzieć co nastąpi. Nie ma tu zbędnych opisów, łatwo skoncentrujemy się na głównym wątku. Wątek romansowy jednak płaski mało wiarygodny i do bólu przewidywalny. No cóż, to debiut autorki, więc można dużo wybaczyć.


Debiutancka powieść Olgi Rudnickiej trzeba przyznać, jak na początek kariery jest bardzo dobra. Akcja porywa od pierwszych stron, fabuła ma sens i jest logiczna. Główna bohaterka to postać z krwi i kości, nie sztuczna, papierowa marionetka. Dodatkowo Rudnicka okrasiła swą powieść spora dawką humoru, co niezwykle uprzyjemnia lekturę. Naprawdę świetny kryminał i to nie tylko dla kobiecej części społeczeństwa,. Polecam.


To była pierwsza książka jaką czytałam Olgi Rudnickiej. Pamiętam, że już wtedy czekałam co będzie dalej:)

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

tytulowka.jpg

Copyright © Olga Rudnicka, 2008

All rights reserved

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce

© Voyagerix/iStockphoto.com; ozenli/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Marek Włodarski

Redakcja

Anna Matysiak

Redakcja techniczna

Elżbieta Urbańska

Korekta

Grażyna Nawrocka

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

ISBN 978–83–8097–902–4

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02–97 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

CZĘŚĆ I

Beata Rostowska, stojąc przed drzwiami biura detektywistycznego, biła się z myślami. Dobrze znała agencję Knap & Wspólnicy. Firma, w której pracowała, często korzystała z jej usług. Radosław Knap zajmował się wykrywaniem oszustw finansowych, wyszukiwaniem ukrytego majątku oraz rozwiązywaniem podobnych spraw. Beata przyszła dziś w sprawie prywatnej. Miała nadzieję, że nawet jeśli Knap nie zainteresuje się jej przypadkiem, to może poleci inną wiarygodną agencję, która nie będzie zwodzić jej miesiącami i wyciągać pieniędzy za rzekome postępy. Problem, który ją nurtował, wymagał rozwiązania, a nie użerania się z niekompetentnymi osobami.

Knap ze współczuciem przyglądał się siedzącej naprzeciwko młodej kobiecie. Sprawa była standardowa, co wcale nie znaczy, że prosta, zwłaszcza dla osoby bezpośrednio zainteresowanej.

– Jest pani pewna?

– Czego? – Beata zmarszczyła brwi. – Informacji, które panu przekazałam?

– Nie. Domyślam się, że co do faktów nie ma wątpliwości. Inaczej by tu pani nie było. Pytam, czy jest pani pewna, że chce zaczynać tę sprawę?

– To nie ja ją zaczęłam. Ktoś zrobił to za mnie, i to jeszcze przed moim urodzeniem. Ja tylko chcę znać prawdę.

– Rozumiem, ale powiedzenie, że prawda wyzwala, nie zawsze się sprawdza.

– Proszę po prostu powiedzieć, czy może mi pan pomóc? – Beata nie zamierzała wdawać się w dywagacje filozoficzne. Referując przed chwilą całą historię Knapowi, upewniła się tylko w swoim postanowieniu. Nienawidziła kłamstwa i hipokryzji, bo zbyt długo żyła w takim świecie. Chciała uwolnić się od przeszłości, ale najpierw musiała ją naprawdę poznać.

– Nie mogę wziąć tej sprawy. To nie moja działka.

– Rozumiem... Jestem panu wdzięczna za poświęcony czas. – Beata wstała. – Czy mógłby mi pan wyświadczyć uprzejmość i polecić…

– Jakie to młode pokolenie niecierpliwe – uśmiechnął się Knap. – Proszę pozwolić mi skończyć. Wspólnicy w nazwie firmy nie wzięło się znikąd. Mój współpracownik przyjmie tę sprawę. Mamy mały podział rodzajowy, poza tym jest młodszy i woli pracę w terenie. Ja już, niestety, preferuję ciepłe kapcie i wygodny fotel.

– Co pozwala panu osiągać niebywałe rezultaty. – Opadła z ulgą na fotel. Knap był rzetelny i uczciwy. Podejrzewała, a raczej miała nadzieję, że wspólnik odznacza się tymi samymi cechami.

Beata przyglądała się uważnie mężczyźnie, którego sekretarka wprowadziła do gabinetu. Wysoki, szczupły, krótko ostrzyżony brunet sprawiał przyjemne wrażenie. Knap zapewniał, że wspólnik jest synem jego przyjaciela, z którym przez lata prowadził biuro. Przemek Macierzak odziedziczył udziały w spółce, ale nie to przesądzało o jego kwalifikacjach. Pracował dziesięć lat w policji w wydziale kryminalnym. Zrezygnował po szczególnie brutalnej sprawie zabójstwa dziecka. Nie potrafił już odnaleźć się w tej pracy i zaczął pomagać ojcu, zaraz po tym jak uzyskał licencję prywatnego detektywa. Był godny zaufania i dyskretny. Knap krótko zreferował sprawę wspólnikowi.

– W pierwszej kolejności w takich sytuacjach sprawdzamy możliwość adopcji, ale takie informacje może pani uzyskać sama. Nie musi pani korzystać z usług biura. – Macierzak próbował zniechęcić przyszłą klientkę.

– Wiem. Nie mam na to jednak czasu, nie mam też ochoty na tę całą biurokrację. Wolałabym, żeby pan się tym zajął. – Beata była zdecydowana. Nie znała wprawdzie wspólnika Knapa, ale robił dobre wrażenie, poza tym inne biuro nie wchodziło w grę… Tutaj znała zleceniobiorcę, w innej sytuacji musiałaby zaufać nieznanej firmie, a zaufanie przychodziło jej z trudem.

– Dobrze. Nasz prawnik przygotuje odpowiednie dokumenty. Proszę mi tylko powiedzieć, czy jeśli się okaże, że nie jest pani dzieckiem adoptowanym, życzy pani sobie dalszego prowadzenia sprawy?

– Oczywiście. Chcę poznać prawdę.

– To może nie być takie proste. Jeśli w grę wchodzi zdrada małżeńska, odnalezienie po latach winowajcy może być niemożliwe, zwłaszcza że urodziła się pani, jeśli dobrze zapamiętałem, w Stanach.

– Owszem, ale matka była tam tylko pół roku. Do poczęcia musiało dojść w Polsce – oznajmiła beznamiętnym tonem, nie zwracając uwagi na zmieszanie detektywa. Zawsze lubiła nazywać sprawy po imieniu. Krążenie wokół tematu uważała za stratę czasu.

– Nie chciałaby pani jeszcze tego przemyśleć? Z doświadczenia wiem, że takie sprawy są trudne, burzą życie rodzinne. Powinna pani zdawać sobie sprawę z konsekwencji…

– Ja nie mam życia rodzinnego – przerwała mu bezceremonialnie. – I chcę wiedzieć dlaczego. Jestem wdzięczna za troskę, ale nie można zburzyć czegoś, czego nie ma, i czego w zasadzie nigdy nie było.

Macierzak przyjął uwagę w milczeniu. Sprawy rodzinne zawsze były trudne. Do biura nie przychodzili ludzie szczęśliwi, lecz zdesperowani.

– Co za dzień – pomyślała Beata, wjeżdżając na parking. Był chłodny październikowy wieczór, światła latarni rozjaśniały mrok, kładąc długie cienie na alejkach parku i płytach chodnikowych. Mieszkała na tym osiedlu od roku razem z przyjaciółką, z którą znały się od czasów studenckich. Miały szczęście. Trzypokojowe lokum udało im się wynająć od starszej pani, która wyjechała do Niemiec do córki.Wolała nie sprzedawać mieszkania, na wypadek gdyby „złota jesień” u córki okryła się patyną albo śniedzią. Beata nie była pewna, który ze szlachetnych metali czym się pokrywa. Zasadniczo chodziło o to, że starsza pani wolała zabezpieczyć sobie tyły, na wypadek gdyby życie za granicą jej nie odpowiadało. Poza tym dodatkowe fundusze z wynajmu stanowiły ,,kieszonkowe” do skromnej renty, jak zwykła mawiać. To kieszonkowe nie było wcale aż tak małe. Ale w gruncie rzeczy nie miały powodu do narzekań. Kuchnia połączona z pokojem jadalnym, który pełnił zarazem funkcję salonu, wspólna łazienka i dwie niewielkie sypialnie gwarantowały wygodę i poczucie prywatności, czego wprawdzie jej przyjaciółka i współlokatorka nie mogła pojąć i ustawicznie buszowała po jej szafie, a to w poszukiwaniu paska od spodni, a to torebki. Beatę trochę to irytowało, ale zasadniczo nie miała tajemnic, a w szafie nie chowała rozkładających się zwłok. Dopóki Ulka trzymała się z daleka od jej komputera, dokumentów i rzeczy bardziej osobistych niż obuwie czy nowa torebka, wbudowanie sejfu w ścianę nie było konieczne. Beata tak naprawdę dziękowała losowi za przyjaciółkę, która znosiła jej humory i dzieliła się z nią własną rodziną. Czasem aż za bardzo, pomyślała z ironią. Ciekawe, jak długo uda mi się unikać tych nieudolnych prób wyswatania mnie z jej bratem… – zastanawiała się, wyciągając torby z zakupami z bagażnika.

– Do diabła – mruknęła. – Jak mam się z tym zabrać? Nie ma siły, będę musiała obrócić dwa razy. – Patrzyła ze zniechęceniem na przeładowaną dokumentami aktówkę, zsuwającą się z ramienia torebkę oraz foliowe reklamówki z zakupami spożywczymi.

– Dobry wieczór, sąsiadeczko! – Aż podskoczyła, słysząc za sobą bełkotliwy pijacki głos.

– Panie Zenku! – zawołała z wyrzutem. – Nie może pan tak się skradać i ludzi straszyć.

– Proszę o... – czknął potężnie, chwiejąc się na nogach – o wybaczenie… Łaskawa sąsiadeczka poratuje w potrzebie? Co? – ciągnął niezrażony potępiającym spojrzeniem dziewczyny. – Da pani piątaka potrzebującemu? – dodał, błagalnym spojrzeniem dając do zrozumienia, że ten potrzebujący to właśnie on.

– Panie Zenku… – powiedziała z wyrzutem, patrząc karcąco. – Nie wstyd panu? Pije pan, żebrze i jeszcze straszy ludzi. Ładnie to tak? – Patrzyła surowo na niewysokiego mężczyznę, wiecznie mającego problemy z utrzymaniem pionowej postawy.

– Ładnie to może nie. – Pan Zenek zgodził się z opinią sąsiadki, co wcale nie znaczyło, że zamierzał odpuścić. – Ale swój honor mam i wcale nie że... że... wołam o piątaka za darmola – wyjąkał po chwili z wyraźnym trudem. – Ja sąsiadeczce pomogę z tymi torebkami. Pod same drzwi zaniosę, to będzie... – znów czknął – ...uczciwie zapracowane.

Pan Zenek był w gruncie rzeczy nieszkodliwym pijakiem, ale jego żona nie miała z nim lekko – już od kilku lat samodzielnie utrzymywała ich oboje, dorabiając szyciem do skromnej renty.

– To jak będzie, sąsiadeczko? Bo koledzy czekają… – Pan Zenek uznał za stosowne przypomnieć o sobie zamyślonej dziewczynie.

– Dobrze, dobrze – zgodziła się z westchnieniem. – Ale tylko do klatki. Ze schodami sobie poradzę.

– Ale ja pod same drzwi mieszkanka mogę zanieść – zaoferował się rycersko.

– Tak, panie Zenku. Tylko kto zaniesie pana? – Z ubolewaniem pokręciła głową, żywiąc uzasadnione podejrzenie, że schody dla pana Zenka to aktualnie przeszkoda nie do pokonania. – Do klatki wystarczy – powiedziała stanowczo.

– Bo ja zawsze mówiłem – pan Zenek tylko dzięki torbom zachowywał pion – że z pani to dobra kobieta, nie to, co moja żona, świeć Panie nad jej duszą…

– Ależ panie Zenku! – Beata aż zatrzymała się ze zdumienia na środku parkingu. – Przecież pana żona żyje!!!

– Owszem – zgodził się pan Zenek. – Ale to zła kobieta i muszę modlić się za jej duszę już teraz.

Beata parsknęła śmiechem. Pijak był uciążliwy jak rzep i trudno było się go pozbyć, ale nie można było go nie lubić. Podobno rozpił się dopiero kilka lat temu, kiedy najstarsza córka zginęła w wypadku samochodowym, co wcale nie znaczy, że wcześniej stronił od kieliszka.

– Panie Zenku, nie powinien pan tyle pić – westchnęła, zdając sobie sprawę, że żadne napomnienia nie pomogą, zwłaszcza że sama właśnie zgodziła się wspomóc jego nałóg. – Dziękuję za pomoc – powiedziała, otwierając drzwi prowadzące do wnętrza budynku. – Proszę tu położyć. Dalej sama sobie poradzę albo poproszę koleżankę, to zejdzie… Już daję tego piątaka…

– Dziękuję, sąsiadeczko, dziękuję – zaczął się kłaniać, próbując niezdarnie pocałować w rękę Beatę, która pośpiesznie zaczęła podnosić torby, chcąc uniknąć śliniącego się ze szczęścia sąsiada.

– I proszę pozdrowić koleżankę – perorował pan Zenek. – Proszę powiedzieć, że tylko słowo… tylko słowo – zająknął się z wrażenia – a ja tu na kolana padnę… i…

– Tak, tak. Wierzę panu. Na pewno powtórzę. Ale proszę… – Beata próbowała zakończyć tę rozmowę. – Koledzy na pana czekają – rzuciła desperacko, w nadziei że wreszcie uda jej się uwolnić od niechcianego towarzystwa.

– Aaa… koledzy to rzecz święta – wymamrotał, odwrócił się gwałtownie i chwiejąc się na nogach, pomaszerował w stronę parku.

– I w tym problem – mruknęła Beata, wzdychając z ulgą. – Koledzy – prychnęła. Wszyscy do AA powinni trafić, i to najlepiej w pasach, pomyślała.

– Jestem! – krzyknęła, opierając się ciężko o drzwi, które na szczęście zatrzasnęły się same. – Pomóż mi z tymi torbami, bo już tracę czucie w palcach!

Ula wynurzyła się z kuchni w kucharskim fartuchu, spoglądając z wyrzutem na spoconą i zaczerwienioną przyjaciółkę.

– Nareszcie – powiedziała, biorąc torby i maszerując energicznie do kuchni. – Już myślałam, że wystawili cię w sklepie jako eksponat… Miałaś ciężki dzień w pracy? – spytała z nagłym przypływem współczucia, widząc pośród zakupów swoje ulubione chipsy serowe.

– Mało powiedziane – westchnęła Beata, niosąc resztę pozostawionych pod drzwiami reklamówek. Aktówkę, torebkę i buty porzuciła w przedpokoju. – Mamy nowegoklienta – kontynuowała, wchodząc do kuchni i stawiając torby na stole. – Chce kupić spółkę w likwidacji, ale w papierach jest taki bałagan, że nikt nie może dojść, co to właściwie za twór i do czego służy. Rzucili nam to dzisiaj, chociaż właściwie powinnam powiedzieć, że rzucili mnie na pożarcie. Czuję się, jakby ktoś mnie znokautował.

– Nie ma sposobu, żeby to jakoś bezproblemowo załatwić?

– Oczywiście, że jest. Rozpalić wielkie ognisko – kąśliwie rzuciła Beata, patrząc na przyjaciółkę z dezaprobatą. – Gdyby to było takie proste, nie potrzebowałby firmy doradczej…

– Fakt, to było głupie pytanie – zgodziła się radośnie Ulka, dobrawszy się do chipsów. Chrupiąc głośno, rzuciła mimochodem: – Powinnaś przejrzeć pocztę. Przyszło do ciebie coś z domu. Na pewno jakieś dobre wiadomości.

Beata popatrzyła ze zmarszczonymi brwiami na Ulkę i spytała podejrzliwie:

– Skąd pomysł, że to dobre wiadomości?

– No wiesz?! – obruszyła się przyjaciółka. – Nie otwieram przecież twojej poczty! Nie patrz na mnie, jakbym popełniła zbrodnię stulecia!

Beata wzięła koperty leżące na stoliku i zaczęła je powoli przeglądać. W większości były to rachunki, czyli ulubiona korespondencja wszystkich ciężko pracujących ludzi, z wyjątkiem jednej kredowej koperty. Patrzyła na nią w milczeniu. Od dwóch lat nie miała żadnych wiadomości z domu. Wyrzucili ją ostatecznie ze swojego życia i niewątpliwie z ulgą odnotowali fakt, że nie starała się do niego wrócić. W takiej sytuacji to nie mogły być dobre wiadomości.

– Ciekawe, skąd mieli adres? – mruknęła cicho, nie mogąc się zdecydować na otwarcie koperty.

– Na co czekasz? – niecierpliwiła się Ulka. – Dlaczego nie otwierasz?

– Dziwię się, że ty jeszcze tego nie zrobiłaś... – rzuciła cierpką uwagę Beata, cały czas przyglądając się kopercie.

– Tajemnicę korespondencji akurat potrafię uszanować! – oburzyła się przyjaciółka.

Beata popatrzyła na nią i uśmiechnęła się lekko.

– A mam ci przypomnieć, jak…

– To się nie liczy. – Z poczuciem winy Ulka wróciła do kuchenki i zaczęła energicznie mieszać porzucony sos, który mimo jej wysiłków miał co najmniej dziwną konsystencję i zapach. – To był wypadek przy pracy… – dodała obronnym tonem.

– Jasne. Powiedzmy, że przyjęłam do wiadomości. – Beata usiadła przy stole, obracając w dłoniach kopertę. Jeśli ją otworzy, treść zmusi ją do reakcji, nie będzie mogła udawać, że nic nie było w środku. Jeśli jej nie otworzy, wciąż będzie się zastanawiać, co mogła zawierać. Dalej, idiotko!, ponagliła się w myślach. Nie bądź tchórzem…

– Co nie znaczy, że mnie nie korciło, rzecz jasna. – Głos Uli wyrwał ją z zamyślenia. – Ale możesz być pewna, że potrafię uszanować uczucia mojej najlepszej przyjaciółki i… Jeszcze tego nie otworzyłaś? – spytała zdumiona, odwracając się od kuchenki.

– Zastanawiam się, skąd mają adres. Mieszkam tu dopiero od roku, a z nimi nie kontaktuję się od dwóch lat. Nie wysyłam kartek, nie dzwonię, nie składam wizyt.

– No właśnie! – triumfalnie oznajmiła Ulka. – Jednak zależy im na kontakcie z tobą. Po co inaczej zadawaliby sobie tyle trudu?

– Właśnie, po co? – Beata nie podzielała entuzjazmu Uli.

– Jak nie otworzysz, to się nie dowiesz. – Przyjaciółka usiadła naprzeciwko i wymierzyła w nią drewnianą łychą. – No dalej... Otwieraj albo ja to zrobię!

Beata przez chwilę przyglądała się Ulce. Niska, okrągła blondyneczka, wiecznie wesoła, podskakiwała teraz na krześle z niecierpliwości i nieukrywanej ciekawości. Beata rozcięła kopertę długim paznokciem. Przez chwilę wpatrywała się z niedowierzaniem w zawartość. Po chwili niedowierzanie zaczął zastępować narastający gniew. Zaproszenie na ślub na sztywnym kredowym papierze z wykaligrafowanymi złotymi literami było jak cios w policzek!

– I co? I co? – niecierpliwiła się Ulka, widząc zmarszczone brwi i nagłą bladość twarzy Beaty.

– Pieprzona suka! – warknęła Beata, ze złością rzucając list na stół.

– Wysoki sądzie, jestem niewinna! – zawołała Ulka, unosząc dłonie do góry, nadal trzymając drewnianą łychę wycelowaną teraz w sufit. – Cokolwiek się stało…

– To nie do ciebie! – Beata zerwała się gwałtownie i zaczęła szperać po szafkach, z trzaskiem otwierając i zamykając drzwiczki.

– Powiesz mi, o co chodzi? – Ulka przestraszyła się nagłym wzburzeniem zwykle opanowanej współlokatorki.

– Anka zaprosiła mnie na ślub! – Beata usiłowała domknąć kolanem zacinającą się szufladę.

– Swój?

– Oczywiście, że swój! – Rozdrażniona Beata spojrzała na nią jak na idiotkę. Przyjaciółka czasami zadawała co najmniej dziwne pytania.

– OK, skoro kwestia ślubu to taka drażliwa sprawa, daję słowo, że na swój cię nie zaproszę. – Ulka próbowała rozładować nastrój.

– Co ty…! – Beata żachnęła się. Ulka patrzyła na nią z lekkim uśmiechem na ustach. – Przepraszam. – Westchnęła ciężko. – Zachowuję się, jakbyś była czemuś winna, a... Zmarszczyła nos. – Chyba coś się pali…?

– Boże, sos! – Ulka rzuciła się do garnka. – Wiesz… – powiedziała po chwili – moim zdaniem to miłe. Nie pomyślałaś, że może to zaproszenie to jak wyciągnięcie ręki na zgodę?

– Zgodę?! – z niedowierzaniem zapytała Beata.

– Jadalne. Prawie – mruknęła do garnka i odwróciwszy się w stronę koleżanki, mówiła, machając łyżką. – Sama pomyśl. Przez tyle lat cisza w eterze. A teraz zaproszenie na ślub… to przecież ważna uroczystość rodzinna i chcą, żebyś była z nimi.

– Jasne, i dlatego wysyłają mi zaproszenie tydzień przed ślubem. Nie dość, że mam potwierdzić przybycie, to jeszcze przybyć z osobą towarzyszącą. O prezencie nie wspominam…

– Fakt, termin niezbyt fortunny. Ale przecież sama przed chwilą powiedziałaś, że nie mieli adresu. Ustalenie musiało trochę potrwać. Może to dlatego? Czego ty właściwie szukasz? – popatrzyła na Beatę grzebiącą w lodówce.

– Ja? – odwróciła się. – Niczego. A coś zginęło?

– Tak. Zdrowy rozsądek. Ale nie przejmuj się. To problem globalny. Wyciągnij talerze. Zaraz będzie kolacja. Albo nie… lepiej usiądź. Ja wyciągnę talerze. – Ula krzątała się po kuchni. Beata posłusznie usiadła i zapatrzyła się tępo w przestrzeń. Dopiero po chwili dotarł do niej bezruch przyjaciółki, która zastygła nad kuchenką.

– Coś się stało?

Ulka odwróciła się z rozpaczą na twarzy.

– Zapomniałam o makaronie!

– Co?

– Zapomniałam wstawić makaron! Mamy sos, a nie mamy makaronu! Ryżu!… Niczego!

Beata przyglądała jej się chwilę z niedowierzaniem. Rozpacz w głosie Ulki brzmiała porażająco, jakby przed chwilą dowiedziała się, że zaprzestano produkcji serowych chipsów. Po chwili parsknęła śmiechem.

– Zamiast spaghetti... przypalony sos bez makaronu? Cóż za wyborne danie!

– To wcale nie jest śmieszne – obruszyła się Ulka. – Po pierwsze, sos wcale nie jest przypalony, a jeśli nawet, to w stopniu minimalnym. A po drugie... każdemu może się zdarzyć…

– Może, ale zdarzyło się tobie. I to nie pierwszy raz. Zresztą, jak można przypalić sos tylko trochę?! – zaśmiewała się Beata. – Jeśli zrobiłaś to specjalnie, żeby poprawić mi humor…

– Co będziemy jadły? – Ulka nie podzielała rozbawienia przyjaciółki.

– Kupiłam bagietki. Będą akurat do minimalnie przypalonego sosu.

– Jest przypalony – westchnęła ciężko. – I to wcale nie minimalnie… Nie ma co ściemniać. – Ulka pociągnęła nosem.

– Nie szkodzi. Umieram z głodu, zjem wszystko. Przez ten list zupełnie o tym zapomniałam.

– Racja. Zresztą jadłyśmy gorsze rzeczy. Pamiętasz te koszmarne zupki chińskie? Były super, dopóki nie nauczyłyśmy się trochę gotować. Potem mogłam się tylko zastanawiać, jakim cudem dałyśmy radę to wcinać?! Dobra, dobra, już się zamykam. Jak ty ze mną wytrzymujesz?

– Z trudem – z miną cierpiętnicy odparła Beata. – Ale moja babcia cierpiała na alzheimera. Jestem przyzwyczajona.

– Bardzo śmieszne – z ustami pełnymi chipsów wymamrotała Ulka. – Poza tym ty nie masz babci… Swoją drogą to świetna kuracja odchudzająca. Tracisz apetyt na myśl o rodzinie. Mogłybyśmy to opatentować. Patrzysz na tort z bitą śmietaną i migdałami… – rozmarzyła się Ulka – a tu nic. Uśmiechasz się i odchodzisz z godnością…

– Proszę cię… – zaśmiała się Beata. – Jedzmy.

– Jak sobie życzysz, choć uprzedzam, że jeszcze nie skończyłam. Ale ważne, że wreszcie się śmiejesz – cieszyła się Ulka.

– Muszę… Śmiech to moja jedyna obrona przed obłędem. Muszę się zastanowić nad tym wyjazdem – wróciła do tematu.

– Fakt. I to szybko. Przecież jest jeszcze kwestia urlopu, prezentu… to znaczy jeśli się zdecydujesz – poprawiła się szybko.

– Wiesz, jak wygląda sytuacja – znów nachmurzyła się Beata, ale nie przerwała jedzenia, co było dobrym znakiem, że emocje opadły.

– Wiem tylko to, co mi powiedziałaś, a nie było tego wiele – indagowała uparcie Ulka. – Nie mogą być aż tak źli…

– Mogą – z przekonaniem odparła Beata. – A nawet jeszcze gorsi. Proszę cię, nie rozmawiajmy teraz o tym, dobrze?

Ula serdecznie współczuła koleżance, ale nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała znowu podjąć tematu.

– To, co Ania zrobiła, było podłe, to fakt, ale dwa lata to chyba wystarczająco dużo czasu na…

– Na co? – przerwała jej. – Na przedawnienie? Ona nie ukradła mi szminki z torebki, tylko przespała się z moim chłopakiem, z którym byłam prawie trzy lata!

– Nie mówię, że masz zapomnieć. Ale mogłabyś jej wybaczyć…

– Nie zamierzam – stanowczo oznajmiła Beata. – Przykro mi, jeśli czujesz się rozczarowana, ale widocznie jestem zawzięta i pamiętliwa. Bogu dzięki nie jestem mściwa! A to, co się stało, to była przysłowiowa kropla…!

– I tak uważam, że powinnaś przyjąć tę gałązkę oliwną… A Robert to był zwykły dupek!

– Może i tak, ale mój! Własny, prywatny, a nie publiczny. I nie mam żalu do niego, tylko do niej!

– Nie rozumiem – zdziwiła się. – Jemu wybaczyłaś, a siostrze nie?

– Jego mam gdzieś, ale to moja siostra, na miłość boską! I tu nie chodzi o wybaczenie – westchnęła ciężko. – My się wtedy rozstaliśmy. Robert mi się oświadczył, a ja się nie zgodziłam. Wściekł się. Powiedział, że albo ślub, albo nic. Więc powiedziałam... nic. De facto nie była to zdrada, i nie obchodzą mnie jego pobudki, czy chciał mnie ukarać, czy był zwykłym dupkiem korzystającym z okazji, bo to nie ma dla mnie znaczenia. Ale Anka nie wiedziała o zerwaniu. Chciała mnie zranić… Wbiła mi nóż w plecy z uśmiechem na twarzy, i to nie jest metafora.

– Nie wiedziałam. – Ulka była zbulwersowana. – Ale dlaczego odwróciłaś się od całej rodziny?

– To oni odwrócili się ode mnie. Powiedziała im, że ją napastował. I – podniosła rękę, gdy Ulka chciała jej przerwać – zanim zapytasz, kłamała. Jestem pewna, bo przyłapałam ich na finiszu, że się tak wyrażę. Nie mam, niestety, żadnych wątpliwości, które mogłabym rozstrzygnąć na jej korzyść. Tak to mówicie wy, prawnicy, zgadza się? Jakby tego było mało, rodzice oznajmili, że zawsze miałam plebejskie skłonnościi zadawałam się z hołotą. Nie pozwolą, żebym plugawiła – to cytat – ich dom i nie jestem tam mile widziana.

– Beatko, rozumiem, ale to twoja jedyna rodzina. Minęło dużo czasu. Wiele mogło się zmienić…

– T…ak... mojej mamie wyrosły rogi, a ojcu ogon. Teraz już nie będę miała wątpliwości co do swojego pochodzenia.

– Boże, jaka ty jesteś złośliwa – westchnęła Ulka. – Ale skoro już o tym wspomniałaś, to ten detektyw się odezwał?

– Nie, ale to musi potrwać, minął niecały miesiąc, od kiedy przyjęli zlecenie. Nie oczekuję cudów…

– Wiesz… strata pieniędzy moim zdaniem, gdyby ktoś mnie pytał o zdanie oczywiście, ale nikt nie pyta… zaraz, zaraz… – przerwała swoją przemowę Ulka. – Chyba się zaplątałam… co to ja chciałam… no właśnie, nadal nie wiem, skąd ten pomysł, że nie jesteś ich rodzonym dzieckiem? To, że mieliście konflikty, to jeszcze nic nie znaczy.

– Na potrzeby dyskusji przyjmijmy, że to moje urojenia, dobrze?

– A dlaczego ich po prostu nie zapytasz? Skoro i tak jedziesz…

– Świetny pomysł, doprawdy – zauważyła z sarkazmem. – Mamo, tato, gdzie jest bocian, który mnie przyniósł? Mam do niego parę pytań. I nie powiedziałam, że pojadę – zastrzegła. – Nie próbuj na mnie swoich sztuczek.

– Dobrze, dobrze. Poddaję się. Zrobisz, jak będziesz chciała. Ale uważam, że skoro masz wątpliwości, tym bardziej powinnaś jechać, przejrzeć dokumenty rodzinne… – spojrzała wyczekująco.

– Jesteś pewna, że to nie ty skusiłaś Ewę w raju? – uśmiechnęła się Beata.

– Ja? Nigdy! Co najwyżej mogłabym skusić Adama… A skoro mowa o mężczyznach… Mój brat z chęcią by ci towarzyszył – wykrzyknęła radośnie. – Chyba nie pojedziesz sama?!

– Wiedziałam. – Beata wstała i włączyła ekspres. – Znowu to samo! Dlaczego uparłaś się, żeby wyswatać mnie ze swoim bratem?

– Macie podobne poczucie humoru i w ogóle. Ładna para by z was była…

– Ula, kochanie, wierzę, że Jacek jest OK, ale czy nie mogłaby się o tym przekonać jakaś miła dziewczyna? Skoro jest taki wspaniały, na pewno będzie miał wzięcie.

– Ty jesteś miła dziewczyna. Przeważnie – poprawiła się. – No dobrze! Czasami jesteś miła, ale Jacek mówi, że dziewczyna powinna być interesująca, bo jak już będzie stara i brzydka i seks nie będzie ich już kręcił, to byłoby miło, gdyby mieli sobie coś do powiedzenia!

– Skoro Jacek tak mówi. – Beata z trudem ukryła uśmiech.

– Właśnie tak. A ty jesteś i ładna, i interesująca, i nie waż się śmiać z mojego brata, i mogę ci pożyczyć sukienkę – jednym tchem wyrzuciła z siebie Ulka. – Wiesz którą, tę wiśniową, co ci się tak podobała…

– Muszę przyznać, że twoja strategia marketingowa powala mnie na kolana. Minęłaś się z powołaniem. Powinnaś pracować w reklamie, a nie zajmować się prawem autorskim. Dorzuć do tego pantofelki, torebkę i swoich rodziców, a na pewno się dogadamy – przekomarzała się Beata, nalewając kawę do filiżanek.

– Rodziców nie oddam. Ale możemy cię adoptować, chcesz?

– Już mnie adoptowaliście – stwierdziła. – I – dodała z powagą – to najlepsza rzecz, jaka mnie mogła spotkać… Nie mam nawet kota…

– To akurat kwestia dyskusyjna – ze złośliwym rozbawieniem skwitowała Ulka. – Jedz!

Beata przyglądała się chwilę koleżance. Poznały się na imprezie studenckiej, i od tej pory przyjaźniły. Ulka studiowała prawo, kierunek – jak twierdziła – dla osób bez szczególnych talentów i zainteresowań, a Beata ekonomię. Po ukończeniu studiów pięć lat temu wynajęły wspólnie mieszkanie na obrzeżach miasta. Tutaj też przeniosły się wspólnie, zarobki wprawdzie pozwoliłyby im na samodzielne mieszkanie, ale czuły się jak siostry. Beacie dobrze mieszkało się z przyjaciółką. Zastanawiała się, czy wtajemniczać ją w szczegóły. Dziewczyna pochodziła z dużej rodziny, pełnej ciotek, wujków. W jej domu wciąż było gwarno i wesoło. Czy mogła zrozumieć, co to znaczy wychowywać się w domu, w którym jedyne ciepło można było otrzymać od grzejników elektrycznych? Zdrada siostry i stanowisko rodziców tylko ugruntowały przekonanie, że oni po prostu jej nie chcą. Więc skąd to zaproszenie? Beata bała się potraktować je jako przejaw uświadomionej z opóźnieniem miłości. Jej analityczny umysł podejrzewał ukryte motywy, ale na razie nie potrafiła znaleźć żadnego logicznego argumentu na potwierdzenie swoich podejrzeń…

– Masz pozdrowienia – przypomniało się nagle Beacie.

– Od? – Ulka spojrzała na nią pytająco, zadowolona, że Beata przerwała, sądząc po minie, ponure rozmyślania.

– Od swojego stałego absztyfikanta, oczywiście.

– N….ieee… – jęknęła przeciągle Ulka. – Pan Zenek? Uwierzysz, że nie dalej jak trzy dni temu mi się oświadczył?

– Wierzę – roześmiała się Beata. – Dzisiaj ponowił propozycję. Muszę przyznać, że jest dość stały w uczuciach.

– Daj spokój, kocha mnie tylko wtedy, gdy jest pijany.

– On wciąż jest pijany, więc może to gwarancja trwałego uczucia? – ironizowała Beata.

– Śmiej się, śmiej. – Ulka ostrzegawczo podniosła palec. – Ale dzisiaj twoja kolej na sprzątanie. Ja gotowałam.

– Skoro tak twierdzisz. – Włożyła filiżankę do zmywarki. – Przepraszam cię, ale wezmę prysznic i dopiero posprzątam, OK?

– OK, ale pamiętaj, że jutro ty gotujesz.

– I obie powinnyśmy być za to wdzięczne losowi. – Beata uchyliła się zgrabnie przed nadlatującą ścierką.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści
CZĘŚĆ I