Lennox - Craig Russell

Lennox

0,0

Rzecz dzieje się w 1953 r. w Glasgow „drugiej metropolii imperium brytyjskiego”, mieście trudnym, mrocznym i brutalnym, w którym „nie wypada mieć człowiekowi za złe kilku morderstw na koncie”.  Prywatny detektyw Lennox - facet, którego można wynająć, ale którego nie można kupić – były żołnierz kanadyjski - wie, jakie jest życie. W mieście zostaje zamordowany ambitny gangster niższego szczebla, a jego brat bliźniak prosi Lennoxa o złapanie morderców. Sprawa nie pachnie dobrze, jednak Lennox musi podjąć ryzykowną grę  i zanurzyć się w świat podziemia, w którym toczy się walka o władzę, krzyżują interesy mafijnych bossów, a życiowi rozbitkowie trafiają ze swoimi problemami.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

no image
no image

Tytuł oryginału:

Lennox

Copyright © Craig Russell Copyright

© for the Polish edition by Buchmann Sp. z o.o., Warszawa, 2012

Copyright © for the Polish translation by Jacek Majewski

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Redaktor: Jacek Ring

Korekta: Dorota Wojciechowska

Skład: TYPO 2

ISBN 978-83-7670-561-3

no image

www.fabrykakryminalu.pl

Wydawca:

Buchmann Sp. z o.o.

ul. Wiktorska 65/14, 02-587 Warszawa

Tel./faks 22 6310742

www.buchmann.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu

no image

Dla Colina

PROLOG

Musiałem w swoim życiu wydobywać się z wielu matni, ale ta przebija wszystkie.

Opieram się o ścianę na pierwszym piętrze pustego stoczniowego magazynu. Opieram się o ścianę, bo chyba inaczej nie wstanę. Próbuję sobie przypomnieć, czy w dolnej lewej części brzucha, tuż nad biodrem, są jakieś ważne narządy wewnętrzne. Staram się przywołać w pamięci rysunki anatomiczne z wszystkich przewertowanych za młodu encyklopedii, bo jeśli tam w dole są jakieś istotne narządy, to w zasadzie jestem udupiony.

Opieram się o ścianę pustego stoczniowego magazynu, usiłując przywołać w pamięci rysunki anatomiczne, a trzy metry przede mną leży na ziemi kobieta. Nie muszę sobie przypominać żadnych encyklopedii z dzieciństwa, żeby wiedzieć, że w czaszce mieści się jeden z najważniejszych narządów, choć przez ostatnie cztery tygodnie ze swojego nie robiłem zbyt wielkiego użytku. Tak czy inaczej, leżącej na podłodze kobiecie zostało niewiele czaszki, a twarzy nie ma już w ogóle. A szkoda, bo była to piękna twarz. Naprawdę piękna. Obok kobiety bez twarzy leży duża płócienna torba, z której po rzuceniu na brudną podłogę wysypała się połowa zawartości, absurdalnie dużo używanych banknotów o wysokich nominałach.

Opieram się o ścianę pustego stoczniowego magazynu, trzymając się za ranę w lewym boku i usiłując przywołać w pamięci rysunki anatomiczne, a na podłodze leżą martwa kobieta pozbawiona swojej pięknej twarzy oraz wielka torba gotówki. Ale to jeszcze nie całość moich kłopotów, bo jest tam też zwalisty jak niedźwiedź mężczyzna, który spogląda na leżącą dziewczynę, na torbę, a teraz i na mnie. Trzyma w rękach strzelbę – tę samą, która odjęła twarz dziewczynie.

Bywałem w lepszych sytuacjach.

Chyba powinienem coś wyjaśnić.

I

Cztery tygodnie i jeden dzień temu nie znałem jeszcze Frankiego McGaherna. Nie wiedziałem też wtedy, że jest to bardzo pożądany stan rzeczy. Przyznaję, że moje życie nie było wolne ani od wzlotów, ani od upadków, tych naliczyłem więcej, i że znałem sporo ludzi, z którymi inni woleliby nie spotkać się twarzą w twarz, lecz Frankie McGahern był jasną gwiazdą, która miała dopiero pojawić się na moim nieboskłonie.

Nazwisko McGahern było mi oczywiście znane. Frankie był jednym z bliźniaków McGahern. Słyszałem już wcześniej o Tamie, starszym od Frankiego o trzy minuty, który był sławnym w Glasgow gangsterem średniego kalibru – jednym z tych, których wielcy bossowie nie ruszali głównie dlatego, że więcej byłoby z tego kłopotów niż pożytku.

Zabawnym faktem dotyczącym bliźniaków McGahern – zależnie od tego, co kto uważa za zabawne – było to, że choć pod względem fizycznym niczym się nie różnili, to na tym właściwie ich podobieństwo się kończyło. W przeciwieństwie do brata Tam był bystry, twardy i naprawdę niebezpieczny. No i był zabójcą. Zawziętość, którą wyniósł z zaułków i podwórek Glasgow, zyskała profesjonalny szlif podczas wojny w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Ze szczura miejskiego Tam przeistoczył się w udekorowanego orderami Szczura Pustyni 1.

Z kolei Frankie wymigał się od służby z powodu słabowitego płuca. Kiedy Tam był w czynnej służbie, jego mniej sprawny brat pilnował rodzinnego interesu. Po powrocie z Bliskiego Wschodu Tam utarł Frankiemu nosa, przejmując z powrotem pełną kontrolę nad małym imperium McGahernów. A ponieważ miał łeb na karku, interesy znowu zaczęły iść dobrze.

Choć trudno było lekceważyć poczynania McGahernów, nie robiły one zbyt wielkiego wrażenia na Trzech Królach – triumwiracie bossów glasgowskiego półświatka, kontrolujących niemal wszystko, co dzieje się w mieście. W dużej mierze to właśnie dzięki nim miałem co robić w swoim fachu. Trzej Królowie wyznaczyli Tamowi McGahernowi pewne nieprzekraczalne granice, ale poza tym nie wtrącali się w poczynania braci. Tam był czymś więcej niż wilkiem, którego nie chcieli wywoływać z lasu: był złym, wściekłym, psychopatycznym wilkiem, którego lepiej nie drażnić. Na szczęście rewir łowiecki miał wytyczony dość precyzyjnie.

To się jednak zmieniło osiem tygodni i dwa dni temu.

Osiem tygodni i dwa dni temu Tam McGahern spędzał akurat wieczór w obskurnym mieszkaniu nad barem w dzielnicy Maryhill, posuwając pewną dziewiętnastolatkę i czyniąc to bez wątpienia z ostentacyjną pogardą dla wszelkiej finezji, charakterystyczną dla Szkotów i będącą przedmiotem zazdrości wszelkiej maści żigolaków. McGahern był właścicielem baru na parterze, a przyszedł tam, żeby na piętrze przelecieć tę dziewczynę.

Mniej więcej o wpół do trzeciej nad ranem stosunek został zakłócony przez głośne walenie do drzwi na parterze. Z tego, co wiadomo, intruz wykrzykiwał też przez otwór na listy niewybredne opinie o pewnym elemencie anatomii Tama McGaherna, kwestionując jego zdolność do zaspokojenia przyjaciółki. McGahern zbiegł po schodach ubrany tylko w koszulę i skarpetki z monogramem, dzierżąc w ręku nóż kuchenny. Kiedy jednak z impetem otworzył drzwi, stanął twarzą w twarz z dwoma rosłymi, ubranymi jak spod igły dżentelmenami, z których każdy dzierżył w rękach obrzyna. Zatrzasnąwszy drzwi, McGahern odwrócił się i zaczął gramolić z powrotem po schodach. Goście wyważyli jednak drzwi i wypalili do niego jednocześnie z czterech luf.

W Glasgow nazywano to lewatywą z ołowiu.

Dowiedziałem się tego wszystkiego od Jocka Fergusona, przyjaciela z glasgowskiej dochodzeniówki. No, może bardziej znajomego niż przyjaciela. A pewnie bardziej informatora niż znajomego. Ferguson powiedział mi też, że kiedy przyjechał pierwszy policyjny wolseley 6/90, Tam McGahern jeszcze żył. Podobno dwaj policjanci stwierdzili, że wycofujący się McGahern zainkasował salwę w tyłek, który wraz z kroczem zamienił się w krwawą miazgę. Krwawe smarki, jak lubią to określać moi kolesie z policji.

W klasycznym, natchnionym epizodzie zbierania danych wywiadowczych jeden z policjantów spytał rannego gangstera, czy rozpoznał ludzi, którzy go postrzelili. Kiedy Tam McGahern spytał: „Wyliżę się?” – policjant odparł: „Pewnie”, na co McGahern powiedział: „W takim razie sam dopadnę skurwieli” – i umarł.

Historia ta została mi zrelacjonowana przez mojego policyjnego informatora przy whisky i paszteciku w barze Pod Końskim Łbem. W podobny sposób opowiadano ją we wszystkich barach Glasgow. W całym mieście sporo się mówiło o zgonie Tama McGaherna, ale choć przy tego rodzaju zabójstwach zazwyczaj szeptem wymieniało się też potencjalnych sprawców, tym razem lista była pusta. McGahernowi nie brakowało wrogów, ale większości pomógł opuścić Glasgow, a wielu również ten świat. Jeśli nawet Tam rozpoznał zabójców, ich nazwiska zabrał ze sobą do grobu.

Wszyscy wiedzieli, że żaden z Trzech Królów nie miał z tym nic wspólnego. Dopatrywano się w tym jakiegoś zlecenia z zewnątrz. Mówiono o jakimś angielskim tropie. Wymieniano nawet nazwisko Morrisona. Pan Morrison, a raczej ktoś tylko posługujący się tym nazwiskiem, miał z Trzema Królami podobny układ jak ja. Pracował dla nich na zasadach pełnej poufności i ceniono go za bezstronność i niezależność. W przeciwieństwie do mnie Morrison nie zbierał jednak dla Trzech Królów informacji. Zajmował się eksmisjami, a konkretniej – eksmisjami z tego padołu płaczu. Nikt nic nie wiedział o panu Morrisonie, włącznie z tym, jak wygląda. Niektórzy wątpili w ogóle w jego istnienie, uważając, że jest tylko postacią wymyśloną przez Trzech Królów na postrach, aby utrzymywać karność w szeregach. Chodziły słuchy, że jeśli ktoś stawał z Morrisonem twarzą w twarz, to następne oblicze, jakie oglądał, należało już do świętego Piotra. W tym wypadku nawet Morrison nie wchodził jednak w grę. Zabójstwa dokonano profesjonalnie, lecz jednocześnie w sposób zbyt spektakularny i mało elegancki. Co więcej, Trzej Królowie dali jasno do zrozumienia, że pan Morrison nie został zaangażowany, a to miało wagę oficjalnego oświadczenia. Pogłoski i domysły mimo wszystko nie ustały, były to jednak tylko napędzane chorobliwą wyobraźnią spekulacje pomniejszych uczestników gry o regułach przewyższających ich zdolności pojmowania.

Co do mnie, wisiało mi to kalafiorem. Morderstwo McGaherna zaczęło mnie zaprzątać dopiero cztery tygodnie i jeden dzień temu, kiedy zawarł ze mną znajomość jego brat Frankie.

Nie było to przypadkowe spotkanie. W Glasgow może mnie odszukać każdy, kto chce. Oficjalnie wynająłem jednopokojowe biuro przy ulicy Gordon, lecz moje główne godziny urzędowania – codziennie od wpół do ósmej do dziewiątej wieczorem – przypadały na czas mojej bytności w barze Pod Końskim Łbem. Tam właśnie znalazł mnie Frankie McGahern. Przy pierwszym zetknięciu z Frankiem odniosłem wrażenie, jakby elegancki garnitur został powieszonym na niewłaściwym wieszaku. Mimo kosztownego stroju i złotej biżuterii Frankie zachował wygląd typowego glasgowczyka: był drobny i ciemnowłosy, miał kiepską cerę i za grosz taktu.

– Ty jesteś Lennox? – Frankie zadał pytanie tak, jakby chciał sprowokować bójkę.

– Tak, to ja.

– Nazywam się Frankie McGahern. Chcę z tobą porozmawiać.

– Nie ma sprawy – odparłem ze swoim standardowym rozbrajającym uśmiechem. W mieście, gdzie większość napotykanych kolesi może mieć w podręcznej kieszeni wszystko, od brzytwy po gnata kalibru.45, opłaca się mieć na podorędziu rozbrajający uśmiech.

– Nie tutaj.

– Czemu nie?

– Nie pogrywaj ze mną. Wiesz czemu.

Faktycznie wiedziałem. Niemało bywalców baru aż nazbyt starało się sprawić wrażenie, że nie łowią każdego słowa, jakie padnie za siną zasłoną papierosowego dymu. Wielu z nich prawdopodobnie nie widziało teraz Frankiego, lecz ducha Tama McGaherna. McGahernowie byli przedmiotem ożywionych dywagacji, a kiedy podszedł do mnie Frankie, mnie też one objęły. A to nie było mi w smak. Sposób, w jaki zwrócił się do mnie Frankie, był w istocie zadziwiająco niezręczny i rzucający się w oczy. Krążył już dowcip, że po tym, jak zastrzelono Tama, Frankie przy każdym pukaniu do drzwi pytał: „Kto przybywa, przyjaciel czy lewatywa?”.

– Więc gdzie?

Podał mi wizytówkę, na której widniał adres jakiegoś warsztatu samochodowego w Rutherglen.

– Spotkajmy się w warsztacie jutro wieczorem o wpół do dziesiątej.

– A o co chodzi?

– Mam dla ciebie robotę. Z twojej branży. Trzeba się czegoś dowiedzieć.

– Unikam dowiadywania się pewnych rzeczy – powiedziałem. – Wydaje mi się, że ta, o którą ci chodzi, jest jedną z nich.

Wyprostowały się drobne barki wewnątrz eleganckiej marynarki. Pokryta dziobami po ospie skóra na twarzy Frankiego napięła się jak u kota, który cofa uszy tuż przed skokiem na mysz. Tylko że ja byłem dużą myszą. Nachylił się w moją stronę.

– Sam zdecydujesz, czy się zjawisz, czy nie. Ale jeśli ty nie znajdziesz mnie, to ja znajdę ciebie. Capito?

Język włoski, czy jakikolwiek inny romański, wymawiany ze szkockim akcentem zawsze wydaje mi się przekomiczny. Frankie wyłapał rysujący się na mojej twarzy wyraz rozbawienia i zrobił jeszcze jeden krok w moim kierunku i w kierunku przemocy.

– W takim razie mamy problem, przyjacielu – rzuciłem, odwracając się od kontuaru, żeby mieć go na wprost siebie. Audie Murphy i Jack Palance zazwyczaj w takiej właśnie chwili sięgali do kabury, a stojące w rogu saloonu pianino przestawało grać. Tutaj jednak efekt naszego małego tańca był tylko taki, że wokół przycichły odgłosy rozmów. Małe oczka McGaherna sprawiały wrażenie jeszcze mniejszych niż zwykle. Przypominały oczy szczura. Biła z nich nienawiść. Nagle McGahern jakby zorientował się, że mamy widownię, i stał się mniej pewny siebie.

– To nie koniec, Lennox.

– Och, wydaje mi się, że jednak tak.

– Moje pieniądze są równie dobre jak każdego z pieprzonych Trzech Królów czy kogokolwiek innego. Wykonasz dla mnie tę robotę. Ja cię nie proszę, tylko informuję. Przyjdź jutro wieczorem. – Odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Zamówiłem kolejną whisky i rozcieńczyłem ją wodą z mosiężnego kurka zamontowanego na kontuarze. Zdałem sobie sprawę, że nadal trzymam w ręku wizytówkę McGaherna i wsunąłem ją do kieszeni marynarki. Wielki Bob, barman, oparł na kontuarze umięśnione przedramiona upstrzone sinymi tatuażami.

– To niezłe ziółko. – Kiwnął głową w kierunku, gdzie w zasłonie dymu papierosowego zniknął McGahern. – Chyba lepiej byś wyszedł na zrobieniu tego, o co mu chodziło. To mniej kłopotliwy wariant.

Zaśmiałem się.

– Chce, żebym się dowiedział, kto kropnął jego brata. Gdybym w to wszedł, miałbym więcej kłopotów, niż może mi ich narobić McGahern. Całe Glasgow wie, że Frankie jest bez Tama niczym. A ja nie mam ochoty ingerować w proces doboru naturalnego wśród gangsterów.

Wielki Bob wzruszył ramionami.

– Pilnuj się tylko, Lennox. McGahern to podstępny szczur.

Podczas zamykania pubu robiło się na ogół nieco zamieszania. Przeniknięte duchem prezbiterianizmu szkockie prawo regulujące sprzedaż alkoholu zachęcało do wyścigu z czasem podczas picia, chociaż ogólnie rzecz biorąc, glasgowczycy nie potrzebowali do picia żadnej zachęty. Kiedy natomiast mężczyzn, którzy wypili zbyt szybko, zbyt dużo i zioną chęcią mordu, wypchnie się w nocy na ulicę, działa to jak prowadząca do eksplozji reakcja chemiczna. Po dwóch kolejnych szklaneczkach whisky o wpół do dziesiątej opuściłem więc pub, żeby dotrzeć do domu, zanim rozpocznie się kotłowanina.

Glasgow lśniło na atramentowo po niedawnym deszczu. Drugie miasto Imperium było miastem czarnym – jego okazałe budowle rzucały cień na stanowiącą efekt ludzkiego znoju warstwę zaskorupiałego brudu, a niektóre z tutejszych dzieci były przekonane, że naturalna barwa kamienia to czerń. Deszcze, które były tu obfite i częste, nigdy nie usuwały pokrywającego miasto brudu, tylko rozmazywały go jak tłusta ścierka.

Dwieście metrów za sobą zobaczyłem zaparkowanego po drugiej stronie ulicy czarnego humbera. Oj, Frankie – pomyślałem – czemu musimy kontynuować ten taniec? Udałem, że nie zauważyłem humbera i zacząłem iść w kierunku swojego austina atlantica. Kiedy do niego doszedłem, znowu się obejrzałem. Humber ani drgnął.

Są pewne wojenne doświadczenia, które nie zacierają się w pamięci. Na przykład świadomość, że atak nie zawsze przychodzi z miejsca, z którego się go spodziewamy. Frankie, który w przeciwieństwie do brata nie uczestniczył w działaniach wojennych, popełnił błąd, wykonując w znajdującej się za mną zacienionej bramie krok w bok, aby zwiększyć swoją siłę rażenia. Było to niezręczne posunięcie, które go zdradziło, pozwoliło mi bowiem dostrzec jasny błysk światła latarni, odbijającego się w unoszonym do ciosu ostrzu brzytwy. Kiedy ktoś rzuca się na nas z brzytwą, nie ma czasu na wygłupy, więc wykonując półobrót, bez namysłu kopnąłem przeciwnika w klatkę piersiową. Mocno. Słysząc, jak uchodzi z niego powietrze, zrobiłem wymach pokrytą skórą pałką, którą zawsze nosiłem w kieszeni marynarki. Trafiła go w głowę. Zamachnąłem się znowu, blokując mu pałką nadgarstek i brzytwa z brzękiem spadła na ziemię.

Wiedziałem, że już po wszystkim, ale wkurzony byłem na Frankiego, że nie odpuścił, kiedy mu powiedziałem, że nie jestem zainteresowany. Schowałem pałkę, chwyciłem w garść lepkie od brylantyny włosy i pięścią wymierzyłem mu trzy szybkie i silne uderzenia w twarz. Obtarłem sobie przy tym rękę, ale przy drugim uderzeniu poczułem, jak pęka mu chrząstka w nosie. Na jego drogiej koszuli wykwitła w świetle latarni ciemnoczerwona plama. Walnąłem go jeszcze raz, tym razem w usta, żeby mu rozkwasić wargi. Skończyłem. Pchnąłem go na ścianę, wytarłem sobie ręce o jego marynarkę i pozwoliłem mu osunąć się na ziemię, w objęcia nieświadomości.

– Mamy jakiś problem, panowie?

Odwróciłem się i zobaczyłem, że podjechał czarny humber. Siedzący obok kierowcy pasażer był wielkim, zwalistym mężczyzną po pięćdziesiątce, ubranym w popielaty garnitur i kapelusz o szerokim rondzie, ciasno nasadzony na przyciętą na jeża siwą głowę. McNab.

– Absolutnie żadnego, panie nadinspektorze. – Wziąłem głęboki wdech i uśmiechnąłem się rozbrajająco, jednak nie na tyle, by powstrzymać McNaba i jego umundurowanego kierowcę przed wyjściem z nieoznakowanego humbera. McNab spojrzał z wysokości swoich dwóch metrów na sponiewieraną postać Frankiego.

– No, no. Brat ostatnio zmarłego pana McGaherna. Cóż, do diaska, mogłoby cię łączyć z tą mendą, Lennox?

– Pan go zna? Obawiam się, że ja nie… Przechodziłem po prostu i zauważyłem, że potrzebuje pomocy. Chyba wypił ciut za dużo i przewrócił się.

– Zabawne, że ten upadek zamortyzował chyba nosem. – McNab pochylił się i odwrócił twarz Frankiego ku światłu. Faktycznie, linię nosa przerywało szpetne złamanie, a na spuchniętej wardze widniała ciemnoczerwona szrama. No cóż, Frankie i wcześniej nie był pięknisiem.

– To się zdarza, panie nadinspektorze. Jestem pewien, że w swojej policyjnej karierze w Glasgow spotkał się pan z wieloma tego rodzaju niefortunnymi wypadkami na oddziałach więziennych.

McNab podszedł do mnie i przysłonił swoją postacią całe Glasgow. Milczał przez dłuższą chwilę, co było zapewne wyćwiczoną techniką zastraszenia. Starałem się nie okazać, jak dobrze mu to idzie. Na szczęście jego uwagę znowu przyciągnął Frankie, który się ocknął i zaczął z cicha pojękiwać i bulgotać. Policjant w mundurze postawił go na nogi.

– Co się wydarzyło, McGahern? Chcesz wnieść skargę?

Frankie spojrzał na mnie tępym, pełnym nienawiści wzrokiem, po czym zaprzeczył ruchem głowy.

– No to jazda, Lennox – powiedział McNab. – Bądź jednak w zasięgu, gdybyśmy musieli się z tobą skontaktować.

– Dobrze jest mieć świadomość, że funkcjonariusz o pana doświadczeniu i randze patroluje ulice Glasgow, panie nadinspektorze.

McNab rzucił mi groźne spojrzenie.

– Dobranoc, panie McNab.

Dotarłem do swojego mieszkania około wpół do jedenastej, nalałem sobie whisky Canadian Club i sącząc ją, obserwowałem tramwaje, przejeżdżające od czasu do czasu samochody i tłumy przewalające się ulicą Great Western. Myśli miałem niewesołe. Przyłożyłem Frankiemu McGahernowi nieco mocniej, niż powinienem. Może nie był aż takim gangsterem jak jego brat Tam, ale był wystarczająco niebezpieczny i miał wystarczająco rozległe koneksje, żebym mógł się go obawiać.

Zaczynało do mnie jednak docierać coś jeszcze. Chodziło o detektywa nadinspektora Williego McNaba. Miał za sobą dwadzieścia pięć lat służby w glasgowskiej policji i dwóch synów policjantów. Był też znaczącą postacią w loży masońskiej i Zakonie Orańskim 2. No i sukinsynem pierwszej wody. Swoją karierę policyjną rozpoczął jako jeden z Kozaków Sillitoego, konnych oddziałów pogromców gangów, stworzonych w latach trzydziestych przez ówczesnego naczelnika policji w Glasgow, Percy’ego Sillitoego. Krążyły pogłoski, że obecnie Sillitoe był szefem MI5. W okresie powojennym, pełnym podejrzliwości i nieufności, zamiast uganiać się za nożownikami w Glasgow, Sillitoe zaczął prześladować komunistów i obcokrajowców. Pod koniec lat trzydziestych Kozacy Sillitoego byli jednak równie agresywni jak gangi nożowników, które tępili.

Willie McNab rozpoczął więc karierę od rozwalania łbów członkom takich gangów, jak Bridgetown Billyboys, Norman Conks i Gorbals Beehive. Później stopniowo piął się po szczeblach kariery aż do stanowiska zastępcy szefa wydziału dochodzeniowego w Glasgow.

Nieczęsto spotykało się go patrolującego ulice miasta.

McNab pojawił się tam dziś wieczorem nie bez powodu, a jedynym powodem, jaki przychodził mi do głowy, był Frankie McGahern. Cholera. Przez cały wieczór starałem się właśnie uniknąć wciągnięcia w jakiekolwiek gangsterskie porachunki stojące za śmiercią Tama McGaherna, a teraz przyłapano mnie na spuszczaniu lania jego bratu bliźniakowi.

Wypiłem jeszcze dwie szklaneczki whisky, zgasiłem światło i nie zasłaniając zasłon w oknach, położyłem się na łóżku. Paląc, obserwowałem cienie rysujące się na suficie w świetle latarni ulicznych i reflektorów przejeżdżających samochodów. Czułem się kiepsko z powodu tego łomotu, jaki spuściłem McGahernowi. Kiepsko nie ze względu na niego, ale samego siebie. I wcale nie z powodu kłopotów, jakie mogło mi to sprawić. Czułem się kiepsko, bo ta bijatyka sprawiła mi przyjemność. Bo takim właśnie stałem się człowiekiem.

Człowiekiem odmienionym przez wojnę.

Z początku wydawało mi się, że zbudziły mnie odgłosy burzy. Włączyłem lampkę nocną i spojrzałem na zegarek. Było tuż przed trzecią rano, a odgłosy burzy okazały się łomotaniem gliniarzy do moich drzwi. Zaniosłem się wilgotnym kaszlem, który zawsze chwytał mnie tuż po wstaniu, wymamrotałem jakieś przekleństwo i otworzyłem drzwi. Nie zdążyłem nawet się zorientować, ilu ich stało na półpiętrze. Pięść, która waliła w drzwi, wylądowała na mojej twarzy i posłała mnie na podłogę w głębi mieszkania.

Funkcjonariusze policji w Glasgow tradycyjnie rekrutują się spośród górali. Górale są na ogół wysocy i dobrze zbudowani i górują nad przeciętnymi glasgowczykami, choć zwykle nie można tego powiedzieć o ich intelekcie. To idealne kwalifikacje dla gliniarzy. Poza tym górale mają przyjemny, śpiewny akcent, więc szpetne przekleństwa, którymi raczył mnie rudowłosy niedźwiedź stawiający mnie teraz na nogi, brzmiały nieco jak namiętna serenada. Drugi glina wykręcił mi do tyłu ręce i zatrzasnął na nich kajdanki. To nagłe wyrwanie ze snu i smak krwi w ustach sprawiły, że poczułem mdłości. W drzwiach stanęła wielka postać McNaba.

– O co, kurwa, chodzi, McNab?

McNab dał znak głową detektywowi w cywilnym ubraniu, który wymierzył mi w głowę cios dwudziestocentymetrową pałką i moje nagłe wyrwanie ze snu przestało być problemem.