Lodołamacz Fedor

0,0

Kim naprawdę jest Jerzy Fedorowicz?

Politykiem i posłem na Sejm RP. Sympatycznym aktorem, znanym z kina, teatru i telewizji. Społecznikiem, pracującym z niepełnosprawnymi i trudną młodzieżą. Świetnym organizatorem. Wytrawnym tenisistą. Zagorzałym kibicem. Kochającym mężem, dziadkiem i ojcem.

Jednak przede wszystkim Fedor jest człowiekiem z krwi i kości. Targanym namiętnościami, nękanym porażkami i słabościami. Człowiekiem, który liczne talenty i sukcesy równoważy przywarami i potknięciami. Ale nie wstydzi się o tym wszystkim mówić – szczerze, nie przebierając w słowach, prosto w oczy.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Lodołamacz Fedor

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Kazimierz Kutz Oswojony tygrys i woziwoda
1 Romeo wychodzi z ciemności
2 Cytryna od świętego
3 Zbyt szybkie dojrzewanie
4 Ty jesteś aktor ze Starego
5 Walka o życie
6 Demokracja, o którą walczyliście
7 Pan się musi poddać
8 Pięścią w brzuch
Fotografie
Karta redakcyjna
titlepage

Kazimierz Kutz

Oswojony tygrys i woziwoda

Jerzy Fedorowicz wyspowiadał się publicznie. Znam go od wielu lat, i jako reżyser, parlamentarzysta i poniekąd jako kumpel, przeto stwierdzam z całą rozciągłością, że Fedor jest taki, jaki wyłania się ze swojej opowieści. Bezbronna szczerość jest jego najprzedniejszym walorem. Cokolwiek w życiu robi, ma dla niego wymiar oczywistości. Dla czytelników, którzy głębiej interesują się środowiskami artystycznymi, zeznanie Fedora może być poznawczo wielce pożyteczne, bo unaocznia i odsłania w całej krasie mentalność aktorską. On swoje ego, trochę podobnie jak to czynił Adam Hanuszkiewicz, obnosi od świtu po zaśnięcie, niczym dziecko swojego ulubionego misia. W piątym zdaniu Fedor jest już przy żonie, którą kocha jak mało który facet. Prawdopodobnie trapi go nieczyste sumienie, bo jest człowiekiem równie grzesznym, co religijnym; ma przytłumiony temperament kibola, dlatego wobec Kościoła przyodziewa szaty ministranta, a żonę stawia na równi z Matką Boską Jasnogórską. W ogóle to najłagodniejszy katolicki fundamentalista, jakiego znam. Ponadto jest krakowskim cwaniakiem, głęboko osadzonym w środowisku teatru, zwłaszcza w Teatrze Starym, w czasach, kiedy boski Kundzio Swinarski czynił w nim swoje niezapomniane czary. Kraków jest dla Fedora jak Jerozolima dla Żyda. Lubię takich aktorów jak Fedor, bo są zabawni, pozbawieni agresji i żółci, mówiący już po drugim oddechu o sobie, ale koleżeńscy i przyzwoici. Antyintelektualizm Fedora działa na mnie jak sauna. Jurek od lat cierpi na wyimaginowane niespełnienie, co z wiekiem doprowadziło go do depresji. Zawsze i wszędzie biadolił nad swoją „drugoplanowością”, nad tym, że nigdy nie był najważniejszy – dlatego cierpi jak ranny łoś – ani w teatrze, ani w polityce. I gdzie bądź, choć na chwilę.

Tę jego auto-opowieść czyta się z przyjemnością, bo jest bezwstydna i opowiedziana bez pychy tak typowej dla egotyków z kręgów artystycznych. Fedor to wykastrowany tygrys i krakowski woziwoda.

 

1 Romeo wychodzi zciemności

Romeo wychodzi z ciemności

Wiesz, dlaczego skinhead ma ogoloną głowę?

Wiem. Żeby podczas bójki nikt nie mógł złapać go za włosy, ściągnąć w dół i uderzyć głową o kolano. Ciebie na przykład łatwo można załatwić.

Musieli ci naprawdę ufać, skoro mówili ci takie rzeczy. Od czego to wszystko się zaczęło?

Miałem objąć teatr Maszkaron na krakowskim rynku i tam poprowadzić kabaret literacki, scenę rozrywkową, vis-à-vis Piwnicy pod Baranami. Tak się jednak złożyło, że zespół Teatru Ludowego w Nowej Hucie nie przyjął oferty ówczesnych władz, żeby dyrektorem został Bruno Rajca, kierujący wtedy Maszkaronem. Był partyjny, bardzo kojarzony z reżimem i w Nowej Hucie go nie chcieli. Powiedzieli, że ja będę lepszym kandydatem. Nie wyobrażałem sobie jednak, że mogę być dyrektorem w Hucie. Tłumaczyłem: „Ja się nie nadaję, ja jestem z miasta, z Kazimierza! Ja jestem aktor ze Starego!”.

To despekt iść pomiędzy hutasów?

Wtedy mieszkańców Nowej Huty nazywaliśmy pogardliwie gumiakami. Koledzy żartowali ze mnie, mówili, że sobie nie poradzę. Nawet Ela, moja żona, która jest cudowną kobietą i bez niej nie istniałbym ani ja, ani mój teatr, zarzekała się, że nie będzie tam tramwajem jeździć: „Tyle kilometrów! I potem wracać? Nie!”. Zdecydowałem więc, że nie będę dyrektorem. Pozostanę przy aktorstwie.

Co sprawiło, że jednak zmieniłeś zdanie?

Grałem w Teatrze Starym, miałem dużą rolę w sztuce, którą reżyserował pewien hochsztapler z Anglii. Facet kazał mi grać kamerdynera z arystokratycznego, lordowskiego domu, Anglika oczywiście, który zwracając paniczowi uwagę, żeby dobrze się zachowywał, mówił... gwarą góralską! Do tego niewyobrażalne bzdury! To wszystko, co wiesz o kamerdynerach i lordach, nijak się miało do intencji reżysera. Strasznie wściekłem się na tego gościa, sponiewierałem go, po czym poszedłem do miejskiego Wydziału Kultury i zapytałem, czy ten Ludowy wciąż jest do wzięcia.

Był. Od zaraz.

Wtedy już grunt palił im się pod nogami, byli więc bardzo szczęśliwi, że przyjąłem tę posadę. Zabawnie to brzmi z dzisiejszej perspektywy, kiedy to dwudziestu wybitnych ludzi bije się o teatr w Tarnowie.

Do bicia za chwilę przejdziemy. Chociaż ta metafora jest jak najbardziej na miejscu, bo Teatr Ludowy obejmowałeś w burzliwych czasach.

Nominację dostałem 25 maja 1989 roku, pracę miałem rozpocząć 1 września. W międzyczasie wszystko się jednak zmieniło... A ja przecież zostałem rekomendowany przez Komitet Centralny PZPR, bo to był teatr państwowy. Na rozmowę z kadrowcem do Komitetu Wojewódzkiego przyjechałem na rowerze. Kazał mi opowiadać, jak sobie wyobrażam ten teatr, aż wreszcie padło pytanie, jak będę się zachowywał w stosunku do Podstawowej Organizacji Partyjnej. Na rozmowę kwalifikacyjną przyjechało dwoje przedstawicieli partii z Ludowego: główny elektryk i pani, która zajmowała się butaforką. A w teatrze przecież nie ma demokracji. W związku z tym patrzyli na mnie wystraszeni, że to oni właśnie muszą opiniować gościa ze Starego. Śmieszne to było. Powiedziałem, że nie będę nikogo poniewierał tylko dlatego, że jest w partii, ale jak okaże się słaby, to nie będzie ze mną pracować. Swoją drogą, Jan Czepiel, sekretarz Komitetu Wojewódzkiego, powiedział wtedy do Treli: „Fedorowicz nam to wszystko zburzy, on jest przecież bezpartyjny, dużo ryzykujemy!”. A Trela mu na to, żeby się nie wygłupiał, bo Fedor nie będzie żadnych durnot robił... I właśnie Treli tę nominację zawdzięczam.

Przejmując teatr, wiedziałeś dokładnie, co chcesz robić?

Miałem plan. Jak dowiedziałem się, że obejmę teatr w Nowej Hucie, poszedłem do Jurka Stuhra, mojego przyjaciela. Był wtedy po zawale serca, w stanie zawodowego rozchwiania. Nie wiedział, czy może dalej grać, bo aktor to ciężki zawód. Zaczął już nawet pisać książkę... Mówię mu: „Nie marudź! Będziesz u mnie reżyserował. Proponuję, żebyś zaczął od Iwony, księżniczki Burgunda i najlepiej, gdy sam zagrasz króla Ignacego”. Jurek wtedy zrobił to jako dyplom i miał aktorów, którzy u niego zagrali.

To dla Ludowego była poważna zmiana repertuaru?

Nie, oni w ostatnim rzucie grali dobre przedstawienia. Na przykład Dzień gniewu Brandstaettera, w którym występował Krzysiek Globisz, albo Historyję o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim, bardzo piękny spektakl w reżyserii Tadeusza Malaka. Problem jednak polegał na tym, że ten teatr był kompletnie niemodny, a już na pewno nie w środowisku, w którym ja się obracałem. Nie postrzegaliśmy go najlepiej, zapewne jeszcze przez skojarzenia z Ryśkiem Filipskim, z jakimiś projektami antysemickimi.

Stuhr miał to odczarować?

Tak, jeszcze zanim zostałem oficjalnie mianowany dyrektorem, miałem słowo Jurka i wiedziałem, że w lutym 1990 roku zaczniemy próby do Iwony..., że królową zagra Małgorzata Hajewska, jego uczennica. To już było coś. Ale w międzyczasie wybuchła wolność, która nas po prostu udławiła... i poczułem, że mam problem, nie wiem, co wystawić, a pierwsza premiera jest przecież najważniejsza. Przełomowym momentem okazała się rozmowa ze Zbyszkiem Preisnerem. Był moim serdecznym kolegą jeszcze z czasów, kiedy nazywał się Kowalski i śpiewałem jego piosenki w spektaklu Romans w wodewilu. To on zasugerował, że kierownikiem literackim w moim teatrze powinna zostać Joanna Olczak-Ronikierowa – wybitna pisarka, kojarzona z Piwnicą pod Baranami, prawa ręka Andrzeja Wajdy, autorka scenariuszy m.in. do filmów Z biegiem lat, z biegiem dniKorczak. Wspaniała, mądra kobieta. Preisner i jego żona namówili mnie na spotkanie z nią. Pojechałem, wyłożyłem jej plan, co to ja zrobię z tej Nowej Huty, jaki mam gaz, jak wszystko będzie się zmieniać... Wysłuchała i... przyjęła moją propozycję. To otworzyło mi drzwi do całego środowiska, do intelektualno-artystycznej elity, nie tylko krakowskiej. Wciąż jednak nie mieliśmy pomysłu, czym zacząć. Aż wreszcie Andrzej Wajda powiedział: „Pozwolę wam zrobić Człowieka z marmuru. To będzie fajne”. I wyszedł. Często rzucał dziwne zdania, z którymi nie wiadomo było, co zrobić, ale zawsze warto się było nad nimi zastanowić.

Podjąłeś wyzwanie.

Doszliśmy z Joanną do wniosku, że to rzeczywiście będzie dobre, że w ten sposób podziękujemy mieszkańcom Nowej Huty za wolność, którą również im zawdzięczamy. Zaczęliśmy więc pracę nad Człowiekiem z marmuru w reżyserii Krzyśka Orzechowskiego. Pierwszy akt poświęcony był budowie Nowej Huty – O Nowej to Hucie piosenka, sztandary, pieśni, zetempowcy. Choreografię robił Jacek Tomasik, scenografię Elżbieta, moja żona. Fenomenalny początek, który trwał ponad 45 minut – akademia, przyjeżdża Bierut... Druga część poświęcona temu miastu socjalizmu... Ale potem mieliśmy kłopot, bo scenariusz musiał być zwięzły. Równocześnie Marta Stebnicka, nasza profesorka, przygotowała Port wielki jak świat z piosenkami Jacques’a Brela, w tłumaczeniu Wojtka Młynarskiego. Ja kochałem Brela, widziałem go kiedyś na żywo i to było dla mnie ogromne przeżycie. W tym samym czasie Adam Sroka pracował nad Kolejką Sorokina – świetny tekst, świetny teatr, ale bardzo offowy, spektakl, który rozbijał wszystko, co do tamtej pory grało się w Nowej Hucie. Wystawialiśmy go nie na scenie, ale w szatni, gdzie stali ludzie i darli się na siebie nawzajem. Wszyscy byli w szoku, krytyka nie wiedziała, co z tym zrobić. W tym samym więc czasie pracowaliśmy nad Brelem, Iwoną, księżniczką Burgunda, Człowiekiem z marmuru i tą Kolejką, a w grudniu miałem jeszcze wyreżyserować jakieś widowisko w Pieskowej Skale. Pamiętaj, że wciąż mamy 1989 rok! Bieda jak cholera, ludzie nie mają co do gara włożyć, puste półki, inflacja, zmiany...

Nie wszyscy dobrze je znosili. Na ulicach zrobiło się niebezpiecznie.

Już jesienią, w czasie prób Człowieka z marmuru, słyszeliśmy, że w okolicach pomnika Lenina ciągle są jakieś zadymy. Tych chłopaków nazywano po prostu chuliganami albo anarchistami, nikt wtedy jeszcze nie mówił o punkach czy skinheadach. Moim zdaniem byli to ci sami młodzi mężczyźni, którzy przed rokiem tłukli się z milicją w osiedlowych uliczkach, a kiedy przyszła wolność i nie mieli już z kim się bić, zaczęli walczyć pomiędzy sobą.

Wy byliście w euforii, bo uwolniliście się od opresyjnej władzy, ale ich wolność to raczej wolność do robienia rzeczy głupich i złych.

Tak. I nikt nie wiedział, jak to się wszystko skończy... Swoją drogą, to była prawdziwa ironia losu, bo pod tym samym pomnikiem, z którego cokołu zrzucili Lenina, ja lata wcześniej recytowałem wiersze z okazji wręczania robotnikom legitymacji partyjnych, dorabiając w ten sposób do teatralnej pensji. Zbierał nas Jasiński i 22 kwietnia, w dniu urodzin Lenina, stawaliśmy na tych wielkich rusztowaniach, śpiewaliśmy pieśni i cytowaliśmy Majakowskiego: „Partia i Lenin – bliźnięta-bracia...”.

W połowie grudnia 1989 roku tego Lenina w alei Róż już nie było. Ponoć teraz jest atrakcją prywatnego wesołego miasteczka w Szwecji.

Kiedy rozniosła się wieść, że go burzą, zjechały się telewizje z całego świata. Dziennikarze uwielbiają takie kawałki. A że było zimno, długo pod gołym niebem nie wytrzymywali i przychodzili do nas, do teatru, wypić herbatę w bufecie i ogrzać się trochę. Zauważyli, że robimy coś nowego, że młodych ludzi – chociaż miałem już wtedy 42 lata – rozsadza energia, i zainteresowali się nami. Udzieliłem wielu wywiadów, coraz więcej się o nas mówiło, byliśmy na fali. Na premierze Człowieka z marmuru pojawili się wszyscy – Skrzynecki, Osiecka, Lech Wałęsa przysłał list i swojego sekretarza...

Tak pięknie wam szło, a jednak Nowa Huta pokazała zęby. Pewnie nie byłeś przygotowany na tego rodzaju trudności?

W ogóle się tego nie spodziewałem! Domyślałem się tylko, że musi zdarzyć się coś bardzo niedobrego. Wieczorami w tamtej okolicy było tak ciemno i ponuro, że myślałem, że zwariuję. Oświetlony był tylko teatr, a po bokach dwa zionące ciemnością boiska – szkoły podstawowej i liceum, za nimi krzaki.

Wiedziałeś, że w końcu z tych krzaków coś wyjdzie?

Tak, bo to był zły czas. Strasznie się wtedy piło. To nie była tylko młodzież, ale też różne męty. Najpierw chowali się po krzakach, ale z czasem zrobili się coraz bardziej śmiali i w końcu zaczęli się tłuc z gośćmi teatru, z młodzieżą, która przychodziła na nasze spektakle. Teatr był już sławny, podjeżdżały autobusy z innych miast, a ci rozbijali szyby i naparzali się z moimi widzami. Najgorsza była jesień 1991 roku, te niekończące się godziny strasznego syfu...

Myślałeś wtedy o powrocie do Krakowa? W Teatrze Ludowym odniosłeś sukces, udowodniłeś, co miałeś do udowodnienia, wracałbyś z tarczą.

Miałem takie myśli. Byłem bardzo przyzwyczajony do miasta, do tego, że wszyscy mnie znają i lubią – cinkciarze, panienki, restauratorzy, kelnerki, sportowcy... Jurek Trela z Leszkiem Piskorzem, wówczas moi najbliżsi koledzy, zakładali się, że dwóch lat w Nowej Hucie nie wytrzymam. Ale znalazłem na to sposób – dowiedziałem się, że na Kanoniczej 1 jest scena do wzięcia, że można tam zrobić teatr. Zaanektowałem więc to miejsce i już mogłem dawać spektakle w Krakowie. Wiedziałem, że bez tego nie wytrzymam.

Wróćmy jednak na osiedle Teatralne, w to jądro ciemności. Skoro było coraz gorzej, dlaczego nie poprosiłeś o pomoc policji?

Nigdy. To była ostatnia rzecz, którą mógłbym zrobić. Wiesz, młodzi ludzie byli bardzo na tym punkcie przeczuleni, tylko bym ich rozdrażnił. Zresztą to przed chwilą była jeszcze milicja, kojarzyła się jednoznacznie, te nyski ledwie przemalowane... Dolałbym tylko oliwy do ognia.

Swoją drogą, policja na pewno wiedziała, co się dzieje. Wszyscy wiedzieli.

Tak, nawet gazety o tym pisały. Ale dziennikarze nie bardzo znali się wtedy na subkulturach, więc wszystko, co złe, przypisywali skinheadom. Ja też się nie znałem. Wiedziałem, kim byli hippisi, bo to mój czas. Była też git młodzież, kiedy dorastały moje dzieci. Pamiętam, jak kiedyś gitowcy chcieli im piłkę odebrać. Poszliśmy do nich na boisko – ja i mój dwumetrowy kumpel, Krzysiek Budka, wspaniały piłkarz. Postraszyliśmy tych gitów milicyjnymi pasami, które się wtedy nosiło do dżinsów, i oddali piłkę. Potem trzech czekało na mnie pod domem, żeby mi wpieprzyć. Mówię im: „Ja to na pewno padnę, ale ten, który pierwszy do mnie podejdzie, też trup na miejscu. Cudów nie ma”. Popatrzyli po sobie, sklęli mnie, ale żaden się nie odważył podejść. Darowali mi. I dobrze, bo aktor nie może się bić. Dostanie w ryja, połamią mu zęby i po robocie...

W jakich okolicznościach poznałeś łobuzów spod twojego teatru?

Paradoksalnie, stało się to możliwe za sprawą wielkiej tragedii Andrzeja Zauchy. Byłem jego fanem i przyjacielem. Bawiliśmy się razem w Jaszczurach, spotykaliśmy po koncertach, kiedy jeździłem w trasy z Krysią Prońko. Na pogrzebie Andrzeja, w Batowicach, zobaczyłem skinheadów. Łysi, w kurtkach flyersach... Podszedłem do nich, nie bałem się, bo to był dobry czas do rozmów, wszyscy byli poruszeni tym, co się stało z Zauchą. Podszedłem więc i mówię: „Chłopcy, pomóżcie mi. Mam dość tych zadym. Przyjdźcie do mnie do teatru, a ja wam coś zaproponuję”.

Co miałeś im do zaoferowania?

Nic. Nie miałem nawet pomysłu. W dodatku zaprosiłem ich na próbę musicalu o świętym Franciszku...

Nie bałeś się, że rozwalą ci teatr?

Przyszło ich bardzo dużo, ale nie mieli złych zamiarów. Byli ciekawi. Chcieli się dowiedzieć, co ten facet wymyślił. Pojawił się również Leszek Mellibruda, znany psychoterapeuta, który chciał mi pomóc. Zaczął do nich gadać, jak zawodowy terapeuta od trudnej młodzieży, od więzień – ale widziałem, że mi się to wymyka.

Nie kupowali tego, co mówił Mellibruda?

Zupełnie nie. Przejąłem więc inicjatywę i powiedziałem to, co myślę, prosto z mostu: że nie zgodzę się na przeszkadzanie mi w prowadzeniu teatru. Potem była przerwa i ci skinheadzi porozłazili się po teatrze. Niektórzy przyszli tu po raz pierwszy i byli ciekawi, inni jako dzieciaki chodzili tu na bajki, więc przypominali sobie to miejsce. Dwóch z nich zaczęło ze mną gadać, dość agresywnie. Złapałem jednego za nos, nie tak, żeby zrobić mu krzywdę, ale na tyle mocno, żeby go zaskoczyć. „Słuchaj, no, skurwysynu w dupę...” – i jadę mu taką wiązanką. „Myślisz, że ja sobie z takimi gnojkami jak ty nie poradzę? To zapytaj tatusia, od kogo dostał w ryja w sześćdziesiątym piątym! Ode mnie czy od mojego brata? Tatuś ci powie, kto tu rządzi”. Po jego oczach zobaczyłem, że wygrałem.

Nie bałeś się, że cię uderzy?

Nie wypadało mu. Zresztą byłem tak blisko, że nie wiedział, co zrobić z rękami. Za to pozostałym bardzo się spodobało, że byłem taki ostry, że takim językiem do nich przemówiłem. Pomarudzili więc trochę i przyrzekli, że jak Fedorowicz będzie miał jakiś pomysł, to oni go wysłuchają i może w to wejdą. Na tym zakończyło się nasze pierwsze spotkanie.

Nie zwątpiłeś ani przez chwilę w swoich gości? Kiedy już przyszli do twojego teatru, zaczęli wygadywać te brednie o Żydach i Arabach, wykrzykiwać „Sieg Heil”... Nie pomyślałeś wtedy, że z takimi nie ma się co układać, że z tej mąki chleba nie będzie? Trzeba raczej zadzwonić po więcej policji, by rozgoniła ich pałami.

Nawet jeśli przyszło mi coś takiego do głowy, nie miałem czasu tego zrobić. To wszystko zbyt szybko się działo. Opowiadałem im o naszym przedstawieniu i świętym Franciszku. O miłości, dobroci, o nadstawianiu drugiego policzka, o tym, że nienawiść jest idiotyczna. „Jacy Rumuni, jacy Rosjanie, jacy Cyganie? Pomyślcie, że mamy teraz wolną Polskę, że od nas zależy, co z nią zrobimy...” Widziałem, że do niektórych to trafiało, i miałem nadzieję, że to wystarczy.

Tym bardziej że propozycja, którą ich mamiłeś, nadal nie padła.

Wciąż nic dla nich nie miałem, żadnego pomysłu... Ruszyły jednak przygotowania do Romea i Julii. To było cudowne, teatr znowu był na ustach wszystkich!

To miał być Romeo i Julia w pełnej wersji, bez skrótów?

Tak jest. Trzygodzinny spektakl na dużej scenie. Wymyśliliśmy z Orzechowskim, że zrobimy casting do roli Julii. Wszyscy o tym mówili, telewizja to pokazywała, bo wtedy castingi nie były, jak dzisiaj, na porządku dziennym. Przyjechało chyba ze czterysta dziewczyn, z całej Małopolski. W komisji: Olczakowa, Orzechowski i ja. Wśród kandydatek między innymi studentka prawa, którą sam namówiłem do wzięcia udziału w castingu. Znałem ją, bo kiedyś wręczałem jej nagrodę za udział w przedstawieniu licealnym. Wiedziałem, że jest bardzo utalentowana. Mowa o Dominice Bednarczyk, jednej z najlepszych młodych aktorek ostatniego dwudziestolecia. Wiele dziewcząt, które pojawiły się wtedy na castingu, zostało później aktorkami.

Wybraliście Dominikę?

Po długich i ciężkich eliminacjach. Krzysiek Orzechowski, który miał to reżyserować, wybrał Dominikę. Drugie miejsce zajęła Ewa. I zaczęły się kłopoty... Ewa przyszła do nas i powiedziała, że jeśli nie zagra Julii, to popełni samobójstwo. Wiesz, ja nie znałem dziewczyn, w domu przecież miałem samych chłopców. Teraz już mam trzynastoletnią wnuczkę i byłbym lepiej przygotowany, ale wtedy byłem przerażony. Już sobie ją wyobrażałem, jak wiesza się na sznurze albo skacze z ósmego piętra Biprostalu. Z mojego powodu! Naprawdę byłem tym przejęty... Walnąłem więc ni z gruchy, ni z pietruchy, że ona to zagra.

Skoro zajęła drugie miejsce na castingu, musiała coś w sobie mieć.

Oczywiście. Wyglądała rewelacyjnie, świetnie mówiła tekst... Byłem dyrektorem tego teatru, więc mogłem Orzechowi po prostu nakazać odesłanie Dominiki, ale wolałem z nim porozmawiać. Mówię, że może wziąłby Ewę, bo jest taka a taka sytuacja. Na co on, ojciec nastoletniej córki: „Fedor, ty tego nie wiesz, ale czternaście czy piętnaście lat to czas w życiu dziewczyny, kiedy hormony buzują...”.

Czyli idealna do roli Julii.

Idealna. Później, kiedy telewizja pokazała, co się u nas dzieje, Ewa zaczęła dostawać propozycje zdjęć próbnych do filmów.

Nie uprzedzajmy faktów... Na razie masz dwie kandydatki do jednej roli.

Nic nadzwyczajnego. Czasem angażuje się dwie aktorki czy dwóch aktorów, szczególnie kiedy pracuje się z amatorami. Warto się zabezpieczyć. Orzechowski jednak nie zgodził się na dwie Julie. I kiedy Ewa tak szalała, groziła samobójstwem, pomyślałem sobie, że możemy zrobić drugą, amatorską wersję spektaklu, do której zaproszę tych chłopaków.

Zaprosiłeś jednak nie tylko skinów.

Ktoś przyczepiał wtedy na drzwiach teatru kartki „Fedor skin skurwysyn”. Zrobili ze mnie jakiegoś lidera skinheadów... Po jakimś spotkaniu z młodzieżą wpadłem na pomysł, żeby zaprosić też punków, którzy się ze skinami nienawidzili i zwalczali. Jak Capuletti i Montecchi! Zorganizowałem im spotkanie w teatrze. Capuletti są gorsi, bo mają Tybalta, więc wymyśliłem sobie, że rodziną Julii będą skini. Zaczęli marudzić, że gówno ich to wszystko obchodzi, że nie podoba im się ten pomysł... i wtedy zobaczyłem Wieśka Zagóla.

Twojego Romeo.

Pseudonim Agrawa, lider zespołu PGR. Był centralną postacią ekipy punków, poczułem jego siłę. Od razu go polubiłem, jak siostrzeńca. I od razu powiedziałem, że będzie Romeo. Trochę się krygował, ale widać było, że ma ochotę. Poszli się naradzić. Wrócili i powiedzieli, że się zgadzają. Miałem Montecchich. Skini to widzieli i już głupio było im się wycofać, nie chcieli być gorsi.

Nie łatwiej byłoby ci nad nimi zapanować, gdybyś zaproponował jakiś bardziej współczesny tekst? Nie bałeś się, że cię wyśmieją, że wciskasz im taką ramotę?

Pokazałem im, że to nie jest takie proste, jak się wydaje. Dałem Wiesiowi do przeczytania tekst, fragment, w którym on ją poznaje. Jedenastozgłoskowiec w tłumaczeniu Barańczaka. Jak on to strasznie kaleczył! No i skini zaczęli się śmiać, że on jest kutas, że nic nie umie, że nic z tego nie będzie. „Tak? Śmiejesz się?” – ja na to. „To proszę, weź, sam przeczytaj. Bardzo jestem ciekaw...” Zaperzyli się.

A Wiesiek się nie wystraszył, nie uznał, że nie podoła?

Za drugim podejściem przeczytał dobrze. Jeżeli masz trochę rozumu i utrzymasz się między średniówką, to masz interpretację. A Wiesiek jest inteligentny, poradził sobie. Pomogło mu to, że grał w zespole, dobrze słyszał. Jeszcze trochę kaleczył, ale czytał dobrze, coraz lepiej i na sali pełnej szyderców zaległa cisza.

To wystarczyło, żeby kupić ich wszystkich?

Piękna chwila, ale muszę przyznać, że emocje i entuzjazm związany z pracą w teatrze to za mało. Była jeszcze jedna rzecz, bez której prawdopodobnie nie udałoby mi się nad nimi zapanować. Otóż, ja tym wszystkim chłopakom obiecałem, że kupię im ubrania. Punkom kurtki, takie jak chcieli, a skinom flyersy i buty, ciężkie glany, żeby mogli pięknie napierdalać się podczas spektaklu. Mój przyszły Tybalt uparł się, że chce mieć zielonego flyersa. No jak to zielonego? To przecież kolor nadziei, a ja potrzebuję skurwysyna-mordercy! Wkurwiony byłem, ale wiedziałem, że jak mu dam czarne, to będzie marudził, a i tak grał cholernie kołkowato. Musiałem więc pilnować, by cokolwiek był w stanie zagrać. Dzisiaj siedzi w Chicago i wypisuje do mnie listy na fejsie. Świetny chłopak, ożenił się z jedną z tych dziewczyn.

Wciąż trudno mi uwierzyć, że udźwignęli Szekspira.

Dobrze kombinujesz. Ale myślisz jak inteligent, dla ciebie Romeo i Julia to dwieście stron, trzy godziny z okładem. A przecież ja doskonale wiedziałem, że to się nie może udać, więc przedstawienie okrojone zostało do 45 minut.

Dramat przerobiłeś na western?

Oczywiście. Dla nich najważniejsze było, żeby się ponapierdalać! Pierwsza scena – łomot jak skurczybyk. Oni się ładują i na to wchodzi od razu książę Werony: „Spokój! Co tutaj się dzieje? Dwa rody?”. Potem jest scena, w której Romeo poznaje Julię, czyli bal. A więc wszyscy tańczą pogo, co czasami było jeszcze gorsze niż bijatyka. Gadania nie mieli za dużo. Ale jak Wiesio i Ewa grali swoje, to naród milczał jak zaczarowany. Mówiłem o tym moim aktorom: „Oni nie kłamią, iskrzy między nimi. Po tańcu pogo nie mają prawa kłamać”. Poza tym wiesz, oni naprawdę się tłukli, non stop. Wiesio w pewnym momencie coś miał nawet złamane.

Na scenie się bili? Nie markowali tego?

Na scenie też, ale i poza nią. Próby były otwarte, więc schodzili się różni skurwiele. Już tego pierwszego wieczoru, kiedy przyszli sami skinheadzi, mieliśmy poważny problem. Ktoś mnie woła i mówi, że od kościoła, od Arki, idzie tłum. Ludzie z kijami, kawałkami ławek, pałami. Chcą wpieprzyć skinom! Narzuciłem płaszcz i wyszedłem do nich. Przed teatrem, tam gdzie teraz jest bank, odbyły się negocjacje. Tych ludzi była masa, pewnie ze stu pięćdziesięciu. Dowiedzieli się, że znienawidzeni skini zgromadzili się w jednym miejscu i postanowili załatwić sprawę raz na zawsze. Powiedziałem im wtedy: „Proszę bardzo, wchodźcie i bijcie ich, ale potem będziecie mieli tu gówno, nie teatr. Zielskiem porośnie, a wiatr będzie wył i przetaczał śmieci z jednego końca osiedla na drugi”. W pewnej chwili stanąłem przed takim zakapiorem i pytam: „Sypiasz już ze swoją dziewczyną, co?”. A oni wszyscy w rechot. „Nie rozumiesz, że za pięć lat będziesz chciał pójść gdzieś na bajkę ze swoim synem i nie będziesz miał gdzie?” „No dobra, dobra...” – pomamrotali coś pod nosem i oddalili się.

I już nie wrócili?

W takiej masie nie, ale bójki w okolicach teatru były na porządku dziennym. Na próby przychodziło po sto osób. Gadali, kłócili się, podpalali siedzenia. Wszystko było oplute, wszędzie było czuć smród marychy. Kradli co się dało, wykręcali żarówki. Mój brat bił się z nimi, ja się na nich darłem. Po paru takich tygodniach byłem jedną nogą w grobie. Opadałem z sił, chciałem z tym skończyć. Czułem, że podjąłem się próby, której nie jestem w stanie podołać.

Jak sprawowali się twoi nowi aktorzy?

Na próbach hałas jak skurwysyn. Od tego metalu o mało nie zwariowałem. Zresztą co chwilę bili się o magnetofon, bo każdy chciał puścić swoją muzykę. Byli potwornie niezdyscyplinowani. W teatrze reżysera wszyscy słuchają. Jak aktor zaczyna z tobą dyskusję i nie jest to sztuka o jakichś głębokich, filozoficznych treściach, to znaczy, że nie nauczył się sukinsyn tekstu i gada po to, żeby jak najpóźniej się wydało. Dla mnie to nie do pomyślenia! Gdybym ja nie umiał tekstu na próbie u Swinarskiego, mógłbym się na całe życie pożegnać z pracą w najlepszym polskim teatrze. Tymczasem przygotowanie tego Romea i Julii okazało się tak ciężkie, że nie byłem w stanie wytrzymać próby dłuższej niż półtoragodzinna. Brakowało też pieniędzy, na wszystko. Nie było wtedy żadnych fundacji. Wszystko, co potrzebne do spektaklu, kupowałem za pieniądze pożyczane od kolegów. Dokładała się też Ela Machówna, moja zastępczyni. Nie miała dzieci i tych łobuzów traktowała jak własne, za co ją bardzo szanowali. Bo w sumie byli dobrzy, wystarczyło tylko dać im szansę. Ela mieszkała nad Arką, widziała z okien te wszystkie dymy. Nieraz przychodzili do niej, żeby ich nakarmiła. Darła się, ale dawała jeść, pomagała. Czasami na próbach pojawiała się też moja mama. Siwa, piękna, wówczas osiemdziesięcioletnia kobieta. Uczyłem ich, jak mają się zachować. „Kiedy będziecie całować rękę, to nie ciągnąć do góry, tylko ukłonić się! Bo ona w czasie wojny takich chłopaków jak wy opatrywała i na śmierć wysyłała” – bardzo tym byli przejęci. Traktowali ją z wielkim szacunkiem, patrzyli na nią jak na legendę. A ona ich pokochała. Była wybitnym pedagogiem i od razu się na nich poznała.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej