Commando - Jarosław Rybak

Commando

Nieznana historia 62. Kompanii Specjalnej Wojska Polskiego

5,0

Z bohaterami tej książki można się zgadzać lub nie, podziwiać ich lub stukać się w czoło, gdy opowiadają o historiach z wojska. Jedno jest pewne – takiej jednostki już nigdy nie będzie. Po misjach w Iraku i Afganistanie statystyczny współczesny żołnierz ma zdecydowanie większe doświadczenie bojowe niż ludzie z „62.”. Mimo to warto poznać tych komandosów oraz specyficzną atmosferę maleńkiej jednostki, jaką była 62. Kompania Specjalna. Po 20 latach od rozwiązania formacji nadal łączą ich męskie przyjaźnie. Nadal chcą robić coś dla wojska.

Dodaj komentarz


Bardzo dobra książka dla kogoś kto chciałby się dowidzieć czegoś o początkach jednostek specjalnych w powojennej Polsce.

Szczerze polecam.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Commando

Jarosław Rybak

Commando

Nieznana historia 62. Kompanii Specjalnej Wojska Polskiego

Wydanie drugie, poprawione i uzupełnione
Creatio PR
62. Kompania Specjalna Wojska Polskiego

Autor składa podziękowanie osobom, które udostępniły materiały zdjęciowe. Fotografie pochodzą z archiwów: Andrzeja Cyborowskiego, Piotra Czyszczonia, Bogdana Fiałkowskiego, Norberta Gonciarza, GRH Commando, Zygmunta Hołowińskiego, Władysława Jandeczki, Krzysztofa Kani, Andrzeja Kobzdy, Mieczysława Kopacza, Arkadiusza Kupsa (combat56.pl), Zdzisława Krawczyka, Jana Kuska, Mieczysława Kwarciaka, Mirosława Michałowskiego, Franciszka Morawskiego (dzięki uprzejmości Departamentu Prasowo-Informacyjnego MON), Edwarda Mroczka, Leszka Pituli, Rajmunda Prusa, Jarosława Rybaka, Marcina Skowrona, Tomasza Skrzypińskiego, Marka Sobczyka, Marka Stachowskiego, Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy 62. Kompanii Specjalnej Commando, Zygmunta Tarasewicza, Wojciecha Trochy, Mirosława Zientarzewskiego, Edwarda Ziobry, Andrzeja Żdana oraz innych osób związanych z polskimi siłami specjalnymi.

Autor starał się dochować szczególnej staranności w celu ustalenia wytwórców materiałów fotograficznych. Dlatego Czytelnicy posiadający informacje o takich osobach – niewymienionych w powyższym podziękowaniu – proszeni są o kontakt z wydawnictwem.

Bez pisemnej zgody wydawcy żadna część tej książki nie może być powielana i rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny, łącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innego systemu).

Wykorzystanie informacji zawartych w niniejszej książce (włącznie z publikacjami w internecie) wymaga podania źródła!

Podstawa prawna: Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. 1994 nr 24, poz. 83): „Art. 115. 1. Kto przywłaszcza sobie autorstwo albo wprowadza w błąd co do autorstwa całości lub części cudzego utworu albo artystycznego wykonania, podlega karze pozbawienia wolności do lat 2, ograniczenia wolności albo grzywny.”

Projekt okładki: Dariusz Łęczycki

Redakcja: Maria Mogielnicka

Copyright © Jarosław Rybak

Warszawa 2017-07-01

Wydanie drugie, poprawione i uzupełnione

Wydawnictwo CreatioPR

www.creatiopr.pl

biuro@creatiopr.pl

ISBN 978-83-932658-1-7

Konwersja do formatu EPUB/MOBI: Koobe Sp. z o.o. właściciel księgarni ŚwiatEbooków.pl
ŚwiatEbookow.pl

Od autora

Z bohaterami tej książki można się zgadzać lub nie, podziwiać ich lub stukać się w czoło, gdy opowiadają o historiach z wojska. Jedno jest pewne – takiej jednostki już nigdy nie będzie. Po misjach w Iraku i Afganistanie statystyczny współczesny żołnierz ma zdecydowanie większe doświadczenie bojowe niż ludzie z „62.”. Mimo to warto poznać tych komandosów oraz specyficzną atmosferę maleńkiej jednostki, jaką była 62. Kompania Specjalna. Po 20 latach od rozwiązania formacji nadal łączą ich męskie przyjaźnie. Nadal chcą robić coś dla wojska.

Ta książka nigdy by nie powstała, gdyby nie grupa życzliwych ludzi. W pierwszej kolejności muszę wymienić płk. dypl. Sławomira Drumowicza, który służbę wojskową zaczynał w Bolesławcu. To on, podstępnie wywoławszy mnie do wystąpienia podczas 49. rocznicy powstania jednostki, wymusił deklarację, że złoty jubileusz połączymy z promocją drugiego, poprawionego i uzupełnionego wydania książki.

Pomocą służyli Bogdan Fiałkowski i Jan Kusek. Serdecznie dziękuję ludziom, którzy podzielili się wspomnieniami. Przy gromadzeniu materiałów z czasów II wojny światowej bardzo pomocny był Przemysław Kapturski z Grupy Rekonstrukcji Historycznej 1. Samodzielnej Kompanii Commando ze Swarzędza.

Nie mógłbym też nie wspomnieć o Asi, która nie tylko dzieliła się uwagami redaktorskimi, ale także dzielnie znosiła czas, który poświęcałem pisaniu, a nie budowie relacji w tzw. podstawowej komórce społecznej.

Jarosław Rybak

Warszawa, lipiec 2017 r.

Nóż 62 KS

Cios w brzuch

25 października 1974 r. młodziutki Janek Kusek stanął przed bramą koszar w Bolesławcu. Do wojska poszedł na ochotnika. Bardzo chciał być żołnierzem, najlepiej w jakiejś jednostce gwarantującej fajne szkolenie. Gdy więc dostał „bilet” do niewielkiej jednostki w Bolesławcu, bardzo się ucieszył. Żołnierze nosili czerwone berety. Takie same, jak spadochroniarze ze słynnej 6. Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej z Krakowa. To elita elit ówczesnej armii. Janek wiedział, że nie będzie służył w byle czołgach czy zwykłej piechocie.

Przy bramie podoficer dyżurny zapytał: – Wiesz, gdzie trafiłeś?

– Do desantu! – z radością odpowiedział Kusek. I w tym momencie dostał potężny cios w brzuch. Takiego powitania się nie spodziewał. Zgiął się wpół, zabrakło mu tchu.

– Zapamiętaj: do specjalnej – odpowiedział dyżurny.

Janek szybko zrozumiał, że lekko nie będzie. Nie pomylił się.

– Sprowadzono nas do poziomu listew podłogowych i potem z tego rzeźbiono zwiadowcę. Szybko nastąpiła weryfikacja romantycznej, wyidealizowanej opinii o komandosach. Ale wiedziałem, że w czasie szkolenia podstawowego, „unitarki” ze 120 facetów wybiorą 30 i postanowiłem znaleźć się wśród nich – wspomina Jan Kusek.

Przez pierwszy rok służby był nikim. – Taką w kompanii mieliśmy filozofię szkolenia. Doprowadzić człowieka do skrajnego wyczerpania, żeby odpadli słabi. Ja nigdy nie pomyślałem o zmianie jednostki. W pierwszym roku służby bardzo ciężko, w drugim – lżej. Najgorzej, jak siedzieliśmy w koszarach. Gdy po skończonej służbie kadra wychodziła do domów, po południu władzę przejmowali „starzy” i oficer dyżurny. Nie było najbardziej fantazyjnego zadania, którego nie moglibyśmy wykonać. Wtedy byłem wściekły, choć nie mogłem tego dać poznać po sobie. Dzisiaj wiem, że nie było innego sposobu, by z takich cieplarnianych młodzieńców zrobić prawdziwych żołnierzy jednostki specjalnej.

Podoficer krzyczał, że schody zostały zaminowane, i, biegnąc na zbiórkę, żołnierze wyskakiwali przez okna. Młodym adeptom, nazywanym „kotami”, co jakiś czas zarządzano „dzień Zatopka”. Emil Zatopek był słynnym czeskim biegaczem. Cztery razy zdobywał złote medale na olimpiadach, a 18 razy bił rekordy świata. Znany był z powodu niezwykle „cierpiącej” miny podczas biegów.

– W czasie „dnia Zatopka” wszystko należało wykonywać biegiem. Nawet stojąc na zbiórce, dreptaliśmy w miejscu. Ci, którzy nas szkolili, nigdy nie słyszeli o Cichociemnych czy 1. Kompanii Commando, ale stosowali te same metody. W czasie II wojny światowej kandydatom na komandosów też zabraniano używać drzwi. Mogli wchodzić do budynków tylko przez okna i to na wysokości co najmniej pierwszego piętra. Też mieli okresy szkoleń, w których biegali bez przerwy.

St. sierż. Jan Kusek jest jedną z najbarwniejszych postaci 62. Kompanii Specjalnej. W wojsku był do jesieni 1982, kiedy go z armii wyrzucono z hukiem. Służył w jednostce, która w czasie wojny Układu Warszawskiego z NATO miała zdobywać Europę Zachodnią. Po latach jego jednostka przejęła tradycje oddziału Commando, który komuniści na kilka dekad wymazali z historii Wojska Polskiego. W czasie stanu wojennego, gdy bolesławieckich komandosów używano do demonstrowania siły i stawiano naprzeciw protestujących robotników, Jan Kusek organizował podziemną Solidarność. Namierzony przez kontrwywiad i milicję, został dyscyplinarnie zwolniony z wojska, przez kilka lat dotkliwie go represjonowano.

Historia Jana Kuska pokazuje, jak różnie układały się żołnierskie losy w ostatnich kilkudziesięciu latach. Warto spojrzeć na nie oczami bohaterów tamtych wydarzeń.

Zanim jednak poznamy bolesławieckich komandosów, warto przypomnieć, skąd wzięła się kompania Commando.

Nóż 62 KS

Horror, czyli „fala”

O takim „biciu” marzył każdy młody żołnierz. Po pierwszym skoku nowicjusz dostawał bolesnego klapsa. Ale dzięki temu stawał się członkiem braci spadochroniarskiej.

Obecnie w naszej armii jednostka taka, jak 62. Kompania nie przetrwałaby miesiąca. Ze względu na specyfikę szkolenia połączoną z ułańską fantazją żołnierzy zostałaby „rozstrzelana” po wspólnej akcji dziennikarzy pokazujących „tyranów w mundurach” i nadgorliwych prokuratorów wojskowych pilnujących przestrzegania regulaminów.

Trzeba jednak pamiętać, że w tamtych czasach nie istniało coś, co dziś nazywamy selekcją do elitarnych jednostek wojskowych. W „kamasze”, czyli do obowiązkowej zasadniczej służby wojskowej, brano praktycznie każdego młodego mężczyznę. Obowiązywała zasada, że „sztuka jest sztuka”. Liczyło się, żeby w jednostce była określona liczba ludzi. Ich predyspozycje były mniej ważne.

W latach 70. co roku do kompanii kierowano po kilkudziesięciu młodych mężczyzn. Większość z nich nie miała pojęcia, gdzie przyjdzie im służyć. Spora część nie chciała w ogóle iść do wojska. Z takich ludzi kadra kompanii w ciągu kilkunastu miesięcy musiała wyrzeźbić komandosów.

Nowo wcieleni trafiali do miejsca, które wywoływało szok. Wycisk, jaki dostawali, dziś byłby uznany za straszną „falę”. Żołnierze tłumaczą jednak, że jest różnica między „falą” – czyli zwyczajnym znęcaniem się fizycznym i psychicznym – a ostrym szkoleniem. Im bardziej jest ono realistyczne i brutalne, tym większe szanse, że grupie specjalnej uda się przeżyć na wojnie.

Grudzień 1973 r., defilada przed najbliższymi po przysiędze wojskowej.

– W czasie szkolenia unitarnego w każdej dwunastoosobowej sali żołnierskiej był litrowy słoik z jakąś maścią do smarowania otarć i odparzeń, które powstawały na stopach przy dopasowywaniu ich do butów. Starczał średnio na tydzień. Na takie problemy nie było zwolnienia, a niektórzy spore otarcia mieli nawet przez kilka miesięcy – opowiada st. szer. Adam Gumiela, który służbę zasadniczą odbywał w latach 1970–1972.

Poborowy Wojciech Mazurkiewicz przyszedł do kompanii na ochotnika. W wojsku chciał służyć w „porządnej jednostce”. Liczył, że uda mu się załatwić przydział do „czerwonych beretów”. Dlatego ucieszył się, gdy w połowie 1976 r. dostał skierowanie na obóz spadochronowy do Krosna. To była kuźnia kadr dla jedynej w Polsce dywizji spadochronowej. W ciągu dwóch tygodni młodzi ochotnicy przechodzili tam podstawowe przeszkolenie spadochronowe i trzy razy skakali. W Krośnie prowadzono pierwszy przesiew kandydatów. W czasie obozu odpadli ci, dla których skok w kilometrową przepaść był ponad siły. W połowie października 1976 r. Wojciech Mazurkiewicz dostał bilet do Bolesławca. Tak poborowi nazywali dokument, z którym meldowali się w koszarach. – Wiedziałem, że to desant, jednostka spadochronowa. Że specjalna, dowiedziałem się na miejscu – wspomina.

Szkolenie ocenia krótko: – W dupę trzeba było dostać, bo przecież byliśmy zwiadem armii. Przygotowywaliśmy się na pierwszy rzut w czasie wojny. Duży nacisk kładziono na pływanie, bieganie i strzelanie. Nie rozliczano nas skrupulatnie z łusek, ale je zbieraliśmy. Kto nie wystrzelał normy, ze strzelnicy do koszar wracał przez las czołganiem w masce przeciwgazowej. To mobilizowało – kontynuuje.

Poborowy Mirosław Michałowski został skierowany do Bolesławca sześć lat wcześniej, w 1970. Jak dla zdecydowanej większości żołnierzy, pierwszy rok był dla niego horrorem.

– Ze trzy razy płakałem. W myślach naiwnie powtarzałem: dlaczego mnie mama urodziła chłopcem? Ale nie ze względu na „falę”. Bo tę znosiłem dzielnie. Najgorsze były marsze – opowiada. Zasobnik ważył 35 kg, do tego trzeba doliczyć broń. A maszerowali z Bolesławca do Żar, czy Polskiej Nowej Wsi. Po jakimś czasie 30 km to był spacer.

– Kadra była świetnie wysportowana. Strasznie dawali nam w kość na zaprawach. Żdan na sztandze wyciskał 100 kg, biegał razem z nami.

W kompanii nie było stanowiska, na którym można się zadekować. Przekonał się o tym Jerzy Tokarski, który służył w niej w pierwszej połowie lat 70. Z zawodu był rzeźnikiem, więc miał być kucharzem. A w wojsku wiadomo. Trzeba trzymać się jak najbliżej kuchni i jak najdalej od szefa. Więc praca w kuchni wyglądała na niezłą fuchę.

– Tymczasem szkoliliśmy się jak wszyscy inni żołnierze, tylko między zajęciami maszerowaliśmy do kuchni. Skakali wszyscy: i kucharze, i lekarze – wspomina st. szer. Tokarski. Ten kucharz w ciągu dwóch lat służby wykonał 34 skoki spadochronowe.

– Ale podstawa to było dobre wykonanie strzelania. Jak ktoś nie wykonał normy, to do jednostki wracał czołganiem, albo z tarczami w rękach biegał wokół wracających. Gdy ktoś nie trafił w tarcze, prowadzący strzelanie nawet nie musiał nic mówić. Wykonał tylko charakterystyczny gest i pechowiec z rozbiegu, w mundurze skakał w pobliskie bagno – kontynuuje.

Zdzisław Soliński, w kompanii znany jako „Szopen”, służył razem z Jerzym Tokarskim.

– Chciałem być kierowcą. Ja kochałem ciężkie wozy! Ale na poborze mi powiedzieli, żebym sobie wybrał kurs płetwonurka lub spadochronowy. No chyba, że oddam honorowo krew, to pójdę na kierowcę. Ale wtedy naszą krew wysyłano dla partyzantów do Kambodży i Wietnamu. A ja nie chciałem, żeby politycy handlowali moją krwią!

Sęk w tym, że w cywilu kurs kierowcy samochodów ciężarowych kosztował trzy jego pensje. Więc Soliński zgodził się na szkolenie spadochronowe pod warunkiem, że wyślą go też na kurs kierowców. I podpisał zgodę na służbę w wojskach powietrznodesantowych. Na dwa tygodnie trafił do Krosna. Potem znowu czekała go komisja wojskowa.

– Zapytali, gdzie chcę iść: do Krakowa, Dziwnowa czy Bolesławca? Było mi obojętne. Dostałem bilet do Bolesławca. Miałem zostać kierowcą-saperem. Pytałem kolegów, ale nikt nie wiedział, co to za jednostka o numerze 4355A wypisanym na bilecie. Spokojny przyszedłem do koszar.

– Pierwsze popołudnie i noc była spokojna. Zaczęło się od pobudki. Ciągle towarzyszył nam ryk wydających komendy. Cały czas zastanawiałem się, dlaczego ludzie w tym samym wieku tak się zachowują? Po pewnym czasie ułożyła mi się pewna prawidłowość. Ci z najlepszymi wynikami w szkoleniu byli koleżeńscy, pomagali nam młodym. Najbardziej wrzaskliwi i chamscy byli ludzie mający słabe wyniki. Oni nas najbardziej upokarzali – mówi Zdzisław Soliński.

Dla żołnierzy służby zasadniczej miarka krawiecka była ważnym symbolem. Pod koniec służby każdy centymetrowy odcinek oznaczał dzień w wojsku. Odcinali go po obiedzie. Wrzucając do talerza, powtarzali „Obiad zjedzony, dzień zaliczony”.

Wychowany był w rodzinie o konserwatywnych wartościach. Brat dziadka dwa lata służył w Legionach Piłsudskiego. Wujek między 1943 a 1947 r. działał w konspiracji. W PRL przesiedział 15 lat w więzieniach. Brat matki walczył w kampanii francuskiej w 1940 r. W rodzinie Solińskich wszyscy wiedzieli, że mężczyzna musi iść do wojska.

– Miałem poglądy prawicowe, ale byłem pacyfistą. Do dziś noszę długie włosy. Ceniłem wolność. Ale musiałem iść w kamasze. I tak ja – spokojny, w miarę inteligentny 20-latek – spotkałem się z niesamowitym chamstwem i poniżeniem. W koszarach spotykały się różne charaktery. Byli porządni ludzie, ale zdarzali się pijacy, złodzieje.

Pierwszy rok był dla niego koszmarem. Był „kotem”, czyli nikim! Chodził brudny i śmierdzący. – Strzygli nas na łyso. Uważałem, że w ten sposób człowiek traci godność. Włosy powoli odrastały. Ale były tłuste i swędziały. Ciągle się drapałem. Ktoś powiedział, że wyglądam jak Szopen po koncercie i tak zostało – wyjaśnia swoją ksywkę.

W innych jednostkach wcielenia młodych żołnierzy prowadzono co sześć miesięcy. Przez taki okres pozostawało się „kotem”. W Bolesławcu wcielenie odbywało się co rok. Więc katorga trwała dwa razy dłużej.

– Trzeba było być bardzo odpornym psychicznie, żeby to przeżyć. Po pływaniu w jeziorze kazali nam wykręcać mokre mundury i zakładać. Wysychały na nas. A była już późna jesień. Niektórym zdarzało się płakać po kątach, ale tak, żeby inni nie widzieli – przekonuje „Szopen”.

Zdzisław Soliński, podobnie jak wielu innych żołnierzy, podkreśla, że nie działał żaden system naboru do jednostki specjalnej. Jeden z wcielonych miał platfusa. Inny trafił do wojska z krzywą nogą. Zwolniono go po przysiędze.

– Nie wybierano inteligentnych wyczynowców, „sztuka” się liczyła. Czasem trafiali się najnormalniejsi sadyści. Ale ci się teraz na corocznych spotkaniach kompanii nie pokazują. Bardzo odcierpiałem przez ten rok. Ale z perspektywy widzę, że taka selekcja była potrzebna. Zostawali najtwardsi. A nasza sytuacja zmieniała się w drugim roku służby. Było ciężko, ale bez gnębienia – wspomina „Szopen”.

Jeszcze jako „kot” powiedział sobie, że nigdy nie będzie gnoił „młodych”. Odwrotnie – pomagał im przetrwać najtrudniejsze miesiące. Starał się robić wszystko, żeby podpadali najwięksi zwolennicy „fali”.

– Zależało mi, żeby dostawali w kość. Ja chciałem być normalnym żołnierzem, który wykonuje swoje zadania, szkoli się, nie dokucza innym, nie gnębi, chciałem wyeliminować „falę” – przekonuje Zdzisław Soliński.

Luty 1986 r., marsz na bytowanie w górach. Nic tak dobrze nie integrowało ludzi, jak ekstremalne warunki służby.

1984 r., trening walki wręcz nadzoruje mł. chor. Tomasz Skiwniewski. To był doskonały sposób na naukę kontrolowanej agresji, która jest niezbędna każdemu komandosowi.

Na spotkania kompanii przyjeżdża od lat. Jego dawni przełożeni sami proponują, żeby w książce opisać wspomnienia „Szopena”. Bo spora część żołnierzy z poboru tak odbierała pierwszy rok służby w kompanii.

Soliński awansował na starszego szeregowego w nietypowy sposób.

– Por. Żdan nigdy zbyt wiele nie mówił. Kiedyś mijając mnie, zapytał, czemu nie jestem obszyty? Czyli czemu nie mam na pagonach jednej belki. „Bo nie było rozkazu” – powiedziałem. „Jest taki rozkaz” stwierdził dowódca i poszedł.

W 1974 r. na ochotnika do wojska poszedł, wspomniany w pierwszym rozdziale książki, instruktor harcerski Jan Kusek.

– Szkolenie unitarne było straszne. Po nim młodzi szli do plutonów specjalnych i mieszali się ze starymi. Też nie było lekko. Podział na „dziadków” i „kotów” znikał, gdy wyruszaliśmy z koszar. Wtedy panowało koleżeństwo, ale to nie znaczyło, że szkolenie przestało być bezwzględne. „Starzy” i kadra imponowali wyszkoleniem. Wymagali od siebie i od nas – przekonuje Jan Kusek.

W cywilu był krótkofalowcem, trafił więc do grupy radiotelegrafistów dowodzonej przez Marka Stachowskiego.

– To był chyba zawsze najbardziej elitarny pododdział „62.”. Łączność agenturalna była nerwem działań specjalnych, toteż na „radziku” spoczywała ogromna odpowiedzialność. Musiał on umieć robić to, co wszyscy zwiadowcy i być nadto mistrzem swojej specjalności. Spod ręki sierż. Stachowskiego wychodzili najlepsi. Do dziś poczytuję sobie za ogromne szczęście, że trafiłem na takiego porządnego i wymagającego dowódcę.

Grupy specjalne zwykle działały w składach dziewięcioosobowych. Niekiedy większych, bo włączano do nich rezerwistów powoływanych na ćwiczenia.

– W polu było ciężko. Kadra miała pikowane śpiwory, a my worki do spania robione z koca spinanego zamkiem błyskawicznym, z nakładanym pokrowcem ortalionowym. To był bardzo prymitywny sprzęt. Ale hartował ducha i ciało. Do śpiworów wkładaliśmy radiostacje, żeby niska temperatura nie doprowadziła do rozładowania akumulatora – kontynuuje Jan Kusek.

Radiotelegrafista mógł zaprzepaścić efekty działania całej grupy, więc musiał dbać o swój sprzęt.

Kiedyś po skoku zgubił antenę.

– W cywilnym ciuchach, które nałożyłem na mundur, poszedłem do sklepu po 23 m przewodu antenowego. W środku stali żołnierze WSW. Zauważyli, że sięgam pod ubranie i tam, z wewnętrznej kieszeni munduru wyciągam pieniądze. Doskoczyli do mnie, ale udało mi się wydostać ze sklepu. W życiu tak szybko nie biegłem, jak wtedy. Gonił mnie patrol, ale też czas wyznaczonego seansu łączności.


Pełna wersja książki do kupienia w księgarni internetowej swiatebookow.pl

Książki, ebooki, informacje o siłach specjalnych

www.jaroslawrybak.pl

Spis treści

Od autora
Cios w brzuch
Z ziemi brytyjskiej
Bitwy poligonowe
Czeska wojna
Antyrakietowcy
Misja w Wietnamie
Horror, czyli „fala”
Pasztet z korników
Sekrety szybkiej łączności
Wojna grudniowa
Zbuntowany sierżant
Poszukiwacze skarbów
Pieszo przez pół Polski
Skoki spadochronowe
Komandos z Noblem
Zabójcze ręce
Szkolenia w ZSRR
Rywalizacja jednostek
Działania skryte
Czas „patenciarzy”
Rozwiązanie kompanii
Pomysł na nowe życie
Commando reinkarnacja
Bibliografia