Lepperiada - Marcin Kącki

Lepperiada

0,0

Znany i wielokrotnie nagradzany dziennikarz śledczy bierze na warsztat jedno z najbardziej kuriozalnych ugrupowań na polskiej scenie politycznej — Samoobronę. Marcin Kącki, opisując działalność partii Andrzeja Leppera, wychodzi daleko poza dokumentalny zapis wydarzeń i afer. Bezlitośnie odsłania kulisy zdobywania i umacniania władzy, a jego przenikliwość i pozornie beznamiętny ton sprawiają, że już sama myśl o uniwersalności opisywanych mechanizmów budzi grozę. O śledztwie Kąckiego trudno czytać z zimną krwią, lektura Lepperiady każe czujnie patrzeć na ręce obecnym i przyszłym politykom, zmusza do czytania między wierszami doniesień prasowych i krytycznego traktowania przecieków dziennikarskich.

Dodaj komentarz


Kącki przybliża historię Leppera. Jednak przede wszystkim skupia się na dość dziwnym tworze/partii jakim była "Samoobrona". To nie jest przyjemna lektura. Świat polityki jaki został ukazany w książce to gnojowisko, korupcja, zdziczenie i głupota. Wstrząsajacy reportaż


Autor dość brutalnie rozprawia się z ideą partii powstałej z ludzi prostych, pozbawionych politycznych ambicji. Lektura tej książki, każde dość uważnie obserwować polską scenę polityczną i daje nowe spojrzenie na jej graczy. Dobry kawałek dziennikarskiego rzemiosła.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

title_png
czarne-2013_png

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by KUBA ATYS / AGEN­CJA GA­ZE­TA
Fo­to­gra­fia Au­to­ra po­cho­dzi z jego ar­chi­wum

Co­py­ri­ght © by MAR­CIN KĄC­KI, 2013

Re­dak­cja KA­MIL BO­GU­SIE­WICZ
Ko­rek­ty AGA­TA CZER­WIŃ­SKA i MAŁ­GO­RZA­TA PO­ŹDZIK / D2D.PL
Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL
Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej MI­CHAŁ NA­KO­NECZ­NY / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-583-2

Pro­log

Bio­rą ją z pola pew­ne­go dnia 1998 roku. Wio­zą mer­ce­de­sem do War­sza­wy, by wpro­wa­dzić do gma­chu Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów. Koza Bel­la ma zo­stać prze­ka­za­na mi­ni­stro­wi Lesz­ko­wi Bal­ce­ro­wi­czo­wi, ku pa­mię­ci rol­ni­czej nie­do­li. W mi­ni­ster­stwie kozy nie chcą, nie wia­do­mo, jak zwie­rzę za­księ­go­wać. Rol­ni­cy się upie­ra­ją, żą­da­ją po­kwi­to­wa­nia. Zo­sta­je za­war­ty kom­pro­mis. Urzęd­ni­cy kozę przyj­mu­ją, ale w da­rze, bez po­kwi­to­wa­nia, co zdej­mu­je z nich obo­wią­zek tro­ski.

Rol­ni­cy od­jeż­dża­ją. Koza zja­da pod re­sor­tem kwia­ty, wy­próż­nia się na chod­nik. Urzęd­ni­cy pro­szą o po­moc zoo. Od­ro­ba­czo­na Bel­la tra­fia na wy­bieg, ma­jąc za są­sia­dów kuca sze­tlandz­kie­go i pan­dę. Do­sta­je nowe imię: Bal­cer­ka. Sta­je się gwiaz­dą, tra­fia na pierw­sze stro­ny ga­zet. Do zoo zgła­sza­ją się biz­nes­me­ni, ofe­ru­ją za kozę po­kaź­ne sumy, ale ogród wy­bie­ra skrom­ny Dom Po­mo­cy Spo­łecz­nej w Oł­da­kach, któ­re­go go­spo­da­rze po­bie­ra­ją, na utrzy­ma­nie kozy, do­ta­cje z Unii Eu­ro­pej­skiej. Bal­cer­ka, nie­do­jo­na, cho­dzi w ha­re­mie in­nych ko­zic. Po­kry­wa­na do woli przez capa, do­cze­ku­je się trój­ki po­tom­stwa. Po­zu­je do zdjęć z dzieć­mi.

Wa­taż­ka

Fo­to­graf To­masz Ter­lec­ki w lu­tym 1999 roku szy­ku­je we wro­cław­skiej ga­le­rii wy­sta­wę zdjęć zna­nych osób. Ma na kli­szach gwiaz­dy kina, show­-biz­ne­su, po­li­ty­ków. Do se­sji chce za­pro­sić An­drze­ja Lep­pe­ra, ale nie wie, jak się z nim skon­tak­to­wać, te­le­fo­ny ko­mór­ko­we nie są jesz­cze w po­wszech­nym uży­ciu. Po­ma­ga­ją mu zna­jo­mi biz­nes­me­ni, dziś naj­waż­niej­si pro­du­cen­ci me­bli, wte­dy za­dłu­że­ni ho­dow­cy dro­biu, szu­ka­ją­cy u Lep­pe­ra wspar­cia.

Szef Sa­mo­obro­ny zy­skał już opi­nię try­bu­na chłop­skie­go, do­ma­ga­ją­ce­go się uwol­nie­nia rol­ni­ków od dłu­gów, wal­czą­ce­go o wyż­sze ceny sku­pu żyw­ca. A wal­czy ostro. Blo­ku­je dro­gi, lży po­li­ty­ków i nie wy­cho­dzi z sądu, chwa­ląc się, że ma sto pro­ce­sów, a wszyst­kie „za wal­kę o praw­dę i god­ność”.

Ter­lec­ki za­pra­sza Lep­pe­ra do pra­cow­ni. Zdzi­wio­ny, bo wi­dzi try­bu­na lu­do­we­go bez tu­rec­kie­go swe­ter­ka i słyn­nej prza­śnej grzyw­ki opusz­czo­nej na czo­ło. Są za to gar­ni­tur, bia­ła ko­szu­la, kra­wat, ze­ga­rek na skó­rza­nym pa­sku. Grzyw­ka, za­cze­sa­na te­raz do góry, do­da­je prze­wod­ni­czą­ce­mu Sa­mo­obro­ny ma­je­sta­tu. Tyl­ko zde­fa­so­no­wa­ne czub­ki bu­tów zdra­dza­ją, że nie ma jesz­cze wy­czu­cia de­ta­lu. Ter­lec­ki jest prze­ko­na­ny, że Lep­per ma na so­bie gar­ni­tur jesz­cze ze ślu­bu, a nową grzyw­kę uło­żył tyl­ko na chwi­lę, do zdję­cia. Fo­to­graf usta­wia mo­de­la na klat­ce scho­do­wej pro­wa­dzą­cej do pra­cow­ni, każe mu usiąść na scho­dach, złą­czyć sto­py, ob­jąć rę­ka­mi ko­la­na.

– Taki znie­wie­ścia­ły – mó­wię Ter­lec­kie­mu, pa­trząc na pierw­sze ofi­cjal­ne zdję­cie Lep­pe­ra po prze­mia­nie.

– Ra­czej jak zbi­ty pies, sa­mot­ny, sła­by, bez swo­jej gro­ma­dy. Upo­ko­rzy­łem go? Tak nie my­śla­łem. Wy­da­wa­ło mi się, że robi dużo ha­ła­su, jest agre­syw­ny, cham­ski, czy­li tak na­praw­dę, w środ­ku, mało pew­ny swo­ich dzia­łań – mówi mi Ter­lec­ki.

Gdy Lep­per wi­dzi zdję­cie, nie pro­te­stu­je. Ma za­ufa­nie do fa­chow­ca.

Kil­ka dni póź­niej fo­to­graf je­dzie na swój wer­ni­saż z War­sza­wy do Wro­cła­wia. Już bli­sko. Zdję­cia roz­wie­szo­ne, go­ście się scho­dzą, wi­dzą por­tre­ty Lesz­ka Bal­ce­ro­wi­cza, Bro­ni­sła­wa Ge­rem­ka, Alek­san­dra Kwa­śniew­skie­go, An­drze­ja Lep­pe­ra. Ty­tuł: Syl­we­ty sław. Ter­lec­ki się spóź­nia, bo utknął w kor­ku pod Wro­cła­wiem, gdzie rol­ni­cy Lep­pe­ra za­blo­ko­wa­li dro­gę.

Pio­tra Ty­mo­cho­wi­cza, eks­per­ta od wi­ze­run­ku me­dial­ne­go, tak­że za­trzy­ma­ły wte­dy blo­ka­dy. Wy­so­ki, przy­stoj­ny, z nie­dba­le za­cze­sa­ny­mi wło­sa­mi, po­ma­ga po­li­ty­kom, wów­czas dru­gie­go sze­re­gu, i biz­nes­me­nom w opa­no­wa­niu ję­zy­ka cia­ła: uczy ple­ce­nia ko­szycz­ków pal­ca­mi, wy­wie­ra­nia na­ci­sku na roz­mów­cę, do­bie­ra­nia kra­wa­tów. Ty­mo­cho­wicz się spie­szy, ma za chwi­lę spo­tka­nie w War­sza­wie, ale cią­gni­ki sto­ją w po­przek dro­gi, nie prze­pusz­czą.

– Kto tu rzą­dzi? – pyta Ty­mo­cho­wicz jed­ne­go z pro­te­stu­ją­cych.

– On – rol­nik wska­zu­je pal­cem try­bu­na, zna­ne­go Ty­mo­cho­wi­czo­wi z te­le­wi­zji. Eks­pert pod­cho­dzi do nie­wy­so­kie­go, krę­pe­go, ubra­ne­go w dłu­gą kurt­kę i swe­ter, z grzyw­ką wy­sta­ją­cą spod czap­ki, prze­wod­ni­czą­ce­go Sa­mo­obro­ny.

Dwa ty­go­dnie póź­niej Lep­per, od­mie­nio­ny, przyj­dzie do stu­dia Ter­lec­kie­go.

Kil­ka­na­ście dni wy­star­czy­ło Ty­mo­cho­wi­czo­wi na ko­sme­ty­kę. Za­czę­li, po spo­tka­niu na blo­ka­dzie, od se­sji ze sty­list­ką.

– Mó­wię mu, że wy­glą­da jak część in­wen­ta­rza. Nie ob­ra­ża się, pro­si o kon­kre­ty. Mó­wię, że ma fry­zu­rę jak spod garn­ka, a on: „Zmie­niaj­my, już!” – wspo­mi­na Ty­mo­cho­wicz.

Sty­list­ka i fry­zjer ro­bią przy­miar­ki do wło­sów. Lep­per tro­chę wal­czy, przy­zwy­cza­jo­ny do sta­rej fry­zu­ry. Gdy za­cze­su­ją mu grzyw­kę do góry, jest za­do­wo­lo­ny.

Ty­mo­cho­wicz do­ra­dza jesz­cze, jak do­sto­so­wać strój do sy­tua­cji, by nie prze­sa­dzić z no­wym ima­ge’em.

– Mó­wię, że na spo­tka­nie z rol­ni­ka­mi wy­star­czy śred­niej ja­ko­ści ma­ry­nar­ka, a nie mar­ko­wy gar­ni­tur.

Szef Sa­mo­obro­ny, w prze­ci­wień­stwie do in­nych po­li­ty­ków, pod­czas kam­pa­nii wy­bor­czych uni­ka wy­stę­pów z żoną, bo – jak mówi mi Ty­mo­cho­wicz – po zmia­nie wi­ze­run­ku za moc­no od niej od­bił.

Do­rad­ca pró­bu­je też zwal­czyć u Lep­pe­ra „syn­drom Wa­łę­sy”, czy­li ma­nie­rę za­czy­na­nia zdań od „ja”.

Spo­tka­łem się z Ty­mo­cho­wi­czem w po­ło­wie 2007 roku, gdy jego dro­gi z Lep­pe­rem już się roz­cho­dzi­ły.

Na no­wo­cze­snym, strze­żo­nym osie­dlu dom­ków jed­no­ro­dzin­nych w War­sza­wie drzwi otwo­rzył mi nie­ogo­lo­ny, w drew­nia­kach i ko­szul­ce bez rę­ka­wów. Miesz­ka w par­te­ro­wym domu, urzą­dzo­nym no­wo­cze­śnie, z ogro­dem i wiel­kim pla­sti­ko­wym ba­se­nem. Był przy­bi­ty. Ty­dzień wcze­śniej pro­ku­ra­tu­ra oskar­ży­ła go o po­sia­da­nie zdjęć pe­do­fil­skich w kom­pu­te­rze, co kil­ka lat póź­niej skoń­czy się umo­rze­niem spra­wy.

– Nig­dy nie wal­czy­łem o Lep­pe­ra­-klien­ta. Mar­ke­ting po­li­tycz­ny był dla mnie eks­pe­ry­men­tem, za­ba­wą. Utrzy­mu­ję się z do­radz­twa biz­ne­so­we­go – mówi mi wte­dy Ty­mo­cho­wicz. – Pa­mię­tam, że dla zna­jo­mych by­łem po­śmie­wi­skiem. Stu­ka­li się w gło­wę, że do­ra­dzam ta­kie­mu Lep­pe­ro­wi. Ale by­łem pew­ny, że wsta­wię go do par­la­men­tu. To nie­głu­pi czło­wiek, jest po­jęt­ny, a dzię­ki temu in­te­li­gent­ny. Szyb­ko się uczy.

Współ­pra­cę z Lep­pe­rem, jak mnie prze­ko­nu­je, uwa­żał za eks­pe­ry­ment so­cjo­lo­gicz­ny. Chciał się prze­ko­nać, czy wpro­wa­dzi do par­la­men­tu oso­bę, któ­rej wi­ze­ru­nek musi zbu­do­wać od pod­staw.

– Dziś mogę po­wie­dzieć – przy­zna­je wte­dy Ty­mo­cho­wicz – że „eks­pe­ry­ment Lep­per” wy­mknął się spod kon­tro­li. Ale to nie ja wy­bie­ram i gło­su­ję.

Me­cha­ni­zmy tego przed­się­wzię­cia Ty­mo­cho­wicz przed­sta­wił w 2006 roku w fil­mie Jak to się robi. Wspól­nie z do­ku­men­ta­li­stą Mar­ce­lem Ło­ziń­skim chciał udo­wod­nić, że po­li­tyk jest jak pa­sta do zę­bów. Moż­na go sprze­dać na­wet szczer­ba­te­mu, byle zo­stał do­brze opa­ko­wa­ny.

Film za­czy­na apel te­atral­nie ge­sty­ku­lu­ją­ce­go Ty­mo­cho­wi­cza: „Zaj­mo­wa­łem się kre­owa­niem wie­lu zna­nych po­li­ty­ków, ale te­raz przy­szła ko­lej na cie­bie. I ty mo­żesz zo­stać cha­ry­zma­tycz­nym przy­wód­cą. Spró­buj swo­ich sił. Zro­bię to nie­od­płat­nie, cze­kam…”. Ty­mo­cho­wicz kusi lek­cja­mi ge­sty­ku­la­cji i re­to­ry­ki, głów­nych ele­men­tów pu­blicz­nych wy­stą­pień.

Przy­cho­dzi kil­ka­dzie­siąt osób w róż­nym wie­ku. Za­czy­na się ca­sting. Ty­mo­cho­wicz i jury se­lek­cjo­nu­ją kan­dy­da­tów na po­li­ty­ków.

– Kto, pani zda­niem, nie po­wi­nien być dla ni­ko­go au­to­ry­te­tem, zwłasz­cza dla lu­dzi mło­dych? – pyta w fil­mie Ty­mo­cho­wicz.

– No cóż… Na przy­kład pan Lep­per – od­po­wia­da ko­bie­ta w śred­nim wie­ku.

– Nie­ste­ty, nie kwa­li­fi­ku­je­my pani – stwier­dza de­miurg.

Na ca­sting przy­szedł też dwu­dzie­sto­sied­mio­let­ni Da­riusz Ko­nop­ka, któ­ry przy­je­chał do War­sza­wy z ma­łe­go mia­sta, by „zro­bić ka­rie­rę”.

– Z czym ko­ja­rzy się panu po­li­ty­ka? – pyta go Ty­mo­cho­wicz.

– Wła­dza, pie­nią­dze, po­pu­lar­ność…

– I na tym panu za­le­ży?

– Do­kład­nie.

– Jest pan za­kwa­li­fi­ko­wa­ny.

Spraw­dzian prze­cho­dzi jesz­cze kil­ka­na­ście osób. Ty­mo­cho­wicz pyta każ­de­go:

– Bę­dziesz parł po tru­pach do celu?

Da­rek Ko­nop­ka bez wa­ha­nia mówi „tak”, wy­ra­sta­jąc na fa­wo­ry­ta.

Uczest­ni­cy eks­pe­ry­men­tu od­gry­wa­ją scen­ki mi­kro­de­mon­stra­cji pod urzę­da­mi, prze­ma­wia­ją do przy­pad­ko­wych prze­chod­niów, prze­ko­nu­ją zmy­ślo­ny­mi hi­sto­ria­mi, by bu­dzić li­tość lub wście­kłość – to ćwi­cze­nie z ma­ni­pu­la­cji tłu­mem. A tłum bije bra­wo.

– Jak ła­two jest tymi ludź­mi ste­ro­wać… – dzi­wi się za ku­li­sa­mi je­den z uczest­ni­ków.

Gdy ak­to­rzy Ty­mo­cho­wi­cza prze­ma­wia­ją do prze­chod­niów, na­wo­łu­jąc do za­koń­cze­nia woj­ny w Ira­ku, ni­ko­go to nie in­te­re­su­je. Ty­mo­cho­wicz po­cie­sza:

– Nie wa­sza wina. To spo­łe­czeń­stwo jest chu­jo­we, żad­na ide­olo­gia go nie ru­sza. Trze­ba bru­tal­nie, cy­nicz­nie, so­cjo­tech­nicz­nie.

W koń­cu wy­ja­wia bru­tal­ną praw­dę:

– Trud­no bę­dzie się wy­bić, trze­ba się pod­piąć pod mło­dzie­żów­kę Sa­mo­obro­ny.

Wśród uczniów kon­ster­na­cja. Prze­bą­ku­ją, że film fil­mem, ale Sa­mo­obro­na to ob­ciach. Je­den od­cho­dzi, tłu­ma­cząc:

– Źle bym się czuł, gdy­by ktoś taki [Lep­per] re­pre­zen­to­wał mnie jako oby­wa­te­la. Nie chcę tak żyć.

Ale Ty­mo­cho­wicz za­chę­ca:

– Me­dia to pod­chwy­cą.

Resz­ta uczest­ni­ków, choć z wąt­pli­wo­ścia­mi, idzie na spo­tka­nie z Lep­pe­rem. Ucznio­wie, za radą Ty­mo­cho­wi­cza, pra­wią kom­ple­men­ty sze­fo­wi Sa­mo­obro­ny:

– Pa­nie prze­wod­ni­czą­cy, jest pan je­dy­nym nie­skom­pro­mi­to­wa­nym po­li­ty­kiem w tym kra­ju. Chce­my też coś zmie­nić, wspól­nie z pa­nem.

– Jest pan je­dy­nym czło­wie­kiem, któ­ry wziął się za bary z ko­rup­cją. Mam do pana duży sza­cu­nek.

Da­riusz Ko­nop­ka, fa­wo­ryt Ty­mo­cho­wi­cza, ma wąt­pli­wo­ści: chce po­sta­wić na Pra­wo i Spra­wie­dli­wość, a Lep­per jest mu obcy ide­owo. Ty­mo­cho­wicz tłu­ma­czy:

– Nie umie­ści­my cię na li­stach Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej i PiS­-u, bo trze­ba by wy­grać boje z tam­tej­szy­mi dzia­ła­cza­mi. Zo­sta­je le­wi­ca.

– Ale ja je­stem cen­tro­pra­wi­co­wy – od­po­wia­da Ko­nop­ka.

– Jed­na ko­bie­ta jest wy­so­ka i mło­da, dru­ga sta­ra i bo­ga­ta. A trze­cią ko­chasz, ale nie ma nic (śmiech).

Gdy nad wy­glą­dem Ko­nop­ki pra­cu­ją sty­li­ści z sa­lo­nu mody, Ty­mo­cho­wicz oce­nia:

– Wi­dać, że w tym kra­wa­cie masz coś do po­wie­dze­nia. Jak zdej­mu­jesz to pal­to, jest in­try­gu­ją­co.

Mło­dzian, w no­wym stro­ju, za­po­mi­na o ide­ach. Idzie na ze­bra­nie SLD, by wstrzą­snąć jej mło­dzie­żów­ką. Na ze­bra­niu są Jó­zef Olek­sy, prze­wod­ni­czą­cy par­tii, i Ma­rek Dy­duch, je­den z jej naj­waż­niej­szych człon­ków. Ko­nop­ka, nie­zna­ny ni­ko­mu, wcho­dzi na mów­ni­cę, uda­jąc dzia­ła­cza. Od razu ata­ku­je:

– Par­tia upa­dła, SLD nie jest le­wi­cą, mło­dzi zo­sta­li oszu­ka­ni przez li­de­rów. Nie je­ste­ście ka­rie­ro­wi­cza­mi, na­de­szła pora do tego, aby dać wy­raz na­sze­mu nie­za­do­wo­le­niu, by za­ło­żyć nową par­tię.

Na sali kon­ster­na­cja, nikt nie wie, że Ko­nop­ka jest pod­sta­wio­ny. Gdy mówi, że stoi za nim kil­ka­na­ście ty­się­cy osób, sala jest już zbyt roz­ba­wio­na, by wziąć go na po­waż­nie.

Ko­nop­ka mówi:

– Ogła­szam prze­rwę (na sali śmiech).

SLD jest dla nie­go spa­lo­ne.

Znów ze­bra­nie. Tym ra­zem Ko­nop­ka uwo­dzi Sa­mo­obro­nę:

– Chciał­bym po­dzię­ko­wać oso­bie, któ­ra – jak się wy­da­je – sta­no­wi klucz do po­ro­zu­mie­nia po­ko­jo­we­go. Panu An­drze­jo­wi Lep­pe­ro­wi.

Lep­per wcho­dzi na mów­ni­cę i wy­gła­sza:

– Pol­ska jest jed­na, spra­wie­dli­wa. Dla kogo? Dla gru­py cwa­nia­ków. Dla­te­go my, Sa­mo­obro­na, po­wsta­li­śmy.

Ko­nop­ka za ku­li­sa­mi tłu­ma­czy swo­ją trans­for­ma­cję. Że w za­sa­dzie to ma po­glą­dy le­wi­co­we, że już nie chce do PiS, a Sa­mo­obro­na po­trak­to­wa­ła go życz­li­wie. Lep­per obie­cał też, że umie­ści go na li­ście kan­dy­da­tów do wy­bo­rów par­la­men­tar­nych.

Film koń­czy się sce­ną, w któ­rej Ja­nusz Mak­sy­miuk, przy­bocz­ny Lep­pe­ra, wy­sy­ła po Ko­nop­kę sa­mo­chód na kon­gres Sa­mo­obro­ny. Ko­nop­ka, na po­trze­by fil­mu wy­tre­no­wa­ny przez Ty­mo­cho­wi­cza, sta­je się au­ten­tycz­nym dzia­ła­czem mło­dzie­żów­ki Sa­mo­obro­ny.

Po kil­ku la­tach z po­li­ty­ki zre­zy­gnu­je. Od­naj­dzie się w biz­ne­sie.

Praw­dzi­wy „pro­dukt” Ty­mo­cho­wi­cza, An­drzej Lep­per, scho­dzi z „li­nii pro­duk­cyj­nej” w 2000 roku. Szef Sa­mo­obro­ny na blo­ka­dach jest już tyl­ko go­ściem, z me­dia­mi ko­mu­ni­ku­je się na kon­fe­ren­cjach pra­so­wych. Na jed­nej z nich, mimo że za oknem wcze­sna wio­sna, jest prze­sad­nie opa­lo­ny.

Ty­mo­cho­wicz wy­ja­śnia:

– Miał pro­blem z na­czy­nia­mi krwio­no­śny­mi. Były płyt­ko pod skó­rą. Gdy się de­ner­wo­wał, twarz ro­bi­ła mu się czer­wo­na. Uzna­li­śmy, że lep­szy Mu­lat niż bu­rak.

W tym cza­sie na szpi­tal­nym łóż­ku w Po­zna­niu bu­dzi się z po­nad rocz­nej śpiącz­ki Mi­chał Wojt­czak, któ­ry w 1991 roku był wi­ce­mi­ni­strem rol­nic­twa. Lep­per oku­po­wał wte­dy re­sort, do­ma­ga­jąc się uwol­nie­nia rol­ni­ków od dłu­gów. Wojt­czak wiel­ki­mi kro­ka­mi mu­siał omi­jać le­żą­ce­go Lep­pe­ra. Te­raz, w szpi­ta­lu, pyta pie­lę­gniar­kę, kim jest fa­cet w te­le­wi­zji, w gar­ni­tu­rze i ma­ho­nio­wej opa­le­niź­nie, ma­ją­cy głos po­dob­ny do sze­fa Sa­mo­obro­ny.

Sam Lep­per nie­chęt­nie wspo­mi­na o po­ra­dach Ty­mo­cho­wi­cza, w me­diach lan­su­je się jako sa­mo­rod­ny ta­lent.

Przy­ozdo­bio­ny w opa­le­ni­znę i gar­ni­tur, szef Sa­mo­obro­ny spraw­dza sku­tecz­ność swo­je­go no­we­go wi­ze­run­ku pod­czas wy­bo­rów pre­zy­denc­kich w 2000 roku i rok póź­niej, w par­la­men­tar­nych.

Do­rzu­ca ga­dże­ty i sym­bo­le par­tyj­nej jed­no­ści.

W swo­im hym­nie Sa­mo­obro­na…

…prze­strze­ga przed Unią Eu­ro­pej­ską:

Już mó­wi­li, że to bę­dzie w koń­cu raj,
mle­kiem, mio­dem bę­dzie pły­nąć kraj,
bo czer­wo­ne wy­bie­la­ło,
eu­ro­pej­skie nad­cią­ga­ło,
ale skut­ków nie prze­wi­dział chy­ba nikt.

…wy­no­si Lep­pe­ra do ran­gi he­ro­sa:

Na­gle w kra­ju za dużo ludz­kich rąk,
a w rol­nic­twie bił na alarm dzwon,
tyl­ko je­den nam po­ma­ga,
kie­dy kło­dy rzu­ca wła­dza,
i nie milk­nie, i nie milk­nie jego głos!

…wzy­wa do re­wo­lu­cji:

Ten kraj jest nasz i Wasz,
nie damy bić się w twarz,
bę­dzie­my wal­czyć jak lwy
i nie prze­szko­dzi nikt.

Au­to­rem słów jest li­der ze­spo­łu di­sco­po­lo­we­go, a me­lo­dia to pla­giat po­pu­lar­nej cze­skiej pio­sen­ki Vác­la­va Nec­kářa Ten chléb je tvůj i můj.

Hymn spo­ty­ka się z szyb­ką kontrą Ka­zi­ka Sta­szew­skie­go, rock­ma­na:

Gdy je­cha­łem do dziew­czy­ny,
to sta­li­ście mi na dro­dze,
ja wam tego nie wy­ba­czę,
pa­mię­tli­wy je­stem sro­dze.

Lep­per kusi, że zrzek­nie się pen­sji pre­zy­denc­kiej, je­śli wpro­wa­dzi się do Bel­we­de­ru, i że obe­tnie po­słom die­ty, je­śli jego par­tia tra­fi do Sej­mu. Pie­nią­dze, stru­mie­niem, mają też po­pły­nąć do wy­bor­ców: osiem­set pięć­dzie­siąt zło­tych dla każ­de­go w trud­nej sy­tu­acji ży­cio­wej i dwa ty­sią­ce dla każ­dej bied­nej ro­dzi­ny.

Prze­wod­ni­czą­cy Sa­mo­obro­ny ru­sza w Pol­skę. Kontr­kan­dy­da­ci usta­la­ją mapę spo­tkań z wy­bor­ca­mi we­dle upodo­bań elek­to­ra­tu. Le­wi­ca i pra­wi­ca ro­bią to­ur­née po du­żych oraz śred­nich mia­stach, PSL ob­jeż­dża wsie. Mapa go­ścin­nych wy­stę­pów Lep­pe­ra zna­czo­na jest miej­sco­wo­ścia­mi, w któ­rych to­czą się jego pro­ce­sy są­do­we.

W go­rzow­skim są­dzie, w któ­rym od­po­wia­da za nie­le­gal­ną blo­ka­dę, roz­da­je przed pro­ce­sem ulot­ki wy­bor­cze.

W Ło­dzi, są­dzo­ny za lże­nie po­li­ty­ków, pusz­cza na są­do­wym ko­ry­ta­rzu hymn Sa­mo­obro­ny.

W El­blą­gu, gdzie tak­że tłu­ma­czy się przed są­dem za ubli­ża­nie po­li­ty­kom sło­wa­mi „pa­jac” i „ban­dzior”, po roz­pra­wie ru­sza uli­ca­mi mia­sta na roz­mo­wy z miesz­kań­ca­mi.

Za­wsze to­wa­rzy­szą mu dzien­ni­ka­rze, chęt­ni, by od­no­to­wać ko­lej­ną awan­tu­rę.

Gdy Lep­per nie sta­wia się na roz­pra­wę w Ło­dzi, sąd każe go do­pro­wa­dzić siłą. Lep­per wra­ca aku­rat z za­gra­ni­cy. Wie, że gdy tyl­ko po­sta­wi nogę w Pol­sce, zo­sta­nie za­trzy­ma­ny, więc dzwo­ni do dzien­ni­ka­rzy, by cze­ka­li na przej­ściu gra­nicz­nym. W cze­skim Nácho­dzie wita Lep­pe­ra po­li­cja wraz ze szpa­le­rem ka­mer i mi­kro­fo­nów.

– Zwiń­cie mnie, ale za­łóż­cie kaj­dan­ki – rzu­ca Lep­per.

Wie­czor­ne ser­wi­sy po­ka­zu­ją sze­fa Sa­mo­obro­ny sku­te­go, w ko­szul­ce z bia­łym or­łem, w oto­cze­niu par­tyj­nych dzia­ła­czy krzy­czą­cych: „Hań­ba!”.

Gdy go­rzow­ski sąd wy­sta­wia list goń­czy, Lep­per znów ko­rzy­sta. Osten­ta­cyj­nie zja­wia się w sie­dzi­bie Pań­stwo­wej Ko­mi­sji Wy­bor­czej, by za­re­je­stro­wać swo­ją kan­dy­da­tu­rę na pre­zy­den­ta. Wy­cho­dzi stam­tąd zdu­mio­ny, bo bez po­li­cyj­nej asy­sty. Fer­dy­nand Ry­marz, prze­wod­ni­czą­cy PKW, kwi­tu­je:

– Ani list goń­czy, ani areszt, ani po­byt w wię­zie­niu nie za­bra­nia­ją w Pol­sce kan­dy­do­wa­nia na pre­zy­den­ta.

Lep­per się nie pod­da­je. Do­no­si po­li­cjan­tom, że cze­ka na nich w war­szaw­skiej sie­dzi­bie Sa­mo­obro­ny. Funk­cjo­na­riu­sze przy­cho­dzą, po­ty­ka­ją się o dzien­ni­ka­rzy, Lep­per pro­si ich o za­ku­cie w kaj­dan­ki. Zo­sta­je wy­pro­wa­dzo­ny przy akom­pa­nia­men­cie pusz­czo­nej z ma­gne­to­fo­nu Roty.

Sztab wy­bor­czy Ma­ria­na Krza­klew­skie­go z Ak­cji Wy­bor­czej So­li­dar­ność, rów­nież kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta, pie­kli się, że Krza­klew­skie­go za rzad­ko po­ka­zu­je się w Te­le­wi­zji Pol­skiej. Pa­weł So­snow­ski, rzecz­nik TVP, od­po­wia­da:

– Gdy­by to li­der AWS zo­stał aresz­to­wa­ny lub miał dłu­gi, jego sta­ty­sty­ki wy­glą­da­ły­by le­piej.

Wy­bo­ry pre­zy­denc­kie w 2000 roku wy­gry­wa, po raz dru­gi z rzę­du, Alek­san­der Kwa­śniew­ski. Za nim pla­su­ją się An­drzej Ole­chow­ski, Ma­rian Krza­klew­ski i Ja­ro­sław Ka­li­now­ski. An­drzej Lep­per, pią­ty, do­sta­je 3 pro­cent gło­sów. Wy­gry­wa z Ja­nu­szem Kor­win­-Mik­kem (1,4 pro­cent) i by­łym pre­zy­den­tem Le­chem Wa­łę­są (1 pro­cent).

W son­da­żu pod­su­mo­wu­ją­cym wy­bo­ry w od­po­wie­dzi na py­ta­nie o po­li­ty­ka roku Lep­per otrzy­mu­je je­den pro­cent gło­sów. Tyle samo co Le­szek Bal­ce­ro­wicz i Wła­dy­sław Bar­to­szew­ski, le­gen­da pol­skie­go pod­zie­mia II woj­ny świa­to­wej i opo­zy­cjo­ni­sta z okre­su PRL.

Naj­więk­szy suk­ces Lep­pe­ra to po­ko­na­nie głów­ne­go ry­wa­la – Pol­skie­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go.

Po­nad dwie trze­cie py­ta­nych przez pra­cow­nię CBOS wska­zu­je na sze­fa Sa­mo­obro­ny jako dzia­ła­ją­ce­go w in­te­re­sie rol­ni­ków. To o dzie­sięć pro­cent wię­cej niż szef lu­do­wców.

PSL zy­ska­ło na wsi więk­sze po­par­cie niż Lep­per, ale Sa­mo­obro­na, kie­ru­jąc się do sfru­stro­wa­ne­go elek­to­ra­tu, przy­cią­ga dwa razy wię­cej wy­bor­ców z du­żych miast.

„So­jusz oby­dwu par­tii – jak pi­sze wte­dy Kry­sty­na Na­szkow­ska, pu­bli­cyst­ka »Ga­ze­ty Wy­bor­czej« – jest nie­moż­li­wy, bo choć Lep­per o to za­bie­ga, lu­do­wcy uni­ka­ją skraj­no­ści”. Po­łą­cze­nie umiar­ko­wa­ne­go PSL z ra­dy­kal­ną Sa­mo­obro­ną mo­gło­by spra­wić, że PSL utra­ci­ło­by część wy­bor­ców.

Kam­pa­nia pre­zy­denc­ka 2000 roku była dla Lep­pe­ra za­pra­wą do de­cy­du­ją­ce­go po­je­dyn­ku w wy­bo­rach par­la­men­tar­nych na­stęp­ne­go roku.

Po­ja­wia się wte­dy słyn­ny kra­wat w bia­ło­-czer­wo­ne uko­śne pasy, któ­ry w kam­pa­nii no­sić bę­dzie każ­dy kan­dy­dat i dzia­łacz Sa­mo­obro­ny. Po­mysł tak do­bry, że ma kil­ku oj­ców. Tak­że Ty­mo­cho­wicz twier­dzi, że to jego dzie­ło.

Lep­per sta­wia na me­dia, gwa­ran­tu­jąc so­bie czas an­te­no­wy spek­ta­ku­lar­ny­mi eks­ce­sa­mi – pro­te­stu­je prze­ciw­ko trans­por­to­wa­niu przez Pol­skę pa­li­wa ją­dro­we­go, za­pra­sza w par­tyj­ne sze­re­gi uczest­ni­ków po­pu­lar­ne­go re­ali­ty show Big Bro­ther, wjeż­dża na ko­niu na plac w Gnieź­nie.

Dwa mie­sią­ce przed wy­bo­ra­mi par­la­men­tar­ny­mi więk­szość son­da­ży nie daje Sa­mo­obro­nie szans na prze­kro­cze­nie pię­cio­pro­cen­to­we­go pro­gu. Ale kil­ka dni przed gło­so­wa­niem na­stę­pu­je na­gły zwrot: pra­cow­nia OBOP pu­bli­ku­je son­daż, we­dług któ­re­go aż dzie­więć pro­cent Po­la­ków wy­bra­ło­by Sa­mo­obro­nę. Eks­per­ci są ta­jem­ni­czy. Tłu­ma­czą, że na wcze­śniej­sze wy­ni­ki wpły­nął wstyd ba­da­nych przed przy­zna­niem się do sym­pa­tii dla Lep­pe­ra.

Myli się wie­lu. Pro­fe­sor Mi­ro­sła­wa Gra­bow­ska, so­cjo­log, dy­rek­tor pra­cow­ni ba­dań spo­łecz­nych CBOS, dwa mie­sią­ce przed wy­bo­ra­mi twier­dzi­ła, że ad­re­sa­tem Sa­mo­obro­ny jest tak mała gru­pa sfru­stro­wa­nych rol­ni­ków, że Lep­per pro­gu nie prze­kro­czy.

– Son­da­że nie są ide­al­nym na­rzę­dziem – mówi mi Gra­bow­ska, gdy po la­tach py­tam o przy­czy­ny błę­du. – Lu­dzie ukry­wa­li swo­je pre­fe­ren­cje. Wsty­dzi­li się przy­zna­wać do par­tii, któ­rej szef po­strze­ga­ny był jako nie­okrze­sa­ny, cwa­ny chło­pek.

Gra­bow­ska twier­dzi, że rów­nież dy­na­mi­ka kam­pa­nii wy­bor­czej po­tra­fi ra­dy­kal­nie od­mie­nić losy wy­bo­rów. Po­da­je przy­kład Ru­chu Pa­li­ko­ta, któ­ry w 2011 roku star­to­wał w wy­bo­rach par­la­men­tar­nych:

– Na pół­to­ra mie­sią­ca przed wy­bo­ra­mi by­łam pew­na, że nie wej­dzie do Sej­mu. Ale dzie­sięć dni przed gło­so­wa­niem miał już sie­dem pro­cent. Może to moda, efekt me­dial­ny, my­śla­łam jesz­cze. Ale to był au­ten­tycz­ny wzrost po­par­cia.

Wie­czór wy­bor­czy 2001 roku. W szta­bie Sa­mo­obro­ny w War­sza­wie dzia­ła­cze naj­pierw wi­dzą fre­kwen­cję: czter­dzie­ści sześć pro­cent. Po­tem słup­ki wy­gra­nych: le­wi­co­wy so­jusz SLDUP, któ­ry zdo­by­wa czter­dzie­ści je­den pro­cent gło­sów, za nim Plat­for­ma Oby­wa­tel­ska. Gdy za­raz po­tem po­ja­wia się słu­pek Sa­mo­obro­ny – dzie­sięć pro­cent gło­sów – dzia­ła­czy Lep­pe­ra ogar­nia eu­fo­ria. Wy­prze­dza­ją Pra­wo i Spra­wie­dli­wość, PSL oraz Ligę Pol­skich Ro­dzin. Lep­per wpro­wa­dza do Sej­mu pięć­dzie­się­cio­ro tro­je po­słów.

Eks­per­ci tym ra­zem nie mają wąt­pli­wo­ści: suk­ces Sa­mo­obro­ny wy­ni­ka mię­dzy in­ny­mi z lęku przed Unią Eu­ro­pej­ską, któ­ra za chwi­lę Pol­skę przy­tu­li, i bo­le­snych re­form spo­łecz­nych AWS.

Lep­per kie­ro­wał się do wy­bor­ców o wy­kształ­ce­niu za­wo­do­wym, miesz­kań­ców ma­łych miast, głów­nie męż­czyzn.

Le­szek Mil­ler, szef SLD, kon­klu­do­wał:

– Mniej wię­cej na dzie­sięć dni przed wy­bo­ra­mi za­uwa­ży­li­śmy, że na­sze po­par­cie spa­da, a ro­sną no­to­wa­nia Sa­mo­obro­ny i Ligi Pol­skich Ro­dzin. Elek­to­rat, któ­ry chciał na nas gło­so­wać, szu­ka­jąc ja­kiejś na­dziei, za­uwa­żył, że są inne ugru­po­wa­nia, bar­dziej ra­dy­kal­ne. To się za­czę­ło od mo­men­tu, kie­dy ru­szy­ła kam­pa­nia te­le­wi­zyj­na, gdy Sa­mo­obro­na i Liga prze­bi­ły się do me­diów.

Ewa Mi­le­wicz, pu­bli­cyst­ka „Ga­ze­ty”, pi­sa­ła po wy­bo­rach o suk­ce­sie Sa­mo­obro­ny: „Jak An­drzej Lep­per to zro­bił? Za­uwa­żył, że gdy rzu­ci pa­ro­ma in­wek­ty­wa­mi, to się za­raz znaj­du­je pro­ku­ra­tor, dzien­ni­ka­rze i ka­me­ry”.

Sam Lep­per miał tego świa­do­mość. Po la­tach wspo­mi­nał:

– Po­zna­li Lep­pe­ra, jak stoi na blo­ka­dzie i krzy­czy: „Zło­dzie­je, zło­dzie­je!”. I ta­kie­go Lep­pe­ra po­ka­zy­wa­li cały czas. Ale gdy­bym nie krzy­czał, toby mnie nie było. […] Gdy­by nie sądy, toby mnie też nie było. Sądy wy­kre­owa­ły Lep­pe­ra. I po­li­ty­cy, któ­rzy krzy­cze­li, że Lep­per to oszo­łom.

Alek­san­der Kwa­śniew­ski, wów­czas pre­zy­dent RP, Lep­pe­ra, jak po­wie mi po la­tach, po­dzi­wiał:

– Za zdol­ność ucze­nia się. Spodo­bał mu się ten świat po­li­ty­ki, wiel­ko­miej­skiej kul­tu­ry. To ty­po­wy przy­kład na­głe­go awan­su. Lu­dzie ze wsi, dzie­ci chłop­skie wcho­dzą­ce do śro­do­wisk miej­skich, czę­sto tak po­stę­pu­ją.

– Chciał być taki jak wy? – py­tam Kwa­śniew­skie­go.

– To był je­den z naj­bar­dziej ele­ganc­kich po­li­ty­ków. Buty, ze­gar­ki, fry­zu­ra, płasz­cze. Po­ziom eu­ro­pej­ski. Nikt nie może za­prze­czyć, że od cza­su, gdy wy­szedł na dro­gi, prze­szedł re­wo­lu­cję.

Wiej­skie pa­cho­lę­ta, kar­mio­ne ka­pu­stą, ziem­nia­ka­mi i zsia­dłym mle­kiem, ro­sły może i przy­sa­dzi­ste, ale za to krzep­kie. Na wiej­skich za­ba­wach trwo­nio­no nad­miar ener­gii, któ­rej nie zu­ży­to przy wi­dłach, płu­gu i bro­nach. Komu nie wy­star­cza­ły ho­łub­ce, ten brał się do szta­che­ty albo i kło­ni­cy, nie­któ­rzy do dziew­czyn po sto­do­łach. Któ­ry zaś osi­łek żył tak bo­go­boj­nie jak Lep­per, wstę­po­wał do klu­bu spor­to­we­go. Ska­kał jak ko­nik po­lny, do góry i w dal, bie­gał, rzu­cał cięż­ki­mi przed­mio­ta­mi, ko­pał pił­kę i strze­lał gole – pi­sze o An­drze­ju Lep­pe­rze jego gho­stw­ri­ter w au­to­ry­zo­wa­nej bio­gra­fii Nie­po­kor­ny.

Lep­per uro­dził się w 1954 roku, jako naj­młod­szy z dzie­wię­cior­ga ro­dzeń­stwa, w Sto­wię­ci­nie pod Słup­skiem, gdzie – jak pi­sze au­tor bio­gra­fii – „lu­dzie ro­bi­li tyl­ko dzie­ci, ob­sie­wa­li pola, wi­ta­li i że­gna­li wio­snę za wio­sną, rok za ro­kiem. Ciem­no­gród. Za­ścia­nek. Pa­ra­fial­ny, psia­krew, za­duch”.

Oj­ciec Lep­pe­ra, Jan, był bru­ka­rzem, człon­kiem Pol­skiej Par­tii Ro­bot­ni­czej, po­tem PZPR. Skry­ty, ma­ło­mów­ny. Zmarł, gdy An­drzej miał je­de­na­ście lat. Mat­ka, Anna, po­cho­dzi­ła z ro­dzi­ny rol­ni­czej, zaj­mo­wa­ła się dzieć­mi i go­spo­dar­stwem. „Moją oso­bo­wość kształ­to­wa­ła przede wszyst­kim mat­ka – zwie­rzał się Lep­per w au­to­bio­gra­fii. – Je­stem dum­ny z tego, że po­cho­dzę z ta­kiej wie­lo­dziet­nej ro­dzi­ny”.

Lep­per wspo­mi­na ro­dzi­ców z wła­ści­wą wszyst­kim książ­kom sy­gno­wa­nym jego na­zwi­skiem pom­pą:

Od­czu­wam nie­zmien­ny po­dziw i głę­bo­ką wdzięcz­ność dla ro­dzi­ców, że wy­cho­wa­li nas na pra­wych Po­la­ków i do­brych ka­to­li­ków. To im za­wdzię­czam moją pod­sta­wo­wą wie­dzę o obo­wiąz­kach czło­wie­ka wzglę­dem in­ne­go czło­wie­ka i o tym, jak moż­na być dla dru­gie­go do­brym lub złym. Tak­że o tym, jak ko­chać swo­ich bli­skich, swo­ją oj­czy­znę – bied­ną, spo­nie­wie­ra­ną przez róż­nych ob­cych i ro­dzi­mych szu­braw­ców, ale za­wsze bli­ską i dro­gą.

Lep­per pi­sarz to re­flek­syj­ny my­śli­ciel po­słu­gu­ją­cy się aka­de­mic­ką pol­sz­czy­zną. To z bio­gra­fii Każ­dy kij ma dwa koń­ce:

W spo­so­bie my­śle­nia, któ­ry do­mi­nu­je dzi­siaj w świe­cie, nie ma miej­sca na obec­ność ta­kich po­jęć du­cho­wo­-spo­łecz­nych, jak kul­tu­ra i jej roz­wój, jak po­trze­ba po­wszech­nej oświa­ty, za­cho­wa­nia ja­ko­ści śro­do­wi­ska na­tu­ral­ne­go, prze­dłu­że­nia ży­cia ludz­kie­go dzię­ki tro­sce o zdro­wot­ność, a tak­że dla ładu i har­mo­nii we współ­ży­ciu po­mię­dzy ludź­mi, dla spra­wie­dli­we­go po­dzia­łu dóbr. Ist­nie­ją tyl­ko po­pyt i po­daż jako pro­ste me­cha­ni­zmy sto­sun­ków mię­dzy ludź­mi, wszyst­ko mie­rzo­ne jest pie­niędz­mi, któ­rych two­rze­nie i prze­pływ po­zo­sta­ją pod kon­tro­lą skom­pu­te­ry­zo­wa­nych in­sty­tu­cji ban­ko­wych.

To oczy­wi­ście nie są sło­wa Lep­pe­ra, choć za­pew­ne mu się po­do­ba­ły. Au­to­bio­gra­ficz­ne książ­ki sze­fa Sa­mo­obro­ny to dzie­ła gho­stw­ri­te­rów, naj­czę­ściej par­tyj­nych do­rad­ców. Naj­spraw­niej­szy ję­zy­ko­wo, pe­łen barw­nych opi­sów, ale­go­rii i dow­cip­nych po­wie­dzo­nek, jest wspo­mnia­ny Nie­po­kor­ny, wy­da­ny w 1999 roku, któ­ry koń­czy się za­pew­nie­niem Lep­pe­ra, że jest go­tów na wiel­ką po­li­ty­kę. Nie­po­kor­ny, jak rów­nież po­zo­sta­łe książ­ki Lep­pe­ra, to mie­sza­ni­na oskar­żeń pod ad­re­sem elit, rosz­czeń, teo­rii spi­sko­wych i an­ty­se­mic­kich su­ge­stii.

Lep­per, jak czy­tam w Nie­po­kor­nym, miał być księ­dzem. Do mszy słu­żył, jesz­cze za­nim roz­po­czął szkol­ną na­ukę. Co­dzien­nie, aż do ukoń­cze­nia szko­ły pod­sta­wo­wej, o siód­mej rano sta­wiał się w ko­ście­le. Wy­gry­wał wszyst­kie kon­kur­sy li­tur­gicz­ne.

W szko­le pod­sta­wo­wej upra­wiał boks. Wor­kiem tre­nin­go­wym, któ­ry na koń­cu jego ży­cia sta­nie się szu­bie­ni­cą, jest na ra­zie ju­to­wa tor­ba na psze­ni­cę. Po szko­le pod­sta­wo­wej idzie do tech­ni­kum rol­ni­cze­go w Słup­sku. Tam wstę­pu­je do klu­bu bok­ser­skie­go, wal­czy w wa­dze lek­ko­pół­śred­niej, 63,5 ki­lo­gra­ma. Sto­czył, jak twier­dzi, szes­na­ście walk, wy­gry­wa­jąc dwa­na­ście z nich.

Gdy po ulicz­nej bój­ce zo­sta­je wy­rzu­co­ny ze szko­ły i klu­bu, prze­no­si się do tech­ni­kum rol­ni­cze­go w Zło­to­wie. Ka­rie­ry bok­ser­skiej nie ża­łu­je, bo jak czy­tam w Nie­po­kor­nym, „strach po­my­śleć, jak by dzi­siaj wy­glą­dał w te­le­wi­zji z ta­kim przy­klap­nię­tym bok­ser­skim kul­fo­nem, za­miast obec­ne­go zgrab­ne­go nosa”.

Ze szko­ły w Zło­to­wie tak­że wy­la­tu­je, bo po­noć uwzię­li się na nie­go na­uczy­cie­le.

Tra­fia do trze­cie­go tech­ni­kum, w Ka­ro­lo­wie. Z bok­su prze­cho­dzi hur­tem na za­pa­sy, rzut oszcze­pem, siat­ków­kę i pił­kę noż­ną, w któ­rej, jak za­pew­nia, zdo­by­wa ty­tuł kró­la strzel­ców i naj­lep­sze­go za­wod­ni­ka. Znów wy­la­tu­je ze szko­ły, bo na­uczy­cie­le mie­li po­zaz­dro­ścić mu spor­to­wych suk­ce­sów. Praw­da jest taka, że Lep­per ude­rzył na­uczy­cie­la w twarz, co po la­tach po­twier­dził ko­le­ga ze szko­ły Woj­ciech Moj­ze­so­wicz, póź­niej rów­nież po­li­tyk Sa­mo­obro­ny.

W czwar­tym tech­ni­kum, w Syp­nie­wie, jak czy­tam w bio­gra­fii, Lep­per „szczę­śli­wie do­trwał do ma­tu­ry”.

Lep­per za­wsze przed­sta­wiał swo­je wy­kształ­ce­nie ta­jem­ni­czo – „śred­nie za­wo­do­we”, de­kla­ru­jąc ukoń­cze­nie tech­ni­kum. Skrzęt­nie uni­kał od­po­wie­dzi na py­ta­nia o ma­tu­rę, ale bru­kow­ce ujaw­ni­ły, że Lep­per nie zo­stał do niej do­pusz­czo­ny, bo po­bił kie­row­ni­ka kół­ka rol­ni­cze­go. Lep­per przy­znał wte­dy:

– Ja do­kształ­cam się całe ży­cie i uwa­żam, że tej wie­dzy, jaką mam, to wy­star­czy mi na tym sta­no­wi­sku i na wyż­szym.

Ma­rian Basa, dy­rek­tor tech­ni­kum rol­ni­cze­go w Syp­nie­wie, na moją proś­bę zaj­rzał do szkol­ne­go ar­chi­wum.

– Zna­la­złem świa­dec­two ukoń­cze­nia szko­ły z 1974 roku, oce­ny ta­kie so­bie, a ma­tu­ral­ne­go nie było – ko­men­tu­je.

W 1975 roku Lep­per koń­czy obo­wiąz­ko­wą służ­bę woj­sko­wą. Do­sta­je po­sa­dę w sta­cji ho­dow­li ro­ślin koło Sto­wię­ci­na, po­tem w PGR­-ze w Rzech­ci­nie. Tam po­zna­je Ire­nę Lesz­czew­ską. Jego wspo­mnie­nia o ko­bie­tach, jak przy­sta­ło na nie­do­szłe­go księ­dza, zaj­mu­ją w bio­gra­fiach naj­mniej miej­sca: był wo­bec dziew­czyn tak wy­ro­zu­mia­ły, że w za­sa­dzie wy­ma­gał od nich je­dy­nie tego, by nie pa­li­ły.

Lesz­czew­ska, cór­ka rol­ni­ka, ukoń­czy­ła li­ceum. Mia­ła dwa­dzie­ścia czte­ry lata, gdy po­zna­ła na wiej­skiej za­ba­wie – młod­sze­go o rok – Lep­pe­ra. Za­miesz­ka­li w PGR­-owej służ­bów­ce. Ich pierw­sze dziec­ko zmar­ło przy po­ro­dzie. Po­tem na świat przy­szli To­masz, Mał­go­rza­ta i Re­na­ta. Lep­per pil­no­wał, by dzie­ci nie mu­sia­ły się tłu­ma­czyć z bra­ku ma­tu­ry, po­słał je na stu­dia.

Ostat­nią po­sa­dą Lep­pe­ra w PRL był etat kie­row­ni­ka w przed­się­bior­stwie rol­nym w Ku­si­cach. Od­szedł stam­tąd, jak twier­dził, gar­dząc na­rzu­ca­ny­mi pla­na­mi pro­duk­cyj­ny­mi ko­mu­ni­stycz­nej go­spo­dar­ki.

W 1980 roku idzie na swo­je. Kre­dyt dla mło­dych mał­żeństw, za­miast zwy­cza­jo­wo wy­dać na pral­kę czy ko­lo­ro­wy te­le­wi­zor, prze­zna­cza na po­nie­miec­ki dom i dwa­dzie­ścia hek­ta­rów grun­tów w Dar­ło­wie koło Ko­sza­li­na. Za ta­lo­ny, któ­re miał zdo­być na olim­pia­dach z wie­dzy agrar­nej, ku­pu­je sprzęt rol­ni­czy. Fi­nan­su­je to z kre­dy­tów. Ho­du­je by­dło, świ­nie, drób. Tuż przed upad­kiem PRL na­by­wa fia­ta 125p. W bio­gra­fii jawi się jako mi­ni­ma­li­sta: „Pa­trzy­łem, żeby ma­szy­ny ku­po­wać. Na­wet ksiądz zwró­cił mi uwa­gę, bo jak żonę trze­ba było za­wieźć do le­ka­rza, to je­cha­li­śmy cią­gni­kiem”.

PZPR, jak twier­dził, był z przy­mu­su, by za­cho­wać sta­no­wi­ska kie­row­ni­cze. Nig­dy też nie wstą­pił do So­li­dar­no­ści. „W nurt prze­mian się nie włą­czy­łem, bo wi­dzia­łem, kto wcho­dzi w struk­tu­ry So­li­dar­no­ści. Ci, któ­rzy w ży­ciu nic do­bre­go nie zro­bi­li dla in­nych i dla Pol­ski, te­raz naj­gło­śniej krzy­cze­li” – tłu­ma­czy w bio­gra­fii.

Po upad­ku PRL kre­dy­ty Lep­pe­ra skrę­ca­ją się w spi­ra­lę dłu­gów. To efekt te­ra­pii szo­ko­wej Lesz­ka Bal­ce­ro­wi­cza i lek­ko­myśl­no­ści rol­ni­ków w ko­rzy­sta­niu z po­ży­czek, do cze­go przy­wy­kli w go­spo­dar­ce PRL. Bal­ce­ro­wicz uwol­nił ry­nek od pań­stwo­we­go ste­ru, a od­set­ki ban­ko­we po­szy­bo­wa­ły. Rol­ni­cy ugrzęź­li w nie­spła­cal­nych ra­tach.

Lep­per sta­je na cze­le re­wol­ty. Naj­pierw pro­te­stu­je we wła­snej wsi, ale ni­ko­go to nie in­te­re­su­je. W 1991 roku je­dzie z rol­ni­ka­mi do War­sza­wy. Zni­ka w tłu­mie in­nych de­mon­stru­ją­cych.

Kra­jo­wy Zwią­zek Kó­łek Rol­ni­czych i „So­li­dar­ność” Rol­ni­ków In­dy­wi­du­al­nych sto­ją pod re­sor­tem rol­nic­twa. Wła­dzę spra­wu­je rząd Jana Krzysz­to­fa Bie­lec­kie­go, rol­ni­cy do­bi­ja­ją się do mi­ni­stra rol­nic­twa Ada­ma Tań­skie­go.

Wy­po­sa­że­ni w trans­pa­ren­ty i gło­śni­ki, do­ma­ga­ją się wyż­szych cen na skup żyw­ca wie­przo­we­go. Lep­per stoi z boku, bez gło­śni­ków i trans­pa­ren­tów, w czap­ce opa­da­ją­cej na oczy, żąda, by mu ulżo­no w dłu­gach. By się prze­bić do me­diów, ogła­sza ze swo­imi rol­ni­ka­mi gło­dów­kę.

Wte­dy po raz pierw­szy na­zwi­sko Lep­pe­ra po­ja­wia się w „Ga­ze­cie Wy­bor­czej”. Od razu re­la­cja z awan­tu­ry. Po­szło o to, kto jest oj­cem pro­te­stów w War­sza­wie.

Rol­ni­cy sto­ją pod sej­mem.

– Bądź­my ra­zem w spra­wach rol­nic­twa, bo tyl­ko tak damy so­bie radę z rzą­dem. Odłóż­my wszyst­kie ani­mo­zje – wzy­wa Lep­per.

– W peł­ni po­dzie­lam po­gląd, że wspól­ne dzia­ła­nie jest ko­niecz­ne, dla­te­go za­ape­lo­wa­łem do wszyst­kich or­ga­ni­za­cji o po­par­cie – od­po­wia­da Ga­briel Ja­now­ski z rol­ni­czej So­li­dar­no­ści.

– Nie­praw­da, to ja tu pa­nów za­pro­si­łem, nie prze­ina­czaj­my fak­tów.

Lep­pe­ra przyj­mu­je Le­szek Bal­ce­ro­wicz, mi­ni­ster fi­nan­sów. Było to pierw­sze spo­tka­nie rol­ni­cze­go try­bu­na z oj­cem pol­skiej trans­for­ma­cji. Lep­per we wspo­mnie­niach twier­dzi, że Bal­ce­ro­wicz był nim tak za­fa­scy­no­wa­ny, iż od­wo­łał inne spo­tka­nia. Mie­li ga­wę­dzić o hi­sto­rii eko­no­mii, przy­wo­ły­wać teo­rie Ada­ma Smi­tha. Gdy Lep­per za­ha­czył o spi­sek mię­dzy­na­ro­do­wej fi­nan­sje­ry, któ­ra czy­ha na pol­skich rol­ni­ków, Bal­ce­ro­wicz rzekł:

– Po­zwo­li pan, że będę miał do pana proś­bę.

– Jaką, pa­nie pre­mie­rze? – pyta Lep­per.

– Żeby pan nie jeź­dził po Pol­sce i tych bzdur, któ­re mi pan tu opo­wia­dał, nie po­wta­rzał lu­dziom.

Przed­sta­wi­cie­le rzą­du i rol­ni­ków, w tym Lep­per, szu­ka­jąc kom­pro­mi­su, po­wo­łu­ją wspól­ną ko­mi­sję, by wy­pra­co­wać spo­sób od­dłu­że­nia rol­ni­ków. Zno­wu kłót­nia, tym ra­zem o to, kto bę­dzie prze­wod­ni­czą­cym ko­mi­sji. Usta­la­ją, że szef bę­dzie je­den, ale ko­mi­sje dwie, z dwo­ma wi­ce­prze­wod­ni­czą­cy­mi.

Ban­ki go­dzą się dać rol­ni­kom kre­dy­ty, by spła­ci­li wcze­śniej­sze. Ale znów na wy­so­ki pro­cent. Lep­per ma na­dzie­ję, że ko­mor­ni­cy wstrzy­ma­ją eg­ze­ku­cje za­dłu­żo­nych wcze­śniej go­spo­darstw, ale li­cy­ta­cje trwa­ją. Wio­sną 1992 roku wra­ca do War­sza­wy i tra­fia na no­we­go mi­ni­stra rol­nic­twa – Ga­brie­la Ja­now­skie­go, któ­ry kil­ka mie­się­cy wcze­śniej pro­te­sto­wał pod sej­mem u jego boku. Te­raz Ja­now­ski na­zy­wa Lep­pe­ra de­ma­go­giem.

Lep­per przy­je­chał do War­sza­wy sfor­ma­li­zo­wa­ny, na cze­le Związ­ku Za­wo­do­we­go Rol­nic­twa Sa­mo­obro­na. Twier­dził wte­dy, że Sa­mo­obro­na ma już pięć ty­się­cy człon­ków. Sie­dząc pod sej­mem za pierw­szym ra­zem, za­uwa­żył bo­wiem, że za­re­je­stro­wa­ni są trak­to­wa­ni po­waż­niej. Nie stoi też pod re­sor­tem, wcho­dzi z rol­ni­ka­mi do środ­ka i le­gi­ty­mu­je wcho­dzą­cych do pra­cy urzęd­ni­ków. Rol­ni­cy kła­dą się na pod­ło­dze.

Mi­chał Wojt­czak był wte­dy mło­dym wi­ce­mi­ni­strem rol­nic­twa.

– Trze­ba było da­wać dłu­gie, wy­so­kie kro­ki, by na któ­re­goś nie na­dep­nąć – wspo­mi­na w roz­mo­wie po dwu­dzie­stu la­tach od tam­tych wy­da­rzeń.

Lep­per chce od­dłu­że­nia, ale i od­wo­ła­nia mi­ni­stra Ja­now­skie­go, któ­ry lata po Pol­sce he­li­kop­te­rem i spraw­dza, czy rol­ni­cy ob­sia­li pola.

Wie­czo­rem rol­ni­cy oglą­da­ją sie­bie w te­le­wi­zo­rze usta­wio­nym, na ich żą­da­nie, na re­sor­to­wym ko­ry­ta­rzu. W te­le­wi­zyj­nym Dzien­ni­ku re­la­cja z oku­pa­cji mi­ni­ster­stwa. Wy­po­wia­da się tak­że mi­ni­ster Ja­now­ski. Lep­per oglą­da, pa­trzy na ze­ga­rek, wy­cho­dzi do dzien­ni­ka­rzy zgro­ma­dzo­nych przed re­sor­tem i pod­li­cza:

– Mi­ni­ster do­stał czte­ry mi­nu­ty, wi­ce­mi­ni­ster też czte­ry, a ja tyl­ko dwie. To ma­ni­pu­la­cja.

Być może wte­dy do­zna­je olśnie­nia, że je­śli nie po­ka­że go te­le­wi­zja, to go nie ma. Że po­li­ty­ka to wspi­nacz­ka po te­le­wi­zyj­nym ka­blu.

Po kil­ku dniach oku­pa­cji rol­ni­cy Sa­mo­obro­ny, nadal le­żąc na pod­ło­dze, oglą­da­ją w te­le­wi­zji po­ro­zu­mie­nie za­war­te z rzą­dem. Ale pod­pi­sa­li je lu­dzie z kon­ku­ren­cyj­nej So­li­dar­no­ści. Mi­ni­ster Ja­now­ski za­warł za­tem ugo­dę ze związ­kiem, któ­re­mu rok wcze­śniej sam prze­wo­dził. Obie­cu­je rol­ni­kom od­dłu­że­nie, ale Lep­per w to nie wie­rzy. Leży w mi­ni­ster­stwie aż do Wiel­ka­no­cy, or­ga­ni­zu­jąc z księ­dzem, na ko­ry­ta­rzu, dro­gę krzy­żo­wą. Ścią­gnął go, gro­żąc, że je­śli du­chow­ny nie przyj­dzie, to sam od­pra­wi mszę.

Mi­ni­ster Ja­now­ski pro­po­nu­je Sa­mo­obro­nie roz­mo­wy, ale Lep­per, ob­ra­żo­ny, żąda speł­nie­nia obiet­nic. Na­tych­miast. Rząd wzy­wa po­li­cję, by Lep­pe­ra wy­rzu­cić. Jed­nak do oku­po­wa­ne­go re­sor­tu wcho­dzą współ­pra­cow­ni­cy pre­zy­den­ta Le­cha Wa­łę­sy, mię­dzy in­ny­mi Mie­czy­sław Wa­chow­ski, były kie­row­ca Wa­łę­sy, te­raz szef jego kan­ce­la­rii. Obie­cu­ją speł­nie­nie żą­dań i za­pra­sza­ją do Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go. Po raz pierw­szy Lep­per jest trak­to­wa­ny jak po­waż­ny part­ner w roz­mo­wach, i to przez sa­me­go pre­zy­den­ta.

Wa­łę­sa obie­cu­je pie­nią­dze na nowe kre­dy­ty, za­pra­sza Lep­pe­ra do rady spe­cjal­nej, by po­de­ba­to­wał nad spo­so­bem po­zby­cia się rol­ni­czych dłu­gów. Lep­per mówi wte­dy Wa­łę­sie:

– Sy­tu­acja na wsi jest tra­gicz­na, rol­ni­cy są tak zde­spe­ro­wa­ni, że może dojść do nie­kon­tro­lo­wa­nych ak­cji, a ja nie chciał­bym, żeby spło­nął Bel­we­der czy Sejm.

Lep­per wspo­mi­na w bio­gra­fii: „Twier­dzi­li [Wa­łę­sa i Wa­chow­ski], że to, cze­go chce­my, czy­li ob­ni­że­nie stóp pro­cen­to­wych, mogą za­ła­twić. I za­ła­twi­li to w cią­gu jed­ne­go dnia, już o sie­dem­na­stej le­cia­ło w Te­le­expres­sie.

Lech Wa­łę­sa nie­chęt­nie wspo­mi­na przy­go­dę z Lep­pe­rem. W zdaw­ko­wej roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej, na któ­rą uda­ło mi się go na­mó­wić po kil­ku mie­sią­cach prób, nie po­tra­fił so­bie przy­po­mnieć pierw­sze­go spo­tka­nia z li­de­rem Sa­mo­obro­ny. Blo­ka­dę re­sor­tu rol­nic­twa na­zy­wa „za­to­rem”.

– I ka­za­łem Wa­chow­skie­mu, by ten za­tor roz­wią­zał, bo nie pa­trzy­łem, czy to moja dział­ka, czy nie moja, spra­wę trze­ba było roz­wią­zać. Gdy­bym miał się cof­nąć, to wszyst­ko po­wtó­rzył­bym z Lep­pe­rem w ten sam spo­sób.

Wa­łę­sa przy­znał mi, że uwa­żał Lep­pe­ra za czło­wie­ka czy­nu, któ­ry miał do­bre pro­gno­zy, ale nie po­tra­fił ich urze­czy­wist­nić.

Prze­wod­ni­czą­cy Sa­mo­obro­ny wy­ra­sta na bo­ha­te­ra rol­ni­ków, a od me­diów do­sta­je przy­do­mek „Nowy Sze­la”, w na­wią­za­niu do Ja­ku­ba Sze­li, dzie­więt­na­sto­wiecz­ne­go przy­wód­cy bun­tów chłop­skich w Ga­li­cji, zna­ne­go z sza­leń­czych ra­bun­ków dwo­rów i rze­zi szlach­ty. Lep­per ostrze­ga:

– Nie daj Boże, żeby je­den z na­szych po­stu­la­tów nie zo­stał speł­nio­ny.

Gro­zi po­wo­ła­niem pa­ra­mi­li­tar­nych ba­ta­lio­nów:

– Bę­dzie­my wzmac­niać tę­ży­znę fi­zycz­ną, roz­wi­jać pa­trio­tyzm i szko­lić na­sze od­dzia­ły mi­li­tar­ne.

Wy­jeż­dża­jąc z War­sza­wy, Lep­per ogła­sza, że Sa­mo­obro­na ma już dwie­ście pięć­dzie­siąt ty­się­cy człon­ków. Ble­fu­je.

Lep­per za­rzu­ca Wa­łę­sie i mi­ni­stro­wi Ja­now­skie­mu, że nie do­trzy­ma­li sło­wa, bo ko­mor­ni­cy po­noć nadal li­cy­tu­ją rol­ni­cze go­spo­dar­stwa.

15 czerw­ca 1992 roku to data hi­sto­rycz­na. Lep­per po raz pierw­szy blo­ku­je dro­gę, co wy­win­du­je go na szczy­ty me­dial­nej po­pu­lar­no­ści. Blo­ku­je, by spo­łe­czeń­stwo wście­kło się na rząd za to, że musi stać w kor­kach.

Z gru­pą rol­ni­ków sta­je na tra­sie nr 1 mię­dzy Wło­cław­kiem a To­ru­niem. Są kosy, sie­kie­ry i zna­ne już żą­da­nia: nowe kre­dy­ty i anu­lo­wa­nie sta­rych. Do­cho­dzi jesz­cze po­stu­lat wy­rzu­ce­nia z pra­cy dy­rek­to­rów ban­ków, któ­rzy na­li­cza­li od­set­ki. Lep­per prze­pusz­cza przez blo­ka­dy tyl­ko ka­ret­ki, straż, po­li­cję i in­wa­li­dów, więc kor­ki cią­gną się ki­lo­me­tra­mi.

Rol­ni­cy blo­ku­ją też tra­sy Po­znań – Wro­cław, Po­znań – Zie­lo­na Góra i Ka­lisz – Wie­luń. Lep­per stra­szy:

– Za­blo­ku­ję cały kraj.

Ale pod ko­niec czerw­ca 1992 roku upa­da rząd Jana Ol­szew­skie­go. Lep­per nie ma prze­ciw­ko komu pro­te­sto­wać, blo­ka­dy dróg za­wie­sza.

Nikt nie chciał zo­stać pre­mie­rem, bo at­mos­fe­ra po­li­tycz­na była wte­dy wo­jen­na – par­tie kłó­ci­ły się, czy ujaw­nić po­wią­za­nia po­li­ty­ków ze służ­ba­mi spe­cjal­ny­mi epo­ki PRL. Pada na le­d­wie trzy­dzie­sto­trzy­let­nie­go Wal­de­ma­ra Paw­la­ka, przy­wód­cę Pol­skie­go Stron­nic­twa Lu­do­we­go, sta­rej, tra­dy­cyj­nej par­tii chłop­skiej. Na ar­chi­wal­nych na­gra­niach Te­le­wi­zji Pol­skiej wi­dać prze­stra­szo­ne­go mło­de­go Paw­la­ka, któ­re­mu pre­zy­dent Lech Wa­łę­sa oj­cow­skim to­nem do­da­je od­wa­gi.

Ka­zik Sta­szew­ski na­gry­wa o Paw­la­ku pio­sen­kę.

Nie daję po­znać, że tro­chę się boję.
Trze­ba trzy­mać fa­son w każ­dej chwi­li.
Na­wet wte­dy, kie­dy wszyst­ko się wali.
Tak, pa­nie Wald­ku, pan się nie boi.
Dwie trze­cie Sej­mu za pa­nem stoi.
Pa­nie Wald­ku, pan się nie boi.
Pan pre­zy­dent tak­że za pa­nem stoi.

Jest nowy rząd, Lep­per na po­ste­run­ku. Gro­zi:

– Roz­mo­wy albo blo­ka­dy.

Cią­gni­ki cze­ka­ją na sy­gnał, by wje­chać do War­sza­wy. Ko­men­dant głów­ny Po­li­cji pro­si Lep­pe­ra, by po­cze­kał z na­jaz­dem, bo z wi­zy­tą przy­le­ciał do Pol­ski Geo­r­ge Bush se­nior, pre­zy­dent USA. Lep­per cze­ka. Ty­tuł z „Ga­ze­ty Wy­bor­czej” brzmi wte­dy: Sa­mo­obro­na u ro­ga­tek sto­li­cy.

Bush od­la­tu­je, Sa­mo­obro­na prze­kra­cza ro­gat­ki 9 lip­ca 1992 roku. Ko­lum­ny po­jaz­dów rol­ni­czych wjeż­dża­ją do śród­mie­ścia. Lep­per lży Wa­łę­sę. Pre­zy­dent, prze­ra­żo­ny roz­mia­rem pro­te­stu, zwo­łu­je po­sie­dze­nie Rady Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go, bo Lep­per urzą­dza war­sza­wia­kom pie­kło.

Do­nie­sie­nia „Ga­ze­ty Wy­bor­czej” z tam­te­go dnia brzmią jak ko­re­spon­den­cje wo­jen­ne.

W War­sza­wie w alei Kra­kow­skiej sta­ła już ko­lum­na kil­ku­dzie­się­ciu po­jaz­dów Sa­mo­obro­ny, któ­ra do­tar­ła tam z szo­sy ka­to­wic­kiej. Dwie inne ko­lum­ny sta­ły na ro­gat­kach sto­li­cy – od stro­ny Gdań­ska i Po­zna­nia. Na ro­gat­kach od stro­ny Lu­bli­na two­rzy­ła się czwar­ta ko­lum­na.

Cią­gnik w pew­nym mo­men­cie wpadł na słup la­tar­ni, od­bił się i zde­rzył czo­ło­wo z ra­dio­wo­zem po­li­cyj­nym. Kil­ku po­li­cjan­tów do­zna­ło ob­ra­żeń.

Po­li­cja wy­stą­pi­ła do pro­ku­ra­tu­ry z wnio­skiem o aresz­to­wa­nie człon­ka Sa­mo­obro­ny, po­dej­rza­ne­go o pró­bę pod­pa­le­nia cy­ster­ny z ben­zy­ną.

We­dług Sa­mo­obro­ny osiem­na­stu człon­ków związ­ku od­nio­sło lek­kie ob­ra­że­nia, jed­na oso­ba ma zła­ma­ną nogę, a jed­na uszko­dzo­ne krę­gi szyj­ne.

Z dzie­więć­dzie­się­ciu je­den de­mon­stran­tów za­trzy­ma­nych osiem­dzie­się­ciu czte­rech zwol­nio­no po prze­słu­cha­niu. Jed­na oso­ba po­zo­sta­je w aresz­cie.

Gdy Lep­per ogła­sza od­wrót, na po­bo­czach dróg do­jaz­do­wych do War­sza­wy sto­ją uszko­dzo­ne auta rol­ni­ków, z wy­bi­ty­mi szy­ba­mi i po­dziu­ra­wio­ny­mi opo­na­mi. Lep­per do domu wra­ca jed­nak pe­łen ani­mu­szu. Jego na­zwi­sko sta­je się po­stra­chem sto­li­cy.

Wła­dza zmie­nia się ka­ru­ze­lo­wo. Paw­la­ko­wi nie uda­je się sfor­mo­wać rzą­du, ga­bi­net two­rzy Han­na Su­choc­ka.

Siłę swo­je­go na­zwi­ska Lep­per spraw­dza w 1993 roku, w pierw­szych w swo­jej ka­rie­rze wy­bo­rach par­la­men­tar­nych. W cza­sie kam­pa­nii zwy­cza­jo­wo blo­ku­je dro­gi, pro­si też o po­par­cie skin­he­adów, gdyż po­dzi­wia ich za pa­trio­tyzm, gro­zi Try­bu­na­łem Sta­nu kil­ku mi­ni­strom, ale po wy­bo­rach, gdy wi­dzi wy­nik Samo­obro­ny – 2,7 pro­cent – jego za­pał sty­gnie.

Do wła­dzy, po raz pierw­szy od upad­ku PRL, wra­ca­ją wte­dy post­ko­mu­ni­ści, pod na­zwą So­jusz Le­wi­cy De­mo­kra­tycz­nej, two­rząc rząd z Pol­skim Stron­nic­twem Lu­do­wym.

Jak rok wcze­śniej Wa­łę­sa, tak te­raz lu­do­wcy ugi­na­ją się przed Lep­pe­rem, za­pra­sza­jąc go na sej­mo­we po­sie­dze­nie Ko­mi­sji Rol­nic­twa, by po­dy­sku­to­wać o urzą­dza­nych przez Sa­mo­obro­nę blo­ka­dach dróg. PSL pod­ko­pu­je wła­sny rząd. Ro­man Ja­gie­liń­ski z PSL pro­si Lep­pe­ra, żeby za­blo­ko­wał im­port żyw­no­ści, by wspo­móc ro­dzi­me rol­nic­two. Lep­per ocho­czo pod­chwy­tu­je, pro­sząc z ko­lei Ja­gie­liń­skie­go o ase­ku­ra­cję przed po­li­cją.

Pod­czas wspo­mnia­ne­go po­sie­dze­nia ko­mi­sji tyl­ko je­den po­seł każe za­pro­to­ko­ło­wać, że nie po­pie­ra tego, co usły­szał. Pa­da­ją oskar­że­nia pod ad­re­sem lu­do­wców o „anar­chię” i „nisz­cze­nie au­to­ry­te­tu wła­dzy”.

PSL sza­mo­ta­ło się, bo było w krop­ce. Rów­nież re­pre­zen­to­wa­ło rol­ni­ków, ale par­tia nie mo­gła na­ci­skać na ko­mer­cyj­ne ban­ki, by rol­ni­ków od­dłu­ży­ły. Rząd lu­do­wców nie miał też pie­nię­dzy, aby ban­kom za­dość­uczy­nić, gdy­by da­ro­wa­ły nie­spła­co­ne kre­dy­ty.

W lu­tym 1994 roku Lep­per sta­je przed pierw­szym po­waż­nym wy­zwa­niem są­do­wym. Ma od­po­wie­dzieć za lże­nie Le­cha Wa­łę­sy. Na swo­ją obro­nę po­ka­zu­je na­gra­nie wi­deo ze spo­tka­nia z Wa­łę­są – sąd sły­szy, jak pre­zy­dent mówi do sze­fa Sa­mo­obro­ny, że „ko­niecz­ne są na­ci­ski na wła­dzę, bo jest śla­ma­zar­na”, i za­chę­ca go, by „kon­tro­lo­wał rząd w spra­wach rol­nic­twa”.

Gdy sąd pyta Lep­pe­ra, dla­cze­go lżył Wa­łę­sę, od­po­wia­da, że wziął so­bie sło­wa pre­zy­den­ta głę­bo­ko do ser­ca.

Sąd unie­win­nia prze­wod­ni­czą­ce­go Sa­mo­obro­ny.

Kil­ka ty­go­dni po tym wy­ro­ku Lep­per wkra­cza z dzia­ła­cza­mi Sa­mo­obro­ny do go­spo­dar­stwa rol­ne­go w Ko­byl­ni­cy koło Słup­ska. Golą na łyso i ba­to­żą ro­ze­bra­ne­go do naga za­rząd­cę, któ­re­mu sąd ka­zał prze­jąć za­dłu­żo­ne go­spo­dar­stwo. Lin­czo­wi przy­glą­da się po­li­cja, ale nie re­agu­je, mimo że sły­szy wo­ła­nie o po­moc. Lep­per do aresz­tu tra­fia do­pie­ro po mie­sią­cu, i to tyl­ko na chwi­lę. Ale dla rol­ni­ków jest ofia­rą po­li­tycz­nej na­gon­ki, bro­nią­cym oj­co­wi­zny przed za­chłan­ny­mi ban­ka­mi.

W po­czu­ciu bez­kar­no­ści, pod­pusz­czo­ny przez PSL i Le­cha Wa­łę­sę, Lep­per przy­stę­pu­je w 1995 roku do swo­jej pierw­szej kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej, a dru­gie­go te­stu wy­bor­cze­go. Jego ko­mi­tet gło­si ha­sło: „An­drzej Lep­per po­pro­wa­dzi Pol­skę w XXI wiek”. Mówi też o pro­gra­mie ustro­ju „lu­do­wo­-na­ro­do­we­go, pro­eko­lo­gicz­ne­go, pro­so­cjal­ne­go i pro­ludz­kie­go”. Z oso­bli­wo­ści: pię­cio­pro­cen­to­wy po­da­tek dla naj­bied­niej­szych, a sie­dem­dzie­się­cio­pro­cen­to­wy dla bo­ga­tych. Z ba­na­łów: wal­ka z prze­stęp­czo­ścią, roz­wój prze­my­słu i rol­nic­twa.

Prze­wod­ni­czą­cy Sa­mo­obro­ny gro­zi, że je­śli prze­gra, bę­dzie to ozna­cza­ło, iż wy­bo­ry zo­sta­ły sfał­szo­wa­ne. Gło­sy roz­kła­da­ją się na trzy­na­stu kan­dy­da­tów, z cze­go dwie trze­cie przy­pa­da dzie­lą­cym wte­dy Pol­skę na pół: Le­cho­wi Wa­łę­sie i wy­gra­ne­mu Alek­san­dro­wi Kwa­śniew­skie­mu.

Lep­per wy­da­je na kam­pa­nię wy­bor­czą sto razy mniej niż Kwa­śniew­ski. Do­sta­je 1,3 pro­cent po­par­cia.

W la­tach 1993–1997, gdy rzą­dzą le­wi­ca i PSL, Lep­per się wy­ci­sza. Wy­wie­wa go z me­diów. Kil­ka ak­cji or­ga­ni­zu­je tyl­ko na po­cząt­ku tej ko­ali­cji – wy­wo­zi na tacz­ce bur­mi­strza Pra­szek, oskar­ża­jąc go o bie­dę w re­gio­nie, blo­ku­je sprze­daż PGR­-u albo bu­do­wę ga­zo­cią­gu z Ro­sji, by ścią­gnąć na sie­bie uwa­gę me­diów przed zbli­ża­ją­cy­mi się w 1997 roku wy­bo­ra­mi par­la­men­tar­ny­mi. Ale de­kla­ru­je po­par­cie dla Wal­de­ma­ra Paw­la­ka, pre­mie­ra z PSL.

– Dam mu szan­sę – mówi.

W rze­czy­wi­sto­ści Sa­mo­obro­na nie ma sprzy­ja­ją­cej at­mos­fe­ry do blo­kad, bo agen­cje rzą­do­we po wy­so­kich ce­nach sku­pu­ją zbo­że od rol­ni­ków. Dzię­ki temu mogą oni też spła­cać dłu­gi. Lep­per po­ro­zu­mie­wa się wów­czas ze swo­im ban­kiem w Dar­ło­wie i rów­nież spła­ca swój dług.

Za rzą­dów PSL rol­ni­kom żyło się jak w PGR­-ze, gdy ceny usta­la­no od­gór­nie. Wal­de­mar Paw­lak roz­cią­gnął li­stę to­wa­rów ob­ję­tych tak zwa­ny­mi do­pła­ta­mi wy­rów­naw­czy­mi. Cho­dzi o te im­por­to­wa­ne: nie mo­gły być tań­sze niż kra­jo­we, by rol­ni­cy mo­gli swo­je sprze­dać. PSL pod­nio­sło też sztucz­nie cenę cu­kru, naj­po­pu­lar­niej­sze­go to­wa­ru spo­żyw­cze­go. Tak­że za zbo­że, któ­re przy­wo­żo­no do sku­pu, rol­ni­cy otrzy­my­wa­li naj­wię­cej pie­nię­dzy w dzie­jach III RP. PSL bro­ni­ło in­te­re­sów chłop­stwa tak za­ja­dle, że sprze­ci­wia­ło się na­wet, by uła­twić za­kup zie­mi cu­dzo­ziem­com, choć­by le­ża­ła odło­giem.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.
www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38­-300 Gor­li­ce
tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75
e­-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl,
to­masz@czar­ne.com.pl, lu­kasz.au­gu­styn@czar­ne.com.pl
ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38­-307 Sę­ko­wa
tel. +48 18 351 00 70
e­-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00­-159 War­sza­wa
tel./fax +48 22 621 10 48
e­-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl,
do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl
tel. 504 564 092, 605 955 550
agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

Skład: D2D.PL
ul. Morsz­ty­now­ska 4/7, 31­-029 Kra­ków, tel. +48 12 432 08 52
e­-mail: info@d2d.pl

Wo­ło­wiec 2013
Wy­da­nie I