Małe lisy - Justyna Bargielska

Małe lisy

0,0

Małe lisy to szalona opowieść o nożowniku z podwarszawskiego lasu. A może o rozmarzonej matce i wygadanej singielce? Może o dzieciach, namiętnościach, snach? Albo o zwykłym życiu, którego podskórnym nurtem są groteska i strach? Bez wątpienia to drapieżna proza, która surrealistycznie zakrzywia świat pod płaszczykiem opisu codzienności. Fenomenalną plastycznością języka i wyobraźni Bargielska potwierdza niekwestionowaną pozycję mistrzyni krótkiej formy.

Naszej wymagającej rzeczywistości przytrafiła się znakomita pisarka. Jest spostrzegawcza, wrażliwa i bezwzględna. Niepowtarzalny styl jej prozy gładko wciąga nas w świat, z którego z trudem przyjdzie nam się otrząsnąć. Blizny po „Małych lisach” niewątpliwie należą do tych trwalszych.

Darek Foks

„Małe lisy” są zabawne, ale i drapieżne. Bywa, że pod skórą potwornie dokuczliwe. No i z jakim biglem napisane. Chyba tylko Bargielska potrafi tak bezbłędnie zszywać przejmujące opowieści z różnorodnych strzępków życia. Bo w jej świecie wszystko zasługuje na opowieść. To lektura dla każdego z nas, którzy chcielibyśmy wiedzieć, jakie możliwości tkwią jeszcze we współczesnej prozie.

Jerzy Jarniewicz

Bargielska po raz kolejny w sposób bezwzględnie zręczny wciąga nas do swego świata, w którym odnaleźć się jest równie przyjemnie, jak i dotkliwie. Bierze się to pewnie z talentu, z jakim odnajduje w rzeczach (z pozoru?) strasznych te (z pozoru?) śmieszne. Pisząc powieść — a niech jej będzie, że powieść — która niczym najlepsza poezja domaga się wielu powrotów.

Damian M. Krąpiec

Bargielska trzyma czytelnika w szachu, prowadząc go zawsze gdzie indziej, niż ten by się spodziewał.

Juliusz Kurkiewicz

Dodaj komentarz


"Małe listy" nie są książką dla każdego. Jeśli kogoś razi surrealizm i potrzebuje "mieć wszystko podane na tacy" niech po tę książkę nie sięga. Ja się w niej zakochałam.


Nie jest to długa powieść. Surrealistyczne ale nie pozbawione sensu zakrzywienie rzeczywistości daje do myślenia. Niebanalna proza psychologizująca. Zanim się obejrzymy, zostaniemy wciągnięci.


"Małe lisy", "powieść niewielka" (jedynie 112 stron) - ale ogromna przyjemności z czytania ! Justyna Bargielska ponownie zaskakuje nas zmysłem obserwacji, wielością nasyconych czarnym humorem i ironią obrazów, których stajemy się obserwatorami (podglądaczami)... uwiedzeni plątaniną metafor i barwnych porównań - niemal bezwiednie zostajemy wciągnięci w wir opisywanych zdarzeń; i ani przez chwilę nie zastanawiamy się, dokąd one nas zaprowadzą...

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

title_jpg
czarne_jpg

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki IWO­NA CHMIE­LEW­SKA
Zdję­cie Au­tor­ki po­cho­dzi z Jej ar­chi­wum

Co­py­ri­ght © by JU­STY­NA BAR­GIEL­SKA, 2013

Re­dak­cja MAG­DA­LE­NA BU­DZIŃ­SKA
Ko­rek­ta MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL, ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-597-9

– Nie­czę­sto się zda­rza, żeby tam­tej­sze ko­bie­ty opo­wia­da­ły hi­sto­rie dla przy­jem­no­ści?

– Cóż, za­zwy­czaj cho­dzi o ży­cie.

(I tu mu­szę wy­my­ślić ja­kąś po­stać, na­ukow­czy­nię, an­tro­po­loż­kę wręcz taką, jak ona to mówi w wy­wia­dzie dla zu­peł­nie in­nej wy­my­ślo­nej an­giel­skiej ga­ze­ty w dru­giej po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku, mo­gła­by mieć na imię Beth An­nie i ta­ras z pa­pu­ga­mi, a jak na na­zwi­sko, to jesz­cze mu­szę wy­my­ślić. Coś przez na­praw­dę duże en).

Roz­dział pierw­szy

Agniesz­ka, kim jest – pan w płasz­czu, kim nie jest – Paj­da, któ­ry ani jest, ani nie jest, ale wy­sta­wio­no za nim list – ciem­ne ko­ry­ta­rze peł­ne mo­ty­li – i żół­ta przy­cze­pa, czy na pew­no peł­na koni

A mia­ły­ście kie­dyś, dziew­czyn­ki, ro­mans z gang­ste­rem z lasu?

A ja, dziew­czyn­ki, mia­łam.

Ale dzi­siaj mamy wto­rek, za­nim się co­kol­wiek wy­da­rzy­ło, a ja wciąż je­stem kie­row­nicz­ką pra­cow­ni, ba­dacz­ką, jak rów­nież wo­lon­ta­riusz­ką w fun­da­cji, dzia­łacz­ką. Ba­dacz­ko­dzia­łacz­ką. Z au­to­bu­su sto­ją­ce­go na świa­tłach ob­ser­wu­ję dwóch chłop­ców z ple­ca­ka­mi, któ­rzy wy­dłu­bu­ją lód z ka­łu­ży. Trzy­ma­ją w rę­kach duże ka­wał­ki. Świa­tło się zmie­nia, au­to­bus od­jeż­dża, za­sta­na­wiam się, na co im to było, je­dy­ne wy­ja­śnie­nie, że będą rzu­cać lo­dem w prze­jeż­dża­ją­ce samo­cho­dy. Wra­cam do czy­ta­nej książ­ki, ale nie po­win­nam czy­tać w au­to­bu­sie, bo bar­dzo się przej­mu­ję tym, co prze­czy­tam. Naj­bar­dziej przej­mu­ję się be­le­try­sty­ką o ko­bie­tach, ale nie­któ­re po­zy­cje na­uko­we rów­nież wy­wie­ra­ją na mnie emo­cjo­nal­ny wpływ.

Czu­ję ulgę, że mój au­to­bus ru­szył, za­nim ci chłop­cy za­czę­li rzu­cać lo­dem w prze­jeż­dża­ją­ce sa­mo­cho­dy. Nie­wy­klu­czo­ne, że po­win­nam upra­wiać ja­kiś sport. Za­uwa­ży­łam, że na opi­sa­nie swo­je­go sta­nu po co bar­dziej kon­tro­wer­syj­nej lek­tu­rze uży­wam sfor­mu­ło­wań psy­cho­so­ma­tycz­nych: że mi się łyd­ki trzę­sły, że ręce albo że w ogó­le za­trzę­sło całą moją kry­tycz­ną po­sta­cią. Po lek­tu­rze czę­sto mu­szę po­dejść do spe­cjal­nej pó­łecz­ki i prze­czy­tać coś in­ne­go, zna­ne­go, oczy­wi­ste­go, na uspo­ko­je­nie. Naj­chęt­niej Dar­wi­na. Chy­ba brak mi ru­chu.

Wła­ści­wie lu­bię świe­że po­wie­trze. Po­ma­ga sko­rzy­stać z nie bar­dzo do tej pory spraw­nych struk­tur w mó­zgu. Raz by­łam na wa­ka­cjach na wsi i pew­ne­go dnia znie­nac­ka przy­szła mi do gło­wy ri­po­sta na stwier­dze­nie pani z mi­ni­ster­stwa, wy­gło­szo­ne na spo­tka­niu rok wcze­śniej, że po­in­for­mu­je nas o ter­mi­nie na­stęp­ne­go spo­tka­nia, ale że nie bę­dzie moż­li­wo­ści ne­go­cja­cji, bo pa­nie z fun­da­cji mają dużo cza­su. Po­win­nam była jej po­wie­dzieć, że pa­nie z fun­da­cji nie­od­płat­nie po­świę­ca­ją swój wol­ny czas, żeby na­pra­wiać to, co ta­kie tłu­ste wszy jak ona psu­ją w go­dzi­nach urzę­do­wa­nia za pu­blicz­ne pie­nią­dze! Tyl­ko nie wiem, czy z wy­krzyk­ni­kiem, czy bez bym to po­wie­dzia­ła. W su­mie do­brze, że ta cię­ta ri­po­sta nie przy­szła mi do gło­wy wte­dy, na miej­scu, bo i tak po­psu­ła­bym efekt za­sta­na­wia­niem się nad wy­krzyk­ni­kiem.

Dla tych struk­tur w mó­zgu wzię­łam ostat­nio psa. To we­stie. Jego bia­ła sierść nie uczu­la. Cho­dzę z nim dwa razy dzien­nie na traw­nik za osie­dlem, a raz dzien­nie do lasu po dru­giej stro­nie uli­cy. Na śnie­gu sła­bo go wi­dać.

I któ­re­goś dnia je­stem z moim we­stie w le­sie, a z ja­kichś stu me­trów zbli­ża się czło­wiek. Wy­so­ki, szpa­ko­wa­te, krę­co­ne wło­sy, w spodniach od dre­su, fla­ne­lo­wej ko­szu­li i w płasz­czu do ko­lan, roz­pię­tym.

– Toż to skur­wy­sy­nem trze­ba być! – woła.

Pod­cho­dzi bli­żej, wita się, tłu­ma­czy, że miał na my­śli tego, kto wy­rzu­cił w le­sie śmie­ci. Śmie­ci na śnie­gu wi­dać bar­dzo do­brze.

– Tam da­lej leżą jesz­cze dwa mo­ni­to­ry – mó­wię.

Przy­bie­ga pies tego pana i pan pyta, czy na­sze psy mogą się po­ba­wić. Mogą, cho­ciaż pie­sek jest ja­kiś nie­mra­wy i daje się co naj­wy­żej ob­ska­ki­wać mo­je­mu we­stie.

– Je­ste­śmy w ża­ło­bie – wy­ja­śnia pan. – On miał ko­le­żan­kę, ale trze­ba było ją uśpić, bo mia­ła raka. Źle zro­bi­łem, że za­ko­pa­łem ją, jak on pa­trzył. Nie za­ła­pał, że to po­grzeb, ostat­nia po­słu­ga, i ten. Osta­tecz­nie to pies, nie musi ro­zu­mieć.

Ze sto me­trów w głąb lasu wi­dzia­łam por­tre­to­we zdję­cie bul­do­ga le­żą­ce na śnie­gu. Szyb­ka była pęk­nię­ta, chy­ba od mro­zu. Wy­obra­żam so­bie, że to ja­kiś zwie­rzę­cy cmen­tarz, przed zimą wi­dy­wa­łam tam cię­te kwia­ty. Mój we­stie daje za wy­gra­ną, pies pana w roz­pię­tym płasz­czu chce być sam.

Przez kil­ka dni wy­cho­dzę z moim we­stie na łąkę po dru­giej stro­nie osie­dla. Nad łąką nie prze­sta­ją ja­zgo­tać prze­wo­dy wy­so­kie­go na­pię­cia, ni­sko roz­pię­te. Lu­bię ich ja­zgot, bo dzię­ki nim mam pod bo­kiem łąkę, a nie ko­lej­ne osie­dle. Po­tem wra­cam do lasu.

Zro­bi­łam raz na spa­ce­rze zdję­cie cze­muś, cze­go nie mo­głam zro­zu­mieć. Zgra­łam to na kom­pu­ter i po­więk­szy­łam, ale nadal nie wiem, cze­mu słu­ży­ła ta in­sta­la­cja. Na czte­rech drze­wach ro­sną­cych z grub­sza w kwa­dra­cie roz­wie­szo­no na szpa­ga­cie wo­recz­ki z czymś, co za­mar­z­ło i na­wet na zdję­ciach wy­glą­da na twar­de. Po­środ­ku usta­wio­no duży ka­mień, ale nie głaz, po pro­stu ka­mień na tyle duży, że wy­glą­da na przy­wie­zio­ny tu­taj spe­cjal­nie, a nie na zna­le­zio­ny przy­pad­kiem w le­sie. Obok ka­mie­nia me­ta­lo­wa pusz­ka, wy­cię­ta tak, że jej spód sta­no­wi chwy­tak, a boki dwa uko­śne ostrza.

No, nie wiem.

Spo­tka­łam pana w roz­pię­tym płasz­czu. Ra­czej nie po­znał mnie po mnie, bo mia­łam sza­lik za­mo­ta­ny pra­wie pod brwi, tak było zim­no. Ale chy­ba po­znał mnie po moim we­stie.

– Po­ka­zać coś pani? – spy­tał.

Po­szli­śmy w głąb lasu, w tę głąb ku sto­ją­cej po dru­giej stro­nie za­bu­do­wie jed­no­ro­dzin­nej. Po­ka­zał mi coś jak­by reszt­ki sza­ła­su.

– Tu Paj­da miesz­kał – po­wie­dział. – Z kon­ku­bi­ną.

Coś czy­ta­łam.

– No­żow­nik, pro­szę pani. Po­sta­wił tu so­bie sza­łas, wła­ści­wie to na­miot, i na­miot przy­krył ga­łę­zia­mi, sza­ła­sem. Ka­mu­flaż. Całe lato tu miesz­kał, z kon­ku­bi­ną i dwój­ką dzie­ci.

– I dwój­ką dzie­ci?

– Cię­żar­ną kon­ku­bi­ną.

Fak­tycz­nie coś czy­ta­łam. Na­sze osie­dle nie do­sta­je lo­kal­nej ga­ze­ty, oko­licz­na za­bu­do­wa jed­no­ro­dzin­na owszem, roz­wie­sza­ją jej „Echo” na furt­kach w spe­cjal­nych usza­tych fo­liów­kach, ale u nas nie pro­wa­dzą dys­try­bu­cji, kto by to zresz­tą po­uty­kał do tych trzy­stu skrzy­nek, a przede wszyst­kim po co, sko­ro co naj­mniej po­ło­wa z nas week­end w week­end je­dzie do praw­dzi­we­go domu, da­le­ko poza War­sza­wą, i tam do­pie­ro za­in­te­re­so­wa­na jest przy­swa­ja­niem lo­kal­nych wia­do­mo­ści. Jak i pła­ce­niem po­dat­ków. Tak więc „Echo” wzię­łam so­bie któ­re­goś dnia ze skle­pu.

Jak ten Paj­da na­roz­ra­biał! W pod­miej­skim au­to­bu­sie, wra­ca­jąc la­tem znad za­le­wu, lip­co­wym wie­czo­rem, na­padł na kie­row­cę. Au­to­bus sta­nął na pę­tli, a Paj­da z ko­le­gą chcie­li się jesz­cze na­pić i po­jeź­dzić. Kie­row­ca po­pro­sił ich, żeby wy­sie­dli, bo jest ta­kie pra­wo, któ­re mówi, że na pę­tli się wy­sia­da. Wte­dy Paj­da wy­jął nóż i ra­nił kie­row­cę, któ­ry tra­fił do szpi­ta­la, a Paj­da z ko­le­gą do­ro­bi­li się li­stu goń­cze­go.

– O, tu­taj – po­wie­dział pan w roz­pię­tym płasz­czu. – Tu­taj miał ten na­miot.

Z na­mio­tu zo­sta­ła or­ga­nicz­na okry­wa: kil­ka ły­sych ga­łę­zi przy­mo­co­wa­nych do bel­ki prze­ło­żo­nej przez dwa są­sia­du­ją­ce ze sobą drze­wa.

– Zła­pa­li go w tym na­mio­cie. Kon­ku­bi­na, jej dwój­ka dzie­ci, rocz­ne i trzy­let­nie, no i ta cią­ża, nie wiem, jak to li­czyć. Te­le­fo­ny ko­mór­ko­we, bi­żu­te­ria, pły­ty dvd.

– Dvd?

– Nie­ste­ty. Całe lato tu miesz­ka­li.

Przy­szło mi do gło­wy, żeby na­stęp­nym ra­zem spy­tać pana w roz­pię­tym płasz­czu, czy nie jest tym czło­wie­kiem z ogło­sze­nia. Na na­szej klat­ce scho­do­wej wisi ogło­sze­nie o kimś, kto z nami miesz­kał, a po­tem za­gi­nął, ale ja nie bar­dzo wi­dzę po zdję­ciu, wła­ści­wie – po kse­rze zdję­cia, jak ten czło­wiek miał­by wy­glą­dać. Bar­dzo zresz­tą sła­bo roz­po­zna­ję twa­rze, wolę po pro­stu spy­tać, czy ktoś jest kimś, czy kimś in­nym, czy w ogó­le nie jest.

My­ślę o Paj­dzie głów­nie pod prysz­ni­cem. Moje osie­dle ma wa­dli­wą in­sta­la­cję CO, przy­najm­niej ja ją tak oce­niam. Ale moż­li­we, że po pro­stu moi są­sie­dzi z dołu myją się rza­dziej. Gdy bio­rę prysz­nic, mu­szę od­cze­kać ze dwie mi­nu­ty, za­nim z kra­nu po­pły­nie woda taka, jaką za­mó­wi­łam, czy­li cie­pła. Naj­pierw leci zim­na, po­tem na zmia­nę zim­na i go­rą­ca, wresz­cie po ja­kimś cza­sie tem­pe­ra­tu­ra się sta­bi­li­zu­je i mogę się myć. Ale tak czy in­a­czej jest to dla mnie bar­dzo uciąż­li­we i wła­śnie wte­dy naj­czę­ściej my­ślę o Paj­dzie w sza­ła­sie.

My­ślę też o kon­ku­bi­nie Paj­dy. Nig­dy nie by­łam w cią­ży, ale wy­obra­żam so­bie, że hi­gie­na jest w tym okre­sie klu­czo­wa. Bo z ko­lei o dzie­ciach czy­ta­łam, że brud­ne to szczę­śli­we. La­nie wody, aż po­le­ci ta o wła­ści­wej tem­pe­ra­tu­rze, jest nie­eko­lo­gicz­ne, ale o tym to na­wet nie chcę my­śleć. Sza­łas za to jest eko­lo­gicz­ny i o nim my­ślę bez prze­rwy.

La­nie wody! Mu­szę się przy­go­to­wać do pra­cy.

Ale za­nim wyj­dę do pra­cy, co­dzien­nie go­dzi­nę pły­wam od ścia­ny do ścia­ny na na­szym osie­dlo­wym ba­se­nie. Pły­wam, ale nie czu­ję się dzię­ki temu bli­żej Boga. Sły­sze­li­ście o chrze­ści­jań­skiej me­dy­ta­cji? Jesz­cze ty­dzień, dwa i wy­my­ślą chrze­ści­jań­ską jogę. Ja upra­wiam aspi­ru­ją­ce do chrze­ści­jań­skie­go pły­wa­nie. Oczy­wi­ście to nie Bóg po­wie­dział mi, że­bym pły­wa­ła go­dzi­nę dzien­nie, a będę bli­żej nie­go. Na­wet nie wiem, czy on w ogó­le wie, że re­ali­zu­ję pro­jekt by­cia bli­żej. Nie kon­sul­to­wa­łam, nie awi­zo­wa­łam się, nie mogę mieć pre­ten­sji. Z de­fi­ni­cji – wie, musi wie­dzieć, ale z de­fi­ni­cji mat­ka ko­cha dziec­ko, a mąż dzie­li się z żoną tym, co za­ro­bi. Więc pły­wam w tym ba­se­nie i pły­wam, i czu­ję się jak wsta­wio­na do pu­ste­go wa­zo­nu łysa ga­łąz­ka, któ­ra pa­trzy w dół i po­dej­rze­wa, że wy­star­czy­ło­by po­pro­sić, a wody by na­la­no. No, to po­proś, ga­łąz­ko, prze­mów. Nie­ma wy­cho­dzę z ba­se­nu i idę do lu­dzi, i ra­czej nikt mnie nie trak­tu­je, jak­bym przy­cho­dzi­ła od Boga, i taki jest wła­śnie mój roz­kład dnia.

Te­raz, dziew­czyn­ki, chcia­ła­bym opi­sać dzień, w któ­rym po­zna­łam no­żow­ni­ka Paj­dę, z za­zna­cze­niem, że nie był to dzień, w któ­rym się w nim za­ko­cha­łam, bo dzień ów był zde­cy­do­wa­nie za­nad­to dniem wro­gie­go prze­ję­cia ka­wał­ka po­dwór­ka daw­ne­go domu mo­ich dziad­ków, wraz ze stud­nią, ­grusz­ką i po­ło­wą orze­cha, przez spad­ko­bier­czy­nie nie­ży­ją­ce­go bra­tan­ka dziad­ka, by mógł być rów­nież dniem za­ko­cha­nia się w kimś ta­kim jak Paj­da, któ­ry bę­dąc no­żow­ni­kiem z lasu, wy­ma­gał cią­głe­go sku­pie­nia. Tego dnia do­sta­łam te­le­fon, że spad­ko­bier­czy­nie bra­tan­ka od­ma­wia­ją sprze­da­nia spad­ko­bier­com mo­ich dziad­ków pasa gra­ni­czą­ce­go z ich go­spo­dar­stwem grun­tu, sze­ro­ko­ści naj­wy­żej dwóch me­trów, ale za­war­to­ści stra­te­gicz­nej. Uczu­cio­wo, bo nie­ste­ty nie praw­nie, sy­tu­ację kom­pli­ko­wał fakt, że pas ten był w ad­mi­ni­stra­cji mo­je­go dziad­ka i jego spad­ko­bier­ców, od­kąd mocą dżen­tel­meń­skiej umo­wy dzia­dek prze­ka­zał bra­tu, w roz­li­cze­niu zań, hek­tar lasu na kre­sach. Jak to się sta­ło, że jed­ni spad­ko­bier­cy do­pil­no­wa­li za­pi­sa­nia wła­sno­ści lasu w od­po­wied­nich księ­gach, a dru­gim przez myśl nie prze­szło, że w in­nych ru­bry­kach tych ksiąg trze­ba ujaw­nić stra­te­gicz­ny pas z jego grusz­ką, stud­nią i po­ło­wą orze­cha, nie wiem. Gdy spad­ko­bier­cy mo­je­go dziad­ka zo­rien­to­wa­li się, że są dru­ży­ną cia­majd, za­pro­po­no­wa­li spad­ko­bier­czy­niom bra­tan­ka dziad­ka od­ku­pie­nie grun­tu za pie­nią­dze. Mu­sie­li­śmy od­zy­skać tę zie­mię, bo prócz stud­ni i pół­to­ra drze­wa było tam miej­sce po drew­nia­nych ba­lach, na któ­rych w le­cie je­dli­śmy ka­nap­ki z żół­tym se­rem, oglą­da­jąc za­chód słoń­ca nad łąką. Jed­na sio­stra – a były ich dwie sin­giel­ki pod pięć­dzie­siąt­kę – Dzid­ka, ze chrztu Ste­fa­nia, psy­cho­log dzie­cię­cy, była na­wet skłon­na pójść nam na rękę. Przed me­no­pau­zą zbie­ra­ła w siat­ki mo­ty­le i przy­pi­na­ła je w ga­blo­tach, któ­re ro­bił dla niej je­den maj­ster­ko­wicz z mia­sta. Ciem­ne ko­ry­ta­rze domu bra­tan­ka dziad­ka, w któ­rym obie sio­stry miesz­ka­ły, naj­pierw z oboj­giem, po­tem z jed­nym, a na koń­cu z ze­rem ro­dzi­ców, ob­wie­szo­ne były ga­blo­ta­mi jak por­tre­ta­mi przod­ków. Do­pie­ro gdy wpadł w ko­ry­tarz ja­kiś za­gu­bio­ny pro­mień słoń­ca, moż­na było zo­ba­czyć, w jaki do­kład­nie spo­sób prze­szłe jest to, co jest za szy­bą. Do­ro­ta, me­try­kal­nie młod­sza, pro­jek­to­wa­ła prze­szklo­ne, po­wy­gi­na­ne wie­żow­ce, aż do wy­pad­ku, w któ­rym je­den ka­wa­łek przed­niej szy­by sa­mo­cho­du prze­ciął jej tęt­ni­cę, po­dob­no udo­wą, a dru­gi, praw­do­po­dob­nie mniej­szy, ale o bar­dziej nie­re­gu­lar­nych kra­wę­dziach, po­ra­nił jej twarz. Do­ro­ta była prze­ciw­na. Tam­te­go dnia za­dzwo­ni­ła do mnie Dzid­ka, że się roz­my­śli­ły.

Bar­dzo się ze­zło­ści­łam i żeby to jed­no­cze­śnie ukryć i wy­ra­zić, po­szłam do lasu i na­wet psa nie bra­łam. Wcho­dząc pod górę, my­śla­łam, jak to po­wie­dzieć, a scho­dząc, mó­wi­łam, co wy­my­śli­łam. Wy­szedł raź­ny la­ment. Nikt mnie nie po­sza­nu­je, je­śli się sama nie po­sza­nu­ję, jak sama sie­bie na bia­ło do zdję­cia nie ubio­rę, to nikt mnie tak nie ubie­rze, a zdję­cie mi zro­bią, jak będę si­kać w bra­mie. I nie­waż­ne, że to nie by­ło­by zdję­cie mnie, bo ja nig­dy nie si­kam w bra­mie – pod­pi­szą, jak będą chcie­li, a mi bę­dzie wstyd, że si­ka­łam w bra­mie. Mó­wiąc o bia­łym ubie­ra­niu do zdję­cia, wy­ko­na­łam za­gar­nia­ją­cy ruch pra­wą ręką, któ­ry wy­dał mi się znie­nac­ka tak wdzięcz­ny i żeń­ski, że po­wtó­rzy­łam ca­łość ukła­du – i tekst, i cho­re­ogra­fię – jesz­cze trzy razy, za każ­dym ra­zem ład­niej, a szli­fo­wa­nie go tak mnie za­ję­ło, że za­po­mnia­łam o zło­ści i jej przy­czy­nie, i nie spra­wił mi przy­kro­ści wi­dok mę­skiej syl­wet­ki zza za­krę­tu. Na­wet po­my­śla­łam, że je­śli to był­by pan w roz­pię­tym płasz­czu, to chęt­nie z nim po­wy­mie­niam oczy­wi­ste, ale na­ce­cho­wa­ne emo­cjo­nal­nie uwa­gi. Ale to nie był pan w roz­pię­tym płasz­czu, tyl­ko młod­szy pan, któ­ry śpie­wał mniej wię­cej taką pio­sen­kę:

Wi­dzia­łem raz do­mek, w któ­rym miesz­ka pstrąg,
ten do­mek stoi nad po­to­kiem i ma na­pis „Pstrąg”,
stąd wiem, że pstrąg tam miesz­ka,
kim­kol­wiek by on był i z kim by sy­piał.

Bywa tak, że słoń­ce cho­wa się za górę i za­pa­da noc, ale to nie zna­czy, że od razu mo­żesz po­wie­dzieć, że masz za sobą dzień, w któ­rym umar­łeś albo się za­ko­cha­łeś. Nie­mniej już wte­dy mo­żesz po­chwa­lić ten nie­zro­zu­mia­ły, nie wia­do­mo co zna­czą­cy dzień i to też bywa przy­jem­ne, na­wet je­śli się po­tem oka­że, że nie bra­łeś tego dnia udzia­łu ani w śmier­ci, ani w mi­ło­ści.

Z tą mi­ło­ścią przed­tem by­wa­ło u mnie róż­nie. Mia­łam kie­dyś ta­kie­go chło­pa­ka, z któ­rym jeź­dzi­li­śmy w róż­nych spra­wach po kra­ju. Na kon­fe­ren­cje, jego sa­mo­cho­dem. Aku­rat jak raz je­cha­li­śmy, mie­li­śmy po pra­wej przy­cze­pę do prze­wo­że­nia koni, któ­rą że­śmy wy­prze­dza­li. Za­wsze przy­glą­da­łam się tym przy­cze­pom w na­dziei, że zo­ba­czę ko­nia, i rów­nież na przy­cze­pę pa­trzy­łam, gdy nasz sa­mo­chód zde­rzył się z sa­mo­cho­dem nad­jeż­dża­ją­cym z na­prze­ciw­ka. Pa­trzy­łam na nie­wi­docz­ne ko­nie przez ta­flę żół­tej bla­chy i my­śla­łam o tym, co te nie­wi­docz­ne ko­nie ro­bią. Nie­wie­le mo­gły ro­bić, na­wet je­śli tam były, bo mia­ły za mało miej­sca i te­le­pa­ło nimi, ale my­śla­łam o nich, a po­win­nam była my­śleć o tym, co po­wiem żo­nie mo­je­go chło­pa­ka. Raz ku­pi­łam dla sie­bie i sio­stry bi­le­ty na kon­cert, ale sio­stra za­cho­ro­wa­ła i nie mo­gły­śmy iść. Te bi­le­ty, któ­re ku­pi­łam, były chy­ba ostat­ni­mi dwo­ma bi­le­ta­mi na ten kon­cert i zo­sta­ły sprze­da­ne go­dzi­nę po tym, jak w ogó­le za­czę­to te bi­le­ty sprze­da­wać. Ta­kie to były bi­le­ty. Wszy­scy chcie­li je mieć i żona mo­je­go chło­pa­ka też chcia­ła. Gdy­by­śmy ten wy­pa­dek z koń­mi mie­li wte­dy, mo­gła­bym do niej za­dzwo­nić i po­wie­dzieć:

– Co praw­da nie mogę pani po­wie­dzieć, kim je­stem, a pani mąż ma się bar­dzo kiep­sko, ale mam dla pani bi­le­ty na ten kon­cert, na któ­ry tak chcia­ła pani iść.

I mo­gła­bym też spy­tać jak do­ro­sła ko­bie­ta do­ro­słą ko­bie­tę:

– Jak to za­ła­twi­my?

A tak to nie mo­głam jej spy­tać, jak to za­ła­twi­my, bo da­łam im te bi­le­ty wcze­śniej, nie prze­wi­dziaw­szy przy­cze­py z żół­tej bla­chy. W ogó­le bym nie mu­sia­ła ni­cze­go za­ła­twiać, gdy­bym go nie za­bra­ła do kina, za­nim zo­stał moim chło­pa­kiem. To było lato i nikt wię­cej nie przy­szedł, ale nie było mi przy­kro, bo za­pra­sza­łam tyl­ko jego. W ki­nie było tak ciem­no i chłod­no, że chy­ba nie spo­dzie­wa­li­śmy się po wyj­ściu za­stać tego po­łu­dnia i środ­ka lata, któ­re zo­sta­wi­li­śmy na ze­wnątrz, i że­śmy ich istot­nie nie za­sta­li.

Bar­dzo nie­przy­jem­nie wspo­mi­nam po­czą­tek tam­tej mi­ło­ści. Nie wiem, jak wam, dziew­czyn­ki, ale mi pierw­szy seks nie spra­wia przy­jem­no­ści. Przy­glą­da­łam się mo­je­mu jesz­cze nie chło­pa­ko­wi w ciem­no­ściach i my­śla­łam, że z wdzięcz­no­ścią przy­ję­ła­bym wy­buch bom­by wo­do­ro­wej, zmia­ta­ją­cy wszyst­ko w pro­mie­niu dzie­się­ciu me­trów ode mnie, je­śli tyl­ko on, w któ­rym się wła­śnie za­ko­chi­wa­łam, był­by nie da­lej niż moje lu­strza­ne od­bi­cie i pod­pi­sa­ny jak lu­ster­ka na samo­cho­dach: od­bi­ja­ją­cy się obiekt jest bli­żej, niż się wy­da­je. Pa­trzy­łam i pa­trzy­łam, aż prze­nio­słam się ze sobą na nie­go, pod­cią­ga­jąc su­kien­kę. Je­dy­ne, co nas wte­dy łą­czy­ło, to obo­jęt­ność na wy­buch, a gdy wró­ci­łam na swój fo­tel, uka­za­ła mi się su­kien­ka z dzie­ciń­stwa, nie­bie­ska, w krat­kę, od­ci­na­na, wi­dzia­łam ją, jak wy­cią­ga do mnie swo­je bu­fia­ste rę­kaw­ki, za­wie­szo­na w ciem­nej man­dor­li. Wte­dy za­czę­łam my­śleć o tym, co zro­bi­łam, a tak­że za­sta­na­wiać się, któ­re z nas pierw­sze zo­rien­tu­je się, co zro­bi­łam. I, o Boże, pro­sić, żeby tyl­ko on się nie zo­rien­to­wał przede mną.

A na dru­gi dzień już było zwy­czaj­nie. Idę par­kiem w jed­ną stro­nę, na ław­ce sie­dzi ro­we­rzy­sta. Wra­cam, na ław­ce sie­dzi ko­bie­ta z wóz­kiem. Na­kry­wa bud­kę wóz­ka pie­lu­chą, wiem, że przed słoń­cem, ale robi to tak, jak­by chcia­ła ukryć przed świa­tem swo­je bar­dzo brzyd­kie i bar­dzo cho­re dziec­ko, któ­re trze­ba za­sło­nić jak ka­nar­ka, bo może jed­nym złym spoj­rze­niem prze­nieść świat i lu­dzi na pole ku­ku­ry­dzy. Któ­re ka­nar­ki tak ro­bią? Mu­szą być wiel­kie jak woły. Zna­czy, zo­ba­czę się ze swo­im chło­pa­kiem do­pie­ro w przy­szły czwar­tek. Nie po­wiem, że moje ser­ce jest ileś tam ki­lo­me­trów stąd, cho­ciaż bar­dzo bym chcia­ła tak ład­nie po­wie­dzieć. Moje ser­ce jest nadal we mnie, ale bar­dzo ni­sko.

Po­dob­nie zwy­czaj­nie jest z je­dze­niem. Znaj­du­ję ja­kie­goś pół­grejp­fru­ta, zja­dam go. Jak nie znaj­du­ję, to nie zja­dam. Jak stoi ja­kiś sło­ik, to go wy­li­zu­ję, bo każ­dy jest wart wsa­dze­nia ję­zy­ka i wy­li­za­nia. Cią­gle się czymś po­le­wam, to cią­gle cho­dzę mo­kra. Cią­gle się czymś po­le­wam, więc cią­gle coś ob­li­zu­ję. Mi­łość, a poza nią kra­jo­braz po bom­bie, choć za­sad­ni­czo sta­ra­my się a to gdzieś ra­zem pójść, a to gdzieś wspól­nie po­je­chać i prze­no­co­wać, a to coś zre­cen­zo­wa­ne­go w ga­ze­cie zjeść. Wte­dy, jak nie przy­da­ły się te bi­le­ty na kon­cert, po­je­cha­li­śmy oglą­dać ja­kieś przy oka­zji po­mor­skie wia­tra­ki. Cie­ka­we, co on po­wie­dział w domu, że gdzie je­dzie, ale ta­kich rze­czy się nie pa­mię­ta, od tego jest bom­ba.

– My­śla­łeś już o tym, w ja­kiej po­sta­ci swo­je­go cia­ła zmar­twych­wsta­niesz na Są­dzie Osta­tecz­nym? – po­wie­dzia­łam do mo­je­go chło­pa­ka Za­nus­sim u stóp pa­gór­ka, na któ­rym stał za­mknię­ty na głu­cho wia­trak. Kłód­ki na drzwiach, na okien­ni­cach, aż dziw, że skrzy­deł nie po­spi­na­li łań­cu­cha­mi. Nie zro­zu­miał.

– Że któ­ry mo­ment two­je­go cia­ła był two­im Da­wi­dem Mi­cha­ła Anio­ła, czy o tym my­śla­łeś? Któ­ry bę­dzie nim dla Pana Boga.

– Nie. Ale ty my­śla­łaś – po­wie­dział mój chło­pak.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.
www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38­-300 Gor­li­ce
tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75
e­-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl,
to­masz@czar­ne.com.pl, lu­kasz.au­gu­styn@czar­ne.com.pl,
ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38­-307 Sę­ko­wa
tel. +48 18 351 00 70
e­-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00­-159 War­sza­wa
tel./fax +48 22 621 10 48
e­-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl,
do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl
tel. 504 564 092, 605 955 550
agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013
Wy­da­nie I