KURT VONNEGUT: LISTY - Kurt Vonnegut

KURT VONNEGUT: LISTY

0,0

Listy Kurta Vonneguta to bogaty zbiór osobistej korespondencji obejmujący całe życie pisarza. W tomie znalazły się – w większości wcześniej niepublikowane – listy do różnych adresatów, zawierające uwagi autora na temat najważniejszych wydarzeń w jego życiu prywatnym i zawodowym. Różnorodna tematyka korespondencji i wyczerpujący komentarz Dana Wakefielda sprawiają, że Listy można czytać zarówno jako zbiór esejów, jak i nigdy nienapisaną autobiografię Vonneguta.

Kurt Vonnegut nigdy nie uważał się za wielkiego pisarza. Miał jednak niedoceniany dar bycia uroczym i towarzyskim.

Są autorzy, których podziwiamy lub którym zazdrościmy, ale niewielu jest takich, których naprawdę kochamy.

Vonnegut jest jednym z nich

The Washi ngton Post

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

O książce

RÓWNIE OSOBISTE, BŁYSKOTLIWE,
ZABAWNEI ROZBRAJAJĄCO WNIKLIWE
JAK „RZEŹNIA NR 5”, „ŚNIADANIE MISTRZÓW”
I INNE UTWORY KURTA VONNEGUTA

Nikt nie opisałby życia Vonneguta tak prawdziwie, jak zrobił to sam w listach do swoich dzieci, przyjaciół, wydawców oraz tych, którzy pragnęli doprowadzić do zakazu publikowania jego utworów.

Lektura Listów wyprowadzi z błędu każdego, kto wyobraża sobie, że życie pisarza może być łatwe – nawet pisarza, który w końcu zdobywa sławę i pieniądze.

Tego autora

Opowiadania

ARMAGEDON W RETROSPEKTYWIE
POPATRZ NA PTASZKA
TABAKIERA Z BAGOMBO
GDY ŚMIERTELNICY ŚPIĄ
DOSSIER FRAJERA

Powieści

HOKUS POKUS
TRZĘSIENIE CZASU
ŚNIADANIE MISTRZÓW
RZEŹNIA NUMER PIĘĆ
KOCIA KOŁYSKA
MATKA NOC
RECYDYWISTA
PIANOLA
SYRENY Z TYTANA
GALAPAGOS
SINOBRODY
RYSIO SNAJPER
SLAPSTICK
NIECH PANA BÓG BŁOGOSŁAWI, PANIE ROSEWATER

Tytuł oryginału:
KURT VONNEGUT LETTERS

Copyright © The Kurt Vonnegut, Jr. Trust 2012
This translation published by arrangement with Delacorte Press, an imprint
of The Random House Publishing Group, a division of Random House, Inc.
All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Rafał Lisowski 2015

Redakcja: Magdalena Hildebrand

Ilustracje: © Kurt Vonnegut and the Origami Express

Zdjęcie na okładce: © Santi Visalli/Getty Images

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-170-6

face2.tif

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Książkę tę dedykuję pamięci Kurta Vonneguta,
pisarza dla całego świata, przyjaciela na całe życie;
a także Markowi i Barb Vonnegutom
oraz Donowi i Annie Farberom,
przyjaciołom, którzy kultywują ducha Kurta

Spis treści

Wstęp

LATA CZTERDZIESTE

LATA PIĘĆDZIESIĄTE

LATA SZEŚĆDZIESIĄTE

LATA SIEDEMDZIESIĄTE

LATA OSIEMDZIESIĄTE

LATA DZIEWIĘĆDZIESIĄTE

LATA DWUTYSIĘCZNE


Nota od redaktora i podziękowania

Wstęp

Listy Kurta Vonneguta zebrane w tej książce to historia życia pisarza — pisarza, którego wpływ wciąż jest odczuwalny na całym świecie i wszystko wskazuje na to, że nie zmieni się to jeszcze bardzo długo. Są one równie osobiste, błyskotliwe, zabawne i rozbrajająco wnikliwe jak jego dzieła: powieści, opowiadania, artykuły oraz eseje. Nikt nie zdołałby opisać jego życia tak prawdziwie i wnikliwie jak listy, które on sam napisał do swych dzieci, przyjaciół, wydawców, zwolenników w kręgach akademickich, krytyków oraz osób, które pragnęły jego twórczość uczynić zakazaną. Lektura listów pozwoliła mi lepiej poznać mego przyjaciela Kurta Vonneguta i bardziej go docenić. Nic nie przychodziło mu z łatwością. Nic go nie zniechęcało — ani liczni redaktorzy i wydawcy, którzy odrzucali jego teksty; ani Wydział Antropologii Uniwersytetu Chicagowskiego, który odrzucił nie jedną, lecz dwie jego prace magisterskie (dyplom otrzymał dopiero, gdy został sławny); ani Fundacja Guggenheima, która nie przyjęła jego pierwszego wniosku o stypendium; ani powątpiewający krewni i przyjaciele, tacy jak wuj Alex, który powiedział, że nie był w stanie przeczytać Syren z Tytana, po tym jak Kurt zadedykował mu tę książkę, albo ciotka Ella Stewart, która nie zamawiała jego powieści do swej księgarni w Louisville w Kentucky, uznając je za gorszące; ani sąsiedzi z Cape Cod, którzy nie czytali jego książek i nie interesowali się tym, jak zarabia na życie; ani rady szkół, które objęły cenzurą jego książki (a jedna z nich kazała spalić je w piecu), nawet ich nie przeczytawszy; ani akademiccy krytycy, którzy odtrącali go i lekceważyli; ani ci, którzy Kurta szkalowali, usiłowali go pognębić, gdy stał się sławny; ani biurokraci, z którymi walczył o prawa pisarzy na całym świecie; ani prawicowe grupy chrześcijan potępiające autora, który nazwał Jezusa Chrystusa największym i najbardziej ludzkim z ludzi1. Lektura tych listów wyprowadzi z błędu każdego, kto wyobraża sobie, że życie pisarza może być łatwe — nawet pisarza, który w końcu zdobywa sławę i pieniądze. I każdemu da inspirację.

· · ·

O Kurcie Vonnegucie po raz pierwszy usłyszałem wiosną 1950 roku, w ostatniej klasie szkoły średniej Shortridge w Indianapolis, gdy zdradziłem jednemu z nauczycieli, że chciałbym zostać pisarzem. Zamyślił się, zmarszczył brew, podrapał się po brodzie, pokiwał głową, a po chwili rzekł: „No tak, jednemu chłopcu się udało — nazywa się Vonnegut”. Dowiedziałem się, że „ten chłopak Vonnegut”, który zaczynał w szkolnej gazetce „Echo”, na początku roku opublikował pierwsze opowiadanie w magazynie „Collier’s”. Dla mnie oznaczało to, że zdobył Olimp.

Ani ów nauczyciel, ani nikt inny na całym świecie — z wyjątkiem Jane Marie Cox, ukochanej Kurta z dzieciństwa i koleżanki z klasy, która została jego pierwszą żoną oraz matką pierwszej trójki dzieci — nie wierzył, że Vonnegut zostanie światowej sławy pisarzem, którego dzieła będą przełożone na wszystkie najważniejsze języki. Jego najstarszy syn Mark napisał w swych wspomnieniach zatytułowanych Just Like Someone Without Mental Illness Only More So, że w latach zmagań Kurta moja matka (…) wiedziała, że ojciec będzie sławny i że to wszystko jest tego warte. Wierzyła, że zostanie sławnym pisarzem, bardziej niż on sam.

Dorastając w Indianapolis w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku, ja, moi przyjaciele oraz nasze rodziny wszyscy znaliśmy nazwisko Vonnegut — przedsiębiorstwo Vonnegut Hardware Company miało centralę w śródmieściu oraz oddziały w różnych częściach miasta. Gdy Kurt chodził do liceum, latem pracował w głównym sklepie u stryjecznego dziadka Franklina Vonneguta: przygotowywał paczki, a przez jakiś czas obsługiwał windę towarową. Później napisał do jednego ze swych wielbicieli z Indianapolis, który również pracował w tym sklepie: To doświadczenie ukształtowało moje wyobrażenie piekła. Piekło to wieczność spędzona na obsłudze windy w budynku, który ma tylko sześć pięter. Szanował jednak firmę założoną przez przodków. W Niedzieli palmowej stwierdził: Podobało mi się to, co sprzedawaliśmy. Wszystko było takie porządne i praktyczne2.

Jako dziecko rozumiałem znaczenie Vonnegutów dla naszego miasta w kategoriach działalności handlowej, ale dopiero znacznie później odkryłem ich ogromny wkład w kulturę. Pradziadek Kurta, Clemens Vonnegut, przyjechał do Indianapolis z Niemiec w 1851 roku i nie tylko założył Vonnegut Hardware Company, lecz również wywarł duży wpływ na życie kulturalne miasta. Powołał do życia Stowarzyszenie Wolnomyślicieli oraz Indianapolis Turngemeinde, centrum kultury niemieckiej i gimnastyki. Później zmieniło ono nazwę na Athenaeum Turners i służyło całej lokalnej społeczności, oferując nie tylko gimnastykę, lecz także teatr, wykłady i muzykę. Dziś ma siedzibę w budynku o nazwie Athenaeum.

Clemens zasiadał w miejskiej radzie szkolnej i został jej przewodniczącym. Był zdecydowanym zwolennikiem publicznej edukacji i dbał o to, by w programie znalazły się literatura klasyczna, historia oraz nauki społeczne. Wierzył również w znaczenie kultury fizycznej. Ćwiczył codziennie bez względu na pogodę: nosił duże kamienie, które odkładał tylko po to, by podciągać się na gałęziach drzew. Nic dziwnego, że Kurt nazywał Clemensa — sceptyka, który przygotował własną mowę pogrzebową — tym spośród przodków, który najbardziej go oczarował. Wspomniawszy, że Clemensa opisywano jako kulturalnego ekscentryka, Kurt napisał w Niedzieli palmowej: Ja również aspiruję do tego miana3. Zarówno dziadek Kurta, Bernard (który nie lubił handlu gwoździami), jak i jego ojciec, Kurt senior, mieli artystyczne aspiracje i zostali liczącymi się w Indianapolis architektami. Bernard Vonnegut, pierwszy licencjonowany architekt w stanie Indiana, wraz ze wspólnikiem Arthurem Bohnem zaprojektował wiele najważniejszych budynków w mieście, między innymi John Herron Art Museum, liceum Shortridge oraz Athenaeum. W roku śmierci Bernarda jego syn Kurt senior ukończył uczelnię MIT (Massachusetts Institute of Technology) i wrócił do domu, aby podjąć pracę w firmie wspólnika swego zmarłego ojca.

· · ·

W przemowie wygłoszonej w Athenaeum w 1996 roku Kurt powiedział: Podzielę się z wami fragmentem historii Indianapolis, który może was zaskoczyć. Ten ważny budynek, zaprojektowany przez mojego dziadka Bernarda Vonneguta, którego nigdy nie poznałem, nie zawsze nosił nazwę Athenaeum. W czasach, gdy nazywał się inaczej, niektórzy ponoć obrzucali fasadę żółtą farbą.

Pierwotnie gmach nosił miano Das Deutsche Haus, ale przemianowano go na fali antyniemieckich nastrojów, które przelały się przez kraj podczas pierwszej wojny światowej. (Dziś w Rathskellar, popularnej restauracji mieszczącej się w budynku, znajduje się Sala Vonneguta z popiersiem pisarza). W czasie wojny na wszystko, co niemieckie, patrzono podejrzliwie i z wrogością. W Indianapolis, które zawdzięczało niemieckim rodzinom znaczną część dziedzictwa kulturalnego, rozwiązano miejską orkiestrę, ponieważ sopranistka była Niemką, restauracje zmieniały w menu nazwę Sauerkraut na kapustę wolności, a rada szkolna zakazała nauki niemieckiego. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy miały miejsce te numery z farbą — ciągnął Vonnegut — mój ojciec Kurt, który był architektem i wspólnikiem Bernarda Vonneguta, dostał anonimowy list o treści: „Przestań uczyć dzieci tej szwabskiej mowy”. No to przestał.

Tak więc jego starsze rodzeństwo, Bernard i Alice, nie słyszeli już w domu niemieckiego, a gdy w 1922 roku przyszedł na świat Kurt, w ogóle nie mówiono w tym języku. Rodzice postanowili nie zaznajamiać mnie z językiem, literaturą, muzyką i ustnymi podaniami rodzinnymi, które tak kochali moi przodkowie — napisał w Niedzieli palmowej. — W dowód swego patriotyzmu zrobili ze mnie ignoranta i pozbawili korzeni4.

W swym wystąpieniu w Athenaeum Kurt mówił: Podczas drugiej wojny światowej w mojej rodzinie, i wielu innych, krążyło takie powiedzenie: jedyny problem z Niemcami jest taki, że mieszkają w Niemczech. Powiadam więc, że wszystko, co godne podziwu w niemieckiej kulturze: poezja, muzyka, architektura, sztychy, piwo, wino, sentyment do świąt Bożego Narodzenia, etyka pracy — pochodzi z wielu różnych Niemiec. Wszystko, czego nienawidzę — pochodzi z jednych. Oczywiście miał na myśli Niemcy hitlerowskie, o których w 1988 roku na spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychiatrycznego powiedział, że przyprawiły nas o koszmar, z którego moim zdaniem nigdy nie zdołamy się zbudzić.

Rodzinna fortuna pochodząca z handlu artykułami żelaznymi, a także zyski z odnoszącej sukcesy firmy architektonicznej pozwoliły rodzicom Kurta na wystawny tryb życia oraz wysłanie dzieci do prywatnych szkół dla towarzyskiej elity miasta: Orchard School dla chłopców i Tudor Hall dla dziewcząt. Kiedy jednak nastał wielki kryzys, wstrzymano niemal wszystkie budowy, więc Kurt senior musiał zamknąć interes. Kurta posłano do Szkoły Publicznej nr 43, co jego matka Edith, pochodząca z Lieberów — jednej z największych i najbogatszych niemieckich rodzin w mieście — uważała za tragedię. Zapewniała syna, że gdy tylko minie kryzys, odzyska godne miejsce w społeczeństwie, będzie grał w tenisa i golfa w Woodstock Country Club i cieszył się przywilejami przynależnymi elicie. Młody Kurt widział to jednak inaczej, jak wyjaśnił w Niedzieli palmowej: Powodziło się nam co najmniej równie dobrze jak większości ludzi, z których dziećmi chodziłem do szkoły publicznej, i straciłbym wszystkich przyjaciół, gdybyśmy znowu zaczęli mieć służących, nosić kosztowne ciuchy, pływać transatlantykami, odwiedzać niemieckich krewnych w prawdziwym zamku, i tak dalej, i dalej. Matka (…) nie potrafiła zrozumieć, że porzucenie przyjaciół ze Szkoły Publicznej nr 43 (…) byłoby dla mnie porzuceniem wszystkiego5.

Kurt zawsze mówił, że miał szczęście, urodziwszy się w Indianapolis. Miasto to dało mi bezpłatne wykształcenie podstawowe i średnie, pełniejsze i bardziej ludzkie od wszystkiego, co miało mi dać pięć uniwersytetów, na których później studiowałem (Cornell, Butler, Carnegie Tech, Tennessee, Chicago)6.

Ja jestem tego samego zdania i to jedna z cech, którą miałem szczęście dzielić z Kurtem Vonnegutem. Kolejną naszą więzią — tą, dzięki której narodziła się przyjaźń na całe życie — była sportowa nieporadność. Zanim spotkaliśmy się po raz pierwszy w domu znajomego w Cambridge w stanie Massachusetts (Kurt mieszkał wtedy na Cape Cod), zdążyłem przeczytać wszystkie cztery książki, jakie wydał. Na kolacji było osiem osób, więc miałem okazję zamienić z nim zaledwie kilka humorystycznych uwag na temat szkoły średniej, ale od razu go polubiłem. Był wysokim, chudym mężczyzną o rozczochranych włosach, bujnych wąsach oraz serdecznym stylu bycia właściwym mieszkańcom Środkowego Zachodu. Jego niekonwencjonalne poczucie humoru, otwartość i życzliwość wobec wszystkich obecnych sprawiły, że wydał mi się kimś, kogo znam i komu mogę zaufać. Dały mi dość odwagi, bym rok później przesłał mu moją książkę zatytułowaną Between the Lines, łączącą dziennikarstwo z osobistym komentarzem. Przyznawałem w niej, że moje licealne marzenia o sportowej chwale zdruzgotała niezdolność do zejścia poniżej siedmiu minut w biegu na tysiąc sześćset metrów. Wyobrażałem sobie, że mój najlepszy czas wyrównałaby w miarę sprawna babcia. W odpowiedzi Kurt przysłał serdeczny, zabawny list. Wyjawił, że on także w liceum nie był w stanie pokonać bariery siedmiu minut. Twierdził, że mieliśmy tylu wspólnych nauczycieli i tak podobne doświadczenia, że w zasadzie nie powinno być nas dwóch.

· · ·

Dopiero znacznie później zrozumiałem, jak duży wpływ na Kurta miały jego „niesportowe” przeżycia w szkole. Gdy wreszcie, po wielu latach zmagań, zdobył sławę, pieniądze i przeprowadził się do Nowego Jorku, opowiedział mi, że pewnej nocy, siedząc samotnie ze szklaneczką bourbona, postanowił zadzwonić do informacji telefonicznej w Indianapolis i spytać o numer do człowieka, który trenował drużynę futbolową liceum Shortridge, gdy uczęszczał tam Kurt. Podobno w jego czasach w szkole panował zwyczaj, że nauczyciele podczas spotkania klasowego dawali „humorystyczne prezenty” znanym uczniom ostatniej klasy. Kurt, który w liceum był wysoki, chudy i patykowaty, „w nagrodę” dostał od trenera prenumeratę „Kursu kulturystycznego Charlesa Atlasa”, znanego z reklam przedstawiających czterdziestokilogramowego chuderlaka, który zmieniał się w umięśnionego herosa. Ten żart zranił i zawstydził Kurta. Pomimo odniesionego sukcesu wspomnienie wciąż go dręczyło. Gdy po tylu latach dodzwonił się do trenera, powiedział: Nazywam się Kurt Vonnegut. Pewnie mnie pan nie pamięta, ale chciałem powiedzieć, że z moim ciałem jest już wszystko w porządku.

Nie myślałem więcej na ten temat, dopóki we wstępie do jego zbioru opowiadań zatytułowanego Tabakiera z Bagombo nie przeczytałem wspomnienia z młodości — o tym, jak pewnego popołudnia wrócił ze szkoły do domu i usiadł, by poczytać opowiadanie w czasopiśmie „The Saturday Evening Post”. Na dworze pada deszcz, a ja czuję się nielubiany — zaczął7. Z lektury szkolnego rocznika Kurta wiedziałem, że był przewodniczącym Komitetu Społecznego, który nadzorował imprezy i potańcówki, współszefem (wraz z najlepszym przyjacielem Benem Hitzem) „prześmiesznego zespołu komediowego” w ramach prestiżowego Wodewilu Trzecioklasistów, członkiem Rady Uczniowskiej, redaktorem „The Daily Echo” oraz — co na każdym, kto chodził do Shortridge, robi największe wrażenie — jednym z dziesięciu uczniów ostatniej klasy nominowanych do nagrody „Brzydala”, przy czym wcale nie przyznawano jej najbrzydszym, ale najbardziej lubianym chłopcom. Wraz z dziewczętami nominowanymi do nagrody „Ślicznotki” wybierał ich ogół uczniów i stanowiło to szczyt szkolnej popularności.

Przyjaciel Kurta z liceum, Victor Jose, kolega z Klubu Sów (jednego z wielu klubów towarzyskich, które nie funkcjonowały pod patronatem grona nauczycielskiego, ale świetnie prosperowały zarówno za ich, jak i za moich czasów), pracował z nim również w „The Daily Echo”, a po służbie podczas drugiej wojny światowej spotkali się w 1947 roku w redakcji „Chicago News Bureau”. Pozostali przyjaciółmi i przez całe życie korespondowali od czasu do czasu. Gdy spytałem Vica Jose’a, dlaczego Vonnegut mógł się czuć nielubiany mimo tylu szkolnych sukcesów i osiągnięć, odrzekł, że musiało to mieć związek z antagonistycznymi relacjami Kurta z tak zwanymi sportowymi bohaterami owych czasów.

Kurt nabijał się ze sportowych bogów zapewne w swoich tekstach, zapewne w „Echu” — wspominał Jose. — W każdym razie była między nimi zła krew. Paru szkolnych mięśniaków w ramach odwetu dopadło go w ustronnym miejscu. Podnieśli go i wpakowali do śmietnika. Wiem to z drugiej ręki, bo Kurt nigdy mi o tym nie opowiedział, ale wszyscy znali tę historię. Nie był to bynajmniej beztroski żart. Problem zaogniał się z czasem i ponownie wyszedł na światło dzienne na pięćdziesiątym zjeździe absolwentów. Dwaj spośród klasowych osiłków sprzeciwili się temu, by Vonnegut wygłosił główną mowę — ale reszta komitetu organizacyjnego nalegała. Ostatecznie kłopot sam się rozwiązał, gdy Kurt zadzwonił dwa dni przed imprezą i powiedział, że zachorował na boreliozę, więc nie może przyjechać. Na sześćdziesiątym zjeździe, jak opowiadał Jose, ci sami dawni osiłkowie byli zdegustowani tym, że klasa podczas sobotniej kolacji w Athenaeum zamierzała wręczyć Kurtowi brązowe popiersie. Opuścili salę przed kulminacyjnym momentem ku czci najsłynniejszego kolegi.

We wstępie do Our Time is Now: Notes from the High School Underground (1970) Kurt napisał: Nie przychodzi mi do głowy nic, co byłoby bliższe sednu amerykańskiego doświadczenia niż szkoła średnia. Na podstawie własnych przeżyć uważam, że w owych młodzieńczych latach w znacznym stopniu kształtuje się nasza postawa oraz sposób postrzegania świata przez resztę życia. Dozgonna miłość Kurta do słabeuszy zaczęła się od antypatii wobec sportowych bogów jego czasów — oraz upokarzającej afery ze śmietnikiem. Upadek fortuny i zamknięcie firmy przez ojca podczas wielkiego kryzysu, a następnie ostateczna utrata pracy, gdy podczas drugiej wojny światowej wstrzymano wszelkie budowy, również musiały wpłynąć na to, że Kurt w swej twórczości zawsze stawał po stronie najsłabszych.

Gdy w 1972 roku napisał dla magazynu „Harper’s” reportaż z konwencji Partii Republikańskiej, zamieścił w nim następującą konkluzję: Dwie prawdziwe partie polityczne w Ameryce to Wygrani i Przegrani. Ludzie nie przyznają się do tego. Twierdzą, że należą do dwóch wyimaginowanych partii: Republikanów i Demokratów. W obu tych rzekomych partiach rządzą Wygrani. Kiedy Republikanie walczą z Demokratami, jedno jest pewne: zwyciężą Wygrani8.

Dwa cytaty pojawiające się lub wspominane w całej twórczości Vonneguta zdają się kluczowe dla światopoglądu pisarza. Jednym z nich jest Kazanie na Górze. Gdy w 1980 roku zaproszono go do kościoła episkopalnego św. Klemensa w Nowym Jorku, by wygłosił kazanie w Niedzielę Palmową, powiedział: Jestem oczarowany Kazaniem na Górze. Mam wrażenie, że miłosierdzie to jedyna dobra idea, jaką dotąd otrzymaliśmy. Być może z czasem otrzymamy następną dobrą ideę — wtedy będziemy już mieli dwie dobre idee9. Drugi to słowa Eugene’a V. Debsa, krajana z Terre Haute w Indianie: Jak długo istnieje klasa niższa — należę do niej. Jak długo istnieje element przestępczy — wywodzę się z niego. Dopóki choćby jedna dusza przebywa w więzieniu, nie jestem wolny10.

Trzęsieniu czasu nazwał tę sentencję poruszającym echem Kazania na Górze11. Użył jej również w roli epigrafu powieści Hokus pokus, której bohater nazywa się Eugene Debs Hartke na cześć Eugene’a Debsa z Terre Haute w stanie Indiana. Debs był Socjalistą i Pacyfistą oraz Działaczem Związkowym, który kilkakrotnie kandydował w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych i który uzyskał więcej głosów niż jakikolwiek inny kandydat nominowany przez trzecią partię w historii tego kraju12.

· · ·

W powieści Vonneguta Kocia kołyska, opowiadającej o dumnym fałszywym proroku Bokononie, autor wprowadza pojęcie „karassu”. Ludzkość jest zorganizowana w zespoły, które — nie zdając sobie z tego sprawy — realizują Wolę Boga. Bokonon nazywa taki zespół karassem, (…) „Kiedy stwierdzacie, że wasze życie splata się z życiem innego człowieka bez jakiejś logicznej przyczyny — pisze Bokonon — człowiek ten najprawdopodobniej jest członkiem waszego karassu”13.

Do najszczęśliwszych zrządzeń w moim życiu należy to, że znalazłem się w karassie Vonneguta. Poszczęściło się nam obu, ponieważ był w nim również wydawca Seymour „Sam” Lawrence, o którym wiele lat później Kurt napisał w Trzęsieniu czasu, że uratował mnie od zapomnienia, od sczeźnięcia, publikując Rzeźnię numer pięć i wznawiając pozostałe moje książki14.

Sam wydał Rzeźnię w 1969 roku, a rok później, gdy mój agent przesłał długo oczekiwaną (tylko przeze mnie) pierwszą powieść mojego autorstwa do dziesięciu wydawców, oferty złożyło jedynie trzech, ale tylko Sam się nią zachwycił. Spytał, czy zgodzę się, żeby przesłał egzemplarz Vonnegutowi, ponieważ akcja mojej książki toczy się w jego rodzinnym Indianapolis, a dzięki akceptacji Kurta łatwiej byłoby o zgodę Delacorte Press, współwydawcy i sponsora. Zgodziłem się, choć wówczas spotkałem Vonneguta tylko raz w życiu i nie miałem pojęcia, co powie. Książka, którą wysłałem mu w 1965 roku, nie była beletrystyczna, a moja powieść pod względem stylu i fabuły zupełnie nie przypominała jego twórczości. Zaraz potem dowiedziałem się, że Kurt wysłał do Sama Lawrence’a telegram, w którym napisał, że Sam musi wydać moją książkę i ściągnąć tego chłopaka do naszej stajni.

Vonnegut był praktycznie ojcem chrzestnym tej powieści, zatytułowanej Going All The Way15 (choć on sugerował tytuł Jak zaliczyć w Indianapolis). Sam zlecił mu nawet rolę mojego redaktora. Kurt przysłał mi list z dziesięcioma propozycjami ulepszenia książki, podkreślił jednak, że powinienem zrobić tylko to, co do mnie przemawia, i nie decydować się na nic tylko dlatego, że on to zasugerował. Wykorzystałem siedem pomysłów. (W ramach zapłaty za tę pracę Vonnegut poprosił Sama o fotel Eamesa i otrzymał go). Przyjechał z Cape Cod do Bostonu, gdzie mieszkałem, i wziął mnie na lunch do swej ulubionej knajpy Jake Wirth’s, starej niemieckiej piwiarni z trocinami na podłodze. Później wpadł razem z żoną Jane, żeby oblać publikację. Jakby tego było mało, napisał recenzję mojej powieści do magazynu „Life”. Złamał wszystkie recenzenckie reguły, przyznając się, że jest moim przyjacielem i że komplementowałby tę książkę nawet, gdyby była obleśna, ale nie dałby słowa honoru że jest dobra. Następnie ją pochwalił i dał słowo honoru.

O ile mi wiadomo, to jedyny przypadek, gdy pisarz w recenzji książki dał „słowo honoru” albo użył słowa „obleśny”. Kurt zawsze wymyślał zaskakujące słowa — takie jak „obleśny” — niesłyszane już od bardzo dawna, może nawet od dzieciństwa, ale idealnie pasujące do sytuacji.

Kiedyś, w czasach hipisów, mnie i Kurta zaproszono do pewnej komuny (rozsławionej wówczas przez jej założyciela, Raya Mungo, w książce Total Loss Farm). Ray powiedział, że on i jego przyjaciele pragną się nauczyć, jak przeżyć w prymitywnych warunkach, ponieważ chcielibyśmy być ostatnimi ludźmi na ziemi. Kurt na to: Czy to aby nie jest trochę przemądrzały plan? Od czasów liceum nie słyszałem, żeby ktoś miał dość szczerości i odwagi, żeby użyć słowa „przemądrzały”, ale w tym momencie idealnie trafiało w sedno.

Zarówno w rozmowach, jak i w książkach oraz opowiadaniach Kurt zawsze wypowiadał niewypowiedziane — wyrażał to, przed czym innych powstrzymywała poprawność polityczna bądź towarzyska. W DNA miał zakodowane wskazywanie, że król jest nagi, a wszyscy udają, że tego nie widzą. Prawda potrafi rzeczywiście zwalić z nóg — stwierdził w Człowieku bez ojczyzny. — Nie spodziewasz się jej16.

Vonnegut przemawiał na pogrzebie swego serdecznego przyjaciela Richarda Yatesa. Był nie tylko orędownikiem jego twórczości, ale także, o nic nie pytając, pożyczał pieniądze temu doskonałemu pisarzowi, który często ledwie wiązał koniec z końcem, a doceniony został dopiero po śmierci. Kurt powiedział, że Yates był równie dobrym autorem co inny jego przyjaciel, Nelson Algren, ale nie zyskał podobnego uznania w kręgach literackich. Zupełnie jakby głośno myślał, stwierdził, że Yates w przeciwieństwie do Algrena nigdy nie miał romansu z Simone de Beauvoir. Zamilkł na chwilę, po czym dodał: Takie sprawy się liczą. Zebrani spontanicznie parsknęli śmiechem — takim, jaki pojawia się w reakcji na słowa, z którymi wszyscy się zgadzają, ale zabrakło im dowcipu bądź odwagi, żeby wcześniej powiedzieć je na głos.

Vonnegut pisał w tym samym duchu bezwzględnej szczerości. To tłumaczy, dlaczego wiele osób (w tym niektórzy krewni z Indianapolis) uważało jego książki za obraźliwe. Pisał tak, jak ludzie mówią, używając słów stosowanych w codziennej mowie, co często powodowało, że rady szkół zakazywały jego powieści, próbowano też usuwać je z bibliotek publicznych w całym kraju. W miasteczku Drake w Dakocie Północnej egzemplarze światowego bestsellera Vonneguta, Rzeźni numer pięć, z polecenia miejscowego komitetu szkolnego dosłownie spalono w piecu. W niniejszym zbiorze znajduje się zjadliwy list Kurta do przewodniczącego owej rady, a także kilka innych pism, w których Vonnegut sprzeciwia się podobnym próbom oraz staje w obronie nauczycieli i bibliotekarzy, a także pierwszej poprawki do konstytucji17.

· · ·

Pisarstwo Vonneguta, podobnie jak jego sposób mówienia, często bywa zaskakujące, ponieważ budzi śmiech, a jednocześnie zmusza do refleksji, wyrażając to, co tkwiło nam w głowie, ale nie śmieliśmy tego powiedzieć ani nawet pomyśleć. Efekt jest rozbrajający, ponieważ autor pozornie posługuje się tak prostym językiem i stylem, że czasem okazuje się to szokujące — i jest to szok samorozpoznania. Robert Scholes, pierwszy krytyk akademicki, który docenił jego twórczość (a przy tym jeden z najbardziej przenikliwych), wyjaśnił w swej książce The Fabulators z 1967 roku, że Vonnegut wykorzystuje potencjał retoryczny krótkiego zdania i krótkiego akapitu lepiej niż jakikolwiek żyjący pisarz. Często osiąga efekt komiczny lub dramatyczny, wyodrębniając jedno zdanie w oddzielnym akapicie albo wyrywając frazę z kontekstu, by uczynić z niej osobliwy nagłówek rozdziału. Pozorna prostota i zwyczajność jego pisarstwa maskują siłę i skuteczność.

To właśnie owa „prostota i zwyczajność” utrudniała życie większości recenzentów oraz krytyków, którzy uciekali się do szufladkowania Vonneguta, opacznie interpretując jego twórczość i szkodząc jej. Kiedy pracował w dziale public relations koncernu General Electric, całkowicie otaczały mnie maszyny oraz koncepcje maszyn, więc napisałem książkę [Pianolę] o ludziach i maszynach. (…) A potem dowiedziałem się od recenzentów, że jestem autorem science fiction. Nie miałem o tym pojęcia. Myślałem, że piszę książkę o życiu — wyjaśniał w eseju Science Fiction na łamach „The New York Times Book Review”. — Od tamtej pory jestem zgorzkniałym mieszkańcem szuflady z napisem „science fiction”. Chciałbym się z niej wydostać, zwłaszcza że mnóstwo poważnych krytyków regularnie myli ją z pisuarem.

Taka kategoryzacja nie przeszkodziła Vonnegutowi w posługiwaniu się klasycznymi elementami science fiction — takimi jak fikcyjne planety i formy życia oraz podróże kosmiczne do innych światów — aby zilustrować przyziemne ludzkie dylematy dotyczące spraw takich jak miłość i nienawiść, strach i szaleństwo, rozgrywające się w miejscach tak realnych jak Schenectady i Indianapolis, Drezno i Cape Cod, wyspy Galapagos i Wirginia Zachodnia. Już w 1967 roku, jeszcze zanim niespodziewany bestseller Rzeźnia numer pięć rozsadził konwencjonalne granice między fantastyką naukową a literaturą (gdy bohater powieści, Billy Pilgrim, wypadł z czasu18 i porusza się między dekadami oraz miejscami tak odległymi jak Toledo w stanie Ohio i planeta Tralfamadoria), Robert Scholes dostrzegał, że podobnie jak czysty romans dostarcza nam niezbędnych ćwiczeń psychicznych, intelektualna komedia w stylu Vonneguta zapewnia stymulację moralną — nie skostniałe pozycje etyczne, które możemy zająć z samozadowoleniem, lecz myśli, które wprawiają w ruch nasze sumienie i pomagają utrzymać w formie nasze człowieczeństwo, tak aby było gotowe zareagować na człowieczeństwo innych ludzi.

Młodzi krytycy i wykładowcy akademiccy, tacy jak Jerome Klinkowitz i John Somer, zaczęli uczyć o twórczości Vonneguta, a także pisać o niej — po raz pierwszy w 1973 roku w zbiorze esejów zatytułowanym The Vonnegut Statement. Z bibliotek i starych czasopism wygrzebali niezebrane wcześniej artykuły oraz eseje, a następnie przekonali pisarza do wydania ich w formie książkowej w 1974 roku pod tytułem Wampetery, foma i granfalony. Dołączyli do nich kolejni młodzi akademicy, tacy jak Peter Reed, Marc Leeds czy Asa Pieratt, którzy promowali, wykładali, gromadzili oraz interpretowali twórczość Vonneguta z myślą o nowych pokoleniach.

Ani cała ta uwaga, ani sukces, który stał się udziałem pisarza po ukazaniu się Rzeźni numer pięć, nie uchroniły go przed falą głębokiej niechęci towarzyszącej negatywnym opiniom o wydanej w 1976 roku powieści Slapstick. Niezwykłe w tych recenzjach było to, iż ich autorzy chcieli, by wszyscy potwierdzili, że nigdy do niczego się nie nadawałem — powiedział Vonnegut w wywiadzie dla „The Paris Review”. — Recenzent z „The Sunday Times” dosłownie domagał się od krytyków, którzy mnie kiedyś chwalili, żeby przyznali się do tego, jak bardzo się mylili. (…) Zakamuflowana skarga opierała się na tym, że jestem barbarzyńcą, piszę, nie zgłębiwszy wielkiej literatury, że nie jestem dżentelmenem, że dawniej z radością publikowałem gnioty w czasopismach dla gminu. Krótko mówiąc: że nie spełniłem akademickiej powinności.

Dziennikarz zapytał go wówczas, czy po gradzie negatywnych recenzji potrzebuje pocieszenia. Nigdy w życiu nie czułem się gorzej — odparł Kurt. — Nagle wszyscy krytycy chcą mnie rozgnieść jak pluskwę.

Być może poczuł się tak jak wówczas, gdy szkolne osiłki wepchnęły go do śmietnika.

· · ·

Vonneguta często — i trafnie — porównywano z Markiem Twainem, zarówno jako mówcę, jak i pisarza. Recenzując Rzeźnię numer pięć, krytyk Granville Hicks wspomniał, że pewnego razu był świadkiem jego publicznego występu. Jego zdaniem Vonnegut miał podobny do Twaina „potoczny czar” oraz „indywidualność”, która znalazła odzwierciedlenie w książce. Kurt powiedział kiedyś Jerome’owi Klinkowitzowi: Moja twórczość zwykle najbardziej podoba się tym, którzy najpierw słyszeli mnie na żywo.

Po raz pierwszy byłem świadkiem jego występu w latach osiemdziesiątych podczas zgromadzenia generalnego unitarian uniwersalistów w Rochesterze w stanie Nowy Jork. Unitarianie to jedyny kościół, z którym Vonnegut mógł się komfortowo identyfikować, ponieważ nie mają dogmatów ani zasad wiary. Jak można przeczytać w dziale „przekonania i wartości” na ich stronie internetowej, mile widziane są osoby różnych przekonań, w tym ateiści, agnostycy, buddyści, humaniści, poganie oraz wywodzący się z innych tradycji religijnych i filozoficznych. Przyjmują nawet chrześcijan, a ja byłem tam jako członek King’s Chapel w Bostonie, jednego z niewielu kościołów chrześcijańskich w Stowarzyszeniu Unitarian Uniwersalistów.

Większość kościołów unitariańskich zrzesza humanistów. Chociaż Kurt nie należał do żadnego z nich, był honorowym przewodniczącym Amerykańskiego Stowarzyszenia Humanistycznego, co czyniło go właściwym mówcą podczas tego zgromadzenia. Opisywał siebie jako ateistę kochającego Chrystusa, a kiedyś powiedział, że aby nie wyjść na duchowego paralityka, obcym ludziom, którzy próbują mnie wysondować, czasem mówię, że jestem unitarianinem uniwersalistą.

Kurt zaczął wystąpienie od przygotowanego specjalnie na tę okazję niezawodnego numeru, który musiał ucieszyć zebranych. W klapie miał okrągły znaczek podobny do tych, jakie rozdaje się podczas kampanii politycznych. Wyjaśnił, że wyraża on jego zachwyt dla unitarian. Jest tu obrazek kiełbasy przekreślonej dużym iksem — powiedział. — Oznacza „żadnych bredni”19. Ludzie zaczęli śmiać się i bić brawo. Ruszył z kopyta i jak zwykle zjednał sobie publiczność, co udawało mu się bez względu na okazję. Później słyszałem go w różnych miejscach i różnych sytuacjach. Niezależnie od tego, czy wypowiadał się z gniewem i pasją przeciwko pierwszej inwazji na Irak, w kościele unitariańskim Wszystkich Dusz w Nowym Jorku, czy z humorem i nostalgią na temat organizacji Spirit and Place, na Uniwersytecie Butlera w Indianapolis, jako mówca zawsze potrafił zrobić to samo, co robił jako pisarz — postępował zgodnie z regułą E.M. Forstera: nawiązywał wewnętrzne przymierze20.

· · ·

Kurt nawiązywał przymierze nie tylko z publicznością, lecz także z przyjaciółmi. Jednym z elementów, które przewijają się przez listy wybrane przeze mnie spośród ponad tysiąca, są długotrwałe przyjaźnie ciągnące się przez całe życie: z kolegami od przedszkola po liceum, Uniwersytet Cornella oraz wojsko, z krewnymi z Indianapolis (nawet tymi, którzy nie uznawali jego książek), ze swymi dziećmi, uczniami, kolegami, z którymi wykładał, innymi pisarzami, badaczami oraz krytykami piszącymi na temat jego twórczości. Listy Kurta są takie same jak jego książki, opowiadania, artykuły i eseje — zmuszają do myślenia, podnoszą na duchu, budzą gniew na niesprawiedliwość, pozwalają ujrzeć wiele rzeczy w innym świetle, kwestionują „zwyczajowo przyjętą mądrość” społeczeństwa — i jak zawsze: dostarczają zabawy.

Do bohaterów Vonneguta należeli komicy Laurel i Hardy21 oraz radiowi satyrycy Bob Elliott i Ray Goulding, których audycja Bob and Ray budziła śmiech wielu pokoleń. Kurt lubił się śmiać i lubił bawić innych, czasem głupimi żartami, które rzucał ścichapęk. Pewnego dnia, gdy po lunchu wracaliśmy nowojorską ulicą, nagle odwrócił się do mnie i spytał: „Jakie jest przeciwieństwo podkowy?”. Po jakiejś minucie powiedziałem, że się poddaję, a on na to: „nad-kowa”, po czym parsknął tym swoich chrypliwym śmiechem.

Śmiał się też z siebie i z okazjonalnych wpadek kolidujących z jego humanistycznymi poglądami. My, humaniści — wyjaśniał w Trzęsieniu czasu — staramy się postępować przyzwoicie i godnie, ani nie licząc na nagrodę, ani nie bojąc się kary po śmierci22. Po jednym z naszych nowojorskich lunchów opowiadał mi, że dał plamę, wygłaszając mowę pochwalną na cześć swego przyjaciela Isaaca Asimova, znanego pisarza science fiction, który pełnił przed nim funkcję honorowego przewodniczącego Stowarzyszenia Humanistycznego. Powiedziałem, że Isaac na pewno jest już w niebie — rzekł ze śmiechem i pokasływaniem palacza. — Zapomniałem się.

Gdyby okazało się, że życie pozagrobowe jednak istnieje, Kurt zagwarantował w nim miejsce osobom, które kochał. Jak napisał w Trzęsieniu czasu, swej ostatniej powieści, był pewien, że jego pierwsza żona, Jane, jest w niebie, podobnie jak Sam Lawrence, wydawca, który uratował go od „sczeźnięcia”.

· · ·

Kurt zawsze okazywał wsparcie swym przyjaciołom pisarzom. Na rok przed śmiercią przybył wysłuchać wykładu, jaki wygłosiłem w kościele episkopalnym św. Bartłomieja na temat mojej niedawno wydanej książki. Potem zaprosił mnie na kolację. Kiedy w oczekiwaniu na jedzenie on, jak to miał w zwyczaju przed posiłkiem, pił manhattana, a ja — kieliszek wina, wciąż przypatrywali się nam dwaj młodzi mężczyźni siedzący przy sąsiednim stoliku. W końcu jeden z nich podszedł, by zapytać: „Czy pan jest Kurtem Vonnegutem?”. Kurt odparł, że owszem, po czym natychmiast mnie przedstawił, opowiedział nieznajomemu o mojej nowej książce i zachęcił go, żeby koniecznie ją przeczytał, choć biedaka wcale ona nie interesowała. Uprzejmie odpowiedział na kilka pytań dotyczących siebie oraz swojej twórczości, po czym eleganckim ruchem dłoni pożegnał rozmówcę, który podziękował i wrócił do stolika. To było u Kurta typowe: odwracał uwagę od siebie, starając się promować nieznaną książkę przyjaciela, taktownie reagował na dyktowane najlepszymi intencjami najście nieznajomego i z godnością go odprawiał, dzięki czemu i przyjaciel, i fan czuli się usatysfakcjonowani. Żył zgodnie z przykazaniem, które weszło mu w życie: Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie23.

Trzęsieniu ziemi napisał: Kiedy sam, nie daj Boże, umrę, mam nadzieję, że jakiś jajarz powie o mnie: „On jest już tam, w niebie”24.

Na wszelki wypadek pragnę niniejszym powiedzieć o Kurcie Vonnegucie: On jest już tam, w niebie.