Maestro z Sankt Petersburga

0,0

Trylogia „Mroczna Moskwa” to wstrząsający obraz Rosji za rządów Putina. Znajdziemy tu zarówno niewyobrażalne bogactwo, jak i skrajną biedę, a ludzie nie cofną się przed niczym w pogoni za władzą i pieniędzmi.

Maestro z Sankt Petersburga to znakomity thriller, w którym przedstawiono Rosję początku XXI wieku, kiedy w oka mgnieniu powstały największe współczesne fortuny. Książka otwiera intrygujący cykl powieściowy „Mroczna Moskwa”.

Jej bohaterem jest szwedzki finansista, Tom Blixen, dla którego lojalność i uczciwość to wciąż wartości cenniejsze od pieniędzy. Jednak Toma ścigają demony przeszłości…

„Camilla Grebe i Paul Leander-Engström wyłuskują odrobinę egzotyki z kraju bezprawia. Siłę powieści stanowi wiarygodność – jeden z autorów istotnie posiada wiedzę na temat rozgrywek za zamkniętymi drzwiami. W tym pełnym napięcia thrillerze udało się także przedstawić społeczną analizę nieposkromionego kapitalizmu, wdrażanego przy ogromnych ilościach wypitej wódki i wpompowanych sterydów”. Arbetarbladet

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
10759.png

Tytuł oryginału:

DIRIGENTEN FRÅN SANKT PETERSBURG

Copyright © DIRIGENTEN FRÅN SANKT PETERSBURG

© 2013 Camilla Grebe and Paul Leander-Engström

First published 2013 by Damm Förlag, Forma Books AB, Sweden

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden

Copyright © 2014 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2014 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Aneta Iwan

ISBN: 978-83-7999-227-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2014

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Dla

Isy, Stelli i Stéphanie,

Callego i Josephine

Drobnych złodziejaszków wieszają, wielkim się kłaniają.

(przysłowie rosyjskie)

Słowo wstępne

Teraz, z perspektywy czasu, często miewam wątpliwości, czy faktycznie byłem świadkiem wydarzeń, które zainspirowały mnie do napisania Maestra z Sankt Petersburga. Lata, które minęły, i moje nowe życie w bezpiecznej Szwecji sprawiły, że okres spędzony w Moskwie jawi mi się raczej jako film niż coś rzeczywistego.

Bardzo długo lansowałem Rosję jako jedną z najlepszych inwestycji współczesności. Od rozpadu Związku Sowieckiego przez wszystkie lata prowadziłem na bieżąco notatki na temat wydarzeń, w których uczestniczyłem. Opisywałem swoje spotkania z oligarchami i politykami. Pisałem o mężczyznach i kobietach poznanych w gabinetach zarządów, na daczach i w fabrykach. O takich, którzy zarabiali krocie, i o takich, którzy stracili wszystko.

Trzynaście lat później, w wigilijny wieczór 2004 roku, zacząłem pisać Maestra z Sankt Petersburga – thriller zainspirowany czasem spędzonym w Moskwie w roli korespondenta, a potem przedsiębiorcy i finansisty. Jednak po kilku latach pracy nad książką nie mogłem pozbyć się uczucia, że powstałej opowieści czegoś brakuje. Wprawdzie była w niej ciekawa fabuła, potrzebowałem jednak pomocy, by tchnąć życie w postacie i bardziej ożywić monotonny tekst. Postanowiłem zwrócić się z prośbą o wsparcie do Camilli...

Kiedy Paul przyszedł do mnie ze swoim manuskryptem, początkowo byłam sceptyczna. Miałam już na swoim koncie trzy powieści kryminalne, które napisałam ze swoją siostrą. Nasze książki o psycholog Siri cieszyły się dużym zainteresowaniem zarówno w Szwecji, jak i za granicą. Dlatego zastanawiałam się, czy to dobry pomysł, by zacząć pisać z kimś innym. Ale gdy tylko przystąpiłam do lektury maszynopisu Paula, coś się stało. Opis rzeczywistości i przedstawione środowiska były fascynujące, a postacie tak nietuzinkowe, że ta historia dosłownie mnie wciągnęła. Przeczytawszy zaledwie kilka rozdziałów, postanowiłam: tak, chcę napisać tę książkę razem z Paulem.

Paula znałam od dawna, od czasu studiów w Wyższej Szkole Handlowej w Sztokholmie, toteż nasza współpraca układała się dobrze od samego początku. Wspólnie przerobiliśmy obszerny maszynopis. Tom Blixen, szwedzki finansista uciekający przed własną traumatyczną przeszłością, wyrósł na głównego bohatera. Rosyjski prokurator Siergiej Skurow stał się jego antagonistą. Autentyczni oligarchowie, politycy, biznesmeni i przestępcy stanowili źródło inspiracji do stworzenia pozostałych postaci. Nie szczędziliśmy czerwonego ołówka. Zniknęły setki stron i powstał nowy manuskrypt.

Chcemy, aby każdy czytelnik Maestra z Sankt Petersburga poczuł się poruszony. Idealnie by było, gdyby odniósł wrażenie, że sam przebywa w Moskwie w tamtym czasie, gdy wszystko dało się kupić, a ludzkie życie nie było więcej warte niż drogi obiad w Café Puszkin.

Być może uzyska także odpowiedź na niektóre pytania dotyczące rzeczywistości naszego wielkiego sąsiada na Wschodzie.

Paul Leander-Engström

Camilla Grebe

Sankt Petersburg, 1993

 

Rosjanin, który siedział naprzeciwko przy niewielkim zniszczonym biurku, był jego klientem. Właśnie podpisał ostatni dokument i starannie umieścił go na wierzchu stosiku na blacie. Następnie odłożył ostrożnie długopis, jakby był zrobiony ze szkła, i poprawił sobie perfekcyjnie zawiązany węzeł krawata.

– Doskonale. Czyli skończyliśmy – powiedział Fredrik Kastrup.

– Doprawdy? Jest pan pewien, że nie ma już żadnych dokumentów wymagających podpisu?

Trudno było nie zauważyć sarkazmu kryjącego się w tych słowach. Fredrik poklepał dłonią górkę papierów i uśmiechnął się nieznacznie.

– Jeśli chce się zarejestrować firmę w tym kraju, papierologia jest niestety nieuchronna.

Deszcz bębnił o szybę, przez którą widać było nogi przechodniów idących w mroku jednym z mostów Sankt Petersburga. Biuro, jedyne, na jakie mógł sobie pozwolić, kiedy się tu przeprowadził, mieściło się w piwnicy domu mieszkalnego przy ulicy Italianskiej. Dzielił lokal z dentystą, który czasami stanowił pewien problem. Ów dentysta bowiem miał rygorystyczne podejście do środków znieczulających i nierzadko przez cienkie jak papier ściany dało się słyszeć jęki i krzyki. Właściwie to mu nie przeszkadzało, chyba że akurat przyjmował klientów.

Fredrik Kastrup pracował sam z wielu powodów. Nie uważał, by stać go było na zatrudnienie rosyjskiego prawnika, poza tym wątpił także, by udało mu się znaleźć kogoś dysponującego odpowiednimi kompetencjami – doświadczeni specjaliści od prawa spółek nie rodzili się w Sankt Petersburgu na kamieniu. Ale co najważniejsze, uważał swój pobyt tutaj za tymczasowy. Nie wiadomo ile już razy obiecywał sobie, że gdy tylko zakończy bieżący projekt, wyniesie się do Moskwy z miasta nazywanego rosyjską stolicą przestępczości, lecz potem zawsze coś stawało na przeszkodzie.

– Cieszę się, że mogłem panu pomóc w założeniu firmy. Czy mogę zaproponować panu kieliszek?

– Dziękuję, ale w domu czeka na mnie obiad.

Zawsze taki cholernie poprawny, pomyślał i uważnie zmierzył swojego klienta. Mężczyzna był po trzydziestce, miał ciemne, zaczesane na mokro włosy, które lekko kręciły się przy skroniach. Fredrik nie widział go nigdy w innym stroju niż ciemny garnitur z białą koszulą i już za pierwszym razem, kiedy się spotkali, stwierdził, że jak na jego gust facet jest zbyt uładzony. Wielokrotnie proponował mu drinka albo nawet małą rundkę w barze, on jednak zawsze odmawiał. Jak wielu młodych Rosjan, którzy odnieśli sukces, uważał się chyba za moralnie i intelektualnie lepszego od starszych rodaków, nie mówiąc już o tym, co sądził o swoim szwedzkim adwokacie.

Fredrik podniósł się z krzesła i otworzył małą szafkę na dokumenty w rogu. Nie zawierała żadnych papierów, tylko szeregi butelek różnych kolorów i kształtów prężących się na baczność na półkach. Już dawno przyswoił sobie naukę, że jeśli po dobrze wykonanej pracy nie zaproponuje toastu na szczęście, może to zostać odebrane jako arogancja.

– Na pewno nie ma pan ochoty na kieliszeczek? Skoro udało się nam powołać do życia naszą małą spółkę? Może whisky? Mam dobrą single malt, z importu.

Klient uniósł dłoń wyraźnie zakłopotany, że kolejny raz musi odmówić.

– To bardzo miłe z pana strony, ja rzadko piję...

Jezu drogi, można by pomyśleć, że facet jest mormonem, a nie Rosjaninem. Jak udaje mu się nawigować po tym zakonserwowanym alkoholem świecie interesów, pozostawało zagadką. Jego samokontrola w połączeniu ze starannym wyglądem kojarzyły się Fredrikowi z ogolonym na gładko ortodoksyjnym mnichem. Chociaż pracowali razem przez wiele miesięcy, jakoś się do siebie specjalnie nie zbliżyli.

– Przepraszam, jeśli jestem zbyt wścibski, ale czy pan pozwala sobie na cokolwiek innego poza pracą?

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i Fredrik po raz pierwszy odniósł wrażenie, że w jego spojrzeniu pojawił się cień jakiejś emocji – ciepła czy nawet pasji.

– Tak, zajmuję się rodziną. Mamy dwoje dzieci. Laura ma pięć lat, a Aleksja trzy. A w najbliższych dniach spodziewamy się trzeciego.

– Gratuluję.

– A pan?

– Ja? O, nie! W tym mieście jest za dużo pięknych kobiet, bym miał się związać z jedną. – Roześmiał się tak głośno, że aż się zakrztusił.

Klient uśmiechnął się powściągliwie i pokręcił głową w sposób, którego Fredrik nie potrafił zinterpretować; ten gest mógł być zarówno wyrazem przyjaznej pobłażliwości, jak i tłumionej pogardy.

– No cóż. Wobec tego sam wychylę kieliszeczek, skoro pan nie chce.

– Naturalnie. Czyli tak jak ustaliliśmy, zamiast honorarium otrzyma pan akcje, zgadza się?

Skinął głową. Honorarium, no właśnie. Przerażający dar przekonywania klienta sprawił, że tym razem odstąpił od swojej zasady, zgodnie z którą zawsze przyjmował zapłatę w gotówce i nie wchodził w żaden handel wymienny stanowiący wielkie przekleństwo Rosji. Wydawało się, że w tym kraju nikt nie ma pieniędzy, wszyscy odwlekali płatności, żeby hiperinflacja zdążyła pochłonąć długi, albo próbowali dokonywać wymiany na stal, ropę czy żywność – lub na kobiety. To prawda, że nigdy dotąd nie widział tak pięknych kobiet jak w Sankt Petersburgu. Była w nich pewna miękkość, której nie potrafił się oprzeć.

– Pańskie dwa procent któregoś pięknego dnia będą warte całkiem sporo, może mi pan wierzyć – powiedział jego klient, jakby się domyślał, co Fredrikowi chodzi po głowie.

– Wierzę.

Fredrik doskonale zdawał sobie sprawę, że dziewięćdziesiąt procent wszystkich firm w ciągu trzech pierwszych lat bankrutuje na tej pustyni. Ale jeśli tylko jego klient przetrwa próby szantażu i naciski, akurat ta firma będzie miała lepsze perspektywy dzięki wielkiej sile woli jej właściciela.

– Zakładam, że uszanuje pan nasze porozumienie i nie sprzeda akcji nikomu innemu, jeśli kiedyś, w przyszłości, będzie się pan chciał pozbyć swojej własności.

– Ma pan moje słowo.

– To dobrze. Na tym polegają interesy z nami. Zawartej z nami umowy się nie łamie.

– Oczywiście.

Fredrik zdławił beknięcie, na które mu się zbierało albo z powodu narastającego dyskomfortu wywołanego ostatnimi słowami klienta, albo nasilającego się głodu. Umówił się tego wieczoru na kolację z jednym z przyjaciół i już miał w ustach smak barszczu i zimnej wódki. Potem zamierzali wybrać się do klubu, zawsze chodzili we dwóch do klubu. Wlał w siebie ostatni łyk whisky w kolorze bursztynu i poczuł znajome pieczenie w przełyku.

– A więc... – Wstał i wyciągnął rękę.

Jego klient również się podniósł i potrząsnął jego dłonią.

– Chciałbym, aby jako świeżo upieczony właściciel akcji coś pan zobaczył. To nie zajmie więcej niż pół godziny. Mam nadzieję, że ma pan czas.

– Jasne – odpowiedział Fredrik, stwierdzając jednocześnie, że to bynajmniej nie było pytanie.

– Na zewnątrz czeka mój kierowca. Zawiezie nas na miejsce. Potem podrzucimy pana z powrotem.

Fredrik poczuł się trochę nieswojo. Jego klient to wprawdzie szanowany biznesmen, ale są przecież w Rosji. Tu nie jeździ się w nieznane miejsce z czyimś szoferem po zapadnięciu ciemności. Gdy każdego dnia otwierał gazetę, widział zdjęcia ludzi, którzy stracili życie w kryminalnych porachunkach.

– Chciałbym panu udowodnić, że zrobię wszystko, aby chronić naszą własność.

Znowu spojrzał na mężczyznę, usiłując ocenić jego słowa. Ponownie ogarnęło go uczucie pewnego dyskomfortu wynikającego z tego, że oto nagle stał się częścią niewielkiej, lecz rosnącej grupy biznesowej klienta. Zlecenie, które właśnie doprowadził do końca, umożliwi tamtemu zminimalizowanie zobowiązań podatkowych i utrzymanie swojej własności w tajemnicy przed postronnymi – co było niezwykle istotne, wręcz mogło decydować o życiu.

– Rozumiem – powiedział.

Gdy szybkim krokiem pokonywali krótki odcinek między drzwiami a czarnym mercedesem, nadal padało. Fredrik powiedział „Dzień dobry” kierowcy i usiadł na tylnym siedzeniu. Szyby były pokryte od wewnątrz parą, co uniemożliwiało wyglądanie przez okno. Ale na pewno oddalali się od centrum, co do tego nie miał wątpliwości. Szofer włączył stereo, dźwięki In the army now wypełniły auto. Klient stukał do taktu dłonią w szybę.

– Dokąd jedziemy? – spytał Fredrik.

Nie był pewien, czy ta wycieczka mu się podoba. Coś nie dawało mu spokoju, wwiercało się w świadomość, jednak nie do końca wiedział co. Zdawał sobie sprawę, że wszędzie czyha niebezpieczeństwo. W mieście wszystko prywatyzowano: domy, mieszkania, firmy. Każdy starał się utrzymać na powierzchni. Także biurokraci. Chcąc dostać swój kawałek tortu, często robili interesy z podejrzanymi typami, co prowadziło do tego, że ginęli jak muchy. Oprócz tego rozgorzała wojna między grupami rosyjskiej mafii a gangami napływowych Czeczenów. W Sankt Petersburgu w wyniku zabójstw traciło życie więcej ludzi niż gdziekolwiek indziej w Rosji.

On nie należał do strachliwych. Mieszkał tu już od dwóch lat, znał miasto, mówił płynnie po rosyjsku, wiedział, jak się zachowywać, żeby unikać problemów. Lecz jego okazała, wysoka na sto dziewięćdziesiąt centymetrów powłoka cielesna nie stanowiła żadnej ochrony w mieście, w którym nie znano żadnych zasad. A teraz wszystko zależało od dyskrecji jego klienta.

Mężczyzna obok niego był dosyć nędznej postury, wzrostu nawet nie średniego, i niestety nazbyt podobny do kierownika kościelnego chóru, by mógł wzbudzać jakikolwiek respekt choćby na ulicy.

– Odwiedzimy kilku partnerów biznesowych, którzy nas zawiedli.

Kierowca, siedzący przez cały czas w milczeniu, sięgnął do kieszeni dresowych spodni z białymi lampasami i wyciągnął papierosa, ale go nie zapalił. Fredrik przypomniał sobie, że jego klient prosił, aby nie palił podczas ich spotkań, domyślił się więc, że nie pozwala także palić w samochodzie.

Skręcili w uliczkę, której nie rozpoznawał. Nad miastem zaległa już ciemność; światła latarni i reklamowych neonów odbijały się w kroplach deszczu na szybie. Kształty zmieniały się i rozlewały jak w kalejdoskopie.

Auto zwolniło, zatrzymało się, silnik zamilkł.

Obaj mężczyźni wysiedli. On został w środku, nie wiedząc, czego się od niego oczekuje. Klient krzyknął:

– Poszli!

Zrobił więc, co mu kazano, i też wysiadł. Zaparkowali w ślepym zaułku. Wyglądało na to, że w domach naokoło kiedyś mieściły się biura, ale teraz prawie wszystkie okna były zabite deskami i płytami ze sklejki. Najbliższa latarnia się nie paliła, więc widział przed sobą jedynie zarysy mężczyzn zmierzających ku ciemnej bramie. Klient trzymał nad głową gazetę, aby osłonić się przed deszczem, który padał wciąż równie intensywnie.

Po ulicy płynęły potoki. Fredrik poczuł, jak zimna woda dostaje mu się do butów powyżej kostek. Nie był przygotowany na coś takiego. Znowu dał o sobie znać głód. Powinien był podziękować za tę wycieczkę i zamiast tego pójść prosto na obiad. Siedziałby sobie teraz w ciepełku przy piwie i wódce w riumoczce – kieliszku, który niekoniecznie był mały.

– To tutaj – rzucił kierowca i przytrzymał im otwarte drzwi.

Przepuścił ich przed sobą, po czym sam wszedł w ciemność. Fredrika uderzył smród uryny zmieszany z papierosowym dymem. Niewiele brakowało, by się przewrócił, kiedy potknął się o góry jakichś papierów i puste plastikowe opakowania. Szofer zaklął głośno, nadepnąwszy na metalową puszkę.

Nagle zrobiło się jasno. Klient zapalił niewielką, ale mocną latarkę. Snop światła podskakiwał po ziemi, która zdawała się ruszać. Szczury, stwierdził Fredrik. Czasami poważnie się zastanawiał, czy właśnie nie szczury przejmą miasto we władanie, bo wydawało się, że są dosłownie wszędzie: na ulicach, w komunałkach, czyli w dawnych dużych mieszkaniach, w których każdy pokój zajmowała inna rodzina, a kuchnia i łazienka były wspólne. Nawet szkoły i szpitale miały problem z gryzoniami.

Kierowca przystanął, zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. Snop światła latarki przesuwał się po murze pokrytym plamami wilgoci i w końcu zatrzymał się na czerwonych drzwiach. Sądząc po wypisanych odręcznie szyldach, w lokalu miało siedzibę wiele firm działających w branży importowo-eksportowej. Szofer wyjął pęk kluczy tak ciężki, że można by go chyba użyć jako kotwicy dla niewielkiej łodzi w porcie. Do każdego klucza była przyklejona karteczka. Zręcznymi ruchami szybko wyszukał stary mosiężny klucz i otworzył zamek.

Za drzwiami było kolejne pomieszczenie. Ktoś przycisnął włącznik światła i po chwili z lekkim trzaskiem rozbłysły jarzeniówki. Stali w wąskim korytarzu, długim może na dziesięć metrów. Po obu jego stronach znajdowały się drzwi z tabliczkami. Fredrik się domyślał, że firmy, które zajmują te lokale, po prostu je sobie zarekwirowały. Na betonowej podłodze nie walały się żadne śmieci poza kupkami niedopałków tu i ówdzie.

– Na samym końcu – powiedział szofer, dorzucając swojego peta.

Od ścian poodpadały całe płaty tynku, skądś dochodził odgłos kapiącej wody. Pod samym sufitem biegły wzdłuż korytarza rury i przewody, przeplatały się ze sobą, tworząc niemal organiczne formy. Fredrikowi nasunęło się porównanie z wielkim drzewem, pod którym stoi i patrzy na konary.

Zatrzymali się przed drzwiami na końcu, klient spojrzał na niego, następnie wyciągnął rękę do kierowcy. Ten zaś, nie mówiąc ani słowa, wyjął z kieszeni jakiś czarny metalowy przedmiot i wręczył go klientowi.

To był pistolet.

Zimne światło jarzeniówek odbijało się w ciemnym metalu.

– Jezu, o co tak naprawdę tutaj chodzi? – spytał Fredrik, ale nie doczekał się odpowiedzi. Kierowca ponownie sięgnął do kieszeni kurtki i wygrzebał drugi identyczny pistolet. Podał go Fredrikowi, który mimo pierwszego impulsu nakazującego mu nie brać broni poczuł, jak jego dłoń odruchowo zaciska się na chłodnej rękojeści. Nie strzelał od czasu, kiedy był w woju. Nie miał nawet pewności, czy jeszcze pamięta, jak się to robi. Skądś z głębi docierały odgłosy przyłtumionego postukiwania i skocznej muzyki.

– No dobra, chłopaki, chyba musicie mi coś wyjaśnić. Po co wam ta broń? Czego się boicie?

Kierowca, wysoki i potężny jak kulturysta, zignorował jego pytanie. Podciągnął tylko dresowe spodnie, które opadły mu niemal do połowy owłosionego tyłka, i dłonią na płask uderzył kilka razy w drzwi. Muzyka w środku umilkła i Fredrik usłyszał zbliżające się kroki.

Klient odwrócił się do niego. Nagle nie wyglądał już wcale na takiego małego, wręcz jakby urósł w drodze do tego zapuszczonego „biurowca”. Całkiem zmieniła się jego cała postawa, co nadało mu kompletnie inny wizerunek: nie było śladu po poprawnym, uprzejmym biznesmenie, który niecałą godzinę temu siedział naprzeciw niego i grzecznie podpisywał umowę.

Teraz zmierzył go wzrokiem.

– Czego się boimy? Niczego, do cholery!

Drzwi otworzył młody mężczyzna w dżinsach i poplamionej koledżówce z napisem „Princeton” na piersi. Wyraźnie osłupiał, a papieros, który miał w kąciku ust, spadł na podłogę – nie ulegało wątpliwości, że spodziewał się innych gości. Spróbował zatrzasnąć z powrotem drzwi, lecz kierowca zdążył już wsunąć swojego makarowa do środka.

– Tatiana, znikaj – wrzasnął mężczyzna w bluzie w głąb lokalu, podczas gdy kierowca napierał na drzwi.

Fredrika ogarnęło przejmujące poczucie odrealnienia. To wszystko nie mogło dziać się naprawdę – ludzie ulegają wypadkom na ulicy albo naparzają się w knajpach. Zdarza się też, że spadają samoloty. Ale tutaj to było zupełnie co innego. Oto nagle stał się częścią jakichś przestępczych porachunków. Nie wiedział nawet, gdzie są ani po co tu przyjechali. A tym bardziej nie wiedział, dlaczego w ogóle jego klient chciał go tu zabrać.

W ciasnym pomieszczeniu stały dwa biurka, kilka komputerów i jeden wysiedziany skórzany fotel. Na podłodze leżały pliki listów i stosy teczek bezładnie rzuconych jedne na drugie. Gołe ściany były brudnoszare, tu i ówdzie jednak jaśniejsze prostokątne plamy zdradzały, w którym miejscu wisiały kiedyś obrazy. Pod sufitem leniwie dyndała w tę i z powrotem samotna żarówka.

Kobieta, najwyraźniej rzeczona Tatiana, stała na jednym z biurek, próbując się dostać do okna zabitego płytą pilśniową. Kiedy odchyliła się do tyłu, uderzyła w lampę, która odbiła się od przeciwległej ściany. Kierowca rzucił się do biurka i chwycił kobietę za nogi. Ona zaś wrzasnęła przeraźliwie i runęła do przodu. Chociaż próbowała się oprzeć na rękach, uderzyła twarzą o blat, kiedy kierowca usiłował ściągnąć ją na dół. W końcu zrobiła półobrót i wylądowała na plecach na podłodze. Strużka krwi płynęła jej z rozciętej wargi po brodzie i ściekała niżej, na dżinsową kurtkę.

– Puszczaj mnie, pieprzony pedale! – wrzasnęła, wymachując blisko twarzy kierowcy niebezpiecznie cienkimi obcasami.

– Stul pysk, suko!

Jednym gwałtownym ruchem szofer obrócił kobietę, przycisnął ją brzuchem do podłogi i odwiódł jej ręce do tyłu. Kobieta wrzasnęła znowu, ale tym razem nie dało się odróżnić słów. Z jej gardła dobywał się jedynie głuchy ryk.

Fredrik poczuł się tak, jakby spod stóp umykała mu podłoga. Na chwilę zdołał oderwać wzrok od kierowcy oraz kobiety i odwrócił się, szukając wyjaśnienia tego, co tu się działo.

Za nim stał jego klient z bronią wymierzoną w dwudziestolatka w koledżówce.

– Siadaj – powiedział spokojnie, wskazując fotel.

Młody mężczyzna cofnął się powoli i opadł na skórzany fotel. Niechcący zawadził stopą o radiomagnetofon stojący na podłodze i znowu włączyła się muzyka.

– I wyłącz to gówno! – wrzasnął klient Fredrika na całe gardło, aby ją przekrzyczeć.

Chłopak wychylił się do przodu, ale nie dosięgnął stereo – może był zbyt przerażony, żeby znaleźć właściwy przycisk. W końcu wyrwał wtyczkę z kontaktu w ścianie.

Zaległa cisza.

Lampa pod sufitem kołysała się dalej, powodując, że przez pokój przemykały w tę i z powrotem niespokojne cienie. Fredrik stwierdził, że z każdą chwilą narasta w nim poczucie nierzeczywistości i coraz bardziej umyka mu grunt spod nóg. Uderzyła go pewna myśl – tyle razy zastanawiał się nad tym, czy kiedyś nie przyjdzie mu zapłacić sporej ceny za to, że asystuje podejrzanym biznesmenom o kreatywnym podejściu do finansów i kwestii podatkowych. Czy ten dzień właśnie nadszedł?

Jego klient zaczął chodzić w tę i we w tę po ciasnym pomieszczeniu. Zupełnie tu nie pasował w tym swoim szytym na miarę ciemnoszarym garniturze, z gładko ulizanymi włosami. I z pistoletem w ręku.

– Pieprzone gnoje! Jesteście jak szczury. Myśleliście, że uda się wam mnie oszukać? Ja widzę wszystko, wiem dokładnie, ile benzyny podprowadziliście z naszych stacji i komuście ją sprzedali. Wiem, od kiedy to się ciągnie, gdzie szczacie i z kim się bzykacie.

Przerwał i wskazał czarną skrzynkę wbudowaną tuż pod sufitem w prawym rogu pokoju. Fredrik, mrużąc oczy, spojrzał do góry, gdzie spotkał obojętne czarne oko kamery.

– Naprawdę wierzyliście, że dam się nabrać? Ja? – kontynuował jego klient. – Wszystko jest nagrane.

Gdzieś rozległo się trzaśnięcie drzwi. Kroki w korytarzu były coraz bliżej.

– Tylko ani piśnij – syknął kierowca i mocniej przycisnął kobietę do podłogi. Jęknęła. Plama krwi wokół jej głowy robiła się coraz większa.

Wszyscy utkwili wzrok w drzwiach. Rozległo się pobrzękiwanie kluczy, ktoś gwizdnął i w końcu drzwi otworzyły się na oścież. Za progiem stał chłopak w wieku około piętnastu lat. Miał rozjaśnione włosy i zapowiedź wąsika nad górną wargą. Był ubrany w skórzaną olimpijkę, a w ręce trzymał białą plastikową reklamówkę. Wyglądało na to, że w środku są butelki.

Taki młody, pomyślał Fredrik. Czy to możliwe, że tu pracuje?

Zanim zdążył się zorientować, co się dzieje, klient już skierował broń na chłopaka.

– Siadaj. Tam.

Chłopak z farbowanymi włosami upuścił torbę na podłogę i całe pomieszczenie wypełnił brzęk tłukącego się szkła. Fredrik poczuł intensywny zapach alkoholu wciskający się do nosa.

– Siadaj – powtórzył jego klient głosem wciąż opanowanym.

Farbowany blondyn bez protestu podszedł do fotela i usiadł na podłodze obok swojego przyjaciela. Fredrik patrzył na niego pytającym wzrokiem.

– Grzeczny chłopak – wymamrotał klient i wyciągnął szyję, aż zatrzeszczały mu kości.

Podszedł do Fredrika, skinął ku niemu głową i kontynuował:

– Ten nędzny pedał na fotelu okradł nas na co najmniej milion dolarów. Masz go zastrzelić.

– Co?

– Masz kłopoty ze słuchem? Zastrzel go.

– Ale ja nie umiem... Ja jestem adwokatem.

Fredrik sam zdawał sobie sprawę, jak żałośnie zabrzmiał jego protest. Był coraz bardziej zrozpaczony. To wszystko jakaś absurdalna pomyłka. On jedynie sporządza umowy, odbywa spotkania i czyta kodeksy. Nigdy, jak daleko sięga pamięcią, nie wyrządził nikomu żadnej fizycznej krzywdy. Przenigdy. Jego życie polegało – w skrócie – na studiowaniu i zarabianiu pieniędzy. Między tymi dwoma zajęciami pozwalał sobie od czasu do czasu porządnie się zabawić, lecz z przemocą nigdy się nie zetknął.

– To bardzo proste – odrzekł klient. – Po prostu do niego strzel. O tak.

Podszedł do fotela i przyłożył lufę pistoletu do niewielkiego, niczym nie osłoniętego zagłębienia pod jabłkiem Adama na szyi mężczyzny.

Mężczyzna w fotelu patrzył na niego wybałuszonymi oczami. Na jego spodniach rozlewała się w kroku coraz większa ciemna plama. Ile on może mieć lat? Pewno ledwie dwadzieścia, pomyślał Fredrik. Nigdy, przenigdy nie byłby w stanie nikogo zabić – a już na pewno nie śmiertelnie przerażonego dwudziestolatka mającego całe życie przed sobą.

Pokręcił przecząco głową i oznajmił zgodnie z prawdą:

– Nie umiem.

Spojrzał na klienta, który westchnąwszy ciężko, cofnął się od fotela i przeszedł do kierowcy i kobiety.

– Zastrzel go, bo jak nie, to ja zabiję tę dziwkę.

Kobieta na podłodze wydała z siebie bulgoczący dźwięk. Zdołała uwolnić jedną rękę i daremnie próbowała wbić się paznokciami w beton. Szofer błyskawicznie chwycił jej ramię i jeszcze mocniej wcisnął kolano między jej łopatki. Fredrik usłyszał chrupnięcie pękającej kości.

– Nie umiem – powtórzył, wpatrując się w broń, jakby w ogóle nie wiedział, co to jest.

Jego klient pochylił się, odepchnął kierowcę i przytknął pistolet do karku kobiety.

– No dobra. Ty decydujesz.

Nagły strzał przeciął ciszę. Ciało kobiety napięło się, drgnęło, po czym z karku zaczęła spływać na betonową posadzkę krew, która zmieszała się z rozlaną wódką i zamieniła w jasnoczerwoną kałużę u stóp Fredrika.

– Teraz ty zastrzelisz jego – powtórzył klient.

Fredrik nie był w stanie się ruszyć. Stał jak zamurowany ze wzrokiem utkwionym w chude ciało kobiety, w krew, która wyciekała z otworu na karku. Przez ułamek sekundy miał niemal pewność, że to wszystko tylko mu się śni. Że on i jego przyjaciel zjedli jak zwykle kolację, napili się wódki, za dużo wódki, i teraz, pod wpływem alkoholu, przyśnił mu się koszmar.

Szofer westchnął i znowu podciągnął sobie spodnie.

– No strzelaj, inaczej zastrzelę tego drugiego – nie ustępował klient.

Nastolatek z blond włosami zakwilił głośno.

– Błagam, błagam! – wymamrotał mężczyzna w fotelu, podczas gdy głowa dygotała mu w takt szlochu, który nim wstrząsał.

Fredrik nie bardzo wiedział, jak to się stało, ale nagle znalazł się przed fotelem. Zgodnie z instrukcją klienta celował w miejsce na szyi dwudziestolatka. Podszedł do niego na tyle blisko, że widział pulsującą żyłę pod cienką jak papier skórą, czuł zapach moczu. Widział jego strach, śmiertelny strach w zaczerwienionych oczach.

To nie dzieje się naprawdę. To tylko sen.

Przymknął powieki i nacisnął spust. Pod wpływem odrzutu zatrzeszczało mu w barku, ból rozszedł się po ramieniu i klatce piersiowej. Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że mężczyzna siedzi bezwładny jak szmaciana lalka z głową opuszczoną na pierś. Krew ciekła po bluzie i skapywała na fotel.

Fredrik stał nieruchomo, patrząc nieprzytomnie na broń w swojej ręce, następnie podniósł wzrok i spotkał ciemne, puste oko kamery monitorującej.

Jego klient przeszedł powoli przez pokój, starając się nie wdepnąć w kałużę krwi i wódki, która szybko stawała się coraz większa. Zatrzymał się przed farbowanym nastolatkiem. Chłopak wciąż głośno szlochał.

– Błagam, błagam. Przysięgam, że nikomu nie powiem. Błagam...

– Klucze.

Chłopak sięgnął do kieszeni, wyciągnął plik kluczy i podał go drżącą ręką.

– Dziękuję.

Klient wycelował z pistoletu w jasną głowę i nacisnął spust.

Potem zaległa cisza. Słychać było jedynie deszcz bębniący o pilśniową płytę w oknie.

Fredrik się ocknął.

– Czemu go zastrzeliłeś, przecież mówiłeś, że...

Klient podszedł do niego, stanął obok o głowę wyższego Fredrika tak blisko, że czuć było jego oddech. Powolnym ruchem położył mu dłoń na ramieniu.

– Teraz wiesz, co się dzieje, jak ktoś nas oszukuje.

Dziesięć lat później,
Moskwa, 2003

Ulica Spiridoniewska, Moskwa, 6 maja

Dokładnie w momencie, gdy zderzak miał uderzyć w miękkie ciało, Tom się obudził. I jak zwykle ogarnęły go w równym stopniu przerażenie i bezsilność, kiedy zdał sobie sprawę, że sen nie jest tylko snem, że tego, co naprawdę się wydarzylo, nie da się cofnąć. Odrzucił mokre od potu przykrycie i wcisnął głowę w poduszkę pachnącą jeszcze maglem.

Teraz sen powtarzał się już rzadziej, lecz intensywność emocji, jakie budził, pozostała taka sama. A poczucie winy i wstydu, które głęboko wżarło się w niego i stało się jego nieustępliwym prześladowcą, narastało. Serce waliło mu w piersi jak oszalałe, jakby chciało przypomnieć, jak bardzo silny, zdrowy i całkiem nietknięty wyszedł z tamtego wypadku i jak mocno tkwi wśród żywych.

Kolejna wina do dźwigania: jego zdrowie, jego życie, jego sukces. To niesprawiedliwe. Świat jest niesprawiedliwy.

Odegnał od siebie te myśli, próbując zmaterializować je sobie jako liście porwane i rozwiane przez wiatr.

Dawno temu, daleko stąd.

Dziesięć lat, tysiąc kilometrów. Tutaj jest bezpieczny.

Gdy ucisk w piersi zelżał, zmusił się do skupienia myśli na planie czekającego go dnia: spotkania, protokoły do napisania, lunch, który zamierzał przesunąć na inny termin. Powoli obrócił się na bok, spojrzał na budzik na nocnej szafce – 6.30, czyli tak czy siak pora wstać.

Przez ściany chruszczowki – bloku z szarobiałych cegieł z lat sześćdziesiątych, w którym mieszkał, odkąd tu przyjechał – słyszał kłótnię sąsiadów. Jakby i bez tego nie miał dość problemów ze snem.

Podniósł się z łóżka i podszedł do okna z podwójnymi szybami, które kazał wstawić po prawdziwie srogiej zimie. Chociaż był już maj, wyglądało na to, że na dworze jest zimno, ale maj to najbardziej kapryśny miesiąc w Moskwie. Bywało, że o tej porze dawało się już kąpać w rzece, lecz na przykład w ubiegłym roku spadł jeszcze śnieg – tak samo jak w 1999, kiedy Jelcyn dał kopniaka swojemu premierowi i posadził na jego stołku człowieka, który teraz jest prezydentem.

Od tamtego czasu minęły już cztery lata, a dziesięć od przyjazdu Toma do Rosji ze Szwecji. Przez czysty przypadek wylądował na Spiridoniewskiej, dokładnie na obrzeżu Pierścienia Sadowego niedaleko Kremla. Mieszkańcom tego domu trafiło się jak ślepej kurze ziarno, kiedy dostali na własność zajmowane przez nich mieszkania w ramach gigantycznej prywatyzacji dokonanej w rosyjskim państwie. Uważali to za osiągnięcie życia.

Ziewnął. Ociężała senność ustępowała, w miarę jak zaczynał marznąć. Instynktownie przesunął dłonią po wilgotnym od potu torsie i sięgnął po szlafrok. Pomyślał o pracy. O okresowej rozmowie podsumowującej, którą niedługo miał odbyć ze swoją szefową. Jak zwykle będzie zmuszony wykrzesać z siebie entuzjazm i zaangażowanie, których właściwie nie ma. Ale odpowiednie nastawienie było tu niezwykle ważne. Nie wystarczały zgrabne analizy i wnikliwe komentarze wtrącane tu i tam na spotkaniach. Nowe wspaniałe talenty wyrastały wokół niego w firmie niczym rosyjskie grzyby po deszczu, więc jeśli chciał stawić czoło konkurencji, musiał przynajmniej udawać, że jest równie głodny sukcesu jak inni.

Awantura w mieszkaniu obok przeszła w przytłumioną sprzeczkę. Znał tych sąsiadów. To porządna rodzina, u której był i na herbacie, i na wódce z przekąską. Znał jej obyczaje. Pewnie teraz babcia wylewa oliwę na spienione fale, stawiając na stole śniadanie. Pozostali członkowie rodziny cisną się do samowaru, by nalać sobie herbaty.

Wciąż nie mógł się nadziwić rodzinnym kombinacjom, w jakich Rosjanie potrafili żyć pod jednym dachem.

Najbardziej oryginalne zestawienie, z jakim dotąd się spotkał, stworzyła wdowa, która przygarnęła do swojego mieszkania byłą żonę własnego męża. Czy to rosyjski masochizm w stylu fińskiej sauny, skrajne poświęcenie dla innych czy też wyraz autentycznej miłości bliźniego, jakiego nie uświadczy się już na Zachodzie?

Prawdopodobnie nic z tych rzeczy. Takie zwyczaje wynikały z tradycji i życiowej konieczności i należało przypuszczać, że zanikną wraz z rosnącym dobrobytem. Ale rodzina za ścianą była szczęśliwa. I chociaż Tom nie chciał się do tego przyznać, czasami mu to przeszkadzało.

Bo po jego stronie ściany bynajmniej nie panowało rodzinne szczęście.

Włożył niebieską koszulę i czarny krawat pasujący do codziennego szarego garnituru, który spełniał wymogi surowego firmowego dress code’u.

Przyjrzał się sobie w lustrze. Ciemnoniebieskie oczy spoglądały na niego sceptycznie. Miał trzydzieści pięć lat, lecz mocno podkrążone oczy, co stanowiło jego cechę wyróżniającą i dodającą mu lat. W szkole już w początkowych klasach koledzy mówili na niego nie „Tom”, tylko „Panda”, a kolejne lata bynajmniej nie osłabiły jego podobieństwa do tego zwierzaka.

Pod samymi drzwiami wejściowymi do bloku leżał cuchnący pijak, podejrzanie nieruchomy. Tom zrobił nad nim krok, wyszedł na chodnik i ruszył w stronę bulwaru Twierskiego. Niebo miało złowieszczo stalowy kolor, wiatr niósł wiosenny pył. W powietrzu czuć było niskooktanową benzynę, dym papierosów, pot i kurz – mieszaninę prymitywnie brutalną i zarazem obiecującą. Jak Rosja.

Spacer do pracy zajmował mu piętnaście minut i był jego jedyną aktywnością fizyczną w ciągu dnia. Minął Pałac Młodzieży, który teraz mieścił dwie nowe prywatne szkoły. Kiedy przechodził obok, zawsze widział w duchu swoją ciemnoczerwoną szkołę – wypisz wymaluj jak z Bullerbyn – w Dalby pod Uppsalą. Nagle zrobiło mu się ciepło i smutno na duszy. Pierwsze lata szkoły pamiętał jako okres szczęścia, jakiego nie przeżył już nigdy potem. Miał poczucie wspólnoty, przynależności. Rodzinę, z której się wypisał, kiedy dorósł. Kolegów. Świat, w którym mieściło się tylko Dalby i nic poza tym, kończył się tam, gdzie zaczynał się las i rozlewały niebieskie wody jeziora Mälaren.

Co wcale nie znaczy, że Tom dorastał w błogiej idylli. Samo Dalby było owszem, malownicze, lecz ludzie tacy jak wszędzie. Chłopcy się bili. Mama z tatą się kłócili. Kilka kilometrów dalej, w centrum Gottsundy, jakiś pijaczyna powiesił się przed sklepem.

Ale ważna była oczywistość tamtego życia i bezwarunkowa przynależność do tamtego miejsca. Żył w zastanym świecie. Nie miał wyboru, jak inaczej być szczęśliwym. Mieszkał ze swoimi bliskimi, bawił się tym, co znajdował wokół siebie. Nie kwestionował, nie tęsknił za niczym z tego prostego powodu, że nie znał niczego innego poza tym, co miał. Brakowało mu teraz tamtej oczywistości na dobrowolnej emigracji, zaledwie o tysiąc kilometrów brzozowych i sosnowych lasów od Szwecji, a mimo to w całkowicie innym świecie. Męczyły go wszystkie wybory, których musiał dokonywać: gdzie pracować, gdzie żyć, kogo kochać.

Męczyło go myślenie.

Spojrzał ponownie w stronę rosyjskiej prywatnej szkoły. Niektórych uczniów podwożono limuzynami, inni szli z rodzicami za rękę. Wielokrotnie słyszał, że nigdzie na świecie dzieci nie są tak kochane jak w Rosji, a jednocześnie tak rozpieszczone i zepsute. Wielu rodziców dorastało w czasach sowieckich i teraz, jako dorośli, byli gotowi zrobić wszystko, aby zapewnić swoim pociechom wszelkie możliwości dostępne w nowej Rosji.

Wszędzie naokoło wznosiły się budynki pokryte rusztowaniami, w którąkolwiek stronę spojrzeć, ku niebu wyciągały się ramiona dźwigów. Z jednego z kompleksów budowanych przez zagraniczne firmy, wyrastających w ciągu pół roku jak grzyby po deszczu, dało się słyszeć język turecki. Cała Moskwa była gigantycznym placem budowy. Starano się nadrobić sto lat zmarnowanego czasu i kulturowego spustoszenia.

Przez skrzyżowanie bulwarów Nikitskiego i Twierskiego przejechało z hukiem na czerwonym świetle kilka dużych opancerzonych samochodów przewożących pieniądze. Rodzina z dziećmi zmierzająca do szkoły ratowała się, uciekając na chodnik. Samochód ma przewagę, nie zatrzyma się przed ludzką materią, to wiedzą wszyscy Rosjanie. Zwycięża silniejszy.

Cała brygada pracowników miejskiej zieleni sadziła świeże kwiaty wszędzie, gdzie spojrzał. Nowe ulice, nowe domy, nowe skwery. Nic dziwnego, że moskwianie są zadowoleni ze swojego burmistrza Truszkowa. Worujet, no stroit – kradnie, ale buduje, mawiali mieszkańcy stolicy. Nikt nie zwracał uwagi na to, że jego żona, zatrudniona w urzędzie miasta, stała się w tym czasie miliarderką.

Tom wszedł do kawiarni Roma, która leżała o rzut kamieniem od jego biura przy ulicy Stoleszników. Była prowadzona przez Serbów, bałkańskich krewniaków Rosjan. Ulubiona kelnerka Toma uśmiechnęła się szeroko na jego widok.

Chociaż dym papierosowy zalegał jednakowo gęsto w całym lokalu, podszedł do jednego z dwóch stolików dla niepalących. Croissanty były świeżutko upieczone i smakowały równie dobrze jak we Francji. A jeszcze dziesięć lat temu nie dawało się zjeść w całej Moskwie i okolicy porządnej pizzy.

Wyjął z teczki papiery. O tak wczesnej godzinie zwykle najłatwiej przychodziły mu do głowy pomysły, miał więc nadzieję, że wpadnie na jakiś kolejny wielki interes. Pracował w Pioneer Capital, od wielu lat najważniejszym banku inwestycyjnym w Rosji. Kierował działem klientów biznesowych i miał pod sobą dwudziestu specjalistów. Jednak wysokie stanowisko i dziesięć lat służby nie dawało w tej branży żadnej gwarancji, że będzie się zawsze o krok przed swoimi kolegami.

Kiedy podniósł wzrok, zauważył, że stolik dalej siedzą dyrektor finansowy spółki naftowej i wiceminister odpowiedniego ministerstwa i zapewne są w trakcie dobijania jakiegoś targu w związku z prywatyzacją. Do tego już doszło, że obaj panowie nawet nie starają się ukryć, że się spotykają, pomyślał Tom.

Taka jest Rosja roku 2003 – tu wszystko jest na sprzedaż.

– Co słychać? – spytał, podchodząc do nich, by się przywitać. Dyrektor finansowy z zakłopotaniem na twarzy dźwignął się z krzesła w przeciwieństwie do wiceministra, który najwyraźniej czuł się zbyt ważny, by ruszyć swój urzędniczy tyłek. Siedział dalej, demonstracyjnie patrząc w inną stronę. Ale jak tylko twój szef, pan minister, zadzwoni na ten twój srebrny telefon komórkowy, staniesz wyprężony na baczność jak nie przymierzając kadeci przy Grobie Nieznanego Żołnierza, przemknęło Tomowi przez głowę.

– To co zawsze, Tom. Taryfy, stopy... Nawiasem mówiąc, być może będziemy mieli do ciebie niewielką sprawę, choć to nie jest jeszcze pewne. Kto wie, czy dzięki temu nie staniesz na czele firmy – powiedział dyrektor, mrużąc oczy.

– Pożyjemy, zobaczymy – odparł Tom z uśmiechem, po czym wrócił do swojego stolika, żeby zapłacić.

Pokonując ostatnie metry do biura, musiał lawirować między cygańskimi dziećmi – a to bez ręki, a to bez nogi – zastępującymi mu drogę na chodniku. Niektórzy twierdzili, że rodzice sami doprowadzają je do kalectwa, aby potem mogły w ten sposób zarabiać na życie. Dzieciaki nie stanowiły przeszkody większej niż drobne śmieci rzucone przez przechodniów na ulicę, toteż mijając je, ledwie na nie spoglądał.

Zerknął na niebo. Ciemnych chmur wyraźnie przybyło, wisiały nad miastem niczym gigantyczna ołowiana kłódka. Stwierdził, że musi się pospieszyć, jeśli chce uciec przed deszczem.

Odezwała się jego komórka.

– Tom, jakie akcje dziś rekomendujesz? – spytał po szwedzku zasapany głos.

– Fredrik! Kopę lat. Co słychać?

– W porządku. Nie mogę narzekać – odpowiedział Fredrik Kastrup ze śmiechem.

Należał do najstarszych przyjaciół Toma w Moskwie i był jedną z osób, które pomogły mu się tu odnaleźć, kiedy prawie dziesięć lat temu wylądował w rosyjskiej stolicy wyposażony w kilka kart kredytowych i znajomość rosyjskiego na poziomie turysty.

Tom poznał po zadyszanym głosie, że Fredrik chyba idzie. Oczami wyobraźni ujrzał jego korpulentną postać kroczącą powoli do kancelarii adwokackiej w centrum Moskwy.

– Ja i Olga chcielibyśmy, żebyś wpadł do nas dzisiaj na kolację.

Tom uśmiechnął się pod nosem. Fredrik przyswoił sobie rosyjski zwyczaj planowania spraw bez długiego wyprzedzenia. Tak naprawdę po tych wszystkich latach spędzonych w Sankt Petersburgu i Moskwie był teraz bardziej Rosjaninem niż Szwedem.

– Z przyjemnością wpadnę. Dobrze wiesz, że nigdzie nie jadam kolacji tak chętnie jak u was.

Nie kłamał. Nikt tak jak Fredrik nie potrafił sprawić, aby poczuł się zrelaksowany i zadowolony. Nie było między nimi konkurencji, jedynie wzajemna życzliwość. Mimo że mieli pewne zawodowe powiązania, rzadko rozmawiali o interesach, chętniej poruszali tematy związane ogólnie z krajem, polityką, ze zmianami dokonującymi się na ich oczach. Oprócz tego rozsmakowywali się w fantastycznych daniach i pili najlepsze wina, jakie dało się znaleźć w Moskwie. Fredrik był prawdziwym smakoszem, lubiącym korzystać z uroków życia i kuchni, co niestety z każdym rokiem stawało się coraz bardziej widoczne.

– Powiedzmy o siódmej.

– Już się cieszę – odparł Tom, czując pierwsze krople deszczu na policzku.

Srebrny Bór, przedmieście Moskwy, 6 maja

– Chcesz się wyprowadzić? Z Moskwy?

W odpowiedzi Fredrik uniósł wysoko jedną ze swoich bujnych brwi i uśmiechnął się zagadkowo. Tom odniósł wrażenie, że według niego to pytanie było trochę naiwne.

– Każda roślina ma swój czas – stwierdził Fredrik, który znał więcej rosyjskich przysłów niż niejeden tubylec. Wyjął paczkę tytoniu. Wciąż pozostał wierny swojemu staremu zwyczajowi i sam skręcał sobie papierosy, co wielu Rosjan skłaniało do przekonania, że jest zbyt skąpy, by kupować gotowe importowane. – Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Moskwy, poczułem się tak, jakbym odnalazł tu dom – ciągnął. – Zauważyłem, że Rosja jakoś wyjątkowo mnie pociąga. I wiedziałem, że trudno będzie mi się stąd wyrwać, a może nawet zostanę tu na zawsze. To się da porównać do stanu zakochania: mówimy, że Rosji nienawidzimy, i wielbimy ją zarazem, bo życie tutaj jest jakby mocniejsze, intensywniejsze i przypomina trwanie w strefie wojennej, jak w Izraelu. Tutaj wszystkie emocje są wyrazistsze, zapachy bardziej przenikliwe, kolory bardziej nasycone. Jednak życie rok za rokiem w stanie oblężenia, w Moskwie... To niszczy, Tom.

Tom doskonale wiedział, o czym Fredrik mówi. Tutaj wszystko jest potwornie trudne; uzyskanie choćby stacjonarnej linii telefonicznej wymaga zabiegów i starań co najmniej przez rok.

Jednocześnie można tu dokonywać wspaniałych rzeczy. Takich, które nigdy nie byłyby możliwe w Szwecji. Na przykład w ciągu kilku miesięcy stworzyć rynek zbytu na określone towary albo w zaledwie kilka lat zamienić wymierające miasto przemysłowe gdzieś na północy nad Morzem Arktycznym w metalurgiczną mekkę. Nie brakowało też dowodów na to, że w ciągu paru miesięcy możliwe jest przeistoczenie się – na dobre i na złe – nieznanego pułkownika we wszechpotężnego prezydenta.

Ale że to wszystko ma swoją cenę i wypala – pod tym też mógłby się podpisać obiema rękami.

– Tak naprawdę to Olga mnie naciska – dodał Fredrik.

Akurat w tym momencie weszła do pokoju. Długie ciemne włosy miała zebrane w prosty węzeł na karku, a ubrana była w obcisłą czarną sukienkę ozdobioną haftem. Fredrik błyskawicznie przeszedł ze szwedzkiego na niemal perfekcyjny rosyjski.

– Ksenia ma już sześć lat. Musimy myśleć też o jej przyszłości – uzupełnił.

Olga z uśmiechem potargała Fredrikowi przerzedzone włosy. Wciąż wyglądała bardzo młodo.

– Widzę, że już powiedziałeś Tomowi. – Popatrzyła uważnie na przyjaciela męża, jakby chciała wysondować, jak przyjął tę nowinę.

Jej oczy nigdy nie przestały go fascynować. Ciemnobrązowe, o kształcie migdałów, lekko skośne. Zawsze się zastanawiał, kiedy i gdzie pojawiła się w jej rodzinie domieszka mongolskiej krwi.

– Ale przecież szkoły w Sztokholmie nie są wiele lepsze niż w Moskwie.

Olga ostrożnie wysunęła jedno ze starych gustawiańskich krzeseł, wypatrzonych przez Fredrika na jakiejś aukcji, które tak chętnie odwiedzał, i usiadła tuż obok. Następnie uniosła kieliszek do wina pod światło żyrandola, jakby chciała sprawdzić, czy jest wyczyszczony jak należy.

– Nie chodzi o Sztokholm, Tom – powiedziała ze swoją śpiewną intonacją charakterystyczną dla okolic Krasnodaru i na chwilę zatrzymała na nim wzrok. – Przenosimy się do Londynu.

– Do Londynu?

Tom usiłował nadać swojemu głosowi entuzjastyczny ton, lecz wiedział, że będzie mu ich brakowało. W ciągu dziesięciu lat mieszkania w Moskwie zdobył zaledwie garstkę bliskich i oddanych przyjaciół, a Olga i Fredrik byli jednymi z nich. Nie miał wątpliwości, że pozostanie po nich pustka. Już nie będzie zaproszeń na kolację w pięknym domu w Srebrnym Borze, koniec z piknikami w parku Gorkiego razem z Ksenią.

Zerknął na Olgę, która odpowiedziała na jego spojrzenie, nie mówiąc ani słowa.

– Kupiliśmy mieszkanie przy Holland Parku – poinformował Fredrik.

– Nieźle. – Tylko tyle Tom zdołał wykrztusić.

Holland Park – chyba najbardziej ekskluzywne miejsce w Londynie, adres nieosiągalny dla nikogo poza absolutnie najbogatszymi.

Olga dalej się nie odzywała, tylko stukała palcami w kieliszek. Ale na jej twarzy malował się spokój. Potem się uśmiechnęła, a gdy dostrzegł delikatną siateczkę zmarszczek wokół jej dużych ciemnych oczu, doszedł do wniosku, że bynajmniej nie umniejszają jej urody. I kolejny raz pojawiła się dobrze znana mu myśl: jak by wyglądało dzisiaj jego życie, gdyby tamtego lata przed siedmioma laty wszystko potoczyło się inaczej?

– Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają – bąknął Fredrik z nosem w kieliszku wina.

Olga znowu spotkała wzrok Toma. Tym razem chyba dostrzegł w jej oczach nieme porozumienie, melancholijne poczucie wspólnoty, może ból. Następnie spojrzała na swoje ładne dłonie, które – o czym wiedział – były o wiele silniejsze, niż można by przypuszczać, i powoli pokręciła głową.

– Nie rozumiem, dlaczego to tyle trwa w tej kuchni. Zajrzę tam.

Podniosła się pomału wyprostowana jak struna, zachowując postawę baletnicy, po czym poszła do kuchni. Tom odprowadził ją wzrokiem.

Fredrik, skręcając papierosa, obserwował go w zamyśleniu. Tom poczuł się przez moment trochę niezręcznie. Zawsze się zastanawiał, ile przyjaciel tak naprawdę wie. Olga niejednokrotnie go zapewniała, że nigdy nie zdradziła nic Fredrikowi, ale czy rzeczywiście tak było? Przecież oni dwoje dzielą ze sobą życie, łóżko. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby mu opowiedziała, jak blisko, bardzo blisko ona i Tom byli kiedyś ze sobą, zanim spotkała Fredrika.

– Jeszcze wina?

– Dzięki – odpowiedział Tom trochę nieobecny duchem.

– Wydajesz się jakiś przygaszony.

Fredrik zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko i powoli wypuścił z ust obłoczek dymu, który uniósł się ku sufitowi i malowidłom z przełomu wieków, przedstawiającym dzikie zwierzęta uciekające przez las przed nagonką.

– Jestem tylko zdziwiony – powiedział Tom. – Poza tym będzie mi was brakowało. Co wy tam właściwie zamierzacie robić?

– Ksenia jest zapisana do szkoły, Olga może skończyć medycynę. A ja prawdopodobnie będę pomagać diasporze oligarchów na wygnaniu. Która będzie coraz większa, możesz być tego pewien, Tom. Likwiduję swoje wszystkie interesy w Rosji.

– Sprzedajesz firmę?

Fredrik wzruszył ramionami.

– Likwiduję. W takiej firmie jak moja nie ma wiele do sprzedania. Kancelaria adwokacka właściwie nie ma żadnych aktywów. Ale posiadam pakiet akcji w innej spółce i zamierzam go sprzedać.

Tom poczuł, że obudziła się w nim ciekawość, wiedział jednak, że wzięcie Fredrika w krzyżowy ogień pytań na temat jego spraw biznesowych nic nie da. Był bowiem uosobieniem dyskrecji. Otaczał się murem uprzejmego, lecz nieprzeniknionego milczenia, w każdym razie jeśli chodzi o jego klientów i ich interesy.

Tom powiódł wzrokiem po pięknym pokoju. Na ścianach sztuka współczesna, klasyczne szwedzkie meble przemieszane z rosyjskimi. Pełen smaku stonowany wystrój. Przed nimi rosyjska weranda, dosyć podobna do szwedzkiej, ozdobiona drewnianymi detalami i małymi szybkami w różnych kolorach. A na zewnątrz zachodzące słońce pomalowało niebo na pomarańczowo i wody rzeki Moskwy rozpaliło różnymi odcieniami różu i złota. Po drugiej stronie rzeki rysowały się na horyzoncie sosny.

Dom leżał w Srebrnym Borze, idyllicznej podmoskiewskiej miejscowości z minionego stulecia.

Trudno o lepsze warunki życia dla rodziny z dzieckiem. Dwa duże domy mieszkalne osłonięte wysokim drewnianym ogrodzeniem leżały na uboczu nad wodą. Oba należały do Fredrika, ale jeden wynajmował rodzinie z Finlandii. O tej porze roku, wiosną, okolica była spokojna, niemal wymarła, za to latem aż roiło się od mieszkańców Moskwy na wąskim pasku nadrzecznej plaży. Przyjeżdżali się tu kąpać.

Olga weszła znowu do pokoju, trzymając Ksenię za rękę. Dziewczynka miała jeszcze na sobie szkolny mundurek: zielony sweterek z wielbłądziej wełny, spódniczkę w kratkę i podkolanówki. Długie rude włosy zebrane w koński ogon. Pod pachą trzymała jakąś grę. Pewnie alfabet, domyślił się Tom. Kiedy się spotykali, ona najczęściej siedziała obok i bawiła się klockami w kształcie liter.

– Jak się masz, Kseniu? – spytał.

– Dobrze – odpowiedziała, nie patrząc na niego; zauważył jednak jej nieznaczny uśmiech.

Dziewczynka puściła dłoń Olgi i usiadła przy końcu stołu. Nie mówiąc już nic więcej, otworzyła pudełko i wysypała na blat wszystkie litery. Olga z uśmiechem pokręciła głową.

Ksenia nie była szczególnie gadatliwa. Wiele razy rozmawiali na ten temat, próbując rozstrzygnąć, czy uznać to za problem, czy nie. Była zdolną dziewczynką, łatwo się uczyła, co potwierdzała nauczycielka z jej angielskojęzycznej prywatnej szkoły. W wieku sześciu lat mówiła już płynnie po angielsku, rosyjsku i szwedzku, potrafiła też czytać i pisać we wszystkich tych językach.

Ale zwykle trzymała się z boku i miała mało koleżanek, nie wykazywała wielkiej ochoty, by w ogóle bawić się z innymi dziećmi. Wolała siedzieć w szkolnej bibliotece i czytać książki albo układać swój ukochany alfabet.

Fredrik przyglądał się córce w milczeniu. Na jego nabrzmiałej twarzy pojawił się cień zasępienia, przynajmniej Tom odniósł takie wrażenie. Ksenia spojrzała na gościa swoimi ogromnymi szarymi oczami. Jej blada twarzyczka była tak poważna, że niewiele brakowało, a wybuchnąłby śmiechem.

W tej samej chwili do salonu weszła z półmiskami krzepka abchaska gosposia. Była u Fredrika od wielu lat, od czasu, kiedy jej mąż zginął w konflikcie między Abchazją a Gruzją.

– Wędzony jesiotr z purée z pasternaku – objaśniła Olga, gdy gosposia postawiła jedzenie na stole.

Nie tak wiele lat temu Olga podawała do stołu nuworyszom w restauracji Galerieja, pomyślał Tom. A teraz jej się usługuje. I na tym polega rosyjski sen. Kiedy pierwszy raz natknęli się na siebie, ona studiowała medycynę i dorabiała jako szefowa kelnerek. Tom był gościem, kompletnie urżniętym gościem, mówiąc precyzyjnie. Wiele razy myślał sobie potem, że tamten wieczór mógł skończyć się dla niego naprawdę źle, gdyby Olga nie pomogła mu dotrzeć do domu – pijani obcokrajowcy ze sporą sumą pieniędzy w kieszeni byli w Moskwie łakomym kąskiem.

Różniła się od wszystkich innych, którzy z zasady nie pomagali nieznajomym albo uważali, że w nowej Rosji każdy musi radzić sobie sam. To, co zrobiła, bardzo go poruszyło, postanowił więc, że musi się jej w jakiś sposób odwdzięczyć. Życzliwość była w Moskwie towarem deficytowym, dlatego uważał, że winien jest podziękowanie.

Tymczasem prawda była chyba nieco bardziej skomplikowana. Olga wyróżniała się urodą i dobrze o tym wiedziała. A Tom czuł się samotny i bardzo był ciekaw tej smukłej, zgrabnej Rosjanki, która odwiozła go do domu w deszczową wiosenną noc.

– Znowu za dużo soli – bąknął Fredrik, który dostał od swojego lekarza surowe zalecenie, by ograniczyć zarówno ilość kalorii, jak i soli.

Olga nic nie powiedziała, jedynie się uśmiechnęła, skubiąc trochę ryby widelcem. Tom często się zastanawiał, czym tak naprawdę żyją młode rosyjskie kobiety, bo nigdy nie widział, żeby jadły jak się należy.

– Kiedy się przenosicie?

– Niedługo, bardzo niedługo – odpowiedział Fredrik. – Jak tylko pozamykam wszystkie swoje sprawy. Musisz nas koniecznie odwiedzić, Tom. Przecież dosyć często bywasz w Londynie?

Skinął głową potwierdzająco. Owszem, bywa, ale to już nie będzie to samo. Fredrik i Olga opuszczą to miasto jak wielu innych, którzy przejeżdżali przez Moskwę, żeby zatrzymać się w niej na kilka lat, a potem zniknąć, kiedy już znajdą to, czego szukali – nie zostawiając po sobie żadnego śladu jak kamyk ginący w mętnych wodach rzeki Moskwy.

A on miał tu nadal zostać jako jeden z tych poszukiwaczy szczęścia, którzy nie zdołali jeszcze zrobić naprawdę dużych interesów ani dochrapać się wielkich pieniędzy. Jako jeden z tych, którzy są potrzebni, aby inni od czasu do czasu zdobywali wymarzoną wygraną w loterii nazywanej przez zwykłych ludzi „gospodarką rabunkową”.

– Jest jeszcze coś, o czym chcielibyśmy ci powiedzieć – odezwał się Fredrik i odchrząknął.

Olga znowu zaczęła skubać rybę, a Ksenia siedziała nadal zupełnie obojętna. Tom spojrzał z uwagą na Fredrika.

Przyjaciel uśmiechnął się szeroko.

– Ksenia będzie miała siostrzyczkę albo braciszka. Uważamy, że powinieneś dowiedzieć się o tym jako jeden z pierwszych. W końcu to dzięki tobie się poznaliśmy. Teraz kolej na ciebie.

Kolej na niego? Czy Fredrik naprawdę nie rozumie, że powiedzenie mu czegoś takiego to jak kopanie leżącego? W ciągu ostatnich dziesięciu lat Tom zdołał utrzymać przy sobie dłużej niż trzy miesiące jedną jedyną kobietę – a tą kobietą była Olga. A może on nie chce nikogo? Czy przypadkiem nie o to chodzi? Ta myśl już nieraz przyszła mu do głowy.

– To fantastycznie. Gratuluję.

– Jeśli będzie chłopiec, damy mu imię Tom – powiedziała Olga, kierując ku niemu ostrożny uśmiech, jakby rozdzielała nagrodę pocieszenia między tych, co przegrali w zawodach.

Z jakiegoś powodu Tom spojrzał na Ksenię. Chciał zbadać, jak ona zareaguje na wiadomość, że będzie miała rodzeństwo. Siedziała spokojnie i układała alfabet, ale jej ciałko zwinęło się w małą kulkę. Tom dobrze wiedział, że z rodzeństwem nie zawsze łatwo się żyje.

Opuścił dom w Srebrnym Borze z nieprzyjemnym uczuciem, które dobrze znał. Była to mieszanina litości nad sobą i swego rodzaju rezygnacji w obliczu samotności, w jakiej żył, jakby jego los został przypieczętowany już dawno temu. To, co zdarzyło się teraz, było tylko logiczną konsekwencją. Wciągnął głęboko w płuca chłodne nocne powietrze, pachnące wilgotną ziemią i świeżo rozwiniętymi hiacyntami na rabacie przed domem.

Jutro wszystko wyda się lepsze.

Srebrny Bór, 7 maja

Łarisa Borisowa była w wyjątkowo dobrym humorze, kiedy weszła do domu Fredrika Kastrupa, żeby zabrać się do sprzątania. Wiedziała, że gospodarzy dziś nie będzie, więc specjalnie wybrała się do Srebrnego Boru dużo wcześniejszym autobusem niż zwykle, aby uporać się ze wszystkim do popołudnia.

Nie mogła się doczekać wieczoru. Tego dnia były urodziny jej brata i obiecała mu pomóc w przygotowaniu zakusok, tradycyjnych rosyjskich przekąsek. Zrobienie zakupów, a potem przyrządzenie jęzorów, wędzonego jesiotra, ćwikły i solonego śledzia pod pierzynką wymaga jednak trochę czasu.

Z parterem uporała się rekordowo szybko. Kiedy szła na piętro z odkurzaczem w ręce, zatrzymała się jak zwykle przy fotografiach wiszących na ścianie przy schodach. Mocno zbudowany Szwed, jego rosyjska partnerka Olga i ich córeczka działali na nią jak magnes.

Tak właśnie wygląda życie tych, którym się poszczęściło.

Podróże do dalekich krajów. Wakacje na nartach albo na jachtach z innymi równie zamożnymi przyjaciółmi. Bywanie na uroczystych inauguracjach i innych ceremoniach. Ona nigdy nie była nigdzie poza Rosją, ale sporo jej koleżanek jeździło za granicę, żeby sprzątać albo pracować w klubach jako kucharki.

Pchnęła nogą drzwi do sypialni i wciągnęła do środka odkurzacz – przestarzałego nieporęcznego potwora, który sunąc po podłodze, robił mnóstwo hałasu. Zaklęła cicho pod nosem, wetknęła wtyczkę w gniazdko i zaczęła sprzątać. W szerokich szparach takiej starej drewnianej podłogi łatwo zbiera się kurz i okruchy. Nie mogła zrozumieć, dlaczego Fredrik Kastrup, taki przecież bogaty, nie położył w całym domu nowego parkietu.

Gdy odwiesiła na miejsce jedwabny szlafrok, jej wzrok padł na sukienkę wiszącą na drzwiach garderoby od wewnętrznej strony. Nigdy dotąd jej nie widziała. Głęboko wycięta, czerwona jedwabna suknia ze złotym ornamentem ciągnącym się ukośnym pasem od biustu do biodra. Łarisa westchnęła z zachwytem. To była najpiękniejsza suknia, jaką kiedykolwiek oglądała. Zdjęła ją ostrożnie z drzwi i uniosła pod światło. W promieniach słońca tkanina rozbłysła, a dekoracja wręcz iskrzyła. Przymrużyła oczy i powiodła palcami po złotym wzorze. Na materiał naszyto malutkie, drobniutkie koraliki. Ktoś, pewnie jakaś równie biedna kobieta jak ona, ślęczał nie wiadomo jak długo i przymocowywał miniaturowe perełki jedna za drugą.

Nagle ją olśniło. Stanęła przed lustrem i przyłożyła suknię do siebie. Czy ma się odważyć? Przez cały dzień nikogo nie będzie w domu, więc ryzyko, że ją ktoś nakryje, jest niewielkie.

Delikatnie położyła suknię na łóżku, następnie zdjęła z siebie t-shirt i dżinsy. Była znacznie okrąglejsza od chudej przyjaciółki Fredrika Kastrupa, miała jednak nadzieję, że się wciśnie.

No właśnie, przyjaciółka – porządni ludzie biorą ślub, pomyślała, wciągając zwiewną jak mgiełka czerwoną sukienkę.

Dała sobie czas, żeby pozachwycać się trochę własnym widokiem w lustrze. Tata zawsze jej powtarzał, że ma urodę już niespotykaną w dzisiejszej Rosji i że wygląda jak kobiety przed upadkiem Związku Sowieckiego: jest rozłożysta, naturalna i kobieca bez zachodnich środków pomocniczych. Nie padła ofiarą nowej rosyjskiej wulgarności i pospolitości.

Tyle że tata zawsze był wstawiony, kiedy to mówił, więc nie miała pewności, czy to prawda, czy jedynie sentymentalne bredzenie po pijaku. Przesłała ku niebu, ku nieżyjącemu ojcu ciepłą myśl i otarła łzę z policzka.

Nie ma co się rozklejać.

Los zdawał się ostatnio jej sprzyjać, bo wszystko zmierzało we właściwym kierunku. Jeśli chodzi i o nią, i o jej rodzinę. Jeden z ado­ratorów ze szkolnych czasów chciał ją jutro zabrać do kina, a bratu chyba się uda wymigać od służby wojskowej. To jeszcze jedna okazja do świętowania dzisiaj wieczorem.

Wzięła sobie jedną czekoladkę Anthona Berga z pudełka stojącego na nocnym stoliku i opadła na łóżko. Leżąc na plecach, powoli zjadała pralinę. Z pięć minut może sobie odpocząć. Ma jeszcze sporo czasu. Podciągnęła kolana i nagle sobie uświadomiła, że nie zdjęła podkolanówek. Parsknęła i podniosła się z łóżka.

Nadal w czerwonej sukni wyciągnęła za sobą odkurzacz z sypialni i przeszła z nim do gabinetu Fredrika Kastrupa. Była w dobrym nastroju. Oto idzie ona, Łarisa Borisowa, ubrana w podkolanówki i zdobioną ręcznie jedwabną suknię z odkurzaczem w ręce. Komiczny widok. Gdyby jej bliscy zobaczyli ją teraz, na pewno skręcaliby się ze śmiechu.

Gabinet był jasny i przestronny. Słońce wpadało przez okna podzielone na mniejsze szybki. Ściany zasłaniały regały z książkami, w jednym z rogów znajdowały się dwie metalowe szafy na dokumenty. Biurko z ciemnego drewna było tak duże, że mogło służyć jako stół jadalny dla przeciętnej rosyjskiej rodziny. Po jednej stronie blatu stał wazon z białymi liliami.

Zatrzymała się zdziwiona.

Drzwi szaf z dokumentami były szeroko otwarte. Inaczej niż zawsze. Zupełnie nie wiedziała, co powinna zrobić. Czy ma je zamknąć, czy zostawić tak, jak są? Postanowiła ich nie ruszać.

Kiedy się pochyliła, żeby włożyć wtyczkę do kontaktu w ścianie, zobaczyła dwa stosy papierów na podłodze przy biurku. Wyglądało to tak, jakby ktoś postanowił pracować na podłodze zamiast przy biurku. Podeszła bliżej, przykucnęła i przyjrzała się dokumentom. Łarisa nie była specjalnie mocna w angielskim, zorientowała się jednak, że na samej górze leży testament. A mówiąc dokładnie, testament Fredrika Kastrupa.

Poczuła się dziwnie i szybko się podniosła. Miała nadzieję, że jej pracodawca nie jest poważnie chory. Zawsze dobrze ją traktował i płacił prawie dwa razy tyle co inni klienci. Poza tym nieraz widziała go z tą jego rudowłosą córeczką, Ksenią, i bardzo jej się podobało, że taki jest dla niej czuły i zabawny. A ona musiała być do niego bardzo przywiązana. Małe dziewczynki potrzebują tatusiów, pomyślała i znowu łzy napłynęły jej do oczu.

Nie jest chory, powiedziała cicho do siebie, jakby mogła o tym decydować. Zebrała papiery i ostrożnie położyła cały plik na biurku. I wtedy jej spojrzenie spoczęło na kopercie tkwiącej w środku białego bukietu. Koperta była duża i brązowa, a nie żadna mała, w jakiej zwykle przesyła się życzenia albo podziękowania. Z ociąganiem sięgnęła po nią i wzięła ją do ręki. Nie była zaklejona. Uchyliła odrobinę, zajrzała do środka.

W środku znajdowały się trzy kiepskiej jakości czarno-białe zdjęcia. Wyjęła je ostrożnie i położyła przed sobą na blacie. Na wszystkich był widoczny mężczyzna z pistoletem wycelowanym w głowę innego, siedzącego. W pierwszej chwili myślała, że fotografie są identyczne, lecz potem dostrzegła, że jednak trochę się różnią. Na pierwszej zabójca mierzył z rewolweru w mężczyznę na fotelu. Na drugiej widziała jak gdyby błysk wystrzału w lufie, a na ostatniej głowa siedzącego mężczyzny wyglądała na rozmytą na brzegach, jakby eksplodowała. Ale nie widok zastrzelonego przeszył ją dreszczem, tylko tego, który trzymał broń. Chociaż zdjęcie było niewyraźne i musiało zostać zrobione wiele lat temu – bo był dużo szczuplejszy niż dzisiaj – rozpoznała go od razu.

To był Fredrik Kastrup.

Trzęsły jej się ręce, kiedy z powrotem chowała zdjęcia. Koperta parzyła ją w dłonie. Łarisa żałowała, że w ogóle ją otworzyła. Co właściwie widziała? I dlaczego ktoś wetknął to w bukiet kwiatów na biurku Fredrika?

Spojrzała z niedowierzaniem na brązową kopertę, którą nadal trzymała w ręce.

Kim właściwie jest człowiek, dla którego pracuje?

Nie zastanawiając się wiele, położyła kopertę na wierzchu pozostałych papierów. Potem przeniosła cały ten stos wysoko na półkę regału za biurkiem, gdzie Fredrik zwykle trzymał luźne dokumenty.

I co teraz? Ma stąd uciec? Zadzwonić na milicję? Posprzątać do końca, jakby nic się nie stało?

Postanowiła, że mimo wszystko dokończy swoją robotę. Chciała stąd wyjść jak najszybciej, znaleźć się jak najdalej od wystawnego, pięknie urządzonego domu pełnego drogich sprzętów. Jak najdalej od człowieka, który być może jest mordercą. Nagle zapragnęła być już blisko swojej rodziny, na wieczornej uroczystości.

Kilka razy w miesiącu Łarisa miała zwyczaj ścierać kurze ze wszystkich lamp i z futryn drzwi. Wyciągnęła się i końcami palców przejechała wzdłuż półek z książkami. Była na nich gruba warstwa kurzu. Musiała zapomnieć go wytrzeć w zeszłym miesiącu. Miała nadzieję, że Fredrik Kastrup niczego nie zauważył. Ruszyła po drabinę, która stała w schowku w głębi pokoju.

Przechowywano w nim rzeczy rzadko używane przez rodzinę: sprzęt narciarski, torby golfowe i stare zabawki. Kiedy otworzyła drzwi do ciemnego schowka, w pierwszej chwili nawet się nie zorientowała, co zobaczyła, ale potem spośród cieni wyłoniła się czyjaś postać.

Mężczyzny w dresie z nożem w ręce.

Rzucił się ku niej i potknął o odkurzacz. Łarisa odwróciła się na pięcie i zaczęła biec w stronę schodów. Choć ogarnęło ją przerażenie, jednocześnie nie mogła się pozbyć coraz silniejszego poczucia nierzeczywistości. Miała wrażenie, że oto ona, Łarisa Borisowa, gra główną rolę w jakimś kiepskim sowieckim filmie i pędzi przez idiotyczne dekoracje ścigana przez złego, podstępnego amerykańskiego szpiega.

Zbiegała po trzy stopnie naraz. Podkolanówki były śliskie, więc o mało nie upadła. Słyszała, że mężczyzna jest coraz bliżej.

„Dres i nóż, powiadasz? Jesteś pewna?” Nikt jej nie uwierzy, kiedy opowie, co się wydarzyło. Jej mama uzna jak zwykle, że kłamie, bo chce na siebie zwrócić uwagę, a brat zacznie znowu biadolić, jak to niebezpiecznie pracować w domu u obcych ludzi, jak bardzo się naraża.

Dopadła do drzwi, nacisnęła klamkę i otworzyła. Na ułamek sekundy oślepiło ją słońce, uderzył w nią ciepły wiatr. Miała przed sobą dom wynajmowany przez fińską rodzinę. Drzwi były otwarte, a Tuula, mama, wyszła właśnie na zewnątrz z torbą w ręku.

Łarisa stanęła jak wryta. Suknia. Przecież nie może pokazać się nikomu w tej sukni. Jeśli się wyda, że sprząta w ubraniach przyjaciółki pana domu, od razu straci pracę. A Kastrupowie już postarają się o to, żeby o jej karygodnym zachowaniu dowiedzieli się wszyscy, którzy o tym wiedzieć powinni.

Zawahała się i cofnęła o krok.

Nagle poczuła, że ktoś chwyta ją od tyłu za szyję i wciąga z powrotem do środka. Usiłowała się wyszarpnąć, wierzgając i kopiąc, ale na próżno. Wiosenny wiatr zatrzasnął za nią drzwi.

Siedziba banku
Pioneer Capital, Moskwa,
7 maja

Obaj ochroniarze mieli na czarnych kurtkach żółty napis „Security”. Skinąwszy głową Tomowi, otworzyli przed nim duże drzwi z drzewa czereśniowego prowadzące do Pioneer Capital. Ochrona nie była dziś już tak istotna jak któregoś roku, kiedy lokalny gang wpadł na pomysł, żeby okupu za zapewnienie bezpieczeństwa żądać nie tylko od restauracji, ale i od banków – mimo to nadal miała swoją rolę do spełnienia. Stanowiła niezbędny rekwizyt, jeśli firma chciała uchodzić za poważną.

– Dzień dobry – przywitała go obojętnie szefowa recepcjonistek.

Personel przyswoił sobie swobodny, nieformalny styl bycia. Atmosfera pełna poddaństwa i służalczości, która nadal dominowała w większości rosyjskich przedsiębiorstw, ustępowała, w miarę jak rosła rosyjska giełda i instytucje finansowe coraz bardziej upodobniały się do swoich zachodnich pierwowzorów.

Tom skinął jej głową, zadając sobie jednocześnie pytanie, ile czasu minie, zanim ta kobieta zostanie oficjalną przyjaciółką najbardziej rozchwytywanego maklera w firmie.

Westchnął ciężko i wszedł do sali notowań, wielkiej jak hala gimnastyczna. Krzyżowy ogień okrzyków wystrzeliwał z ust pięćdziesięciu maklerów, prawie samych mężczyzn, oraz asystentek, ściśniętych tak blisko siebie jak pasażerowie w czarterowym samolocie nad Morze Czarne.

– Kupuję. Sell-off. RusOil. Tri dołłara. Korrupcija. Bankrotstwo.

Panował tu zgiełk jak na dowolnym moskiewskim bazarze, tyle że maklerzy używali rosyjskiego i angielskiego, a nie mieszanki rosyjskiego, tatarskiego, gruzińskiego, azerskiego i armeńskiego.

Maklerzy rosyjscy i zagraniczni siedzieli razem. Rosjanie byli staranniej ubrani i wydawali się mniej zagłębieni w grafikach i dokumentach w Excelu. W oczy natomiast rzucały się puszki coli, etui i małe torebki ze skóry marki Burberry i Louis Vuitton na stołach przed nimi. Obcokrajowcy byli wyposażeni w butelki z wodą, markery i długie listy klientów.

Każdy makler miał do dyspozycji małe biurko, a na nim dwa monitory, klawiaturę i dwa telefony. Pojedyncze zdjęcia członków rodziny świadczyły o tym, że niektórzy z mężczyzn mimo wszystko prowadzą jeszcze jakieś życie poza Pioneerem.

Usunięcie czyichś akcesoriów i zainstalowanie w tym samym miejscu nowych zajmowało nie więcej niż dwie minuty. Wpisanie nowego hasła do sieci umożliwiało wymianę załogi w ciągu pięciu następnych. To praktyczne rozwiązanie, albowiem lojalność wobec pracodawcy była przygnębiająco niska. Pioneer płacił dobrze, jeżeli jednak ktoś otrzymał lepszą propozycję – a tak działo się przez cały czas – znikał szybciej niż wieprzowina w promocji w sklepie spożywczym po drugiej stronie ulicy.

Najgorsi pod tym względem byli maklerzy, lecz analitycy też nie wydawali się wiele lepsi. Rosjanie wykazywali się większą lojalnością niż cudzoziemcy, którym zależało jedynie na tym, żeby w jak najkrótszym czasie zarobić worek pieniędzy. Oprócz nich byli jeszcze dziwacy, tacy, co to zrastali się z pracodawcą. Tom wiedział, że młodsi maklerzy jego zaliczają właśnie do tej kategorii, i częściowo nawet to rozumiał.

Bo dziwne, że tutaj wylądował.

Ale nic nie da się na to poradzić. Rzeczywiście po prostu wylądował tutaj w przeciwieństwie do większości innych, którzy z uporem harowali przez pół życia, żeby dostać się do tej branży. Rzecz jasna nie można mu odmówić wykształcenia i bogatego doświadczenia. Egzamin z ekonomii zdany w Uppsali i praca asystenta w sztokholmskiej spółce finansowej okazały się dobrymi biletami wstępu do pracy w Pioneerze.

Był inny niż reszta i dobrze to wiedział. A ta reszta też zdawała sobie z tego sprawę. Nie miał wątpliwości, że w końcu ludzie wywąchają, że brakuje mu pasji. Zachowywał się jak ospały pies w świecie pełnym wilków.

Co nie znaczy, że źle pracował. Był inteligentny i miał dobre wyniki. Nawet bardzo dobre. Jednak w głębi ducha czuł, że nie ma w sobie napędu charakterystycznego dla pozostałych – nie dzielił z nimi nieposkromionej żądzy pieniędzy, którą przesiąknięta jest cała branża.