Marsjanin - Andy Weir

Marsjanin

0,0

Mark Watney kilka dni temu był jednym z pierwszych ludzi, którzy stanęli na Marsie.

Teraz jest pewien, że będzie pierwszym, który tam umrze!

Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…

Realizowany na podstawie tej książki film reżyseruje Ridley Scott a główną rolę gra Matt Damon.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tytulowa

Tytuł oryginału: The Martian

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Renata Kuk

Konsultacja naukowa: Jan Stradowski

Copyright © 2011, 2014 by Andy Weir.

This translation published by arrangement with Crown Publishers, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Random House LLC.

All rights reserved.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014, 2016

© for the Polish translation by Marcin Ring

ISBN 978-83-7758-835-2

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Mamie,

która nazywała mnie Korniszonem,

i Tacie,

który nazywał mnie Kolesiem.

Spis treści

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

Przypisy

ROZDZIAŁ 1

WPIS W DZIENNIKU: SOL 6.[1]

Mam całkowicie przesrane.

To moja przemyślana opinia.

Przesrane.

Szósty dzień tego, co miało być dwoma najwspanialszymi miesiącami w moim życiu, i wszystko zamieniło się w koszmar.

Nawet nie wiem, kto to przeczyta. Pewnie ktoś to w końcu znajdzie. Może za setki lat.

Nie umarłem 6. sola. Bez wątpienia reszta załogi tak myślała i nie mogę ich za to winić. Może ogłoszą z mojego powodu żałobę narodową, a na mojej stronie w Wikipedii napiszą: „Mark Watney to jedyny człowiek, który zginął na Marsie”.

I to będzie prawda, tak podejrzewam. Bo na pewno tu umrę. Po prostu nie w solu 6., tak jak wszyscy myślą.

Tak więc… od czego by tu zacząć?

Program Ares. Ludzkość sięgająca Marsa, po raz pierwszy wysyłająca ludzi na inną planetę, żeby poszerzyć swoje horyzonty, bla, bla, bla… Załoga misji Ares 1 zrobiła, co do niej należało, i wróciła na Ziemię jako bohaterowie. Były na ich cześć parady, zyskali sławę i świat ich pokochał.

Ares 2 zrobił to samo, tylko w innym miejscu Marsa. Dostali mocny uścisk dłoni i gorącą filiżankę kawy, gdy wrócili.

Ares 3. No cóż. To moja misja. No właściwie nie moja. Komandor porucznik Lewis dowodziła. Ja byłem tylko zwykłym członkiem załogi. W gruncie rzeczy to miałem najniższą rangę ze wszystkich i zostałbym dowódcą tylko wtedy, gdybym był jej ostatnim członkiem.

I wiecie co? Jestem dowódcą.

Zastanawiam się, czy ten dziennik zostanie odnaleziony, zanim załoga umrze ze starości. Zakładam, że cali dotarli na Ziemię. Tak więc jeśli to czytacie: to nie była wasza wina. Zrobiliście to, co musieliście. Na waszym miejscu postąpiłbym dokładnie tak samo. Nie obwiniam was i cieszę się, że przeżyliście.

Chyba powinienem wytłumaczyć, na czym polegają misje na Marsa. Przecież mogą to przeczytać laicy. No orbitę okołoziemską dostaliśmy się normalnie, zwyczajnym statkiem dotarliśmy na Hermesa. Wszystkie misje marsjańskie wykorzystują Hermesa, aby dostać się na Marsa i przylecieć z powrotem. Jest naprawdę wielki i drogi, więc NASA zbudowała tylko jeden.

Jak już byliśmy na Hermesie, cztery misje bezzałogowe dostarczyły nam paliwo i zapasy, a my w tym czasie przygotowywaliśmy się do naszej podróży. Kiedy wszystko było gotowe, rozpoczęliśmy podróż na Marsa. Ale nie za szybko. Czasy spalania ciężkiego chemicznego paliwa i wykonywania manewrów „wstrzyknięcia”[2] już się skończyły.

Hermes jest napędzany silnikami jonowymi. Wyrzucają w tył argon z olbrzymią prędkością, aby wytworzyć minimalne przyspieszenie. Sęk w tym, że nie zużywają dużo paliwa, tak więc wystarczało nam niewiele argonu (i reaktor jądrowy zasilający silniki), żebyśmy mogli przyspieszać stale, przez całą drogę na miejsce. Bylibyście zdziwieni, jak bardzo można się rozpędzić, mając tak małe przyspieszenie przez długi czas. Mógłbym was zabawić opowieścią o tym, jaką frajdę mieliśmy w trakcie podróży, ale tego nie zrobię. Nie chcę teraz do tego wracać wspomnieniami. Wystarczy, że powiem, iż dotarliśmy na orbitę Marsa sto dwadzieścia cztery dni później, nie zabijając się nawzajem.

Stamtąd dostaliśmy się przy użyciu MDV-u (Mars Descent Vehicle) na powierzchnię. MDV to w zasadzie taka wielka puszka ze słabymi dopalaczami i dołączonymi spadochronami. Jego jedynym zadaniem jest dostarczyć z orbity na powierzchnię Marsa sześć osób, nie zabijając ich przy tym.

I teraz dochodzimy do fajnej sztuczki misji eksploracji Marsa: nasze graty były tam przed nami.

Czternaście misji bezzałogowych dostarczyło wszystko, czego potrzebowaliśmy na powierzchni. Naprawdę się starano, aby wszystkie jednostki przewożące zapasy wylądowały w jednej okolicy, i całkiem nieźle to wyszło. Zapasy oczywiście nie są tak kruche jak ludzie i mogą uderzyć w powierzchnię naprawdę mocno. Ale miały sporą tendencję do odbijania się.

Oczywiście nie wysłali nas na Marsa przed potwierdzeniem, że wszystkie zapasy dotarły na planetę i kontenery są całe. Od początku do końca, wliczając misje zaopatrzeniowe, misja marsjańska trwa około trzech lat. W rzeczy samej, gdy załoga misji Ares 2 wracała na Ziemię, na Marsa już leciało zaopatrzenie Aresa 3.

Najważniejszą zaawansowaną technicznie przesyłką był bez wątpienia MAV – Mars Ascent Vehicle. To nim mieliśmy się znowu dostać na Hermesa, po tym jak wszystkie operacje na powierzchni zostaną zakończone. MAV był wyposażony w system miękkiego przyziemiania (zupełnie inaczej niż odbijający się na balonach inny nasz sprzęt). Oczywiście utrzymywał ciągłą łączność z Houston i jeśli byłyby z nim jakieś problemy, zawrócilibyśmy na Ziemię, nie lądując nawet na Marsie.

MAV jest fajny. Jak się okazuje, dzięki cyklowi ciekawych reakcji chemicznych z marsjańską atmosferą każdy kilogram wodoru przywieziony z Ziemi można zamienić w trzynaście kilogramów paliwa. Ale jest to powolny proces. Zapełnienie całego baku zajmuje dwadzieścia cztery miesiące. Dlatego wysłali MAV na długo przedtem, zanim tu dotarliśmy.

Możecie sobie wyobrazić, jakim rozczarowaniem byłoby odkrycie, że go nie ma.

Całkiem absurdalny splot wydarzeń sprawił, że prawie zginąłem. A jeszcze bardziej absurdalny jednak uratował mi życie.

Misja marsjańska jest przygotowana tak, aby wytrzymać burze piaskowe osiągające prędkość do 150 km/h. Tak więc Houston nie bez powodu zrobiło się nerwowe, gdy uderzył w nas wiatr o prędkości 175 km/h. Wszyscy włożyliśmy nasze kombinezony do lotu i zbiliśmy się w gromadę na środku Habu, na wypadek utraty ciśnienia. Ale to nie Hab był problemem.

MAV to statek kosmiczny. Ma dużo delikatnych części. Może wytrzymać burze piaskowe przez pewien czas, ale nie wieczność. Po półtorej godzinie utrzymującego się wiatru NASA wydała rozkaz przerwania misji. Nikt nie chciał kończyć miesięcznej misji po sześciu dniach, ale jeśli MAV zostałby uszkodzony, wszyscy byśmy utknęli tu na dole.

Musieliśmy wyjść w burzę, żeby przejść od Habu do MAV-u. To oczywiście było ryzykowne, ale jaki mieliśmy wybór?

Udało się wszystkim oprócz mnie.

Talerz głównej anteny komunikacyjnej, która przekazywała sygnały z Habu do Hermesa, zadziałał jak spadochron. Został wyrwany ze swojego mocowania i poniesiony wiatrem. Lecąc, uderzył w układ anten odbiorczych. Jedna z tych długich cienkich anten walnęła we mnie. Weszła w kombinezon jak nóż w masło i poczułem w boku najmocniejszy ból w życiu, gdy tam się werżnęła. Ledwo pamiętam nagle uciekające powietrze i ból w uszach, gdy ciśnienie w skafandrze spadało.

Ostatnie, co pamiętam, to Johanssen bezradnie starającą się mnie złapać.

Obudził mnie alarm tlenowy w skafandrze. Ciągły, przykry sygnał, który w końcu wyciągnął mnie z głębokiego i silnego pragnienia, żeby po prostu, kurwa, umrzeć.

Burza zelżała. Leżałem twarzą w dół, prawie całkowicie pokryty piachem. Oszołomiony, trzęsąc się cały, zastanawiałem się, dlaczego nie byłem bardziej martwy.

Antena miała wystarczającą siłę, żeby przebić się przez skafander i przez mój bok też, ale zatrzymała się na miednicy. Tak więc w skafandrze była tylko jedna dziura (i oczywiście jedna we mnie).

Odrzuciło mnie spory kawałek i stoczyłem się ze stromego wzgórza. Wylądowałem twarzą na ziemi i dlatego antena była ustawiona mocno ukośnie, co spowodowało dużą siłę skręcającą działającą na dziurę w skafandrze. W ten sposób skafander został chwilowo częściowo uszczelniony.

Tymczasem wiele krwi, która wypłynęła z mojej rany, pociekło w stronę otworu w skafandrze. Gdy tam dotarła, woda z niej szybko wyparowała z powodu dużego przepływu powietrza i niskiego ciśnienia, zostawiając tylko tłuste pozostałości. Napłynęło więcej krwi i stało się z nią dokładnie to samo. W końcu krew uszczelniła nierówności otworu i zredukowała przeciek do poziomu, któremu skafander mógł przeciwdziałać.

A spisał się doskonale. Wykrył spadek ciśnienia i włączył ciągły dopływ azotu ze swojego zbiornika, aby wyrównać ciśnienie. Gdy wyciek stał się możliwy do opanowania, musiał tylko napuścić nowego powietrza, aby wyrównać straty.

Po chwili absorbenty dwutlenku węgla w skafandrze się zużyły. To znaczący czynnik ograniczający system podtrzymywania życia. Nie ilość tlenu, jaką zabierzesz, ale ilość CO2, którą możesz usunąć. W Habie mieliśmy oksygenator, wielki sprzęt do rozbijania cząsteczek CO2 i odzyskiwania z nich tlenu. Ale skafander musiał być przenośny, tak więc zastosowano jednorazowe filtry działające na zasadzie prostej chemicznej absorbcji. Byłem nieprzytomny tyle czasu, że filtry się zużyły.

Kombinezon dostrzegł problem i przełączył się w tryb awaryjny, który inżynierowie nazywali „upuszczaniem krwi”. Nie mając możliwości pochłaniania CO2, skafander celowo wypuszczał powietrze w marsjańską atmosferę, a potem znów dopełniał azotem. W ten sposób szybko wyczerpał zapasy azotu. Została tylko moja butla z tlenem.

Zrobił więc jedyną rzecz, którą mógł, żeby utrzymać mnie przy życiu. Zaczął napełniać skafander czystym tlenem. Teraz ryzykowałem, że umrę od nadmiaru tlenu, ponieważ jego znacznie podwyższone stężenie mogło mi uszkodzić układ nerwowy, płuca i oczy. Ironiczna śmierć dla kogoś w dziurawym skafandrze kosmicznym: zbyt dużo tlenu.

Temu wszystkiemu towarzyszyły wyjące alarmy i ostrzeżenia. Ale to alarm wysokiego stężenia tlenu mnie obudził.

Czas poświęcany na trening do misji kosmicznych jest zdumiewający. Spędziłem tydzień na Ziemi, ćwicząc postępowanie w razie awarii skafandra. Wiedziałem, co robić.

Ostrożnie sięgnąłem do boku hełmu i wyciągnąłem zestaw do łatania. To nic innego niż lejek z zaworem na mniejszym końcu i niewiarygodnie lepką żywicą na drugim. Powietrze może uciekać przez zawór, nie przeszkadzając żywicy w dokładnym uszczelnieniu dziury. Potem zamykasz zawór i dziura jest załatana.

Dowcip polegał na tym, że musiałem pozbyć się anteny. Wyciągnąłem ją tak szybko, jak tylko mogłem, krzywiąc się, gdy nagły spadek ciśnienia mnie oszołomił i sprawił, że rana przeraźliwie zabolała.

Przyłożyłem zestaw do łatania do dziury i przykleiłem. Skafander dopełnił brakujące powietrze większą ilością czystego tlenu. Sprawdziłem na wyświetlaczu na ręku. W skafandrze było teraz 85 procent tlenu. Dla porównania – w ziemskiej atmosferze stężenie tlenu to około 21 procent. Stężenie to nie było niebezpieczne, jeślibym długo nie musiał oddychać taką mieszanką.

Wdrapałem się na wzgórze, aby wrócić do Habu. Gdy znalazłem się w najwyższym punkcie, zobaczyłem coś, co sprawiło, że posmutniałem, i coś, dzięki czemu poczułem zadowolenie: Hab był cały (hura!) i MAV odleciał (buu!).

Od razu wiedziałem, że mam przerąbane. Ale nie chciałem po prostu umrzeć na powierzchni. Pokuśtykałem do Habu i niezdarnie wszedłem do śluzy powietrznej. Zrzuciłem hełm od razu po wyrównaniu ciśnień.

Po wejściu do Habu zdjąłem skafander i pierwszy raz przyjrzałem się swojej ranie. Trzeba było ją zaopatrzyć szwami. Na szczęście każdy z nas został przeszkolony w podstawowych procedurach medycznych i Hab miał doskonałe zapasy sprzętu medycznego. Szybkie znieczulenie miejscowe, przepłukanie rany, dziewięć szwów i po sprawie. Będę brał antybiotyki przez kilka tygodni, ale poza tym wszystko powinno być w porządku.

Wiedziałem, że to bez sensu, ale spróbowałem nawiązać łączność. Oczywiście brak sygnału. Pamiętacie, że odpadł główny talerz satelitarny? I rozwalił anteny odbiorcze. Hab miał drugo- i trzeciorzędowy system komunikacji. Ale oba służyły do łączności z MAV-em, który użyłby swoich dużo mocniejszych systemów, żeby przekazać wiadomość na Hermesa. Problem w tym, że to mogło działać tylko wtedy, gdy MAV był w pobliżu.

Nie miałem jak porozumieć się z Hermesem. Mógłbym w końcu znaleźć talerz satelitarny na powierzchni, ale nawet prowizoryczne naprawy zajęłyby mi tygodnie, a to stanowczo za długo. Po odwołaniu misji Hermes opuściłby orbitę w ciągu dwudziestu czterech godzin. Dynamika orbitalna sprawiała, że im szybciej opuścisz orbitę, tym szybciej i bezpieczniej wrócisz do domu, więc czemu czekać?

Sprawdziłem skafander i odkryłem, że antena przeorała komputer śledzący parametry biologiczne. W trakcie wyjścia EVA (Extravehicular Activity) skafandry wszystkich członków załogi są połączone, więc mamy informacje o stanie innych. Reszta załogi na pewno widziała ciśnienie w moim skafandrze spadające prawie do zera i natychmiast zanikające odczyty biologiczne. Dodajcie do tego, że stoczyłem się ze zbocza z bokiem przebitym włócznią w samym środku burzy piaskowej… tak. Pomyśleli, że nie żyję. Jakżeby mogli inaczej?

Może przeprowadzili nawet krótką dyskusję na temat zabrania mojego ciała, ale procedury były jasne. Jeśli członek załogi zginął na Marsie, miał zostać na Marsie. Zostawienie go sprawiało, że MAV miał mniejszą masę startową. To z kolei prowadziło do zwiększenia marginesu błędu w sterowaniu ciągiem. Nie było sensu z tego rezygnować z powodu sentymentów.

Tak więc sytuacja wygląda następująco. Utknąłem na Marsie. Nie mam jak uzyskać połączenia z Hermesem ani Ziemią. Wszyscy myślą, że zginąłem. Jestem w Habie zaprogramowanym na przetrwanie trzydziestu jeden dni.

Jeśli oksygenator się zepsuje, uduszę się. Jeśli system odzyskiwania wody się zepsuje, umrę z pragnienia. Jeśli zostanie naruszona hermetyczność Habu, mniej więcej eksploduję. Jeśli żadna z tych rzeczy się nie wydarzy, w końcu skończy mi się jedzenie i umrę z głodu.

Mam przesrane.

[1] Doba marsjańska licząca 24 h 39 min 35, 244 s.

[2] Oryg. trans-Mars injection.

[3] W trakcie tłumaczenia książki NASA ogłosiła, że badania przeprowadzone za pomocą łazika Curiosity dowiodły, iż marsjańska gleba składa się mniej więcej w dwóch procentach z wody.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

ROZDZIAŁ 2

WPIS W DZIENNIKU: SOL 7.

OK, dobrze się w nocy wyspałem i wszystko nie wygląda tak beznadziejnie jak wczoraj.

Dzisiaj zrobiłem bilans zapasów i szybkie wyjście, żeby sprawdzić sprzęt zewnętrzny. Oto moja sytuacja:

Misja na powierzchni miała trwać trzydzieści dni. Na wszelki wypadek kapsuły z jedzeniem zawierały zapasy na pięćdziesiąt sześć dni dla całej załogi. Dzięki temu, jeśli z jedną lub dwiema kapsułami byłby problem, nadal mielibyśmy wystarczająco dużo jedzenia na całą misję.

Byliśmy tu sześć dni, zanim rozpętało się piekło, dlatego zostaje wystarczająca ilość jedzenia dla sześciu osób na pięćdziesiąt dni. Jestem sam, więc wchłonięcie tego zajmie mi trzysta dni. Przy założeniu, że nie będę sobie racjonował żywności. Tak więc mam przed sobą sporo czasu.

Mam też zapas skafandrów EVA. Każdy członek załogi miał dwa skafandry: jeden do lotów, który miał być używany tylko w trakcie lądowania i startu, i dużo bardziej przysadzisty, mocny skafander EVA do wyjść na powierzchnię. Mój skafander do lotów ma dziurę w boku, a członkowie załogi oczywiście mieli swoje na sobie w trakcie powrotu na Hermesa. Ale wszystkie skafandry EVA są tu i nic im nie dolega.

Hab przetrwał burzę bez żadnych uszkodzeń. Jednak na zewnątrz sprawy nie wyglądają tak różowo. Nie mogę znaleźć anteny satelitarnej; najprawdopodobniej odleciała kilometry stąd.

MAV-u oczywiście nie ma. Członkowie załogi zabrali go na Hermesa. Ale dolna część (moduł lądowniczy) pozostała. Nie ma sensu tego zabierać z powrotem, gdy ciężar jest twoim wrogiem. To część odpowiedzialna za przyziemienie, wytwórnia paliwa i wszystko, co NASA uznała za niewarte zabierania z powrotem na orbitę.

MDV leży na boku z wyrwą w kadłubie. Wygląda na to, że burza rozerwała osłonę dodatkowego spadochronu (którego nie użyliśmy w trakcie lądowania). Kiedy spadochron się rozwinął, przeciągnął MDV po całej okolicy, waląc nim o każdy kamień po drodze. Nie żeby MDV mógł mi się przydać, silniki sterujące nawet by go nie udźwignęły. Ale mógł być cenny jako źródło części zamiennych. Może nadal jest.

Oba łaziki są do połowy zakopane w piasku, ale poza tym wyglądają w porządku. Ich uszczelnienie ciśnieniowe jest nietknięte. Ma to sens. Procedura mówi, że jeśli burza w ciebie uderzy, należy się zatrzymać i ją przeczekać. Łaziki są zbudowane tak, żeby przyjąć uderzenie. Mogę je odkopać w dzień lub dwa.

Straciłem łączność ze stacjami meteo umieszczonymi kilometr od Habu w czterech kierunkach. Z tego, co wiem, nadal mogą działać idealnie. System łączności Habu jest teraz słaby, prawdopodobnie zasięg nie przekracza kilometra.

Całą farmę ogniw słonecznych pokrywał pył, przez co stały się bezużyteczne (podpowiedź: ogniwa słoneczne potrzebują światła, żeby wytwarzać prąd). Ale gdy je oczyściłem, powróciły do pełnej sprawności. Cokolwiek będę robił, energii na pewno mi nie zabraknie. Dwieście metrów kwadratowych ogniw słonecznych i ogniwa wodorowe do magazynowania energii. A ja tylko muszę zmiatać z nich pył co parę dni.

Wewnątrz sprawy mają się doskonale dzięki mocnej budowie Habu.

Zrobiłem pełną diagnostykę oksygenatora. Dwa razy. Jest w doskonałym stanie. Jeśli coś się zepsuje, mam zapasowy, którego mogę krótko używać, tylko przez czas naprawy podstawowego. Zapasowy tak naprawdę nie rozrywa cząsteczek CO2, uwalniając tlen. Absorbuje CO2 dokładnie tak samo jak skafandry kosmiczne. Jest przystosowany do działania przez pięć dni, zanim zużyją się filtry, co oznacza trzydzieści dni dla mnie (tylko jedna oddychająca osoba zamiast sześciu). Tak więc jest to całkiem niezłe zabezpieczenie.

Odzyskiwacz wody także działa bez zastrzeżeń. Niestety nie ma zapasu. Jeśli się zepsuje, będę pił rezerwy wody do czasu, aż sklecę prymitywny system do destylacji sików. Będę także tracił pół litra wody dziennie z powodu oddychania, aż wilgotność w Habie osiągnie maksimum i woda zacznie się skraplać na wszystkich powierzchniach. Wtedy będę ją zlizywał ze ścian. No, na razie nie mam problemów z odzyskiwaczem wody.

Tak. Żywność, woda, powietrze, wszystkim się zająłem. Natychmiast zaczynam racjonowanie jedzenia. Porcje już teraz są małe, ale myślę, że bez uszczerbku mogę jeść trzy czwarte tego co teraz na każdy posiłek. To powinno przedłużyć moje życie z trzystu dni do czterystu. Przeszukując ambulatorium, znalazłem wielką butlę witamin. Mam wystarczająco dużo multiwitaminy na lata. Tak więc żegnajcie problemy ze składnikami odżywczymi (ale i tak umrę z głodu, gdy skończą się zapasy, niezależnie od tego, ile witamin połknę).

W razie nagłych wypadków w ambulatorium jest morfina. Starczy jej na śmiertelną dawkę. Nie będę powoli czekał na śmierć głodową. Nic z tego. Jeśli zajdzie potrzeba, wybiorę łatwiejszy sposób na opuszczenie tego świata.

Każdy uczestnik misji miał dwie specjalizacje. Ja jestem botanikiem i inżynierem mechanikiem. Ogólnie rzecz biorąc, podczas misji byłem złotą rączką, która bawiła się roślinami. Zdolności inżynierskie mogą mi uratować życie, jeśli coś się zepsuje.

Rozmyślałem o tym, jak to przetrwać. Nie jest całkowicie beznadziejnie. Mniej więcej za cztery lata na Marsie pojawią się ludzie, gdy przybędzie tu Ares 4 (zakładając, że nie skasują programu z powodu mojej „śmierci”).

Ares 4 wyląduje w kraterze Schiaparellego, który oddalony jest mniej więcej o trzy tysiące dwieście kilometrów od mojej lokalizacji na równinie Acidalia. Zero szans, żebym się tam dostał sam. Ale jeśli uda mi się nawiązać łączność, może mnie uratują. Nie mam pojęcia, jak mieliby to zrobić z tym, co będą mieli pod ręką. Ale w NASA pracuje dużo mądrych ludzi.

Tak więc znalezienie sposobu na skontaktowanie się z Ziemią to obecnie moje zadanie. Jeśli mi się nie uda, muszę znaleźć sposób na połączenie się z Hermesem, gdy przybędzie tu za cztery lata z załogą Aresa 4.

Oczywiście nie mam planu na przetrwanie czterech lat, bo żywności starczy jedynie na rok. Ale po kolei. Na razie jestem najedzony i mam cel: Naprawić to cholerne radio.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 10.

Zrobiłem trzy wyjścia i nie natrafiłem na ślad anteny satelitarnej.

Odkopałem jeden z łazików i dokładnie objechałem okolicę, ale po całych dniach tułaczki myślę, że nadszedł czas, żeby przestać. Najprawdopodobniej burza zdmuchnęła antenę daleko stąd i zamazała wszystkie ślady, które mogłyby mnie naprowadzić na cel. Pewnie też pogrzebała go w pyle.

Resztę dnia spędziłem z tym, co zostało z szeregu anten. To bardzo przykry widok. Równie dobrze mógłbym po prostu krzyczeć w kierunku Ziemi.

Mógłbym zrobić prymitywną antenę satelitarną z metalu, który znalazłem wokół bazy. Ale to nie jest zabawa z walkie-talkie. Komunikacja między Marsem a Ziemią to bardzo poważna rzecz i wymaga wyjątkowo specjalistycznego sprzętu. Nie sklecę nic z folii aluminiowej i kleju.

Muszę racjonować moje wyjścia tak samo jak jedzenie. Filtry CO2 nie są regenerowalne. Po wysyceniu nadają się do kosza. Misja zakładała czterogodzinne wyjście na członka na dzień. Na szczęście filtry CO2 są małe i tanie, więc NASA szarpnęła się i wysłała ich więcej, niż potrzebowaliśmy. Wychodzi na to, że mam filtrów na jakieś tysiąc pięćset godzin. Po tym czasie wszystkie wyjścia będą związane z upuszczaniem powietrza.

Może się wydawać, że tysiąc pięćset godzin to dużo, ale muszę przetrwać tutaj co najmniej cztery lata, jeśli mam mieć jakąkolwiek szansę na ratunek. A kilka godzin w tygodniu muszę poświęcić na odpylanie pola ogniw słonecznych. Tak czy siak żadnych niepotrzebnych wyjść.

A teraz z innej beczki. Zaczynam mieć pomysł na to, skąd wziąć jedzenie. Moje wykształcenie botaniczne może się przydać.

Po co ściągać botanika na Marsa? W końcu Mars jest znany z tego, że nic tu nie rośnie. No cóż, pomysł był taki, żeby sprawdzić, jak rośliny rosną w marsjańskiej grawitacji, i przekonać się, co, jeśli w ogóle, możemy zrobić z marsjańską glebą. Najkrótsza odpowiedź brzmi: całkiem sporo… prawie. Marsjański grunt ma podstawowe składniki budulcowe potrzebne do wzrostu roślin. Ale w ziemskiej glebie dzieje się dużo rzeczy, których nie uświadczymy na Marsie, nawet gdy umieścimy marsjańską glebę w ziemskiej atmosferze i zapewnimy jej dostateczną ilość wody. Aktywność bakterii, niektóre składniki odżywcze dostarczane przez zwierzęta itp. Nic z tego nie dzieje się na Marsie. Jednym z moich zadań było zbadanie tego, jakie rośliny mogłyby tu rosnąć, w różnych kombinacjach marsjańskiej i ziemskiej gleby i atmosfery.

Dlatego mam ze sobą trochę ziemskiej gleby i mnóstwo nasion.

Ale nie mogę wpadać w nadmierną ekscytację. Ziemi jest mniej więcej tyle, że starczy do napełnienia donicy okiennej. A jedyne nasiona, jakie mam, to parę gatunków traw i paproci. Są najbardziej wytrzymałymi roślinami na Ziemi, więc NASA wybrała je do testów w pierwszej kolejności.

Zatem są dwa problemy: mało ziemi i nic jadalnego do zasadzenia w niej.

Ale, cholera, jestem botanikiem. Powinienem sobie poradzić. Jeśli nie zdołam, w ciągu roku stanę się głodnym botanikiem.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 11.

Zastanawiam się, jak Cubsi sobie radzą.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 14.

Licencjat zdobyłem na Uniwersytecie Chicago. Połowa ludzi studiujących tam botanikę to byli hipisi, wierzący, że mogą przywrócić świat do naturalnego stanu i w jakiś sposób wykarmić siedem miliardów ludzi dzięki samemu zbieractwu. Spędzali większość czasu, ulepszając metody hodowania trawki. Nie lubiłem ich. Zawsze siedziałem w tym dla nauki, nie dla jakiegoś naiwnego Nowego Porządku Rzeczy.

Kiedy robili sterty kompostowe i starali się zachować każdy gram żywej materii, śmiałem się z nich. „Spójrzcie na tych głupich hipisów – szydziłem. – Patrzcie na ich żałosne próby naśladowania złożoności światowego ekosystemu w ich ogródkach”.

Teraz sam to robię. Zachowuję każdy fragment biomaterii, który uda mi się znaleźć. Za każdym razem, gdy skończę jeść, resztki trafiają do kompostowego wiadra. Jeśli mowa o innym materiale biologicznym…

Hab ma bardzo zaawansowane toalety. Gówno jest zazwyczaj liofilizowane, potem zbierane w szczelnych torebkach i porzucane na powierzchni.

Już nie!

Prawdę mówiąc, zrobiłem nawet wyjście, żeby odzyskać torebki z kałem, które zostawiła załoga przed odlotem. Te całkowicie wysuszone odchody nie miały już w sobie bakterii. Jednak nadal zawierały aminokwasy złożone i mogły posłużyć za dobry nawóz. Dodanie do tego wody i żywych bakterii szybko sprawi, że ożyją, zastępując w ten sposób wszystko, co zostało zabite przez Toaletę Zagłady.

Znalazłem duży pojemnik i nalałem do niego trochę wody, a potem wrzuciłem suszone fekalia. Od tego czasu moja kupa też tam trafiała. Im gorzej pachnie, tym lepsze reakcje tam zachodzą. Oto bakterie przy pracy!

Jak przyniosę trochę marsjańskiej ziemi, to będę mógł ją zmieszać z odchodami i rozłożyć na większej powierzchni. A potem posypię na górze ziemską glebą. Możecie myśleć, że to nie jest ważny krok, ale mylicie się. Całe dziesiątki gatunków bakterii żyją w ziemskiej glebie i są kluczowe dla wzrostu roślin. Szerzą się i rozmnażają jak… no cóż, jak infekcja bakteryjna…

Ludzie używali swoich odchodów jako nawozu od stuleci. W normalnych warunkach nie jest to najlepszy sposób na prowadzenie hodowli – mogą się szerzyć choroby. Ludzkie odchody zawierają patogeny, które, jak wam wiadomo, infekują ludzi. Ale dla mnie to nie problem. Jedyne patogeny w tych fekaliach to te, które już we mnie są.

W ciągu tygodnia marsjańska ziemia będzie gotowa na to, aby mogły w niej wykiełkować rośliny. Ale jeszcze ich nie zasadzę. Rozłożę ją, podwajając powierzchnię. Bakterie „zainfekują” nową porcję marsjańskiej gleby. I tak dalej. Oczywiście cały czas będę dodawał nowego nawozu, aby wspierać ten wysiłek.

Dupa pracuje na moje utrzymanie, tak samo jak mózg.

To nie jest nowy pomysł. Ludzie przez dekady rozważali, jak przemienić marsjańską ziemię w glebę zdolną wydać rośliny. Ja po prostu pierwszy to testuję.

Przeszukałem zapasy jedzenia i znalazłem różne rzeczy, które mogę zasadzić. Na przykład groszek. A także sporo fasoli. Jest też kilka ziemniaków. Jeśli którekolwiek z nich da radę puścić pędy po męce, jaką przeszły, będzie wspaniale. Mając niemalże nieskończony zapas witamin, do przetrwania potrzebuję już tylko kalorii.

Całkowita powierzchnia podłogi w Habie to około dziewięćdziesięciu dwóch metrów kwadratowych. Mam zamiar całość poświęcić temu przedsięwzięciu. Nie przeszkadza mi chodzenie po ziemi. Będzie z tym sporo roboty, ale muszę pokryć podłogę warstwą grubości dziesięciu centymetrów. To oznacza, że muszę do środka przetransportować dziewięć i dwie dziesiąte metra sześciennego gruntu. Może dam radę przenieść jedną dziesiątą metra sześciennego naraz przez śluzę powietrzną, jednak zgromadzenie tego będzie katorżniczą pracą. Ale jeśli wszystko pójdzie tak, jak zaplanowałem, otrzymam dziewięćdziesiąt dwa metry kwadratowe gleby zdolnej do wydania plonów.

Cholera, jestem botanikiem! Bójcie się moich botanicznych mocy!

WPIS W DZIENNIKU: SOL 15.

Och! To wyczerpująca praca!

Spędziłem dziś dwanaście godzin na zewnątrz, żeby dostarczyć ziemię do Habu. Udało mi się tylko zakryć mały róg bazy, może jakieś pięć metrów kwadratowych. Przy tej prędkości wniesienie całej potrzebnej ziemi zajmie mi tygodnie. Hej, przecież czas to jedyne, co naprawdę mam.

Pierwsze kilka wyjść było bardzo nieefektywnych. Napełniałem małe pojemniki i przenosiłem je przez śluzę. Potem zmądrzałem i po prostu postawiłem w śluzie jeden wielki pojemnik, do którego sypałem ziemię. To przyspieszyło sprawę, ponieważ przejście przez śluzę zajmuje około dziesięciu minut.

Cały jestem obolały. A łopaty, które mam, są przeznaczone do pobierania próbek, a nie do ciężkiej pracy. Plecy bolą mnie jak diabli. Udałem się do ambulatorium jakieś dziesięć minut temu i wziąłem trochę vicodinu. Zaraz powinien zacząć działać.

W każdym razie miło jest zobaczyć postęp. Pora, aby bakterie zaczęły pracować nad tymi minerałami. Po obiedzie. Dzisiaj nie ma trzech czwartych racji. Zasłużyłem na cały posiłek.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 16.

Jest jednak jeden problem, o którym nie pomyślałem: woda.

Okazuje się, że kilka milionów lat wyeliminowało całą wodę z marsjańskiego gruntu[3]. Mój stopień magistra botaniki podpowiada mi, że rośliny potrzebują wilgotnej gleby, żeby rosnąć. Nie wspominając już o bakteriach, które muszą tam najpierw żyć.

Na szczęście mam wodę. Ale nie tyle, ile bym chciał. Żeby to miało sens, metr sześcienny ziemi potrzebuje czterdziestu litrów wody. Mój plan zakłada dziewięć i dwie dziesiąte metra sześciennego ziemi. Tak więc będę potrzebował trzystu sześćdziesięciu ośmiu litrów wody.

Hab ma doskonały odzyskiwacz wody. Najlepsza technologia dostępna na Ziemi. NASA pomyślała: Po co wysyłać tam dużo wody? Wyślijmy tyle, żeby starczyło w sytuacji awaryjnej. Człowiek potrzebuje trzech litrów dziennie, aby żyć w komforcie. Dali nam po pięćdziesiąt na głowę. W Habie jest trzysta litrów wody.

Chcę dla sprawy poświęcić cały zapas oprócz awaryjnych pięćdziesięciu litrów. To oznacza, że mogę nawodnić sześćdziesiąt dwa i pół metra kwadratowego na głębokość dziesięciu centymetrów. Jakieś dwie trzecie podłogi w Habie. Będzie musiało starczyć. Na dziś moim celem było pięć metrów kwadratowych.

Użyłem kilku koców i mundurów kolegów, którzy odlecieli, żeby zrobić z tego brzeg pola przeznaczonego na uprawy (resztę granicy tworzyła zakrzywiona ściana Habu). Było to prawie pięć metrów kwadratowych. Rozłożyłem piach w rogu Habu na jakieś dziesięć centymetrów grubości. Potem poświęciłem dwadzieścia litrów cennej wody bogom ziemi.

Później zrobiło się ohydnie. Wylałem wielki kontener gówna na glebę i prawie się porzygałem od smrodu. Łopatą zmieszałem cały ten szajs z ziemią i równo rozłożyłem. Następnie posypałem to z wierzchu ziemską glebą. Bierzcie się do roboty bakterie. Liczę na was. Ten zapach utrzyma się tu jakiś czas. To nie jest tak, że mogę otworzyć okno. Jednak jakoś się przyzwyczaję.

Z innych informacji. Dziś jest Dzień Dziękczynienia. Moja rodzina zbierze się w Chicago na tradycyjne świętowanie w domu moich rodziców. Zgaduję, że to nie będzie dobra zabawa, zważywszy na to, że umarłem dziesięć dni temu. Kurde, pewnie zebrali się właśnie na moim pogrzebie.

Zastanawiam się, czy kiedykolwiek dowiedzą się, co naprawdę się wydarzyło. Byłem tak zajęty utrzymywaniem się przy życiu, że nie pomyślałem o tym, jak teraz czują się moi rodzice. Cierpią obecnie największy ból, jaki człowiek może znieść. Oddałbym wszystko za możliwość powiedzenia im, że ciągle żyję.

Muszę przeżyć, żeby tym się zająć.

WPIS W DZIENNIKU: SOL 22.

Wow. Sprawy szły całkiem nieźle.

Zebrałem cały piach i wszystko jest gotowe do dalszej pracy. Dwie trzecie powierzchni bazy pokrywa teraz ziemia. Dzisiaj wykonałem pierwsze podwajanie powierzchni użytecznej ziemi. Minął tydzień i to, co było marsjańską ziemią, zamieniło się w bogatą i żyzną glebę. Jeszcze dwa takie dublowania i całe pole będzie gotowe.

Ta praca doskonale wpłynęła na moje morale. Zajęła mnie czymś. Później zjadłem kolację, słuchając przy tym Beatlesów, których zabrała Johanssen, i teraz jestem przygnębiony.

Żadne obliczenia nie uchronią mnie przed głodowaniem.

Moją największą szansą na uzyskanie kalorii są ziemniaki. Rosną plennie i mają całkiem dobrą kaloryczność (770 kilokalorii na kilogram). Jestem prawie pewien, że te, które mam, puszczą pędy. Sęk w tym, że nie mogę ich wyhodować wystarczająco dużo. Na sześćdziesięciu dwóch metrach kwadratowych mógłbym pewnie wyhodować ze sto pięćdziesiąt kilogramów w ciągu czterystu dni (czas, który mam, zanim mi się skończy jedzenie). To daje razem 115500 kilokalorii. Odnawialny zapas 288 kilokalorii na dzień. Uwzględniając mój wzrost i masę, skłonność do lekkiego głodowania, potrzebuję 1500 kilokalorii na dzień.

Nie da rady.

Tak więc nie mogę wiecznie żyć z ziemi. Ale mogę wydłużyć swoje życie. Ziemniaki dadzą mi dodatkowe siedemdziesiąt sześć dni.

Ziemniaki rosną bez przerwy, więc w ciągu tych siedemdziesięciu sześciu dni mogę wyhodować kolejne 22000 kilokalorii w ziemniakach. To mi da kolejne piętnaście dni. Po tym nie ma już sensu tego kontynuować. Wszystko razem daje mi jakieś dziewięćdziesiąt dni.

Tak więc teraz zacznę umierać z głodu w 490. solu, a nie w solu 400. To postęp, ale jakakolwiek szansa na przetrwanie musi się wiązać z przetrwaniem do sola 1412., kiedy Ares 4 wyląduje.

Brakuje mi jedzenia na jakieś tysiąc dni. I nie mam pomysłu, skąd je wziąć.

Cholera.

* * *

koniec darmowego fragmentu
zapraszamy do zakupu pełnej wersji