Pod sztandarem nieba - Jon Krakauer

Pod sztandarem nieba

0,0

Stany Zjednoczone to kraj proroków. Jednym z nich był Joseph Smith, któremu pewnej nocy 1823 roku ukazał się anioł Moroni. Boży posłaniec opowiedział mu o świętym tekście, wyrytym na złotych płytach, który od wieków spoczywa ukryty pod kamieniem na pobliskim wzgórzu. Od tego zaczęła się historia Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich.

24 lipca 1984 roku zamordowane zostały kobieta i jej piętnastomiesięczna córeczka. Według policji zabójstwo mogło być następstwem „objawienia” religijnego. Ogłaszając wyrok, sędzia przyznał, że nigdy nie orzekał w sprawie tak okrutnej zbrodni. Zabójca, wyznawca radykalnego odłamu mormonizmu, przyznał, że postępował zgodnie z wolą boską.

Krakauer szuka wyjaśnienia tej zbrodni. Podejmuje próbę zrozumienia natury wiary, której podstawą miały być cnotliwość, otwartość i posłuszeństwo.

Książka spotkała się ze zdecydowaną reakcją Kościoła Świętych w Dniach Ostatnich. W rozesłanym do amerykańskich mediów oświadczeniu stwierdzono między innymi, że prezentuje ona „wyjątkowo jednostronny i nieprzychylny obraz mormońskiej historii".

Nie każdy mormon jest bestią. Nie każdy jest poligamistą. Ale zbrodnia z lipca ’84 jest faktem.

„Przepis na religię? Zbadaj popyt, wypuść na rynek próbny półprodukt, następnie zacznij go ostrożnie wzbogacać o coraz to nowe atrybuty. Uważaj, by tak formułować „boskie objawienia”, żeby gwarantowały ci uprzywilejowaną pozycję społeczną. W tej przerażającej i zarazem nadzwyczajnie śmiesznej książce Krakauer pokazuje, jak wiara miesza się z wyrachowaniem, a cynizm płynnie przechodzi w mistycyzm i w fanatyzm. To opowieść nie tylko o mormonach, nie tylko o Ameryce.” Katarzyna Surmiak-Domańska

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

JON KRAKAUER

POD SZTANDAREM NIEBA

Wiara, która zabija

Przełożył Jan Dzierzgowski

Wydawnictwo Czarne 2016

SPIS TREŚCI

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

Część I

1 Miasto świętych

2 Short Creek

3 Bountiful

4 Elizabeth i Ruby

5 Drugie wielkie przebudzenie

6 Kumorah

7 Spokojny cichy głos

8 Czyniący pokój

Część II

9 Haun’s Mill

10 Nauvoo

11 Przykazanie

12 Carthage

13 Bracia Lafferty

14 Brenda

15 Jeden potężny i silny

16 Usunięcie

Część III

17 Exodus

18 Albowiem nie wystarczy woda

19 Kozły ofiarne

20 Pod sztandarem nieba

Część IV

21 Evangeline

22 Reno

23 Sąd w Provo

24 Wielki i straszny Dzień Pański

25 Amerykańska religia

26 Góra Canaan

Posłowie

Dodatek do drugiego wydania

Podziękowania

Przypisy końcowe

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Dla Lindy

Wierzymy w uczciwość, moralność i czystość, lecz gdy wprowadzane są tyrańskie prawa, gdy zabrania się nam praktykowania naszej wiary, nie możemy stać z założonymi rękoma. Bóg jest potężniejszy niż Stany Zjednoczone. Gdy więc rząd wchodzi w konflikt z niebem, my zbieramy się pod sztandarem nieba przeciwko rządowi. […] Bóg przykazał nam, abyśmy praktykowali poligamię, i Stany Zjednoczone nie mogą tego zakazać. Żaden kraj ani nawet wszystkie kraje pospołu nie zabronią nam wielożeństwa. […] Sprzeciwiam się Stanom Zjednoczonym, posłuszny będę tylko Bogu.

John Taylor, prezydent i prorok Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, 4 stycznia 1880 roku

Żaden inny zachodni kraj nie jest tak bardzo przesiąknięty religią jak Ameryka. Dziewięć na dziesięć osób kocha tu Boga, a Bóg kocha ich. Trzeba o tym pamiętać, gdyż w przeciwnym razie nie zrozumiemy samego społeczeństwa nieustannie wyczekującego nadchodzącej apokalipsy.

Harold Bloom, The American Religion

WSTĘP

W hrabstwie Utah prawie wszyscy słyszeli o braciach Lafferty, oczywiście głównie za sprawą koszmarnych morderstw, niemniej jeszcze zanim zginęły Brenda i Erica, nazwisko to było znane w okolicy. Watson Lafferty, ojciec rodziny, był kręgarzem i prowadził prosperującą przychodnię w swoim domu w starej dzielnicy miasta Provo. Wraz z żoną Claudine dochowali się sześciu synów i dwóch córek, którym wpoili surową etykę pracy oraz wierność Kościołowi mormonów. Całą rodzinę szanowano za przedsiębiorczość i nieposzlakowaną uczciwość.

Allen, najmłodszy z rodzeństwa, ma teraz na karku czterdziestkę i pracuje jako układacz kafelków; zresztą parał się tym już jako nastolatek. W lecie 1984 roku mieszkał ze swoją dwudziestoczteroletnią żoną i małą córeczką w American Fork, sennym, zamożnym miasteczku, rozciągniętym wzdłuż szosy z Provo do Salt Lake City. Jego żona Brenda była niegdyś królową piękności, znaną w miasteczku z czasów, kiedy prowadziła program informacyjny na kanale 11, czyli w lokalnym oddziale stacji PBS. Co prawda zrezygnowała z kariery w mediach, by poślubić Allena i założyć rodzinę, ale nie straciła ani trochę wigoru, dzięki któremu podbiła serca widzów. Jej ciepło i otwartość zapadły wielu osobom w pamięć.

Rankiem 24 lipca 1984 roku, jeszcze przed wschodem słońca, Allen zamknął za sobą drzwi bliźniaka, w którym mieszkali, i pojechał do pracy na budowie na wschód od Ogden, sto trzydzieści kilometrów szosą międzystanową. Podczas przerwy na lunch zadzwonił do Brendy. Rozmawiali przez minutę, potem Brenda przekazała słuchawkę piętnastomiesięcznej córeczce Erice. Erica pogaworzyła, Brenda powiedziała mężowi, że wszystko jest w porządku. Pożegnali się.

Allen wrócił do domu około dwudziestej, zmęczony po długim dniu. Ku jego zaskoczeniu frontowe drzwi były zamknięte, co prawie nigdy się nie zdarzało. Otworzył je kluczem i – kolejne zaskoczenie – w salonie zastał włączony telewizor, hałasujący na cały regulator. Leciała akurat transmisja meczu baseballowego, choć Brenda nie przepadała za baseballem. Allen wyłączył telewizor i w mieszkaniu zapanowała nienaturalna cisza. Pomyślał, że Brenda zabrała gdzieś dziecko i wyszła z domu. „Już miałem sprawdzić, czy nie ma ich u sąsiadów – tłumaczył później – kiedy spostrzeg­łem krew na włączniku światła przy drzwiach”. A potem zobaczył Brendę na podłodze w kuchni, leżącą w kałuży krwi.

Kilka razy zawołał jej imię. Klęknął obok i położył dłoń na jej ramieniu. „Ciało miała zimne. […] Na twarzy i w ogóle wszędzie była krew”. Chwycił telefon leżący na podłodze obok żony. Zdążył wybrać numer alarmowy, nim zorientował się, że nie ma sygnału – kabel wyrwano ze ściany. Pobiegł więc do sypialni, żeby sprawdzić, czy działa znajdujący się tam aparat. Po drodze zajrzał do pokoju dziecięcego i ujrzał Ericę, leżącą nieruchomo w łóżeczku w dziwnej pozycji. Miała na sobie tylko pieluszkę. Pieluszka i wszystkie kocyki były przesiąknięte krwią.

Telefon w głównej sypialni nie działał. Dopiero od sąsiadów Allenowi udało się wezwać pomoc. Opisał krwawą scenę dyspozytorowi policji, potem zadzwonił do swojej matki.

Czekając na przybycie mundurowych, Allen wrócił do mieszkania. „Klęknąłem koło Brendy i modliłem się. Potem, kiedy wstałem, rozejrzałem się nieco uważniej i zauważyłem, że musiała się tu rozegrać koszmarna szamotanina”. Krew była nie tylko w kuchni, ale i na ścianach w salonie, na podłodze, na drzwiach, na zasłonach. Allen nie miał wątpliwości, kto za to odpowiada. Domyślił się w tej samej sekundzie, kiedy ujrzał Brendę leżącą w kuchni.

Policjanci zabrali Allena na posterunek w American Fork i przesłuchiwali go całą noc. Początkowo sądzili, że to on zabił Brendę i Ericę – mordercą przecież często okazuje się mąż. W końcu jednak Allen przekonał ich, że głównym podejrzanym jest najstarszy z piątki jego braci: Ron Lafferty. Tego lata Ron przez prawie trzy miesiące podróżował po zachodzie Stanów Zjednoczonych razem z drugim bratem, Danem; niedawno wrócił jednak do hrabstwa Utah. Do wszystkich służb rozesłano komunikat o poszukiwanym samochodzie – bladozielonym chevrolecie impala kombi, rocznik 1974, z tablicami stanu Utah.

Zabójstwa nosiły znamiona mordu rytualnego i przyciągnęły uwagę mediów oraz opinii publicznej. Następnego dnia sprawa stała się głównym tematem wiadomości w całym stanie. W czwartek 26 lipca na pierwszej stronie „Salt Lake Tribune” ukazał się niniejszy artykuł:

TRWAJĄ ZAKROJONE NA WIELKĄ SKALĘ POSZUKIWANIA PODEJRZANYCH O MORDERSTWO W AMERICAN FORK

Mike Gorrell, Ann Shields, korespondentka „Tribune”

AMERICAN FORK. Służby policyjne w Utah i sąsiednich stanach od środy szukają byłego członka rady miejskiej w Highland w hrabstwie Utah, fundamentalisty religijnego, podejrzewanego o zamordowanie we wtorek szwagierki i jej piętnastomiesięcznego dziecka.

Ronald Watson Lafferty, 42 lata, adres nieznany, jest oskarżany o zabicie z premedytacją Brendy Wright Lafferty, 24 lata, oraz jej córki Eriki Lane […].

Policja z American Fork jak dotąd nie ustaliła motywu zbrodni i odmawia komentarzy na temat pogłosek, jakoby sprawca, ekskomunikowany członek Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, był powiązany z fundamentalistycznymi sektami religijnymi praktykującymi poligamię oraz jakoby fakt ten miał związek z morderstwami […].

Sąsiedzi ofiar wyrazili niedowierzanie, że „coś podobnego” mog­ło wydarzyć się w ich okolicy.

„Każdy jest w szoku, że w American Fork, w porządnym mieście, doszło do czegoś takiego. Ludzie mówią, że dotąd nie zamykali drzwi na klucz, ale od tej pory będą ostrożniejsi”, powiedział jeden z mieszkańców, choć zastrzegł, by nie ujawniać jego nazwiska.

Ken Beck, biskup lokalnej jednostki LDS[1], do której uczęszczali Allen i Brenda Lafferty, nazwał ich „zwykłą, sympatyczną parą”, zaangażowaną w sprawy kościelne.

Pod spodem, również na stronie tytułowej, widniał następujący tekst:

Podejrzany „bardzo się zmienił”, relacjonują sąsiedzi

Korespondencja specjalna dla „Tribune”

AMERICAN FORK. Człowiek stanowczy i zasadniczy, niegdyś aktywny mormon i konserwatywny republikanin, później ekskomunikowany fundamentalista – tak sąsiedzi zapamiętali Ronalda Watsona Lafferty’ego. […]

Lafferty był członkiem pierwszej rady Highland, odkąd w 1977 roku ta położona na północy hrabstwa Utah miejscowość uzyskała prawa miejskie. Przeprowadził skuteczną kampanię na rzecz zakazu sprzedaży piwa w jedynym lokalnym sklepie spożywczym – podróżni udający się do American Fork Canyon nadal nie mogą nabyć tam alkoholu.

„Pamiętam go sprzed dwóch lat, taki zwykły Amerykanin, zawsze schludnie ubrany, nawet rano, zaraz po wydojeniu krowy”, wspomina sąsiad zajmujący obecnie wraz z rodziną działkę, na której mieszkał Lafferty, i hodujący tam konie, kozy i kury.

W zeszłym roku Lafferty rozwiódł się po wielu latach małżeństwa. Diana Lafferty, nazywana przez wielu „podporą tutejszej mormońskiej wspólnoty”, krótko po Bożym Narodzeniu wyprowadziła się wraz z szóstką dzieci i wyjechała z Utah. Od tej pory Lafferty’ego nie widziano w okolicy.

Sąsiedzi mówią, że rozwód był skutkiem różnic zdań w kwestiach religii i polityki.

„On mówił, że zamierza walczyć o sprawiedliwość, bez względu na konsekwencje”, wspomina sąsiad.

Zdaniem przyjaciół Lafferty zmienił przekonania polityczne – albo też przeszedł ewolucję i przeistoczył się z konserwatywnego republikanina w fundamentalistę. Zaczął wierzyć w konieczność powrotu do „słusznych praw”, w ścisły konstytucjonalizm oraz absolutny prymat „prawa boskiego”.

„Powtarzał, że trzeba ocalić konstytucję i kraj”, mówi wielo­letni przyjaciel Lafferty’ego. „Stało się to dla niego religijną obsesją”.

Detektywi przesłuchali całe rodzeństwo Allena, do którego zdołali dotrzeć, oraz jego matkę i licznych przyjaciół. Na pierwszej stronie sobotniego wydania dziennik ujawniał, że policja ma już hipotezę na temat motywu stojącego za brutalną zbrodnią.

CZY DWA MORDERSTWA TO SKUTEK RELIGIJNEGO OBJAWIENIA? TRZY OSOBY OSKARŻANE O ZABICIE MATKI I NIEMOWLĘCIA

Ann Shields, korespondentka „Tribune”

AMERICAN FORK. Dwóm mężczyznom postawiono w piątek zarzuty zabójstwa pierwszego stopnia w związku z zamordowaniem 24 lipca w American Fork kobiety oraz jej piętnastomiesięcznej córeczki. Policja ujawnia, że morderstwa mogły być następstwem religijnego „objawienia”.

Podejrzani to Dan Lafferty, wiek nieznany, zamieszkały w Salem, ubiegający się wcześniej o stanowisko szeryfa w hrabstwie Utah i szwagier ofiary, oraz Richard M. Knapp, lat 24, wcześniej zamieszkały w Wichita w stanie Kansas.

Brat Dana Lafferty’ego, Ronald Lafferty, lat 42, zamieszkały w Highland w hrabstwie Utah, usłyszał w środę zarzut podwójnego morderstwa pierwszego stopnia. […]

Komendant miejscowej policji Randy Johnson […] ujawnił w piątek, że śledztwo wykazało, iż „Ron mógł doznać objawienia, w którym Bóg nakazał popełnić mu tę zbrodnię. Jeśli spisane objawienie rzeczywiście istnieje, stanowi kluczowy dowód w sprawie”. Johnson zaapelował, by osoby mające informacje na temat tego dokumentu skontaktowały się z policją w American Fork lub z FBI. […]

Zdaniem Johnsona poszukiwani są najprawdopodobniej uzbrojeni i niebezpieczni. W razie prób zatrzymania przez funkcjonariuszy służb policyjnych mogą stawiać opór. […]

Sąsiedzi i znajomi podejrzanych uważają, że Ron Lafferty miał powiązania z fundamentalistyczną sektą religijną, być może poligamiczną, co pozwala spekulować, że morderstwa stanowiły rezultat rodzinnego konfliktu na tle religijnym.

30 lipca zdezelowany chevrolet impala należący do Rona został zauważony w Cheyenne w stanie Wyoming. Stał zaparkowany na podjeździe przed jednym z domów. Policjanci weszli do budynku i co prawda nie znaleźli tam braci Lafferty, ale zatrzymali Richarda „Ricky’ego” Knappa i Chipa Carnesa, dwóch włóczęgów, którzy tego lata podróżowali razem z Danem i Ronem. Informacje uzyskane od Knappa i Carnesa zaprowadziły śledczych do Reno w Nevadzie, gdzie 7 sierpnia w kasynie Circus Circus aresztowano poszukiwanych braci.

Oczekując na rozpoczęcie procesu, Dan i Ron zaczęli prowadzić zza krat mało przekonującą kampanię medialną: zapewniali opinię publiczną o swojej niewinności. Ron twierdził, że zarzuty zostały sfabrykowane, a Kościół mormoński, który „kontroluje cały stan Utah”, nie dopuści do uczciwego procesu. Przyznał, że uważa „wielożeństwo” za słuszne i sprawiedliwe, nigdy go jednak nie praktykował ani nie należał do żadnej sekty poligamistów. Kocha natomiast Kościół mormoński, aczkolwiek – powtarzał – obecne kierownictwo LDS zbłądziło i porzuciło święte zasady, ­głoszone przez Josepha Smitha, pierwszego mormońskiego proroka.

Cztery dni później Dan Lafferty wystosował pisemne oświadczenie do mediów, według którego on i jego brat byli „niewinni wszelkich przestępstw, które się nam zarzuca”, natomiast „bliski jest czas, kiedy Bóg wskaże prawdziwych sprawców”.

29 grudnia, pięć dni przed planowanym rozpoczęciem procesu w Provo, porucznik Jerry Scott, naczelnik więzienia hrabstwa Utah, zabrał Dana z celi, by zadać mu kilka pytań. Kiedy Dan wrócił, znalazł starszego brata powieszonego na kołku na ręczniki. Ron był nieprzytomny i nie oddychał. Pętlę zrobił z T-shirtu.

– Nacisnąłem guzik interkomu i zawołałem, żeby zaraz tu przyszli – opowiada Dan. Natychmiast zjawił się porucznik Scott; nie wyczuł u Rona pulsu. On i jego dwaj zastępcy zaczęli masaż serca i sztuczne oddychanie. Bez skutku – gdy na miejsce przybyli ratownicy medyczni, więzień (jak wspomina Scott) „wydawał się martwy”.

Mimo że był pozbawiony tlenu przez mniej więcej kwadrans, ratownicy zdołali w końcu przywrócić akcję serca. Ron został podłączony do respiratora na oddziale intensywnej terapii w Utah Valley Regional Medical Center. Przez dwa dni był w śpiączce, potem odzyskał świadomość. Dan przypisuje to zdumiewające ozdrowienie boskiej interwencji. Bracia mieli pojawić się w sądzie razem, trzy dni później, ale sędzia J. Robert Bullock nakazał, by Dan sądzony był osobno, zgodnie z harmonogramem. Proces Rona odroczono do czasu jego powrotu do zdrowia i zakończenia pogłębionych badań psychiatrycznych, mających na celu ustalenie, czy nie doznał trwałych uszkodzeń mózgu.

Sąd przydzielił Danowi dwóch obrońców, on jednak uparł się, że sam będzie swoim adwokatem – obrońcom powierzył wyłącznie rolę doradczą. Proces trwał pięć dni. Po tym czasie ława przysięgłych udała się na naradę i dziewięć godzin później uznała, że Dan jest winny podwójnego morderstwa z premedytacją. Podczas następnego posiedzenia, na którym miała zapaść decyzja o wyroku, Dan doradził przysięgłym: „Na waszym miejscu domagałbym się kary śmierci”. Zadeklarował też, że nie będzie się od tego wyroku odwoływał.

– Sędzia spanikował, jak to usłyszał – mówi Dan. – Pomyślał, że najwyraźniej chcę umrzeć, więc przestrzegł przysięgłych, by nie głosowali za egzekucją wyłącznie z powodu mojego pragnienia śmierci. A tymczasem mnie po prostu zależało, żeby podjęli decyzję zgodnie ze swoimi sumieniami. Jeśli uważają, że zasługuję na najwyższy wymiar kary, niech to powiedzą i się nie przejmują ani nie czują winy. Skoro w imię Boże byłem gotów odebrać życie, to powinienem być też gotów swoje życie Bogu oddać. Jeśli Bóg pragnie mojej egzekucji, ja to zaakceptuję.

Przysięgli nie podjęli jednogłośnej decyzji: dziesięcioro opowiedziało się za karą śmierci, dwoje było przeciw. Zdaniem przewodniczącego ławy przysięgłych (który nie mógł pogodzić się z faktem, że Dan uniknął egzekucji) Dan zmanipulował jedną z ławniczek, „utrzymując z nią kontakt wzrokowy, uśmiechając się do niej i wykorzystując inne charyzmatyczne komunikaty niewerbalne oraz techniki psychoseksualnego uwodzenia”. Rzekomo z tego powodu kobieta zignorowała materiał dowodowy, a także instrukcje sędziego.

Dan zresztą mówi: „Trochę mnie rozczarowało, że nie zostałem stracony”.

Sędzia Bullock, ogłaszając wyrok, nie krył pogardy. „Skazany lekce sobie waży ludzkie prawa, którym zawdzięcza życie”, mówił. Obrzydzenie zaraz wzięło górę. „Jestem sędzią od dwunastu lat i nigdy nie orzekałem w sprawie zbrodni tak okrutnej, ohydnej i bezsensownej jak morderstwo Brendy i Eriki Lafferty. Nigdy też nie stanął przed moim obliczem podsądny, który okazałby równie mało skruchy”. Reprymenda ta wyszła z ust twardego i doświadczonego człowieka: w roku 1976 przewodniczył w słynnym, historycznym procesie Gary’ego Marka Gilmore’a, zabójcy dwóch młodych mormonów[2]. Następnie sędzia Bullock ogłosił, że ława przysięgłych nie podjęła decyzji o karze śmierci, po czym ponownie zwrócił się bezpośrednio do Dana. „Dopilnuję, żebyś każdą minutę życia spędził za kratami więzienia stanowego Utah”. Decyzją Bullocka Dan został skazany na podwójne dożywocie.

Proces Rona ruszył niecałe cztery miesiące później, w kwietniu 1985 roku, kiedy armia psychiatrów i psychologów uznała, że nie ma do tego przeciwwskazań. Obrońcy z urzędu chcieli zmienić kwalifikację czynu i przekonać sąd, że Ron jest chory psychicznie, Lafferty jednak kategorycznie zaprotestował. „To wyglądałoby na przyznanie się do winy” – oświadczył sędziemu Bullockowi. – Nie zamierzam tego robić”.

Ron został skazany za morderstwo pierwszego stopnia. Tym razem ława przysięgłych nie miała żadnych rozterek. Orzeczono karę śmierci: zastrzyk albo cztery kule w serce. Ron wybrał drugi wariant.

15 stycznia roku 1985, zaraz po ogłoszeniu wyroku Dan Lafferty został przewieziony do więzienia stanowego w Point of the Mountain nieopodal Draper. Funkcjonariusz służby więziennej obciął mu włosy i zgolił bokobrody. Minęło siedemnaście lat i przez ten czas Dan ani razu nie użył nożyczek ani brzytwy. Spięta gumkami bujna siwa broda sięga mu teraz prawie do pasa. Białe włosy kołyszą się za plecami, kontrastując z pomarańczowym więziennym kombinezonem. Dan skończył pięćdziesiąt cztery lata, w kącikach oczu ma zmarszczki, a jednak w jego wyglądzie dostrzega się coś chłopięcego. Skórę ma tak bladą, że niemal przezroczystą.

Kiepski tatuaż przedstawiający pajęczynę rozchodzi się od lewego łokcia Dana i oplata wewnętrzną stronę ręki. Nierówne linie w kolorze indygo przypominają kratownicę. Dan ma skute dłonie, a na stopach kajdany, przypięte do stalowego pierścienia w betonowej podłodze. Nosi tanie gumowe klapki. Jest człowiekiem solidnej postury i wesoło nazywa oddział o zaostrzonym rygorze swoim „klasztorem”.

Każdego ranka o szóstej trzydzieści sygnał pobudki biegnie przez więzienne korytarze. Potem następuje liczenie osadzonych. Drzwi do celi Dana pozostają zamknięte przez dwadzieścia godzin na dobę. Zresztą Dan mówi, że w celi spędza prawie cały czas.

– Wychodzę tylko po to, żeby wziąć prysznic albo wydawać jedzenie: pracuję w stołówce. Nie utrzymuję kontaktów z innymi. Jeśli jest taka możliwość, zostaję u siebie. Pełno tu dupków. Nakręcają się, przeżywają jakieś małe dramaty i kończy się tym, że musisz komuś przyjebać, a wtedy klawisze odbierają ci wszystkie przywileje. Ja mam za dużo do stracenia. Na ten moment jest mi całkiem wygodnie. Drugi gość w mojej celi jest w porządku, nie chcę go zamieniać.

„Gość z celi”, współwięzień, to Mark Hofmann, niegdyś gorliwy mormon, który stracił wiarę podczas pobytu na misji w Wielkiej Brytanii, ale po powrocie do Utah nadal udawał wzorowego członka Kościoła Jezusa Chrystusa. Niedługo później odkrył u siebie znakomity talent fałszerski i zaczął produkować lipne (i znakomicie wykonane) dokumenty historyczne, które następnie sprzedawał kolekcjonerom za duże pieniądze. W październiku 1985 roku, kiedy wyglądało, że ta nielegalna działalność niedługo wyjdzie na jaw, przeprowadził serię zamachów terrorystycznych z użyciem rurobomb, aby odwrócić uwagę śledczych. Zabił przy tym dwóch przypadkowych mormonów[3]. Wiele fałszywek Hofmanna miało na celu ośmieszenie Josepha Smitha oraz świętej historii Kościoła Jezusa Chrystusa. Kościół, przekonany o ich autentyczności, kupił od Hofmanna ponad czterysta dokumentów po to, by ukryć je przed opinią publiczną.

Mimo że obecnie Hofmann otwarcie deklaruje swoją pogardę dla religii (a zwłaszcza mormonizmu), nie wpływa to na jego przyjaźń z Danem Laffertym, który z dumą przedstawia się jako żarliwy wyznawca.

– Towarzysz z celi nie podziela moich wierzeń – przyznaje Dan. – Ale nasze serca i tak łączy wyjątkowa braterska więź.

Przed wyrokiem i przez pierwsze dziesięć lat odsiadki Dan utrzymywał, że jest niewinny. Kiedy aresztowano go w Reno w sierpniu 1984 roku, powiedział policjantom: „Sądzicie, że popełniłem morderstwo – mylicie się”. Obecnie nadal nie przyznaje się do zbrodni, lecz, paradoksalnie, nie zaprzecza, że zabił Brendę i Ericę. Na pytanie, jak te dwa ewidentnie sprzeczne fakty mogą być równocześnie prawdziwe, odpowiada: „Postępowałem zgodnie z boską wolą, co nie może być przestępstwem”.

Rekonstrukcja wydarzeń z 24 lipca 1984 roku przychodzi Lafferty’emu bez trudu. Mówi, że wczesnym popołudniem wraz z Ronem i dwoma włóczęgami, z którymi podróżowali, Rickym Knappem i Chipem Carnesem, zajechali do American Fork, dwadzieścia minut drogi szosą międzystanową od więzienia, gdzie teraz przebywa, przed ceglany bliźniak Allena, swojego najmłodszego brata. Piętnastomiesięczna Erica stała w łóżeczku i uśmiechała się do Dana.

– Mówiłem do niej przez minutę – wspomina Lafferty. – Powiedziałem: „Nie jestem do końca pewien, o co chodzi, ale najwyraźniej Bóg pragnie, żebyś opuściła ten świat. Może jeszcze kiedyś o tym porozmawiamy”. – A potem zabił dziewczynkę dwudziestopięciocentymetrowym nożem do filetowania mięsa.

Następnie spokojnie przeszedł do kuchni i tym samym nożem zamordował matkę dziecka. Teraz, siedemnaście lat później, utrzymuje – nadzwyczaj przekonująco – że nigdy nie odczuwał żalu ani wstydu z powodu swojego czynu.

Dan, podobnie jak jego starszy brat Ron, był wychowywany na pobożnego mormona.

– Zawsze interesował mnie Bóg i Królestwo Boże – mówi. – Od małego nie istniał dla mnie ważniejszy temat. – Dan jest przekonany, że zabijał na rozkaz Boga. – Pan objawił Ronowi, że trzeba usunąć Brendę, Ericę i jeszcze parę osób. Mnie powierzył to zadanie. Cały czas czułem, jak gdyby ktoś łagodnie prowadził mnie za rękę. Czego Bóg pragnie, tak się stanie. Nie można obrażać Boga odmową wykonania Jego woli.

Zabójstwo Brendy i Eriki szokuje z wielu powodów, ale brak skruchy Dana Lafferty’ego robi szczególne wrażenie. Jak to możliwe, że człowiek z pozoru zdrowy psychicznie, nazywający się pobożnym chrześcijaninem, w okrutny sposób, a zarazem całkowicie beznamiętnie zabił niewinną kobietę oraz jej dziecko? Skąd brało się jego przekonanie, że zbrodnia jest usprawiedliwiona? Aby odpowiedzieć na te pytania, musimy zapuścić się w mroczne rejony serca i umysłu, gdzie rodzi się wiara w Boga – irracjonalny pogląd, który nieliczni fanatycy doprowadzają do skrajności.

Często ignoruje się lub neguje ciemne aspekty wiary. Nie istnieje chyba jednak potężniejsza od religii siła, która motywowałaby do zachowań okrutnych i nieludzkich (czy też, posługując się okreś­leniem z wokabularza wierzących, do czynienia zła). Kiedy pada hasło „przemoc na tle religijnym”, wielu Amerykanów odruchowo myśli o islamskim fundamentalizmie – fakt mało zaskakujący po atakach na Nowy Jork i Waszyngton z 11 września – ale najokrutniejszych zbrodni w imię Boże dopuszczali się ludzie wszystkich wyznań, odkąd tylko pojawiła się idea boskości. Mahomet nie jest jedynym prorokiem, którego słowa wykorzystywano do usprawiedliwiania barbarzyństwa: historia zna pełno chrześcijan, żydów, hinduistów, sikhów, buddystów, a nawet rodowitych Amerykanów, którzy w świętych księgach znaleźli wezwanie do mordowania niewinnych.

Przemocy na tle religijnym nie wymyślił Osama bin Laden i nie zniknie ona z jego śmiercią. W każdej epoce wielu jest fanatyków w rodzaju bin Ladena, Davida Koresha, Jima Jonesa, Shoko Asahary[4] lub Dana Lafferty’ego. Zresztą, fanatyzm znajduje różne wcielenia. Niezależnie od tego, o jakim rodzaju ludzkiej działalności mówimy, zawsze znajdzie się drobny ułamek osób skłonnych poświęcić się tej działalności z bezwzględnym oddaniem i obsesyjną pasją, aż do zatracenia, skłonnych poświęcić życie na doskonalenie talentu fortepianowego lub wspinaczkę na Mount Everest.

Ekstremista może kierować się motywacją zewnętrzną, czyli obietnicą ostatecznej nagrody – sławy, bogactwa, zbawienia – ale prawdziwej gratyfikacji dostarcza bodaj sama obsesja. Dotyczy to zarówno fanatyków religijnych, jak i pianistów czy himalaistów. Żarliwość pozwala fanatykowi znaleźć w życiu sens – a nawet nadmiar sensu. Traci się wówczas z oczu wszystko, co niejednoznaczne. Narcystyczna pewność siebie wypiera wszelkie wątpliwości. Serce zaczyna szybciej bić od rozkosznego gniewu, dla którego paliwem są grzechy i ułomności zwykłych śmiertelników, kalających świat tylko przez to, że w ogóle istnieją. Perspektywa coraz bardziej się zawęża, aż w końcu fanatyk zupełnie traci zmysł proporcji. Zupełny brak umiarkowania pozwala mu zaznać stanu podobnego do ekstazy.

Jednostki podatne na upajającą moc ekstremizmu zdarzają się we wszystkich grupach społecznych, na szczególne ryzyko narażeni są jednak ci, którzy zostali wychowani w wierze religijnej lub mają ku wierze skłonności. Wiara stanowi przeciwieństwo rozumu; wyrzeczenie się racjonalności to istota każdego doświadczenia duchowego. Kiedy zaś fanatyzm religijny zajmuje miejsce racjonalnego wnioskowania, przestają obowiązywać jakiekolwiek reguły. Wszystko może się wydarzyć. Naprawdę wszystko. Zdrowy rozsądek nie ma szans w starciu ze słowem Bożym – czego doskonałym przykładem są czyny Dana Lafferty’ego.

Książka ta ma za cel rzucić nieco światła na Dana i jemu podobnych. Choć nie jest to zadanie łatwe, podjąwszy się go, nie tylko lepiej poznamy korzenie przemocy, lecz także, co może nawet ważniejsze, dowiemy się więcej o naturze wiary.

CZĘŚĆ I

Schizmy stanowiły dla Kościoła mormonów o wiele poważniejsze zagrożenie niż ataki z zewnątrz. Przychodziły jedna po drugiej i, paradoksalnie, świadczą o sile Kościoła oraz o tym, jak poważnie wyznawcy i heretycy traktowali kwestię swojego zbawienia. Gotowi byli zaryzykować duszę w sprawach doktrynalnych, które niewiele by obeszły członków następnych pokoleń.

William Mulder, A. Russell Mortensen, Among the Mormons

1

Miasto świętych

Bo wy jesteście ludem poświęconym Panu, Bogu swemu: was wybrał Pan, byście się stali ludem będącym Jego wyłączną własnością spośród wszystkich narodów, które są na ziemi.

Księga Powtórzonego Prawa, 14:2

I stanie się, że Ja, Pan Bóg, ześlę jednego potężnego i silnego, dzierżącego berło mocy w swej ręce, odzianego w światłość niczym okrycie, którego usta wymówią słowa, słowa wieczne; podczas gdy wnętrzności Jego będą źródłem prawdy, aby uporządkować dom Boży.

Nauki i Przymierza, rozdział 85, 7. Objawienie dane prorokowi Josephowi Smithowi 27 listopada 1832 roku

W ostrym słońcu Utah anioł Moroni balansuje na najwyższej iglicy Świątyni Salt Lake i dzierżąc w dłoni złocistą trąbę, przygląda się swemu miastu. Świątynia, ogromny granitowy gmach, jest duchowym centrum Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, odpowiednikiem Watykanu lub Al-Kaby w Mekce. Według ostatnich szacunków mormonizm to najszybciej rozwijająca się religia na zachodniej półkuli. Wyznaje go już ponad jedenaście milionów ludzi (to więcej niż w przypadku judaizmu). W Stanach Zjednoczonych jest obecnie więcej mormonów niż prezbiterian czy członków Kościołów episkopalnych. Niektórzy badacze twierdzą, że mormonizm wkrótce dołączy do grona głównych globalnych wyznań, które to grono nie powiększyło się od narodzin islamu.

W budynku sąsiadującym ze świątynią trzysta dwadzieścia pięć głosów Mormońskiego Chóru Tabernakulum wypełnia ogromną salę potężnymi, natrętnymi dźwiękami Hymnu Bojowego Republiki. „Widziały moje oczy, jak nadchodzi w chwale Pan” – popisowy numer zespołu rozbrzmiewa donośnie.

Ten doskonale harmonijny chór posłużyć może za ilustrację obiegowych stereotypów na temat mormonów. Cnotliwość, optymizm, otwartość, posłuszeństwo. Kiedy Dan Lafferty cytuje mormońskie święte księgi, by usprawiedliwić morderstwo, wydaje się to niedorzeczne, wręcz surrealistyczne.

Kościołem zarządza grupa starszawych białych mężczyzn w ciemnych garniturach, którzy urzędują w dwudziestosześciopiętrowym budynku przy placu Świątynnym[5]. Każdy z nich powie stanowczo, że Lafferty’ego w żadnym wypadku nie można nazywać mormonem. Religia, którą wyznawał i która pchnęła go do zabójstwa szwagierki i bratanicy, to mormonizm fundamentalistyczny. Rządzący LDS wzdrygają się, kiedy ktoś wymieni mormonizm i fundamentalistyczny mormonizm w jednym zdaniu. W roku 1998, w programie Larry King Live, osiemdziesięcioośmioletni wówczas Gordon B. Hinckley, prezydent Kościoła, powtarzał: „Ci ludzie nie są z nami w żaden sposób powiązani. Nie należą do naszego Kościoła. W ogóle nie można mówić tu o mormońskich fundamentalistach”.

Niemniej zarówno mormoni, jak i mormońscy fundamentaliści odwołują się do tych samych świętych ksiąg i tej samej świętej historii. Jedni i drudzy wierzą, że Joseph Smith, który stworzył mormonizm w roku 1830, odegrał zasadniczą rolę w boskim planie, był prawdziwym prorokiem i postacią równie ważną co Mojżesz lub Izajasz. Mormoni i mormońscy fundamentaliści utrzymują, że oni i tylko oni są ulubionymi dziećmi Boga, „szczególną [Jego] własnością pośród wszystkich narodów”. Różnią się natomiast w jednej, bardzo drażliwej kwestii: otóż w odróżnieniu od współczesnych świętych (jak niekiedy określa się mormonów) fundamentaliści są absolutnie przekonani, że ich obowiązkiem jest wielożeństwo, a poligamię praktykują z przyczyn religijnych.

Liczba fundamentalistów praktykujących poligamię w Kanadzie, Meksyku i na zachodzie Stanów Zjednoczonych wynosi ponad trzydzieści tysięcy. Niektórzy eksperci szacują, że może przekraczać nawet sto tysięcy. Nawet jeśli ta ostatnia rachuba jest trafna, stanowiłoby to mniej niż jeden procent wszystkich członków Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. A jednak dla przywódców Kościoła poligamiczna brać jest solą w oku. Starają się zamknąć „poligonów” na poddaszu, z dala od ludzkich spojrzeń, lecz fundamentaliści się wymykają i wywołują publicznie dzikie sceny.

Krótka i burzliwa historia religii mormońskiej to dla Kościoła LDS nieprzyjemny temat. Najwięcej zaś kłopotów budzi kwestia wielożeństwa. Kierownictwo LDS pracowało ciężko, by przekonać własnych wyznawców i amerykańską opinię publiczną, że poligamia była mało ważnym, dawno zarzuconym dziwactwem, praktykowanym przez garstkę mormonów w XIX wieku. W broszurach, które żarliwi młodzi misjonarze rozdają na placu Świątynnym, nie znajdziemy żadnej wzmianki, że Joseph Smith – postać dla mormonów po dziś dzień centralna – poślubił co najmniej trzydzieści trzy kobiety. Nie dowiemy się także, iż najmłodsza liczyła sobie zaledwie czternaście lat, a Joseph oświadczył jej, że musi zgodzić się na małżeństwo, bo w przeciwnym razie czeka ją wieczne potępienie.

Poligamia stanowiła niezwykle ważne przykazanie Kościoła. Zostało ono zapisane w rozdziale 132 Nauk i Przymierzy, jednego ze świętych pism mormonizmu[6]. Czcigodny prorok nazwał wielożeństwo „najświętszym i najważniejszym przykazaniem danym człowiekowi” i utrzymywał, że mężczyzna musi mieć przynajmniej trzy żony, by w niebie osiągnąć „pełnię wyniesienia”. Bóg oświadczył: „Wszyscy ci, którym ujawniono to prawo, muszą go przestrzegać […] i jeżeli nie zachowasz tego przymierza, potępiony będziesz; bowiem nikt nie może odrzucić tego ­przymierza i otrzymać pozwolenie [sic] wstąpienia do mojej chwały”.

Joseph zginął w roku 1844 w Illinois, zamordowany przez wrogi tłum. Władzę w Kościele objął Brigham Young, który przywiódł świętych do Wielkiej Kotliny. Tam, w jałowej, dzikiej krainie, mormoni zbudowali swoje imperium i nie zważając na nic, praktykowali przykazanie o „małżeństwie duchowym”. Fakt ten szokował i rozpalał wyobraźnię ówczesnych Amerykanów, uważających poligamię za praktykę równie okrutną co niewolnictwo[7]. W roku 1856 John C. Frémont, republikański kandydat na prezydenta, próbował pozyskać głosy jej przeciwników, przyrzekając w kampanii, że „zniesie na całym terytorium te dwa barbarzyńskie przeżytki – niewolnictwo i poligamię”. Wybory co prawda przegrał, ale rok później jego zwycięski rywal James Buchanan posłał do Utah wojsko, by strącić Brighama Younga z tronu.

Konflikt ten, nazywany wojną w Utah, nie zakończył się jednak odsunięciem Brighama od władzy. Nie udało się też – ku irytacji kilku następnych prezydentów USA – wykorzenić poligamii. Rząd zaczął więc podejmować kolejne działania legislacyjne i prawne, aż wreszcie w roku 1887 przyjęto ustawę Edmundsa–Tuckera. Rozwiązywała ona Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich; cały jego majątek – łącznie ponad pięćdziesiąt tysięcy dolarów – miał zostać skonfiskowany przez państwo. Święci znaleźli się pod ścianą. Nie mieli wyboru, musieli wyrzec się poligamii. Przywódcy Kościoła publicznie ogłosili w 1890 roku, że wielożeństwo zostaje zakazane. Po cichu jednak wysłali mormońskich osadników do Meksyku i Kanady, powierzając im misję założenia tam wspólnot poligamicznych. Ponadto niektórzy członkowie władz LDS w tajemnicy nadal brali kolejne żony i odprawiali ceremonie ślubne; proceder ten trwał przez wiele lat jeszcze w XX wieku.

Początkowo konieczność rezygnacji z wielożeństwa napawała przywódców LDS wstrętem. Z czasem jednak kierownictwo Kościoła przyjęło bardziej pragmatyczną postawę. Z poligamią zaczęto na dobre walczyć; zwracano się nawet do amerykańskich agencji rządowych, by prowadziły dochodzenia i postępowania przeciwko poligamistom. Ta zmiana w polityce kościelnej odegrała ogromną rolę w dziejach mormonizmu. LDS zawdzięcza jej swoje dzisiejsze oszałamiające sukcesy. Odkąd mormoni wyrzekli się wielożeństwa, przestali uchodzić za sektę wariatów. Ich wyznanie upodobniło się do innych na tyle skutecznie, że mormonizm traktowany jest obecnie jako religia z gruntu amerykańska.

Jednak mormońscy fundamentaliści twierdzą, że cena za wejście do mainstreamu była zbyt wysoka. Ich zdaniem przywódcy Kościoła skapitulowali przed rządem Stanów Zjednoczonych i zawarli kompromis nie do zaakceptowania: sprzedali własnych wiernych i z politycznych pobudek porzucili jedno z najważniejszych przykazań. Współcześni poligamiści uważają się więc za prawdziwych wyznawców i prawdziwych świętych. Utrzymują, że LDS zszedł na złą drogę, odkąd przestał przestrzegać nakazów zapisanych w rozdziale 132. Dlatego fundamentalistyczni prorocy grzmią z ambon, że dzisiejszy Kościół to „najpodlejsza ladacznica pod słońcem”.

Wśród mormońskich fundamentalistów rozdział 132 Nauk i Przymierzy jest chyba najczęściej cytowanym fragmentem świętych pism. Drugie miejsce zajmuje najpewniej rozdział 85, w którym Josephowi Smithowi zostało objawione, co następuje: „I stanie się, że Ja, Pan Bóg, ześlę jednego potężnego i silnego […] aby uporządkować dom Boży”. Wielu fundamentalistów uważa, że „jeden potężny i silny” zstąpił już między nich, „dzierżąc berło mocy w swej ręce”, i że wkrótce poprowadzi mormoński Kościół z powrotem na właściwą drogę, głosząc „najświętsze i najważniejsze przykazanie” Josepha.

2

Short Creek

W Ameryce narodziło się tak wiele dziwacznych i ekstremistycznych doktryn religijnych, że w zasadzie trudno określać je mianem marginesu. Margines zakłada istnienie jakiegoś głównego nurtu, a jeśli przyjrzeć się liczbom, trzon amerykańskiej religijności nie zmienił się od czasów kolonialnych: wciąż stanowi go skrajny ewangelikalizm z silnym aspektem milenarystycznym. Temat zbliżającego się dnia sądu od zawsze odgrywał ważną rolę w amerykańskiej myśli religijnej. Zawsze trafiali się wyznawcy, którzy pragnęli uciec przed gniewem Bożym, odciąć się od Ir-Haheres, nawet za cenę konfliktu z prawem lub własną rodziną czy społecznością. […] W historii Ameryki znajdujemy mnóstwo separatystycznych grup idących za głosem samozwańczych proroków. Odrzucały one konwencjonalne praktyki w kwestii własności, seksual­ności i życia rodzinnego. Trzymały się na uboczu, jak choćby szejkersi, wspólnoty Ephrata, Oneida czy Amana, wyznawcy Josepha Smitha i Brighama Younga.

Philip Jenkins, Mystics and Messiahs

Wielki Kanion, kolosalny, długi na czterysta czterdzieści sześć kilometrów wąwóz, wije się przez Arizonę, służąc za potężną granicę naturalną, która odcina północno-zachodnią część stanu, znaną jako Arizona Strip. Dorównuje ona wielkością New Jersey, choć biegnie tamtędy tylko jedna szosa, a gęstość zaludnienia należy do najniższych na całym terytorium czterdziestu ośmiu stanów kontynentalnych.

Populacja największego miasta, Colorado City, liczy około pięciu tysięcy osób i jest kilkakrotnie wyższa niż którejkolwiek z pozostałych miejscowości w okolicy. Kierowcy podróżujący na zachód drogą stanową 389 przez spalone słońcem jałowe pustkowia płaskowyżu Uinkaret dziwią się, kiedy pięćdziesiąt kilometrów za Fredonią (populacja tysiąc trzydzieści sześć osób, drugie co do wielkości miasto Arizona Strip) nagle znikąd wyłania się Colorado City, bezładne skupisko osobliwie przerośniętych domów i małych firm, leżące u podnóża góry z cynobrowego piaskowca, zwanej górą Canaan. Ogromna większość mieszkańców to mormońscy fundamentaliści, którzy osiedlili się na tym skrawku pustyni, gdyż pragnęli w spokoju praktykować świętą doktrynę wielożeństwa, bez ingerencji ze strony rządu i Kościoła LDS.

Colorado City, położone na granicy stanów Utah i Arizona, to miasto co najmniej trzech sekt mormońskich, w tym tej największej: Fundamentalistycznego Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich (Fundamentalist Church of Jesus Christ of Latter-Day Saints, FLDS), znanego szerzej pod nazwą United Effort Plan (UEP). Wierni muszą podporządkować się przykazaniom dziewięćdziesięciodwuletniego starca, proroka (a niegdyś księgowego) nazwiskiem Rulon T. Jeffs[8]. „Wuj Rulon” – jak mówią na niego wyznawcy – uważa się za kolejne ogniwo w łańcuchu proroków powołanych przez Pana, od samego Josepha Smitha począwszy. Mieszkańcy Colorado City wierzą, że mimo wątłej postury Wuj Rulon to „jeden potężny i silny”, którego nadejście przepowiadał Joseph w 1832 roku.

– Wielu jest przekonanych, że Wuj Rulon będzie żył wiecznie – mówi DeLoy Bateman, czterdziestoośmioletni nauczyciel przedmiotów ścisłych w Colorado City High School.

DeLoy jest potomkiem najważniejszych członków sekty. Jego prapradziadek i pradziadek znaleźli się w gronie trzynastu założycieli Fundamentalistycznego Kościoła Mormońskiego. Przyszywany dziadek LeRoy Johnson był prorokiem, bezpośrednim poprzednikiem Wuja Rulona. DeLoy siedzi teraz za kierownicą swojego chevroleta, mocno używanego vana, toczącego się po ubitej drodze na obrzeżach miasta. Z tyłu jedzie jego żona i ośmioro z siedemnaściorga dzieci. Nagle DeLoy hamuje i zjeżdża na pobocze.

– O, mamy tu coś interesującego – mówi, przyglądając się zdezelowanej antenie satelitarnej, która wala się za bylicą rosnącą nieopodal drogi. – Wygląda na to, że ktoś musiał się pozbyć telewizora. Wywiózł go z miasta i tu wywalił.

Wyznawcy, tłumaczy DeLoy, mają zakaz oglądania telewizji oraz czytania gazet.

– Ale starczy ludziom czegoś zabronić, a od razu nabierają na to ochoty. Wymykają się więc do St. George albo Cedar City, kupują anteny satelitarne, umieszczają je w takim miejscu, żeby nie rzucały się w oczy, i każdą wolną chwilę spędzają przed telewizorem. Aż którejś niedzieli Wuj Rulon wygłasza kazanie o tym, jak zła jest telewizja. Mówi, że dokładnie wie, kto ma antenę, i że dusze tych ludzi są w niebezpieczeństwie. Za każdym razem sporo anten takich jak ta tutaj ląduje potem na pustyni. Przez dwa, może trzy lata w mieście nie będzie telewizorów. Później stopniowo zacznie ich przybywać, aż do następnego kazania. Wszyscy starają się żyć cnotliwie, ale w końcu są tylko ludźmi.

Przykład ten pokazuje, że Colorado City przypomina Kabul pod rządami talibów. Słowo Wuja Rulona ma moc prawa. Burmistrz i wszyscy pracownicy miasta muszą mu się podporządkowywać; to samo dotyczy policjantów i dyrektorów szkół. A także zwierząt. Po tym jak dwa lata temu rottweiler zagryzł w okolicy dziecko, ukazał się edykt zakazujący trzymania psów w granicach miasta. Wszystkie psy zostały więc wyłapane przez specjalny oddział młodych chłopaków, zapędzone nad rzekę i zastrzelone.

Wuj Rulon – jak się szacuje – poślubił około siedemdziesięciu pięciu kobiet i spłodził przynajmniej sześćdziesięcioro pięcioro dzieci. Będąc już po osiemdziesiątce, brał za żony czternasto- i piętnastoletnie dziewczynki. W swoich kazaniach często podkreśla konieczność absolutnego podporządkowania. „Pragnę wam dziś powiedzieć, że największą wolność daje służba – nauczał. – Gorliwe posłuszeństwo rodzi wiarę doskonałą”. Jak większość proroków FLDS, odwołuje się do płomiennych elaboratów Josepha Smitha i Brighama Younga. Chętnie przypomina przestrogi Brighama, że są grzechy, dla których wprost brak słów – na przykład homoseksualizm lub obcowanie płciowe z osobą czarnoskórą – a karą za nie będzie „natychmiastowa śmierć, zgodnie z prawem boskim”.

Poligamia jest zakazana i w Utah, i w Arizonie. Mężczyźni z Colorado City obchodzą ten zakaz, biorąc formalny ślub tylko z pierwszą żoną – wszystkie kolejne są im „poślubione duchowo”. Ceremonie odprawia Wuj Rulon. Kobiety te, z punktu widzenia prawa, mają status samotnych matek. Jest to nader korzystne, dzięki temu bowiem ogromne rodziny zamieszkujące Colorado City są uprawnione do zasiłków i innych świadczeń socjalnych. Wuj Rulon i jego wyznawcy uważają co prawda Stany Zjednoczone za wielkiego szatana, który pragnie zniszczyć ich Kościół i wspólnotę, niemniej co roku dostają z publicznej kasy ponad sześć milionów dolarów. Okręg szkolny Colorado City otrzymuje od państwa ponad cztery miliony. Zdaniem gazety „Phoenix New Times” trafiają one „przede wszystkim do Kościoła FLDS i kieszeni urzędników odpowiedzialnych za oświatę, związanych z Kościołem”. Dziennikarz John Dougherty ustalił, że administracja szkolna „przywłaszczyła sobie tysiące dolarów, płacąc służbowymi kartami kredytowymi za osobiste wydatki. Kupują drogie samochody, sporo wydają na podróże. W grudniu 2002 roku z pieniędzy okręgu szkolnego nabyto samolot Cessna 210 za kwotę dwustu dwudziestu tysięcy dolarów, rzekomo po to, by ułatwić przedstawicielom administracji podróże służbowe do innych miast w Arizonie”.

Colorado City dostało ponadto milion dziewięćset tysięcy dolarów od Departamentu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast na poprawę stanu chodników, wodociągów i lokalnej straży pożarnej. Zaraz za południową granicą miasta rząd zbudował lotnisko za dwa miliony osiemset tysięcy dolarów – korzystają z niego prawie wyłącznie członkowie fundamentalistycznej sekty. W roku 2002 siedemdziesiąt osiem procent obywateli Colorado City mieszkających po stronie należącej do Arizony otrzymywało bony żywnościowe. Ogółem miasto dostaje osiem razy więcej, niż płaci w ramach podatków. Dla porównania: w pozostałej części hrabstwa Mohave w Arizonie jest to tylko dwa razy więcej.

– Wuj Rulon potrafi wyjaśnić, dlaczego otrzymujemy całe to wsparcie od naszego straszliwego rządu: mówi, że w rzeczywistości pieniądze pochodzą od Boga – tłumaczy DeLoy Bateman. – Niby że Bóg manipuluje systemem, by zadbać o swój wybrany lud.

Fundamentaliści uważają defraudowanie publicznych funduszy za słuszne i sprawiedliwe. Czekają, aż „bestia się wykrwawi”.

Wuj Rulon i jego wyznawcy twierdzą, że świat powstał siedem tysięcy lat temu. Nie wierzą, że człowiek stanął na Księżycu (filmy z lądowania Apollo 11 na Srebrnym Globie to rzekoma fabrykacja amerykańskiego rządu). Nie mają prawa oglądać telewizji, czytać gazet ani utrzymywać kontaktów z osobami spoza FLDS, a zwłaszcza z apostatami.

Tak się składa, że do apostatów należy też DeLoy. Wraz ze swoją ogromną rodziną mieszka w domu o powierzchni tysiąca pięciuset metrów kwadratowych (typowy amerykański dom z trzema sypialniami jest pięć razy mniejszy). Zbudował go sam, w centrum miasta. Brat DeLoya, David, mieszka w równie potężnym domu zaraz za płotem.

– Mój brat i ja – mówi DeLoy, wskazując podbródkiem w tamtą stronę – jesteśmy ze sobą bliżej niż ktokolwiek. Kiedy byliśmy mali, nasz ojciec został inwalidą, toteż David i ja musieliśmy wychowywać siebie nawzajem. Ale teraz jemu nie wolno się ze mną kontaktować, bo nie należę już do Kościoła. Jeśli jego żona przyłapie nas na rozmowie, odejdzie i zabierze wszystkie dzieci. Wuj Rulon zaraz ożeni ją z jakimś innym mężczyzną, a David zostanie, jak to mówią miejscowi, „eunuchem”, człowiekiem, który co prawda może być wyznawcą, ale któremu odebrano rodzinę. To samo powinno było spotkać mnie, kiedy opuściłem Dzieło.

Dawniej DeLoy należał do porządnych i poważanych członków Kościoła. Nigdy nie tknął alkoholu ani kawy, nie zapalił papierosa, nie przeklinał. Był gorliwy i posłuszny, nie sprawiał kłopotów. Aż nagle, w 1996 roku, krewni jego drugiej żony zaczęli rozsiewać na jego temat obelżywe plotki. Dotarły one do uszu proroka i w rezultacie, jak z żalem opowiada DeLoy, „Wuj Rulon wezwał mnie do siebie i oznajmił, że krążą różne oskarżenia pod moim adresem”.

– Potwornie się gniewał. Wpadł w taki szał, że dosłownie aż się zapluwał i trząsł. W takich sytuacjach należy powiedzieć: „Przepraszam, żem cię uraził. Powiedz, proszę, cóż mam teraz czynić”. Ale tamtego dnia zupełnie nie mogłem się na to zdobyć. Słowa nie chciały przejść mi przez gardło. W tym, o co mnie oskarżał, nie było ani odrobiny prawdy. Nachyliłem się więc do niego, nasze twarze dzieliło dosłownie kilka centymetrów, i bardzo spokojnym, łagodnym głosem powiedziałem: „Wuju Rulonie, wszystko, co mówisz, to kłamstwo, całkowite kłamstwo”. Był w takim szoku, że aż go wbiło w fotel. Nigdy nikt się tak wobec niego nie zachował.

Dopiero po powrocie do domu DeLoy zrozumiał, jak nieprawdopodobną rzecz uczynił.

– Wuj Rulon nieustannie rozmawiał z Bogiem. Cała jego mądrość i wiedza miały rzekomo pochodzić od Boga. A ja w jednej chwili zrozumiałem, że gdyby tak było, zdawałby sobie sprawę, że jego oskarżenia to zupełne brednie. Właśnie wtedy zdecydowałem się opuścić Kościół, chociaż miałem świadomość, że oznacza to koniec mojego dotychczasowego życia.

W najbliższą niedzielę DeLoy nie pojawił się na cotygodniowym spotkaniu kapłanów. Wuj Rulon natychmiast wysłał do jego domu swoich ludzi, żeby zabrali żony i dzieci DeLoya. Według zasad panujących w UEP żony nie należą do mężów, a dzieci do rodziców – są własnością kapłanów i w każdej chwili mogą zostać odebrane krewnym. Wuj Rulon zadekretował, że żony i potomstwo DeLoya natychmiast powinny trafić do innego, godniejszego mężczyzny.

Żadna z dwóch żon DeLoya nie zgodziła się go jednak opuścić. Wuj Rulon nie posiadał się ze zdumienia.

– Kapłani są o wiele ważniejsi niż rodzina czy cokolwiek innego – tłumaczy DeLoy. – A tu moje żony sprzeciwiły się woli Wuja Rulona i zostały ze mną, choć wiedziały, że pójdą za to do piekła. Rzecz zupełnie niesłychana.

W ten sposób obie kobiety i wszystkie dzieci – z wyjątkiem trójki najstarszych – zostały apostatami.

W Colorado City wiernym wpaja się, że apostaci są gorsi od innowierców, a nawet od mormonów głównego nurtu[9]. 16 lipca 2000 roku biskup Warren Jeffs (syn Wuja Rulona, szykowany do przejęcia władzy w Kościele) oświadczył, że apostata „to najczarniejsza istota na świecie”, gdyż „odwraca się od Kościoła i od siebie samego, a prowadzi go nowy pan: Lucyfer. […] Apostaci są narzędziem Szatana”.

Po tym jak DeLoy odszedł z FLDS, jego krewnym zakazano utrzymywania z nim, jego żonami i dziećmi wszelkich kontaktów. Mimo że sam wybudował i spłacił swój dom, UEP ma wszystkie grunty na terenie miasta, również działkę DeLoya, toteż Wuj Rulon i UEP wystąpili na drogę prawną, by przejąć nieruchomość. Obecnie starają się wyeksmitować DeLoya z Colorado City.

To nie przypadek, że Colorado City leży z dala od innych miast. W trzeciej dekadzie XX wieku kilka rodów wyznających fundamentalistyczny mormonizm osiedliło się tu, by swobodnie praktykować najświętsze przykazanie Josepha Smitha, i nazwało ją Short Creek. W latach pięćdziesiątych populacja przekraczała już czterysta osób. Fakt ten niepokoił rząd oraz władze Kościoła LDS w Salt Lake City, toteż gubernator Arizony Howard Pyle postanowił rozprawić się z poligamistami (skądinąd przy wsparciu finansowym świętych)[10]. 26 lipca 1953 roku (osiem miesięcy przed przyjściem na świat DeLoya Batemana) setka funkcjonariuszy policji stanowej, czterdziestu zastępców szeryfa z hrabstwa oraz dziesiątki ochotników Gwardii Narodowej Arizony urządzili przed świtem obławę w Short Creek i aresztowali sto dwadzieścia dwie osoby praktykujące poligamię. Wśród zatrzymanych znalazł się także ojciec DeLoya. Dwieście sześćdziesięcioro troje dzieci wywieziono do oddalonego o ponad sześćset kilometrów Kingman w Arizonie i umieszczono w sierocińcach.

Gubernator Pyle wygłosił długie, starannie przygotowane oświadczenie. Mówił o „niesłychanie ważnej operacji policyjnej przeciwko siłom antyrządowym na terenie Arizony”.

Przywódcy tego ruchu, gwałcącego nasze prawa, otwarcie i z całą bezczelnością grali na nosie urzędnikom hrabstwa Mohave w przekonaniu, że stan Arizona nie może im nic zrobić.

Schronili się, jak wiecie, na trudno dostępnym terenie, na północy naszego stanu […], w regionie znanym pod nazwą „Arizona Strip” za Wielkim Kanionem.

To kraina płaskowyżów, nieprzebytych lasów, głębokich wąwozów i przepaści oraz jałowej ziemi o intensywnej barwie […], wciśnięta między Wielki Kanion a wyżynne terytorium Utah.

Najkrótsza droga z Short Creek do Kingman, siedziby hrabstwa Mohave, liczy czterysta mil […].

Na północ od niewielkiej głównej ulicy Short Creek wznoszą się potężne skały, stanowiące naturalną barierę. Od wschodu i zachodu mamy ogromne połacie suchej, jałowej ziemi. Dalej ciągną się lasy. Na południu granicę stanowi Wielki Kanion.

Właśnie w tym najbardziej odciętym od świata zakątku Arizony zawiązał się i w przerażającym tempie rozkwitł ohydny spisek. Cała społeczność przyjęła spaczoną filozofię, wedle której garstka chciwych i chutliwych mężczyzn ma sprawować pełną władzę nad wszystkimi mieszkańcami.

Oto społeczność – w której wiele kobiet stanęło niestety po stronie mężczyzn – uparcie wyznająca parszywe przekonanie, jakoby dziewczynki u progu dojrzewania należało oddawać w niewolę poligamii i przeznaczać na żony dla nierzadko znacznie starszych mężczyzn oraz zmuszać do rodzenia dzieci, stanowiących jedyny „majątek” tej bandyckiej szajki.

Dzień po obławie gazeta „Deseret News”, organ Kościoła LDS, pisała w artykule redakcyjnym: „Utah i Arizona mają duży dług wdzięczności u gubernatora Howarda Pyle’a. […] Liczymy, że przykre zjawiska zachodzące w Short Creek wypleniono raz na zawsze”.

Sprawa trafiła również do prasy krajowej, nawet na pierwszą stronę „New York Timesa”, obok artykułu poświęconego zawieszeniu broni kończącemu wojnę koreańską. Jednak ku rozpaczy przywódców LDS większość gazet przedstawiała poligamistów w korzystnym świetle. Zdjęcia płaczących dzieci wyrywanych matkom z objęć wzbudziły powszechne współczucie dla fundamentalistów, którzy tymczasem powtarzali, że są porządnymi mormonami, przestrzegają prawa i domagają się swobód gwarantowanych im przez konstytucję.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

PRZYPISY

[1] Po angielsku Kościół mormoński nosi nazwę The Church of Jesus Christ of Latter-day Saints, czyli Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich; stąd używany czasem skrót LDS (przyp. tłum.; przypisy pochodzą od autora, chyba że zaznaczono inaczej).

[2] Gary Gilmore to postać symboliczna, pierwszy człowiek stracony w Stanach Zjednoczonych po przeszło dziesięcioletniej przerwie w stosowaniu kary śmierci. Opowiadają o nim: pamiętna książka jego brata Mikala Gilmore’a Strzał w serce oraz Pieśń kata Normana Mailera, nagrodzona Pulitzerem. Sędzia J. Robert Bullock nie był jedyną postacią, która przewinęła się zarówno przez proces Gilmore’a, jak i przez proces Lafferty’ego: Mike Esplin, adwokat przydzielony Gilmore’owi, reprezentował później braci Lafferty. Prokuratorem w obu procesach był Noall T. Wootton, prokurator okręgowy hrabstwa Utah.

[3] Działalność przestępcza Marka Hofmanna została opisana przez Roberta Lindseya w znakomitej książce A Gathering of Saints oraz przez Lindę Sillitoe i Allena Robertsa w Salamander.

[4] Asahara to charyzmatyczny przywódca i „papież” japońskiej sekty Aum Shinrikyō (Najwyższa Prawda), odpowiedzialnej za przeprowadzenie w roku 1995 zbrodniczego ataku w tokijskim metrze przy użyciu sarinu. Zasady religijne Aum Shinrikyō to mieszanka buddyzmu, hinduizmu i chrześcijaństwa. W momencie ataku na metro liczbę członków sekty na całym świecie szacowano na czterdzieści tysięcy – teraz zostało ich około tysiąca. Ekspert do spraw terroryzmu Kyle B. Olson twierdzi, że zwolennicy Asahary nadal „spotykają się w domach osób związanych z Aum i za pomocą dziwacznych elektronicznych kasków próbują zsynchronizować swoje fale mózgowe z falami mózgowymi przywódcy”, przebywającego obecnie w więzieniu.

[5] Na szczycie hierarchii stoi prezydent Kościoła, prorok, który przekazuje wiernym komunikaty pochodzące od Boga. Prezydent powołuje dwóch zaufanych apostołów na stanowiska doradców. We trzech tworzą oni Radę Prezydenta Kościoła. Szczebel niżej mamy Kworum Dwunastu Apostołów. Kościołem rządzi więc w sumie piętnaście osób (a ściślej piętnastu mężczyzn; kobiety nie mogą piastować ważnych stanowisk), dysponujących władzą absolutną. Ich kadencje są dożywotnie. Kiedy prezydent umiera, jego następcą zostaje członek Kworum Dwunastu Apostołów o ­najdłuższym ­stażu – dlatego prorocy są z reguły ludźmi w bardzo podeszłym ­wieku.

[6] Mormoni stworzyli trzy własne pisma święte: Księgę Mormona, Nauki i Przymierza oraz Perłę Wielkiej Wartości.

[7] W tamtej epoce więcej Amerykanów sprzeciwiało się zapewne poligamii niż niewolnictwu. Niewolnictwo miało wszak rzesze zwolenników na Południu, poligamia natomiast nie była akceptowana nigdzie poza terytorium Utah.

[8] Część miasta znajdująca się na terenie Arizony nosi oficjalną nazwę Colorado City. Część leżąca na terenie Utah to z kolei Hildale. Natomiast starzy mieszkańcy posługują się nazwą Short Creek, która obowiązywała, póki w 1962 roku Short Creek nie uzyskało praw miejskich. United Effort Plan to nazwa funduszu, w którego posiadaniu znajduje się majątek Kościoła, między innymi prawie cała ziemia w mieście.

[9] W specyficznym nazewnictwie, którym posługują się mormoni oraz mormońscy fundamentaliści, tych, którzy nie przyjęli nauk Josepha Smitha, okreś­la się jako „ludzi innych narodów”, czyli Gentiles. W potocznej angielszczyźnie słowo to oznacza gojów, ale dla mormonów do Gentiles zaliczają się również Żydzi. Tych, którzy zerwali z wiarą, określa się mianem apostatów, niepraktykujący mormon zaś to Jack Mormon.

[10] Gubernator Pyle mówił później o całej akcji: „Wszystkie kroki, które poczyniliśmy, konsultowano z Radą Dwunastu [czyli z Kworum Dwunastu Apostołów, zarządzającym LDS]. Rada przez cały czas z nami współpracowała i w stu procentach popierała nasze działania”.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl,

magda.jobko@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

W Serii Amerykańskiej ukaże się m.in.:

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Już w księgarniach:

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia.

Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów
David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu