Litacja - Wiktor Osiatyński

Litacja

0,0

Litacja to druga część historii zapoczątkowanej Rehabem. Autor opisuje, jak jego bohater uczy się żyć z innymi ludźmi, ze sobą i z własnymi emocjami bez alkoholu. I chociaż W. poznaje samego siebie, to okazuje się, że rehab i litacja to jeszcze nie jest pełna rehabilitacja.

„Człowiek z pokiereszowanym ego niemal na każdy bodziec reaguje niewłaściwie. Ale tylko niewielki procent tej reakcji dotyczy bezpośrednio aktualnego zdarzenia. Przeważającą część stanowi swego rodzaju rezonans zdarzeń z dzieciństwa. Ten, czyje reakcje są nieproporcjonalne do bodźca, powinien wpierw zastanowić się, co jest reakcją na to, co się przed chwilą zdarzyło. Może ona wynikać z braku umiejętności życiowych i nieradzenia sobie z emocjami. Z tym wystarczy pójść na mityng AA, OA albo jeszcze inny. Reszta jest najczęściej nieuświadamianym odzewem dramatycznych przeżyć z dzieciństwa. Na to mityng nie wystarczy, z tym należy pójść do terapii”.
(Terapeuta Dawid z Sierra Tucson)

Dodaj komentarz


Czy można odbudować życie, po tym jak zniszczyło się w nim wszystko co było wartościowe? Ile pracy należy włożyć w odbudowanie własnej osoby ? Autor odpowiada na te i wiele innych pytań, zgłębiając ludzką naturę i związek między nałogami, a umiejętnością z radzenia sobie z naszymi emocjami.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: An­drzej Ba­rec­ki

Ko­rek­ta: Do­bro­sła­wa Pań­kow­ska

Co­py­ri­ght © by Iskry, War­sza­wa 2012 r.

Co­py­ri­ght © by Wik­tor Osia­tyń­ski, War­sza­wa 2012 r.

ISBN 978-83-244-0244-1

Wy­daw­nic­two Iskry

ul. Smol­na 11

00-375 War­sza­wa tel./faks: (22) 827-94-15

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Dzień
dwudziesty
dziewiąty

We wto­rek 11 paź­dzier­ni­ka W. obu­dził się, jesz­cze na Far­mie, ze spo­ko­jem du­cha i umy­słu, z ja­kimś sła­bo mu zna­nym uczu­ciem. Już nie czuł sza­mo­ta­ni­ny i lę­ków, któ­re tar­ga­ły nim w so­bo­tę i w nie­dzie­lę. Nad­szedł spo­kój. Nie­zwy­kła wdzięcz­ność. I na­dzie­ja.

Po śnia­da­niu po­że­gnał się z kil­ko­ma oso­ba­mi przy swo­im sto­li­ku. W oczach Holy zo­ba­czył chęć, by się uści­skać, ale nie ma­jąc cza­su ści­skać się ze wszyst­ki­mi, tyl­ko po­wie­dział „Do wi­dze­nia” i po­szedł. Nie chciał się na­rzu­cać, ale na­kaz ser­ca ka­zał mu po­wie­dzieć przez gło­śnik: „Tu W. Wła­śnie wy­jeż­dżam. Ko­cham was wszyst­kich. Niech Bóg ma was w swo­jej opie­ce”.

– Ład­nie to po­wie­dzia­łeś – sko­men­to­wał Wil­ly, wsia­da­jąc do sa­mo­cho­du, któ­rym miał od­wieźć W. do au­to­bu­su. Roz­ma­wia­li o No­wym Jor­ku. Wil­ly po­wie­dział, że lubi tam cza­sem po­je­chać, choć­by na week­end. W. wspo­mniał pięk­ny wi­dok, gdy się do­jeż­dża do mia­sta.

– Tak, Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding wy­glą­da na­praw­dę im­po­nu­ją­co – po­wie­dział Wil­ly. Ale W. wo­lał wie­że World Tra­de Cen­ter.

– Tak, są pięk­ne, bo nowe – przy­znał Wil­ly.

Na to W. wy­tłu­ma­czył, że World Tra­de Cen­ter jest wi­docz­ne z da­le­ka, pod­czas gdy Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding kie­dyś, owszem, był sym­bo­lem No­we­go Jor­ku, ale dziś już go pra­wie nie wi­dać po­śród ota­cza­ją­cych dra­pa­czy chmur. Po­że­gna­li się ser­decz­nie.

W au­to­bu­sie już po kil­ku­dzie­się­ciu ki­lo­me­trach po­ja­wił się nie­po­kój. Nie o trzeź­wość, ale o to, czy w kil­ka dni przed wy­jaz­dem do Ka­li­for­nii zdą­ży po­za­ła­twiać dzie­siąt­ki spraw. Wy­cią­gnął kart­ki i no­tat­ki sprzed czte­rech ty­go­dni, by upo­rząd­ko­wać te spra­wy. Szyb­ko spo­strzegł, że tra­ci spo­kój i za­czy­na się go­ni­twa my­śli. Pró­bo­wał ją za­trzy­mać, czy­ta­jąc tek­sty me­dy­ta­cyj­ne wy­pi­sa­ne na ma­łych kar­to­ni­kach, któ­re ku­pił przed wy­jaz­dem z Far­my. Naj­bar­dziej po­do­ba­ły mu się Śla­dy na pia­sku. Po kwa­dran­sie, nie­co uspo­ko­jo­ny, wró­cił do pa­pier­ków i znów od razu stra­cił kon­cen­tra­cję. Uświa­do­mił so­bie, jak wie­le pra­cy bę­dzie go kosz­to­wał spo­kój nie tyl­ko du­cha, ale tak­że my­śli.

Po dłuż­szym cza­sie pod­niósł gło­wę znad kar­tek i zo­ba­czył za oknem je­sien­ny pej­zaż, drze­wa już czę­ścio­wo na­gie, ciem­no­czer­wo­no­brą­zo­wy dy­wan opa­dłych li­ści na zie­mi. Przy­po­mniał so­bie po­dob­ny pej­zaż wi­dzia­ny rok wcze­śniej w No­wej An­glii. Tam­to i to dzi­siej­sze spo­strze­że­nie pięk­na na­tu­ry były w ży­ciu W. czymś wy­jąt­ko­wym. Ale już po chwi­li go­ni­twa my­śli od­go­ni­ła go od okna, po­wró­cił do pa­pie­rów i do­pie­ro gdy je upo­rząd­ko­wał, znów spoj­rzał w okno au­to­bu­su. Zo­ba­czył Man­hat­tan. I gó­ru­ją­cy nad nim Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding. Ma­je­sta­tycz­ny, wy­nio­sły, ni­czym nie­oto­czo­ny. Wie­że World Tra­de Cen­ter nik­ną gdzieś z boku w dole mia­sta, a Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding wy­ra­sta w sa­mym jego środ­ku. Te­raz W. uświa­do­mił so­bie, że tego bu­dyn­ku nie wi­dać z sa­me­go Man­hat­ta­nu, bo tam rze­czy­wi­ście za­sła­nia­ją go inne wie­żow­ce, ale z New Jer­sey wi­dać go wspa­nia­le. Po la­tach, kie­dy kom­pleks World Tra­de Cen­ter zo­sta­nie wy­dar­ty na ofia­rę strasz­li­wym bo­gom, Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding bę­dzie nie­po­dziel­nie gó­ro­wać nad mia­stem, któ­re jed­nak wyda się bez po­rów­na­nia mniej­sze niż wte­dy, gdy wie­że wy­zna­cza­ły od­le­gły po­łu­dnio­wy ko­niec Man­hat­ta­nu. Na ra­zie W. po­sta­no­wił nie bu­do­wać teo­rii, bo w spo­strze­że­niach moż­na się po­my­lić albo je błęd­nie za­pa­mię­tać, a wszel­kie teo­rie te po­mył­ki tyl­ko utrwa­la­ją. O tym po­sta­no­wie­niu czę­sto bę­dzie za­po­mi­nać.

Pierwszy dzień
(też wtorek 11 października)

Po przy­jeź­dzie do No­we­go Jor­ku W. scho­wał dzien­nik z Far­my na dno wa­liz­ki, w któ­rej trzy­mał rze­czy do za­bra­nia do Pol­ski. Ku­pił dwu­stu­kart­ko­wy zie­lo­ny ze­szyt w li­nie o wy­mia­rach 15 na 24 cen­ty­me­try. Miał to być dzien­nik trzeź­wo­ści, do jego pro­wa­dze­nia zo­bo­wią­zał się Da­nie­lo­wi przed wyj­ściem z Far­my. Każ­de­go wie­czo­ra przed snem bę­dzie w nim ro­bić ob­ra­chu­nek mo­ral­ny i li­stę wdzięcz­no­ści.

Nowy dzien­nik pul­so­wał wła­snym ryt­mem. Jed­ne dni były bo­ga­te w prze­ży­cia i do­świad­cze­nia, inne po­wol­niej­sze; nie­kie­dy pi­sał wie­le stron, kie­dy in­dziej tyl­ko jed­ną. Za­wsze jed­nak miał do za­pi­sa­nia coś, za co był wdzięcz­ny. Na­wet w naj­trud­niej­szych dniach był wdzięcz­ny za to, że tego dnia nie pił i za­cho­wał trzeź­wość. Ale czę­sto li­sta wdzięcz­no­ści była dłuż­sza.

Po la­tach dzien­nik ten po­zwo­lił mu zre­kon­stru­ować dro­gę trzeź­wo­ści, na któ­rej mo­zol­nie uczył się cho­dzić.

Po przy­jeź­dzie do zna­jo­mych, u któ­rych się za­trzy­mał, W. przej­rzał li­sty, ja­kie do nie­go przy­szły, za­ła­twił kil­ka spraw przez te­le­fon i po­biegł na po­łu­dnio­wy mi­tyng AA. Spóź­nio­ny sta­nął przy ścia­nie, a po­tem usiadł na schod­kach, ale pod­czas wy­po­wie­dzi głów­ne­go mów­cy był cał­ko­wi­cie zde­kon­cen­tro­wa­ny. Do­pie­ro pod­czas dys­ku­sji, gdy część obec­nych wy­szła już z po­wro­tem do pra­cy, W. prze­siadł się do pierw­sze­go rzę­du, gdzie sły­szał i ro­zu­miał, co mó­wią. Su­san, mło­da dziew­czy­na, ma dziś uro­dzi­ny.

Lecz mówi o tym z pła­czem. Jest już dwa lata w AA, ale nie­wie­le jej to po­ma­ga. Nie bar­dzo wi­dzi, co jej dała trzeź­wość.

Po za­koń­czo­nym mi­tyn­gu lu­dzie pod­cho­dzą do Su­san, by ją po­cie­szyć, ktoś za­pra­sza ją na lunch. Do W., któ­ry na po­cząt­ku mi­tyn­gu przed­sta­wił się jako al­ko­ho­lik z Pol­ski, pod­cho­dzi spi­ker i ktoś jesz­cze. Ra­dzą mu, by po­szedł do świa­to­we­go biu­ra AA, czy­li GSO (Ge­ne­ral Se­rvi­ce Of­fi­ce). Ktoś wrę­cza W. swo­ją wi­zy­tów­kę, na któ­rej pi­sze, do kogo W. ma tam się zwró­cić.

W. bie­gnie pod wska­za­ny ad­res. AA poza gra­ni­ca­mi USA zaj­mu­je się Su­san, wy­so­ka, szczu­pła blon­dyn­ka. Ku za­sko­cze­niu W. na­tych­miast pro­wa­dzi go do Boba, dy­rek­to­ra GSO. Su­san i Bob mó­wią, że W. spadł im z nie­ba. Jest pierw­szym al­ko­ho­li­kiem z Pol­ski, któ­ry od­wie­dził no­wo­jor­skie biu­ro. Po­ka­zu­ją li­sty z Pol­ski. AA tam do­pie­ro po­wsta­je, ale już przy­wód­cy się wza­jem­nie wy­rzu­ca­ją, pi­szą do No­we­go Jor­ku, z kim GSO po­win­no się kon­tak­to­wać, a z kim nie. Su­san i Bob mó­wią, żeby W. je­chał do Pol­ski i ich po­go­dził. Poza tym nikt jesz­cze nie prze­tłu­ma­czył Big Book na pol­ski, więc może W. by to zro­bił. Za­pra­sza­ją na mi­tyng w ich biu­rze w pią­tek w po­łu­dnie, przy oka­zji po­ka­żą W. ar­chi­wa AA. Po­tem Su­san pro­wa­dzi W. na­prze­ciw, do Al Anon, gdzie do­sta­je bro­szu­ry po pol­sku. W pią­tek otrzy­ma kon­tak­ty AA i Al Anon w Eu­ro­pie Za­chod­niej.

W. wy­szedł stam­tąd prze­ra­żo­ny. Do­bra no­wi­na, że w War­sza­wie są ano­ni­mo­wi al­ko­ho­li­cy, gi­nie w lęku o to, jaką on tam bę­dzie miał gru­pę? A je­śli jesz­cze wda się w kon­flik­ty, to na pew­no za­pi­je. Po wie­czor­nym mi­tyn­gu Joe do­ra­dzi W., żeby pod żad­nym po­zo­rem nie mie­szał się w wal­ki w pol­skim AA. Żeby jak naj­dłu­żej był w Ame­ry­ce i w Eu­ro­pie, ze­brał jak naj­wię­cej do­świad­czeń w AA i do­pie­ro wte­dy po­je­chał do Pol­ski. W osta­tecz­no­ści le­piej trzeź­wieć sa­me­mu, niż wda­wać się w kon­flik­ty.

Po mi­tyn­gu W. rzu­ca się w wir spraw. Ma uczu­cie, że znów jest w pę­dzie, przy­po­mi­na mu się slo­gan z Far­my: „Spiesz się po­wo­li”, ale ma tyl­ko czte­ry dni do wy­jaz­du do Ka­li­for­nii i w tym cza­sie musi za­ła­twić prze­dłu­że­nie wizy ame­ry­kań­skiej, bi­let na sta­tek do Eu­ro­py, wizy do wie­lu kra­jów eu­ro­pej­skich oraz swo­je spra­wy wy­daw­ni­cze.

Od pią­tej do szó­stej wie­czo­rem W. pró­bo­wał do­dzwo­nić się do domu w War­sza­wie. Bez skut­ku. Ser­ce mu wa­li­ło jak mło­tem. Prze­cież Ewa wie­dzia­ła, że W. wró­ci do No­we­go Jor­ku i bę­dzie te­le­fo­no­wać.

Mimo zmę­cze­nia W. pa­mię­tał, by wie­czo­rem zro­bić ob­ra­chu­nek. Za­czął my­śleć o zda­rze­niach ca­łe­go dnia. Przy­po­mniał so­bie, że w au­to­bu­sie na wol­nym sie­dze­niu obok sie­bie po­sta­wił tor­bę, z któ­rej wy­cią­gnął pa­pie­ry. Za­wsze tak ro­bił. Te­raz uświa­do­mił so­bie, że tą tor­bą od­gro­dził się od lu­dzi, tak by obok nie usiadł ktoś, z kim trze­ba by było roz­ma­wiać. A prze­cież ten ktoś mógł­by mu coś cie­ka­we­go po­wie­dzieć. Ża­ło­wał tego, ale ucie­szył się, że to za­uwa­żył.

Na­za­jutrz rano po­dejrz­li­wość ustą­pi­ła, w jej miej­sce po­ja­wił się nie­po­kój. Za­raz też W. przy­po­mniał so­bie, ile razy sam za­wiódł Ewę, i to w po­waż­niej­szych sy­tu­acjach. Nie­kie­dy było to bez jego winy. Po­my­ślał, że trze­ba się li­czyć z ta­ki­mi przy­pad­ka­mi i go­dzić się z nimi bez zło­ści. Za­pi­sał: Po­go­da du­cha, choć nadal do­kład­nie nie wiem, co to zna­czy.

Za­zdrość mi­nę­ła, gdy po ko­la­cji w chiń­skiej re­stau­ra­cji do­stał, jak zwy­kle, cia­stecz­ko z prze­po­wied­nią, tym ra­zem z tek­stem: „Nie bądź po­dejrz­li­wy bez po­wo­du”. Przy­po­mniał so­bie po­dob­ne prze­po­wied­nie z wio­sny: raz do­wie­dział się, że bę­dzie miał suk­ce­sy w biz­ne­sie i po po­wro­cie do domu zna­lazł w po­czcie umo­wę od wy­daw­cy. Inne cia­stecz­ko prze­po­wie­dzia­ło mu, że wkrót­ce bę­dzie na „szczy­cie świa­ta”. Naj­pierw są­dził, że znów mowa o suk­ce­sie, ale póź­niej ktoś mu wy­tłu­ma­czył, że zwrot „on top of the world” może też ozna­czać po­gar­dę dla świa­ta i wy­ob­co­wa­nie z nie­go; to było na kil­ka dni przed jego ostat­nim cią­giem.

Póź­niej W. czę­sto ma­wiał, że te cia­stecz­ka były jego pierw­szą Siłą Wyż­szą.

Pierwszy
tydzień

Przez cały ty­dzień W. się spie­szył. Miał tak wie­le do zro­bie­nia i po­za­ła­twia­nia, że pę­dził z miej­sca na miej­sce, ze spo­tka­nia na spo­tka­nie, za­wsze spóź­nio­ny. Z cza­sem prze­ko­nał się, że po­nad po­ło­wa tych spo­tkań była zbęd­na, jak­by ja­kaś siła ka­za­ła mu cią­gle biec, czę­sto bez celu i sen­su, tyl­ko po to, by mieć po­czu­cie, że spę­dza czas po­ży­tecz­nie. Ale dłu­go trwa­ło, za­nim to do­strzegł, a jesz­cze dłu­żej, za­nim to zmie­nił. Po la­tach W. uwa­żał, że prze­trzy­mał ten pierw­szy ty­dzień tyl­ko dla­te­go, że sta­ran­nie trzy­mał się re­guł, do któ­rych zo­bo­wią­zał się przed wyj­ściem z Far­my. Co­dzien­nie rano czy­tał me­dy­ta­cje aż z pię­ciu ksią­że­czek, któ­re ku­pił na Far­mie. Wie­czo­rem ro­bił za­pi­ski w dzien­ni­ku, po opi­sa­niu naj­waż­niej­szych zda­rzeń dnia pi­sał, co było źle, a co do­brze, cze­go się na­uczył, co po­wi­nien zmie­nić i na co musi uwa­żać. Co­dzien­nie cho­dził też na spo­tka­nia AA, choć czę­sto był tak zmę­czo­ny, że nie wie­dział, o czym była mowa.

W czwar­tek spo­tkał się z ame­ry­kań­ski­mi wy­daw­ca­mi swej książ­ki roz­mów z uczo­ny­mi, któ­ra wła­śnie była przy­go­to­wy­wa­na do dru­ku. Za­pro­po­no­wał im nową książ­kę – o hi­sto­rii kształ­to­wa­nia się praw czło­wie­ka. Przy oka­zji opo­wie­dział o po­by­cie na Far­mie. Me­lin­da i Ned pod­chwy­ci­li ten wą­tek i za­pro­po­no­wa­li, by W. po­łą­czył oby­dwa te­ma­ty, losy wiel­kiej idei, a zwłasz­cza jej wy­na­tu­rzeń w ko­mu­ni­stycz­nej Pol­sce, z wła­sną au­top­sy­cho­ana­li­zą. Obie­ca­li wy­so­ką za­licz­kę na książ­kę, któ­rą W. po­wi­nien na­pi­sać w cią­gu osiem­na­stu mie­się­cy. W roz­mo­wie z nimi W. był swo­bod­ny, pew­ny sie­bie, a gdy oni za­chwy­ca­li się ro­dzą­cy­mi się w jego gło­wie po­my­sła­mi – dum­ny z sie­bie.

Kil­ka go­dzin póź­niej wpadł w pa­ni­kę. Po­my­ślał, jak taka książ­ka wpły­nie na jego przy­szłość w Pol­sce. Jak na jego trzeź­wie­nie? Przy­po­mniał so­bie ostat­ni ty­dzień na Far­mie, kie­dy przy­mus pi­sa­nia omal nie znisz­czył jego ku­ra­cji. Prze­czu­wał, że nie po­wi­nien pod­pi­sy­wać umo­wy, ale nie wie­dział, jak się z tego wy­krę­cić. Prze­ra­żo­ny po­szedł na mi­tyng AA, ale i tam nie po­tra­fił się skon­cen­tro­wać. Roz­bo­la­ła go gło­wa; czuł nud­no­ści. Przy­po­mniał so­bie, że Lin­da po­ra­dzi­ła mu, by za­czął zno­wu cho­dzić na kon­cer­ty, jak to ro­bił w mło­do­ści. Pod­szedł pod Lin­coln Cen­ter. Wie­dział, że Zu­bin Meh­ta to wspa­nia­ły dy­ry­gent, a It­zhak Per­l­man wiel­ki skrzy­pek, w pro­gra­mie były utwo­ry Ba­cha i Sa­int Sa­ën­sa. Ale pod­czas kon­cer­tu nie po­tra­fił się sku­pić, po gło­wie la­ta­ły mu my­śli, któ­rych nie po­tra­fił prze­pę­dzić, na­wet gdy za­my­kał oczy, by ła­twiej było mu słu­chać. Jesz­cze bar­dziej bo­la­ła go gło­wa, może od wy­sił­ku, by o ni­czym nie my­śleć. Po­czuł się tak, jak­by w ogó­le nie było Far­my, i z prze­ra­że­niem po­my­ślał, że może mu się nie udać.

Wie­czo­rem z naj­więk­szym wy­sił­kiem zro­bił za­pi­ski tyl­ko dla­te­go, że się do tego zo­bo­wią­zał. Na li­ście wdzięcz­no­ści na­pi­sał krót­ko, że prze­żył ten dzień trzeź­wy. Do­pi­sał jesz­cze, że ni­ko­go nie skrzyw­dził. To go uspo­ko­iło na tyle, że po­sta­no­wił upo­rząd­ko­wać spra­wy i pod­jąć kil­ka waż­nych de­cy­zji. Uznał, że dwa ty­go­dnie po­dró­ży stat­kiem do Eu­ro­py to za duże ry­zy­ko dla jego trzeź­wo­ści. Na­za­jutrz od­wo­łał re­zer­wa­cję na sta­tek. Bi­let był bez­zwrot­ny, ale W. zde­cy­do­wał się stra­cić pie­nią­dze i ku­pić bi­let na sa­mo­lot do Am­ster­da­mu; była to pierw­sza kosz­tow­na de­cy­zja na rzecz trzeź­wo­ści. Póź­niej wy­słał kil­ka­na­ście pa­czek ze swo­imi pa­pie­ra­mi i książ­ka­mi do Pol­ski oraz spo­tkał się ze zna­jo­my­mi. Opo­wia­dał im o po­by­cie na Far­mie; więk­szość słu­cha­ła go z za­in­te­re­so­wa­niem, a u kil­ku wy­czuł nie­po­kój, tra­ci­li wą­tek, sta­wa­li się spię­ci, tak jak­by ich to też do­ty­czy­ło, ale nie chcie­li o tym mó­wić.

W so­bo­tę po­le­ciał na mie­siąc do Los An­ge­les, gdzie miał uczyć na uni­wer­sy­te­cie oraz w wię­zie­niu dla ko­biet, któ­re od­wie­dził wio­sną, jesz­cze przed wy­jaz­dem na Far­mę. Za­miesz­kał u przy­ja­ciół w Sier­ra Ma­dre, skąd miał go­dzi­nę sa­mo­cho­dem do Ve­ni­ce, gdzie mie­ścił się uni­wer­sy­tet, i tyle samo na za­chód do wię­zie­nia koło miej­sco­wo­ści Chi­no.

W sa­mo­lo­cie do Dal­las W. sie­dział przy przej­ściu, a obok nie­go para. Męż­czy­zna mó­wił po an­giel­sku z ak­cen­tem i W. po­my­ślał, że to może być Po­lak. Ale nadal pra­co­wał nad wy­kła­da­mi; gdy wy­jął ja­kąś książ­kę przy­wie­zio­ną z Pol­ski, są­siad za­py­tał, czy W. ro­zu­mie po pol­sku. Za­czę­li roz­ma­wiać. Oka­za­ło się, że są­sia­dem był zna­ny pol­ski szer­mierz, dwu­krot­ny me­da­li­sta olim­pij­ski, któ­ry kil­ka lat temu zo­stał na Za­cho­dzie i znik­nął. W. przy­po­mniał so­bie, że ma­jąc 11 lat, spo­tkał go ra­zem z wiel­kim pol­skim spra­woz­daw­cą spor­to­wym Boh­da­nem To­ma­szew­skim. Te­raz roz­ma­wia­li o stu­diach, o wspól­nych zna­jo­mych, o róż­nych wy­da­rze­niach spor­to­wych. W. zmy­ślał ja­kieś hi­sto­ryj­ki, żeby wy­dać się bar­dziej in­te­re­su­ją­cy. Gdy sa­mo­lot wy­lą­do­wał w Dal­las, jego są­siad na­gle zmie­szał się, jak­by za dużo opo­wie­dział o so­bie nie­zna­jo­me­mu, po­że­gnał się i nie po­da­jąc do sie­bie kon­tak­tu, szyb­ko od­szedł. W. za­sta­na­wiał się, po co zmy­ślał. Prze­cież to było stin­king thin­king, śmier­dzą­ce my­śle­nie, na któ­re go uczu­la­no na Far­mie. Obie­cał so­bie, że bę­dzie na to uwa­żać.

W Ka­li­for­nii co­dzien­nie jeź­dził na mi­tyn­gi AA. Były bar­dziej sier­mięż­ne niż te na Man­hat­ta­nie; sale pa­ra­fial­ne lub po­miesz­cze­nia w ośrod­kach so­cjal­nych były czy­ste, ale ubo­gie, lu­dzie pro­sto z pra­cy albo w do­mo­wych wy­świech­ta­nych dre­sach. W. na za­wsze za­pa­mię­tał po­czu­cie prze­strze­ni – kil­ka lub kil­ka­na­ście osób w dość du­żych sa­lach, oraz za­pach kawy przy­go­to­wy­wa­nej dla uczest­ni­ków. A tak­że głos czy­ta­ją­cy przed każ­dym mi­tyn­giem frag­ment roz­dzia­łu pią­te­go Wiel­kiej Księ­gi Jak to dzia­ła”, za­czy­na­ją­cy się od „Ra­re­ly we have seen…” („Rzad­ko się zda­rza, by do­znał nie­po­wo­dze­nia ktoś, kto po­stę­pu­je zgod­nie z na­szym pro­gra­mem”).

W wię­zie­niu, w kla­sie, któ­rą uczył W., było dzie­więt­na­ście ko­biet. Miał je uczyć hi­sto­rii idei praw czło­wie­ka. Ale przez pierw­sze pół­to­rej go­dzi­ny W. opo­wia­dał im o so­bie i o nie­daw­nym po­by­cie na Far­mie. Chciał, żeby go po­zna­ły, a te­raz to prze­ży­cie było dla nie­go naj­waż­niej­sze. Poza tym czuł, że wie­le z nich może mieć po­dob­ny pro­blem, więc dla nich jego do­świad­cze­nia mogą być waż­niej­sze niż to, co kto my­ślał i pi­sał o pra­wach czło­wie­ka. Po­sta­no­wił cały kurs do­sto­so­wać do ich sy­tu­acji, do tego, co może mieć dla nich zna­cze­nie. Po­pro­sił, by na na­stęp­ne za­ję­cia na­pi­sa­ły o tym, kto, kie­dy i w ja­kich sy­tu­acjach na­ru­szał ich pra­wa.

W prze­rwie po­de­szła do nie­go Su­san At­kins, jed­na z trzech znaj­du­ją­cych się w jego kla­sie człon­kiń ban­dy Man­so­na. Po­wie­dzia­ła, że też ma pro­blem al­ko­ho­lo­wy, ale w wię­zie­niu nie piła od czter­na­stu lat, tyl­ko nie­daw­no upi­ła się sa­mo­go­nem. W wię­zie­niu w Ka­li­for­nii ła­two go zro­bić, wy­star­czy ja­ki­kol­wiek owoc po­ło­żyć w sło­iku przy oknie, by ten w upa­le się roz­to­pił, a póź­niej sfer­men­to­wał. Ale Su­san nie chce już pić. W. po­wie­dział Su­san, że znał Fry­kow­skie­go i Po­lań­skie­go, choć nie wie­dział, dla­cze­go to mówi. Su­san na­gle prze­ję­ta opo­wie­dzia­ła, że gdy Text Wat­son ka­zał jej za­bić Wojt­ka Fry­kow­skie­go, nie mo­gła tego zro­bić. Ręka za­wi­sła jej w po­wie­trzu, jak­by ja­kaś siła ją za­trzy­ma­ła. W koń­cu za­bi­ła go Pat Kren­win­kel lub sam Text. Su­san już nie pa­mię­ta kto. Su­san nig­dy o tym ni­ko­mu nie mó­wi­ła, ale chcia­ła­by, aby W. po­wie­dział o tym Po­lań­skie­mu i ro­dzi­nie Fry­kow­skie­go. Na py­ta­nie W., cze­mu za­bi­ja­ły, Su­san po­wie­dzia­ła, że wte­dy, gdy mor­do­wa­ły, nie uwa­ża­ły swo­ich ofiar za lu­dzi.

Po prze­rwie stu­dent­ki same się przed­sta­wia­ły. Więk­szość mó­wi­ła o swo­im al­ko­ho­li­zmie, nar­ko­ma­nii lub o al­ko­ho­li­zmie ro­dzi­ców, wi­docz­nie zwie­rze­nia W. za­chę­ci­ły je do tego. Po kil­ku dniach W. do­wie­dział się od ko­le­gów w An­tioch Uni­ver­si­ty i od Dia­ne, któ­ra or­ga­ni­zo­wa­ła pro­gra­my edu­ka­cyj­ne w wię­zie­niu, że te za­ję­cia bar­dzo się uczest­nicz­kom po­do­ba­ły. Były po­krze­pia­ją­ce i bli­skie lu­dziom.

Ale na ra­zie, wra­ca­jąc z wię­zie­nia, W. za­sta­na­wiał się, po co znów zmy­ślał. Nie znał Po­lań­skie­go, nig­dy nie wi­dział Fry­kow­skie­go. I co te­raz zro­bi z proś­bą Su­san. Przy­po­mniał so­bie lot do Dal­las i zro­zu­miał, że skłon­ność do ko­lo­ry­zo­wa­nia i nie­po­trzeb­nych kłamstw trud­no bę­dzie wy­ple­nić. Z ko­lei my­śląc o sa­mych za­ję­ciach, o tym, co mó­wił i co w od­po­wie­dzi usły­szał, uświa­do­mił so­bie, że te­raz już bę­dzie uczyć in­a­czej niż do­tąd. Czuł, że po­byt na Far­mie zmie­nił go tak­że w tych wy­mia­rach, w ja­kich do­tych­czas był z sie­bie za­do­wo­lo­ny i żad­nych zmian nie ocze­ki­wał.

Wie­czo­rem na­pi­sał list do Lin­dy; zo­bo­wią­zał się, że pierw­szy list na­pi­sze po ty­go­dniu, a póź­niej, przez cały rok, co dwa ty­go­dnie bę­dzie pi­sać na zmia­nę do Lin­dy i do Ann. Te li­sty oka­za­ły się waż­ną po­mo­cą w trzeź­wo­ści. Kie­dy prze­my­ka­ła mu przez gło­wę myśl, żeby się na­pić, za­sta­na­wiał się: „Ale co ja im po­tem na­pi­szę?”. Wie­dział, że nie może ich za­wieść. Po­dob­nie gdy co mie­siąc wy­sy­łał na Far­mę czek z ko­lej­ną ratą kre­dy­tu, uświa­da­miał so­bie, że trzeź­wość spo­ro go kosz­tu­je i bez sen­su by­ło­by upić się, a póź­niej nadal pła­cić. W pierw­szym li­ście na­pi­sał o tym, co się dzia­ło i jak so­bie z tym ra­dził. O nie­po­trzeb­nych kłam­stwach i ubar­wie­niach, żeby było cie­ka­wiej lub żeby się wy­dać waż­niej­szym, bar­dziej in­te­re­su­ją­cym, a tak­że o drob­nej kra­dzie­ży dwóch dłu­go­pi­sów u go­spo­da­rza w No­wym Jor­ku. Po­cie­szał się tym, że te­raz już się na tym przy­ła­pu­je.

Gdy po la­tach prze­czy­tał ko­pię swo­je­go li­stu, zro­zu­miał, co mie­li na my­śli te­ra­peu­ci na Far­mie, mó­wiąc o in­te­lek­tu­ali­za­cji jako prze­szko­dzie na dro­dze W. do trzeź­wo­ści. W li­ście do Lin­dy nie było nie­mal w ogó­le żad­nych kon­kre­tów, lecz same uogól­nie­nia i teo­ryj­ki. Ale na­wet z tego li­stu prze­bi­jał nie­ustan­ny po­śpiech i pa­ni­ka, wy­ni­ka­ją­ce z nie­umie­jęt­no­ści prze­wi­dze­nia, co ile cza­su zaj­mie, z prze­ła­do­wy­wa­nia każ­de­go dnia i każ­dej go­dzi­ny czę­sto nie­po­trzeb­ny­mi zo­bo­wią­za­nia­mi i pla­na­mi.

Pod ko­niec ty­go­dnia w dro­dze z wię­zie­nia do Ve­ni­ce, ru­sza­jąc zbyt po­spiesz­nie na zmie­nia­ją­cych się świa­tłach, W. ude­rzył w czyjś zde­rzak. Na szczę­ście ni­ko­mu nic się nie sta­ło, ża­den sa­mo­chód nie uległ po­waż­ne­mu uszko­dze­niu i kie­row­ca pu­ścił W., nie ro­biąc pro­ble­mów. W. jesz­cze nie znał swo­jej Siły Wyż­szej i nie wie­dział, że czę­sto bę­dzie ona prze­ma­wiać do nie­go po­przez stłucz­ki i drob­ne wy­pad­ki sa­mo­cho­do­we, jak­by chcia­ła po­wie­dzieć: zwol­nij, bo może być go­rzej.

Pierwszy
miesiąc

Pod­czas po­by­tu w Ka­li­for­nii W. dość su­mien­nie do­trzy­my­wał zo­bo­wią­zań pod­ję­tych przed opusz­cze­niem Far­my. Co­dzien­nie rano me­dy­to­wał. Wie­czo­rem ro­bił ob­ra­chu­nek. Po ty­go­dniu wsta­wa­nia o pół do szó­stej, nie­ustan­ne­go jeż­dże­nia po kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów na mi­tyn­gi, do pra­cy i do domu, po kil­ku wy­kła­dach dzien­nie by­wał tak zmę­czo­ny, że wie­czo­rem nie miał siły ni­cze­go na­pi­sać i ro­bił to na­stęp­ne­go dnia rano.

Nie­mal co­dzien­nie cho­dził na mi­tyn­gi AA – w róż­nych oko­li­cach Los An­ge­les. Szyb­ko prze­ko­nał się, że sama obec­ność na spo­tka­niu go wy­ci­sza, choć trud­no mu było się sku­pić. Po czę­ści wy­ni­ka­ło to ze sta­łe­go zmę­cze­nia, po czę­ści z na­tło­ku my­śli o róż­nych spra­wach, któ­re miał do za­ła­twie­nia, ale naj­czę­ściej nie słu­chał uważ­nie in­nych, bo ob­my­ślał, co sam mógł­by po­wie­dzieć. Nie­cier­pli­wił się, gdy mi­tyng zbli­żał się do koń­ca, za­nim ko­lej­ka mów­ców do­szła do nie­go. Sam zaś mó­wił dłu­go, na­wet gdy po­wie­rza­no mu rolę pro­wa­dzą­ce­go, któ­ry za­zwy­czaj tyl­ko udzie­la gło­su in­nym. A kie­dy już coś po­wie­dział, to póź­niej na­słu­chi­wał, czy ktoś na­wią­że do jego wy­stą­pie­nia. Czuł, że coś tu jest nie w po­rząd­ku, bo w wie­czor­nym ob­ra­chun­ku za­pi­sy­wał to pod ha­słem „Wiel­kie ego”. Ale po­trze­ba, by błysz­czeć, była sil­niej­sza, więc znów ro­bił to samo.

Po­trze­bę uzna­nia za­uwa­żył tak­że w spra­wach za­wo­do­wych. Kie­dy uni­wer­sy­tet An­tioch za­pro­po­no­wał mu etat, od­ru­cho­wo za­pi­sał w dzien­ni­ku „Chcą mnie!”, jak­by tyl­ko o to mu cho­dzi­ło. Zresz­tą jesz­cze przez dłu­gi czas naj­waż­niej­szym kry­te­rium suk­ce­su był fakt, że na uni­wer­sy­te­tach, na któ­re przy­jeż­dżał z jed­no­ra­zo­wym wy­kła­dem, chcie­li go za­trzy­mać na sta­łe. Może nie­świa­do­mie to­czył roz­mo­wy pro­wa­dzą­ce w tym kie­run­ku; prze­waż­nie chcie­li, a W. wte­dy od­ma­wiał, bo naj­czę­ściej od po­cząt­ku wie­dział, że to jest nie­moż­li­we albo że tego wca­le nie chce. Za­czął prze­czu­wać, że może to mieć zwią­zek z ja­kimś lę­kiem i po­trze­bą udo­wod­nie­nia so­bie wła­snej war­to­ści.

Na jed­nym z mi­tyn­gów w Cu­lvert City pro­wa­dzą­ca spo­tka­nia, Kla­ra, po­wie­dzia­ła, że do trzeź­wie­nia nie jest po­trzeb­ny in­te­lekt, lecz siła. Ona sama nie mia­ła ta­kiej siły, więc zwró­ci­ła się do Siły Więk­szej od niej sa­mej. Tak za­czę­ła się dro­ga roz­wo­ju du­cho­we­go Kla­ry.

Dla W. taką siłą na po­cząt­ku miał być Joe, pierw­szy spon­sor wy­zna­czo­ny mu przez Da­nie­la przed opusz­cze­niem Far­my. W. miał do nie­go za­dzwo­nić na­tych­miast po przy­jeź­dzie do Los An­ge­les, ale zwle­kał przez pięć dni. Spo­tka­li się u Jo­ego w biu­rze. Star­szy, po­staw­ny męż­czy­zna bu­dził re­spekt, tak­że swo­im spo­ko­jem i pięt­na­sto­let­nią trzeź­wo­ścią. Roz­ma­wia­li o mo­ty­wa­cji do trzeź­wie­nia. Joe miał 61 lat, gdy żona zmar­ła na al­ko­ho­lizm. On sam wy­trzeź­wiał rok póź­niej.

– Czy dla­te­go, że mia­łeś wy­rzu­ty su­mie­nia po śmier­ci żony? Czy prze­stra­szy­łeś się wła­snej?

– Nie wiem. Ale chy­ba ani jed­no, ani dru­gie. Chy­ba by­łem już cho­ry i zmę­czo­ny tym, że co­dzien­nie bu­dzi­łem się cho­ry i zmę­czo­ny – od­po­wie­dział Joe, jak się oka­za­ło dość zna­nym aow­skim po­rze­ka­dłem.

W. umó­wił się z Joem, że bę­dzie do nie­go dzwo­nić co­dzien­nie, a nie dwa razy dzien­nie, jak chciał Da­niel. Ale i tego nie po­tra­fił, raz za­po­mniał, a póź­niej było mu wstyd i znów nie za­dzwo­nił, po­tem czuł jesz­cze więk­szy wstyd. Gdy po kil­ku dniach prze­ła­mał strach przed re­pry­men­dą, Joe ucie­szył się, że W. jest wciąż trzeź­wy, i po­wie­dział mu, że je­śli znów za­po­mni, to za­wsze może prze­rwać mil­cze­nie i wró­cić do ru­ty­ny.

Ale W. nie wra­cał. Wie­dział, że w tym jed­nym punk­cie ła­mie umo­wę za­war­tą na Far­mie, ale nie po­tra­fił jej do­cho­wać. Tłu­ma­czył so­bie, że nie chce Jo­emu za­wra­cać gło­wy swo­ją oso­bą. I chy­ba w to wie­rzył, bo Joe w ogó­le nie po­ja­wiał się w jego dzien­ni­ku trzeź­wie­nia i ob­ra­chun­ku mo­ral­nym. Do­pie­ro po kil­ku la­tach W. uświa­do­mił so­bie, że od sa­me­go po­cząt­ku mi­gał się od po­sia­da­nia spon­so­ra. Nie chciał z ni­kim uzgad­niać dro­gi do swo­jej trzeź­wo­ści; nie lu­bił też spon­so­ro­wać in­nym, bo nie chciał po­dej­mo­wać trwa­łych zo­bo­wią­zań.

Za to co ty­dzień su­mien­nie dzwo­nił na Far­mę, by zdać spra­woz­da­nie ze swo­jej trzeź­wo­ści. Te roz­mo­wy z oso­bą aku­rat bę­dą­cą na dy­żu­rze za­zwy­czaj były zdaw­ko­we. Nie­co dłuż­sze były li­sty na Far­mę. Dru­gi z ko­lei na­pi­sał do Ann. Ten był nie­co bar­dziej kon­kret­ny niż po­przed­ni do Lin­dy. Co wię­cej, pi­sząc ten list, W. uświa­do­mił so­bie, że tak­że z Far­my pa­mię­ta je­dy­nie ogól­ny na­strój, at­mos­fe­rę, te­ra­peu­tów i ko­lej­ne kro­ki, ja­kie sam mu­siał zro­bić. Nie mógł so­bie na­to­miast przy­po­mnieć twa­rzy in­nych pa­cjen­tów. Zdał so­bie spra­wę, że do­świad­czył na Far­mie tego, cze­go po­przed­nio nie znał, a mia­no­wi­cie spo­łecz­no­ści, w któ­rej at­mos­fe­ra i ogól­ne za­sa­dy były sta­łe, zaś jej człon­ko­wie wy­mien­ni.

W. pró­bo­wał też ro­bić kro­ki, ale nie miał na to cza­su ani nie po­tra­fił się sku­pić. Raz tyl­ko po­maj­stro­wał coś przy czwar­tym kro­ku, ale go odło­żył. Na­pi­sał też li­sty do bra­ta i sio­stry, choć nie miał pew­no­ści, jak je przyj­mą. Ra­czej się w nich tłu­ma­czył i obie­cy­wał po­pra­wę, niż pró­bo­wał za­dość­uczy­nić, a oni ta­kie obiet­ni­ce zna­li już od daw­na i nie bar­dzo w nie wie­rzy­li.

Po ty­go­dniu W. mu­siał przejść pierw­szy test trzeź­wo­ści. Go­spo­da­rze, któ­rzy nie stro­ni­li od al­ko­ho­lu, wy­da­wa­li przy­ję­cie. Pod­czas gdy W. ro­bił plac­ki kar­to­fla­ne dla trzy­dzie­stu osób, go­spo­dy­ni przy­go­to­wy­wa­ła gu­lasz z kury i z bia­łej kieł­ba­sy.

– Mam na­dzie­ję, że nie bę­dzie ci prze­szka­dzać, że do­le­ję kie­li­szek bia­łe­go wina. Za­wsze tak ro­bię, a ono wy­pa­ro­wu­je – zwró­ci­ła się do W. – Bę­dziesz mógł to zjeść?

– Chy­ba tak – po­wie­dział W., nie chcąc od­ma­wiać.

– Py­tam, bo mamy zna­jo­me­go, któ­ry jest nowo na­ro­dzo­nym ano­ni­mo­wym al­ko­ho­li­kiem i on na­wet tego nie je, ab­so­lut­nie ni­cze­go, co le­ża­ło koło al­ko­ho­lu – po­wie­dzia­ła Ma­ry­linn, wle­wa­jąc wino do garn­ka.

W. da­lej ro­bił plac­ki, ale już nie miał spo­ko­ju. Przy­po­mniał so­bie, że na Far­mie za­ka­za­no na­wet środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych. My­ślał o zna­jo­mym go­spo­da­rzy, on pew­nie wie wię­cej od W. Może więc nie po­wi­nien tego jeść, zwłasz­cza gdy już wie, że tam jest wino. To może być furt­ka do po­my­śle­nia: „Sko­ro nie za­szko­dzi­ło mi wino w gu­la­szu, to może nie za­szko­dzi mi rów­nież je­den kie­li­szek”. W koń­cu, zbie­ra­jąc się na od­wa­gę, po­wie­dział, że jed­nak wo­lał­by tego nie jeść. Ku za­sko­cze­niu W. Ma­ry­linn przy­ję­ła to naj­bar­dziej na­tu­ral­nie w świe­cie i usma­ży­ła mu osob­no kieł­ba­skę. W. po­czuł ulgę i przy­po­mniał so­bie sło­wa, któ­re kie­dyś usły­szał na mi­tyn­gu AA. O tym, że naj­więk­szym za­gro­że­niem dla trzeź­wo­ści wca­le nie są wiel­kie spra­wy, tyl­ko dro­bia­zgi i nie­uwa­ga.

Gdy przy­szli go­ście, W. dłu­go sie­dział w kuch­ni, jak­by bał się być wśród lu­dzi. Chy­ba za­wsze się tego bał, lęk mi­jał, gdy się na­pił. Albo gdy mó­wił i był w cen­trum uwa­gi. Więc te­raz, gdy go­spo­darz wy­cią­gnął go z kuch­ni, na­tych­miast za­czął ga­dać. Mó­wił, wy­kłó­cał się, wy­gła­szał dość ostre sądy o Ame­ry­ce, nie słu­cha­jąc in­nych.

Do­pie­ro póź­niej, ro­biąc ob­ra­chu­nek, uświa­do­mił so­bie, że jak za­wsze chciał mieć ra­cję i mó­wił, jak­by wy­kła­dał do obec­nych, a nie roz­ma­wiał z nimi. Po­sta­no­wił to zmie­nić, ale na­wet po wie­lu la­tach, kie­dy już na­uczył się słu­chać, wciąż miał skłon­ność do dłu­gich prze­mó­wień. Z tym, że już nie kłó­cił się o swo­ją ra­cję; ma­wiał na­wet, że każ­dy po­kój jest na tyle duży, by po­mie­ści­ło się w nim kil­ka od­mien­nych zdań. Tego wie­czo­ru w dzien­nicz­ku wdzięcz­no­ści za­pi­sał z dumą, że pod­czas przy­ję­cia na­wet nie za­uwa­żył ist­nie­nia al­ko­ho­lu i nie miał żad­nych pro­ble­mów z tym, by nie pić.

Kil­ka dni póź­niej, ja­dąc wie­czo­rem po au­to­stra­dzie, usły­szał huk roz­pa­da­ją­cej się opo­ny. Zje­chał bez­rad­ny na po­bo­cze. Wpadł w pa­ni­kę. Wy­szedł z sa­mo­cho­du po­szu­kać po­mo­cy. Nikt się nie za­trzy­mał. Kil­ka­set me­trów przed sobą zo­ba­czył mi­ga­ją­ce świa­tła dwóch sa­mo­cho­dów po­li­cyj­nych i za­trzy­ma­ny sa­mo­chód z kie­row­cą w środ­ku. W. pod­szedł do nich. Gdy za­ga­dał do po­chy­lo­ne­go nad oknem za­trzy­ma­ne­go sa­mo­cho­du po­li­cjan­ta, ten od­ru­cho­wo się­gnął po broń.

– Stać! Ręce do góry! – krzyk­nął i rzu­cił W. na ma­skę sa­mo­cho­du. Gdy go ob­szu­kał, W. prze­ra­żo­ny wy­ja­śnił, że po­trze­bu­je po­mo­cy.

– To cze­mu tak ci­cho pod­sze­dłeś, prze­cież mo­głem cię za­bić – wy­ja­śnił po­li­cjant. I wy­tłu­ma­czył, że na au­to­stra­dzie co kil­ka­set me­trów są te­le­fo­ny, z któ­rych moż­na za­dzwo­nić po po­moc. W. mu od­po­wie­dział, że nie wie, bo nie jest stąd, chwi­lę po­roz­ma­wia­li. W. do­rzu­cił kil­ka aneg­dot z Pol­ski, zro­bi­ło się przy­jaź­niej i po­li­cjant sam za­te­le­fo­no­wał po po­moc dla W. Na od­chod­nym za­py­tał jesz­cze, czy W. po­tra­fi każ­de­go tak roz­ba­wić jak jego.

Po ja­kimś cza­sie przy­je­chał gość z fir­my, w któ­rej uni­wer­sy­tet wy­na­jął dla W. sa­mo­chód, i za­ło­żył mu nowe koło. W. wca­le tego nie chciał, wie­dział już, że ta­nie mię­so psy je­dzą, i ma­rzył, by roz­wią­zać umo­wę i wy­na­jąć nowe auto w po­rząd­nej fir­mie jak Hertz lub Avis. Ale nie po­tra­fił tego po­wie­dzieć i wziął na­pra­wio­ne­go sta­re­go rzę­cha. Po­tem był na sie­bie bar­dzo zły.

Złość trzy­ma­ła go na­za­jutrz i po­je­chał do fir­my, by ze­rwać umo­wę. Był tak wście­kły, że wła­ści­ciel zwró­cił mu pie­nią­dze. W. wy­na­jął sa­mo­chód w Avi­sie i był z sie­bie dum­ny. Do­pła­cił i uznał to za dru­gi wy­da­tek na trzeź­wość. Jak do­tąd wy­dat­ki te do­ty­czy­ły trans­por­tu – sa­mo­lo­tu i sa­mo­cho­dów.

W. sta­rał się też pa­mię­tać o przy­jem­no­ściach, któ­re al­ko­hol wy­ru­go­wał z jego ży­cia. Cho­dził na kon­cer­ty. W pięk­nej sali kon­cer­to­wej w Pa­sa­de­nie or­kie­stra z Bam­ber­gu pod dy­rek­cją Wi­tol­da Ro­wic­kie­go gra­ła Ry­szar­da Straus­sa i Czaj­kow­skie­go; W. ucie­szył się, bo nie miał już ta­kiej go­ni­twy my­śli jak w No­wym Jor­ku.

Ale kil­ka dni póź­niej, w Fil­har­mo­nii w Los An­ge­les, cha­os i brak sku­pie­nia po­wró­ci­ły. Gra­no IX Sym­fo­nię Gu­sta­va Mah­le­ra, czy­li kom­po­zy­to­ra, któ­re­go W. po pro­stu wiel­bił. W. po­tra­fił się sku­pić, gdy za­my­kał oczy, ale wte­dy ogar­nia­ła go sen­ność. Ty­dzień póź­niej po­now­nie spró­bo­wał. Prze­spał Mo­zar­ta, a przy Brahm­sie znów nie mógł opę­dzić się od my­śli ko­ła­czą­cych mu się po gło­wie. Może wca­le nie lu­bię mu­zy­ki, a może mam w so­bie strasz­nie dużo nie­po­ko­ju? za­pi­sał w dzien­ni­ku.

Ten cha­os utrzy­my­wał się, ale na kon­cer­ty cho­dził sys­te­ma­tycz­nie. Sta­ły się pro­bie­rzem jego sta­nu du­cha. Po ja­kimś cza­sie cha­os znik­nął. Za­stą­pił go spo­kój i uko­je­nie, ja­kie da­wa­ła mu mu­zy­ka. Po wie­lu la­tach uko­je­nie za­mie­ni­ło się w sen: po kil­ku mi­nu­tach pierw­sze­go utwo­ru W. na chwi­lę za­sy­piał. Wy­da­wa­ło mu się, że mu­zy­kę nadal sły­szy, ale wie­dział też, że spał. Nie wie­dział jed­nak, czy jest to jesz­cze do­wód spo­ko­ju du­cha, czy już sta­ro­ści.

Pew­ne­go dnia W. po­szedł z Ma­ry­linn do kina na Po­wrót Mar­ti­na Gu­er­re. Film mu się po­do­bał, uświa­do­mił so­bie, jak bar­dzo lubi kino, i po­sta­no­wił cho­dzić przy­najm­niej raz w ty­go­dniu. Kil­ka razy wy­ką­pał się w oce­anie; spra­wi­ło mu to wiel­ką przy­jem­ność, cho­ciaż po­przed­nio wody nie lu­bił. Od za­wsze ko­chał góry i te­raz też cho­dził na spa­ce­ry po Sier­ra Ma­dre. Ale nie miał na to wszyst­ko cza­su. Pew­ne­go dnia, po wy­ciecz­ce w góry, gdy mu­siał za­wró­cić w po­ło­wie dro­gi, by nie spóź­nić się do pra­cy, za­no­to­wał: Od te­raz już ża­den pil­ny ter­min nie po­wi­nien prze­szko­dzić mi w od­po­czyn­ku. Wie­czo­rem zaś, w ru­bry­ce „Na­ucz­ki”: Od ju­tra bar­dzo się pil­no­wać, by nie mieć zbęd­nej ro­bo­ty, któ­ra zmu­sza­ła­by mnie, żeby cały dzień przy niej sie­dzieć. Ale szyb­ko o tych obiet­ni­cach za­po­mniał. Dwa ty­go­dnie póź­niej za­pi­sał: Chciał­bym pójść w góry i nie umiem kie­dy. Chy­ba pod­świa­do­mość po­kie­ro­wa­ła jego ręką, gdy pi­sał „nie umiem” za­miast „nie mam kie­dy”. Bo na­praw­dę nie umiał. Nie umiał zor­ga­ni­zo­wać so­bie ży­cia tak, by był w nim czas na pra­cę, od­po­czy­nek, wy­ciecz­ki, obo­wiąz­ki i ra­do­ści. Szu­kał roz­wią­zań. Znów po ty­go­dniu, po wspa­nia­łej ką­pie­li w oce­anie, pi­sał: Boże, jak się zwol­nić z nie­ustan­ne­go wy­ści­gu. Mniej go­ni­twy za spra­wa­mi nie­ko­niecz­ny­mi; wię­cej pla­ży. Chy­ba dużo spraw so­bie wy­my­ślam tak na wszel­ki wy­pa­dek. Po­sta­na­wiał mniej pla­no­wać, śmie­lej od­rzu­cać róż­ne pro­po­zy­cje. Pra­co­wać tyl­ko poza do­mem, tak by nie mieć pod ręką pra­cy, któ­ra nie po­zwa­la­ła­by mu od­po­cząć. Tak za­czę­ła się nig­dy nie­za­koń­czo­na wal­ka W. z sa­mym sobą o or­ga­ni­za­cję ży­cia, wy­bór prio­ry­te­tów, rów­no­wa­gę mię­dzy obo­wiąz­ka­mi a ra­do­ścia­mi. Po bar­dzo wie­lu la­tach, pi­sząc coś w Za­ko­pa­nem, był tak samo jak wte­dy roz­dar­ty mię­dzy sie­dze­niem za biur­kiem a per­spek­ty­wą pój­ścia na nar­ty lub na wy­ciecz­kę w ośnie­żo­ną i za­la­ną zi­mo­wym słoń­cem do­lin­kę ta­trzań­ską.

W Ka­li­for­nii za­uwa­żył, że mniej się boi. Kie­dyś do domu wtar­gnął obcy pies. W. za­wsze pa­nicz­nie bał się psów, ale te­raz prze­zwy­cię­żył strach, za­mknął in­tru­za w kuch­ni i spo­koj­nie za­dzwo­nił po po­moc. Pod ko­niec po­by­tu bar­dzo roz­bo­la­ła go noga. Bez hi­ste­rii po­je­chał do szpi­ta­la i po­tem cier­pli­wie uczył się cho­dzić o ku­lach. Sam się zdzi­wił, że prze­szedł przez to bez pa­ni­ki i po­god­nie, jak­by już mniej było w jego gło­wie ne­ga­tyw­nych my­śli.

Bał się tego, co lu­dzie o nim po­my­ślą, dla­te­go uda­wał, ko­lo­ry­zo­wał, cza­sem kła­mał. Za­uwa­żył też nie­cier­pli­wość. Kie­dyś za­dzwo­nił do mat­ki w Pol­sce; roz­mo­wa była miła i ser­decz­na. Ale kie­dy mama po­wie­dzia­ła, by W. ogra­ni­czył pa­le­nie, na­stro­szył się. A kie­dy pro­si­ła, by ni­ko­mu nie mó­wił o swo­jej ku­ra­cji, zde­ner­wo­wał się. Nie­cier­pli­wił się tak­że wów­czas, gdy ktoś miał inne zda­nie, zwłasz­cza w kwe­stiach, któ­re go do­ty­czy­ły – trzeź­wo­ści oraz du­cho­wo­ści. Pro­gram uni­wer­sy­te­tu An­tioch był sil­nie na­sta­wio­ny na psy­cho­lo­gię oraz kwe­stie roz­wo­ju oso­bi­ste­go, zwłasz­cza in­te­lek­tu­al­ne­go i mo­ral­ne­go. Pro­fe­sor Al Er­dy­nast, przy­ja­ciel i men­tor W., był uczniem Law­ren­ce’a Kohl­ber­ga, któ­ry uwa­żał, że roz­wój mo­ral­ny jest uza­leż­nio­ny od roz­wo­ju in­te­lek­tu­al­ne­go. W. znał jed­nak wie­lu pro­stych lu­dzi o wy­so­kim po­czu­ciu mo­ral­no­ści i wie­lu dra­ni na bar­dzo wy­so­kim po­zio­mie in­te­lek­tu­al­nym, więc kłó­cił się z Alem. Kie­dyś W. zi­ry­to­wał się, gdy Al po­wie­dział, że li­czy się przede wszyst­kim mózg, Wie­czo­rem za­pi­sał: Cie­ka­we, że to, co mnie dziś draż­ni, chy­ba bar­dzo by mi się po­do­ba­ło jesz­cze dwa mie­sią­ce temu.